Zwycięstwo
Mistrz Jungingen, dowiedziawszy się o zdobyciu Dąbrowna, zawrzał gniewem.
— Jak on śmiał, ten litewsko-polski poganin, ten lis chrześcijańską skórą powleczony coś podobnego uczynić! — wołał w uniesieniu.
Najwięcej go to bolało, iż był pewien, że Jagiełło, zląkłszy się jego potęgi i prowadzonych maszyn piekielnych, cofnął się ku swojej granicy.
— Byłem pewien, że się ukorzy, że przyśle prosić o pokój, że bez narażania się na straty posiędę nowy szmat ziemi, a ten...
I splunął, nie znajdując dość dosadnego wyrazu na wypowiedzenie swego gniewu.
— Poległ także Karol niderlandzki — rzekł Frydrych von Ulmen, który, jako marszałek, nie odstępował mistrza.
— Co?! — zawołał tenże.
— Tak, obdarowani wolnością jeńcy widzieli go na placu boju — odrzekł marszałek.
— Mogli go zabrać, choćby nieżywego, kiedy ten głupi królik kazał im wracać. — Zaśmiał się ironicznie i rzekł: — Po co się ten śmierdziel rwał do wojny, po co?
W duszy zaś myślał sobie:
„Dobrze, że poległ, prędzej jego ziemię posiądziemy!”
— Zresztą, mniejsza o niego — dodał głośno. — Zapłacisz ty mi, mysi królu, i ty, przewrotny Witoldzie, za wszystkich! Noga z waszych pachołków, co ich nazywacie rycerzami, nie zostanie! Po wiek wieków będą opłakiwać wasze niewiasty poległych i niewolników! Jeno tych dwóch, Jagiełłę i Witolda, muszę mieć w swoich rękach! Tych mi oszczędzać!...
I wydawał rozkazy do niezwłocznego marszu ku Lubawie.
— Nie spodziejesz się, ty przechero, jak ci zmiotę twoje potężne wojsko, a z głowy zedrę koronę! — odgrażał się dalej.
I 14 lipca, pewny zwycięstwa, zjawił się niespodziewanie z olbrzymimi siłami naprzeciw wojsk Jagiełłowych.
— Mieć w pogotowiu kajdany! — wołał Jungingen.
I z nadzwyczajną sprawnością i pośpiechem sam objeżdżał wszystkie główniejsze chorągwie, tak że cudzoziemscy rycerze mówili:
— Ten urodzony na wodza!
— Pod takim łacno zwyciężyć!
— A choćby głowę położyć, też sława — dodawali inni.
Jagiełło inaczej zupełnie przyjął wieść tak o zwycięstwie pod Dąbrównem, jak i o nagłym zjawieniu się wojsk nieprzyjacielskich. Niechętny zrazu do walki, teraz, po pierwszym zwycięstwie, rozgorzały niepohamowaną jej żądzą, powstrzymywał jeno przyrodzoną swą ku niej gorącość.
— Nim ją rozpocznę, trzeba podziękować Najwyższemu za zwycięstwo i o dalsze błagać — rzekł i do wysłuchania mszy świętej o świcie 15 lipca się sposobił.
— Uderzyć nie zwlekając! Uderzyć, nim się nieprzyjaciel opatrzy! — wołał Witold.
A król, skinąwszy ręką, rzekł:
— Sposobić się do boju. Nim wszystko będzie gotowe, ja oddam siebie, ziemię tę i naród w opiekę Najwyższego.
Słuchał więc z pobożnością ofiary, a świt poranny promieniami zorzy oświecał purpurą modlącego się króla i jego niezliczone szeregi.
A Zyndram z Maszkowic sprawiał wojska koronne i ustawiał je w szyki. A Witold toż samo czynił z litewskimi i ruskimi. Czyniono to z wielkim pośpiechem, jednak nim wszystko doprowadzono do należytego porządku, słońce już wzbiło się ku górze. Wzbiło się, lecz jakimś zasmuconym, jakby mgłą przysłoniętym okiem na świat poglądało.
A król po wysłuchaniu mszy świętej z nieodstępnym pocztem oddalił się na pagórek między lasami położony i z zadowoleniem poglądał na ustawione w bojowym szyku szeregi. A jednocześnie przez wielką lunetę, otrzymaną w darze od mistrza Jungingena, kiedy to chciał zawrzeć ugodę, poglądał w dal na pola.
