I
Wyjechawszy ze Źwiernika, lubo wiatr zimowy dął jak szalony i przez szubę niedźwiedzią przejmował mnie aż do kości i lubo Węgrzynek, któren siedział koło mnie w skarbniczku, ustawicznie mi coś brząkał pod nosem, długo jeszcze nie mogłem się opamiętać i przyjść do przytomności; wszakże ujechawszy tak z milę ku Tarnowu i przypomniawszy sobie, że tam ma dzisiaj nocować Konopka z owym w czepku urodzonym, a dla mnie tak niefortunnym Lgockim, kazałem stanąć koło najbliższej karczmy. Tam wypytałem się o drogę i wyrozumiawszy rzecz, puściłem się na prawo małymi i najniegodziwszymi drogami prosto do Pilzna. Nie chciałem i nie i mogłem się tą razą widzieć z narzeczonym Zuzi — nie mógłby on był nie okazać pewnego tryumfu nade mną i pewnego lekceważenia mojego nieszczęścia — tego zaś nigdy, a tym więcej dzisiaj bym był nie mógł przenieść na sobie — byłoby przyszło, a przynajmniej przyjść mogło do burdy pomiędzy nami, do awantury, do bitwy może — i na cóż to tego?
Z wielką tedy biedą i zaledwie koło północy dobiłem się do Pilzna. Miasteczko to było o wiele natenczas od Tarnowa większe i znaczniejsze, było ono bowiem przedtem stolicą pilźnieńskiego powiatu, należącego do województwa sandomierskiego; bywało tedy miejscem powiatowych sejmików i wszelkich innych zjazdów, siedzibą starosty grodzkiego, sądów ziemskich i grodzkich, i wszelkich magistratur miejskich; w nim na koniec obierały sobie locum standi269 najczęściej i sądy podwojewódzkie, kiedy z tej strony Wisły miały co do czynienia, w nim wszelkie komisje i nadzwyczajne sądy komisarskie; w nim więc ześrodkowywała się wszelka rzecz publiczna, wszelki ruch i handel całego powiatu — podczas kiedy Tarnów bywał tylko prywatną, dawniej hrabiów Tarnowskich, później książąt Ostrowskich, a na koniec książąt Sanguszków własnością. W Pilźnie tedy, lubo mu już natenczas przez odcięcie go od województwa sandomierskiego i reszty Polski, przez zaprowadzenie w tych ziemiach rządów niemieckich, przez zniesienie sejmików i zjazdów i przez przeniesienie zeń sądów wiele ubyło ruchu i ludności, znać jeszcze było powiatową stolicę; było jeszcze w nim i szlachty procesowiczów tam zamieszkałych, i palestrantów, którzy sobie domy tam pozakupywali, bogatych mieszczan i kupców, i innych kapotowych cokolwiek, osobliwie też familij szlacheckich ziemiańskich, które, wystraszone ostatnią wojną, między murami tego miasteczka upragnione znalazły schronienie, mieszkało tam niemało — zgoła Pilzno było jeszcze naówczas miastem, w którym można było znaleźć i znajomych, i rozrywkę, i dobre wino, i dobrą kompanię. Ale ani mnie to w głowie było dnia tego. Ja szukałem tylko gospody, a w niej spokojnego kącika, a znalazłszy to oboje, rzuciłem się czym prędzej na łoże, aby zostać samotnie z moimi żalami, zgryzotami i modlitwami, ową jedyną pociechą we wszystkich frasunkach i dolegliwościach.
Różni też różne mają pod tym względem usposobienia — niektórzy, kiedy ich ból jaki i zgryzota przygniecie, szukają ulgi z zamkniętą powieką i znajdują ją we śnie; drudzy dostają wtedy głodu albo pragnienia i zaspokoiwszy to albo owo, stają się już całkiem nieczuli i wszelkim frasunkom nieprzystępni, inni, niecierpliwsi, wpadają w pasję i w żądzę zemsty za swoje cierpienia, rzucają się z pięściami na naczynia, zwierzęta lub ludzi, a potłukłszy jedno lub drugie uspakajają umysł i serce i dobijają się spokoju — zgoła, każdy umie sobie w takim razie dać radę, aby się nie dać pogryźć tym rzeczom doczesnym. Ja atoli żadnym z takich przymiotów pochwalić się nie mogę, a kiedy na mnie przyjdzie zgryzota, to już musi odgryźć swoje od początku do końca i żaden lek rady jej nie da. Umysł mój wtedy upada, serce jakimiś wewnętrznymi zalewa się łzami, dusza pod gniotącym ją smutkiem ugina się i rada, zamknąwszy się w sobie, szuka pociechy w upływającym czasie, w modlitwach i rozmyślaniach. I bywa to czasem dobrym dla niej lekarstwem albo przynajmniej okolicznością łagodzącą jej cierpkość i rozpędzającą czarne chmury wiszące na jej horyzoncie.
Wiedząc to do siebie, rad byłem osobnej w gospodzie izdebce, rad samotności i ciszy, rad tej książce nabożnej, którą miałem w podróżnym tłumoku. Po modlitwie chciałem rozmyślać nad Zosią, nad sobą samym i nad tym wszystkim, co od niejakiego czasu stało się ze mną, ale nie mogłem — położenie moje było zanadto nowe i niespodziewane, zanadto okropne, abym w nim mógł spokojnie rozmyślać. Miłość moja, doświadczywszy tak ogromnej zapory, wzmogła się niewymownie i objęła całe jestestwo moje; żal i żałoba rozlały po mnie wszystkie swoje gorycze, wszystkie trucizny; duma obrażona dęła nieprzerwanie w swoją wrzaskliwą trąbę i podrzucała mną co chwila, uderzając potem w najboleśniejsze miejsca; upór, naglący mnie do przełamania tego złego, ambicja, popychająca do nieporzucania zaczętej drogi i dopięcia zamierzonego celu, bodła mnie także co chwila; zgoła jaka tylko żyłka była w mym ciele, jaka władza w mej duszy, wszystko to drżało, czyniąc swoją sprawę i krzyżując się boleśnie z innymi. I znowu byłem, jakby jakie muzyckie naczynie, jak owa harfa, do której porównywałem się przed trzema dniami, z tą tylko różnicą, że wtedy po jej stronach biegały i różowe palce Zosinej rączki i miłości — dzisiaj pijane, zbuntowane, łachmanowate pospólstwo żądz i namiętności tłukło obrukanymi dłońmi w jej rozstrojone struny i samo narzędzie.
W takim stanie różne mi się krzyżowały myśli, różne uczucia; raz wyrzucałem sobie, żem zanadto porywczo przystąpił do deklaracji; drugi raz żałowałem, żem się dał unieść gniewowi i postąpił sobie z ubliżeniem przeciwko starszym, a przeto, żem sobie zamknął drogę do wielu dalszych kroków, które przecie może jeszcze to złe odwrócić mogłyby; inny raz myślałem nad środkami ratunku i w tej nieszczęśliwej pozycji gniewałem się i kląłem bezbożnie na to, żem nie jest tak bogaty, jak Lgocki, albo żem się nie urodził Tarnowskim lub Ossolińskim — jakże bym był szczęśliwym w tej chwili! Jak szczęśliwą byłaby Zosia! I tak dalej plotły mi się niedorzeczności po głowie, jak to się zwyczajnie zdarza ludziom młodym i pełnym siły, kiedy ich jaki niespodziewany wypadek zbije z drogi naprzód ułożonej, na której rachunek wiele już sobie wybudowali nadziei. I nie dosyć było tego, że mnie męczył stan mój dzisiejszy, że mnie zabijały chwilowe i pogmatwane pomiędzy sobą uczucia i zgryzoty, ale jakżeż przeląkłem się siebie, kiedym pomyślał nad tym, jakie to dnie okropne przyjdzie mi spędzać w domu. Bo czy to wyjechać mi gdzie w sąsiedztwo? Czy sąsiada przyjąć u siebie? Czy oddać się zatrudnieniu albo rozrywce z takim sercem rozbitym i z duszą tak pogniecioną? Jak tu oczy pokazać światu z rekuzą na łbie, z tryumfem takiego mazgaja nade mną? Jak tu przeżyć trzy dni, jak miesiąc bez wiadomości o Zosi? Bez wywnętrzenia się przed kim? Bez zrzucenia choć połowy tego smutku ze siebie, bez zasiągnienia270 rady czyjej na te moje nieszczęścia? O! Gdyby przyjaciel jaki, gdyby powiernik! Na wagę złota bym go był wtedy zapłacił.
