III
— O familii mojej — tak opowiadał Murdelio — nie potrzebuję wam wiele powiadać. Pradziad mój był ekonomem, dziad zrobił fortunę i siadł na urzędach, ojciec już miał wszystko, czego potrzeba. Ożeniwszy się i osiadłszy na znakomitym majątku, zajął się wyjaśnianiem naszego rodu. Herb nasz stał mu się dobrą do tego wskazówką. Toteż za jego pomocą nie tylko się cała przeszłość nasza wyjaśniła, ale nawet okazało nam się prawo do znakomitej puścizny, istniejącej w sumach gotowych, lokowanych w Hiszpanii i od lat stu podobno sukcesora czekających. Mozolnym staraniem i niesłychanym kosztem ojciec mój podniósł te sumy i pozakupowawszy wiele ziem, majątek swój o wiele powiększył i zaokrąglił. Pięćdziesiąt wsi się zrobiło, lasy, jeziora, wody i wspaniały zamek w ich środku. Kiedy się to już stało i w ład przyprowadziło, i mój ojciec, chyląc się ku starości, tylko tym jednym się cieszył, że ród swój do pięknej przyprowadził pozycji i mnie, jedynakowi, doskonałe jej utrzymania zostawia środki, zjawia się krewniak nasz jakiś daleki, który się powiada stryjeczno-stryjecznym rodzica bratem i żąda połowy hiszpańskiej sukcesji. Szlachcic ten miał wioskę niedaleko Oszmiany, więc tylko o dwie mil drogi od mego ojca i ani znał nas pierwej, ani się do nas przyznawał. Wpadło to w oko mojemu ojcu i szlachcicowi fałsz zadał. Szlachcic nie poszedł zwyczajną drogą, nie udał się do praw i palestry, ale za fałsz zadany sobie w oczy, mojego ojca wyzwał i z nim się wyrąbał. Potem dobył papiery, jedność naszych rodów, które się w pradziadzie schodziły, dokumentnie wykazał i rzekłszy mojemu ojcu: „Bodaj diabeł wlazł w tę fortunę i rozniósł ją na cztery wiatry!” — wsiadł na koń i odjechał.
Wypadek ten wzruszył mojego ojca; postanowił więc, ile możności, te pretensje braterskie zaspokoić, bo był człowiek uczciwy i prawy. Ale przy uczciwości był zarazem i skąpy, ziarnko do ziarnka składający i z zebranych chyba tylko dla mnie jednego co ruszyć lubiący. Majątek swój zresztą, z wielką skrzętnością i pracą oczyszczony i zaokrąglony, uważał za taką całość, że grzechem śmiertelnym byłoby mu się zdawało każde choćby najmniejsze jej naruszenie; a kiedy sobie jeszcze to przywiódł na pamięć, że ten majątek jest właśnie jedyną naszego nazwiska i jego świetności podporą, to prędzej by własną rękę był odżałował niż jedną wieś utraconą. A tu by na brata było przypadało dziesięć wsi najmniej. Długo tedy sumienie ze skąpstwem toczyło walkę w tym starcu i na koniec pierwsze wprawdzie przeważyło, ale drugie po swojej klęsce jeszcze przynajmniej jak najmniejszą stratę dla siebie wytargować umiało. Ojciec bowiem zdobył się na to, że kilka tysięcy dukatów wraz z grzecznym listem, utyskującym na ciężkie czasy, nieurodzaje, powodzie, ale za to złote góry na przyszłość obiecującym, posłał swojemu bratu. Szlachcic atoli, mając głowę nabitą hiszpańskimi sumami i prócz tego ambitny z natury, nie tylko że pieniędzy nie przyjął, ale omal że jeszcze dworzanina nie wytłukł. Zgryzło to mego ojca; spowiadał się, pacierze mówił, pielgrzymkę do Ostrej Bramy odprawił i powróciwszy, obłożnie zaniemógł. Choroba wzmagała się coraz bardziej, siły ciała opadały, walka wewnętrzna trawiła go widocznie. Nareszcie dnia jednego, czując się o wiele jeszcze słabszym, rzekł do swojego Gintowta Litwina, który był jego plenipotentem i najzaufańszym powiernikiem: „Nie, tak nie będzie. Nie potrafiłbym skonać. Weź, wasze, papier i pióro i uczyń w moim imieniu zapis na pana Wita... tych trzech wiosek, z którymi graniczy”. — Gintowt siadł i pisał, mój ojciec z łóżka pomagał mu w koncepcie, ale płakał ze żalu. Dokument jednak wystawiony, podpisami i rodowitą pieczęcią zaopatrzony, odesłano zaraz konnym na przeznaczone miejsce. Mój ojciec trochę się uspokoił, a nawet rozweselił. Nad wieczorem atoli posłaniec powrócił i ku wielkiemu zdziwieniu całego dworu, zamiast podziękowania dla brata i uspokojenia dla ojca, przywiózł tylko kawałki podartego przez pana Wita dokumentu. To mego ojca dobiło — wieczorem zaniemógł gorzej, koło północy już był konający.
Ja miałem natenczas lat blisko dwanaście. Edukowano mnie z wielką pracą i wielkim nakładem i z tej przyczyny dziwnie dwór nasz wyglądał. Nie było sukni w Europie, w której by ktoś nie chodził na naszym dworze, nie było mowy w Europie, którą by tam nie mówiono. Dwóch Francuzów, jeden Niemiec, jeden Anglik, trzech Włochów niby to przy mnie było. Hiszpan nawet jeden, który niegdy z owymi sumami z Madrytu przyjechał, ostał się na zamku i obiecując mojemu ojcu, że mnie marynarki nauczy, ostał się na zawsze. Wszystko to chodziło w krótkich sukniach, trzewikach i pończochach, w większych i mniejszych perukach, w długich lokach, w aksamitach, w kolbertynach, w kryzach, przy szpadach i Bóg nie wie w czym jeszcze. Podług nich ubierali się i inni dworzanie, sługi nawet przystrajano z cudzoziemska, tylko mój ojciec i Gintowt stary chodzili po dawnemu i ze łbami wygolonymi. Dziwno się to może wydawać będzie komu, że mój ojciec, chociaż był skąpy, tyle obcych ludzi utrzymywał na swojej kuchni i lafie330, dziwno się to nawet wydawało sąsiadom, ale tak było w rzeczy. Mój ojciec sam odebrał mizerne wychowanie za młodu i zajęty jedynie tylko robieniem fortuny, o niewiele je podniósł w późniejszym życiu; dopiero kiedy po znacznym powiększeniu tej fortuny i po rumorze, który się z przyczyny owych sum hiszpańskich rozległ o moim ojcu po Rzeczypospolitej, uwaga publiczna się na niego zwróciła; dopiero kiedy przez znaczny urząd, na którym natychmiast zasiadł, wszedł w bliższe z wielkim światem stosunki, dopiero wtedy niewychowanie swoje poprawił, ale poznał, że ono jest konieczne na świecie i że bardzo źle jest bez niego. Od tego złego, którego sam doświadczył, postanowił mnie wszelkimi siłami ochronić, a że był człek namiętny i czegokolwiek się chwycił, to już niespracowanie robił i wyciągał do ostatniej ostateczności, więc i do wychowania mego wziął się z taką energią, że dziesięć razy więcej sił i środków do tego użył, niż było potrzeba. Do uskutecznienia niektórych rzeczy nigdy nadto sił użyć nie można, nigdy nadto energii, ale do innych tylko w miarę, w czas i w miejsce użyta siła cel swój może osiągnąć. Kto by chciał wóz ruszyć z miejsca i naokoło niego kilkanaście koni nasilał, ten go raczej rozerwie, ale pewnie nie ruszy. Tak było i ze mną. Każdy z tych cudzoziemców czegoś mnie uczył, każdy do mnie swym własnym przemawiał językiem, ale jam się niczego zgoła, ani nawet języków, od nich nie nauczył. Geografia i historia, astronomia i alchimia, prawo i języki: francuski, włoski, niemiecki, angielski, hiszpański i polski, tak się to wszystko pomieszało w głowie, wyobrażenia o Bogu, o religii, o ludziach, o obowiązkach człowieka i obywatela tak się pokrzyżowały, uczucia nawet moje dziecinne, które ze szczętem nie wyniszczały, tak się powikłały i zdenaturalizowały, że ksiądz staruszek, zamkowy kapelan, który mnie miał religii nauczać co rana, często moimi obiekcjami zbity z tropu, zamiast mi dawać lekcje, tylko Ewangelię czytał nade mną. Na tym punkcie stało moje usposobienie, kiedy mnie obudzono i powiedziano, że ojciec jest konający. Francuz mnie wyrwał z łóżka i zaprowadził do konającego, który leżał wysoko podniesiony na poduszkach, mówił jeszcze, ale już ruszać się nie mógł. Powiedziano mu, że ja jestem przy łożu. Wtedy, obróciwszy głowę cokolwiek, do mnie chrypliwym, urywanym głosem wymówił te słowa: „Synu! zostawiam ci wszystko. Do skończenia świata nie powinniście już wychodzić z senatu. Rób wszystko, co możesz, na co siły twoje wystarczą, tak jak ja całe życie moje... ale... — tutaj się trochę zakrztusił i umilkł na chwilę, lecz potem znowu: — ale... zaspokój jakim sposobem pana Wita pretensje. Może darujesz co jego dzieciom. Ale... to sobie pamiętaj... on ma córkę jedynaczkę... kiedy się z gniewu wysapie, a ambicja mu nic od ciebie przyjmować nie pozwoli, jednakże żal mu się zrobi schedy... on ci córkę podstawiać będzie. Niech cię Bóg broni! Pod błogosławieństwem... zakazuję!...” — Tu się mocno zakrztusił, głowa pomiędzy poduszki upadła i skonał. W tym momencie grzmieć zaczęło na dworze, ale to tak strasznie, że aż zamek drżał cały, wicher się zerwał okropny i strącił pół dachu ze zamku, szyby powybijał, narożną wieżę, w której była kaplica, do połowy obalił; nagle błysnęło kilka razy i piorun uderzył w oborę, a zapaliwszy ją, strasznym światłem cały zamek oświecił. W przerażeniu i strachu wszyscy wybiegli ze zamku ratować, gasić, rozrywać, ja tylko jeden zostałem siedzący na skrzyni, która była przy łożu mojego ojca, i ksiądz staruszek, który klęknął na środku izby, mówiąc: „Przekleństwo pana Wita się sprawdza, zły duch włazi pomiędzy te mury”.
