Rozdział XII. „Może właśnie dla waszej”
Usiedli przy placu tenisowym i czekali, sami nie wiedząc czego. Ot tak, aby czas minął.
Tu ich znalazł Nik, wysłany na poszukiwania.
— Co tu robicie? — zapytał ze zdumieniem, spoglądając na dwa osowiałe osobniki tkwiące w karygodnej bezczynności na sędziowskiej ławce.
— Siedzimy sobie — odpowiedział z westchnieniem Tom.
To było coś zupełnie niepraktykowanego.
— Gdzie pan Andrzej? — zapytał Nik.
Marta i Tom popatrzeli na siebie. Byłaż to rzecz możliwa nie powiedzieć Nikowi, Nikowi — co zrobili z panem Andrzejem?
Ale przypomnieli sobie w porę „ani słowa nikomu”.
Marta pochyliła się nad trawą i coś zaczęła w niej pilnie szukać. Nie! Stanowczo nie może skłamać przed Nikiem, nie może powiedzieć mu nieprawdy — to byłoby złamanie jakieś milczącej, a pradawnej braterskiej umowy.
Tomek zaś powiedział mężnie:
— Nie wiemy, gdzie jest. Poszedł na spacer.
Nik nie pytał więcej. Przez chwilę przyglądał mu się bacznie, a potem zamyślił się na sekundę. — No! Skoro nie mówią, to znaczy, że nie mogą — zdecydował i dodał głośno:
— Chodźcie do domu, bo oni już jadą i chcą się pożegnać. Powiecie im właśnie, że pan Andrzej poszedł na spacer.
Gdy przechodzili pod otwartymi oknami gabinetu, posłyszeli głos oficera, który mówił wyraźnym, zirytowanym szeptem:
— Tego nie można puścić płazem. To jest czas wojny. Ty, Lew, nie baw się w neutralność i szlachetność. Ty mi nie mów o gościnności, o żadnych takich! Przede wszystkim obowiązek względem ojczyzny i ja tę sprawę muszę wyjaśnić!
Umilkł na widok wchodzących dzieci. Oprócz nich nikogo nie było w pokoju.
Oficer poskoczył spod okna na środek komnaty. Był czerwony i świecący. Zapytał gwałtownie:
— A Andrzej Władysławowicz?
— Jaki Władysławowicz? — zapytał naiwnie Tom.
— No, wasz „pan Andrzej”!
— Nie wiem, gdzie jest — uśmiechnął się Tomek spokojnie, pełen tajemnej rozkoszy.
— Jak to nie wiesz? — powiedział oficer ostro. — Poszedł z wami.
— Właśnie. I owszem — przytwierdził Tom z naturalnością i wdziękiem dwuletniego dziecka. — Ale potem myśmy wrócili, a on powiedział, że musi pójść z wizytą do Bezogonka. I poszedł. A myśmy wrócili — skonstatował raz jeszcze z przekonaniem, tak, jak gdyby to właśnie było kwestią sporną.
— Bezogonka? Co to jest Bezogonka! — krzyknął, ledwo panując nad sobą, oficer.
— To jest zając — objaśnił Nik, wsuwając się między wojskowych a Toma. — On mieszka w leśniczówce, u gajowego, który go sobie oswoił i trzyma go w chlewiku. A pan Andrzej stara się go namówić, tego gajowego, żeby wypuścił go na wolność, tego zająca, rozumie się. Bo przecież każdy rozumie, że zającowi lepiej w lesie niż w chlewiku. Zupełnie osowiał — dokończył Nik z taką miną, jak gdyby stan duchowy zająca był w danej chwili sprawą najważniejszą.
Oficer chwilę zbierał myśli, nie mogąc skombinować, w jakim stosunku stoi ów Bezogonek do gajowego, a gajowy do pana Andrzeja.
Ale nagle rozjaśniło mu się w głowie. Jak żbik skoczył na swego kolegę i schwyciwszy go za ramiona, wrzasnął mu w samą twarz.
— Udrał20! Nie mówił ja21? Po prostu udrał! Ot, masz twoją „wdzięczność i gościnność”. Po prostu przechowują dezerterów i „szpionów22”!
— Kto przechowuje dezerterów? — zapytał nagle jakiś głos od drzwi.
Wszyscy obrócili się gwałtownie.
We drzwiach od sieni stał wysoki, rosły oficer o twarzy szerokiej i wygolonej.
Obaj oficerowie wyprężyli się służbiście w wojskowym ukłonie.
Przybysz wszedł do gabinetu i objąwszy spojrzeniem obecnych, skłonił się Marcie:
Zapytał po francusku:
— Czy mogę się widzieć z panem Augustem Charlęskim?