W tejże chwili przyszedł mi na myśl Murdelio. Mąż poważny i światły, ma stosunki jakieś w tym domu, ważny nawet tam wiele, jak mi mówił Konopka... przybrał nazwisko takie w klasztorze, jak herb ma dziad Zosi... może to być właśnie woda na mój młyn, może mnie w czym oświeci, może da jaką radę... bo i czemuż by nie miał tego uczynić? Będę go prosił, zaklinał, dam ofiary na klasztor krośnieński... czemuż by mi zgoła nie miał pomóc w tym razie? Rozumny jest, światły, rozważny, musi też znać Lgockiego, a więc snadno271 pojmuje, jaki mąż z niego będzie... Widzi on to pewno, jaką niedorzeczność popełnia matka, niewoląc Zosię do takiego małżeństwa... a zresztą, kiedy nie wie o tym, to ja mu wszystko rozpowiem, ze szczegółami wyłożę i będę go prosił, a kiedy tego będzie potrzeba, to i do nóg mu padnę, trzecią część fortuny, sto tysięcy, dam na klasztor krośnieński!... O! I pewno mi dopomoże! Znał mego ojca... krewny jest Mężykówny... zawiezie mnie do Źwiernika... panią stolnikową przeprosi, przekona i wszystko dobrze będzie. Trzebaż jutro wstąpić do krośnieńskiego klasztoru.
W takich myślach biały dzień mnie zastał na łożu. Nie czekałem już snu, nie wymagałem go na próżno, tylko, zebrawszy się prędko, w dalszą ruszyłem podróż. Pilno mnie272 było do Krosna.
Tonącemu pomiędzy bałwanami morza nieraz bałwan wydaje się być deską lub czółnem; na widok nowej, jakiej takiej nadziei, która w jego oczach do wysokości okrętu wyrasta, rzuca się ten nieszczęśliwy z wściekłością ku przedmiotowi mniemanego ratunku, dosięga go żelaznymi oboma ramiony i znajduje pod nim tylko śmierć prędszą i pewniejszą. Ale choćby i tak było: dla Zosi choćby zginąć, i natychmiast!
Wyjechawszy rano, przed południem jeszcze stanąłem przed krośnieńskim klasztorem. Poważny ten przybytek Bogu oddanych ludzi, któren dawnymi czasy w Polsce doznawał nieodmiennej czci i nigdy nieustającej pomocy u pobożnego narodu, a nad którym teraz wisiał groźny miecz Damoklesowy, powitał mnie zwyczajną swoją pokorą i otwartymi drzwiami dla wszystkich przechodniów. Przyszedłem tedy do furty i po staremu rzekłem wychodzącemu do mnie braciszkowi:
— Laudetur Jesus Christus!
— In saecula saeculorum — odpowiedział tenże i zarazem zapytał: — Czego waszmość pan żąda?
— Nie żądam, ale proszę, ażalibym273 się nie mógł widzieć z księdzem Murdelionem?
— Z Murdelionem? — powtórzył braciszek. — Nie masz go w domu dzisiaj, właśnie się go spodziewamy.
— Dokądże wyjechał?
— To mnie nie wiadomo, ale jeżeli waszmość panu co na tym zależy, to łatwo by się o tym dowiedzieć od księdza gwardiana274.
— Możnaż się widzieć z księdzem gwardianem?
— Można, i owszem, proszę wnijść, ja waszmość zawiodę.
Prowadził mnie tedy ów frater275 jakimiś długimi kurytarzami276 aż pod drzwi jednej celi, na które wskazując, rzekł:
— Tutaj mieszka ksiądz gwardian.
Wszedłem. Wyszedł naprzeciw mnie poważny przełożony klasztoru, oczekując zwyczajnego ode mnie powitania. Ja też, czyniąc zadość temu obyczajowi, dobyłem zarazem kilka dukatów z kieszeni i położywszy je na pobliskim stole, rzekłem:
— Jestem szlachcic z pobliskich okolic i proszę, aby ta uboga ofiara przyjęta była ode mnie na mszę świętą, na intencję odwrócenia tego złego, które mnie tymi dniami nawidziło277.
Pokłonił mi się pięknie ksiądz gwardian i odpowiedział:
— Dziękujemy pokornie waszmość panu za wezwanie nas do tych modłów... Ale proszę, może waszmość pan raczy trochę odpocząć — i przysunąwszy stołek, podał mi otwartą tabakierę rogową, którą dobył z rękawa.
— Ja tu właściwie prócz tego — rzekłem, siadając na stołek — miałem i inną intencję.
— Jakaż to? — rzecze gwardian. — Cieszyć nas będzie, jeżeli potrafimy usłużyć waszmości.
— Chciałem się widzieć z księdzem Murdelionem.
— To by była rzecz najłatwiejsza — odpowie przełożony klasztoru, zażywając tabaki — gdyby nie to, że dni kilka już temu, jak za sprawami naszego konwentu w dalszą trochę stronę wyjechał.
— Prędkoż wróci? — spytałem.
— Właściwie dzisiaj już się go spodziewamy; ja jednakże sądzę, że nie potrafi on się postawić w tym słowie278 i kilka dni jeszcze, a może nawet cały tydzień zabawi.
— To mnie żal bardzo — rzekłem na to mnichowi — koniecznie mi się potrzeba było z nim widzieć.
— Z duszy serca bym rad waszmości usłużyć, ale w tym razie już inaczej nie potrafię, jak tylko tak, żebyś waszmość, jeżeli masz jaką nagłą sprawę do niego, mnie ją zakomunikować raczył i zawierzył, że natychmiast po jego powrocie zdam ją jemu i sam już w tym będę279, ażeby dopełnioną została. A możesz to waszmość śmiało uczynić, bo wszakżeż i tak wszystko o mnie oprzeć się musi. — Ja też na to:
— Sprawy żadnej nie mam, ale jest taka rzecz. Podobało się Panu Bogu dotknąć mnie teraz wielkimi frasunkami; u człowieka młodego krew gorąca i niecierpliwość wielka, owóż rad bym choć na jaki czas mieć pobożnego człowieka w domu, abym z kim miał modlitwę odmówić i czasami pogadać, a że znam księdza Murdeliona i uważałem w nim przy niepospolitym rozumie i świątobliwości także i niepoślednią znajomość rzeczy światowych, co dla mnie jest najważniejsza, bo człek nie tylko pociechy łaknie, ale oraz i dobrej rady, więc jego właśnie chciałem do siebie zaprosić, pewny będąc tego, że jegomość dobrodziej, jako przełożony, nie będziesz miał nic przeciw temu.
— Nie tylko nie mogę nic mieć przeciw temu — odpowiedział mi na to gwardian poważnie — ale i owszem, chwali się to waszmości, że lubo tak młody i zapewne mało doświadczenia mający, jedyną ufność swoją pokładasz w Bogu, a pociechy i dobrej rady w dolegliwościach szukasz u wiernych sług Jego. Postępek taki zasługuje na pochwałę, a wierz mnie, waszmość, staremu, że kto w jakimkolwiek terminie czy to ulgi, czy pociechy, czy dobrego natchnienia szuka na tej drodze, ten w oczekiwaniach swoich zawiedziony nie będzie i prędzej czy później, czego uczciwie pragnie, niezawodnie dostąpi. Wszakże jeżeli o to chodzi, co mi waszmość powiadasz, to my i tu bez Murdeliona poradzimy sobie. W naszym klasztorze, Panu Bogu niech będzie chwała za to, znajdują się i mężowie uczeńsi, i pobożniejsi od Murdeliona, który, intra parietes280 mówiąc, nie jest jeszcze księdzem i przy dzisiejszych okolicznościach snadź281 nieprędko nim będzie, ile ja tę rzecz rozumiem, cale do tego nie jest, do czego waszmość zażyć go pragniesz. Jego powołanie i funkcja, lubo282 może o wiele pożyteczniejszą jest dla nas niż drugich braci naszych, jednak całkiem jest inną... owóż w niniejszym razie każę ja księdzu Innocentemu temu wsiąść z waszmością na wózek; może on tam i parę tygodni zabawić, a proszę mi wierzyć, iż on daleko lepiej tę służbę około waszmości odprawi niż każdy inny.
— Dobra by i to była — odpowiedziałem na to — i wierzę, że ksiądz Innocenty sposobniejszy jest do tej funkcji niżeli Murdelio, ale nie potrzebuję powiadać jegomości, że nie zawsze to lekarstwo zbawia, które wedle reguł odpowiada chorobie, ano to prędzej, które odpowiada naturze chorego. Owóż więc może niesłusznie, ale już tak jest, że mam największe zaufanie do Murdeliona i o niego proszę koniecznie, choćby i później cokolwiek. W tej też nadziei, że jegomość będziesz łaskaw po jego powrocie zaordynować go do mnie, ofiaruję piękną jałmużnę ze zbóż, wiktuałów, a może i bydląt cokolwiek na wasz klasztor i odeszlę ją wraz z powracającym Murdelionem. Nazywam się Marcin Nieczuja i mieszkam w Bóbrce za Leskiem.
— Hm! — rzecze znów gwardian, z wolna zażywając tabaki. — Wspaniałomyślnie i godnie to jest ze strony waszmość pana, że przy zdarzonej sposobności nie zapominasz o ubogiej gromadce sług bożych. Za ten dar hojny pamiętać będziemy o frasunkach waszmości, jakoż i nie zaniedbamy zanieść naszych pokornych modłów przed tron Najwyższego i ponawiać je od czasu do czasu, aż do szczęśliwej zmiany tego niewiadomego nam nieszczęścia... ale koniecznież to Murdeliona?
— Już koniecznie — odpowiedziałem — tego bowiem męża znam, nauczyłem się go zawczasu szanować, zawczasu jego argumentom wierzyć i ufać, że jakąkolwiek mi poda radę, ta będzie dobrą i zbawienną. Ale dlaczegóż to waszmość dobrodziejowi tak to nie na rękę? Czyż to on nie jest podwładny tak jako inny? Czy nie musi wypełnić rozkazu?
— Tak... zapewne, że musi... ale widzisz, waszmość pan, on tu jest tak... on tu więcej niby to na dewocji niżeli w konwencie... jeszcze i ślubów nie złożył.
— Powiedzże mi waszmość, któż on jest z rodu i światowej niegdy pozycji?
Skręcił się gwardian na to zapytanie, lecz odpowiedział pokornie:
— To już zwyczajnie jest tajemnicą konwentu.
— To mniejsza z tym — rzekłem — proszę przysłać go do mnie, a będę pamiętał o krośnieńskim klasztorze i nadal.
To rzekłszy, pokłoniłem się i zabierałem się do wychodu, on zaś tymczasem:
— Może wielmożny pan pozwoli przekąskę... klasztorna wódeczka nie zawadzi na drogę.
— Nie, nie, dziękuję, czekam tylko na wóz i braciszka. Ścielę się do nóg.
— Niechajże Pan Bóg prowadzi szczęśliwie — odpowiedział gwardian, a ja wyszedłem i zastawszy konie moje już zaprzężone, ruszyłem dalej.
I lubo mój zamiar dowiedzenia się, kim jest, a przynajmniej, kim był dawniej Murdelio, spełzł na niczym, jednakże choć z nadzieją, że go będę miał w moim domu, stanąłem dnia drugiego u siebie.
Tam znalazłem wszystko w porządku i uczciwości, i bydło, i konie, i spiżarnię, i sprzęty, i zgoła dom cały. Jednak wszystko to mnie tak nie cieszyło, jak ten kącik spokojny i własny, w którym się zamknąć mogłem jak ów ślimak w skorupianym swym domku, sam, sam jeden tylko, z moimi wszystkimi myślami, z moimi wspomnieniami, z moją nieprzerwaną miłością dla Zosi, z moją nieuspokojoną tęsknotą; ale oraz i z ową nieocenioną władzą duszy, z której, jak rzeczne wody z swych źródeł, ustawicznie jedna z drugiej się wysnuwają nadzieje. I tak mi poczęły płynąć dnie jeden za drugim, każdy z nich długi jak wieczność, każdy smutny jak kir żałobny, każdy zalany łzami, owiniony w westchnienia, każdy pokrajany niecierpliwością i targaniem się duszy mojej, która się gwałtem wypierała z tego nieznośnego więzienia. I były to bardzo smutne dnie mego życia, niczym nierozerwane, niczym nieumajone ani rozweselone. Nie miałem snu ani spokoju, ani chętki do pracy, ani do jadła, ani do napoju, próbowałem wszystkiego, aby się choć chwilowo rozerwać, ale nic się nie chwytało ani rąk moich, ani głowy. Wychodziłem czasem do gospodarstwa, ale to mnie zaraz nudziło; wsiadałem na konia, ale zaledwie ujechałem kilkaset kroków, zaraz wracałem; począłem na nowo czytanie ksiąg świętych i śpiewu, ale i to mnie się prędko sprzykrzyło; w księgach nie znajdowałem pociechy, głos ludzki mnie raził i powypędzałem to z domu. Posłałem po mego podjezdka do Konopki, była to wielka dla mnie rozrywka; napisałem list do niego i spodziewałem się, że mi coś doniesie o Zosi. Przez te dni, kiedym się już spodziewał powrotu pachołka, co chwila wybiegałem za bramę, wyglądałem na drogę, wyczekiwałem go jak zbawienia, chociaż cóż on mi mógł przywieźć? I istotnie się tak stało; pachołek powrócił, konia przyprowadził ze sobą i nie tylko od Zosi, ale nawet od Konopki nic mi nie przywiózł, bo go nie zastał w domu. Więc znowu ten sam smutek, taż niecierpliwość. I trwało to tak kilka tygodni.
Nareszcie dnia jednego wieczorem, kiedym siedział w kącie o zmroku i przypominał sobie owe szczęśliwe chwile, w których mi wolno było widzieć przynajmniej Zosię i z nią rozmawiać, i kiedym się nurzał tak w tym szczęściu minionym, żem zgoła o obecnym szczęściu zapomniał, dają mi znać, że ksiądz jakiś przyjechał przed ganek. Byłem pewny, że to Murdelio. Porwałem się i wybiegłem do sieni, jednak ku zdziwieniu mojemu obaczyłem cale nie tego, któregom się spodziewał. Jednak i tak dobrze: był to bowiem ów ksiądz misjonarz św. Wincentego á Paulo, którego zeszłej jesieni zdybałem był w Hoczwi na misji.
— Przepraszam waszmość dobrodzieja — rzekł ksiądz, przystępując do mnie — że ja tu tak śmiało zajeżdżam sobie do pańskiego dworu, ale i mam zaprosiny od pana, i trudno by to inaczej zrobić, kiedy mnie noc zapadła na drodze.
— Mości dobrodzieju — odpowiedziałem — nie tylko honor mi waszmość tym wyrządzasz, że raczysz nawiedzić ubogą strzechę moją, ale nawet i dobrodziejstwo, bo co w tej chwili, to wcale nie mógłbym mieć pożądańszego gościa nad mojego kochanego misjonarza.
— Jakżeż zdrowie waszmości, które tak nadwerężone było przeszłego roku? — spytał mnie ksiądz, kiedyśmy weszli do pokoju.
— Zdrowie jak zdrowie — odpowiedziałem — Pan Bóg jakoś łaskaw; ale są inne zgryzoty, które dobierają się do żywego, i ot, prawdę powiedzieć, gdyby nie to trochę ufności, którą człowiek jeszcze ma w Panu Bogu i łasce Jego, toby już przyszło zdesperować z kretesem.
— No, proszęż, cóż to takiego? Co to? Proszę mi się trochę wyspowiadać, panie Marcinie, trochę ulżyć swojemu sercu, trochę podysputować ze mną; może na to znajdziemy jaką radę, jakie lekarstwo, jaką ulgę przynajmniej. A możesz to waszmość uczynić śmiało i bezpiecznie; z czym się wygadasz przede mną, padnie jakby w grób zimny i przywalone będzie kamieniem ślubów klasztornych. Człowiek, który umarł dla świata, nie wygada się z niczym, a ponieważ żyje tylko na to, aby służył Bogu i usłużył ludziom w potrzebie, toż mu i nie tak trudno poświęcić się dla pomocy bliźniego. — Ja też na to:
— Bóg wam zapłać, dobrodzieju, za wasze dobre chęci dla mnie; ale nie wiem, czy mi co pomożecie na to, bo to rzeczy światowe i ot, bodaj czy nie grzeszne.
— Nic to wszystko nie wadzi; jeżeli światowe, toż i my nie zza świata, a jeżeli, broń Boże, grzeszne, to już wcale do naszego autoramentu należą i nietrudno nam będzie dać na nie radę. Cóż to takiego?
— Ej! Nie potraficie mi pomóc, księże, ale mogę wam opowiedzieć; wszakże pierwej się trochę posilicie i wypoczniecie.
Jakoż natychmiast przeszliśmy do jadalnej izby, gdzie stół nakryto i wniesiono piwo grzane ze serem, potrawę z jaj i rybę, do których pożywania zasiedliśmy z księdzem obadwa, bo i mnie jakoś na widok obcej osoby trochę chętka przyszła do jadła. Śród wieczerzy i po niej jeszcze długo opowiadałem gościowi memu tę nieszczęśliwą sprawę, przywodząc wszystko aż do najdrobniejszych szczegółów, prawie jak na spowiedzi. Słuchał on mnie cierpliwie i z wielką uwagą i nie przerywał mi, tylko wtedy, kiedy się chciał o czymś dokładnie dowiedzieć. A kiedym skończył właśnie na tym, jakom wstąpił po Murdeliona do krośnieńskiego klasztoru, rzekł on do mnie:
— Po Murdeliona?... Nie znam ci ja wprawdzie z bliska tego Murdeliona, ale nie zdaje mi się, ażeby to był człowiek do tego, żeby kogo uspokoił i jaką boleść uśmierzyć potrafił. Nie jest on zresztą księdzem, o ile z boku się mogłem dowiedzieć; ma to być pan jakiś alboli też szlachcic znakomity, którego przeszłe awanturnicze życie w mury klasztorne zaprowadziło; znaczy on wprawdzie wiele w krośnieńskim klasztorze i ma wielkie zachowanie u bractwa, ale to podobno nie rozumem przychodzi do tego, tylko groszem, którego dla konwentu nie szczędzi. Myśl wszakże, którą waszmość miałeś, aby wziąć jaką świątobliwą osobę do siebie dla czytania wspólnie słowa bożego, dla oderwania się od ziemskich frasunków, dla podniesienia ducha poważną i stateczną rozmową, jest bardzo chwalebna i gdybyś ją był przyprowadził do skutku, stałaby się niezawodnie dobrym dla niego lekarstwem; ale to do tego nie brać ci było kogo innego, jeno księdza Innocentego, franciszkanina z tego samego klasztoru, który już nieraz podobne służby odprawiał, którego znają po całej Polsce i zapraszają do oddalonych miejsc świętych na kazania i który jest człek wiekowy, doświadczony, świadomy świata i ludzi, i rzeczy światowych, i różnych pomiędzy ludźmi stosunków, a w naukach wszelkich jest jakby we własnym domu. Co się zaś tyczy owej miłości i konkurencji, której rekuzę sobie waszmość uważasz za wielkie nieszczęście i bierzesz za powód do tak czarnego frasunku, to jest rzecz, o której wiele by mówić, a właściwie nie warto.
— Jak to! Nie warto? — zawołałem.
— Nie warto, bo już się stała, zakończyła i dla waszmości przepadła.
— Jak to przepadła? Otóż to konsolacja283!
— Najlepsza, jaka być może w tym razie. Una salus victis nullam sperare salutem284. Wyperswadować sobie z głowy to, co być nie może, i owoż zaraz spokój i duszy zbawienie od wszelakich frasobliwości. Czy to ta jedna panna na świecie? Czy to już stoi tak zapisano, że koniecznie tę musisz mieć za towarzyszkę swego żywota? Bo i na co ten upór? Czy takie sprzeciwianie się woli bożej i przeznaczeniu jest cnotą czy religią, czy heroizmem? Ot! Po prostu namiętność ziemska, podsycona uporem, a kierowana może jaką logiką, która niczym nie jest, jeno próżną mądrością ludzką i filozofią szatańską.
— Ej! Toż to pleciesz duby smalone, szanowny misjonarzu! — rzeknę ja na to, przerywając mojemu mówcy. — Gdybym cię był nie słyszał przeszłego roku w Hoczwi mówiącego inaczej i nie wiedział o tym, żeś mąż niepospolicie bity w rzeczach duchownych, tobym po tym, co teraz mówisz, myślał, że ci zgoła klepki brakuje.
— Możesz sobie mówić, co chcesz — odpowiedział mi ksiądz cale285 spokojnie — nie będę się obruszał na to, bom nie jest młodzian porywczy ani ów szlachcic ambitny, któremu się zdaje, że za lada słowem przez kogo powiedzianym honor jego po kawałku odpada; ani się będę dziwił słowom twoim gorącym, bo wiem, żeś jeszcze rozdrażniony i cały jak w ogniu, ale pomimo to trwać będę statecznie przy mojej opinii i wszelkimi siłami nastawać na to, ażebyś zmężniał i stał się hartowniejszym od lichej rekuzy.
— Dobrze tobie gadać, mój księże, a czy dostałeś kiedy rekuzę?
— Co za pytanie! Ja sam nie dostałem, ale wiem doskonale, co jest rekuza.
— Wiesz, ale nie czujesz. Nie ma z kim gadać.
Ksiądz atoli286 nie przestał na tym, a prawdę powiedziawszy, to dopiero teraz począł porządne kazanie. Mówił mi tedy, jako miłość dla kobiety dopiero wtedy ma prawo odwoływać się do Pana Boga, kiedy się stała miłością małżeńską i towarzyszą jej szacunek, poważanie, stateczność, poprzedza ją błogosławieństwo boże, a idzie za nią przeznaczenie stania się węzłem rodziny, ogniwem społeczeństwa, kolebką ludzkości. Przeciwnie zaś, miłość inna, podniecona spojrzeniem, znikomą pięknością ciała albo kilkoma słowy powiedzianymi w szale, nie jest miłością i srodze grzeszy ten, który ją wyprowadza z Boga albo z bożego natchnienia; nie ma ona bowiem z niebem ani z czystym duchem ludzkim, który jest tchnieniem samego Boga, żadnej a żadnej styczności. Miłość taka jest produktem krwi ludzkiej, produktem nerwów albo rozpalonego mózgu, jest więc li tylko żądzą, namiętnością albo marnym upornym287 zachceniem. Jest dzieckiem ziemi, robakiem wylęgłym w ciele, pokusą i nagabaniem288 szatana. A że tak jest, dowodzi się tym, że miłość taka bywa niespokojną, gwałtowną, rzucającą się w swoim pochodzie na różne bezdroża, nieprzebierającą pomiędzy środkami do celu ją zawieść mającymi — miłość taka przywodzi człowieka do zapomnienia o Bogu, o cnocie i wszelkich innych, często nawet najświętszych obowiązkach względem rodziny, społeczeństwa i ojczyzny; opanowuje rozum, serce i wszelkie, choćby niegdy najstateczniejsze uczucia, przyprowadza ze sobą gniew, nienawiść, rozpacz, szaleństwo, a tak szatańską opętana czeredą, nieraz swój własny cel zmienia, nierzadko nawet sama znika z ludzkiego serca i zostawia po sobie inną jakąś namiętność, prowadzącą do nagiej zbrodni.
— Gdyby miłość taka — mówił dalej misjonarz — pochodziła od Boga lub z bożego natchnienia, nie miałaby ona już w swoim zarodzie skłonności do żadnych wyskoków, a przychodząc na świat, nie odbywałaby wzrostu i mądrości swojej w towarzystwie jędz takich piekielnych i nie wlokłaby z sobą tak licznej czeredy żądz brudnych i pokus — i byłaby piękną jak tęcza siedmioma igrająca barwami, i spokojną jak kwiaty wychodzące ze ziemi do słońca, i wesołą jak dziecko bawiące się trawką zieloną i wiośnianymi kwiatami. Byłaby mężną jak odwaga, stateczną jak wytrwałość, pokorną jak sama pokora, kochającą jak poświęcenie i zgoła wzniosłą jak każda cnota, źródło swoje mająca w Boga. I taka bywa miłość, ale aż wtedy, kiedy na nią spłynie błogosławieństwo boże i kiedy Duch Święty ujmie ją za rękę i zaprowadzi w stateczne grono cnót rodzinnych i społeczeńskich. Wszystko zaś, co wy, młodzi, nazywacie miłością, jest żądzą tylko, namiętnością, pochucią i niegodne nawet tego pięknego i zaszczytnego nazwiska miłości.
Mówił potem ksiądz dalej, wszędzie przywodząc Pismo święte i różnych poważnych pisarzów opinię, że nie tylko jest błędem, jest grzechem dać się począć w swym sercu tak nędznemu afektowi, jakim jest miłość dla kobiety, ale dowodzi to nawet niepospolitej małości ducha, graniczącej bardzo blisko o bezduszność zwierzęcą, jeżeli kto temu afektowi daje się porwać i pod jego nagabaniami głowę i rozum utraci.
— Głupstwo jest wielkie — ciągnął zawsze z umiarkowaniem misjonarz — myśleć, że ten albo ów człowiek nie może już zażyć szczęścia z inną kobietą, tylko z tą, którą sobie w jednym swojego życia upodobał momencie. Tysiąc i milion jest jeszcze kobiet, i rozumniejszych, i lepszych, i piękniejszymi obdarzonych przymiotami niżeli ta jedna; tysiąc i milion takich, z którymi byłby szczęśliwszy niżeli z tą jedną. Dlaczegóż się dać opanowywać takiej bezrozumnej ślepocie? Dlaczegóż bezzasadnym uporem zabijać sobie głowę? Dlaczegóż nie ukołysać duszę i serce do snu na chwilę i dać jej czas do wytrzeźwienia się z tego miłosnego pijaństwa, tak jak usypiamy ciało, aby się wytrzeźwiło po upojeniu winem lub innymi trunkami?... Wszystkie dusze ludzkie są sobie pokrewne; pomiędzy wszystkimi jest jakiś węzeł niewidomy, jakaś wzajemna atrakcja, bo wszystkie wyszły z jednej kolebki, z łona samego Boga; ale nie powiązał je Bóg parami, nie pospokrewniał po dwoje w niebie na to, aby tu potem, szukając się wzajem, grały w ślepą babkę na ziemi! Nie masz przeznaczenia dla ludzi pod względem małżeńskim! Ale jest przeznaczenie takie, że jeżeliś jest praw w duszy twojej, masz serce czyste, obyczaje uczciwe i łagodne i jeżeli sobie dobierzesz żonę z chłodem i zastanowieniem, pilnie bacząc na to, iżby była dzieckiem uczciwych rodziców, wykształcenie miała odpowiednie twojemu, duszę piękną i uczciwą, była skromną, pracowitą, nabożną, to czy jej będzie imię Zosia, czy Zuzia i czy jej ród będzie szedł od Murdelionów czy Nałęczów, czy Ślepowronów, nie możesz z nią być nieszczęśliwy. Jeżeli potraficie statecznie ze sobą dzielić pracę, uciechy i dolegliwości, ustępować jedno drugiemu w uporze, błędy sobie z wyrozumiałością przebaczać, a w nieszczęściach znachodzić289 ulgę we wspólnej modlitwie, to nie możecie być nieszczęśliwi — a dopiero ta miłość, która wtedy pomiędzy wami wyrośnie, na wspólnym używaniu dóbr doczesnych się ugruntuje, wspólnymi cierpieniami się umocni, wspólnymi uciechami umai i we wspólnej modlitwie swoją nadziemską widzieć będzie koronę — ta miłość dopiero przekona ciebie, że prócz niej nie masz i nie było innej, która by godną była takiego imienia.
Ksiądz ten tak to mówił ładnie i tak mu się wszystko składało, takie mi zdrowe argumenta podkładał, że kiedy skończył, nie mogłem się dosyć nadziwić jego mądrości i prawie już przekonany byłem z kretesem. Kiedy więc umilkł i popatrzył mi w twarz, zapewne po to, aby obaczyć, jaki skutek jego mowa zrobiła na mnie, tom zrazu oczy spuścił ku ziemi, a potem zgoła odstąpiłem od niego i począłem przechodzić się po pokoju, zawsze w wielkim podziwieniu dla misjonarza mądrości i znajomości ludzkiego serca. I byłoby to bardzo dobrze i na moją chorobę niezawodnie skutecznie, gdyby tylko misjonarz był zarazem tą mową i pamięć Zosi zatarł był we mnie tak, żebym sobie już jej nigdy nie przypomniał. Ale kiedy po chwili śliczna dzieweczka ta objawiła się duszy mojej, cała, tak jak ją znałem i na śmierć miłowałem, taka śliczna! a do tego smutna i zapłakana, i mnie kochająca, to rozum mój, przyjmujący prawdy misjonarza, ustał w swojej robocie, mróz mi poszedł po całym ciele, serce uderzyło gwałtownie, a ksiądz mi się wydał strasznie nudny i głupi. Rzuciłem też na niego tryumfującym wzrokiem, zaśmiałem się w duszy i pomyślałem sobie: dobrze mi tak, bo cóż to za koncept rady księdza zasięgać w miłości?
Ale wymowny ten nauczyciel praw boskich i wielki znawca ludzkiego serca poznał za jednym rzutem oka, że lubo290 mnie od razu przekonał, jednak w tym momencie serce moje upomniało się już o swoje prawa; jakoż291 i rzekł natychmiast:
— Panie Marcinie! Źle jest, bardzo źle z tobą. Padnij krzyżem i módl się, bo się Bóg twój odwrócił od ciebie. Ziemia wzięła górę nad niebem, ciało twoje nad duchem twoim. Szatan cię otoczył wszystkimi mamidłami swojego państwa i już ci błyszczącą wstęgę owinął około szyi, aby cię na niej zawiódł do wiecznej zguby. Módl się, módl się, bo zginiesz.
Jam stał i patrzył na tego księdza, którego twarz coraz więcej się rozżarzała, coraz wyrazistszej nabierała postaci; alem już był z tej strony, w którą on trafiał, zimny jak bryła lodu, nieporuszony jak głaz... Zosia w białej jak lilia sukience, niebieską w staniku przepaską szeleszcząca w powietrzu, z więdniejącą różą na piersiach unosiła się jakby anioł zbawienia nade mną.
Ksiądz mówił dalej i w coraz większy zapał wpadał, głos podnosił, ręce wyciągał — jam jeszcze słuchał długą chwilę i milczał. Ale na koniec zniecierpliwiło mnie to kazanie, więc się porwałem i rzekłem:
— Mości księże! Waszmość jesteś bardzo rozumnym człowiekiem i pewno doskonale znasz sprawy ludzkie, bom cię słyszał o nich mówiącego w hoczewskim kościele; słuchałem bez uprzedzenia i zdumiewałem się tylko nad głęboką twoich opinij mądrością i nieporównaną twego języka wymową. Dzisiaj słucham cię może z niejakim uprzedzeniem o tej materii, o której mówimy, ale w tym nigdy mnie nie przekonasz, żeby miłość czysta i nieskalana była jakimkolwiek szataństwem. Słyszałem już kazania i biskupów, i archimandrytów, i kamedułów, i jezuitów, i innych żarliwych karcicieli wad ludzkich; słyszałem księdza Marka, który tak dalece potępiał cielesność, że rozkazywał ludziom, iżby byli czystymi duchami; słyszałem księdza Barszczewskiego, także misjonarza, a sławnego na cały kraj rygorystę; księdza Dutkiewicza, eks-jezuitę, miałem nauczycielem przez lat kilkanaście — ale żaden z nich tego nie powiedział. I dobrze zrobił, że nie powiedział, bo byłby się, tak jak waszmość, ominął z rzeczywistością i prawdą. Byłby, wymagając od ludzi rzeczy niepodobnych i nadludzkich, przeciągnął tę strunę i byłaby pękła w jego ręku. A jemu ją tylko nakazano nastroić. Bo i cóż to jest miłość? Czyż to nie jest najpiękniejszy afekt ludzkiego serca? Nie najzieleńszy to listek rozkwitującej się duszy ludzkiej? Nie braterskaż to dłoń podana całej ludzkości za pośrednictwem kobiety? Nie pierwszyż to, nie konieczny krok, zrobiony przez nieznanego dotąd światu młodzieńca na owej pięknej drodze, która go ma zaprowadzić pomiędzy ludzi, uczynić członkiem statecznej rodziny, osadzić na pewnym stanowisku w społeczeństwie, namaścić na ojca, na obywatela? Czymże grzeszy ta miłość, która z bijącym sercem zbliża się do uwielbianego przedmiotu, staje od niego o kilka kroków, milczy i rumieni się lada chwila, i nie pragnie niczego więcej, jak tylko widzieć ją czasem, przejrzeć się w jej oczach, westchnąć za nią do Boga, za jej pokój, za szczęście, podać jej wodę, chustkę albo kwiatek, dotknąć się jej ręki!...
— Dosyć! — zawołał ksiądz. — Dotknąć się jej ręki! Tym grzeszy miłość.
— A cóż to za grzech? — zapytałem.
