Rozdział XX. Ostatnie zwycięstwo
— Panno Mario, na miłość Boską, niech pani zdejmie choć jedną spódnicę, a nałoży pończochy — powiedziała matka.
Wtedy dopiero wszyscy spostrzegli, że panna Maria ma na sobie przynajmniej pięć spódnic, każdą innego koloru i długości, a za to nogi bose tkwią w pantoflach.
I wszyscy się roześmiali z całych sił, z ulgą i westchnieniem, wszyscy bladzi jeszcze od powrotu Nika, znękani niepokojem o niego, zgnębieni do ostatka krótką jego opowieścią.
Panna Maria położyła się ubrana, ale zdjęła pończochy — nie mogła spać inaczej — położyła sobie pończochy tuż pod ręką z mocnym postanowieniem włożenia ich natychmiast w razie alarmu. Zaledwie zasnęła, zbudzono ją gwałtownie. Pamiętała doskonale, że coś należy włożyć, ale co? Skoczyła do szafy i narzuciła spódnicę. Potem co prędzej ubierała w futro Anię, ale czuła, że coś w jej garderobie nie jest w zupełnym porządku, więc nałożyła jeszcze jedną spódnicę. Czynność tą powtarzała kilka razy, zawsze na wpół przytomnie. W taki to sposób znalazła się na leśniczówce tak oryginalnie przyodziana.
Komizm epizodu tego sprawił, że przecież można już było jakoś oddychać. Do tej chwili zdawało się, że wcale nie ma powietrza, że kamień stufuntowy legł na piersiach, że jakieś niewidzialne ręce ściskają gardło.
Panna Maria, nie bacząc na przesadną ilość swych spódnic, krzątała się po leśniczówce wraz z żoną gajowego i przygotowywała posłania. Bo przecież mimo wszystko trzeba było spać, aby wypocząć po ciężkich wrażeniach i nabrać sił do dalszego ich ciągu. Ale właściwie nikomu się spać nie chciało i jakoś wszyscy ociągali się wokoło kuchennego komina, nie dając się skusić białościom nastroszonych poduszek i pierzyn pachnących sosnową skrzynią.
— Trzeba iść spać — konstatowała matka i nie ruszała się ze swego stołka przed ogniem, gdzie siedziała, trzymając Anię na kolanach.
— A jeśli oni aż tutaj po nas przyjdą? — zapytała Ania głosem nienaturalnie spokojnym.
Ojciec położył rękę na jej głowie i powiedział, że kolejno wszyscy będą czuwać na drodze.
— Możesz spać spokojnie — dokończył.
— Właśnie, że nie chce mi się spać — zaprotestowała — ale najlepiej by było, żebyśmy sobie zaraz pojechali gdzieś indziej. Do Warszawy — zdecydowała z przekonaniem. Warszawa była dla niej zawsze symbolem spokoju i porządku, ładu i bezpieczeństwa.
— I zostawiłabyś Niżpol na pastwę? — zapytał wrogo Tom.
— Przecież on już jest na pastwie — łzawo odparła Ania.
— Anno Mario, istoto, z którą mam zaszczyt być w bliskim pokrewieństwie — powiedział Nik, który siedział na komodzie, między papierowym bukietem i blaszanym pudełkiem i zajmował się wybijaniem piętami marsza na szufladzie — Anno Mario, czy nie uważasz, iż po męczącym polowaniu na pumy, jaguary i bizony należy nam się wypoczynek w cieniu białych namiotów?
Ania się uśmiechnęła i zlizała łzę z kąta wargi.
— Idź spać, kobieto bezsilna i trwożliwa, wraz ze swoją siostrą Martą, która nie bacząc na tragizm chwili i przyzwoitość, zjada oto odgrzewane pierogi z kapustą, które ustawiła na stole przyjazna i życzliwa ręka cnotliwej Małaszki, żyjącej w wierze ojców swoich!
— Głupi jesteś — powiedziała Ania i zsunąwszy się z kolan matki, podeszła do stołu, gdzie Marta w istocie pojadała pierogi z kapustą, wzdychając ciężko.
A Nik zamknął oczy i chwiał się dalej na komodzie, uderzając lekko piętami w ściankę.
Zasypiając w niskich i dusznych izbach leśniczówki, zbyt ciasnej dla tylu osób, nikt z wygnańców dworu nie przypuszczał, że cztery długie miesiące wypadnie tu pozostać, a odejść stąd — na tułaczkę.
