II
Nazajutrz rano słońce już było wysoko, kiedym się z tego snu ciężkiego obudził. Piekący ból w głowie i jakaś nieodgadniona niespokojność w sercu były to pierwsze dwie rzeczywistości, które zastąpiły miejsce mar nocnych. Jakie zaś były te mary nocne, trudno mi dzisiaj pamiętać, trudno opowiedzieć dokładnie; to tylko przypominam sobie, że przez całą noc tę misjonarz z Murdelionem ustawicznie się tłukli przede mną i o mnie. Działo się to w jakiejś dzikiej i dziwacznymi chwastami zarośniętej krainie, po obu stronach jeżyły się czarne szkaradne skaliska, po których pełzały brzydkie gady i bestie, potok zmąconej wody płynął po prawej i jęczał bolesnym głosem, niosąc na swoich falach liście zwiędłe i pogruchotane gałęzie; wicher zimny dął bez pamięci, szamotał gałęziami, kręcił liściem i ciskał piaskiem do góry. Taką była ziemia w śnie moim, taką może bywa często w rzeczywistości. Przede mną, jak mówiłem, tłumili się oba mnisi, uderzając się wzajemnie w piersi pięściami, chwytając się za paski, zarzucając sobie na głowy kaptury; za nimi w dali, trzymając się rączką za gałęź drzewa, unosiła się w powietrzu prześliczna, w białej rozwianej szacie, z rozpuszczonymi kruczymi włosy, z zapłakanymi oczyma panienka. Nad tym wszystkim unosiło się ciemne niebios sklepienie nieobciągnięte żadnymi chmurami, wydęte jak bania, ciemne i gładkie, jakby było ze starego spiżu wykute; na jego najwyższym punkcie, prawie nad głowami mordujących się mnichów, tłumili się z sobą dwaj czarni ptacy, żuraw i orzeł ogromny, i wywracali się tam pod tą banią, i kaleczyli się wzajem dziobami, i drapali po głowach, a pomiędzy nimi od chwili do chwili pokazywał się biały gołąbek i śnieżnym piórem swoim błyskał na tym tle ciemnym, jak nowy srebrnik na czarnym suknie. Walka toczona na ziemi zdawała się cień swój odbijać na niebie. Wizja ta powtarzała się kilka razy, zawsze ustępując miejsca innym, więcej strasznym, więcej nieodgadnionym. Promień słońca, który mnie w oczy uderzył, rozwiał z nich ostatnią, zostawił mi tylko ból głowy i niespokojność w sercu. Zajęty przypomnieniami snów moich, leżałem jeszcze w łóżku i ani myślałem powstawać, kiedy wszedł do mnie Murdelio.
— Waszmość śpisz jeszcze, a słońce już grzeje — rzekł on wchodząc.
— Nie śpię już — rzekłem — ale nie wstaję dlatego, że jakoś niezdrów jestem. Straszne sny miałem tej nocy.
— Cóż się śniło?
— Ot, tak zwyczajnie, niedorzeczności.
— Cóż przecie?
— Śniło mi się, żeś się waszmość bił na pięście z tym misjonarzem, który wczoraj był u mnie.
— Ja z misjonarzem!... Gdyby się było waszmości śniło, żem ja bił jego, to by było do rzeczy, ale ja z nim, i na pięście, to nie ma sensu.
— Może to i ma sens jakikolwiek, bo właśnie tak było w rzeczy, że nim waszmość przyjechałeś do Bóbrki, to on mi rad swoich udzielał w tejże samej materii i były waszmościowym całkiem przeciwne.
— Cóż radził?
— Zapomnieć, póki czas jeszcze.
— I ja tak radzę.
— Jakże? To dziś znowu inaczej?
— Gdzież tam! Zupełnie tak samo, jak wczoraj. Wszakże i wczoraj radziłem plunąć i dać pokój wszystkiemu, a dopiero kiedyś powiedział, że tak nie możesz, dopiero wtedy radziłem wszystko postawić na kartę.
— Prawda, przypominam sobie... ale z tymi waszymi radami to jest tak: cokolwiek mi który z was powie, to ja już sam pierwej wiedziałem i jeszcze zawsze na końcu nie wiem, co właściwie uczynić należy.
— Bo nie trzeba się radzić wielu, tylko jednego, albo, co najlepiej, nikogo.
— I to racja, ale zawsze jeszcze nie ta, dla której nie wiem, co robić.
— A któraż jest ta?
— Ta, że się boję wszystko postawić na kartę, bo przegrać nietrudno.
— Ba! A ty byś chciał grać i mieć pewność wygranej?
— Nie o to idzie, tylko o to, że tu by mi grać przyszło nie tylko o swoje szczęście albo nieszczęście, ale i o szczęście drugiej osoby. Zresztą, prawdę powiedzieć, obawiam się dawać pierwszy krok na jakiejś drodze stanowczej, bo dawszy go, trudno zgadnąć, gdzie i jak daleko się zajdzie. Wiem to z doświadczenia moich sąsiadów, którzy, będąc w tym położeniu, pozachodzili na takie drogi, na których znaleźć się kiedykolwiek nigdy się przedtem nie spodziewali. Pan Chojnacki kilkunastoletnią sławę swoją zagubił przez romans i kto wie jeszcze na czym się to zakończy. Pan Fredro lat dwadzieścia tułał się za granicą pomiędzy cudzoziemskie narody dla jakiejś Włoszki, z którą się nigdy nie ożenił...
— Pan Fredro? Jaki pan Fredro?
— Podstoli pomorski, dziedzic Hoczwi, Łobozwi i innych wiosek.
— Jak to? To on tu mieszka w tych okolicach?
— Małą milę ode mnie. Czy waszmość znasz pana Fredra?
— Czy ja go znam? O, i jak jeszcze! Byliśmy razem we Włoszech, rok siedzieliśmy w Neapolu, sekundowałem mu w kilku pojedynkach o tęż samą Włoszkę, o której mówisz, odprawionych; biłem się nawet za niego z Angielczykiem na szpady, kiedy był chory i stawić się nie mógł... Boże! Boże! Gdzie to te czasy! — mówił w zamyśleniu Murdelio. — Byłem jeszcze pełen życia, pełen nadziei! Bardzo by mnie przyjemnie było widzieć się z panem Fredrem.
— Nic łatwiejszego — odpowiedziałem — za godzinę tam być możemy. Dziś niedziela, pewnie będzie u siebie.
— Dobrze! — zawołał mnich, ale w tejże chwili odparł. — Ale nie; nie! Jakżeż? W habicie? Nie, nigdy — i począł przechodzić się wielkim krokiem po izbie. Jednakże wkrótce, przystąpiwszy do mnie do łóżka, rzekł:
— Albo wiesz co, zdadzą się twoje suknie na mnie?
— Czemu nie? — rzekłem. — Wszakżem mało co mniejszy od waszeci.
— No to dobrze, zrobię sobie tę krotochwilę; ale dasz mnie parol kawalerski, że nikomu ani słowa nie wspomnisz o tym, że ja teraz w klasztorze.
— Ale ani mruknę.
— No, pamiętaj, bo złamanie mnie słowa to gardłem pachnie.
— Nie dlatego, że gardłem pachnie — odpowiedziałem — ale z natury rzeczy słowa nigdy nie łamię. Ale niechże wiem, ktoś jest za jeden w samej istocie?
— Jestem Piotrowicz, herbu Murdelio, obywatel od Oszmiany — rzekł mnich, przybierając postawę pańską i wyniosłą.
— Piotrowicz! — zawołałem, porywając się z łóżka. — A toś ty...
— Cicho! Nic o tym. Powiesz Fredrowi, żeś mnie zdybał w Lesku, gdziem przyjechał do wojewody wołyńskiego, nie zastałem go w domu, tyś zabrał tam ze mną znajomość, a żem znał twego ojca, żem krewny Mężykówny, pierwszej żony jego, przyjechałem do ciebie w gościnę.