— Zaraz ci to wywiodę. Waszmość powiadasz rzeczy ani dla mnie nowe, ani nieznane. I owszem, aż nadto dobrze znajomy mi język, którym mówią miłośnicy. Ale po porządku, po porządku. Najprzód tedy, co powiadasz, że ani biskupi, ani archimandryci, ani ksiądz Marek, ani ksiądz Barszczewski nie powiadali takich opinij, jak moja, to kłamiesz brevi manu292. Każdy z nich, czy mówił, czy nie mówił o tej materii, to miał i musiał mieć tę samą, co ja o niej opinię, bo tak stoi napisano. Ksiądz Marek nawet cale nigdy o miłości nie gadał, bo jak wiadomo, teksta brał cale inne. Księdza Barszczewskiego, jeżeli kiedy słyszałeś, to go nie rozumiałeś, kiedy tak mówisz. Co zaś powiadasz, że przez zbytnie naciąganie tylko zerwać można tę strunę, którą należało nastroić — to masz rację w połowie. Zerwać tylko można, ale ją też i zerwać należy! Zerwać tę strunę, która grać nie powinna i grać nigdy niezdolna w dźwięcznej cnót ludzkich harmonii! Miłość dla kobiety, miłość niezwiązana stułą i niepobłogosławiona przez namiestnika bożego, nie jest struną grającą. Jej głos jest chrypliwy, charczący i brzydki, a lubo w pierwszych dniach swego istnienia ma takie chwile, w których miłym odzywa się dźwiękiem, to jeśli i ten dźwięk nie jest ułudą, to trwa tak krótko i tak prędko głos swój odmienia, że go tylko tym prędzej przytłumić należy. Miłość w dniach pierwszych podobną jest do małego tygrysiątka: śliczne ono jest i łaskawe, pokorne i wstydliwe, gdy się narodzi, ale za trzy dni owce już zjada. I gdyby to wiedzieć, gdzie jest granica; gdyby wiedzieć, kiedy przychodzi ta chwila, w której zęby jej rosną, to może by ją można uczynić bezzębną i utrzymać we wstydliwości, w pokorze, i uczynić z niej kwiat i ozdobę ludzkości, ale kiedy, tego nikt nie wie i wiedzieć nie może! Dopiero, patrzysz, stoją niewiniątka jak trusie, z daleka od siebie, oczy opuszczone ku ziemi, rumieńce wstydu na twarzach, ani cienia złego tam nie ma... odwróciłeś się — oni już sobie w ramionach. Dowód tego, co mówię, jest właśnie na tobie. Z bijącym sercem zbliżasz się do uwielbianego przedmiotu, stajesz od niego o kilka kroków, rumienisz się lada chwila, nie pragniesz niczego więcej, jak tylko widzieć ją czasem, przejrzeć się w jej oczach, westchnąć za nią do Boga za jej spokój, podać jej wodę, chustkę albo kwiatek... to wszystko dobrze! ale ty chcesz już dotknąć jej ręki! A czegóż ty zechcesz za chwilę? A wiesz ty, czego ty jutro zapragniesz?
— Ależ bo...
— Z wolna! Wiem, co chcesz mówić. Ależ bo tyś jest uczciwy człowiek i honorowy kawaler, ty masz duszę tak mocną, że nigdy byś się nie dopuścił żadnego haniebnego uczynku. Ja wierzę. Ja wierzę temu, lubo widoczna jest, że masz duszę dość słabą, kiedy i miłości nie możesz w sobie utłumić; lubo widoczna jest, że kto jednej żądzy się poddał, ten się podda i drugiej, i dziesiątej, i setnej... ale ja wierzę. Tyś jest uczciwy i honorowy kawaler, tyś jest mocny jak dąb i niewzruszony jak skała. Ty się oprzesz pokusom, ty zniesiesz wszystkie ciosy i przeciwności. Ale wiesz ty, kto i jaką jest ta druga osoba, którą stawiasz nad bezdenną przepaścią? Wiesz ty, jaką jest ta głowa, którą obałamucasz, jakie to serce, w którym niedoświadczone dotąd rozniecasz płomienie, jakie te oczy, przed którymi otwierasz światy dotąd nieznane a całkiem nowe? Któż będzie odpowiadać za tę głowę, jeżeli owariuje w gorączce, kto odpowiadać za serce, jeżeli zwiędnieje i umrze od samej tęsknoty i bólu; kto odpowiadać za oczy, jeżeli w tym świecie nowym śród mar i pokus błędną upatrzą drogę i poprowadzą na nią pijaną duszę, pokalają ją błotem i zgubią? I ty powiadasz, żeś jest uczciwy człowiek i honorowy kawaler? Toż to uczciwość jest, nie wiedząc naprzód, czy ci wolno będzie twój afekt sakramentalnym uwieńczyć związkiem, czy rodzice nie będą mieli nic przeciw temu, czy inne nie staną na drodze przeszkody, od bałamuctwa poczynać, od rozbudzania afektu, od podnoszenia go do namiętności, od zwariowania już w pierwszym kroku? Nie mówię już, co poczniesz wtedy, kiedy związek nie przyjdzie do skutku, ale gdy przyjdzie, co będziecie dalej czynić, kiedyście tak poczęli? Co będzie za lat kilka, gdy braknie karmy dla tych gwałtownych płomieni, gdy się wulkany wypalą i na ich miejscu same pozostaną popioły?... I dziwnaż to ma być komu, że się dzisiejszymi czasy małżonkowie już w rok nudzą po ślubie, że już w drugim się kłócą, a w trzecim wodzą za łby po sądach i przed opinię świata wytaczają domowe niesnaski? O, nie, mój bracie, niegłupi byli dziadowie nasi, że sami upatrywali małżonki dla synów. Niegłupi, że im pierwszy raz wzajemnie sobie w oczy popatrzeć dawali dopiero przy ślubnym ołtarzu. Niegłupi, że od razu dawali się wyburzyć i krwi, i żądzom, i chuciom, a dopiero po uspokojeniu tychże dawali czas wolny i spokojny do zawiązywania się związkom duszy i serca. I zawiązywały się one pięknie i statecznie, i trwały do grobu. Niegłupi oni byli, bo budowali na przyszłość, i budowle ich były wielkie i wspaniałe, i wzniosłe, i trwały długo, i Pan Bóg im błogosławił. I kiedy w takich mieszkali budynkach, to sami byli wielcy i bezpieczni i nie mieli do nich przystępu ani nieprzyjaciele postronni, ani sto razy gorsi od tamtych nieprzyjaciele wewnątrz wylęgli, jakimi są głupie i niewczesne afekta, jakimi są żądze, pochucie i namiętności, które wysilają rozum, palą serce i niszczą ciało przed czasem. A wy się ubieracie w peruki, w trzewiki, w batystowe koszule i wiatrem podszyte kubraki i szarpie was wtedy, kto nie chce, i pali was wszelki diabeł z całego świata, i rzucają wami wszelkie wściekłe pokusy; toteż was te pokusy rozeprą i spalicie się sobą samymi na węgiel, i diabeł was weźmie z kretesem!
To rzekłszy, przysunął do siebie księgę, która koło niego na stole leżała, a w której były księdza Skargi Kazania, i nie dawszy mi ani słowa wymówić, otworzył ją i zaczął w niej czytać na głos. Prawdę mówiąc, niebardzo ja uważałem, co on tam czytał z tej księgi, a lubo mowa jego słowo w słowo utkwiła mi w głowie, to jednak wtedy tylko owo miejsce najbardziej mnie zajmowało, w którym mi wyrzucał, żem niebacznie niewinną Zosię naraził kto wie na jakie zgryzoty, na umartwienia, a może i na prześladowania. To mnie utkwiło w głowie, w sercu, zajęło całą duszę. Biedna Zosia! Co ona myśli teraz? Co robi? Jakie jej położenie? Jak postąpiła z nią matka? Jak sobie poczyna z nią Zuzia, owa złośliwa, głupia, zepsuta Zuzia, która nawet u rodzonej siostry swojej nie zasłużyła sobie na ufność? Biedna Zosiu! Jeżeli ci miłości twojej nie umieli przebaczyć, jeżeli ją zawsze jeszcze uważają za występek przeciwko ich domowej polityce, za targnięcie się na świetność ich rodu, za bunt przeciw zamysłom matki... jakże wiele ty cierpieć musisz! I kiedyż ty znajdujesz ulgę w twoich cierpieniach, gdzie pociechę na twoje smutki? Maszże ty kogo tam w całym domu, maszże choć jedno serce około siebie, któremu byś się zwierzyć, jedną duszę, do której byś się przytulić mogła? Biedna, wśród ludzi samotna, śród tylu krewnych obca dziś Zosiu! Biednaś ty dzisiaj, bo minęły już dnie twego szczęścia, minęły dnie owe, w których mało wiedząc o świecie, mało się troszcząc o ludzi, cała żyłaś w twych kwiatkach, cała w snach twoich pięknych, których drobne przepowiednie ci się często ziszczały. I byłaś tak szczęśliwą, jak owe kwiatki, które rosły i kwitły pod ochroną opiekuńczej twej rączki, i jak owe róże i lilie, którym pozwalałaś kwitnąć i odkwitać dla siebie, i jak owe ptaszki, które wiosną wylatują do słońca i biją skrzydełkami z radości, a umęczywszy się troszkę, usiadają na zielonej, chłodem objętej gałązce i poczynają śpiewać Panu Bogu, który je stworzył, słońcu, które je ogrzewa i sobie. Wszystko to było kiedyś. Dzisiaj wiele się odmieniło, dzisiaj mniej już myślisz o kwiatach, mniej o listkach uwiędłych i świeżych, mniej łez miewasz w oczętach, mniej westchnień w piersi — ale za to oszukiwane łzy bywają większe i naglejsze, westchnienia głębsze i boleśniejsze, a nocne twej duszy widzenia ledwie bym się poważył odgadnąć. Zgoła wszystko się odmieniło; serce, serce tylko pozostało to samo. I jako pierwej obejmowało róże i braciszki, jako drżało na wspomnienie uwiędłego goździka, jako upadło z żalu nad usychającym powojem, tak teraz...
Teraz misjonarz czytał księdza Skargę, jam słuchał i myślał i obadwaśmy293 byli tak głęboko zatopieni każdy w swojej robocie, żeśmy się mimowolnie wstrzęśli obadwa, kiedy coś nagle zaturkotało przed gankiem.
— Cóż to jest? — rzekłem ja zdziwiony. — Któż to może być o tak późnej godzinie?
— Nie wiem — odpowiedział misjonarz — zapewne gość jakiś... ale to późna godzina.
Spojrzałem na zegar, było pół do jedenastej, i tak mnie to jakoś zbałamuciło, żem nawet zaniedbał wyjść na ganek dla przywitania gościa. Ale wtem drzwi się otworzyły i wszedł cicho i spokojnie Murdelio, mówiąc we drzwiach:
— Pokój temu domowi i mieszkańcom jego!
— Na wieki wieków — odpowiedział misjonarz; ja zaś skoczyłem, witając:
— A! Ojciec Murdelio! Witajże waszmość w moim domu; wielkie to dla mnie ukontentowanie.
— Niepospolity honor to dla mnie — rzekł na to Murdelio, nisko schylając głowę i głosowi swojemu dając znamię uroczystej pokory — że, mnich ubogi i nic nieznaczący, sprawiam waszmości ukontentowanie. — Tymczasem misjonarz do niego:
— Jak się macie, ojcze?
— Dosyć dobrze, do usług waszmości — zawsze z pokorą i przy drzwiach odpowiedział Murdelio.
— Ależ proszęż bliżej — rzekłem ja na to — może się czym posilicie, zmęczeni z drogi. Każę co zrobić ciepłego.
— Jak łaska waszmości.
Przywoławszy tedy sługę, rozporządzałem dla nowego gościa wieczerzę; tymczasem zaś mnisi obadwa rozmawiali ze sobą, ile zasłyszeć mogłem, o zdrowiu i powodzeniu wzajemnych swych przełożonych. Gdym do nich powrócił, wycedziliśmy jeszcze słów kilka obojętnych o pogodzie i złych drogach, a kiedy stół nakrywano dla Murdeliona, misjonarz powstał i rzekł:
— Panowie jeszcze jaką chwilę pogawędzicie ze sobą, ja zaś muszę was przeprosić i udać się na spoczynek, a nawet pożegnać już łaskawego na mnie gospodarza, bo jutro o samym świcie muszę ruszać w dalszą drogę.
— Jak to! — rzekłem. — To waszmość nie zabawisz u mnie przez jutro?
— Na żaden sposób nie mogę; jutro muszę być ze mszą w Hoczwi, czekać mnie będzie tam pan Osuchowski z ichmość panem Urbańskim, skąd mają mnie zabrać do siebie dla naradzenia się względem fundacji kościołka powstać mającego ze składek w jednym miejscu w tych górach.
— Trudnoż stawiać tamę tak świątobliwej podróży — odpowiedziałem misjonarzowi — toż przynajmniej wypraszam sobie łaskę, iżbyś jegomość nie zaniedbał wstąpić z powrotem!
— I tego nie mogę przyrzekać, bo nie wiem, kiedy mi wypadnie powracać, proszę atoli być pewnym, iż nigdy nie zapomnę o sercu tak prawym i tyle dla mnie przychylnym.
Śród tego czasu przyniesiono posiłek dla franciszkana, ja zaś wziąłem świecę do ręki i odprowadziłem kaznodzieję do odległego pokoju na nocleg. Żegnając się jeszcze raz z nim, serce mi się jakoś mimowolnie ścisnęło, rzekłem więc prawie ze łzami:
— Luboś294 jest tak zawziętym nieprzyjacielem tego uczucia, które mnie teraz całego zajmuje, jednak nie zapominaj o mnie czasem.
Tedy on rzekł głosem poważnym i z wzniesionymi jakby do błogosławieństwa rękami:
— Niech cię Bóg strzeże od wszystkiego złego na tej drodze, gdybyś jej nie miał porzucić; ale posłuchaj rady mojej i padnij jeszcze raz na kolana przed Bogiem, uczyń spowiedź, podwój i potrój naznaczoną pokutę, może się On zlituje nad tobą i oświeci twojego ducha. On jest wielki i mocny! Przed Nim padają na twarz pierwsi mocarze świata, przed Nim wiją się w prochu całe narody, On z lwiej paszczy wybawił Daniela, On potopił faraonowe zastępy, On lud izraelski wyprowadził z niewoli, On Syna Swojego jedynego oddał na śmierć krzyżową dla miłości swych ludów. On nie opuści tego, który się pod Jego odda opiekę. On też niech będzie w każdym razie pierwszą i ostatnią ucieczką twoją. Czego życzę z całego serca. Dobranoc!
— Dobranoc! — odpowiedziałem i odszedłem, ale te jego słowa, lubo były powiedziane takim głosem, że powinny były przejść przez samą rdzeń duszy, nie zrobiły żadnego wrażenia na mnie. Albom już był syt pacierzów, albo było coś we mnie, jakieś nasienie złego, które się kajało295 słów bożych i odpychało je ode mnie. Jam biegł do Murdeliona.
— Mości panie — rzekłem — przepraszam, żem go samego zostawił, ale inaczej uczynić nie pozwalał mi obowiązek gospodarza.
— Proszę, proszę — rzekł Murdelio — mnich ubogi niechaj waszmości panu żadnej w domu nie czyni dywersji; jest to sprzęt tylko, wyniesiony z domu bożego na to, aby się kto na nim mógł pomodlić jak na klęczniku albo zasłonić się nim od jakich pokus, od nudów, od nie wiem czego tam jeszcze.
— Skromność to mówi z waszmości — rzekłem — i może sentencja ta ma gdzie swoją prawdę na świecie, w Polsce atoli nie da się jeszcze, chwała Bogu, zastosować do nikogo: mamy szczere poszanowanie dla tego wszystkiego, co się o Kościół boży ociera na ziemi, i daj Boże, abyśmy nigdy nie czynili inaczej.
— Panu Bogu niech będzie chwała... ale pierwej do sprawy. Na rozkaz waszmości pana wysłano mnie tu z klasztoru z poleceniem odebrania łaskawie nam darowanej jałmużny; złożenia waszmości panu winnego podziękowania za jego szczodrobliwość i zapewnienia go, że najświętszym obowiązkiem naszym będzie zanosić pokorne modły nasze do Najwyższego...
— Dziękuję, dziękuję — odpowiedziałem roztargniony i pomięszany tym, że mnich ten, którego już kilka razy widziałem i o którym już pewną wyrobiłem sobie opinię, dzisiaj cale mi się wydał inaczej. Tymczasem Murdelio mówił dalej:
— Waszmość pan także byłeś tak łaskaw zażądać mego przyjazdu do siebie, powiadałeś, że masz frasunki, że potrzebujesz rady, ulgi, pociechy. Wielki to zaszczyt dla mnie, ale nie daje dobrego świadectwa doświadczeniu waszmości. Ja nie jestem księdzem, nie jestem uczonym, a lubo doświadczenie moje może wiele innych przenosi, toż jeszcze nie idzie za tym, abym umiał drugim dać radę, przynieść jaką pociechę. Wiadomo bowiem być musi waszmości, że ci, którzy sobie umieją we wszystkim sami dać radę, nie potrzebują w żadnej porze swojego wieku chronić się w mury klasztorne.