Dopiero w końcu marca następnego roku zdecydowali rodzice, że nie ma na co dłużej czekać. Że już wszystko skończone — wrócić nie będzie można do domu.
Cały kraj był w rękach bolszewików. Cały kraj płonął, krwią się zlewał, ginął z nędzy, chorób i rozpętanej złości.
A za Zbruczem, za Bugiem już się święciła Polska. Już tajne doszły o niej wieści. Że już nie ma w Ojczyźnie wroga, a wolność wykwitła z krwią oblanej ziemi. Więc po cóż było tutaj cierpieć z dala od Niej? Na co jeszcze czekać, czego się spodziewać? Czyż nie na tę wolność kraju miłego czekało się tyle lat, przez tyle pokoleń! Cóż znaczyć mogła krzywda spopielałego domostwa wobec tego Słowa, które stało się Ciałem?
Ucichał więc w rozdartych sercach ból, a wszystkie marzenia, nadzieje, pragnienia biegły do granic Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
Wyjeżdżano przed świtem, po nocy — wozami, bo śnieg już był stajał. Chodziło o to, aby nocą minąć wsie znajome, gdzie pierwszy lepszy chłop mógł poznać i wydać w ręce władz bolszewickich mieszkańców niżpolskiego dworu.
Bo o tym, aby można było wyjechać pod własnym nazwiskiem, otwarcie i jawnie, uwożąc z sobą te smutne resztki ruchomego mienia, mowy być nie mogło. Od dawna już władze bolszewickie poszukiwały państwa Charlęskich za „niesprzyjanie nowemu ustrojowi i potajemną ucieczkę ze wsi Niżpol” i tylko życzliwej obojętności chłopów udających, że nie znają miejsca ich pobytu, i wierności służby należało przypisać, że pozostawiono ich w spokoju na leśniczówce.
Papiery opiewające, że Franciszek Kozioł z żoną, siostrą i dziećmi, włościanin ze wsi Chmielnik powiatu Hrubieszowskiego, dostaje pozwolenie na powrót do Polski — wyrobił państwu Charlęskim syn Łukasza, kształcony przez nich w Kijowie przez lat wiele.
Młodzian ten, przejęty do głębi duszy hasłami nowego rządu, odgrywał właśnie w Żytomierzu w komisariacie bolszewickim wybitną rolę.
Wręczając owe papiery, „towariszcz” wygłosił piękną mowę w duchu przewrotowym, mającą na celu przekonanie pana Charlęskiego, że wszystko właśnie dzieje się jak najlepiej. Na co poradzono mu niedwuznacznie, by szedł sobie do diabla, razem ze swoją frazeologią.
Największe niebezpieczeństwo stanowiło to, że różne tajemne toboły wozów kryły w sobie sprzęt różnorodny, a bardzo rewelacyjny. Jako to: papiery rodzinne, mapy majątków, gobeliny, obrazy, srebro i dywany. Wprawdzie można się było wykłamać ograbieniem jakiegoś dworu — ale lepiej przecież było uniknąć wszelkich indagacji i nie dać odebrać sobie z takim trudem ocalonych resztek mienia.
Jechano tedy stronami odludnymi, drogą, którą wskazywał opłacony przewodnik, nieraz już przemycający tędy na Polską stronę niechętnych spotkaniom z przedstawicielami władzy.
Wozy zresztą miały wygląd opłakany i nędzny. Obłocone aż po drelichowe, łatane budy — uprząż sznurkami powiązana. Najdroższe, przyjacielskie konie, od tygodni nieczyszczone, wychudłe i osmutniałe, ciągnęły te wehikuły bez fantazji i zapału, od dawna już zapomniawszy o swym szlachetnym pochodzeniu.
Gromada zaniedbanych, otulonych w kożuchy i chusty osób jadących w owych wozach wyglądała raczej na obóz cygański czy bandycką szajkę niż na uczciwe towarzystwo.
Ostatni popas, po czterech tygodniach jazdy, wypadł w lesie głębokim, którym już aż do samej granicy jechać miano.
Żydek przewodnik, który przez całą drogę zachowywał się nerwowo i chorobliwie, tutaj uspokoił się znacznie.