— Zaraz pójdę po papę — powiedziała Marta, ale nie potrzebowała iść, bo właśnie w tej chwili weszli do pokoju rodzice.
Oficer skłonił się po raz wtóry.
— Jestem pułkownik Wołkoński — powiedział.
— Ach — zawołał żywo ojciec. — Naszego Dymitra zwierzchnik! Co za radość widzieć pana u siebie, panie pułkowniku. Wiemy, że jest pan dla Dymitra nie tylko dowódcą, ale i przyjacielem. Wiemy, ile panu zawdzięcza.
— Dymitr Aleksandrowicz nie potrzebuje nikomu nic zawdzięczać — powiedział pułkownik bez uśmiechu. — Jest to prawy żołnierz i dzielny człowiek. Właśnie z nim przyjechałem, ale... jest ranny.
Zapadła chwila ciszy króciutka — jak wieczność długa.
— Czy jest tu? — zapytała matka, zupełnie cicho. Samymi ustami.
— Jest. Wymaga zupełnego spokoju. Zupełnego. Jest w sieni. Żołnierze przynieśli go z automobilu. Proszę tam pójść. Spokojnie.
Zupełnie spokojnie przeszli matka i ojciec, a za nimi Marta i Tom do sieni. A tam równie spokojnie na środku, na noszach leżał wuj Dymitr. Biały jak płótno, z zamkniętymi oczami.
I wszystko potem odbyło się tak cicho i milcząco, jak gdyby pułkownik swoim słowem „spokojnie” nagle zaczarował dom cały.
Cicho, na palcach przeniesiono wuja Dymitra do pokoju matki i powolusieńku ułożono go na jej łóżku. Na palcach poleciał ojciec do stajni i ostrym szeptem rozesłał posłańców do Hołowina, do Żytomierza, wszędzie, po ratunek. Sam pomagał zaprzęgać konie, w głuchym milczeniu struchlałej służby.
Cichutko wokoło łóżka wuja Dymitra ruszali się matka, doktor, który go przywiózł, ordynans troskliwy jak niańka, a umiejętny i delikatny jak pielęgniarka.
A w gabinecie skostniały z przerażenia, niezauważony przez nikogo we wnęce okna Nik słyszał, a właściwie nie słyszał takiej rozmowy.
Pułkownik zwrócił się do oficerów i ponowił pytanie:
— Kto przechowuje dezerterów?
Wtenczas wysunął się naprzód starszy oficer i w słowach krótkich i zwięzłych opowiedział, co zaszło. Zakończył, że podejrzenia te dotychczas są niczym niepotwierdzone i prawdopodobnie okażą się mylne.
Na co odpowiedział pułkownik, że dobrze, że już teraz wszystko wie i będzie wiedział, jak postąpić i żeby odjeżdżali sobie natychmiast w swoją drogę, bo w tym domu jest żałoba. Żegnają dzielnego żołnierza, który umiera.
Potem przesuwali się po pokoju przed oczami zmartwiałego Nika. Szable i ostrogi leciutko dźwięczały, zamykały się jedne drzwi, a potem drugie, trzecie — cichutko. Potem szmer żwiru pod kopytami stępa idących koni.
Po gabinecie wszerz i wzdłuż spacerował pułkownik, sam.
Robiło się szaro. Nie wiadomo, kiedy wszedł ojciec i zachrypniętym głosem przepraszał pułkownika, że tak długo zostawił go samego.
— To nic, to nic — mówił pułkownik. — Ale ja muszę zaraz jechać. Natychmiast. Chciałem tylko powiedzieć, że Dymitr Aleksandrowicz to bohater, to prawy i szlachetny człowiek. Chciał umrzeć w domu, tutaj. Dlatego mimo wszystko przywiozłem go. Po drodze, ja jadę do Kijowa. Ofensywa, pan wie? Ale nie o to! Dla mnie Dymitr to syn. Najdroższy syn... a teraz muszę się z nim pożegnać!
Urwał. Stał chwilę nieruchomo, jak gdyby nagle zapomniał o wszystkim.
Powtórzył:
— Muszę się z nim pożegnać, a jedyna pociecha, Auguście Aleksandrowiczu, to... że dla ojczyzny.
— Nie dla naszej — powiedział twardo ojciec.
— Ach tak, prawda! — zawstydził się pułkownik. — Ale zresztą któż to wie? — dokończył. — Może dla waszej? Może właśnie dla waszej!
— Przyszłość jest w ręku Boga, który widzi naszą krew — powiedział ojciec.
Pułkownik poprosił miękko:
— Czy mogę się z nim pożegnać?
Wyszli z pokoju, a Nik ruszył się nareszcie spod okna, tak śmiertelnie znużony, jak gdyby ciężką przed chwilą odbył pracę.