— Dobrze, dobrze — odpowiedziałem — ale jeżeli tam będzie więcej szlachty?
— No to cóż z tego?
— To nic, prawda... ale misjonarz tam być może.
— Misjonarz? Nie będzie go tam! — zawołał mocnym głosem Murdelio i dodał po chwili. — A gdyby był, nie pozna mnie.
— Jak myślisz — odpowiedziałem na to; ale jeżeli mi się dotąd to i owo w wielkim nieładzie o tym człowieku kręciło po głowie, tom się już teraz obałamucił do reszty. Cóżkolwiek bądź, nie czas było myśleć mi o tym. Zebrałem się, kazałem Węgrzynkowi otworzyć skrzynię jedną i drugą, których miałem dosyć i swoich, i po ojcu, i przybrawszy Murdeliona w ubiór, jaki miałem najparadniejszy, wystroiłem tak mnicha, że jeno go było zaraz na senatorskie krzesło posadzić. I rzeczywiście, dziwnie wspaniała zrobiła się z niego figura. Jemu jednak w tych sukniach jakoś zdawało się być niewygodnie i podczas kiedy ja mu zrobiłem uwagę, że mu jeno wąsa brakuje do całkowitej przyzwoitości, rzekł mi:
— Nie brakuje, bo nie nosiłem go nigdy, ba, i kontusz brałem na siebie tylko w nadzwyczajnych okolicznościach, toteż jakoś mi w nim nie na rękę. Nie masz jakiej sukni francuskiej?
— Uchowaj Boże! — rzekłem. — Nigdy żaden Nieczuja nie miał jej na swym grzbiecie!
— A nieprawda! — rzekł Murdelio. — Twój ojciec przecie służył w francuskim wojsku.
— No, to inna — odpowiedziałem — mój ojciec służył i w wojsku imperatorowej jejmości, ale i tu, i tam mundur tylko nosił, a nie suknie światowe, czyli cywilne.
Tak sobie mówiąc, wsiedliśmy do kałamaszki i pojechali.
O panu podstolim pomorskim miałem już nieraz sposobność wspominać. Był to kawaler znakomitego w Rzeczypospolitej rodu, około czterdziestu lat w wieku, wzrostem średni, chudy, ale kościsty, cokolwiek szpakowaty, zgrabny, ale ruchów powolnych, a w manierach pański i wyniosły. Za młodu, po powrocie swoim ze szkół z Warszawy i po śmierci swojego ojca, kiedy zasiadł gospodarować w Hoczwi i przyległej Łobozwi, mało po sąsiedztwach bywał, niewiele się szlachcie komunikował, a jeno z jw. Stadnickim i Bukowskim bliższe relacje miewał — nalazł był w zamku leskim, na którym jeszcze wtenczas jw. Stadnicka, po Stadnickim, wojewodzie wołyńskim, wdowa a matka dzisiejszej wojewodziny wołyńskiej, Ossolińskiej, mieszkała, niejaką Włoszkę, młodą i piękną, jak powiadano, z jakiejś znakomitej familii neapolitańskiej pochodzącą, którą jw. wojewodzina sama niegdy z Rzymu małym dziecięciem wywiozła i z wielkim respektem u siebie chowała. Do tej Włoszki zapaliło się serce podstolego, konkurował, chciał się żenić. Pani wojewodzina była bardzo za tym, Włoszka także, bo trudno było o lepszą partię dla sieroty; a lubo brat starszy podstolego, który wkrótce potem umarł, jego krewni i przyjaciele sprzeciwiali się temu, utrzymując, że się żeni z nieznajomą osobą, że chociażby ród jej był nie wiedzieć jak znakomity, to skoro tylko jest włoski, już niewiele waży i łokciem a miarką trąci; jednak byłoby pewnie przyszło do tego, gdyby nie to nadzwyczajne zdarzenie, że śród tych tergiwersacji nagle spadła jakaś wielka puścizna na Włoszkę, familia jej się tam gdzieś znalazła, przysłała kogoś tu po nią i na powrót do Italii zabrała. Wtedy pan Fredro, niewiele myśląc, dobra swoje dzierżawą puścił, naładował trzos dukatami i za swoją miłą popędził. Co się dalej działo, tego już nie wiem, to atoli było wiadomo wszystkim, że lat kilkanaście nie było go w kraju, po których przecie na koniec powrócił, w Hoczwi na nowo osiadł, ale odtąd mniej się jeszcze komunikował sąsiadom, tylko czarny kolor zawsze na sobie nosił, gości rad u siebie przyjmował, pił z nimi wiele, bił się w pałasze, harce na koniach wyprawiał, a kiedy się upił, to kpał burą szlachtę, która na to pozwoliła, i konie jej darowywał, które były u niego tureckie i dziwnie piękną miały figurę. Podczas wojny konfederackiej poszedł był zrazu w pole, ale potem tę zabawkę porzucił i resztę rozruchów prawie nieprzerwanie przesiedział w Warszawie; po wejściu zaś cesarskich do tego kraju, znów w Hoczwi osiadł, czasem na zamku leskim bywał, ale zresztą w domu siedział, konwersując z najbliższym sąsiadem swoim, panem Balem, kasztelanicem sanockim a Średniej Wsi właścicielem, i pana Osuchowskiego młodego, cześnikowicza bielskiego, za przyjaciela sobie mając. Zresztą, jako rzekłem, kogo mu Pan Bóg w dom przyniósł, tego rad przyjął, ale sam rzadko nawidzał306 kogo, chybaby to aż polowanie, i to wielkie, potrafiło go gdzie wyciągnąć.
Kiedyśmy dla złych i marcowym powietrzem rozwilżonych dróg góralskich ledwie koło południa przyjechali do Hoczwi, gdzie jeszcze wtedy stał stary, piętrowy i niegdy obronny zamek nad rzeką Hoczewką, to lubo ledwie co się była suma skończyła w kościele, jużeśmy zastali karuzel w dziedzińcu. Pan Bal na kasztanowym ogierze, pan Urbański na siwym niewielkim turczynku sadzili jeden za drugim przez płot otamiony do ogrodu i z ogrodu na powrót w dziedziniec. Pod ścianą koło ganku stały jeszcze dwa konie osiodłane i przez kozaków trzymane, a w samym ganku stał sam pan podstoli, i to rozmawiał co z Osuchowskim obok siebie stojącym, to wołał coś wielkim głosem do jeźdźców.
— Kogóż to mi przywozisz, mospanie Nieczuja? — zapytał p. Fredro, kiedyśmy zajechali przed ganek.
— Poznajże sobie jw. pan sam, bo to dawny znajomy — odpowiedziałem, wyłażąc z kałamaszki.
— Corpo di Bacco307! To być nie może! — zawołał znowu pan Fredro, przypatrując się z bliska Murdelionowi, który zaraz rzekł:
— I może być, i jest w samej rzeczy.
— Piotrowicz! Jak mnie Bóg miły, Piotrowicz!
— Comment vous va, mon cher308? — rzekł tenże, wchodząc po schodach na ganek i podając rękę gospodarzowi.
— Tout á fait comme vous309, bo słyszałem o twoich sukcesach — poderwał podstoli. — A! Niech ich diabeł porwie... no, ale skądże się nagle aż tutaj wziąłeś?
— Nie spodziewałeś się nigdy? Co?