— Ny! tutaj to ja już w domu — zapewniał z głębokim zadowoleniem. — Tutaj to jeszcze dwadżeszcza wiorsty i już polska strona. Tam już jest wojsko i urząd. Tam już człowik nie potrzebuje sze bacz. On może sobie siędnąć i czaj32 pić, i nie myszlecz o żadne niebezpieczeństwo!
— Tak, ale jak się to uda przejechać tę granicę?
— O to niech już wielmożne panie głowa nie boli! Od tego jest Żydek, Aron, on przyprowadzi w takie miejsce, gdzie nie ma ani patrol, ani straż. Gdzie jest sam Pan Bóg i las — i śmiał się ogromnie zadowolony, już pewny rychłego wypoczynku i wysokiej zapłaty.
Pomiędzy wozami rozłożono ognisko i panna Maria z Martą zabrały się do przygotowania ostatniego w tej drodze obiadu. Miały już w tym kierunku ogromną wprawę i wiedziały, jak przyrządzić jaglaną kaszę tak, aby nie była wręcz paskudna, i jak odświeżać chleb zeschnięty niejednokrotnie na kamień.
Całe jedzenie w ciągu tej długiej drogi ograniczało się do kasz na wodzie, kawy czarnej z odrobiną cukru i chleba z trudem i za ogromną cenę zdobywanego przez Arona u jakichś tajemniczych, a nigdy przez podróżników gołym okiem niedojrzanych kmiotków. Jedyną osłodę tego żałośliwego jadła stanowiły suszone śliwki, których woreczek udało się pannie Marii ukryć przed okiem ojca na dnie wozu.
Podczas gdy panna Maria z Martą narządzały „jadła i napoje”, reszta towarzystwa myła się. Na pozór czynność ta wydaje się naturalna i zgoła prosta — spróbujcie jednak myć się pod gołym niebem, przy kilku stopniach mrozu, w zamarzniętej prawie wodzie, a powiecie mi, jak to smakuje.
Chodziło o to, aby się nie przeziębić (pod żadnym pozorem — to było najsurowiej wzbronione), a jednak oczyścić cokolwiek z brudu i to nie tylko twarz i ręce.
Toteż na ten temat krążyły już liczne poematy, z których nie najgorszy zaczynał się słowami:
Kiedy Anię myją wodą
nosek jej się styka z brodą.
— Za dziesięć godzin, może jutro rano położysz się, Aniu, do łóżka prawdziwego. Z pościelą i poduszką; i umyjesz się w ciepłej wodzie — powiedziała matka ze łzami w oczach, wycierając wychudłe ciałko grubym ręcznikiem aż do czerwoności.
A Ania gryzła wargi i wysoko podnosiła głowę, aby się nie stoczyła po policzku zdradziecka łza.
Ale nie było już nawet czasu się roztkliwiać, bo Marta, stojąc na drabinie wozu, śpiewała donośnie:
Panna Maria nas zaprasza,
bo stygnie jaglana kasza,
Ale niech się nikt nie pyta
czy ta kasza znakomita?
Bo ta kasza, ach ta kasza!
nawet Huka już odstrasza.
Tak każda potrawa miała już swoją pieśń i śpiewając ją, Marta zwoływała wszystkich do ogniska.
Zaczem zgromadzono się wokoło — razem — po raz już ostatni. Z tego bowiem miejsca rozjechać się miano w przeciwne strony. Państwo Charlęscy z dziećmi, panną Marią i Aronem ku granicy polskiej, a Gabro i Wincenty z powrotem do Niżpola. Do swych domów i rodzin, których opuszczać nie chcieli i nie mieli potrzeby.
— Dziś jest na obiad rzecz przedziwnie smaczna i zupełnie nowa — powiedział Nik, siadając na przewróconym wiaderku. — Mianowicie manna niebieska, którą otrzymaliśmy dziś rano poleconą przesyłką prosto ze stacji pocztowej „Raj utracony”. Niech was nie zniechęca jej wygląd, tak niebywale do kaszy jaglanej podobny! — zakończył z przekonaniem, sięgając po swoją porcję żółtej potrawy.
— Ny, ja co powiem panu Gabrowi, co ten panicz Nik, to un jest prosto złoto — zwierzył się Aron, nagle rozczulony. — Un jest brylant, jemu nikt nie da rady, ani bida, ani mróz, ani głód, un będzie zawsze wesół, un... — nagle umilkł, a oczy wyszły mu na wierzch.