Po pogrzebie mojego ojca wszystko się zaraz zmieniło w zamku. Nie mówię już zewnątrz, bo tam były już tylko zgliszcza i ruiny, ale i wewnątrz. Nic tej dawnej ciszy, tego ładu, tego porządku. Każdy robił, co mu się podobało, jadł i pił, kiedy chciał, chodził po wszystkich pokojach; guwernerowie moi wyprawiali sobie uczty, z miast przywozili do tych uczt kobiety, jeździli na koniach, w karetach, poczwórnymi cugami. Gintowt stary chodził tylko po dziedzińcu z kańczugiem za pasem, wąsami ruszał i mruczał. Aż jednego dnia złapał mojego Francuza statystę331 w jakiejś szkodzie czy na innym jakimś uczynku i sypnął mu z jakie sto kańczugów na progu. Drugiego dnia Niemcowi dał pięścią w gębę i wytargał jak psa za uszy. Trzeciego dnia Włocha zamknął do lochu o chlebie i wodzie. Czwartego dnia Hiszpan, obawiając się zapewne losu swoich kolegów, nocą sam uciekł. Ale piątego dnia rano znaleziono Gintowta nieżywego w łóżku. Po Gintowcie drugi Francuz rząd objął w zamku. Po kilku miesiącach objął administrację majątku. W rok potem zawiózł mnie do Paryża, sam dojeżdżał do dóbr moich, ale mnie przez trzy lata trzymał bez przerwy w Paryżu. Miałem już lat szesnaście. Nauczyłem się też był czegokolwiek, bo mnie Francuz dobrze pilnował i złotem płacił nauczycieli. Jednak umiałem się im wykradać, aby wybiec do miasta; Francuza nawet oszukiwać umiałem, gdy mi było potrzeba nie nocować u siebie. Wziął mnie potem Francuz do Anglii i trzymał rok cały w Londynie. Tam odprawiłem pierwszy mój pojedynek i bardzo mi to posłużyło. Zabiwszy bowiem mego adwersarza na miejscu, poczułem się, że i jam jest człowiek i także coś mogę; jakoż i bić się nauczyłem na przyszłość. Po roku pobytu mego w Anglii Francuz, który zawsze miał przemożny wpływ na mnie i po prostu trzymał mnie za łeb, wywiózł mnie do Italii. Hej! Tam to życie! Od firmamentu począwszy aż do owych suterenów, w których nieraz umówione miewałem schadzki, wszystko mi było rajem, wszystko mlekiem i miodem. Krótko mówiąc, żyłem jak nikt lepiej, nikt przyjemniej, nikt żwawiej na świecie. Żyłem każdym nerwem, każdym organem ciała i duszy, każdym oddechem. Ale po trzech latach — miałem już dosyć. Świat zewnętrzny mnie znudził. Jednego wieczora, mając wychodzić dla zejścia się z najpiękniejszą kobietą Florencji, przyszła mi myśl nie pójść. Drugiego wieczora zapytałem się siebie: „Co też jest we mnie? Po co żyję na świecie?” — Trzeciego wieczora: „Czym jest świat? Czym ja w nim jestem? Czy też ja nie mam jakich obowiązków dla niego? Czy nie godziłoby się tym ludziom, którzy mnie tak pieszczą i tak mi dogadzają, coś dać za to od siebie?” — Czwartego dnia wpadło mi na myśl, że będąc w Anglii, widziałem samych Anglików, we Francji Francuzów, we Włoszech Włochów: dlaczegóż ja, Polak, siedzę we Włoszech, a nie w mojej ojczyźnie, w Polsce? — U innych ludzi moment takiego zastanowienia się nad sobą bywa zwyczajnie przejściem na dobrą drogę, u mnie stał się on dopiero przejściem do złego; a zresztą!... Bo diabeł wie zresztą, co jest złe, a co dobre na świecie! Ale gdzież tam, i diabeł sam tego nie wie! Krótko mówiąc, zastanowiłem się jeszcze nad sobą i znalazłem najpierw to, że całkiem już nie umiałem po polsku, bo myśli mi się nawet układały w głowie takim językiem, w jakim kraju bawiłem; a po wtóre, żem był cale inny jak wszyscy ludzie. W Anglii, we Francji, we Włoszech, gdzie ich tylko widziałem, każdy z nich coś umiał, każdy czymś się zatrudniał; ja nic nie umiałem i do niczego nie byłem sposobny; na koniec pomyślałem: „Cóż będę robił w Polsce?”. Francuz mi powiadał, że tam nie masz ani miast wielkich, ani zabaw publicznych, ani karnawału, ani morza; że tam kraj barbarzyński, zimny, wietrzny, ludzie mieszkają w chałupach, dzikie bestie chodzą po drogach; powiadał mi, że tam kobiety brzydkie i brudne, nie masz wina ani muzyki, ani śpiewu, ani zgoła niczego, co jest we Francji i Włoszech. Przecie mi serce uderzyło do Polski. Całą noc spać nie mogłem i tylko o niej myślałem, a na drugi dzień rano wypowiedziałem służbę Francuzowi. Zrazu Francuz ofuknął się na mnie i powiedział, że na podróż do domu nie może mi w żaden sposób zezwolić, ale kiedym mu dziesięć razy mocniej odfuknął i krzyknął w oczy, że „ja pan, a on sługa!” — umilkł i wziął się do argumentów. Jaką ty bronią, taką i ja; ty grzecznie i ja grzecznie, ale kiedy mi na koniec zadał kwestię, co będę robił w Polsce i z czego tam żyć będę — wyrzuciłem go za drzwi. W godzinę potem pocztowe konie niosły mnie już do Polski.