— Jamais310, pierwej śmierci... ale proszęż cię... — i wziął go pan podstoli pod ramię, a usiadłszy obadwa w kącie ganku, tak zaczęli kłapać ze sobą po francusku, że pytel młyński przy ich gębach byłby się wydał tylko dzwonem zwiastującym pożar na dalekim przedmieściu. Jednakże długo tak trwać nie mogło, bo to był marzec i działo się to w sanockich górach, gdzie o tej porze i pytel by zamarzł, i dzwon by skamieniał od samego zimna i wichru, który dął korytem Hoczewki jak orkan morski. Niebawem też i jeźdźce nasi pozsiadali z koni i przyznawszy sobie, że oba są lepsi, nie dosiadywali już świeżych koni, tylko przyszli w ganek i witali się z nami. Więc i tamci panowie musieli powstać i resztę już puścić na polską manierę, zwłaszcza że pan Urbański ani w ząb po francusku; wypadło też pójść do sali, która była na dole i ze swymi marmurowymi drzwiami i futrynami u okien, jako też i inną sztukaterią i malaturą bardzo wyglądała wspaniale; owoż wszedłszy tam wypadało dla rozegrzania się gorzałki się napić, cośmy też zaraz, nie czekając, uczynili. Wypiwszy ową gorzałkę, kiedy kolej szła dalej, przystąpił do mnie pan Urbański i rzecze z cicha, wskazując na Murdeliona:
— Co to za figura?
— Gruby szlachcic od Oszmiany — odpowiedziałem.
— A jakże mu na imię?
— Piotrowicz.
— O, gruby! — odpowiedział Urbański na to. — U mnie jest wyrostek Piotrowicz i biję go co dzień w gębę, bo ladaco.
— Cóż to ma jedno do drugiego? Tego waszmość przez to nie uderzysz. — Na to on:
— Nie powiadaj dwa razy, bo to niewielka sztuka.
— Sztuka niewielka — rzekłem — bo i chłop to potrafi... ale grzecznym być wszędzie i zawsze, to sztuka.
— Co tam grzecznym! — zawoła pan Urbański. — Przeciem ja tu gospodarz.
— O cóż to idzie waszmości? — rzekłem mu na to. — Że ci się jmć pan Piotrowicz nie prezentował? Wiedzże tedy o tym, że to już nie ta moda na świecie, co dawniej. Czy kto młodszy, czy starszy, czy kto z tego lub owego powiatu, na to się nie uważa, a gospodarzem jest tylko ten, czyj jest dom i gościna.
— Co ty mi gadasz o modzie! Nigdzie tego nie ma na świecie, żeby kto gdzie przyjeżdżał ze swoim prawem, jeno każdy do prawa, a u nas jest takie prawo, że się każdy obcy opowiada całej kompanii.
— To już znów wina pana Fredra, bo jako gospodarz powinien był swego gościa oznajomić z prawem, jakie obserwują311 w tej ziemi.
— No, no, z waszymi modami! Jeszcze przyjdzie czas, że wam głów przemądrych nie stanie na ich wymyślanie... — rzekł pan Urbański i odszedł, mrucząc sobie pod nosem.
Tymczasem dano obiad. Zasiedliśmy. Nieszczęście chciało, że miejsce Murdelionowi wypadło tuż koło Urbańskiego. Zrazu nic — jemy, pijemy, rozmawiamy; Murdelio opowiada różne cudzoziemskie historie, bywał długo w Paryżu, bywał na wielkich dworach, ba, nawet i na królewskich pokojach prezentować się nierzadka rzecz była u niego, miał też co opowiadać. Ale że to już taką miał wadę z natury, że się zawsze do jednej osoby obracał i często zapytania wrzucał w swoją orację, więc co się do którego z nas zwróci i pytanie jakie uczyni, to my odpowiadamy; ale pan Urbański zawsze się w tym razie odwraca i zaczyna co mówić do drugiego sąsiada albo zgoła pomrukuje sobie pod nosem. I kto znał Urbańskiego, temu widoczna już była, że tylko małej okazyjki mu trzeba, aby wyjechał gwałtownie na Murdeliona, krew bowiem u niego bywała jak ukrop, chociaż zresztą baranek i serce u niego jak wosk. Tedyż jeszcze przy zupie, przy sztukamięsie, przy jarzynie nic, jako tako; ale przy pieczystym, kiedy to poczną gęsto krążyć kielichy, a nalewają je winem szampańskim, co to się burzy i pieni już w kielichu, a nie dopiero w człowieku, zagadawszy Murdelio znów coś do pana Urbańskiego i widząc go znowu zachmurzonego i odwracającego się, rzecze na głos do pana Fredra:
— Czego ten szlachcic się tak na mnie buńdiuczy?
— A bodaj cię zabito! — krzyknie zaraz na to pan Urbański, zrywając się z krzesła i cale powstając od stołu. — To najeżdżasz na cudzą ziemię, nikomu się nie powiadasz, po zamorsku szczekasz uczciwej szlachcie w oczy i jeszcze się dziwisz, że się kto na ciebie buńdiuczy! Tfu! Myśli, że twarz jak Niemiec wygolił i że trochę paple tą zamorszczyzną, to mu już wolno poniewierać wszystkimi! Bodaj was powybijano do nogi! — To rzekłszy, wziął krzesło i przesiadł się koło Bala, na drugą stronę stołu. Murdelio się patrzył na rozgniewanego Urbańskiego i obydwiema rękami o stół oparty, słuchał i śmiał się, a potem rzekł do gospodarza:
— Kapitalny szlachcic, jak mi Bóg miły!
Pan Fredro także się roześmiał, ale powiedział zaraz:
— A! Zapomniałem waszmościów zaprezentować: pan Urbański, pan Piotrowicz.
Rzecz ta tymczasem zdawała się upadać, ba! nawet na stronę pana Urbańskiego się walić, który to uczuł, lecz milczał i sapał tylko. Murdelio także milczał, ale widoczna było, że gwałt sobie czyni, bo wargi przygryzał aż do krwi i sczerwieniał na twarzy jak burak. Śród tego czasu pan Fredro kilka razy coś mówić poczynał, ale nikt mu nie odpowiadał. Wszyscy milczeli. Co trwało z pół Zdrowaś Maria. Ale kiedy pan Urbański jeszcze raz spojrzał pochmurnie spod oka i fuknął przed siebie, wtedy Murdelio zaczerwienił się mocno od razu, nalał sobie szklankę wina, wypił ją duszkiem i mówiąc:
— Nie, nie można! Gdzie moja szabla? — porwał się od stołu i prędkim krokiem poszedł do kąta. Zerwał się i Urbański i pobiegł także za swoją szablą z wielkim pośpiechem. Gospodarz ani się ruszył od stołu, ale ja poskoczyłem i pochwyciwszy Murdeliona, zawołałem:
— Za pozwoleniem! Ja nie dozwolę tego! Ja tu waszmości przywiozłem, ja za jego honor stanę do sprawy.
Ale nie było o czym mówić; Murdelio, kipiący cały i trzęsący się jak galareta, porwał mnie prawą ręką za kołnierz i odrzucił od siebie jak czapkę, wołając do Urbańskiego:
— Dobądź szabli i stawaj, bo rozetnę na dwoje!
Nic nie przesadzę, jeżeli powiem, żem nigdy nic podobnego na życiu nie widział, jak złość Murdeliona, a bywało się już przy różnych okazjach i zaglądało się już różnym diabłom dość z bliska w oczy. Trząsł się on cały, jak liść pośród burzy, twarz nabiegła krwią tak dalece, że nie była czerwoną, lecz czarną jak sadza, usta mu się zapieniły jak dzikiej bestii, oczy powiększyły w czwórnasób, zaokrągliły, jak dwa kieszonkowe zegary, i kręciły się w powiekach jak dwa koła u wozu. Dość powiedzieć, całkiem obojętny tej sprawie, ja zbladłem jak trup i krew we mnie zastygła, widziałem już na katafalku pana Urbańskiego. Przeraziło to wszystkich; pan Urbański z kasztelanicem skoczyli do drugiego pokoju; pan Fredro, który był tak zimny zwyczajnie, że dla krotochwili bijał się w gołe pałasze, zerwał się z krzesła i porwał za jakąś serpentynę, pan Osuchowski się stołkiem zastawił. Tymczasem tamci już stali na placu. Co widząc, Murdelio wskoczył zaraz do drugiego pokoju i bez żadnego gadania, bez sekundanta postawił się twarz w twarz adwersarzowi. Wszystko się działo, jak orzech zgryzł. Więc pan Bal zaraz woła:
— Panie Marcinie, stawaj z tamtej strony!