W odległości kilkunastu kroków spomiędzy drzew wyłoniły się nagle cztery brodate postacie w szarych, obdartych szynelach, z karabinami przerzuconymi przez plecy.
Siedzący przy ognisku nie widzieli ich jeszcze, widział ich tylko on, Aron, Żydek zsiniały z przerażenia.
I zobaczył ich także Olek, który wstał, aby wyjąć z wozu śliwki, a zobaczywszy, struchlał. Opanował się jednak błyskawicznie i nachyliwszy w środek koła siedzących, powiedział cicho, możliwie najspokojniej:
— Idzie tu kilku... ludzi. Trzeba zachować spokój. Czy papo ma rewolwer w kieszeni? Niku, czy ty masz?
— Mam — odpowiedzieli jednocześnie ojciec i Nik.
Nikt się nie poruszył przy ognisku. Matka tylko instynktownie wzięła za rękę Anię, która siedziała cichutko, nagle pobladła, z oczyma nienaturalnie otwartymi, jak mały struchlały ptaszek na widok błyszczących oczu kota.
Krokiem ciężkim i powolnym zbliżali się bolszewicy, z wolna zdejmując karabiny z ramion.
Oczy ich biegały po wozach i ludziach, szperały między tobołami, właziły do kieszeni i mózgów, przebierały kolejno ludzi i zwierzęta. Huk, srebrnoszary dog Nika, podniósł się na przednich łapach i cicho zaczął warczeć.
Jak cięcia szabli padały spojrzenia, jak kule — wrogie błyski oczu.
— Wy zacziem zdieś33? — zapytał wreszcie jeden z przybyłych.
— A jedziemy do Polski, do domu — odpowiedział obojętnie ojciec, pojadając kaszy z garnka.
— A pozwolenie u was jest? — padło pytanie.
— Pewnie, że jest — rzekł ojciec i nie spiesząc się, sięgnął do kurtki.
Długo przeglądał dowódca oddziałku wręczone sobie papiery. Sylabizował je litera po literze, oczami wodząc po siedzących wokół ogniska. Wreszcie złożył arkusz i powiedział przewlekle.
— Tu jest napisano: Franciszek Kozioł z żoną, siostrą i pięciorgiem dzieci, a tu jest jeszcze dwóch ludzi i Żyd. To oni co za jedni i jakim prawem?
— Oni nie jadą do Polski, tylko odwożą nas do granicy i wrócą.
— Tak oni wrócą z nami — powiedział twardo.
— A dobrze — zgodził się pozornie ojciec. — No, jedzcie dzieci kaszę, bo będzie zimna.
Bolszewik podszedł do ogniska i wyciągnął ponad nim ręce. Stali wszyscy czterej, jakby nie wiedząc, co robić i łakome oczy wpili w dymiący garnek kaszy z wyrazem tak okrutnego głodu na zmęczonych, dzikich twarzach, że Marta poczuła nagle, iż jej się serce ściska.
— Mamo — powiedziała zdławionym głosem i oczami wskazała ich matce.
Pani Charlęska zawahała się jedną sekundę — zaraz jednak powiedziała szorstko:
— Jak chcecie jeść, to macie, zimno na dworze.
Przywódca spojrzał na nią nienawistnie, ale już zza jego pleców wysunęła się szeroka twarz jednego z żołnierzy, który rzekł dobrodusznie:
— Jak jeść, to jeść — i wziąwszy garnek w zgrabiałe, czarne ręce, zasiadł z nim na ziemi.
Jedli wszyscy czterej z jednego garnka, łakomie, jeden przez drugiego.
Gdy skończyli, zażądali jeszcze. Matka wyjęła woreczek z kaszą i powiedziała.
— To wszystko, co mamy do jedzenia. Jak zabierzecie, to dzieci będą głodne.
— Na ranek będziecie w Polszy to i naźrecie się do syta — powiedział z grubym śmiechem jeden z żołnierzy.
— Durak! — wrzasnął mu nad głową ten, który zdawał się przewodzić. — To ty myślisz, że w Polszy jest co źreć! Zdychają tam z głodu gorzej od nas.
— To jest nieprawda — powiedział dobitnie Nik, ale natychmiast umilkł, powstrzymany spojrzeniem ojca.