Przyjechawszy do domu, doprawdy nie wiedziałem, co począć. Najpierw trudno mi się było z kimkolwiek rozmówić. Po wtóre nie znałem się ani weź na administracji, ani na gospodarstwie. Gintowt stary był w grobie, a drugiego Gintowta nie było. Zamek stał jeszcze, ale jedna połowa rozsypała się w gruzy i chwastami zarosła; w drugiej wilgoć ściany pojadła, sprzęty pozabierano, piece porozwalano, z okien szyby, z posadzek powydzierano kamienie. W kilku wsiach gospodarstwa żadnego nie było, role stały odłogiem, na łąkach cudze bydło się pasło; inne folwarki były w dzierżawach albo zastawach, ale anim się mógł dowiedzieć, kto je powypuszczał, kto tenuty332 odbierał. Nie mogąc sobie atoli sam dać w tym radę, znalazłem sobie jakiegoś Gintowta, który za zapłatą podjął się wszystko przyprowadzić do ładu. Więc on gospodarstwo, ja zaś zamek wziąłem pod moją opiekę. Do roku byliśmy obadwa gotowi; ja połowę zamku zostawiłem w ruinie, tylko ją więcej bluszczem, różami i inną krzewiną obsadzić kazałem; drugą zaś wyrestaurowałem niewiele zewnątrz, ale wewnątrz jak tylko można było najpyszniej, sprowadzając do tego wszelki materiał z Niemiec i Francji. On zaś pokończył rachunki i także ta sama ewidencja pokazała się u niego, co u mnie: połowa majątku pozostała w ruinie. Półtora miliona długu wpakował mi Francuz na dobra! Wszystko przez dzierżawne i zastawne kontrakty, które na lat kilkanaście w różnych czasach porobił i na które naprzód pozabierał pieniądze. Był to ciężar niemały i rzecz dla mnie nieznośna. Postanowiłem kark temu ukręcić. Przez mojego Gintowta udałem się z tym do sądów. Nic nie pomogło — głupszych sędziów nie widziałem na świecie — wszystkie procesa przegrałem. Gintowt poradził pojechać do Warszawy i udać się z tym do króla. Pojechałem, prezentowałem się panu. August III był wtedy na tronie. Przyjął mnie grzecznie, uprzejmie jak wszyscy królowie na całym świecie. Mówił ze mną po niemiecku, chwalił moją układność, obyczaje, wymowę, kazał mi bywać na pokojach, zaprosił do swego towarzystwa strzeleckiego, które codziennie przez cały miesiąc maj od godziny czwartej do szóstej po południu odbywało swoje ćwiczenia; kazał się rozpatrywać w krajowych sprawach publicznych, obiecał powołać kiedyś do jakiegoś urzędu, ale na moich dzierżawców nie dał mi żadnej rady. Jednak ja sobie sam poradziłem. Zaciągnąłem jeszcze milion długu i powróciłem do domu. Zaraz też dwór urządziłem inaczej. Wziąłem trochę szlachty drobnej na kuchnię i lafę i uzbroiłem sobie pięćdziesiąt kozaków jak diabłów. Z tą szlachtą i kozakami przyjechałem do każdego dzierżawcy lub zastawnika i pytałem: „Na ile lat masz kontrakt? Ile lat trzymasz? Ile lat ci pozostaje?” — to wyrozumiawszy, mówiłem: „Tyle a tyle ci się jeszcze należy, tu masz, ruszaj do licha”. — Był taki, co wziął pieniądze i poszedł; który zaś nie chciał i malował sobie jakieś pretensje, tego za łeb, na wóz z żoną, z dziećmi, z bagażami i kozacy odstawili go za granicę dóbr moich. Było pisku i krzyku dosyć, jednego nawet, który się porwał na mnie, powiesić kazałem na wierzbie, dwaj dostali po sto bizunów, ale też do dwóch tygodni ani jednego dzierżawcy nie miałem. Wkrótce wydano mi kilka procesów, zaczęły mi się palić dworki po folwarkach. Procesa powygrywałem, bo już umiałem sobie z tym dać radę, a palić mnie także przestali, bom trzech włóczęgów, którychem nocą, na czele moich kozaków patrolując, na moich gruntach połapał, przy rozstajnych drogach popowieszał. Te atoli nocne i dzienne wycieczki moje, jakoż i owe doraźne egzekucje zwróciły na mnie uwagę sąsiadów moich. Różne wieści porozchodziły się o mnie, niestworzone rzeczy bajano; najpowszechniej atoli utrzymywano, żem diabłu duszę zapisał albo żem zgoła sam diabeł in persona, i to diabeł wenecki; a poszło to zdaje mi się stąd, żem się z włoska ubierał i we włoskich sukniach na koniu po okolicy jeździł, kozakami dowodząc.
Takie życie czynne i ruchliwe, zatrudnianie się administracją i nadzorowanie gospodarstwa całkiem inaczej mnie usposobiły: podróże moje i wszystkie zagraniczne praktyki jak sen przeminęły, zacząłem myśleć nad sobą, nad ludźmi, nad światem. Późnymi wieczorami, kiedy już wszystko ucichło dokoła, wychodziłem na wierzch ruin powalonej połowy zamku, tam przy narożnej a ocalonej od zniszczenia galerii na głazie siadywałem i słuchałem wołania sowy i głośnego śmiechu puszczyka — i to mnie bardzo bawiło. Różne myśli mi wtedy przychodziły do głowy, a wszystkie opierały się na tym, czym jestem, i szły tam, czym bym ja też mógł zostać na świecie. Widziałem króla w Warszawie i to mi się bardzo podobało. Ma on wojsko, może się bić, kiedy mu się podoba, kraje zdobywać, ludzi gubić albo z prochu podnosić — czemuż ja bym nie miał być królem? Ale jak by to zrobić? Trzeba by kraj jaki zdobyć i opanować. Odtąd przez kilka dni wertowałem mapy i szukałem na nich jakiego kraju, który by mnie się podobał. — Później przyszła mi myśl, że na co mnie szukać kraju gdzieś daleko, kiedy kraj jest koło mnie? Zbiorę sobie trzysta lub więcej kozaków, wezmę drugie tyle szlachty na jurgielt333 i wieś po wsi będę póty najeżdżał i zabierał, póki sobie całego kraju nie zrobię. Wszakże to wszystko jedno, czy cudze kraje, czy prowincje, czy wioski najeżdżać? Później mi przyszło na myśl, że na co mnie szukać nowych sposobów zabierania wsi, kiedy mam jeden gotowy? Jakim przyszedłem do tych, które mam teraz, takim przyjdę do innych. I długo, bardzo długo myślałem, jakim to ja sposobem przyszedłem do tego, który mam teraz, majątku, aż nareszcie przypomniałem sobie, że to ja miałem kiedyś ojca... Wtedy dopiero przyszły na myśl wszystkie chwile w domu rodzicielskim spędzone... przypomniały mi się owe sumy hiszpańskie, pana Wita pretensje, choroba, śmierć mego ojca, jego słowa ostatnie... I dlaczegóż to mi zakazywał ojciec żenić się z córką pana Wita? Pan Wit musi być bardzo tęgi człowiek, kiedy tak tęgi pokazał charakter, warto go poznać. Jego córka może być także cale niepospolita panienka — i dlaczegóż bym ja się nie miał z nią ożenić, kiedy by mnie się podobała? Zakaz to jest ciężar i rzecz nieznośna. Aż mi się duszno zrobiło na samą myśl tę, że mam jakiś zakaz na karku. Wsiadłem więc zaraz na koń i pojechałem do pana Wita.
Pan Wit mieszkał o dwie mile ode mnie — za godzinę tam byłem. Wszedłem do dworku, zastałem go siedzącego na zydlu i szlifującego szabelkę. Był to starzec już siwy, miał lat siedemdziesiąt. Kiedym wszedł do izby, wstał do mnie i spytał: „Kto waszmość jesteś?” — „Ja?... ja jestem Piotrowicz, jakiś krewny waszmości; przyjechałem tutaj, żeby was poznać. A gdzie córka waszmości?” — „A cóż tobie do mojej córki! — zawołał stary. — Ruszaj precz, ty diable wenecki; czego mącisz spokój mojego domu?” — Na to roześmiałem się jemu w oczy; bo mnie zabawiła ta poufałość chudego szlachcica ze mną, co mi się jeszcze nie trafiło, odkąd powróciłem do Polski; więc poklepałem go po ramieniu i rzekłem: „No, no, nie gniewaj się na mnie, mój staruszku, a pokaż córkę twoją”. — Jeszczem tych słów nie skończył, kiedy jakąś piorunową siłą wyrzucony, ujrzałem się nagle za drzwiami. Taki niespodziewany obrót sprawy i mojej osoby cale mnie skonfundował. Stałem w sieni i nie wiedziałem, co robić. Wielką miałem ochotę przywołać kozaków i szlachcica powiesić. Alem się jeszcze namyślał. Wtem z bocznych drzwiczek wyglądnęła do mnie twarz jakiejś prześlicznej panienki. Twarz ściągła, cera porcelanowa, oczy prześliczne, rzęsy cudowne, włos ciemny, długi, szklący jak heban. Domyślałem się, że to jest córka pana Wita. „Pani! — rzekłem tedy, zwracając się do niej. — Otóż jaka konfuzja spotkała mnie tu dla pani”. — „Dla mnie? — spytała ona. — A toż jakim sposobem?” — „Przyjechałem tutaj, aby upaść do nóg stryjowi jegomości i pannie, i z wszelką atencją starać się o jej przyjaźń dla mnie, a tymczasem pan stryj zagniewany”. — „Ej! to być nie może!” — odpowiedziała z żalem panienka; ale w tymże momencie coś się ruszyło w tym pokoju, w którym był ojciec. Kto raz zadrżał ze strachu, dla tego już nie ma ratunku; prędzej zginie ze strachu, niż się na jeden krok odważny zdobędzie. Na sam szmer już uciekłem, dopadłem konia i popędziłem do domu. Było to pierwsze tchórzostwo w moim życiu, ale też mam nadzieję, że i ostatnie. Jeżelibym jeszcze raz kiedy zląkł się w jakim terminie stanowczym, to już mnie diabeł weźmie z kretesem. Bo to ja z ludźmi nie żartowałem i myślę, że oni ze mną żartować nie będą.