Wbiegłem, ale tu już krzyczy Murdelio:
— Zastaw się! — i w tymże momencie uderzył na Urbańskiego.
Mam to przekonanie, lubo tego nikt dojrzeć nie mógł, że Urbański, skonfundowany tą niespodziewaną swego adwersarza gwałtownością, ba, zgoła wściekłością, ani miał do tego dość czasu, ani się rzeczywiście zastawił, ale już było za późno. Leżał on już srodze cięty przez całą głowę i z przerąbanym ciałem pomiędzy lewym ramieniem a szyją, aż do samego obojczyka. Krew się z niego lała jak z beczki, odszedł od przytomności. Obstąpiliśmy go, nalali w nos mocnej gorzałki, obłożyli rany śniegiem i lodem, a kiedy krew ustała i rany trochę pokrzepły, przenieśliśmy go na dywanie na górę do spokojnej izby; tymczasem zaś posłano pędem po felczera do Leska. Ale Murdelio w tym wszystkim nie brał żadnego udziału. Po bitwie obtarł pałasz ze krwi, schował go w pochwę i z krwią najzimniejszą, jak gdyby nic nigdy nie było, siadł z panem Fredrem na powrót do stołu, gdzie obadwaj, nową odkorkowawszy butelkę, nową też po francusku zaczęli rozmowę. My zaś tutaj poramy się z panem Urbańskim.
Kiedyśmy go już na górę wynieśli i przystojnie złożyli na łóżku, przystępuje do mnie pan Bal i rzecze srogim głosem:
— Kogo to waszmość przywiozłeś w dom pana Fredra?
— Nie mnie o to pytaj — odpowiedziałem rozdrażniony tym, co się stało — bom ja zdybał tego szlachcica w Lesku, dokąd dla odwiedzenia wojewody przyjechał, a że znał mego ojca, a nawet był powinowatym przez Mężykównę, tom go zaprosił do siebie i tu przywiózł za jego wolą; zresztą go nie znam, ale kiedy chcesz o nim co wiedzieć, to pytaj raczej samego gospodarza, który jeszcze przed laty żył z nim we Włoszech i jest z nim w przyjaźni.
— No, no — rzecze pan Bal — diabeł to sam jest in persona312, ale nie szlachcic, Iskierski, a nie Piotrowicz.
— Ot, pleciesz waszmość trzy po trzy. — Na to on znowu:
— Ale co ty mnie gadasz! Znałem ja ludzi tysiące i Polaków, i Niemców, i Włochów, ale takiego anim jednego nie widział. To diabeł jest.
— Cóż tobie? — rzekłem. — Przecie nocował dziś u mnie i nic mi złego nie zrobił.
— Jeszcze czas na to; to diabeł jest. Widziałeś ty jego oczy? Widziałeś, jak sczerwieniał cały, kiedy szablę wziął w rękę?... A jaki strach po nas poszedł, kiedy ryknął: „Dobywaj szabli!” — Mnie, jak Pana Boga kocham, i nie wstydzę się tego powiedzieć, aż się wszystkie wnętrzności wtedy zatrzęsły, a włosy kołkiem stanęły, to czułem. A przecież to nie nowina mi widzieć człowieka ze szablą, przecie się sam biłem tyle razy w pałasze, a podczas wojny! Jednak nigdy tego strachu nie czułem, co teraz, lubo nawet nie mnie się ta sprawa tyczyła. Albo to znowu: za jednym cięciem dwie rany i obiedwie takie głębokie i tak oddalone od siebie? Toż to ludzka potencja313?
— Musiało być dwa cięcia, panie bracie.
— Ale jedno, przysięgnę, że jedno; widziałem na własne oczy.
— To się szabla zsunęła, a to się nie trafia?
— A ucho? Toż by był w takim razie ucho zaczepił — zarzucił mi pan Bal.
— Ot, przewiduje ci się — odpowiedziałem — już tu cudu nie ma żadnego; odskoczyła szabla od twardej głowy i ucho minęła, a na ramię upadła.
— I to nie może być, bo w tym wypadku rana w ramieniu nie byłaby tak głęboka, a tu ledwie że aż obojczyk nie jest przecięty.
— Ale ma rację pan Bal — odezwał się słabym głosem pan Urbański — coś nieludzkiego jest w tym człowieku. Nigdy mnie jeszcze od nikogo tak nie odrzuciło od razu, jak od niego, a także już ludzi widywałem niemało. I w rzeczy, to to była właściwa przyczyna, dla której nie chciałem mówić do niego i porwałem się był od stołu, bo na koniec co by mnie tam szkodziło, że się błazen jakiś nie opowiada?
— Nie mów, nie mów — rzecze do niego kasztelanic — bo ci to szkodzi.
— Już tam mówcie sobie, co chcecie — rzekłem ja znowu — ale ja tu diabła nie widzę. — Na to znowu pan Bal:
— Bo cię już otumanił, a my, ludzie świeży, to widzimy wszystko. Bo zresztą i to: gęba ogolona przy kontuszu i żupanie, co nigdy nie bywa; nosiło go gdzieś po świecie, po Francji, po Niemcach, po Włochach, na królewskich dworach się prezentował! Cóż to? Magnat on jest jaki czy książę, czy duk314? Kaduk315, mospanie, kaduk, i założę się z tobą, że go ani pacierz mówiącego obaczysz, ani kładnącego krzyż święty, ani jakąkolwiek rzecz chrześcijańską czyniącego, a gdyby przyszło się bliżej popatrzyć, to ręczę, że się tam ogon i pazury wynajdą.
Zaświerzbiał mnie język powiedzieć, że to jest mnich w rzeczy316, że mieszka na miejscu świętym i że gęściej Panu Bogu służy niż każdy z nas, i byłbym tym od razu pokonał podejrzenie tych ichmościów o diabelstwo; ale pamiętny Murdeliona pogróżki, rzekłem tylko:
— Nie oglądałem go z bliska i nie wiem, czy ma jakie znaki diabelskie na sobie, czy nie, ale jechałem z nim na jednym wozie i nic takiego mi w oczy nie wpadło. Zresztą, to mogę waszmościom powiedzieć... — i zaciąłem się, bo chciałem to na poparcie mojego zdania przytoczyć, że Murdelio zeszedł się u mnie z misjonarzem księdzem i cale się tak zachował jak inny człowiek, ale nie mogłem im tego powiedzieć, bo gdyby się kiedy później misjonarza o to spytali, toby się bałamuctwo zrobiło, kiedy on właściwie żadnego szlachcica Piotrowicza u mnie nie widział. To mi atoli przyprowadziło na myśl misjonarza; wszakże miał w Hoczwi być ze mszą, miał się widzieć z Urbańskim i Osuchowskim, miał konferować z nimi i inną szlachtą w materii wybudowania kościołka w jakiejś wsi w górach — byłli317 tutaj, czy nie był? — Rzeknę tedy do Bala:
— Waszmość byliście na mszy świętej tu dzisiaj?
— Byliśmy.
— Któż ją miał?
— Proboszcz tutejszy.
— A kazanie?
— Nie było żadnego kazania — odpowiedział Osuchowski — miał je mieć ten misjonarz św. Wincentego á Paulo, który tu był przeszłej jesieni, a którego przecież znasz także, ale nie starczył się w słowie318.
— Jak to? Nie przyjechał tu rano? — zapytałem zdziwiony.