— Nie idzie tu koniecznie o radę — odpowiedziałem, przysuwając gąsiorek z winem i nalewając dwie szklanek296 — bo nie wszędzie możliwą jest rada. Ot! Ksiądz misjonarz, którego tu waszmość zastałeś, pewnie ma rozum niepospolity i w naukach nikt go prześcignąć nie zdoła, a przecie nie wynalazł żadnej rady na to złe, które mnie trapi. Niektóre położenia w życiu ludzkim są tak jak śmierć, na którą nie masz lekarstwa.
— Nieprawda! — zawołał mnich, ale to tak nagle i głośno, żem się aż cofnął i wąsa pokręcił do pokrycia przestrachu; i tym mnie tak zbił z toru, żem zapomniał, com chciał powiedzieć i na czymem297 stanął. Przyszło więc do tego, żem go musiał zapytać:
— Dawno waszmość byłeś w Źwierniku?
— W Źwierniku?... — odpowiedział znowu pokornie Murdelio. — Ja tam bardzo rzadko bywam, i to tylko w sprawach naszego konwentu, którego wspaniałomyślną dobrodziejką jest od dawna familia Strzegockich.
— I zapewne waszmość szczęśliwie uskuteczniasz swe misje, bo jako uważałem, masz pewne zachowanie298 w tym domu.
— Tak, lubią mnie tam; pomiędzy naszymi rodami była niegdy bliska znajomość.
— Więc waszmość od lat niedawnych dopiero habit nosisz na sobie? byłeś dawniej szlachcicem, może zgoła żołnierzem?
— Szlachcicem byłem i jestem, żołnierzem byłem i jeszcze być mogę, a jak długo habit noszę na sobie, to nie należy do rzeczy. Ale jakież to waszmość masz frasunki, że aż na ich pognębienie potrzebujesz księdza czy mnicha? — zapytał Murdelio, całą gębą pociągając ze szklanki.
Prawdę mówiąc, w tej chwili niewielką już miałem ochotę spowiadać się przed tym człowiekiem, bo mnie jakoś obraził swoją, że tak powiem, dwoistością. Bo rzeczywiście nie zdawało mi się inaczej, tylko że dwóch ludzi, całkiem niepodobnych do siebie, siedzi w tym jednym człowieku: jeden mnich jakiś pokorny i uniżony, drugi jakiś rubacha i wielki gwałtownik, i że odzywając się raz jeden, a drugi raz drugi, obadwa się kłócą pomiędzy sobą, zdradzając jeden drugiego. Jednak już niepodobna mi było milczeć, rzekłem tedy:
— Ot! Prawdziwe nieszczęście! Rozgorzałem afektem do pewnej panienki, wybudowałem sobie najpiękniejszą nadzieję, zapewniłem się o wzajemności panny i kiedym z taką pewnością, jak na cztery tuzy299, o jej rękę uderzył, dostałem rekuzę.
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się wielkim głosem franciszkan. — Toż na rekuzę do mnie przychodzisz po radę! — i obracając tabakierkę w rękach, poszedł szerokim krokiem po izbie.
— Cóż w tym dziwnego? — rzekłem. — Waszmość zapewne nie wiesz, że tonący i brzytwy się chwyta.
— Ja nie wiem, czego tonący się chwyta? No! — odpowiedział Murdelio i w wielkim zamyśleniu przeszedłszy się kilka razy po izbie, nagle zapytał:
— O kogóż waszmość się starasz?
— O kogo ja się staram? — odpowiedziałem pomału i prawie pomimowolnie kłamiąc, dodałem: — O pewną panienkę na Rusi.
— Na Rusi? No i czemuż dać nie chcą?
— A Pan Bóg ich tam wiedzieć raczy, czemu właściwie dać nie chcą! Ot, kaprysy matczyne i głupstwo wierutne. Panna piękna, ma jaki taki posag, młoda jeszcze, ich ród kiedyś tam coś znaczył w Rzeczypospolitej i zdaje im się, że kiedy córkę dadzą Nieczui, to całkiem upadną.
— No! To stara facecja. Maszże300 jaką nadzieję?
— Dotychczas żadnej.
— Jak to? Zwątpiłeś?
— Prawie.
— To pluń i bądź kontent, że tak się stało.
— Nie mogę.
— Więc ją kochasz?
— Jak tylko można najwięcej.
— Jakże? I kochając nie masz żadnej nadziei?
— Nie umiem jej sobie wymyślić.
— Tępa głowa i licha fantazja albo... nie masz prawdziwej miłości.
— Wszystko jest, ile mi się zdaje, ale mnie okrutnie pognębiła rekuza.
— O, tak, rekuza — odpowiedział Murdelio, wpadając w coraz głębsze zamyślenie.
— O! Rekuza! — zawołałem też i ja sobie z westchnieniem, ale on na to już nic nie odpowiedział, tylko, zatopiwszy się w myślach, opuścił głowę na piersi, oczy wlepił w róg stołu, przy którym siedział, i zdawał się tak zastygać. Ja też nie przerywałem mu tego zamyślenia, i owszem, sam puściwszy wodze moim znów myślom i przypomnieniom, również z wlepionymi oczyma w drugi róg stołu, milczałem. I bylibyśmy tak, milcząc obadwa i obadwa uganiając po jakichś niewidomych światach wyobraźni albo przeszłości, przesiedzieli może do rana, ja przynajmniej pewnie bym był nie przerywał tej ciszy, która mi stokroć razy milszą była nad gwar najweselszej kompanii, ale on nagle się zbudził i krzyknął mi w oczy:
— O kogóż się starasz?
— O pewną panienkę na Rusi — odpowiedziałem, budząc się z zamyślenia.
— Aha! A czemuż dać nie chcą?
— Powiedziałem już.
— Aha! Za mała fortuna, za liche nazwisko. To rodzice, a panna?
— Całą duszą jest moja, to jest, była przynajmniej dotąd i pewnie zostanie, jeżeli jej nie przekabacą.
— O! Niezawodnie przekabacą. Jestże301 drugi konkurent?
— Jest, ale wielki błazen i mazgaj.
— To właśnie najgorzej, bo tacy mają szczęście, a w konkurencjach, ba! Może i wszędzie, lepszy łut szczęścia niż centnar rozumu. Ale zawsze próbuj, tentare licet302.
— Ba! Licet, ale jak? Quomodo? Quando? Quibus auxiliis303?
— Omnibus modis, eo instante et sui ipsius auxilio304, innej rady dać nie potrafię.
— Ej, gdybyś chciał — rzeknę — tobyś potrafił, bo jak uważam, sam praktyk jesteś w tych rzeczach, może nawet, gdybyś mi tylko powiedział twojego życia historię, już byś mi podał niejedną doskonałą naukę.
— Bardzo to być może — odpowiedział Murdelio — ale ja nie myślę być alwarem305 dla wąsatych młokosów.
— Przecie powiedz mi, waszmość, przez łaskę swoją, co za dziwną styczność to ma ze sobą, że wasze klasztorne nazwisko równo brzmi jak herb Piotrowiczów?
— Taką ma styczność — odpowiedział sucho franciszkan — że równo brzmi jak herb Piotrowiczów.
— Teraz już wiem doskonale, ale na to mi przecie waszmość odpowiesz, czy jesteś jaki krewny Strzegockich czy żaden?
— Strzegockich? Żaden — odpowiedział Murdelio.
— A Piotrowiczów?
— Piotrowiczów? — powtórzył mnich zamyślony — tak... jakieś tam jest powinowactwo; ale cóż tobie na tym zależy?
— Bo ja jestem spokrewniony ze Strzegockimi.
— Ty? A to kędy? Znałem twojego ojca, ale mi nigdy o tym nie wspominał... ale to już późna godzina, nie wiem, czy nie czas by już na spoczynek?
To rzekłszy, popatrzył na zegarek. Było już po pierwszej z północy.
— Pierwsza — rzekł franciszkan — gdzie mi waszmość przeznaczyłeś kącik do przespania się?
— Tutaj właśnie w tej izbie.
— Więc dobranoc.
— Dobranoc — odpowiedziałem niechętnie i mówiąc sobie, jak to pomiędzy mnichem a mnichem, pomiędzy rozumem a rozumem jest zawsze różnica, i dziwiąc się oraz mojemu szczęściu, z jakim na doradców w tej mojej nieszczęśliwej konkurencji trafiam, poszedłem do mojej izby i rzuciwszy się zaraz na łoże, oddałem się na pastwę najdziwaczniejszym snom i widzeniom.