Dowlókł z trudem zdrętwiałe nogi do kanapy i siadł na niej bezwładnie. Wtulił się w jej kąt, skurczył, zapadł w rozpacz nieznaną dotąd, tak przejmującą i okrutną, że serce zdawało się zamierać. Już było ciemno, a nikt nie zapalał lamp. Nie dzwoniono na kolację. Kończyło się. Wszystko się kończyło, zapadało, ginęło.
Potem wrócili jeszcze ojciec i pułkownik, ale Nik nie czuł nawet tego, że wypada mu wstać i odejść albo ruchem jakimś zdradzić swoją obecność.
Ojciec zapalił świece na biurku. W blasku tych świec cień pułkownika, ogromny i czarny, biegał po ścianach i suficie.
Pułkownik mówił, że przeprasza, że w takiej chwili wprost wstydzi się poruszyć tę kwestię, ale musi. I potem pytał o pana Andrzeja, przeglądał jego papiery. Mówił ojcu, że niestety musi kazać aresztować nauczyciela, aby całą tę rzecz wyjaśnić. Jest mu niezmiernie przykro!
I widać było, że naprawdę mu przykro, wręcz nieznośnie.
— Ale on zresztą pewnie tu nie wróci, jeśli rzeczywiście ma coś na sumieniu. Każę go szukać, a mam nadzieję, że pan już z tego powodu nie będzie mieć żadnych przykrości. Postaram się o to. A teraz do widzenia, Auguście Aleksandrowiczu. Mam nadzieję, że Dymitr... — nie dokończył tego zdania.
Ale ojciec zatrzymał go jeszcze na krótką chwilę. Powiedział, patrząc mu prosto w oczy.
— Andrzej Władysławowicz to Polak. Trzeba, żeby pan wiedział, panie pułkowniku, że i ja, i Dymitr, mając do wyboru prawo Polaka i prawo pańskiej ojczyzny, wybierzemy zawsze prawo Polaka... do życia, do wolności i do walki.
— Tak, tak — odpowiedział oficer pośpiesznie — ja niczego od pana nie żądam. Niczego.
Wyszli do sieni, gdzie paliła się już wisząca pośrodku wielka latarnia, migocąca rzeźbami brązu. Kolorowe jej szyby rzucały na taflową podłogę sieni niebieskie i fioletowe połyski.
Potem zahuczał motor auta, a światła reflektorów oświeciły nagle trawniki przed podjazdem i najbliższe drzewa parku, który stał nieprzenikniony, wierny i głęboki, groźnie czuwając nad bezpieczeństwem powierzonego sobie życia człowieczego.
Rozdział XIII. Chwila, w której nawet tajemnica nic nie znaczy
Naturalnie wobec tego, co się działo z wujem Dymitrem, można było zupełnie zapomnieć o panu Andrzeju. Toteż wszyscy o nim zapomnieli — tylko nie ojciec.
Po północy wszedł do pokoju szkolnego, gdzie Olek uczył się jeszcze, z rękami zatopionymi we włosach (właściwie tego wieczoru, on jeden tylko się uczył i to dopiero teraz) i kazał mu iść za sobą.
Z sali jadalnej wyszli na kredensowy korytarz. W całym domu już było ciemno i zupełnie cicho. Wyjętym z kieszeni kluczem ostrożnie otworzył ojciec spiżarnię i weszli obaj po omacku.
Od czasu do czasu na sekundę tylko, świecąc sobie elektryczną lampką, ojciec zbierał z półek to, co trafiało mu pod rękę i kazał Olkowi chować do kieszeni. Wianek kiełbasy, chleb, ser zawinięty w wilgotne płótno. Z grubym niesmakiem rozmieszczał Olek te wiktuały po kieszeniach, zaciekawiony do ostatnich granic tym, co miało z tej aprowizacji wyniknąć. Raz nawet spróbował pytać, ale ojciec nakazał mu milczenie.
Z bufetu w sali jadalnej wyjęto nóż i butelkę koniaku.
Z najwyższym zdumieniem ujrzał Olek, że w sieni ojciec owija się grubym kocem, a jemu, Olkowi, każe naciągnąć burkę jesienną, używaną do bryczki w dnie deszczu i zimna.
Potem tak fantastycznie przyodziani wyszli bocznymi drzwiami, wprost w park. Ojciec raz jeszcze przypomniał Olkowi, że ma się zachowywać jak najciszej. Niemożliwie cicho!
