To ci bestia

Ranni jeńcy pod opieką licznej wykwalifikowanej służby zdrowia, nad którą miała pieczę Sala i jej dwie służebne, rozmieszczeni na wozach i po chatach wieśniaczych, nie mogli się skarżyć na brak właściwych starań. Gdy jednak doszła do nich wieść o poniesionej klęsce, byli tacy, co kryli twarz, przysłaniali uszy, nie chcąc słyszeć radosnych szeptów swych towarzyszy-zwycięzców, a byli i tacy, co usiłowali zerwać opatrunek, aby nie stanąć twarzą w twarz z hańbą, jaka wojska krzyżackie spotkała.

Jeno Karol von Leuwarden, książę Fryzlandii, leżąc bezprzytomnie, uśmiechał się do jakichś wizji, które mu się snadź w gorączce przedstawiały. U wezgłowia siedział wierny Bonifacjusz, który własnymi rękami uniósł z pola bitwy swego ukochanego wychowańca, oddając się wraz z nim w niewolę.

Sala, dzieląc starania między wszystkich, często zatrzymywała się nad młodziutkim księciem, przynosząc mu jakiś napój chłodzący lub badając, czy głowa jego szpetnie posiekana nie potrzebuje nowego opatrunku. Bonifacjusz, patrząc na nią z wdzięcznością, mówił sobie:

— Zaliż w Polsce miasto24 dziewek anioły mieszkają?

Sala zaś, spełniając swe obowiązki, biegła myślą do brata, do ukochanego Kuby. Szukała go między jeńcami wziętymi do niewoli i rannymi na polu walki, nigdzie go ani oko.

„Może go nie wołali na wojnę? Może zginął? O knechta nikt się nie troszczy” — myślała.

I do Sienichy myśl jej również często się zwracała.

— Co się z nią dzieje? Gdzie się obraca? — Lecz na te pytania wicher nawet nie odpowiadał.

I Sienicha toż samo pytanie sobie powtarzała.

Dziwić by się bodaj należało, jak jej sił starczyło. Kręcąc się wciąż koło obozów krzyżackich, miała jednak czas donosić o każdym ich obrocie dowódcom żmudzkim i litewskim.

Gdy ludzie podczas walk padali jako drzewa leśne podcięte siekierą, starała się im przyjść z pomocą, wlokąc nieraz rannych o kilka staj25, do pierwszej lepszej chaty, gdzie lud okoliczny, jakkolwiek słuchający z lękiem odgłosów walki, chętnie rannym dawał schronienie.

Najwięcej jednak przebywała między krzyżackim taborem. — Długie nieraz wiodła z knechtami rozmowy w niemieckim języku, którego wyuczyła się podczas pobytu w malborskim zamku. Omijała jeno skrzętnie znanego nam Jakuba, wstręt mu okazując. Jeżeli zaś przystąpiła do niego, to zawżdy z podniesioną pięścią i groźnymi wyrazy. Lecz między te groźby umiała zawsze wpleść przyciszone jakieś słowo, które jeno ona i Jakub rozumieli.

Inni patrząc na te zatargi między Jakubem a Hexą26, jak ją nazywano, śmieli się, mówiąc:

— Jakub nie ma łask u Hexy, bodaj czy go w dziewkę albo i co gorszego nie zmieni.

Gdy klęska była już widoczna, a rozbite szeregi i wielu z taboru rzuciło się do ucieczki, zbliżyła się do Jakuba, a poczęstowawszy go kułakiem, szepnęła jakieś słowo, na co wyszczerzeniem białych zębów i podniesioną pięścią odpowiedział. W onej chwili mogli sobie nie zadawać nawet trudu udawania, każdy bowiem był tak zajęty ocaleniem własnej skóry, że nikt na to, co go otaczało, nie zważał. To pewna, że Jakub w ucieczce swej wszelkich używał sposobów, żeby nie być schwytanym. Aż oto dostał się za mury malborskiego zamku.

Słowa dobadać się z niego nie można było, lecz temu nikt się nie dziwił, boć wszyscy byli zgnębieni i mimo wypoczynku jedno mieli tylko słowo: hańba, klęska!

Ale i tego młody knecht nie powtarzał.