— Nie, albo czemu cię to tak dziwi? — Tedy już musiałem powiedzieć:
— Bo ten misjonarz był u mnie wczoraj wieczór, nocował i dzisiaj przed świtem tutaj wyjechał.
— Jak to! — zawołał pan Bal. — Przed świtem wyjechał i nie ma go do tej chwili? A wyżeście kiedy wyjechali?
— Około dziewiątej.
— No, to nie diabłaż ty wozisz ze sobą?
Mróz po mnie poszedł od pięt aż do karku, lubo właściwie i to jeszcze nic nie znaczyło, ale nie miałem już czego tam dosiadywać pomiędzy nimi; jednym słowem mogło się wszystko wydać, nie to, że Murdelio był diabeł, bo takiej rzeczy wiary dawać nie mogłem, ale to, że jest mnichem, czego nie zdradzać obowiązałem się słowem. Wyszedłem więc stamtąd. W sieni atoli zaraz mnie łapie Węgrzynek:
— Co tam?
— Nieszczęście, panie.
— Jakież? Mów prędko.
— Tego księdza, co u nas był wczoraj, coś strąciło z wozem i z końmi ze skały w Myczkowcach.
— Wszelki duch chwali Pana Boga!... I zabił się?
— Nie, ale srodze stłuczony.
— A toż on jechał na Myczkowce, nie na Berezkę?
— Na Myczkowce, panie.
— Jakże wiesz o tym wszystkim?
— Przecie przywieźli go tu na plebanię.
— Jest tutaj? — zawołałem i pobiegłem co tchu na plebanię.
Koło kościoła po prawej stronie od wschodu stał domek niewielki drewniany, w którym mieszkał proboszcz hoczewski, starzec siwowłosy, kilkudziesięcioletni. Ze dworu do tego domku było kilkaset kroków, przebiegłem je jednak, żem ani spostrzegł się, kiedy — i wystraszony cały tym niespodziewanym nieszczęściem tak szanownego męża, byłbym z równym impetem wpadł i do izby, gdyby nie to, że nic nie widząc śród pośpiechu i zmroku, potknąłem się zaraz na pierwszym schodzie i jak długi grzmotnąłem sobą do sieni. Na ten rumor wyszedł pleban staruszek ze świecą w ręku, mówiąc statecznie:
— Co tu za hałasy robicie? Czy nie wiecie, że chory jest w domu?
— To ja, mości dobrodzieju — rzekłem wstawając319 z podłogi — przez pośpiech upadłem i takiego narobiłem hałasu.
— Któż to? — zapytał ksiądz, przyświecając mi łojówką do oczu.
— Ja, księże proboszczu.
— Imć pan Nieczuja? A to chwała Bogu. Właśnie ksiądz misjonarz, dowiedziawszy się, że waszmość jesteś na zamku, żądał, aby tu zaprosić waszmości.
Z tym weszliśmy do pomieszkania.
Więc zaraz w pierwszej izbie w rogu, na ubogim tapczanie, na którym tylko słoma wytartym kilimkiem przykryta, leżał wybladły i cale do siebie niepodobny misjonarz. Twarz mu się przeciągnęła, oczy, tak pełne ognia, przygasły i przez połowę się zwarły, włosy się poburzyły, ręce obwisły. Przystąpiwszy więc cicho na palcach do tego łoża, stanąłem i patrząc ze szczerym żalem, milczałem.
— Jak to dobrze — rzekł on do mnie słabym głosem, który prawie przemocą wydobywał ze siebie — że waszmość tu przyjechałeś.
— Boże! — rzekłem. — Cóż to jest za nieszczęście!
— Nieszczęście — odpowiedział misjonarz.
— Cóż waszmości jest? — spytałem.
— Stłuczony — odpowiedział ksiądz znowu.
— Czemuż sobie co na to nie radzisz? Jeżeli ran nie ma, to trzeba się wysmarować mydłem i spirytusem.
— Nie ma.
— Nie ma ran, więc smarować.
— Nie ma.
— Jak to? Spirytusu nie ma?
— Nie ma — odpowiedział misjonarz przeciągle i poprawiając się trochę, dodał: — ja miałem kilka groszy i te mi się wysypały przy tym nieszczęściu, a księdza zastałem bez grosza.
— O biedniż wy, słudzy boży! — zawołałem, dobywając kalety i oddając ją plebanowi. — Aż się serce kraje, jak mi Bóg miły! Ci, którzy we dnie i w nocy służą Panu Bogu i bliźnim swoim...
— Nie bluźnij — przerwał mi misjonarz. Urwałem więc tamto, a natomiast spytałem:
— No, ale powiedzże mi, waszmość, jak się to stało?
— Opóźniłem się trochę — odparł przeciągając chory — dzień już był, kiedym wyjeżdżał. Wyjechawszy na skałkę, nie wiem, co się tam stało, bo tam droga szeroka i gładka, ja też o nią bezpieczny, mówiłem modlitwy poranne i na nic nie uważałem; nagle wóz się wywrócił z impetem i wszystko upadło w przepaść do Sanu. Wóz poszedł na kawałki, konie obadwa się pozabijały, chłopu nic, a jam się srodze potłukł, bo to bardzo wysoko.
— Boże! Boże! Cóż chłop powiada?
— Chłop powiada, że coś wóz podważyło i zrzuciło na dół, i koniecznie to utrzymuje, mówiąc, że choćby był i wywrócił, to jeszcze daleko było do brzegu. Ale to tylko ekskuza320: jechał samym brzegiem, nie uważał na koła i albo brzeg się usunął, albo zgoła wywrócił.
— A kiedy to się stało?
— Ja nie wiem, bo mnie ledwie za dwie godziny stamtąd wynieśli, ale popatrz na mój zegarek, stanął, to pewnie o tej samej godzinie.
Popatrzyłem na zegarek, stał istotnie i pokazywał pół do dziewiątej.
— Dziwna rzecz! — rzekłem do siebie, była to bowiem właśnie ta chwila, w której Murdelio decydował się ze mną jechać do Hoczwi, a kiedy sobie przypomniałem, że właśnie wtedy mówił z taką pewnością, że misjonarza w Hoczwi nie będzie! — Jakoż i to, co pan Bal utrzymywał koniecznie, to znowu mróz poszedł po mnie i lubo nie mogłem temu w żaden sposób dać wiarę, żeby duch taki in persona mógł chodzić po ziemi, to jednak w kącik poszedłszy, przeżegnałem się skrycie. Krzyż święty nie wadzi. Po czym usiadłem koło chorego i pocieszałem biedaka, jak mogłem, co mi o tyle łatwiej przychodziło, ile że do zamku i tak lada chwila miał przybyć felczer z Leska, a może i nadworny lekarz wojewody, Gondoni. Po dopełnionym tym obowiązku chrześcijańskim, posiedziawszy jeszcze z jakie pół godziny przy chorym i bywszy przytomnym wysmarowaniu go mydłem i spirytusem, powróciłem do zamku na górę do drugiego chorego.
Pan Urbański miał się w tej chwili cokolwiek gorzej, jak to zwykle bywa u rannych, kiedy gorączka przychodzi. Wszakże nie było żadnego niebezpieczeństwa. Felczer już siedział przy chorym i zapewniał, że dobrze jest, a można mu było wierzyć na pewno, bo felczer w Sanockiem miewał naówczas daleko więcej praktyki i doświadczenia niżeli na wojnie. Nie było tygodnia, w którym by kilka kres nie zaszywał. Jednakże pan Bal, który już sam parę razy na samym sobie o zdatności tego felczera przekonania się miał sposobność, nie wierzył temu i w ustawicznej był o chorego obawie, co wciąż dawał do poznania różnymi gestami. Wziął mnie nawet na koniec na stronę i najwyraźniej powiedział:
— Nie będzie już nic z Urbańskiego.