Powróciwszy do domu, już o niczym nie myślałem, tylko o tej prześlicznej panience. Diabeł zaczął palić we mnie, poprzysiągłem sobie, choćby za cenę połowy życia, dostać ją koniecznie. Dnie i noce myślałem nad tym i li tylko nad tym. Zesmutniałem, umilkłem. Miałem wprawdzie środek prosty pod ręką: napaść na dom szlachcica, jego zabić, a córkę zabrać do domu. Ale ja chciałem, żeby mnie ta dziewczyna kochała; w takim zaś wypadku mogłaby mnie znienawidzić, bo to kobiety kapryśne. Więc jeszcze myślałem. Postrzegł Gintowt tę zmianę we mnie. Przyszedł, pytał, co mi jest, czemum taki smutny, tak zamyślony? Powiedziałem. Tedy on na to: „Panie! Na cóż to tego? Na co tu gwałtów, napadów, wiolencji334? Na co się narażać na grzywny i wieżę, jeżeli nie na stracenie szyi, kiedy oni sami panu z pocałowaniem ręki dadzą tę pannę? Tylko to trzeba robić rozumnie i z wolna”. — „Zróbże to — rzekłem Gintowtowi — dostaniesz folwark w dożywocie”. — I co mógł, zrobił w rzeczy ten Gintowt. Pojechał on najpierw na jakiś odpust czy jarmark, tam się zeszedł z panem Witem i przy lampie wina czy miodu gadu, gadu z nim o pszenicy i życie. Drugi raz już o gospodarstwie, więc o moich folwarkach, o doskonałym w nim rządzie i o wielkich z nich intratach. Trzeci raz o mojej osobie, jako ktoś przez zazdrość najgłupsze plotki puszcza w kurs o mnie, jako w tym wszystkim nie masz prawdy ani joty, jakom ja jest człowiek najlepszy i rozumny, i gładki, i jako najgorętszym mojego serca życzeniem byłoby stateczną z panem stryjem znajomość zabrać, i w ten jedyny sposób, jaki jeszcze pozostał, trafić, aby dawne familijne nieporozumienia zatrzeć i na wieki zagładzić. Czwarty raz szlachcic już Gintowta zaprosił do siebie — a za kilka tygodni powiedział mu otwarcie: „Niechże pan Ignacy przyjedzie do mnie; obaczę go bliżej, poznamy się, a z czasem to się to może i zrobi”.
Tedy za radą Gintowta przebrałem się w kontusz i żupan, który na mnie ciężył i gniótł mnie jak pancerz; wlazłem w hajdawery takie wielkie, że bym mieszkać mógł był w nich i podzielić je na pokoje; włożyłem czapkę futrzaną na głowę, uzbroiłem się w cierpliwość i pokorę, wsiadłem na koń i pojechałem do pana Wita. Wszedłszy do izby, stanąłem przy drzwiach i pokłoniwszy się panu stryjowi do kolan, przepraszałem za to, że obyczajami zagranicznymi zepsuty, za moją pierwszą bytnością u niego nie umiałem się znaleźć, tak jak na przyzwoitego młodzieńca w kraju przystało. Pan Wit się na mnie popatrzył, rozparł się w boki, nadął się jak pęcherz i powiedział mi srogie kazanie. Ale ja już byłem najpokorniejszym sługą stryjaszka dobrodzieja. Przyszła panna, zarumieniła się, niewiele mówiła, ale była śliczna jak anioł. Bawiłem się tam przez dwie godzin i musiałem się nieźle sprawować, bo stryjaszek dobrodziej rzekł mi przy pożegnaniu: „Widzisz waść, mosanie! I ja umiem po francusku i po niemiecku, umiem po łacinie, czego ty nie umiesz, mam to samo nazwisko i ten klejnot, co ty, i fortuna moja mi tak dobrze, a może jeszcze lepiej wystarcza, jak tobie; mam nadto jeszcze siwiznę i niemałe zasługi w swoim, ba, i w obcych krajach, czego ty nie masz i może zgoła nigdy mieć nie będziesz — a przecie ludźmi uczciwymi nie pomiatam i znam respekt dla starszych!” — To rzekłszy, pożegnał mnie.
Odtąd bywałem tam często, prawie dwa razy na tydzień. A trzeba wam wiedzieć, że ja dotychczas nigdzie nie bywałem i z nikim nie żyłem; wieść więc o moim bywaniu u pana Wita runęła piorunem na okolicę; powiedziano, że konkuruję o jego córkę, że się już żenię. To mnie gniewało. Postanowiłem koniec położyć tym plotkom. A ponieważ uważałem, że mi panna nie krzywa, jako że i pan Wit dosyć skłoniony ku mnie, więc kazałem sześć koni założyć do karety, wziąłem Gintowta i dwudziestu kozaków ze sobą i pojechałem z przedsięwzięciem zrobienia deklaracji i wzięcia ślubu natychmiast. Kiedym wszedł do izby, pyta mnie stary: „Dlaczegóż waść tak paradnie?” — Ponieważ ja nie umiałem jeszcze dobrze po polsku ani się znałem na dziwnie pięknych retoryki polskiej figurach, więc Gintowt, począwszy od tego, jak Pan Bóg rodzaj ludzki w arce Noego od potopu wybawił, uciął mowę sążnistę i skończył na tym, że ja proszę o rękę pana Wita córeczki. Pan Wit tego pięknie wysłuchał, wąs poprawił, czuprynę pogładził, lewą rękę za pas włożył a prawą, gestykulując do mnie i do pana Gintowta, odciął znowu kubek w kubek takuteńką orację i ani jednego słowa nie został mi dłużen. Bardzo to ładny obyczaj. Treść atoli tej mowy była taka, że lubo on wcale nie miałby nic przeciw temu mariażowi, i owszem, widzi w nim palec boży, który zagładza familijne krzywdy i niezgody, jednakże za mało jeszcze zna kawalera, żeby mógł dziecko swoje powierzyć. Niech kawaler prócz panem stara się być także sąsiadem i obywatelem, niechaj mnie słucha, niech mi się aplikuje335, niechaj bywa w moim domu, aby się dzieci przyzwyczaiły do siebie, to się to może z czasem i zrobi. — Pan Gintowt wyraził panu stryjowi moją niecierpliwość, moją bytność u króla, jego łaski i tak dalej, ale pan stryj odpowiedział na to, że od jego dekretu nie ma żadnej apelacji, bo on jest sam grodem i ziemstwem, i trybunałem, i królem w tej sprawie.