Teraz przez ową lunetę dojrzał Jagiełło, że tenże sam mistrz rozłożył się ze swymi wielkimi wojskami między wsią Grunwaldem a Tannenbergiem. Zapałały więc królowi oczy jeszcze większym ogniem, a w piersi zakołatała jeszcze większa żądza natychmiastowego boju. Ale przedtem jeszcze rozdawał rycerskie pasy, co było jakby mianowaniem młodzieniaszków na rycerzy. Pierwszy raz szli oni na nieprzyjaciela, a król zachęcał ich, mówiąc:
— Polecić się Bogu, nacierać śmiało! Bitwa, to najpiękniejsza chwila w życiu wojaka.
I błogosławił ich jako ojciec.
Ale Witold stojąc na uboczu, gotowy do walki, dowiedziawszy się, czym się król zajmuje, szemrał:
— Właśnie też czas na takie zabawy!
I niecierpliwił się coraz więcej. A król począł wdziewać zbroję i sposobić się, aby stanąć na czele. Miał złocistym hełmem okryć głowę, gdy dano mu znać, że dwaj krzyżaccy heroldowie proszą o posłuchanie.
— Niechaj się stawią! — rozkazał Jagiełło.
A przez myśl mu przebiegło:
„Zwycięstwo pod Dąbrównem przekonało ich, że nie dla zabawy przyszliśmy tutaj! Chcą pewnie zgody, ale... ”
Myśl tę przerwało wejście posłów krzyżackich. Prócz mieczów, które mieli przy boku, każdy z nich dźwigał jeszcze miecz wielki, ciężki, z skórzanej pochwy sterczący.
Jagiełło zmierzył ich badawczym wzrokiem, a starszy z przybyłych nie zwlekając począł:
— Najmiłościwszy nasz mistrz, Ulryk von Jungingen, przysyła te oto dwa miecze, jeden dla ciebie, najmiłościwszy monarcho, drugi dla Witolda, wielkiego księcia litewskiego, abyście się mieli czym bronić...
Krew zawrzała w Jagielle na to urągowisko, oczy zabłysły, zdało się, że iskry z nich sypną, powstrzymał się jednak, a obróciwszy się do otaczających go dostojników i porozumiawszy z nimi wzrokiem, spokojnym rzekł głosem:
— Mieczów u nas dostatnio, przyjmujemy wszakże dar z wdzięcznością. Zdadzą się na wasze karki.
Po czym odwrócił się plecami, a posłowie wynieśli się, nic już nie mówiąc. Przyprowadzono ich w milczeniu aż pod sam ich obóz, nie pozwalając rozglądać się wśród ustawionych szeregów, podejrzewając, iż przyszli przepatrzeć nasze siły, co bodaj z tego wszystkiego najpewniejsze.
Jagiełło, zacisnąwszy zęby aż zgrzytnęły, uspokoił się wreszcie i począł dawać rozkazy do bitwy.
Siadł też na cisawego konia, przedniej okazałości i wielkiej cnoty rumaka, i chciał stanąć na czele. Wtedy zaczęto mu przedkładać:
— Najmiłościwszy monarcho, owi dwaj heroldowie krzyżaccy nie po co innego przyszli, jeno żeby przyjrzeć się waszemu obliczu, a potem na was wszelkie swoje siły skierować.
— A bodaj żywcem mistrzowi dostawić — dodawano.
Długo nie chciał król ustąpić i chciał iść osobiście na czele, gdy jednak czas ubiegał, a wojsko z niecierpliwością oczekiwało na znak bitwy, król dał się ubłagać i z oddziałem, w którym był pisarz nadworny, młody Zbyszko z Oleśnicy, i wielu innych, stanął na wzgórzu, skąd wszelkie ruchy i obroty walki mógł widzieć jak na dłoni. I oto zabrzmiała pieśń:
Bogurodzica, Dziewica,
Bogiem sławiona Maryja...
I pieśń tę jedna chorągiew podawała drugiej, a z tysiąca piersi płynął jeden zgodny dźwięk. I zdawało się, że całe przestworze pieśń tę powtarza, a głos jej płynie tam, w górę, ku niebu. A chorągwi tych była moc wielka, a szły jakby nie do boju, lecz na jakąś wielką uroczystość.
Aż oto ozwało się hasło. Trębacze królewscy je głosili. A za nimi powtórzyli trębacze wszystkich chorągwi. I szedł ów głos z lewego skrzydła, którym dowodził Zyndram z Maszkowic, do prawego, gdzie Witold stał na czele swych litewskich i ruskich hufców. A stamtąd zwrócił się odgłos trąb do środkowych chorągwi z Ziemowitem, księciem mazowieckim, na czele. Trębacze powtórzywszy hasło, krótkim, urywanym dźwiękiem je zakończyli. Umilkły dźwięki, echo rozniosło je w najodleglejsze szeregi.
I zrobiła się cisza. Cisza, jaka zwykle bywa przed burzą.