Tymczasem jeden z żołnierzy już nabrał do garnka wody, zasypał kaszą i na ogniu postawił, wszyscy czterej zasiedli koło ogniska, odsuwając dzieci. Pod wpływem ciepła i jadła, przywódca bolszewicki złagodniał, a nawet całkiem zmiękł.
— Ot i jedziecie sobie do „otczyzny” — mówił — pewnie, pewnie! Każdemu miły własny kraj. — Na chwilę widocznie przypomniał sobie zasady komunizmu, bo poprawił się niepewnie. — Kraj rodzony to wszędzie jeden, czy rodzony czy nie — ale już potem znów się roztkliwił, z tą niepojętą łatwością, z jaką Rosjanie przechodzą od nienawiści, graniczącej z mordem, do miłości najszczytniejszej, a całkowicie biernej.
I mówił już dalej, mówił bez przerwy, pięknie i potoczyście, łzawo, a przekonywająco.
Przez ten czas matka z panną Marią i Martą nieznacznie pakowały wyjęte na popas rzeczy i przygotowywały się do drogi.
Do Ani, siedzącej na uboczu, podszedł jeden z żołnierzy i patrzał z góry na jej jasną, kędzierzawą główkę i bladą twarzyczkę. Tom niby od niechcenia podszedł do siostry i stanął tuż za nią.
— A tobie jak na imię? — zapytał żołnierz.
— Ania — odpowiedziała zmęczonym głosem.
— A tobie już będzie osiem lat? — zagadnął znowu.
— Dziewięć i sześć miesięcy.
— A ty czego za nią stanął? Myślał, że ja ją zjem, co? — zapytał ze śmiechem Toma.
— Nic nie można przewidzieć — powiedział ponuro chłopiec.
— Ot, gieroj34! — zaśmiał się żołnierz tak serdecznie, że aż mu karabin zadzwonił na plecach.
— Małoście to dzieci nazabijali? — powiedział rozzłoszczony Tom przez zęby.
Żołnierz nagle spoważniał.
— Pewnie, pewnie — rzekł chmurno.
Zamyślił się na chwilę, potem zapytał znowu.
— A długo już tak jedziecie?
— Och, długo! — wyrwało się Ani westchnienie z dna serca.
— To ty pewnie sowsiem35 już ustała! — rzekł miękko.
Ania podniosła na niego czarne, uważne oczy.
— Ja nie zawsze stoję, zwykle jadę na wozie — odrzekła niepewnie.
— Ustała to znaczy zmęczona — objaśnił Tom.
— Ach tak! — rzekła grzecznie Ania.
Tymczasem żołnierz patrzał z niepokojem na siedzących wokół ognia towarzyszy i jakby się nad czymś namyślał.
Nagle rzekł do Toma:
— Ty idź do swego batki36 i powiedz mu po cichu, żeby się miał na baczności. Rozumiesz? Żeby uważał. I że jak macie jechać, to jedźcie już do czorta, bo tu mogą jeszcze nadejść inni i nie wiadomo, co będzie.
Tom chwilę patrzał mu w oczy. Zrozumiał, że rada jest szczera. Ruszył więc krokiem niedbałym, zatrzymując się tu i ówdzie, aż doszedłszy do ojca, powtórzył mu nieznacznie polecenie.
Po czym wrócił do Ani.
Obserwował teraz ojca. Widział, jak włożył rękę do kieszeni i chwilę ostrożnie nią tam poruszał, potem podchodził kolejno do Gabra, Wincentego i Arona, do synów i żony. Wszystkim coś z cicha mówił. I wszyscy na skutek tych tajemnych słów, powoli i nieznacznie zbierali się do drogi.
W końcu Gabro zaczął zaprzęgać konie.
Żołnierze spoglądali na to obojętnie niby, Tom jednak chwytał czasem ich spojrzenia ukośne i chciwe, z lekka drwiące.
Gdy już wozy przygotowano do drogi i matka z panną Marią i dziećmi zaczęła wsiadać, ojciec rzekł do żołnierzy:
— No, a teraz to już nam czas w drogę.
— Jak czas to czas — powiedział dowódca bolszewickiego oddziału, dźwigając się z miejsca. — Tylko że pojedziecie nie tędy, a zwykłą drogą, szosą i nas podwieziecie.
— Nie możemy podwieźć, bo aż nadto ciężko koniom — rzekł ojciec.
— Otóż to, nadto ciężko — zaśmiał się żołnierz. — Jakoś bardzo ciężkie te wasze wozy, Franciszek Kozioł.
— A bo i pewnie — rzekł ojciec — mało to lat musieliśmy siedzieć w Rosji, to i nazbierało się gratów.
— No, jak w Rosji się nazbierało, to i w Rosji zostaną — powiedział żołnierz twardo, a i wy najpierw pojedziecie do czerezwyczajki37. Niech no się tam rozpatrzą w waszych papierach, bo ja to i nie bardzo wiem, dobre one, ili38 nie.
— Nigdzie nie pojedziemy, jak tylko do granicy Polski — powiedział stanowczo ojciec. — A wy nas nie zaczepiajcie, bo będzie bieda.
— Będzie, ale wam — krzyknął żołnierz i sięgnął do karabina.
Nie zdołał go jednak uchwycić. — Gabro błyskawicznym ruchem dopadł go z tyłu i wydarł broń. W tej samej chwili ojciec, Wincenty, Olek i Nik rozbrajali pozostałych towarzyszy, trzymając ich pod lufami rewolwerów.
Wszystko to stało się błyskawicznie, cicho i sprawnie! Nie padł ani jeden strzał.
Żołnierze nawet nie próbowali się bronić, sterroryzowani tą niespodziewaną ilością groźnych, śmiercionośnych narzędzi.
Po prostu ogłupieli. Wszystkiego się spodziewali, tylko nie zbrojnego oporu, tylko nie protestu w tym kraju, gdzie wszystko gięło się pod ich władzą, drżało przed ich słowem i pięścią.
Stali teraz, rozbrojeni zupełnie, otoczeni lufami nabitych, wycelowanych rewolwerów.
— Kłaść się twarzą do ziemi — rozkazał ojciec. Zawahali się. — Natychmiast, bo strzelamy — przynaglił.
Położyli się. Wówczas skrępowano im ręce i nogi, usta zatkano szmatami, siedzących przywiązano do drzew.
— A teraz na wozy i co tchu — rozkazał ojciec.
Pędzono, ile mocy w biednych, wyczerpanych koniach.
— Tylki dwadżeszcza wiorsty do granicy, tylki dwadżeszcza — zachęcająco przynaglał Aron i wraz z resztą mężczyzn coraz to zeskakiwał z wozu, i biegł za nim, by koniom ulżyć ciężaru.
Byle prędzej, byle prędzej.
— Papo, a temu żołnierzowi co nas ostrzegł, tośmy nawet nie podziękowali — powiedział Tom, gdy ujechano już kawał drogi i minęło pierwsze wrażenie.
— Gdybyśmy podziękowali, to za kilka godzin, gdy znajdą ich inni i oswobodzą, rozstrzelaliby go towarzysze bez litości.
— Po co ich wielmożny pan nie pozabijoł aj waj, po co? — zajęczał nagle Aron, dźwigając się z lepkiego błota.
Pan Charlęski popatrzał na niego i uśmiechnął się z politowaniem.
*
Świtało.
Wznosił się blady i zimny, czysty świt marcowy. Silny przymrozek trzymał ziemię, że skrzypiała twardo pod kołami wozów.
Pola, ogromne i faliste, pola ziemi czarnej i bujnych ozimin, szarobrunatnych ugorów — słały się jak okiem sięgnąć. A nad nimi niebo czyste, blade i nieruchome.
Z daleka, z tej drogi polnej, po której wlokły się wozy tułacze, widać było szosę równą i białą, wzniesioną nad poziom pól i ujętą w dwie wstęgi zielonych rowów.
Całą drogę tłukły się wozy po wertepach, moczarach i dołach, po drogach jakichś krętych, wąskich, nieużytych. Całą noc, noga za nogą wleczono się po krainach leśnych, aż przed świtem wytoczyły się umęczone wozy między pola ogromne i gładkie.
Już i sam Aron nie wiedział, co to za strony i czy bezpieczne od wrogiej władzy. Jęczał z cicha i raz wraz, to na tę, to na ową stronę poglądał. Ale daremnie. Nic, nic nie widział.
Właściwie już nikt nie miał sił tym się troskać i niepokoić. Wszyscy spali, skuleni bezradnie w głębi wozów, zmieniając się tylko przy koniach. Jechano noga za nogą, przystając i ciągnąc dalej, przed siebie, byle gdzie.
Słońce wytoczyło się zza widnokręgu czerwone i zrobiło się na chwilę niby ciemniej. Szron na ziemi roziskrzył się jarząco.
I tam właśnie, po szosie białej, wyzłoceni promieniami wstającego słońca — jechali żołnierze. Szwadron. Jechali stępa, a parskanie koni dolatywało aż do drogi, po której ciągnęły wozy.
Olek, który powoził w owej chwili na pierwszym wozie — zatrzymał konie.
Zza pleców jego Nik wysunął rozczochraną głowę i obaj chłopcy patrzyli z natężeniem i trwogą.
— Nic nie widać... nie wiadomo — rzekł zdławionym głosem Nik.
— Aha... nie widać... Bo ja wiem! — wyjąkał Olek.
Szwadron już minął zakryte krzakami wozy i odjeżdżał drogą.
I nagle... i nagle...
— Wojenko, wojenko
Cóżeś to za pani,
Że za tobą giną, że za tobą giną
Chłopcy malowani,
Że za tobą giną...
Szwadron odjechał w skok, a na wozach wszyscy płakali.
Zatrzymano się na pierwszy popas na polskiej ziemi. Wyskakiwano z wozów, otrząsając z siebie znużenie śmiertelne i głuchy smutek, nędzę miesięcy tylu. Żwawo chłopcy skoczyli po drzewo do ogniska, tnąc krzaki znad rowu. Śmiejąc się, aż krzycząc z radości, Marta i Ania wyciągały z worków resztki jadła.
Nik i Tom ruszyli na poszukiwanie wody. Zdawało im się, że po drugiej stronie szosy widzą coś w rodzaju strumienia.
Rzeczywiście był to strumień. Nabrali pełne wiadra i przysiedli na moment u rzeczki.
— Ona jest zupełnie taka sama, ta ziemia — powiedział nagle Tom, biorąc do ręki wilgotną, czarną grudę.
— Ja kto jest taka sama! — oburzył się Nik — przecież jest polska!
— Tak — zgodził się spokojnie Tom — a mimo to jest taka sama. Czarna i pachnąca.
I wrócili do ogniska, gdzie zgromadzili się wszyscy, grzejąc się i prostując obolałe, do cna zmitrężone członki.
Z dala od wszystkich, na wale szosy, z nogami spuszczonymi do rowu Nik spostrzegł siedzącego Olka.
Coś go zastanowiło w bezwładnej postaci tak szczęśliwego przed chwilą brata.
Podszedł do niego i wówczas zobaczył, że Olek z głową wzniesioną i szeroko otwartymi oczami — płakał.
Ogromne łzy jak grochy staczały mu się po policzkach, a z głębi piersi, gdzieś aż z wnętrzności wyrywał się szloch, którego nie chciały przepuścić zacięte wrogo usta.
Nik stanął tuż przy bracie, ale nic nie powiedział. Podniósł głowę i także popatrzał na wschód zalany słońcem, tonący w srebrnej mgiełce.
Olek przestał płakać, chwilę zmagał się ze sobą, aż powiedział zachrypniętym, rwącym się głosem:
— Już po Niżpolu... popiołu nie zostało... i ziemię kto będzie orał?... I oni wszyscy jej nienawidzą, choć rozszarpali. A my... nie mamy już domu.
Nik westchnął głęboko z dna serca. A potem raz jeszcze zaczerpnął powietrza pełną piersią. Ożywczy, ostry zapach, wiosennych pól.
Wtenczas rzekł spokojnie i mocno:
Mamy teraz OJCZYZNĘ. To jest więcej, niż dom.
Przypisy:
1. Połąga (lit. Palanga) — miasto na zachodzie Litwy, położone nad Morzem Bałtyckim, znany kurort nadmorski. [przypis edytorski]
2. nie lzia (z ros.) — nie wolno. [przypis edytorski]
3. Memel — Kłajpeda; miasto na wybrzeżu Morza Bałtyckiego, dziś w zach. części Litwy, w okresie przed I wojną światową wraz z Prusami miasto włączone było do zjednoczonych w l. 1866–1871 Niemiec (II Rzeszy). [przypis edytorski]
4. Moskale (pot., pogard.) — Rosjanie. [przypis edytorski]
5. Libawa — Lipawa miasto na Łotwie, w Kurlandii, nad Morzem Bałtyckim, po trzecim rozbiorze Polski i upadku księstwa Kurlandii przyłączona do Cesarstwa Rosyjskiego, stała się jednym z najważniejszych portów rosyjskich i węzłem komunikacyjnym (kolejowym); podczas I wojny światowej Lipawa była okupowana przez Niemcy. [przypis edytorski]
6. popasać — robić postój w podróży, szczególnie konno (na takim postoju konie dostają paszę). [przypis edytorski]
7. Teutoni — tu przen.: Niemcy. [przypis edytorski]
8. marka — tu: znaczek pocztowy. [przypis edytorski]
9. budka — kapelusz ze sporym daszkiem osłaniającym twarz. [przypis edytorski]
10. inaczej (...) jak — dziś popr.: inaczej niż. [przypis edytorski]
11. labradorowy — zrobiony z labradoru a. labradorytu; labrador: minerał, jeden z krzemianów, charakteryzujący się mieniącą się barwą (zjawisko irydyzacji), niebieskawą, zielonawą a. różowawą, którego złoża odkryto w XVIII w. na półwyspie Labrador (stąd nazwa), labrador jest składnikiem skał magmowych zw. labradorytami; w budownictwie używa się tafli oszlifowanego labradorytu do ozdobnego wykładania wybranych powierzchni np. kolumn. [przypis edytorski]
12. cretinis forestis — żartobliwy twór słowny udający nazwę łacińską przez zastosowanie odpowiednich końcówek wyrazów, a oznaczający „kretyn leśny”. [przypis edytorski]
13. a deż win, a deż win podiłsia (ukr.) — a gdzież on, a gdzież on się podział. [przypis edytorski]
14. uradnik — posterunkowy. [przypis edytorski]
15. dokumenta — dziś popr. forma lm: dokumenty. [przypis edytorski]
16. kozacy — tu: konny oddział ros. wojska. [przypis edytorski]
17. projekta — dziś popr. forma lm: projekty. [przypis edytorski]
18. las na Hajwie ciągle jeszcze był w rękach rządu — sprawa opisana w poprzedniej części powieści, p.t. Skarby. [przypis edytorski]
19. krzyknęła razem Marta i Tom — dziś popr.: krzyknęli razem (...). [przypis edytorski]
20. udrać (z ros.) — czmychnąć; uciec. [przypis edytorski]
21. nie mówił ja — ros. szyk zdania. [przypis edytorski]
22. szpion — szpieg. [przypis edytorski]
23. Helsingfors — Helsinki, szwedzka nazwa stolicy Finlandii. [przypis edytorski]
24. wzywane jako rzeczoznawcy Marta i panna Maria udzielały (...) — dziś popr.: (...) jako rzeczoznawczynie (...). [przypis edytorski]
25. makutra — gliniane naczynie do ucierania maku. [przypis edytorski]
26. dacha — obszerne, sięgające do kostek futro a. futrzana peleryna z dużym kołnierzem, nakładane zimą na wierzch na inne ubrania. [przypis edytorski]
27. Mademoiselle Lucette, voici notre voisin, monsieur (fr.) — panno Lucette, oto nasz sąsiad, pan [Górski]. [przypis edytorski]
28. a la gier, kom a la gier (zniekształcone fr. à la guerre comme à la guerre) — jak to na wojnie. [przypis edytorski]
29. A wot i nyma wże nimciw w Żytomire (z ukr.) — No i już nie ma Niemców w Żytomierzu. [przypis edytorski]
30. Nyma nykoho, teper nam bude panowanje (z ukr.) — Nie ma nikogo, teraz my będziemy panować. [przypis edytorski]
31. A wam, koneć (z ukr.) — A z wami koniec. [przypis edytorski]
32. czaj (z ros.) — herbata. [przypis edytorski]
33. Wy zacziem zdieś (ros.) — co wy tu robicie. [przypis edytorski]
34. gieroj (ros.) — bohater; tu: zuch. [przypis edytorski]
35. sowsiem (ros.) — zupełnie, całkiem. [przypis edytorski]
36. batka (ros.) — ojciec. [przypis edytorski]
37. czerezwyczajka (z ros.) — policja polityczna w Związku Radzieckim. [przypis edytorski]
38. ili (ros.) — czy. [przypis edytorski]