Kiedyśmy odjeżdżali, powiedziałem Gintowtowi: „Ej! Co tam będę się dał za nos wodzić szlachcicowi! Zajazd zrobię i pannę zabiorę”. — Gintowt radził cierpliwość i prosił o zwłokę jeszcze na kilka miesięcy. Przystałem. Bywałem znów w domu pana Wita. Aplikowałem mu się, ale jednakże więcej pannie, która już swojej miłości nie taiła przede mną. I trwało to znów kilka miesięcy; pan Wit stawał się coraz nudniejszy, coraz więcej wymagający, począł mnie egzaminować o moje interesa, o gospodarstwo, o inne sprawy, począł dawać rady swoje, ba! dyspozycje... A ja się ciągle aplikowałem. Ale na koniec i sam diabeł utraci cierpliwość! Jednego wieczora wypaliłem mu taką replikę, że szlachcic zgłupiał z kretesem. „Bunt, mospanie! Bunt przeciwko mnie podnosisz! — zawołał on do mnie. — Tą razą daruję, ale na drugi raz... to pamiętaj!” — Na drugi raz ja już buntu nie podnosiłem, ale stała się rzecz taka. Kiedym tam przyjeżdżał, bywało zwykle, żem najpierw ze starym rozmawiał z jaką godzinę, potem zaś szedłem do panny i siedziałem tam do wieczora. Stary wtedy czytywał gazetę albo do gospodarstwa wychodził i do córki prawie nigdy nie zaglądał, bo tam była jakaś szlachcianka, która sprawowała urząd ochmistrzyni i posiadała zupełne zaufanie u niego. Ochmistrzyni atoli, co nie zrobiła za dukata, to zrobiła za dwa, co nie za dwa, to za dziesięć, co nie za dziesięć, to za sto, dosyć że nigdy tam nie było ochmistrzyni. Otóż jednego dnia siedzę ja na kanapie i trzymając pannę na kolanach, w twarz ją całuję, ale jakem Piotrowicz, tak nie w żadnej złej myśli, tylko tak dla zabawki; wtem wchodzi stary. Panna struchlała na miejscu, ale jam się roześmiał w głos. Nie za całowanie, ale za śmiech ten, stary zrobił scenę gwałtowną. Kpał mnie jak żaka, jak szewca, jak hultaja na koniec. Tego już było mi nadto. Rzuciłem się na niego, chciałem go porwać, związać, wziąć w jasyr do siebie i dopiero traktować o wykupno albo zamianę jeńca, ale zwinny szlachcic odskoczył i w tym momencie taki mi wyciął policzek, żem upadł na ziemię. Zebrawszy się, chciałem porwać za broń, ale nie miałem pałasza przy boku. W tejże chwili otworzyły się drzwi z łoskotem i wpadło kilku drągalów do izby. „A to co będzie?” — zawołałem z wściekłością do starca. „Dostaniesz sto bizunów!” — zawołał tenże. „Mości panie! — krzyknąłem. — taki to sposób wetowania krzywdy u polskiego szlachcica! Takie poszanowanie gościnności w tym kraju!” — „A ty, jakże gościnność szanujesz! — odkrzyknął starzec. — Ruszajże sobie do milion diabłów i niech tu noga twoja więcej nie postoi, bo nie sto bizunów ci dać, ale powiesić cię każę na suchej wierzbie!” — Ja przecież nie dowierzałem tej kapitulacji, tylko czym prędzej obróciwszy się twarzą do okna, skoczyłem przez nie w ogródek, z ogródka pod bramę, gdzie mój koń stał przy kozaku... i uciekłem do domu. I z tego zrobiła się plotka, bo ci drągale powiedzieli, żem nie skoczył przez okno, tylko w kąt izby, tam w myszą dziurę wpadłem, z której za mną tylko kłęb dymu ze smoły i siarki wyleciał i rozszedł się po izbie... i cała okolica uwierzyła tej baśni!
Wróciwszy do zamku, nie było już dla mnie336 ani snu, ani nocy, ani jadła, ani napoju. Wszystko się gotowało we mnie, drżałem, trząsłem się cały. Duma obrażona warczała we mnie jak pies rozdrażniony, złość się pieniła, miłość się wzmogła i targała całym wnętrzem mej duszy. Postanowiłem mścić się na starcu, mścić piekielnie i do śmierci; postanowiłem pannę zabrać, posiąść, zadośćuczynić mym żądzom i przez córkę mścić się jeszcze na ojcu. Jednakże w tym delirium gorączki, żądz, zemsty, złości miałem chwile, w których cichy, nieznany mi dotąd, spokojny głos serca odzywał się we mnie. Chciałem wtedy upaść do nóg obrażonemu i rozgniewanemu starcowi, pokornie prosić o rękę panny, ożenić się z nią, pogasić w sobie wszelkie gwałtowne ognie, poprzytłumiać szaleństwa, osiąść w domu, oddać się pracy, służbie jakiej dla kraju i stać się takim człowiekiem, jak inni, jak wszyscy. Był to głos, który dawał jawne świadectwo słabości ducha mojego, był mi przeto nudny, nieznośny, ale zarazem tyle silny jeszcze, że pomimo wszystkich planów moich ukartowanej już zemsty, musiałem przynajmniej spróbować jemu zadośćuczynić.
W tym celu i duchu napisałem list do pana Wita i odesłałem go przez dworzanina. Pan Wit list odebrał, potem ławę kazał położyć na ziemi, dworzanina na ławę, list na dworzaninie, a na liście odpisał wymowną stoma bizunami odpowiedź.
Po odebraniu tej odpowiedzi w jednym okamgnieniu już byłem na koniu i na czele uzbrojonych pięćdziesięciu kozaków. O zachodzie słońca popędziłem do wsi pana Wita. Kozaków zostawiwszy opodal, sam podjechałem o kilkadziesiąt kroków pod bramę. Trząsłem się cały, wnętrzności darły się we mnie, paliło mi się w mózgu, iskry z dymem wylatywały mi z gęby i nozdrzów. Czułem, że diabeł z całą swoją mocą był we mnie. Gdybym był zaraz uderzył, byłbym mur chiński w gruzy powalił, ale ja chciałem dwór jeszcze obaczyć, jego gładkim widokiem się jeszcze rozjątrzyć, abym tym silniej i zapalczywiej uderzył i tym większą potem miał radość, patrząc na jego ruinę. Patrzałem więc. I z szatańskim w mej duszy uśmiechem patrzałem na ów dworek drewniany, jak śnieg bieluteńki, z równie białym ganeczkiem o czterech słupach, na którego czole przybita była Matka Boska Ostrobramska, która ze łzami w oczach i z uśmiechem na licu patrzała na zielony, przed gankiem wyciągnięty dziedziniec, na którym w środku trzy lipy stały z darniowymi ławkami i kamiennym stolikiem pomiędzy sobą. Na dziedzińcu igrały dworskie dzieci ziarnem, którego dość tam było, a gołębie, siedząc trzema wieńcami na lipach, zlatywały na dzieci i pokarmiwszy się z rąk ich pszenicą, nazad podlatywały, siadając każdy na swoje miejsce, aby się wieniec który nie rozerwał. Bzy kwitły natenczas i głogi się rozwijały, przechylając się kwieciem swoim przez płoty, którymi był ogrodzony dziedziniec; trzódki wracały z pola i dzwoniły z daleka, fletnia się odzywała zza lasu, powietrze pełne woni cudownej rozścielało się dookoła, a słońce, chowając się za góry, ostatnie promienie swoje posyłało na lipy, na dwór i dziedziniec. Cha, cha, cha! Jak to pięknie było! Istna bukolika337. Stałem na koniu, za krzakami bzu i iwiny schowany, i patrzyłem, i cieszyłem się, że tu jest tyle szczęścia, tyle spokoju, tyle niewinnej piękności... i szatan cieszył się we mnie, że to wszystko jest w moim ręku, że nad tym wszystkim wisi zemsta moja i że za chwilę z tego wszystkiego nie będzie tylko to, co ja zechcę... kropla krwi i garść popiołu!... Kiedy tak myślę i różne ognie warzą się w mojej głowie i sercu i kiedy już tylko co mam uderzyć, dał się słyszeć dzwonek z niedalekiego kościołka, wołający na Anioł Pański. Zaśmiałem się. Zdawało mi się bowiem, jakby który z moich kozaków zakradł się do dzwonnicy i sygnaturkę dla konających poruszył. Niebawem jednak ruch się zrobił we dworku, ruch niewielki w dziedzińcu. Gromadka ludzi różnej płci i różnego wieku, pomiędzy nią dzieci nawet, a na ich czele pan Wit z córeczką, wyszła w dziedziniec i uklęknąwszy przed gankiem i obrazem, poczęła się modlić z wielką pokorą. Na ten widok coś mnie zapiekło w sercu, mróz poszedł po ciele. Oniemiałem, ręce i nogi poczęły mi drętwieć, namiętności kładły się jedna po drugiej. A kiedy drugi raz tenże sam dzwonek się odezwał, mimowolnie skręciłem koniem i w milczeniu odjechałem ku moim kozakom. Milcząc, ze spuszczoną głową i nie wiem o czym myślącą, przejechałem pomimo nich i puściłem się stępa drogą ku zamkowi wiodącą. Nie wiem, jak długo tak zamyślony jechałem, jednakże wkrótce coś mnie znowu piknęło, obudziłem się i zaśmiałem się sobie w oczy i ze siebie. Potem wpakowałem koniowi ostrogę, zmieniłem front i kopnąłem się całym pędem na powrót do pana Wita. Z całą bandą moją stanąłem przed bramą. Teraz już wszystko wyglądało inaczej... był już wieczór natenczas... słońce już zaszło było... ziemia siniała... księżyc wyszedł na niebo i w lisią czapkę zawinięty, wróżył świętojankę... czeladka wszystka już spała... okna były pootwierane w dworku... cisza była jak na cmentarzu. Popatrzyłem jeszcze raz na ten dworek i szepnąwszy kozakom: „Starca i pannę żywcem na koń i do zamku!” — uderzyłem i obskoczyłem dom cały. Co się tam gdzie działo po innych stronach, tego nie wiem; jam skoczył do pokoju, w którym spała panna. Znalazłem ją rozebraną, przestraszoną, klęczącą na łóżku ze złożonymi rękami. Kiedym wpadł do drzwi, całkiem czarno ubrany i z ogromnym czarnym piórem u kapelusza, nie wiem, czy mnie poznała, czy nie, ale krzyknęła, padła i omdlała. Wtedy porwałem ją wpół, wskoczyłem na koń i popędziłem do zamku. W godzinę byłem już w domu. Panna moja przyszła do zmysłów, drżała jeszcze od strachu i przerażenia i długo milczała. Jednak w kilka godzin przemówiła, uspokoiła się trochę, dopytywała się o ojca, modliła się wiele i ustawicznie. Po północy kozactwo moje wróciło. Zapewniali mnie wszyscy, że żaden z nich ojca ani widział na oko i że krom trochę rabunku, nic się nikomu nie stało złego. To pannę uspokoiło jeszcze więcej, jednak nie mogła się ani patrzeć na mnie; o dawnej miłości swojej milczała, ciągle się troskała o ojca, ciągle jeszcze modliła. Ja ją wszelkimi sposobami pocieszałem i uspokajałem, przyrzekałem, że wszystko dla niej i jej ojca uczynię, że ją zrobię samowładną i nieograniczoną panią nad zamkiem, nad majątkiem moim, nade mną samym, i byłbym tego niezawodnie dotrzymał, bo krom niej nie było już nic innego w całym sercu i duszy mojej. Ona mnie słuchała, wierzyła i nie dowierzała, i śród oddawanych mi pieszczot nieraz wzdrygała się przede mną. Jam zapomniał o świecie całym i od stóp do głów stałem się cały miłością.
Tak trwało dni kilkanaście. Śród nich atoli z przyczyny tego wypadku taki się rumor zrobił pomiędzy szlachtą okoliczną, że kilku dworzan moich, których dla szpiegostwa wyprawiłem w sąsiedztwa, coraz więcej zatrważające przywozili mi wieści. Szlachta się burzyła, odkazywała, psy na mnie wieszała, zbierała się i nad czymś radziła. Powiadano, że pan Wit chodzi od dworku do dworku, od zaścianku do zaścianku, że błaga, prosi, zaklina, beczki z winem i miodem stawia po miejscach publicznych i krucjatę na mnie zbiera. Jednego wieczora nawet dano mi znać, że już zamierzają napaść na zamek; postawiłem załogę pod bronią, sam całą noc czuwałem, ale nic nie było. Dnia następnego Gintowt, który przez cały ten czas milczał, przyszedł do mnie i żądał rozmowy na osobności. Kiedyśmy byli sami, rzekł mi: „Pan popełniłeś zbrodnię, vim publicam, crimen338. Przyszedłem tedy ostrzec pana, iżbyś rzecz tę w dobry sposób zakończył i przebłagać się starał słusznie zagniewanego ojca, a ostrzegam pana nie tylko dlatego, że sprawka ta gardłem pachnie, ale i dlatego, że jeśli pan się w niej w jak najkrótszym czasie nie oczyścisz, to ani jeden uczciwy człowiek nie zostanie na pańskim dworze”. — Ja Gintowta za takie gadanie wyrzuciłem za drzwi, ale pomimo to słowa jego dobrze mi uwięzły w pamięci. Jakoż tego wieczora, znudzony jeszcze naleganiami panny, abym jej ojca jeżeli nie przywiózł do zamku, to przynajmniej odszukał koniecznie, i zachęcony jej obietnicami, że w takim razie uspokoi się całkiem i moją zostanie na wieki, wziąwszy kilku kozaków ze sobą, wyjechałem do dworku pana Wita. Dworek był, ale pana Wita nie było. Pytałem tam, pytałem wszędzie po drodze, nikt mi nic nie odpowiadał. Późnym wieczorem powróciłem do domu... i cóż powiecie na to?
Wjeżdżam do zamku i już na samym wstępie uderza mnie to, że jakaś niezwyczajna cisza w dziedzińcu. Pytam, wołam, nigdzie nie masz nikogo. Z bijącym sercem i trzęsącymi od złości wargami zeskakuję z konia, wpadam do zamku, przebiegam wszystkie pokoje... nigdzie żywej istoty. Cisza, milczenie, pustka, jakby tu dżuma dopiero była i wszyscy na nią wymarli. Nie może mi się pomieścić w głowie, co to jest, jestem jak głupi, jak zaczarowany, snem mi się to wszystko wydaje. Wypadam na dziedziniec, przebiegam wszystkie kąty, wszystkie oficyny, gumna, stodoły, ogród, piwnice, ruiny... wszędzie taż sama cisza, taż sama głuchota i nigdzie ani żywej duszy. Kozacy, którzy jeździli ze mną na tę wycieczkę, powrócili i także nie mniej zdziwieni poglądają po sobie, lecz milczą. W wściekłości prawie rzuciłem się na nich, pytając, co to? Długo nic nie mówili, aż kiedym jednemu pistolet wymierzył do piersi, zawołał: „Powiem, panie”. — „Mówże!” — krzyknąłem. — „Pewnie pan Gintowt wykradł pannę — mówił kozak — i trochę kozaków zabrał z sobą, bo już od kilku dni nas burzył”. — „Gintowt? — krzyknąłem z wściekłością. — O! Poczekajże, wraży synu! Kruki się twoim ścierwem napasą!...” — I do północy rzecz się wyjaśniła. Istotnie tak było. Gintowt spisał moich kozaków przeciwko mnie i pannę wykradłszy, uciekł. Reszta kozaków i innej służby, która mi wierna została, spostrzegłszy, co się stało, wsiadła na koń i popędziła za nimi, ale na próżno. Sto szlachty czekało na granicy wsi moich i porwawszy Gintowta z panną pomiędzy siebie, stawili czoło zamkowej pogoni. Pogoń ta uderzyła na nich, ale bez skutku; kilku z nich padło na miejscu, kilkunastu zaś rannych i reszta zdrowych powróciło po północy do domu i o tym wypadku szczegółową mi zdało relację. Takim sposobem tyle usiłowań moich poszło na nic z kretesem!...
Ten cios zadany już ugruntowanej miłości, a nade wszystko dumie i ambicji mojej, wzburzył mnie całego i rozburzył na chwilę. Przez kilka dni byłem jak wariat. Dostawałem najprawdziwszych napadów furii, wściekłości, diabelstwa. Wtedy wybijałem szyby u okien, druzgotałem sprzęty, strzelałem w łby koniom, chciałem nawet siebie zabić na koniec. Za odebranie panny mojej i możność pomszczenia się na jej ojcu, na Gintowcie i szlachcie okolicznej, za wycięcie w pień owych szlacheckich zaścianków, którzy w największej części składali pana Wita krucjatę, byłbym zaraz był dał życie i duszę diabłu samemu w ręce. Wychodziłem w tym celu nocą na wierzch ruin zamkowych, do piwnic, na góry oddalone i łyse, do czarownic, do trupiarni, pod szubienice, wołałem go i zaklinałem — ale go nigdzie nie było. Przekląłem nareszcie siebie, żem jest tak ubogi i słaby, że sobie sam nie mogę dać rady, i upadłszy na ziemię, krew mnie zalała339.
Jak długo leżałem chory, kto mi usługiwał, kto chodził przez ten cały czas koło mnie, nic nie wiem; wychorowałem się jednak i w kilka tygodni, lubo340 jeszcze z łoża powstawać nie mogłem, miałem się już o wiele lepiej i byłem całkiem przytomny.