Gdy stąpali ostrożnie po piasku alei prowadzącej na wyspy, ojciec wziął Olka pod rękę i powiedział mu w samo ucho, że idą do pana Andrzeja, który jest schowany w grocie. Wprawdzie żołnierze zostawieni przez pułkownika śpią, ugoszczeni wódką, pod bacznym okiem Wincentego, należy jednak zachować najwyższą ostrożność, by nikt nie domyślił się niczego.
Nad brzegiem jeziora zatrzymali się i dłuższą chwilę nasłuchiwali — cisza była zupełna. Woda stała nieruchoma i głęboko czarna.
Z tego miejsca dopiero nawrócili w park, do groty.
Podnieśli płytę i klękli na krawędzi otworu.
— Panie Andrzeju — zawołał ojciec szeptem.
— Jestem — odpowiedział głos z głębi.
— Dobrze. Nie może pan jeszcze niestety wyjść z lochu, bo we dworze są żołnierze, pozostawieni dla schwytania pana. Poza tym inni szukają pana po okolicy. Może więc dłużej wypadnie panu tu posiedzieć.
Tu ojciec urwał i czekał chwilę.
— Jeśli trzeba, to trudno — odpowiedział głos, ten dziwny głos, który zdawał się nie posiadać właściciela. Ojciec ciągnął dalej.
— Potem obmyślimy sposób przemycenia pana do Szwajcarii, bo jednak będzie pan musiał tam uciec, nie ma rady. Teraz trzeba przeczekać niebezpieczeństwo i zresztą... straciliśmy wszyscy głowę: przywieźli Dymitra rannego.
— Aa...
— Rannego ciężko. Mimo to pojadę jutro do Hołowina, by naradzić się z mym szwagrem w pana sprawie. Teraz przynieśliśmy panu koc, burkę i jedzenie. Jutro przyniesiemy znowu. Nie będzie panu bardzo wygodnie spać na ziemi, ale trudno, pan żołnierz.
— Tak — odpowiedział pan Andrzej — nieraz sypiałem na gołej ziemi.
— Więc dobrze, teraz zapalam lampkę elektryczną, i rzucam panu nasz ładunek.
Wnętrze lochu nagle rozświetliło się ostrym światłem. Pan Andrzej na chwilę zamknął oczy. Potem rzucano mu kolejno wszystkie rzeczy, które układał w głębi.
— A teraz proszę uważać — powiedział ojciec — rzucam panu latarkę i dwie baterie, na razie więcej nie mam, proszę więc oszczędzać światła. A przede wszystkim po nakryciu płyty muszę skontrolować, czy światło nie sączy się przez szpary. Już idziemy.
— Zaraz — powstrzymał go jeszcze pan Andrzej. — Czy wyloty korytarzy są otwarte?
— Ale nie, cóż znowu — zaprzeczył ojciec. — Jeden kazałem zamurować zaraz, gdyśmy ten przekop odkryli. Drugi tajemnie się zamyka w ruinach zamku kamienieckiego, które pan zna. Ani z jednej więc, ani z drugiej strony nic panu nie grozi.
— Dziękuję panu. Jeszcze jedno. Chciałbym wiedzieć, czy rana pana Dymitra jest bardzo ciężka?
— Tak — odpowiedział ojciec krótko.
Gdy mieli zasuwać płytę, Olek zapytał jeszcze pana Andrzeja, czy nie przynieść mu nazajutrz broni.
— Ach tak, tak — przypomniał sobie ojciec — przecież przyniosłem panu rewolwer. Proszę uważać, rzucam go. Bezpiecznik założony. To właściwie niepotrzebne, ale przyjemniej z nim panu będzie, prawda? A teraz już do widzenia.
Płyta przylegała szczelnie. Nie sączyło się z dołu światło. Noc groźna i cicha otoczyła ich znowu wśród drzew parku.
Gdy Olek rozbierał się po ciemku, posłyszał, że Nik nie śpi jeszcze. Wiercił się w pościeli i z lekka chrząkał. Olek zbliżył się na palcach i siadł na brzegu jego łóżka.
— Ty gdzieś chodziłeś — powiedział mu Nik.
— Tak — przyznał Olek — chodziłem do pana Andrzeja. On, wiesz? Jest schowany w przekopie, ojciec pozwolił mi powiedzieć ci o tym.
— Gdyby nie to, że wuj Dymitr jest ranny, to byłoby mi przykro, że nie chodziłem z wami — powiedział Nik — ale tak, to właściwie w ogóle wszystko jedno i nawet taka historia nic nie znaczy.
— Rzeczywiście — kiwnął głową starszy brat. — I powiem ci nawet, że jeśli wuj Miś nie wyzdrowieje... — ale nie mógł sformułować tej strasznej myśli, ścisnął Nika za rękę i czym prędzej wrócił do swego łóżka.
Długo w noc leżeli z oczyma otwartymi na ciemność.