— Co waszmość mówisz! — odpowiedziałem. — Nie dziwiłbym się komu innemu, ale ty, który sam trzy razy gęściej raniony byłeś pod Chyrowem, który zresztą i w pojedynkach niemało już ran odniosłeś, jakże możesz mówić co podobnego? — On też na to:
— To prawda, ale to inna rzecz była.
— Czemu inna?
— Co innego rana od szlachcica albo zgoła od żołnierza, a co innego od... Panie Boże odpuść!
— W imię Ojca i Syna... nie może to być.
— A ja ci powiadam, że może. Szkoda, że to nie pora ci opowiedzieć, jako ja sam, jak mnie widzisz, zdybałem się z nim i na własne oczy jego widziałem; ale, ot, właśnie Urbański powiada, że to już drugi raz w życiu z nim się spotyka.
— Kiedyż się spotkał po raz pierwszy?
— Na polowaniu. Jawił mu się w postaci odyńca, jego samego poranił, psiarczyka mu rozdarł na dwoje, a potem wylazł ze świni, przybrał własną swą postać, pokłonił się, zaśmiał się, aż cały las zadrżał, i smołą się rozlał na miejscu. Sam to Urbański powiada, dodając, że tamtemu właśnie tak oczy latały, jak temu; zresztą, śmiech ów kilka wsi okolicznych słyszało, a smołę na tym miejscu wszyscy widzieli, którzy na tym polowaniu byli. Ot! Pytaj Osuchowskiego.
— Tak, tak, panie bracie — odezwał się w tej chwili Osuchowski — ja sam to widziałem.
— No! — rzekłem. — To już rzecz dziwna, bo ja także coś się po świecie najeździłem i w różnych miejscach nabywałem, a krom tego — że mi raz podczas wojny w jednym zamku w Lubelskiem cały zamek w nocy zniknął sprzed oczu, tak że położywszy się wieczór w komnacie, znalazłem się rano na szczerym polu, i powiadano mi, że w tej okolicy cale żadnego zamku nawet nie było; krom tego, mówię, co tam Pan Bóg wie, czyją siłą się stało, nic mi się podobnego nie wydarzyło.
— Owóż przyszła teraz kolej i na ciebie — rzecze pan Bal.
— Ej! Śmieję się ja z tego, panie bracie; nie zjadł mnie diabeł ziemski, nie zje mnie i podziemny! — Na to znowu pan Bal:
— Kiedy się tak nie boisz, to chwała Bogu; ale zawsze o to cię proszę, wywieź stąd tego Piotrowicza, bo pan Urbański nie doczeka i rana.
— Śmieszna rzecz — rzekłem — co to ma jedno do drugiego?
— Ale ma, gardło daję; wywieź stąd Piotrowicza.
— Panie bracie — rzekłem tedy — żeby to, chowaj Boże, diabeł był i pana Urbańskiego z kretesem zgubić chciał, to byłby tylko dmuchnął na niego i jak świecę zgasił, ale nie bawiłby się tak, żeby go ranił, a potem te rany pogorszał.
— A! Nie miał mocy do tego! — odpowiedział Osuchowski. — Ho, ho! Panie bracie! Żeby on ludzi tak gubić mógł, toby on już cały świat zgubił, który mu solą jest w oku; ale nie ma mocy do tego. Szkodzić tylko może i kusić, i zawsze to robi.
— Ba, i to jeszcze dodać — rzekł kasztelanic — że choćby i tak od razu zgubić mógł, toby jeszcze żadnego tak nie zgubił, bo przecie męka ludzka to największa krotochwila dla niego. Ale, bądź co bądź, wywieź go stąd.
— Ale wywiozę, wywiozę, jeżeli tylko się da.
— Idź i rób, co chcesz, a koniecznie go wywieź, bo zgubisz człowieka.
Trudna była rada, zebrałem się i wyszedłem.
Tymczasem kiedy misjonarz ledwie oddychał, nieborak, z bólu na plebanii i smarował się spirytusem i mydłem, pan Urbański zaś piekł się w gorączce, złemu duchowi przypisując swoją niedolę, gospodarz hoczewskiego zamku z moim mniemanym diabłem byli sobie wesołej myśli. Jak po zranieniu Urbańskiego zasiedli do nieskończonego obiadu, takem ich teraz, lubo ciemny był wieczór, zastał na tymże samym miejscu. Prócz świec kilku woskowych gorejących na stole i kilku nowo wypróżnionych butelek pod stołem, a chmur dymu tytuniowego w powietrzu, nie znalazłem żadnej w tej izbie odmiany.
Kiedym wszedł, rzecze do mnie pan Fredro:
— No i cóż tam pan Urbański?
— Gorączkę ma, ale, da Pan Bóg, zdrów będzie.
— Co by mu było! — odezwie się na to Murdelio. — Szlachecki łeb twardy, nie pryśnie tak od pałasza, jak garnek.
— Chwałaż Bogu — rzekłem — bo już teraz byłby się targował z świętym Piotrem o wnijście.
— Albo tańcował z diabłami po piekle. Szlachcic to jakiś niedobry, widzi mi się — rzekł surowym głosem Murdelio. Ja też zaraz na to:
— A przepraszam! Jest to jeden z najgodniejszych obywateli tej ziemi.
— Ot, gadasz! — rzecze na to pan Fredro. — Szlachcic taki sam, jak i drugi; jest was sto tysięcy czy wiele tam, bo już nie wiem, ale wszystko jednego gniazda, rodem kurki czubate.
— Jest nas milion, rachując lekko — odpowiedziałem — nie sto tysięcy; ale to zresztą prawda: szlachta wszystka do siebie podobna, bo inaczej nie byliby zakonem takim, jakim są i jakim im Pan Bóg być przykazał; ale zawsze pomiędzy człowiekiem a człowiekiem jest pewna różnica. — Na to on znowu:
— Ale, mój Nieczuja, nie gadajże takich rzeczy, bo to nieprawda. Ja się założę z tobą, że czy któren z was od Oszmiany, czy od Żuław, czy od Kudaku, kubek w kubek jednaki. Są pewne rzeczy, które każdy z was zrobi, są inne, których żaden nie zrobi.
— Ale, mój Fredro! — odpowiedziałem porywczo. — Nie traktujże znów całą szlachtę przez drugą osobę, bo kiedy już taki ma być każdy, jakimi wszystkich powiadasz, toż i czy który miał jednego senatora więcej czy mniej albo zgoła żadnego w rodzie, nie powinno to robić różnicy.
— O! Nie tak! — poderwał Murdelio. — Co krew senatorska, to nie prosta szlachecka. Senatorowie także są szlachtą, ale mają się tak do ogółu jak pszenica wybrana do niewybieranej.
— Chwałaż Bogu, że nie jak pszenica do owsa — poderwałem.
— Może i tak.
— Diabelska to mądrość — odpowiedziałem tedy. — Rozumiem ja to dobrze, że który szlachcic własną pracą i czynem sam się wyniesie nad innych, ten godzien tego, aby go wszyscy wynieśli; głupi by był Nieczuja, gdyby się Czarnieckiemu powiadał równym, głupi Piotrowicz, gdyby się miał za jedno z Zamojskim, głupi podstoli, gdyby się kładł obok kasztelana lwowskiego; dlatego też i senator dzisiejszy lepszy od niesenatora, bo pracuje więcej i na większym warsztacie dla kraju — ale żeby syn jego był w czym lepszy ode mnie, tego mi nikt nie dowiedzie.
— Dobry z ciebie orator — rzecze na to podstoli — gdybyś tak zagadał do małej szlachty przed sejmikiem, toby cię na rękach obnieśli; ale że tu małej szlachty nie ma... Ej! Co tam! Ot, siadaj tu, masz szklankę, nalej sobie, pij i słuchaj. Bardzo ciekawe rzeczy opowiada Piotrowicz. No pijże! Wino doskonałe, sam je muszę pochwalić; ja piję dzisiaj jak but dziurawy, ażeby mi choć zaszumiało. — Na to ja:
— Nie wiem — rzekłem — czyby nam już nie czas do domu, dalej i późno będzie.