Wtedy przyjechał do mnie jeden ze znakomitej szlachty z Warszawy, którego podczas mojej w stolicy bytności poznałem. Szlachcic ten mówił bardzo wiele, zawile i długo, z czego jednak to wyrozumieć zdołałem: że wiadomość o mnie i o moich uczynkach rozniosła się po całym kraju i doszła do uszu króla, który jest tym oburzony i na przykładne ukaranie mnie koniecznie nastaje; że pozew o gwałt publiczny i najechanie domu szlachcica, jako też i o owe dawniejsze moje egzekucje bez sądu, już jest wniesiony; że sprawa ta przez całe obywatelstwo gwałtownie na zgubę moją popieraną będzie i że ani włosa nie chybi, tylko szyję dać przyjdzie. Jednakże w razie takim, gdybym się przed rozpoczęciem tej sprawy zawczasu wynieść chciał za granicę, nie miałbym się czego obawiać — wszystkie trybunały i w ogóle całe sądownictwo jest w ręku partii, która ma potężną Familię341 na swoim czele — partia ta zaś nie da mi ani jednego włosa strącić z głowy, jeżeli akces342 do niej uczynię. — Tak mówił szlachcic. A wiedziałem, że prawdę mówi, i wiedziałem to, że partia taka, partia po prostu Familii w rzeczy istnieje w kraju, że partia ta jest silną. „W toż mi graj!” — rzekłem sobie. Dałem więc rękę szlachcicowi, że wyjadę — on mnie — że mi ani włos z głowy nie spadnie — wydałem jemu plenipotencję do administrowania dóbr moich — i wyjechałem do Włoch. Wszystko to uczyniłem w nadziei powetowania krzywd moich — powetowania krzywd i wzięcia pomsty nad szlachtą, rozbestwioną na mnie niewinnie, i nad owym starcem piekielnego umysłu, który jeszcze w dzień śmierci mojego ojca zaklął fortunę moją, ażeby w nią diabeł wlazł i rozniósł ją na cztery wiatry! Ale... do dziś dnia nie dał mi Pan Bóg dokonać tej sprawiedliwej zemsty mojej — i może... Ej! Co tam! Wy już śpicie podobno343! — zawołał Murdelio, przerywając swoje opowiadanie.
Myśmy nie spali, lecz milczeli.
— Śpicie już? — spytał on znowu.
— Ależ dlaczegóż byśmy spać mieli? Cale nie śpimy — odpowiedział pan Fredro — ale powiadaj dalej. Więc to wtenczas zdybaliśmy się we Włoszech?
— Wtenczas! — odpowiedział Murdelio. — Wtenczas! — i wypił kilka szklanek wina od razu.
— Hej — zawołał gospodarz — wina!
Kiedy przyniesiono wino, poczęliśmy pić de noviter repertis344, wymyślając różne zdrowia, to takie, to owakie. I ja piłem równo z nimi, ale mi jakoś nie smakowało, piłem, ale mogę powiedzieć, że mi każda kropla krwi w gardle stawała, kłując mnie jak kość albo piekąc jak ogień. Po chwili Murdelio się znów zaczerwienił i na nowo nabrał ferworu; jakoż, podżegnięty przez gospodarza, mówił tak dalej, urywając już atoli lada chwila345 i popijając całymi szklankami.
— Jakim byłem przez cały pierwszy rok mego pobytu we Włoszech, nie potrzebuję ci tego opowiadać. Krwi by się nikt był mnie nie dorżnął. Drugiego roku dowiedziałem się, że panna moja w kilka tygodni po ucieczce ode mnie poszła za mąż za jakiegoś chudego szlachcica, stolnika rzeczyckiego, i że w siedm miesięcy po ślubie powiła córeczkę. Jedno mnie rozjątrzyło na nowo, drugie pocieszyło cokolwiek. W trzy lata dano mnie znać, że już sprawa moja zagładzona zupełnie. Dotrzymano mnie słowa, wróciłem, i ja też dotrzymałem mojego. Przystąpiłem do partii Familii i przez lat kilka dobrze się zabawiałem. Zrywać sejmiki, pić i agitować ze szlachtą, trząść trybunałami i całym sądownictwem po kraju, cha, cha, cha! To przepyszna rozrywka! Ani na wagę złota nigdzie by jej nie można dostać podtenczas w całej Europie. Kiedy mnie Londyn i Paryż, i Rzym, i Neapol już aż do czczości znudziły swoimi redutami, karnawałami, kobietami, dworami, Polska niespodziewanie przygotowała mi taką zabawę. Hulałem sobie tak przez lat pięć z górą. Porobiłem znajomości po całym kraju, wielu pozyskałem przyjaciół, niektórym znakomite oddałem usługi, niektórym stałem się zgoła niezbędnym. Ale dla moich zamiarów nic nie zrobiłem. Trochę szlachcie łbów natargałem, jednego nawet ścięto za moim powodem, ale nic zresztą. Stolnik rzeczycki, za którego poszła była moja panienka, mieszkał przez cały ten czas na Wołyniu i zapewne tam byli szczęśliwi. Nie chciałem im zresztą przeszkadzać, a lubo346 mnie piekło nieraz we wnętrzu, jednak ciężki już byłem, postarzałem się trochę, na koniec może i sposobności do tego nie było, a może mnie jeszcze jakie inne natenczas zajmowały widoki...
Ale po upływie onych pięciu lat z górą dowiaduję się nagle, że stolnik, zostawiwszy jeszcze drugą córeczkę prócz tamtej, umarł na apopleksję podobno. Wiadomość ta zbiła mnie z tropu. Odpadła mi chęć do burmistrzowania po sejmikach i zjazdach, odpadła ochota do pijatyki i hulanki po dworach, posmutniałem, różne myśli napełniały mi głowę, różne uczucia serce; pojechałem do domu, osiadłem na moim zamku i rok tam cały siedziałem. Śród tego czasu wielka we mnie zaszła odmiana. Wszystkie namiętności, wszystkie ognie pokładły się we mnie. Zapomniałem o zemście nad tym krajem, który mi tyle przyniósł nieszczęścia, nad szlachtą, która nie wiedzieć za co tak mnie nienawidziła i głównie do wydarcia panny niegdy się przyczyniła, nad owym starcem kamiennym, którego przekleństwo ciążyło nade mną. Całą duszę moją zajęła teraz spokojna, silna miłość dla stolnikowej; zapragnąłem widzieć ją koniecznie, jej córkę obaczyć i byłbym oddał wszystko, gdyby ona była oddała mi teraz swoją rękę i ze mną zamieszkała do śmierci. Począłem myśleć nad tym. W tym celu też niebawem kazałem odszukać Gintowta i napisałem list do niego, że mu wszystko zapominam, przebaczam, byle przyjechał do mnie i pomógł mi do wstąpienia na dobrą drogę. Gintowt odpisał mi, że on by mnie się gołą ręką nie dotknął, a kto się mną opiekował dotąd, niech się ten opiekuje i nadal. To mnie zrazu oburzyło, ale po dokładniejszym namyśle jeszcze w głębszy pogrążyło smutek i w czarniejszą zgryzotę. I jadły mnie te smutki znów jaki miesiąc. Nareszcie postanowiłem, bądź co bądź, jakiś koniec uczynić. Pojechałem na Wołyń. Przebrałem się znowu w kontusz i żupan, przybrałem zmyślone nazwisko i zasiadłem u znajomego szlachcica, w sąsiedztwie tej wsi, w której stolnikowa z panem Witem mieszkała. Intrygami zrobiłem to, że stolnikowa przyjechała do tego domu z wizytą — intrygami i to, że ją na chwilę zostawiono sam na sam w sali. Wszedłem tam. Była piękną jak anioł, piękniejszą może niż dawniej. Ale jak tylko mnie poznała, wydała krzyk okropny i zemdlała. Otrzeźwiłem ją i uklęknąwszy przed nią, prawie jednym oddechem wypowiedziałem jej wszystko, co miałem i mogłem końcem dopięcia mojego zamiaru powiedzieć. Nie uwierzyła mi. Ponowiłem zaklęcia, zaostrzyłem przysięgi. Wtedy zmiękła, mówiła ze mną długo, przyrzekła o tym mówić z swym ojcem i rozeszliśmy się. Przez cały tydzień, przez który wyczekiwałem jej odpowiedzi, raj miałem w myślach, raj w sercu, raj w całej duszy mojej. Dnia ósmego dostałem list od niej, w którym mnie zaklinała na wszystkie świętości i obowiązki, abym natychmiast z tego miejsca odjechał, że ona wszystko już zrobi sama i o wszystkim mnie do domu doniesie, żebym tylko był cierpliwy i nie poczynał żadnych kroków gwałtownych. Odpisałem zaraz i przysiągłem najuroczyściej, że natychmiast odjadę, że