Wtem nagle z obozu nieprzyjacielskiego rozległ się huk tak straszny, jakiego dotąd nikt nie słyszał. I oto przestworze nagle zakryło się dymem, zakrywając słońce, które w czwartej części dnia wyjrzało na świat ciekawie. Dym dziwnie smrodliwy napełnił przestworze i mimo wielkiej odległości doszedł do Jagiełłowego obozu. Był to huk nie znanych dotąd armat, którymi Krzyżacy chcieli przestraszyć naszych wojowników. Lecz, o dziwo, konie miasto15 z lękiem się cofnąć, leciały naprzód jak szalone. Wojownicy z podniesionym mieczem i okrzykiem: „Bóg z nami”, rzucili się bez pamięci na pierwsze szeregi nieprzyjacielskie. Zrobił się szczęk, zgrzyt, szum, łoskot. Zwierz przestraszony krył się w najciaśniejsze nory swego legowiska. Ptaki przelękłe unosiły się w górę lub oszołomione padały na ziemię. Drzewa zdziwione hukiem i łoskotem, dotąd nie znanym, zamilkły wstrzymując szum swych gałęzi.
Zawrzała walka. Walka tak straszna, jak gdyby nie ludzie, lecz obdarzone nadzwyczajną siłą bajeczne olbrzymy ją wiodły. Rycerz z rycerzem się zmagał, pierś o pierś uderzała, szczęk mieczów, huk toporów, świst, łamanie pancerzy, dzid i włóczni mieszały się z okrzykami i wymysłami wzajemnymi, z jękiem rannych, rżeniem i charczeniem koni. Padał jeden zastęp, wyrastał z obu stron drugi jakby spod ziemi.
Król, stojąc na uboczu, wielkim głosem zachęcał do walki, dawał rozkazy.
Witold z podniesionym do góry mieczem, z obnażoną z hełmu głową z nadzwyczajną szybkością przelatywał przed szeregami. Z rozwichrzonym włosem, z pałającymi oczyma, w fioletowoczerwonej szacie kryjącej pod sobą zbroję był jako nadziemskie zjawisko. Żmudzini, którzy oblicza jego nie znali, mówili:
— Perkun16, sam Perkun stanął do wojny.
I choć niektórzy pierwszy raz stawali na polu walki, choć piersi ich i ramiona miasto17 zbroi okryte były jeno włochatą skórą zwierza, szli jednak do boju z wielką zaciętością, innym nie ustępując. Lecz natarcie krzyżackie było zbyt umiejętne i gwałtowne. Szerzyli oni wśród nieprzywykłych do boju straszne zniszczenie.
Padł pierwszy szereg. I oto nagle nieszczęśliwych opanował jakiś niebywały lęk.
— Litwa ucieka! — zabrzmiał jakiś głos złowrogi.
— Żmudź pierzchnęła! — powtórzyli inni.
Głos ten doszedł Witolda, doszedł wytrawnych wodzów. Witold w zapamiętaniu chciał biec za nimi, zawrócić, od sromu18 uchronić. Jedno wszakże spojrzenie, jeden rzut oka na pozostałe szeregi opamiętał go wkrótce. Pozostał dając dalsze rozkazy.
A Krzyżacy puścili się za uciekającymi, siekąc, bijąc, zabierając w niewolę.
Opamiętali się uciekający.
— Mamy ginąć, gińmy jako rycerze! — rzucił ktoś z uciekających.
I zwracać się poczęli.
A oto po jednej złej wieści nadchodziła druga. Chorągiew z białym orłem w ręku Krzyżaków.
— Co, chorągiew?! — zawołano głosem rozpaczy.
I jak wicher rzucono się ku jej obronie. Nie! Chorągiew nie dostała się jeszcze w ręce nieprzyjaciół. Wytrącono ją jeno z rąk Marcina Wrocimowskiego, chorążego krakowskiego.
Sam król, ujrzawszy ze wzgórza zniknięcie godła narodowego, zakrył oczy, a jednocześnie całą siłą swych potężnych piersi wołał:
— Bronić! Bronić!
Bronili jej bez tego rozkazu.
Chorąży krakowski, pod którym konia zabito, zdołał ją pochwycić, a dosiadłszy konia, z którego zrzucił Krzyżaka, podniósł ją w górę z okrzykiem radości. Okrzyk ten wszystkie piersi powtórzyły.
— Boże, niechaj ci będą dzięki za uratowanie czci naszej! — zawołał w uniesieniu Jagiełło.
I oto po tej smutnej chwili nadchodzić zaczęła radosna.
Bój wrzał gwałtowny. Zda się, ostatek sił każdy oddawał. Wtem wśród niebywałych tumanów kurzu, wznoszącym się spod kopyt końskich, pojawiać się zaczynały białe płachty w przestworzu. To wicher bitwy unosił strzępy krzyżackich płaszczy. Po takichże szmatach stąpały konie rycerzy, pławiąc się jednocześnie we krwi szeroko rozlanej. Deszcz drobny ochładzać począł powietrze, rozpraszać tumany kurzu, dając swobodniejszy oddech znużonym piersiom.
Zwycięstwo przechylało się na naszą stronę.
Wtem nowy okrzyk zgrozy rozległ się od strony wzgórza, gdzie król z niewielkim oddziałem się znajdował.
Dojrzano Jagiełłę z obozu nieprzyjacielskiego. Znakomity jeden rycerz niemiecki, Dyppold Kekeritz, w otoczeniu kilkunastu ludzi wdarł się na wzgórze i pochyliwszy włócznię, pędził wprost na króla.
Król z podniesioną włócznią czekał na niego spokojnie, ale nim rycerz dotarł, młody pisarz kancelarii królewskiej, Zbyszko z Oleśnicy, odłamem drzewca z włóczni, który trzymał w ręku, ugodził w bok Niemca i zwalił go z konia. Rycerstwo otaczające monarchę rozsiekło śmiałka.
Gdy Jagiełło pojrzał na główne pole walki, już ujrzał inny obraz. Całe pole zasłane trupami krzyżackimi. Zyndram, Witold i wielu innych dowódców dokazuje cudów. Najmłodsi rycerze nie pozwalają się wyprzedzić. Nawet pospolitaki walczą z najwyższą, nie dającą się opisać zaciętością. Nikt na nic nie zważa, dąży jeno do pokonania nieprzyjaciół. Szyk bojowy złamany, bezład, ale walka wre, kipi i wśród onego nieładu zwycięża. Ciała krzyżackie padają jak rażone gromem. To grom wylatujący z dłoni naszych rycerzy. Poległych i rannych polskich rycerzy stosunkowo niewielu.
— Wielki mistrz zabity! — wołają rozpaczliwe głosy krzyżackich zastępów.
I poddają się, nie widząc już dla siebie nic prócz pogromu.
Ziemowit, książę mazowiecki, spojrzawszy na wielkiego mistrza, z pogardliwym politowaniem kazał go podjąć z ziemi. Ale inni dostojnicy tarzają się we krwi własnej, charkocząc śmiercią straszliwie.
— Markward, komandor brandenburski, sromotnie arkanem19 ściągnięty z konia!
— Zygfryd, dowódca roty, ma odciętą głowę! — wołają w największym lęku niedobitki krzyżackie.
I tak dalej, i dalej.
Popłoch wśród Krzyżaków ogólny. Ci, co nie polegli, zabrani do niewoli.
— Klęska! Klęska! — powtarzają zdławionym głosem.
I garstka niedobitków ucieka. Na polu, jak okiem sięgnąć, krzyżackich ciał mnóstwo. W niewoli tysiące.
— Zwycięstwo! — głoszą piersi naszych wojowników.
A byli i tacy, co znużeni bitwą, dostawszy się do obozu krzyżackiego, poczęli chwytać łupy, chłodząc się winem przywiezionym w mnogich beczkach przez pewnych zwycięstwa Krzyżaków.
— Kto wyciągnie dłoń po łup lub pokosztuje krzyżackiego wina, śmierć temu! — wydał rozkaz Jagiełło wzburzonym głosem. — Roztrzaskać beczki, niech wino wraz z ich krwią użyźni nam ziemię! — rozkazał dalej. I upojony znojnym, lecz szczęśliwie kończącym się dniem, wołał rozpromienionym głosem:
— Zwycięstwo! Zwycięstwo!
A Witold, uznojony walką, w pokrwawionej szacie, w blaskach zachodu wyglądał jak prawdziwy bóg wojny. Nie wołał wprawdzie głosem, lecz każde drgnienie jego twarzy, każdy włos rozwiany, każdy błysk oczu wyrażał: zwycięstwo, zwycięstwo!
I wszyscy dowódcy, każdy wojownik, aż do ciurów obozowych, wołali pełną piersią:
— Zwycięstwo!
Nawet ci, co legli na polu walki, gasnący wzrok podnosili ku niebu, szepcząc:
— Zwycięstwo...
Jeno Sala, jakkolwiek oczy jej świeciły blaskiem rozradowania, nie miała czasu radości tej objawiać. Do chat wieśniaczych znoszono rannych, a ona jak anioł pocieszyciel koiła ich cierpienia.
A słońce, które kilkakrotnie wśród dnia się wahało, czy ukazać swe promienne oblicze, teraz wielkim złotopurpurowym blaskiem oblewało uznojonych walką a upojonych zwycięstwem Jagiełłowych rycerzy. I tymiż samymi blaski przeglądało się w rozlanej krwi, rzucając ostatnie promienie zachodu na zasłane trupami obozowisko Krzyżaków.
Zwyciężeni i zwycięzcy
Miłościwy panie, ojcze! — wołał zdławionym głosem Hilt, wpadając do izby Henryka Leuchtera, który, jako obciążony wiekiem, pozostał w Malborku, nie biorąc udziału w wyprawie.
— Czego wrzeszczysz?! — zgromił go komtur, który właśnie oddawał się poobiedniej drzemce.
— Nasi wracają — wykrztusił zdławionym głosem knecht.
— Bić we wszystkie dzwony, głosić zwycięstwo! — porwał się starzec.
— Klęskę... — odrzekł Hilt przyciszonym głosem.
— Jak śmiesz podobne wymawiać słowo! — zawołał komtur, przystępując z podniesioną pięścią do niego.
— Nim jego miłość mnie uderzy, niech sam raczy zobaczyć.
Komtur wybiegł śpiesznym krokiem z komnaty. I oto na wielkim podwórcu uderzył go widok niespodziewany. Kilkunastu krzyżackich wojowników zbiedzonych, okrytych pyłem leżało pod murem.
Nie kazał żadnego wołać, sam podszedł ku leżącym. Podniósł jeden z nich głowę, spojrzał i odwrócił się, jak gdyby wzrok pytający komtura ból mu zadawał.
— Co zacz, co? — nalegał starzec.
I długo powtarzał pytanie, nim jeden z przybyłych powstał i chrapliwym wyrzucił głosem:
— Klęska!
— Co, jak, opowiadaj! — mówił trzęsącym się głosem komtur.
— Wielki mistrz zabity!
Leuchter podniósł ręce do góry i tak oniemiał, że długą chwilę słowa wyrzec nie mógł.
— Niepodobna, niepodobna! — zawołał wreszcie.
— A jednak zabity — powtórzył któryś z przybyłych.
— Mów, mów, jak to było? — nalegał komtur.
— Wielki mistrz do ostatniej chwili nie mógł uwierzyć, że to polskie mrowie tak nam na kark wsiądzie — począł Krzyżak — a gdy na wszystkie strony nas obiegło i nasi padali jak muchy, mistrz stanął na czele szesnastu chorągwi. Błagali go rycerze, aby z życiem uchodził, lecz Ulryk z gniewem wszystkich odsuwał, mówiąc: „Zwyciężę lub zginę!”
Groza przebiegła wszystkich, opowiadający zamilkł na chwilę, wzruszenie nie pozwalało mu mówić. Wreszcie, zaczerpnąwszy powietrza, począł:
— I zginął. Litwini, których część w pierwszej chwili pierzchnęła przed naszym naciskiem, mścili się teraz za chwilową porażkę. Witold nimi dowodził, a wiemy, co to za wojak. Otoczyli ze wszech stron mistrza, wiatr skłębił mu płaszcz nad głową, zdawało się, że go uratuje. Gdzie tam! Jakiś Litwin pchnął go sulicą w szyję, drugi ciął w ramię, inny przeszył piersi... Spadł z konia. Głowa już się wtedy jeno trochę na karku trzymała...
— I to Jungingen, Jungingen — westchnął Leuchter.
— Tak, wielki mistrz Jungingen tarzał się teraz we krwi swoich własnych rycerzy — mówił dalej Krzyżak — a te litewskie psy walczyły dalej, rąbiąc, kłując, wżerając się w krzyżackie ciała jak sępy.
— Znam ja ich — mruknął Hilt, chwytając się za skrzywione kolano, jak gdyby go w tej chwili otrzymana kiedyś od Litwinów rana nagle zabolała.
— Ze śmiercią mistrza wszystko się skończyło. Kto mógł, chronił się, uciekał. Pędzili za nami noc całą, chwytając jak dzikiego zwierza na długie sznury... Ledwie nam się oto z życiem ujść udało — kończył znów jakiś niedobitek.
— A inni, inni? — wołał komtur.
— Tam — wskazał ktoś ręką w stronę Grunwaldu.
— Gadaj wyraźnie, biją się?! — wrzeszczał Leuchter.
— Kto?! — zawołał z urągowiskiem opowiadający i dziko się roześmiał.
A zaraz któryś znów podjął:
— Jedni, posiekani, leżą między Grunwaldem a Tannenbergiem, inni w niewoli, garstka poranionych, wzięta przez tych miłosiernych Polaków do opatrunku, wyje z ran i hańby.
— Niepodobna, niepodobna! — wołał komtur, chwytając się za głowę.
A Hilt, wykrzywiwszy twarz jakimś nieokreślonym wyrazem, przestępował z nogi na nogę i mruczał:
— Wszystko dlatego, że mnie tam nie było.
— Hańba! — dał się słyszeć głos zdławiony.
I każdy ze zgrozą one wyrazy powtarzał. Jeden tylko z przybyłych nie rzekł ni słowa, jeno rozpatrując się bacznym okiem po wszystkim, uparcie milczał. Ale inni, jeden po drugim dźwigali się, wstawali i patrząc błędnym okiem, powtarzali:
— Hańba! Klęska!
I naraz w obszernym podwórcu malborskiego zamku słychać było jeno:
— Klęska! Hańba!
Wyrazy te, wypowiadane grobowym głosem, rozlegały się głuchym echem, przylegały do grubych murów, a echo roznosiło je po innych podwórcach i zaułkach.
I oto nim księżyc zdołał twarz swą pyzatą ukazać, którą poglądał na wychodzące pewne zwycięstwa zastępy Jungingena, w tychże samych podwórcach, przepełnionych głośną wrzawą rycerską i rycerską pieśnią, teraz brzmiały jeno ponure słowa:
— Klęska! Hańba!
A Henryk Leuchter wołał wciąż bezprzytomnie:
— Niepodobna, niepodobna! — Aż opamiętał się wreszcie i rozkazł: — Przeprowadzić przybyłych do komnat w lewym skrzydle, pożywić, niech wypoczną! — I zaraz dodał: — Po wypoczynku inaczej może tę rzecz przedstawią?
A w myśli mówił:
„Ale mistrz Jungingen! Mistrz Jungingen!... Zaraz sobie myślałem, że ta przewrócona ława i strzaskany puchar niedobrze wróżą”.
— Czyżby to już być miały jeno zgliszcza Zakonu?! — rzucił zdławionym głosem.
I wolnym, chwiejącym się krokiem powlókł się do swej komnaty, powtarzając ciągle: — Niepodobna, niepodobna!
Jednocześnie w obozie polskim upojeni zwycięstwem rycerze składali przed monarchą zdobyte chorągwie. A była ich taka moc, że wielką przestrzeń wzdłuż i wszerz nimi założyli.
Przyprowadzono też znakomitszych jeńców krzyżackich, a między innymi księcia Kazimierza szczecińskiego, który niedawno przyjaźń Polsce przysięgał. Teraz nie śmiał oczu podnieść na Jagiełłę, odwracał głowę, sromając20 się, a może i lękając, że za niedotrzymanie przysięgi sroższa go czeka kara. Lecz król spojrzał jeno na niego przenikliwym wzrokiem i rzekł:
— Bóg zawsze sprawiedliwy.
I odwrócił się, by innym jeńcom się przyjrzeć. Przebierał przy tym, według swego zwyczaju, palcami lewej to prawej ręki, jakby chciał onych policzyć. Aleć i palców nie stawało, a coraz innych przed oblicze królewskie stawiano.
Aż oto i poległych znamienitszych Krzyżaków u stóp monarszych składać poczęto.
Więc byli tam między wieloma i Dyppold Kekeritz, ów, co to na życie króla godził; i Henryk komtur, jeden z najdumniejszych i najzaciętszych wrogów Polski; i Markward, komandor brandenburski, z przewróconymi w straszliwy sposób oczyma, ów, co go to ściągnął Tatar z konia arkanem; i wielki skarbnik, Tomasz Mercheim; i Fryderyk Wallenrod, marszałek Zakonu, i wielu, wielu innych, których i zliczyć trudno, a którzy, przybywszy z rozmaitych narodów na wezwanie wielkiego mistrza, miasto21 sławy i bogactw śmierć znaleźli.
Oto Litwini przywlekli i samego sprawcę tej wielkiej wojny, dumnego Ulryka von Jungingena. Oblany posoką, skąpany w krwi i błocie, z poszarpanym płaszczem, podziurawiony jak sito, z trzymającą się na kawałku skóry, zwisającą głową, leżał teraz gorzej niż niektóry z najostatniejszych knechtów albo i zwierz powalony oszczepem. A Jagiełło, spojrzawszy nań, westchnął i rzekł:
— Ten wielekroć obietnice łamał, dziś rano puszył się jeszcze nadzwyczajną potęgą, a oto sprawiedliwość Najwyższego nad nim zawisła. — I odwróciwszy wzrok od tego wstrętnego widowiska, rozkazał: — Obmyć i odnieść ciało do krzyżackiej stolicy. — I ręką wskazał w stronę Malborka.
Deszcz rzęsisty, który kilkakrotnie siał mgłą podczas bitwy, lunął teraz całym strumieniem. Ochłodził on uznojonych rycerzy i zakończył dzień 15 lipca 1410 roku tak pamiętny w dziejach nie tylko krzyżackich i polskich, lecz bodaj całego świata. I ukoił do snu uznojonych pracą całego dnia rycerzy.
Jeno książę Witold nie mógł zasnąć. Dziwne uczucia nim miotały.
„Mnie to się należy cześć za główne zwycięstwo, a tamtemu ją składają” — myślał. To znów: „Z potęgą Polski wzniesie się potęga Litwy i Żmudzi. Tak, ale ja zawsze będę jeno drugi, nie pierwszy”.
I przewracał się z boku na bok na łożu z mchu, pod zdobytym na wielkim mistrzu namiotem.
— Pomściłem się za wszelkie hańby i okrucieństwa. Powinienem się tym nasycić... — starał się uspokoić.
— A jednak... — szeptał mu znów głos jakiś.
Aż i jego sen dobroczynny ukołysał.
I cisza się zrobiła. Słychać było jeno oddech śpiących, a przy zapalonych pod rozłożonymi namiotami pochodniach pisarze królewscy spisywali wypadki dnia, ażeby im nic nie wyszło z pamięci.
A tam, nad pobojowiskiem, krążyła moc żarłocznego ptactwa, aż spadła wielką czarną chmurą, sprawiając sobie wielką ucztę z ciał poległych.
Świt zapowiadał dzień pogodny. Rumiane zorze rozsyłały purpurowe promienie, aż i złotofioletowe słońce wstawać poczęło. Z nim poczęło się budzić życie w całym obozie. Ten i ów przecierał oczy i głośnym ziewnięciem przyprowadzał do porządku uśpione spoczynkiem myśli.
Król najpierwszy był na nogach. Kazał też zaraz gotować się do dziękczynnej ofiary. Z wielką okazałością, na ustawionych wojennych bębnach i zdobytym na Krzyżakach rynsztunku, zbudowano ołtarz. Chorągwie zdobyte nad nim powiewały. Arcybiskup Mikołaj Trąba odprawiał mszę świętą. Cały obóz z królem, księciem Witoldem i przedniejszymi wodzami na czele słuchał jej w wielkim skupieniu. Na zakończenie arcybiskup zaintonował Święty Boże.
— Święty mocny, święty a nieśmiertelny — powtórzyli za nim niżej będący. Aż wreszcie ze wszystkich piersi buchnęło: — Zmiłuj się nad nami!
I echo pieśń tę rozniosło po polach i gajach, podzwaniając ją w najodleglejsze strony.
Po rannym posiłku, który się wiernie należał wygłodzonym wczorajszego dnia żołądkom, król zawołał:
— Godzi się wszystkie ciała, tak nasze, jako i nieprzyjacielskie, uczciwie pogrześć22!
— Boga mi, godzi! — ozwali się wszyscy panowie radni.
I oto na cmentarzu w Tannenbergu poczęto kopać wielkie mogiły.
W pracy tej ciurom i sługom obozowym dopomagał lud okoliczny, nasłuchując, czy dłoń zwycięzców nie będzie tak groźna, jak krzyżacka. Uspokajano ich, mówiąc:
— Pod rządami króla Władysława Jagiełły nikt ucisku nie doznaje.
Niezwłocznie też król do Krakowa, do królowej Anny Cylejskiej, co to była wnuczką Kazimierza Wielkiego, jako też do państw sąsiednich wysłał gońców z oznajmieniem o odniesionym zwycięstwie.
Pod wieczór, na zbitych ze ściętych drzew stołach, zastawiono ucztę. Ucztę, która się zwycięzcom słusznie należała. Nie miano kłopotu z gromadzeniem chleba, mięsa i rozmaitych przysmaków. Dostarczyły ich wozy, przez Krzyżaków przyprowadzone.
Prowadziłyć z sobą i wojska Jagiełłowe, i zastępy Witolda zapasy żywności i na czas wojny byłoby ich wystarczyło, ale o takich przysmakach, jakie poległy wielki mistrz kazał prowadzić, nikomu się nawet nie śniło. Ba, toć i przybywający do Malborka ze wszystkich stron zachodniej i południowej Europy rycerze wieźli też z sobą specjały używane wyłącznie w ich krajach.
Nie brakło więc ani olbrzymich ryb solonych i wędzonych, ani też malusieńkich, w oliwie pływających, których maleńkości wydziwić się nasi rycerze nie mogli. Nie brakło i wielkich udźców ze zwierza, w ogóle nad Wisłą nieznanego, ani też owoców w wielkich beczkach ugniecionych, a tak słodkich, iż niejednemu aż ta słodycz niemiła się wydawała. A chociaż wiele beczek wina w krew wylano, ostałoć jeszcze kilkanaście z dala za obozem trzymanych, a najprzedniejszego, snadź dla samego wielkiego mistrza i czoła gości przeznaczonego. A na ucztę tę zaprosił zabranych do niewoli: Kazimierza, księcia szczecińskiego, i Konrada Białego, księcia na Oleśnicy.
Ci, jako przyuczeni do zbytku w jadle i napojach w Malborku, niczemu się zgoła nie dziwowali wiedząc, jak się wziąć do podawanych potraw. Nasi rycerze tymczasem nie tylko z podziwem i nieufnością na niektóre dania poglądali, lecz nie wiedzieli nawet, jak się do jadła zabrać. Jeno z małmazją każdy wiedział, jak sobie poczynać. A podczas uczty Jagiełło rzekł:
— Jakośmy z Kazimierzem, księciem na Szczecinie, a toż z Konradem, księciem na Oleśnicy, chleb połamali i puchar wychylili, nie godzi się ich jako niewolników zatrzymywać.
Spojrzano po sobie, wielu z panów radnych niechętnie tej przemowy słuchało, a Witold zwrócił nawet groźne, ponure wejrzenie w stronę monarchy. Lecz Jagiełło, raz co postanowiwszy, nie ustępował, nie ustąpił więc i teraz, a dodał:
— Książę Kazimierzu na Szczecinie i Konradzie na Oleśnicy, wolni jesteście!
Wtedy Kazimierz podniósł napełniony puchar i zawołał:
— Szlachetność Władysława Jagiełły, króla polskiego, niechaj po wiek wieków słynie!
I wychyliwszy puchar, ostatnią kroplę wysączył na paznokieć dużego palca, spił ją, pucharem zaś uderzył się trzykrotnie w głowę i rzucił go na ziemię. A książę Biały, toż samo uczyniwszy, nie wyrzekł i słowa, jeno westchnął z całej piersi.
Witold zaś szepnął w sobie:
„Dobrze, że nie dodał ten przechera:
»I wielki książę litewski«, byłbym mu wielkiego księcia mieczem w gardło wpakował”.
A Jagiełło, chcąc ułagodzić ponure wejrzenie stryjecznego23, rzekł:
— Bracie, tobie się cały hołd za zwycięstwo należy, w twoje więc ręce piję za zdrowie wszystkich dzielnych, niestrudzonych rycerzy.
I dotknąwszy ustami nalanego pucharu, co oznaczało cześć, oddał go własnoręcznie Witoldowi.
Udobruchało to nieco nachmurzone oblicze księcia i uczta zwycięzców żadnym zatargiem zakłócona nie została.
— Spisać wszystkich znakomitszych jeńców! — rozkazał monarcha.
— Już uczynione! — ozwał się młodziutki pisarz nadworny, Zbyszko z Oleśnicy.
I zbliżywszy się z należytym ukłonem, podał królowi pergamin.
— Przeczytaj! — rozkazał Jagiełło.
Długi to był szereg, długa też upłynęła chwila nim wszystkich Zbyszko wyczytał.
Nie dłużyło się wszakże nikomu czytanie. Owszem, wodzowie z wielką lubością słuchali wymienianych nazwisk najznakomitszych wszelkich krajów rycerzy. Pochlebiało im to, że za ich przyczyną tyle jest zacnego niewolnika.
— Wziąć od nich rycerskie słowo, że na święty Marcin powrócą, niech jadą dla załatwienia spraw swoich! — rozkazał król.
I to nie bardzo było po myśli panów radnych, nie oponowali jednak, choć niejeden pomyślał:
„Rozporządza się, jak gdyby sam wszystkich do niewoli zabierał”.
— Prócz tych, co nie są zbytnio pocięci i sami się poddawali — mówił dalej Zbyszko — jest jeszcze wielu znakomitych tak szpetnie pociętych, że ruszyć się nie mogą.
— Ci są pod opieką służby opatrunkowej, nad którą ma pieczę Sala z Bobrownik — ozwał się z pewną chlubą Jan z Tarnowa.
Król uśmiechnął się i rzekł:
— Dzięki ci, kasztelanie, żeś o tym pomyślał.
Jednocześnie przy dalszych stołach posilał się cały zastęp dzielnych wojowników, wynagradzając sobie post i trudy dnia wczorajszego.
A na wszystkich czołach było rozradowanie, a na wszystkich obliczach pooranych trudami walki, począwszy od dowódców, rycerzy, wojaków, a skończywszy na ciurach obozowych, jaśniał uśmiech zadowolenia i wielkie słowo: zwycięstwo.
— Zwycięstwo! — powtarzali nawet ci, co szpetnie posiekani, leżąc na wozach lub w chatach wieśniaczych, nie wiedzieli, czy drugiego świtu będzie im dożyć sądzone.