— Cicho! — zawołał gospodarz. — Mój Piotrowicz, powiadajże dalej.
— Nie pamiętam już nawet, gdziem przestał.
— Bodaj ciebie, Nieczuja! Pozbawiłeś mnie arcyciekawej historii, która mnie więcej obchodziła niż moja własna.
— Dlaczegóż już pozbawiłem, wszakże Piotrowicz może ją opowiedzieć z początku.
— Na cóż z początku? Gdziem stanął? — zapytał Murdelio, popijając ogromną szklankę wina i zapalając lulkę, którą nigdzie indziej, ale tutaj palił zapamiętale. Pan Fredro także namiętnie lubił dym tytuniowy i tak go wiele używał, że kiedy szedł między damy, to aż się zagranicznymi wódkami polewać musiał; więc na odwrót Murdelionowi puścił chmurę dymu prosto do twarzy i rzekł:
— Nici mia comu si fa321?
— A! — rzekł Murdelio, popijając znowu szklanicę, ale to tak nagle, żem ani kiedykolwiek widział, żeby kto takie miał gardło. — Otóż lubo jej śpiewałem: Pri un quardo in muriro322, to jednak tego tak nie rozumiałem i na tym się nie skończyło.
— Cha, cha, cha! To się rozumie! — zawołał pan podstoli.
— Z wielkimi tedy trudnościami i za wielkimi prośbami przyszło na koniec do tego, że jednego wieczora, kiedy mąż miał być na komedii i potem, jak mówiła, długo w noc po zwyczaju bawić się u swojej amantki, ja dostałem pozwolenie przyjścia ubocznymi od ogrodu drzwiczkami do jej gabinetu, jakoż i w rzeczy przysłała mi klucz od tych drzwiczek. Wyobraź sobie, z jaką niecierpliwością wyglądałem oznaczonej godziny. Bo to pół roku na tę duszę czekałem.
— Jak to na duszę? — zawołałem z przestrachem.
— E! Co się odzywasz — rzecze pan Fredro — kiedy tego nie rozumiesz.
Murdelio opowiadał dalej, ale ja już oka z niego nie spuściłem i tak uważałem pilnie, że gdyby był po turecku mówił, a nie po polsku, tobym był przecież każde słowo spamiętał.
— Na koniec nadeszła przecie ta upragniona godzina. Wziąłem parę pistoletów małych do kieszeni, sztylet wsunąłem za rękaw i poszedłem. Otworzywszy drzwiczki własnoręcznie i wszedłszy do gabinetu, nalazłem ją stojącą przy stoliku pod oknem, z wlepionymi oczyma w otwierające się drzwiczki, ale drżącą jak liść i białą jak marmur: „Idź, idź, na miłość Boga! — woła ona — mnie się zdaje, że on za chwilę nadejdzie”. — „Niech nadejdzie — odpowiedziałem — pomszczę się wtedy twojej krzywdy i tego srogiego ucisku, który już od roku znosić musisz od niego” — i wydobywszy z kieszeni pistolety, pokazałem jej je. — „Na Boga! — zawołała ona — to jest okropnie!” — Ledwie co to wymówiła, tymiż samymi drzwiczkami, którymi ja wszedłem, a które zapomniałem zamknąć za sobą, wchodzi ogromne Włoszysko, czarny jak diabeł i ogromny jak diabeł. — „Tuś mi! — krzyknie do mnie z roziskrzonymi oczyma — żyły będę pruł z ciebie, smażyć w oliwie wrzącej będę was oboje!” — „Nie będziesz” — zawołałem, odskakując od niego na kilka kroków i wymierzywszy mu w łeb pistolet, wypaliłem. Skutek wiadomy, bo jak wiesz, nigdy nie chybiam. Czaszka Włocha rozbryzgnęła się w kilka części, a mózg z krwią pomięszany obryzgał marmury i kotarę na przeciwległej stronie. Wtedy... proszęż cię, co to jest kobieta... wtedy ona ryknęła płaczem jak żubr w Białowieży i rzuciła się na ciało męża i zaczęła je ściskać i całować po rękach, i zawodzić na czym świat stoi. Szkoda, że nie było tam Petrarki albo jakiego innego poety, bo byłby to pięknie opisał i potem śpiewał łagodnym lazzaronom323 na wąskich uliczkach.
— No i cóż potem? — zapytał podstoli.
— Potem rzecz już zwyczajna. Wziąłem trupa i wrzuciłem w stary rozwalony komin, który przypierał do bocznej galerii, a którego dół był zasypany gruzem i zarośnięty chwastami i bluszczem; ją zaś zostawiłem, aby się wypłakała. Na drugi dzień z południa za pomocą pieniędzy rozgłosiło się po Neapolu, że conte324 się rozbił z łódką na morzu na drodze do Sorrento — rybacy, którzy się na deskach wyratowali od śmierci i szczęśliwie dobili do brzegu, zmoczeni jeszcze i śmiertelnie wybladli, dali znać o tym fatalnym wypadku żonie i zeznanie swoje potwierdzili sądownie. Żona przywdziała żałobę i za dwa tygodnie zjechała się ze mną we Florencji. Ale nudna baba, nie umiała się szanować...
— I cóż się z nią stało?
— Porzuciłem ją, a właściwie uciekła ode mnie z jakimś Grekiem do Stambułu.
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się pan podstoli. — Tak to, tak to kobiety!
Murdelio tylko zgrzytnął zębami i zawołał:
— Wszystkie bym je wygubił.
— Prócz jednej — dodał na to podstoli.
— Dzisiaj jeszcze prócz jednej — odpowiedział Murdelio — ale tę niebawem może sam zgubię.
— Hej! — krzyknie tedy podstoli do wchodzącego na ten odgłos kamerdynera. — Jak to służysz, gałganie? Pić nam dawajcie!
W tejże chwili przyniesiono kosz nowych butelek, odkorkowywano jedną po drugiej i dopiero zaczęła się ochota na dobre. Murdelio pił jak suseł i śmiało to mogę powiedzieć, że lubo wielkie gardło w Sanockiem nie nowina, jednak się nic podobnego pomiędzy nami nie nachodziło. Wyraźnie wydawało się, że te szklanki leją się w studnię, a nie w człowieka. Ale widać taka była u niego już od młodości natura, bo tuż rzekł pan podstoli:
— Kto by ciebie nie znał, ten by myślał, żeś diabeł sam, a nie szlachcic, że tak pijesz dokumentnie, ale kto cię znał dawniej i wie, że wszystko, jak to mówią Włosi, robisz con amore325, ten się cale temu nie dziwi. Hej! Hej! Gdzie to te czasy, kiedy człowiek był młody i kochał się jak kot, i zawsze do wszystkiego był gotów od razu!
— Otóż to jest! — zawołał Murdelio. — Szczęśliwy ten, który się wykochał za młodu. Starzejąc się, wywołuje swojej młodości wspomnienia i nie psując sobie nimi krwi ani zdrowia, wolnym krokiem chodząc koło swoich zatrudnień, z wolna postępuje do grobu. Ale komu się miłość przewlokła aż do siwizny, w kim za młodu nie wygorzały wulkany...
— Na tego miejscu ja bym być pragnął — poderwał pan Fredro.
— No, dajże rękę — rzecze Murdelio — ja się mieniam326 natychmiast. — Na to znowu podstoli:
— Gdybym wiedział, że mnie nie podchodzisz i że zyskam co na tej miańbie327, dalibóg, zaraz bym się zamieniał.
— Ba! — rzecze Murdelio. — A gdybym ja wiedział, że stracę, tobym nie był taki naiwny, żebym proponował zamianę.