najspokojniej będę w domu wyczekiwał jej doniesienia, że żadnego, a żadnego kroku nie pocznę, i dodałem niebacznie: choćby rok, choćby dwa, choćby nawet lat dziesięć. Na drugi dzień wyjechałem do siebie. I zacząłem wieść życie porządne, pracowite, gospodarstwu i nadwerężonym sprawom majątkowym oddane. W miesiąc odebrałem list od niej, w którym i pisze, że ojciec jest twardy i nieubłagany, że ani sobie mówić nie daje o mnie, ale żebym był przeto spokojnym i cierpliwym; że ona ma jeszcze całą i pełną nadzieję i że o naszej wspólnej przyszłości ani na jedną chwilę nie zapomni. Wszystko było kłamstwo i oszukaństwo! Bo ani jednego słowa nie mówiła o mnie. Ale ja o tym nie wiedziałem i to mnie jeszcze pokrzepiło i poprawiło. Oddałem się z większą jeszcze usilnością pracy, gospodarstwu, domowi. Począłem na nowo robić znajomości ze sąsiadami; twardo szło zrazu, bardzo twardo, ale kielich pełny i stół otwarty przecie niejednego mi gościa przyciągnął. Przynajmniej ci, którzy byli stronnikami Familii, nie wahali się mnie nawidzić347. W dwa miesiące dostałem list drugi, nareszcie i trzeci od stolnikowej; obadwa były takie same, jak pierwszy, obadwa z bojaźni przed mniemaną gwałtownością moją obiecujące złote góry na przyszłość — jednak nie zrażało mnie to, postanowiłem już czekać. Śród tego czekania jednak widziałem jawnie, że tylko to jedno mogłoby tego starca nakłonić ku mnie, gdyby poprawiona reputacja moja na drodze publicznej doszła do jego uszu. Potrzeba było to zrobić. Otworzyłem tedy na ścieżaj wrota mojego zamku, począłem dawać obiady, wymyślać zabawy, polowania i różne hece i zapraszałem na to szlachtę z bliskich i dalekich okolic. Jednak to mi się nie udało. Co należało do mojej partii albo co było lada jakie, to bywało u mnie tłumami — innych atoli niepodobna mi było przywabić. Omijali mnie jakby dżumę. To mnie gniewało i na nowo jątrzyło; jednak tłumiłem w sobie mocą wszelką namiętność, a raczej rzuciłem się do innego środka. Około tego czasu książę Karol Radziwiłł, jeszcze miecznik litewski, zgromadził był swoją, tyle sławną potem po świecie, bandę albeńską. Banda ta, lubo także nie lada jakie gwałty i roznoszone pomiędzy szlachtę niepokoje były jej codzienną zabawką, miała jednak pewne znaczenie i sympatię w kraju. Postanowiłem przystąpić do niej i odznaczywszy się przy niej jakimiś świetnymi czynami, zmienić o sobie opinię w świecie i dopchać ją do uszów pana Wita. Napisałem więc do księcia, deklarując mój akces. Banda ta ani jej hetman nie wdawali się w pisma, ale odpowiedzieli mojemu dworzaninowi, że przeciw diabłom weneckim chętnie wojować będą, ale sukursu od nich nie przyjmują. Ta odpowiedź, której się wcale nie spodziewałem, wprawiła mnie w wściekłość; zapomniałem o stolnikowej, o miłości mojej, o szczęściu przyszłym, o nadziejach, o wszystkim. Zemsty! Zemsty pragnąłem jak hiena trupów i kości. Ale kiedy już co nie idzie, to już całkiem nie idzie! Chciałem zbuntować tę szlachtę, która u mnie bywała, i uderzyć na Albę348, ale nikt nie miał odwagi występywać przeciwko księciu; i nie dość na tym, że do mnie przystąpić nikt nie chciał, ale jeszcze na nowo wszyscy ode mnie odskoczyli i na nowo jakieś piekielne plotki porozsiewali o mnie. Zostałem znowu sam... ale srodze ciężką była mi ta samotność moja! Zrazu burzyły się we mnie znów wszystkie namiętności, wszystkie pożądliwości, wszystkie złe i dobre pochucie i przez czas jakiś byłem jak wóz długimi podróżami skołatany, przez kilkanaście szalonych koni po kamienistej drodze ciągniony; ale wkrótce konie się zasapały, spieniły, wóz stanął i zastrzęgł349 w błocie. Wtedy zaciąłem zęby i strawiłem w sobie wszystko, co mnie kiedykolwiek dotknęło. Od stolnikowej długo nie odbierałem listu — na koniec dowiedziałem się, że wraz z ojcem i dziećmi gdzieś wyjechała. Na tę wiadomość łzy mi się już tylko puściły z oczu — płakałem. Potem żółć się we mnie wylała, chorowałem, a po chorobie zapomniałem o wszystkim... Wyjechałem po raz trzeci do Włoch. Bawiłem tam znowu lat kilka. Nareszcie król umarł. Nastąpiło bezkrólewie. Powróciłem do kraju. Osadziliśmy tego na tronie, któregośmy chcieli, bez sprzeczki, bez sporu, bez krwi rozlewu. Mruczano wprawdzie na nas trochę po kątach, aleśmy samym spojrzeniem gęby im zamykali. Ja już osiadłem na wieczne czasy na moim zamku i siedziałem na nim spokojnie. Teraz tylko chwilami, kiedy sobie przypomnę szlachtę moją lub stolnikową, wylatuję ze zamku, ale to na czas krótki, na chwilę tylko. Nie masz sprawiedliwości na ziemi! Tam, tam dopiero! — wołał zaczerwieniony Murdelio i oczyma iskrzący. — Tam! — ale pomiarkowawszy się, dodał łagodnie. — Tam będzie kara dla złych, a dla dobrych nagroda.
Myśmy słuchali obadwa z panem Fredrem tej diabelskiej spowiedzi i obadwaśmy, jakby niemi, milczeli. Byliśmy pijani potężnie, a mnie osobliwie dziwnie się kręciło po głowie; różne mi się myśli snuły, różne obrazy i przypomnienia, ale to powtarzałem sobie nieraz, a przynajmniej teraz to mówię: że kiedy się społeczeństwo rozprzęga, takie rodzi potwory.
Tymczasem, klasnąwszy w dłonie, pan Fredro:
— Hej! — krzyknął. — Pić nam dawajcie! — a do Murdeliona łagodnie: — No i jakżeż? I już całkiem nie myślisz o twojej podczaszynej czy stolnikowej?
— Jeszcze dziesięć lat nie minęło — odpowiedział Piotrowicz.
— Cha, cha, cha — zaśmiał się pan podstoli — to już niebawem będzie miała wnuczęta.
Murdelio na to tylko zgrzytnął zębami jak zwierz i nic nie odpowiedział, a tymczasem wniesiono wino. Więc piliśmy znowu. Pan Fredro się chwalił tym winem i prawda, strzelały butelki, pieniły się szklanki, wabiło ono do siebie misternie, ale ja już nie mogłem. Lałem w siebie, ale tylko przez przymus. Murdelio gadał coś dalej, coraz głośniej, coraz dobitniej, ale ja już kiwałem się tylko na stołku i mimowolnie drzemałem.
Aż nareszcie opowiadający coś krzyknął głośniej, z całej siły w stół pięścią uderzył, jam spadł ze stołka na ziemię, a na mnie szklanki, butelki i wina strumienie, które, lejąc się po mnie, piekły mnie i parzyły jak wrząca smoła lub kruszec jaki roztopiony do płynu. Co się koło mnie zresztą działo — nie wiem, bo leżąc popieczony na ziemi, nic nie widziałem; to tylko pomnę, że się zaraz po upadnięciu moim śmiech taki głośny rozległ po całej izbie, że się aż dom zatrząsł cały i podłoga zadrżała pode mną. Po chwili diabeł sam in persona przyszedł do mnie, a wziąwszy mnie pod pachę, rozpuścił ogon i skrzydła i uleciał ze mną w powietrze. Niosąc mnie i gniotąc nielitościwie po żebrach, i wyrzucając nosem i gębą kłęby dymów siarczanych i smolnych, świstał tak przeraźliwie, że aż ciemność owej otchłani, którą szła ta wędrówka, rozstępowała się przed nim. Wtedy to gdzieś daleko pod sobą widziałem ziemię piękną i zieloną, na niej niebieskie wstęgi wód i lasami zjeżonych gór brunatne pasma, na niej wsie spokojne, okolone sadami, święte kościoły, starymi ocienione drzewami, brudne miasta, przykryte mgłami dymów i kurzu... i wszystko to zmieniało się przed moimi oczyma co chwila, i przesuwało się tylko jakby malowana wstęga pode mną, bom ja leciał jak wicher stepowy, bez pamięci, bez końca...