A stary komtur, snując się po komnatach i podwórcach zamkowych, wciąż powtarzał:

— Tak, to są jeno zgliszcza Zakonu. — A potem na pociechę wołał: — Niepodobna! Niepodobna!

Coraz to jakiś zgłodzony, błąkający się rozbitek krzyżacki przynosił wieści coraz groźniejsze. Więc jeden doniósł:

— Polacy zajęli Morąg w pruskiej marchii. A też i Dzierzgów!

A inni wołali:

— Miasto Elbląg wysłało z hołdem do Jagiełły, oddając mu się ze wszystkimi bogactwami w opiekę!

— A także Toruń, Kwidzyń, Królewiec, a nawet pobliski nam Gdańsk!

Że zaś wieści te przynosili rycerze, nierzadko i dowódca świadomy rzeczy, można im było wierzyć. Rozpacz i przygnębienie osiadało w malborskim zamku jako ona mgła gęsta jesienna, poza którą żadna gwiazda błyskiem swoim ciemności rozjaśnić nie mogła. Aż oto w dziesięć dni po klęsce pod Grunwaldem doniesiono:

— Jagiełło z nieprzeliczonym wojskiem, a też i Witold na czele Litwinów i pogańskich Żmudzinów, zbliża się pod zamek!

Wtedy już nie tylko stary komtur, lecz ile tylko było piersi, z wielkim jękiem powtórzyło:

— Teraz już tylko zgliszcza Zakonu!

Aż naraz z wieżycy czatownik zatrąbił radośniejszym głosem. Jednocześnie do bramy zakołatano gwałtownie.

— Polacy pod bramą! — ozwał się jakiś głos przelękły.

— Witold w mury taranem uderza! — powtórzył ktoś naznaczony litewską sulicą27.

I padł strach na wszystkich. Jedni kryli się po zaułkach i lochach zamku, inni doradzali:

— Poddać się!

— Poddać się, uratować życie!

— I tak są to już tylko zgliszcza Zakonu — mówił Leuchter, były komtur Kwidzynia, kręcąc się bezładnie.

— Przecie radośnie zatrąbiono z czatowni — ozwał się Hilt.

Spojrzano ze zdziwieniem na knechta, chwytając się słów tych jak zbawienia. Wtem brama się rozwarła i Henryk von Plauen, komtur ze Świecia, wkroczył z oddziałem kilkuset zbrojnych, zebranych ze swej komandorii.

— Klęska!

— Hańba!

— Jeno zgliszcza wielkiego Zakonu! — rozpaczliwie wołano sądząc, że i on ze swoim oddziałem uchodzi jako rozbitek.

— Cicho! — wrzasnął Plauen potężnym głosem. — Cicho! Jak kto powtórzy te słowa, śmierć! — wrzasnął jeszcze groźniej.

Nagle zrobiła się cisza. Jednym oczy zabłysły, inni machnęli ręką, inni byli tak przygnębieni, że nie odczuwali nawet najmniejszej nadziei, bo po tym, co widzieli, czego doznali, nie wyobrażali sobie, żeby mogła się jaka znaleźć. Jeden tylko knecht, ów milczący i ponury, z wielkim zdziwieniem zwrócił wzrok w stronę przybyłego komtura i cały w słuch się zamienił, chwytając też każdy ruch, każde słowo Plauena. A ten zsiadłszy z konia, rozkazywał głosem dowódcy:

— Ilu was jest, pod broń!

Spojrzano zdziwionymi oczyma. Nikt się nie ruszył.

— Opatrywać broń, szykować się do obrony zamku! — rozkazywał.

— Anton Ludwigsburg! — wrzasnął.

Ten zbliżył się leniwym krokiem.

— Weźmiesz, bracie, wielebny komturze, ludzi, pójdziesz do okolicznych wiosek nie zajętych jeszcze przez nieprzyjaciela, zbierzesz, ile się da wołów, baranów, świń i rozmaitej żywiny, a też krup, zboża, mąki.

Słuchano tych rozkazów z niedowierzaniem i zdziwieniem.

— W tej chwili ruszać! — rozkazał. — Wszystko pakować na wozy, prowadzić za mury! — dokończył.

— Ale skąd wozów? — spytał nieśmiało Anton.

— Mało ich we wsiach okolicznych?! — wrzasnął zniecierpliwionym głosem Plauen.

I rozglądał się, jakby kogoś szukając. Wzrok jego padł na Hilta.

— Ty, kulasie, jak ci tam?!

— Hilt, starszy knecht z dziesiątego podwórca, do usług jego miłości.

— Weźmiesz, ilu jest knechtów, zwołasz pospolitaków i robotników z miasta, pogłębicie fosy i zrobicie jak najwyższe koło murów nasypy!

— Będzie spełnione według rozkazu waszej miłości — odrzekł Hilt, uważając się za wielce ważną w tej chwili osobę.

— Nasypy muszą być skończone do świtu! — rozkazał Plauen. I znów spojrzał po patrzących na niego ze zdziwieniem. — A, Michel z Gołuba! Właśnie mi cię, bracie, potrzeba! — zawołał na jednego z Krzyżaków, który zdołał schronić się przed pogonią. — Pójdziesz do miasta, zbierzesz co silniejszych, umiejących robić bronią mieszczan i sprowadzisz ich do zamku.

W zgnębionego Michela wstąpiła jakaś otucha, rozglądał się za ludźmi, których miał wziąć do pomocy.

A Plauen rzekł jakby do siebie:

— I z tych opasłych mieszczuchów zrobię obrońców zamku, niech jeno ich dostanę.

Po niejakiej chwili Anton Ludwigsburg z trzema innymi wychodził za bramę.

Hilt na czele kilkunastu z łopatami i szpadlami w ręku zabierał się do odejścia.

— Jakub! — krzyknął Hilt głosem dowódcy do wsłuchującego się w dalsze rozkazy Plauena. — Nie słyszałeś, co nowy mistrz rozkazał?

— Nowy mistrz? — spytał tenże zdziwiony.

— Przemówiłeś nareszcie! — roześmiał się Hilt. — Ale cóż się dziwisz? Tamtego uśmiercili Litwini czy Polacy, toć Zakon nie obejdzie się bez następcy — mówił głosem świadomego wszelkich spraw Zakonu. — Nie obejdzie się też bez Hilta, oho! — dodał z wielką chełpliwością, kuśtykając na skrzywionej nodze.

W tej chwili trębacz ogłosił nowo przybywających. Trąba ozwała się miarowo, poważnie, z odcieniem radości, jak zwykle, gdy witano gości.

Plauen zatarł ręce. To jeden z uformowanych przez niego po wszystkich komandoriach oddział ciągnął do zamku.

Hilt wstrzymał się ze swoimi, jakby chciał wzrok nasycić widokiem przybywających.

Przypatrywał się im i Jakub. Przypatrywał nader ciekawie, oglądając nie tylko ludzi, lecz ich uzbrojenie i rumaki. Zdołał też uchwycić, że z Prus, gdzie wojna nie dosięgła, nadciągnie jeszcze wielu rycerzy na obronę Malborka. Po chwili, wielce zamyślony, udał się za Hiltem, który z miną dowódcy zebranych ludzi boczną furtą wyprowadził za mury.

Hilt przyśpieszał robotę i jak było nakazane, wschód słońca oświecił świeżo narzucone nasypy i pogłębione fosy. Nie mieli nawet zbyt wiele do czynienia, bo zamek, oblany z jednej strony odnogą Wisły, z dawna był doskonale obwarowany i tylko niektóre nasypy trzeba było poprawić. Wracał więc Hilt ze swoimi z triumfującą miną, ale gdy się rozejrzał, młodego knechta nigdzie nie było. Brakowało też pary szczudeł do poglądania z ich wysokości na okolicę.

— Gdzie się ten psia noga podział? — pytał robotników.

Ale nikt go przy nasypach nie widział.

— Urwipołć, nicpoń, pasibrzuch, dawniej do roboty był jedyny, teraz, jak powąchał wojny i Polacy przyłożyli mu parą płazów na skórę, zmyka od wszystkiego i kuli się jak pies, gdy go wodą obleją! — krzyczał rozgniewany kulas. — Ale ja mu dam, pozna, co to Hilt znaczy — zakończył.

Nie mógł wszakże pogróżki swej spełnić, bo Jakuba nigdzie nie było. Zresztą, nikt nie miał czasu troszczyć się o niego. We wszystkich podwórcach zamku kipiało gorączkowym przygotowaniem do odparcia spodziewanego oblężenia przez wojska Jagiełłowe.

I słusznie mogli się tego spodziewać. Jagiełło bowiem po uczcie zebrał radę wojenną, złożoną z najżyczliwszych i najwaleczniejszych rycerzy. Byli więc: Zyndram z Maszkowic; Ziemko i Kazimierz, książęta mazowieccy; wytrawny doradca, Jaśko z Tarnowa, kasztelan krakowski; Skarbek Habdank z Góry; Mikołaj Nałęcz; a przed wszystkimi Witold, książę litewski.

Otoczyli oni ciasnym kołem króla i przyciszonym głosem, miarkując wewnętrzne podniecenie, radzili:

— Zaliż skończymy walkę na tym szczęśliwym zwycięstwie? — zapytał monarcha.

— Nie, nie!

— Boga mi, nie! — odpowiedziano jednogłośnie z zapałem.

— Gdybyśmy wilkowi ostawili główne jego legowisko, łacno by się w nim rozrodził — rzekł poważnie Witold.

— Na Malbork! Na Malbork! — wyrzucono ze wszystkich piersi.

Król z zadowoleniem pogłaskał skąpy zarost i rzekł:

— Z rozkoszą słyszę wasz zapał, mili panowie. Słowa wasze są jeno powtórzeniem tego, co w moim sercu kołacze.

I po jednodniowym wypoczynku wyruszono ku krzyżackiej stolicy.

Odniesione po drodze zwycięstwa, posłowie od poddających się miast jeszcze większy budzili zapał. Niepokoiło jednak Jagiełłę, że nie wiedział, jakie są siły w Malborku.

Aż oto nie opodal zajętego co tylko Dzierzgowa, o trzy dni jeszcze od Malborka, przyprowadzono do obozu młodego chłopca w ubraniu żebraczym. Wspierał się na kulach, twarz miał wykrzywioną, a całą postać skuloną.

— Ważne przynoszę wieści — rzekł do tych, którzy go przytrzymali.

— Krzyżacy cię może na zwiady przysłali! — wrzasnął ktoś z zapalczywszych.

Był nawet ktoś, co go widział wśród uciekających Krzyżaków.

— Na gałąź z nim! — zawołano.

— Dobrze, pójdę i na gałąź, pierwej jednak stawcie mnie choćby przed samym monarchą.

To mówiąc rzucił kule, wyprostował się, stanął na obu nogach, wykrzywioną szpetnie twarz doprowadził do porządku, a oczy zapałały mu jak u młodego żbika. Śmiałość i nagłe przeobrażenie się w dorodnego młodzieńca stropiły wszystkich. Nagle ozwał się głos:

— Ho, ho, ho!

I wysoka postać Sienichy, podpierającej się długim kosturem, ukazała się tuż przy gromadce otaczającej przybyłego.

— Ho, ho, ho! — wołała coraz donośniej.

A zbliżywszy się, rzekła: — Byłam w chacie przy rannych, gdy mi się mignął jakiś pokraka. Chciałabym zbadać, co zacz.

Rozstąpili się wszyscy, boć znali ją dobrze i w wielkim mieli poszanowaniu.

— To ty, byłam pewna, że nie kto inny! — zawołała spojrzawszy na młodzieńca. — Setnego z siebie zrobiłeś dziwotwora — mówiła wesoło. — Dobrze, dobrze, ale cóż przynosisz?

— Leciałem dzień i noc, a tu chcieli mnie wziąć na gałąź. Niech ta, ale pierw muszę wypowiedzieć to, z czym przyszedłem, choćby samemu królowi. — To mówiąc, schylił się do nóg Sienichy. Ta z lubością położyła dłoń na jego głowie, a potem rzekła:

— Prowadźcie go, prowadźcie! A potem pożywcie. To nasz, nasz!

Położywszy raz jeszcze dłoń na jego ramieniu, ruszyła z powrotem.

Teraz zupełnie inaczej spojrzano na przybyłego. Niebawem stawiono go przed królem.

— Co rzekniesz? — spytał monarcha.

— Plauen, komtur ze Świecia, przybył trzy dni temu do Malborka, z nim liczny oddział rycerzy. Wkrótce nadciągnęło więcej, będzie ich ze trzy tysiące. Kazał jeszcze i z miasta ludzi do zamku zwołać, i żywności jak najwięcej sprowadzić, i szańce poprawiać, a ja od tych szańców uciekłem, żeby wam, najmiłościwszy królu, o wszystkim donieść — mówił jednym tchem były knecht krzyżacki.

— Hm, hm — powtarzał Jagiełło, słuchając tej opowieści. — A coś ty za jeden? — zapytał nagle.

— Jakub Bobrownicki, brat Sali, porwany ongi przez Krzyżaków, w ich zamku wychowany, a przez Sienichę od zagłady uchroniony — mówił chłopak tak śmiało, jakby do równego sobie.

— Niezbadane wyroki boskie! — rzucił król, który od kasztelana krakowskiego słyszał o Sali, a i o uprowadzeniu jej brata jakoś sobie przypomniał. — Powtórzysz to wszystko raz jeszcze — rzekł monarcha.

I wydał rozkaz, żeby się niezwłocznie przyboczna rada zebrała.

Jakub schylił się do nóg królewskich, a stanąwszy na uboczu, widział przybywających na naradę rycerzy. Gdy ujrzał Witolda, oczy mu zaświeciły i o mało nie wyskoczył ku niemu, tak mu wielka radość w piersiach się rozparła. Widział go bowiem podczas bitwy i wielkie umiłowanie ku niemu powziął.

Na rozkaz królewski powtórzył wszystko, co już poprzednio mówił.

Król dał rozkaz, żeby Jakubem się zajęto, a panowie poczęli się naradzać.

— Zamek to wielce mocny — mówili niektórzy.

— Trudno mu będzie poradzić, ile że żywności nagromadzili — dodawali inni.

— A jednak go zdobędziemy! — zawołał król.

— Tak, musimy zdobyć! — powtórzył Witold.

Obu oczy zabłysły.

— Trzeba jeno pośpieszać, by zbytnio w siłę nie urośli — dodał Jan z Tarnowa.

A inni widząc, że król i Witold nie tracą otuchy, nabrali jakoś serca.

— Przed północą wyruszymy! — rozkazał Jagiełło.

A że słońce już dogasało, każdy szedł do swoich chorągwi, ażeby dawać rozkazy i do marszu się sposobić.

Niebo wyiskrzone gwiazdami i jasny księżyc przyświecały przygotowaniom.

Mimo to nie wszyscy mieli ochotę na dalszą wyprawę.

— Trudna to będzie z nimi sprawa — szepnął ktoś, komu już wojaczka dojadła i rad by był choćby przed siewami do domu wrócić.

— Co za trudna! — huknął Zyndram z Maszkowic. — Mamy przecie maszyny piekielne, na Krzyżakach zdobyte! — dodał.

— Mamyć, ale kto tam wie, jak z nimi począć? — ozwał się jakiś głos wątpiący.

— Ja! — dało się słyszeć z ubocza.

I Jakub wysunął się z ukrycia.

— Ktoś ty?! — poczęto gniewnie pytać.

Lecz Zyndram pojrzawszy poznał w nim tego, co przed chwilą w obliczu samego monarchy śmiało zdawał sprawę o siłach malborskiego zamku, zwrócił więc wzrok badawczy ku niemu i zapytał:

— Potrafisz?

— O, wa! Niepróżnom przecie jadł chleb krzyżacki! — zaśmiał się były knecht.

— A nie zdradzisz? — ozwał sią głos jakiś.

— Co, ja?! Bobrownicki, syn tego, którego Krzyżacy usiekli! — zawołał chłopak z oburzeniem.

I poprowadzony do owych piekielnych maszyn, z wielkim sprytem, a też i ostrożnością, pokazywał, jak się brać do nich.

Rozochoceni śmiałością wojacy przyswajali sobie jego objaśnienia, a przyswajając mówili:

— To ci bestia!