— Tak i ja myślę, a nawet wiem doskonale, bo bawiąc z tobą przez lat parę we Włoszech, sam to widziałem, żeś na zrywaniu róż i fiołków twojej młodości nie trawił.
— No, jużci, trudno zaprzeczyć, żem świat poznał za młodu, wcześniej może niż każdy z was, ale sprawy serca żadnej nie miałem, aż...
— Aż... no, proszę ciebie, powiadaj dalej — mówił pan Fredro — bo tyleśmy sobie już wzajemnie naopowiadali, że grzech by był śmiertelny, gdybyś o sprawie twojego serca, która jest najważniejsza, milczał.
— Jeżeli i mnie wolno podnieść głos w tym miejscu — odezwałem się i ja na to — to i ja proszę, abyś nam opowiedział tę ciekawą historię.
— Ma rację Nieczuja — dodał znowu pan Fredro. — Ot! Wiesz co! Kto wie, czyje jutro; głupie to życie na świecie, niewarte nawet ani wspomnienia miłości! Albo raczej jedno jej przypomnienie więcej warte niż całe życie; ot! Opowiedz nam twoją miłość.
Na te słowa Murdelio wstał z krzesła i odszedł od stoła, mówiąc:
— O! Nic z tego nie będzie.
— Ej! — zawołał podstoli. — Jak mnie kochasz, to powiesz.
— Powiedz, powiedz — dodałem ja z mojej strony — jeden się przy tym zabawi, drugi się może czego nauczy.
— Nauczy? Cha, cha, cha! — zaśmiał się pan podstoli.
— A! Bo to także amator — rzekł mu na to, pokazując na mnie, Murdelio — kocha się jak który z nas niegdy i chciałby z naszych doświadczeń korzystać. Ale i to mu snadź nie pomoże, bo już dobry zrobił początek.
— No, jak to? — zapytał podstoli.
— Wziął rekuzę i wariuje na piękne.
— Miły kolego — rzekł do mnie pan Fredro, głaszcząc mnie po głowie; ale dodał do Murdeliona. — To on nam także swoje opowie, ale teraz siadaj ty i swoje powiadaj.
— To niepodobna — rzecze tamten na to — miłość moja to życie moje. Musiałbym od kolebki zaczynać, a końca i tak byście się nie dowiedzieli, bo go sam nie wiem jeszcze.
— To napijże się i powiadaj choć to, co wiesz, jak mnie kochasz.
— Może co powiem, bo kiedy krotochwila, to niechajże będzie dobra! — rzekł Murdelio i połknął szklanicę wina.
Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Bal, wiodąc ze sobą czarno ubranego i siwą, napiętrzoną peruką potrząsającego doktora Gondoniego.
— Ah! signore Gondoni! — zawołał pan Fredro. — Jakaż to dla nas surpryza328! — a do mnie mruknął: — Bodaj go diabeł wziął, jaką nam przerwał zabawę.
— A! To waszmość przy winie! — rzekł Gondoni po włosku, kłapiąc ręką w ogromną blaszaną tabakierkę i uśmiechając się jak szczur do słoniny, bo ze swoim szpiczastym nosem cale do tego zwierzątka zdawał mi się podobnym. — Pięknie! Pięknie!
I zaczęła się zaraz dysputa we włoskim języku, którą Murdelio równie przeważnie i płynnie prowadził, jak w polskim. Tymczasem pan Bal stanął koło mnie i okrutnie ciekawie wpatrzył się w Murdeliona. Co widząc, rzekłem do niego półgłosem:
— Co to takiego?
— Słyszysz ty, jak on mówi po włosku?
— Mówi dobrze, bo długo bawił w tym kraju.
— I ty powiadasz, że to nie diabeł?
— Cha, cha, cha! To znów dlatego diabłem ma być, że mówi po włosku? Przecież on równie dobrze mówi po francusku i po niemiecku...
— W imię Ojca i Syna! Jak mnie Bóg miły, to on.
— Nie umiem ci na to nic odpowiedzieć.
— A ja się założę, że ma rożki na głowie.
— Dobrze, ja się zakładam, ale kto go pomaca?
— O, ja nie! — protestował się Bal.
— No, to nie ma zakładu.
— Ale krzyż mu zrobię na plecach święconą kredą.
— Dobrze — rzekłem — ale gdzież kreda?
— Ja ją mam przy sobie, bo nigdy bez niej nie jeżdżę.
— Więc idź i zrób.
Poszedł tedy Bal na drugą stronę stołu i podczas kiedy Murdelio, ze stojącymi Gondonim i Fredrem rozmawiając, stał obrócony plecyma do okna, ten mu zaszedł z tyłu i przystąpiwszy do niego, rękę z kredką podniósł mu do kołnierza. W tym atoli momencie Murdelio się ruszył, a Bal z okropnym krzykiem: „Aj, aj, aj! Jezus Maria!” — upadł jak długi na ziemię. Wszyscy się zerwali, Murdelio także się obrócił, mówiąc nachylony ku wstającemu: „Co jest waszmości?” — ale gdzie tam! kasztelanic się zerwał i jak oparzony uciekł, kulejąc, do sieni, kredkę zostawiwszy na ziemi. Nikt nie wiedział, co to się stało; ja wybiegłem za Balem i dowiedziałem się już na pewno, że Murdelio jest diabeł, bo w tejże samej chwili, kiedy Bal mu przykładał kredkę do kontusza, ten go tak silnie na nogę nadeptał, aż paść musiał na ziemię. Mnie się ta rzecz wydała dość naturalną: przy żywej gestykulacji, którą miał we zwyczaju Murdelio, nic dziwnego, że się raptem cofnął; że trafił na nogę Bala, przypadek, a że bolało, toż trudno miało nie boleć, kiedy następujący był chłop duży i mężny i miał ciężkie klasztorne buty na nogach, a nastąpiony żółte kordebanowe329. Ale na upór lekarstwa nie ma: Bal nie tylko mi się nie dał przekonać, ale mi nawet but swój pokazywał, na którym się smoła piekielna ostała. Z nabitą tym diabelstwem głową powróciłem do sali; zaraz mnie tedy pytają:
— Co jest panu Balowi?
— Piotrowicz mu niechcący nastąpił na nogę — odpowiedziałem.
— He, he, he! — zaśmiał się na to Murdelio, podnosząc głowę i wyszczerzając dwa rzędy białych jak mleko zębów, ale taki to był śmiech jakiś dziki, taki jakiś zwierzęcy, że chcąc nie chcąc, mróz mi poszedł po całym ciele. Zaraz też Gondoni, kończąc dysputę, rzekł do nas:
— Nie przeszkadzam panom, nie przeszkadzam. Pan Urbański się ma wprawdzie niedobrze, bo przyznam się panom, że takiej rany jeszcze nie widziałem; czym to i jak to było cięte, Bóg raczy wiedzieć.
Tu znowu tak samo się roześmiał Murdelio.
— Ale zdrów będzie, zdrów będzie — dodał Włoch. — Dobranoc panom, dobranoc, powolne służby moje polecam — i wyszedł. Myśmy zaś znowu we trzech, tak jako przedtem, zostali. Więc zasiadając na nowo, rzekł zaraz pan Fredro:
— No, powiadajże teraz, bom bardzo ciekawy. Już nam nic nie przeszkodzi.
Ja już milczałem.
— Nalejże mi wina — rzekł z sardonicznym uśmiechem Murdelio.
Tymczasem słudzy weszli i połowę stołu odjęli, tak że jeno mały kwadratowy pozostał, ale i na nim, i pod nim butelki jak przedtem, obrusa nie zdjęto, a podczas kiedy my z gospodarzem każdy z swojej strony przysunęliśmy się bliżej do stołu, Murdelio lulkę zapalił, szklanicę wychylił i zaczął w ten sens: