IV

Kiedym śród tych dziwnych wydarzeń na powrót przyszedł do przytomności, dzień już był biały, ja leżałem w łóżku, a mój Węgrzynek stał nieporuszony nade mną.

— Co się dzieje? — zawołałem, przecierając obydwiema rękami sklejone oczy.

— Nic, panie, wszystko dobrze — odpowiedział sługa.

— Gdzież jestem?

— U siebie w łóżku; niech pan będzie spokojny.

Dopiero odetchnąwszy z pełnej piersi i obejrzawszy się dobrze, przekonałem się w rzeczy350, żem jest w domu u siebie i leżę na moim własnym łóżku. Uspokojony tedy cokolwiek, spytałem znowu:

— Jakże ja się tutaj dostałem?

— Nic, panie, wczoraj pan sobie trochę pozwolił i upadł pan przy stoliku koło tamtych panów na ziemię; ja przybiegłem, chciałem pana rozebrać i położyć na łóżko, ale że tamten pan, co to z mnicha się przerobił na pana i pojechał z nami do Hoczwi, chciał koniecznie zaraz odjeżdżać, więc złożyliśmy pana na skarbniczek i przywieźli nocą do domu.

— To mnie przecie diabeł nie niósł pod pachą ponad ziemię! Panu Bogu niech będzie chwała! A gdzież tamten pan jest? Śpi jeszcze?

— O, gdzież tam, panie! Już i miejsce po nim zastygło.

— Jak to! Odjechał?

— Odjechał, panie. Spał może ze dwie godzin, potem godzinę rozmawiał z karczmareczką, która tu wczoraj wieczór przyjechała z Tarnowa, przebrał się i odjechał.

— Z jakąż znów karczmareczką?

— Owa karczmareczka — odpowiedział Węgrzynek — u której my stanęli noclegiem w Tarnowie wtedy, kiedy to się tam szlachta pobiła z żołnierzami; przyjechała tutaj wieczorem i czeka, póki się jegomość nie zbudzi.

— Cóż to może być takiego? — zapytałem się siebie półgłosem, ale z bijącym i niespokojnym sercem, jakby mnie co złego napotkać miało. Rzekłem więc do Węgrzynka:

— Dawajcie mi suknie, niech się prędko ubiorę, a ty idź, powiedz tej karczmareczce, żeby tu przyszła.

Jeszcze się ubierałem, kiedy w rzeczy samej weszła też karczmareczka, w której gospodzie, podczas mojej drugiej w Tarnowie bytności, przez strzał z pistoletu uspokoiłem burdę — weszła, mówię, taż karczmareczka i pokłoniwszy się pięknie, rzekła:

— Całuję nóżki jegomości.

— Jak się masz, duszeczko? — odpowiedziałem. — Miło mnie bardzo cieszyć się twoim widokiem pod moją własną strzechą, jednakże spytać muszę, co cię tu przypędziło do mnie tak daleko i po takich złych drogach?

— Nic tak nagłego — odparła ta piękna niewiasta z filuternym uśmiechem na ustach — tak, wolna wola moja.

— Wolna i nieprzymuszona? — rzekłem żartując. — To bardzo ładnie; ale czy nie będzie to co szkodzić nietkniętej reputacji twojej, kiedy się o tym dowiedzą w Tarnowie?

— Wielmożny pan sobie żartuje; widać, że zdrów jest i nic mu nie braknie.

— Braknie albo nie braknie — opowiedziałem — ale jakżeż tu nie żartować, kiedy z tym Węgrzynkiem już sobie rady dać nie można. Dalej i po gazetach zaczną pisać o tym, jaki to srogi bałamut.

Powiedziałem to w tym domniemaniu, że przyjazd karczmareczki do Bóbrki nie gdzie indziej miał swą przyczynę, jeno w bałamuctwie mojego Węgrzynka, który sławnym był z tego, że dziewczęta za nim szalały, a to do tego stopnia, że prawie żadna moja dalsza z nim podróż nie obchodziła się bez tego, żeby jakaś nieszczęśliwa ofiara, jeżeli nie osobiście za nim przywędrowała do Bóbrki, to przynajmniej przez listy albo przez posłańce do niego się nie zgłaszała. Była to wielka niecnota w tym kawalerze i zapewne godna tego, żebym go już dla niej samej nie cierpiał u siebie, ale zważywszy sobie jego cnót siedmdziesiąt z tą jedną niecnotą, a nade wszystko mając to na pamięci, że każdy sam za swoje grzechy odpowiadać będzie kiedyś przy ryczałtowym rachunku, poprzestawałem zrazu na napomnieniach — a nareszcie i tych zaniechałem, widząc, że one nie tylko nie skutkują, ale mu jeszcze tę zabawkę, czyniąc ją już podwójnie zakazanym owocem, tylko tym czynią łakomszą. Obaczywszy więc teraz ową karczmareczkę we dworze, musiał mi koniecznie przyjść na myśl Węgrzynek; jakoż raz jeszcze sobie zażartowałem, mówiąc:

— Niech go kat pali, tego Węgrzynka! Co?

— Wielmożny pan sobie żartuje — rzekła znów z flegmą a filuternie karczmarka — a tam może kto płacze za jegomością.

— Jak to? Za mną? — spytałem zadziwiony, bo mi na wieki wywietrzało z pamięci, że przede mną stojąca niewiasta była niegdy służebną w Źwierniku i że mogła wiedzieć o moich afektach, zgoła nawet o całym procederze351 tej sprawy. Tymczasem ona znów z wolna:

— Może bym się była pokłoniła jegomości od kogo, ale kiedy jegomość tak pusty, to widać już i zapomniał, co się działo niedawno.

— Nie może być! — zawołałem uradowany. — Może mnie co przywozisz z Źwiernika? Mówże prędko, za jedno słowo ocukruję cię całą.

— Panna Zofia kazała się kłaniać.

— Panna Zofia! — krzyknąłem w szale niewypowiedzianej radości i porwawszy karczmareczkę, posadziłem ją na kanapie, a sam, przysunąwszy sobie blisko niej krzesło, wołałem bez pamięci: — Mówże prędko, jak się ma panna Zofia? Kiedyś tam była? Kto cię tu przysłał? Co mówi matka?...

Ale ona, powstawszy z kanapy i wydobywszy maleńki listek zza gorsecika, oddała mi go, mówiąc:

— Kiedy tak, to czytajże sobie jegomość.

Wyrwałem czym prędzej z rąk jej ten listek i pobiegłszy do okna, rozpieczętowałem i czytałem po raz pierwszy tak łakomie, żem nic a nic nie zrozumiał. Dopiero przeczytawszy go po raz drugi i trzeci, dziwnie mi się zakłębiło w sercu i w oczach, szalona radość i najgłębsza boleść opanowały mnie zarazem, w jednym też momencie i roześmiałem się z pełnej piersi, i rzewnymi zalałem się łzami. Zosia bowiem pisała w ten sens:

„Wielce mnie miły Mości Panie Skarbnikowiczu! Nie umiem sobie sama tego wytłumaczyć, dlaczego tak naganny krok czynię, że bez wiedzy mamy piszę do Pana, ale to już inaczej nie może być. Po kilka razy sama sobie wytrącałam pióro z ręki i darłam list rozpoczęty; ale jakaś moc niewidoma przecie mnie przezwyciężyła na koniec, żem go dokończyć musiała. Może już tak Bóg chce, żebyś Waszmość koniecznie wiedział, co się tu dzieje. Wiedz Pan tedy, że z powodu tego nieszczęścia, które się tutaj stało, mama bardzo cierpi i posmutniała, dziadek także bardzo jest frasobliwy. Zuzia się śmieje, a jmć pan Lgocki ma na przyszły tydzień przyjechać po ostatnie słowo... Matka Najświętsza, do której zawsze, jak się wszyscy spać pokładną, ze łzami się modlę, prawdziwy cud swój pokaże nade mną, jeżeli mnie da zdrowo przenieść to wszystko, co się wciąż dzieje koło mnie i co się jeszcze dziać będzie. Nie ma już szczęścia dla mnie na świecie; niechże choć wiem, co się dzieje z Waszmością. Śniło mi się, że Waszmość bardzo jesteś zmartwiony; niespokojną jestem o niego, bo życzę mu z całego serca, abyś żył sto lat i był bardzo szczęśliwy, tylko mi napisz dwa słowa.

Zofia”.

Karczmareczka widząc mnie płaczącego, rzekła z troskliwością:

— Czegóż jegomość płacze? Czy tam stoi w liście co tak bardzo smutnego?

— Nic — rzekłem, tuląc się we łzach — pewno, że nic wesołego. Biedna Zosia!

— Oj, biedna, panie! Koniecznie ją chcą wydać za tego starościca, a tu darmo. Niebożątko po całych nocach płacze i ma rację, bo do czego to podobne małżeństwo z takim, z przeproszeniem jegomości, mazgajem, co jeno ludzie naśmiewają się z niego. Boże! Ani do tańca, ani do różańca; ja bym sama nie poszła za niego. Nie wiem nawet, co się przyśniło pani stolnikowej z takim panem młodym.

— Ot! Przyśniło jej się — odpowiedziałem — myśli, że już wygrała, kiedy jej zięć będzie miał o parę tysięcy więcej majątku niż inny.

— Boże! Boże! — zawołała karczmareczka, biorąc się oburącz za głowę. — Ta czegóż oni chcą od jegomości; przecież tu, chwała Bogu, i fortuna, i taki dostatek, że jeno chyba ptasiego mleka brakuje. I w Źwierniku więcej niczego nie ma.

— Widzisz! — rzekłem i otworzywszy żelazem okutą skrzynię, w której było kilkanaście worków pieniędzy. — Patrz! I tu jeszcze się najdzie.

— Jezus Maria! — zawołała karczmareczka. — I jeszcze nie chcą jegomości!

— A nie chcą.

— Powariowali, jak Pana Boga kocham.

— A powariowali — odpowiedziałem — ale powiedzże mi, jest jaka rada na to? Co myśli panna Zofia?

— Panna Zofia, nieboga, smutna bardzo i wciąż płacze. Przysłała po mnie ukradkiem do Tarnowa, bo ja to jeszcze od dziecka znam tę panienkę, przecie tyle lat byłam w tym domu, bo i prawdę powiedzieć, wychowałam się we Źwierniku. Otóż przysłała po mnie Zosia i powiada mnie: „Kasiu, zrób ty mnie to a to”. — I dlaczegóż bym była nie miała zrobić? Pojechać kilkanaście mil niewielka rzecz. Mąż i tak siedzi, nie sprzeciwi się temu — i pojechałam. Na odjezdnym mówiła mi Zosia: „Tylko, na miłość Boga, zaklinam cię, przekonaj się pierwej, co myśli o mnie pan skarbnikowicz; listu mu nie dawaj na żaden sposób, aż póki nie będziesz wiedziała na pewno, że tęskni za mną; ale kiedy się z nim rozgadasz, to powiedz jemu, że choćby mnie zabili, ja za Lgockiego nie pójdę”. — Zresztą nie wiem nic, bo prawdę powiedzieć, to i nie było czasu długo rozmawiać; zawsze to ten, to ów przejdzie i przeszkodzi. Tyleśmy tylko ze sobą gadały, co w oranżerii.

— Dziękuję ci bardzo, moja droga, za te najmilsze dla mnie nowiny i bądź pewna, że czy mnie Pan Bóg da kiedy dopiąć mojego zamiaru, czy nie, o tobie nigdy nie zapomnę, a kiedy już tak wszystkie, i moje, i Zosine wiesz tajemnice i kiedy od tak dawna poufała jesteś z domem źwiernickim, powiedzże mnie, jak ty rozumiesz, co tu począć w tym razie? Czy podług twego rozumienia jest jaka droga, którą byśmy mogli panią stolnikową ku sobie nakłonić, czy nie? Bo ja przyznam ci się, że lubobym352 Pan Bóg nie wie co nie dał za to, lubobym zaraz i połowę życia poświęcić gotów, jednak od dnia tej nieszczęśliwej rekuzy tak ogłupiałem, że ani jednej myśli w ład przyprowadzić nie mogę.

— A cóż ja mogę wiedzieć, panie? Przecie jegomość ma lepszy rozum ode mnie.

— Ba, rozum! Człowiek ma rozum wtedy, kiedy ma szczęście, ale jak nieszczęście, to i największy rozum cudzych rad łaknie. Słuchaj, ty masz także rozum, jak widzę, i wiesz pewno niejedną rzecz; czy nie można by czego dokazać przez Zuzię?

— Ej! Szkoda mówić, panie; to takie niedobre pannisko, że prędzej co komu złego zrobi, niż pomoże.

— A stary jegomość?

— Ta! Stary jegomość jedno, drugie słowo by mógł dorzucić, ale przecie nie to się dzieje, co on chce, tylko to, co pani.

— A któż by? No, może jaki sąsiad albo sąsiadka mogłaby co wymóc na samej pani? Bo, jak mi Bóg miły, tak bez cudzej pomocy ja sam ani kroku już nie zrobię. Krew się zagotowała we mnie i takem wyjechał z Źwiernika, że gdzieżby mnie tam teraz oczy pokazać samemu?

— Hm! — rzekła karczmareczka, uśmiechając się do mnie. — Jegomość się mnie radzi, a dalibóg, że jegomość tylko żartuje ze mnie. Wie jegomość dobrze, kędy najlepsza droga.

— Jak to, duszeczko? Jak ciebie kocham, tak nic a nic nie wiem.

— A cóż tu robił ten mnich u jegomości?

— Jaki mnich? — zapytałem.

— O, o! Jużci dopiero co przed godziną odjechał.

— Murdelio? — zapytałem zdziwiony. — A cóż on może?

— Oj! Dużo może! — odpowiedziała karczmareczka. — Dla siebie może nie wszystko, ale dla innych u pani stolnikowej wszystko.

— Nie rozumiem ciebie; powiedzże mi, co wiesz o tym Murdelionie?

— Ej! Na co tam jegomości wiedzieć! To tylko jegomości powiadam, że kiedy by on chciał, to zaraz by to zrobił, żeby Zosię dali jegomości.

— Ale powiedzże mi, co wiesz o nim?

— Nikt nic nie wie, ale ja wiem wszystko. Albom to raz podsłuchiwała pode drzwiami, kiedy, bywało, po całych godzinach rozmawia z panią stolnikową w osobnym pokoju? Nikt nic nie wie, ale ja wiem; to jest przebrany kochanek pani stolnikowej, pan wielki, aż gdzieś het z Litwy czy stamtąd, skąd jest stary jegomość. On się starał dawnymi czasy o panią stolnikową, kiedy jeszcze była panną, i już miało przyjść do tego, ale nadeszła wojna, on poszedł do żołnierzy, potem pojechał z wojną w dalekie kraje, a kiedy wrócił, to już zastał panią stolnikową zamężną. Przymusili ją pójść za stolnika; tak mnie to stary furman powiadał, który tu z państwem przyjechał aż z tamtych krajów. Otóż Murdelio, kiedy z wojny powrócił i zastał panią już zamężną, to bardzo desperował i pani także dnie i noce płakała, bo i ona była jego wolała niż tamtego. Ale cóż, kiedy już ręce były stułą związane? Przecie Murdelio, kochając panią, chciał koniecznie co na to poradzić i może byłby co poradził, gdyby był z Bogiem zaczął; ale on diabłu duszę zapisał i z jego namowy męża pani zabił. Potem chciał się z panią żenić, ale już pani nie chciała. Otóż on za swój grzech teraz pokutuje, a jak go odpokutuje, to się z panią ożeni. I pani jakoś teraz już nie bardzo ma ochotę iść za niego; podobno go się boi, ale przecie pani go kocha jeszcze. Pani by wszystko dla niego zrobiła, tylko iść nie chce za niego, a on nieraz tak prosi, tak ją po rękach całuje, klęka przed nią, dalibóg, panie, on klęka przed nią, sama to przez dziurkę od klucza widziałam. Ale na co jej tego? Kiedy on już diabłu duszę zapisał, a kiedy by pani poszła za niego, to i jej dusza pewno by przepadła... i ona pewno nie pójdzie za niego; ale żeby jej tylko słówko powiedział, to Zosię zaraz by panu dała.

Kiedy ta karczmareczka mówiła, ja się przechodziłem po izbie i słuchałem jej pilnie, gdy atoli skończyła, ja stanąłem i rzekłem:

— Moja droga! I ja także cokolwiek wiem o tej historii, bo i ja podsłuchiwałem pod drzwiami pani stolnikowej, a lubo ta rzecz ma się wcale inaczej, niż ty powiadasz, to jednak proszę cię i zaklinam na wszystko, żebyś o tym nikomu ani jednego słowa nie wspominała. To, co pani stolnikowa dziś cierpi, czy to wskutek dziwnego tylko przypadku, czy wskutek własnej słabości, której opanować nie umie, powinno zostać tajemnicą na wieki. Ja sam nawet, choćby nie dla niej, to dla siebie i Zosi, jestem koniecznie za tym, żeby to się nie rozsiewało, bo chociaż wiadomość moja o tym nigdy na nic mi się nie przyda, bo takiego środka do dopięcia mojego celu nigdy nie użyję, toż gdyby się ona rozniosła pomiędzy ludzi, mogłaby mi bardzo szkodzić. Dlatego też i to powiadam tobie, że projektu, który mi podajesz, cale353 nie uskutecznię. Jeżeli jest w tym wola Boża, ażeby Zosia była moją, to się to stanie bez cudzej pomocy. Gorzki by mi był dar ten, który by mi przyszło przyjąć z ręki Murdeliona.

— Ja nie widzę nic w tym złego — rzekła mi na to karczmareczka — jeżeli jegomość Murdeliona użyjesz za swata; człowiek sobie radzi, jak może.

— Zostawże już to mnie, moja kochana — odpowiedziałem i urwałem rozmowę. Po chwili jednak, począwszy na nowo, obradziłem się z karczmareczką, że bądź co bądź później uczynić wypadnie, teraz przynajmniej należy chwytać za to, co sam los szczęśliwy podaje, i z Zosią stałe utrzymać relacje. Wielka to będzie dla nas obojga ulga i pociecha. Ale ponieważ ona mi powiedziała, że na żaden sposób często do Bóbrki przyjeżdżać nie będzie mogła, bo jej mąż jeszcze ciągle siedzi w kałauzie, a nawet już raz powiadano, że go wieszać będą, więc zdecydowałem się pod jej opiekę oddać mojego Węgrzynka, którego ona obiecała tak introdukować354 w Źwierniku, żeby mógł, przez nikogo niepostrzeżony, tylko przez wtajemniczyć się w to mającego ogrodnika tamtejszego sukursowany355, listy od Zosi odbierać, mnie przywozić i nawzajem jej moje doręczać. Tymczasem zaś, odpisawszy list Zosi, w którym jej wypisałem wszystkie moje afekta i na wszystko najświętsze zakląłem, aby tylko czas jakiś wytrwała, oddałem go karczmareczce, naładowałem jej wóz leguminami, wędlinami i Węgrzynkiem, dodałem do tego jeszcze kilkanaście dukatów i wyprawiłem z Panem Bogiem do Tarnowa. Sam zaś zostałem znowu smutny i srodze rozmiłowany, o tyle jednak miałem się lepiej, o ile mi wiadomość od Zosi przyniosła ulgi i nadziei.

Tego dnia po obiedzie przysłał pan podstoli kozaka do mnie z zapytaniem, jak się mam i czym zdrów dobrze, zapraszając mnie oraz, iżbym chorego Urbańskiego odwiedził. Ale ja, zapewniwszy się od kozaka, że pan Urbański ma się o wiele lepiej, kazałem powiedzieć, żem niezdrów i że kilka dni muszę pozostać w domu. Chciałem być sam z moimi myślami tylko i z listem Zosi, któren, po kilka razy do dnia odczytywany przez mnie, wielką mi sprawiał pociechę, a nieraz nawet taką ułudę, jakbym zgoła z samą Zosią rozmawiał. I to mi było najmilej.

Tak w różnych myślach i przypomnieniach minęło mi znowu dni kilka. Ale jeżeli przypomnienia te, im częściej je przywoływałem przed oczy mej duszy, tym mi się stawały milszymi, toż myśli moje tylko coraz to czarniejszy wlokły za sobą smutek. Bo i jakżeż nie było mnie być smutnym natenczas?... Czyż listy Zosi nie były tylko chwilową i nader kruchą pociechą? Czyż wykryte przez matkę, co się lada chwila stać mogło, nie pogorszyłyby całej tej sprawy i nie przyćmiły jeszcze bardziej wszelkich naszych nadziei? Czyż miałem jaką pewną postępowania drogę nadal wytkniętą? Czy mogłem liczyć na czyją pomoc? Czy mogłem liczyć na pomoc boską, nie pomagając sam sobie? O! Smutny, bardzo smutny był stan mój natenczas, tym smutniejszy, ile że to wiedziałem do siebie, że z namysłem jeszcze żadnego przedsięwzięcia nie doprowadziłem do skutku. Byłem młody i czerstwy i Pan Bóg rzucił młodość moją w takie czasy, w których wiele było do czynienia... i nie mogę powiedzieć, jak tylko to, że wiele rzeczy się już do tego czasu było zrobiło, za które czy to obywatelstwo, czy przełożeni moi otwarcie wypowiedzieli mi wdzięczność, jednakże nic pewniejszego nad to, że żadnego z owych wielu przedsięwzięć nie podejmowałem inaczej, tylko tak, jak Bóg dał, zaraz z pierwszego natchnienia. I udały się wszystkie. Co atoli i kiedykolwiek tylko przedsiębrałem, a od razu mi się nie udało, to pewnie już nigdy nie przyszło do skutku. Cudze rady, cudze doświadczenia nigdy mi się na nic nie zdały. I byłli to przymiot tylko mój osobisty, nie chcę tutaj rozstrzygać: to jednak wiem z doświadczenia, że jest to przymiot opłakany. Bo czyż nie płakać nad tymi, których szczęście i powodzenie stoi zawsze tylko na jednej chwili? Czy nie płakać nad tymi, którzy zresztą zawsze cudzej potrzebują porady i cudzego rozumu? Nędzne takich jest życie, nędzniejsze jeszcze przeznaczenie. Z olbrzymimi fortunami pójdą w niedostatek i nędzę! I nie pozostanie im nic, tylko ta okruszyna z każdym dniem bardziej więdniejącego serca, którym, płacząc nad swoim głupstwem i niedolą, zaledwie litość potrafią obudzić dla siebie u bliźnich.

Ale cóż było robić! Wiedziałem to i wahałem się długo, jednakże dnia jednego pojechałem do pana Błońskiego, do Bereski, na radę. On to był, który za najmądrzejszego uchodził w całej ziemi sanockiej, on, który w najzażylszej przyjaźni żył z moim ojcem, on na koniec, który mi ranne ożenienie poradził; niechże mi teraz poradzi, co począć z rannym sercem i ranną miłością. Ale jeżeli to lichy rozum jest, który cudzej potrzebuje porady, toż nierównie lichszy jest ten, który w miłości idzie się radzić ludzi starych, którzy już dawno zapomnieli co miłość. Pan Błoński nie tylko mi nic nie poradził, ale jeszcze, pomimo całego rozumu swojego, ani zrozumieć nie mógł, czego ja właściwie chcę jeszcze w tej sprawie.

— Dostałeś rekuzę — mówił on — panna jest obiecana innemu, czegóż ty jeszcze chcesz?

— Panny! — odpowiedziałem niecierpliwie.

— To panien trzysta masz koło siebie.

— Ale ja tamtej chcę panny.

— No to śmieszna, kochany Marcinie, jesteś jak dziecko, któremu się szybki z okna albo gwiazdki z nieba zapragnie. Czy nie wiesz, co to „nie można”? Owe szaleństwa za kobietami, owe wzdychające miłości zostaw już Francuzom i Włochom. To ich rzemiosło. Polakom, których umysł z natury stateczny i których serce do wyższych daleko rzeczy niż marna kobieta wzniesione, taka rozrywka nie przystoi, ale może być, bardzo wierzę, ale na to jest rada. Wytchnij trochę, popracuj, zabaw się książkami, wzmocnij i otrzeźwij umysł jaką poważną nauką, a kiedy cię to trochę umęczy i znów wyjedziesz pomiędzy ludzi, to ci się znowu inna podoba panna.

Niechętny i kwaśny wyjechałem z Bereski, przyznam się nawet, żem obwinił pana Błońskiego o stronność i sobkostwo w tej radzie, bo sam miał córkę na wydaniu. Tak to dobrze powiada przysłowie: cum bonis bonus eris, cum malis perverteris356, co się także tak da zastosować, że kiedy człowiekowi jedna zła myśl wlezie w głowę, to już same niepoczciwości ciągną za nią szeregiem.

Powróciwszy do domu, zastałem Węgrzynka, który już wrócił się z swojej podróży i przywiózł mi nowy listek od Zosi. To lepsza dla mnie była rada, skuteczniejsze lekarstwo. Jednakże nie ze wszystkim, ale przecie. Zosia mi pisze, że mój list odebrała, że Panu Bogu najpierwej, potem zaś mnie dziękuje za tę jedyną w jej utrapieniach pociechę. Pisze dalej, że najszczęśliwszą by była, gdyby ją tylko tak zostawiono, jak jest, żeby tylko mogła żyć ze swoimi kwiatkami i o mnie sobie przypominać czasem. Wspomina na koniec, że Lgocki był w Źwierniku ze Stojowskim i swoim wujem, panem Kąkolnickim, że zajechali paradnie, koni nie kazali wyprzęgać, że dwie godzin357 rozmawiali z mamą w osobnym pokoju i potem odjechali, ale ona nie wie, o czym tam mówili, bo mama jej nic dotychczas jeszcze nie powiadała. „I chwała Bogu! — dodaje Zosia — bodajby mnie już i nigdy mama o tym nic nie mówiła”.

Wyczytawszy to i pocieszywszy się tą nową od Zosi wiadomością, głęboko się zamyśliłem. Co być może za przyczyna, że Lgocki tak nagle odjechał? Dostałże on rekuzę? O! Gdyby to było! Ale to niepodobna. Wziąłże całe słowo od matki? Czemuż by o tym Zosia już nie wiedziała? Przecieżby ją matka chociażby tylko dla formy była o jej wolę pytała. Więc i to być nie może. A cóż jest w istocie? I tak filując sobie: czarno czy biało? przechodziłem się z jakie dwie godzin po izbie. Jednakże nic nie wyfilowawszy358 pewnego, wpadłem na tę myśl prostą, że daleko lepiej się o tym z pewnego źródła dowiedzieć. Napisałem więc zaraz list powtórny do Zosi i Węgrzynkowi kazałem się zabierać na popołudniu w nową podróż do Źwiernika. Wypytawszy go jednak o wszystkie szczegóły i wyrozumiawszy, że się doskonale zaprzyjaźnił z tamtejszym ogrodnikiem, że przebrawszy się w inną odzież, wąs i włosy podstrzygłszy, udaje się tam za brata pani ogrodnikowej i że tym sposobem może, jak długo sobie zechce, siedzieć w Źwierniku, rozkazałem mu wziąć parę koni i wózek i postawić go w karczmie we wsi Źwiernikowi sąsiedniej, aby, wziąwszy list lub wiadomość od Zosi, nie potrzebował już czasu tracić na najem podwody, tylko swoją ruszał co prędzej na dzień i noc. Do listu i pieniędzy na drogę dodałem jeszcze:

— Mój Janczi, spraw się dobrze a ostrożnie.

— Niech się pan nie turbuje, niewiele tam ostrożności potrzeba, bo żebym chciał, tobym i w biały dzień szedł na pokoje, i list od panny odebrał: kto by mi co zrobił? Na cały dom tylko stary jegomość i stary sługa.

— Nie bądź głupcem! — fuknąłem mu na to. — I nie powiadaj lada czego. Jaki zuch! W biały dzień iść na pokoje. Rób tak jak każę; główna to, żeby się nikt nie dowiedział, bo jak tylko cokolwiek zmiarkują, to wszystko przepadło.

— Ej! Ja wiem, panie, tylko tak mówię na przykład.

— Już, proszę ciebie, przykładów żadnych nie mów i eksperymentów nie rób, tylko idź za tą drogą, którą już znalazłeś i która dobrą jest. Nade wszystko cię zaś obliguję i proszę, zapomnij już na teraz o honorze twoim i o wszystkich, choćby najpiękniejszych dziewczętach; zostaw to już na drugi raz, bo przez takie konszachty najprędzej się sekreta wydają.

— Już niech pan będzie spokojny, wszystko będzie dobrze.

To rzekłszy, siadł i odjechał. Ja zaś, zadowolony tym, com uczynił, uspokoiłem się cokolwiek i tego dnia zamyślałem na parę godzin wyjechać do Hoczwi, aby i panu podstolemu złożyć moje uszanowanie, i panu Urbańskiemu choremu oddać bratnią i powinną przysługę, a mianowicie, ażeby się trochę rozerwać i świeższym odetchnąć powietrzem. Już wszystko ku temu rozporządziłem celowi, już konie stały zaprzężone przed gankiem, już ja byłem ubrany i tylko co miałem wsiadać, gdy nagle drzwi się otworzyły i wszedł do izby cale niespodziewany teraz Murdelio. Dwa razy nieprzyjemną była mi w tej chwili ta wizyta; raz, żem już był wybrany sam z domu wyjeżdżać, a po wtóre, że mnie już całkowicie odrzuciło od tego człowieka. W diabłów po ziemi chodzących nie wierzę, ale zły człowiek gorszy i obrzydliwszy, i straszniejszy dla mnie niż diabeł. Tymczasem rzekł on po staremu pokornie:

— Pokój temu domowi.

— Na wieki wieków — odpowiedziałem obojętnie i zaraz dodałem — jakże tam waszmości powitano w klasztorze bez przyrzeczonej ode mnie jałmużny, którą wziąć zapomniałeś?

— Nie zapomniałem — odpowiedział Murdelio — jeno umyślnie nie brałem, bom jej jeszcze nie był zasłużył.

— Jakże to? A teraz już zasłużona?

— Zaraz to obaczymy — odpowiedział Murdelio i dobywszy z rękawa tabakierki, podał mi tabaki.

Mnie się jakoś dziwnie zrobiło w tej chwili i serce mi gwałtownie bić zaczęło; zdawało mi się bowiem, wstyd się przyznać do tak grubej omyłki, ale zdawało mi się, że Murdelio, jako to człowiek impetyk i na gorąco biorący się do wszystkiego, zawezwany przeze mnie z klasztoru dla dania mi rady na moje frasunki, domyśliwszy się ich albo zgoła dowiedziawszy się o nich, zaraz też na nie poradził... zdawało mi się, że umyślnie dlatego tak niespodziewanie zniknął był dnia onego z Bóbrki, że poleciał do Źwiernika, że... wszystko już zrobił. Więc podczas kiedy on z tabakierą otwartą siadał w krzesło koło stolika i ja także niedaleko niego usiadłem, milcząc i patrząc mu w oczy. Ale twarz moja musiała się znacznie zmienić w tej chwili, bo tuż rzekł do mnie Murdelio:

— Czegóż się waszmość tak mienisz?

— Mówże — rzekłem do niego — co jest, bo mi serce pęknie.

— Nic jeszcze nie jest — odpowiedział on — ale dobrze będzie.

Jam zapomniał o wszystkim i rzuciłem mu się na szyję, wołając:

— O zbawco mój! Kimkolwiek jesteś, człekiem czy szatanem, niech ci Bóg nagrodzi!... Tylko, na miłość Boga, mów, mów prędko, co się stało?

— Pomału! — rzekł Murdelio z wielką flegmą i mocno mi się patrząc w oczy. — Tylko pomału; nic się jeszcze nie stało, ale wszystko się stać może i stanie się, co zechcemy.

Tu urwał i nastąpiła długa chwila milczenia. Jam siedział jak na węglach, ale nie śmiałem nic mówić. Przez tę chwilę srogi człek ten, z wolna obracając tabakierę w rękach, patrzył mi ciągle w oczy i męczył mnie bez miłosierdzia; jednakże w końcu rzekł:

— Więc ty konkurujesz na Rusi?

Jam spuścił oczy ku ziemi. A on znowu:

— Widzisz, na co to tego. Nigdy kłamstwo się długo nie ukryje ani też nieufność może kiedykolwiek dobre przynieść owoce. Zawezwałeś mnie aż z klasztoru na radę, ale zawezwałeś mnie na to, aby mnie okłamać. Gdybyś mi był od razu powiedział tak, jak jest rzecz, dotychczas może by było już wszystko zrobione...

Jam wprawdzie powiedział karczmareczce, że nigdy Murdeliona do pomocy w tej imprezie nie wezwę, i Bóg mi jest świadkiem, że takie miałem przedsięwzięcie... ale w sprawach serca jakże człowiek jest słaby!... W onej chwili jam nie wzywał, alem prosił, błagał, zaklinał Murdeliona, ażeby, jeżeli może, pomógł mi w tej sprawie. On mnie słuchał i po swojemu, zimnym okiem, patrząc na mnie, nic mi nie przerywał, nic nie odpowiadał, aż kiedym skończył, rzekł znowu swoje:

— Powoli wszystko się zrobi, ale powoli i z namysłem, statecznie, porządnie, dokumentnie! Ostatni to czyn, który przedsiębiorę w tym życiu, niechże się za niego nie powstydzę przed światem.

Tu znowu urwał i milczał przez chwilę, a potem dalej:

— Zosia jest doskonałą partią dla ciebie i ty dla niej jak trzeba. Głupia jest stolnikowa, kiedy nie zezwala na ten mariaż. Gdyby Zosia była moją córką albo gdybyś się był starał o Zuzię, już byście dawno byli po ślubie. Prawdać to, że ród Piotrowiczów nie na to rośnie i mnoży się na ziemi, aby pospolitej szlachcie dostarczał małżonek, ale i Nieczujowie także coś znaczą. Niewiele Nieczujów jest na świecie, a zresztą Zosia to Strzegocka. Upór babski twardać to rzecz na tym świecie, twardsza nieraz jak vir tenax propositi359, jak go nazywali Rzymianie — o! — ja wiem, co to upór babski!... Ale i na to najdzie się lekarstwo. — Ja też na to:

— Ślicznie mówisz, jak mi Bóg miły, ale powiedzże już raz, jakie to lekarstwo?

— Powoli! — znów po swojemu odpowiedział Murdelio i zażywszy tabaki, zaczął mnie opowiadać starą bajkę o zającu i żółwiu, co mnie niesłychanie znudziło; znudziło tym więcej, ile że mi się wydawało, jak gdyby miał jeszcze wiele rzeczy albo przynajmniej coś bardzo ważnego do powiedzenia i dla niewiadomych mnie przyczyn sam z tym się ociągał. Po bajce milczał znów jaką chwilę, potem zaś spytał:

— Jakaż jest twoja fortuna? Tylko mów prawdę co do joty.

— Fortuna moja — rzekłem — gotowizna wraz z sumą zastawną lokowaną u wojewody wynosi trzykroć sto tysięcy, ale przecież prócz tego jest i gospodarstwo jakieś, i inwentarze, że ich w całej okolicy nie masz piękniejszych, i sprzęt jaki taki, i srebra cokolwiek...

— A bydło, a konie? — zapytał Murdelio.

— Bydła jest dosyć, ale co koni, to chyba tylko u pana Fredra najdzie się więcej i może lepsze, ale zresztą zakład stawię, że tu nikt w górach w koniach mi nie dotrzyma. Przecież to w tym momencie stoi ich trzydzieści i siedem takich na stajni, że choćby i zaraz zaprzęgać albo kulbaczyć i ruszać.

— Trzydzieści siedem koni, no... — powtórzył Murdelio. — Wszystko jest jak potrzeba. A Zosia jakże? Pewno to wiesz, że ma skłonność do ciebie i bez wielkiego przymusu odda ci rękę?

— A jakżeż nie! — zawołałem. — Przecież listy mam od niej.

— Listy masz? Cóż pisze?

— Tu masz, czytaj! — odpowiedziałem, dobywając dwa listy z zanadrza i oddając je jemu. Ale on ręką kiwnął mówiąc:

— A co mnie tam do tego, co ona pisze do ciebie! No, rzecz skończona. Zosia będzie twoją.

Komu się zdarzyło być w podobnym, jak moje było natenczas, położeniu, kto sobie tylko wyobrazić potrafi, co to znaczy po świeżo odebranej stanowczej rekuzie, po skłóceniu się z rodzicami panny w sposób tak gwałtowny, po utraceniu prawie wszystkich nadziei nagle usłyszeć słowa takie od kogoś, o którym się wie albo wierzy, że wszystko może i wszystko potrafi, ten się wcale dziwować nie będzie, że i ja się wtenczas Murdelionowi rzuciłem na szyję, nie wydając z siebie żadnego innego głosu prócz okrzyków tryumfu i podziękowania. On atoli był wciąż jeszcze zimny i jakby martwy i nie oddając mi uścisków, odsunął mnie lekko od siebie, mówiąc:

— Powoli! Dopiero to niewód zarzucony, jeszcze w nim ryby nie masz, a głupi, kto ryby łowi przed niewodem. Zosię dostaniesz — powiedziałem raz i słowa mego nie cofam. Ale jeszcze to wiele będziemy gadać o tym. Bo to, uważasz mnie, ręka rękę myje, a nic nie masz darmo na świecie. Zrobię ja coś dla ciebie, zrobisz ty dla mnie. Clara pacta claros faciunt amicos360.

— Ale zrobię, dlaczegóż by nie, tylko powiedz, co każesz.

— Zrobisz, ja wiem, że zrobisz, bo we wszystkim twoja własna korzyść będzie. Powiem ci tedy krótko a węzłowato, bo na co tu długich tergiwersacyj361? Historia mojego życia jest ci już wiadoma... Bywało różnie na tym świecie. Zrobiło się niejedno dobre, ale też i grzechów coś cięży na barkach. Niejedna dusza poszła na najgorsze drogi przeze mnie, niejedno dziecię osierociało, niejedna rodzina poszła z torbami na wieczny głód i nędzę. Od niejakiego czasu nic nie zrobiłem złego nikomu, ale też za to im więcej się latami oddalam od zbrodni moich, tym cięższe i nudniejsze mi życie, tym więcej mar dręczących kładzie się ze mną na nocny spoczynek, tym więcej snów okropnych wstaje ze mną co rano. Nieraz przez całe noce oka nie zmrużę, przez całe dnie nie mam pokarmu na ustach i błądząc długimi wieczorami samotnie po polach klasztornych, wlokę za sobą jakieś straszne wyblakłych cieniów gromady, które mnie szarpią, gadają do mnie, zatrzymują na drodze. Ten mnie ciągnie za połę i potrząsając mi brudnymi łachmanami w oczy, woła: „Zagrabiłeś fortunę moją, daj mi jeść, bo umrę z głodu!” — drugi mnie chwyta za rękę, mówiąc: „Panie! Gdzie siostra?” — inny: „Panie! Gdzie oblubienica moja?” — ówdzie dziatek drobniutkich gromadka chwyta mnie za nogi płacząc i jęcząc pokarmu! — Po lewej stronie na trzech suchych wierzbach skrzypią na wichrze trzy kościotrupy wisielców, a klekocąc do mnie kościami i kłapiąc zębami, wołają: „Przyprowadź nam księdza, poginęliśmy bez spowiedzi!” — po prawej ciągną niedobitki jakiejś gromady orężnej, odarci i ranni, z opuszczonymi szablami, z poobwiązywanymi głowami, i mówią chórem: „Poraniłeś nas, dobij nas!” — Czasem mi się zdaje, że się ziemia otwiera przede mną i chce mnie pochłonąć — inny raz, że mnie już pogrzebanego wyrzuciła ze swoich wnętrzności i że się moim trupem karmią drapieżne ptastwo i dzikie zwierzęta, włócząc kości moje przez wszystkie one pola, na których z szablą stawałem bić się dla zemsty prywatnej lub krotochwili. Biedny jestem, nędzny, umęczony. Inni ludzie, kiedy już przestępują próg męskiego wieku, zbierają pierwsze kłosy dawno poczynionych zasiewów, znajdują szczęście i pociechę w kochającej żonie, w dorastających dzieciach, a sowitą nagrodę za trudy i dolegliwości żywota dają im pięknej ich wiosennej młodości wspomnienia. U mnie pierwszymi kłosami żniwa są noce bezsenne i strasznymi zaludnione marami; żoną moją — burzące się we mnie sumienie; dziećmi — urągania i szyderstwa otaczających mnie ludzi; a na wspomnienia młodości sam sobie ręką muszę zakrywać oczy. I próżno dzisiaj zamknąłem się żywcem w murowanym grobowcu; próżno otoczyłem się ludźmi, których dusza spokojna i czysta jak kropla krynicznej wody i serce jak łza wypłakana przed Bogiem; próżno z nimi się wiążę rozmowami moimi, sprawami i życiem, próżno na modlitwach i służbach kościelnych długie trawię godziny; próżno się spowiadam, ciało i krew Pańską przyjmuję, nabożeństwa urządzam, sypię pieniądze na domy boże i litościwe uczynki — spokoju duszy i utraconej wiary niczym okupić nie mogę. Księża odpuścili mi dawno — ale czuję to w głębi serca, że mi Bóg nie odpuścił i na tej drodze nigdy mi nie odpuści. Jest coś, co mnie wiąże z całym dawnym żywotem moim, z całą przeszłością moją, i to tylko jedno zbawić mnie może!...

Tu Murdelio przerwał na chwilę i, kręcąc swoją tabakierę w rękach, patrzył wprost przed siebie, aż zaczął znowu:

— Ale jeżeli w życiu moim tyle najduje się złego, a mianowicie, jeżelim w czym uchybił jako obywatel i dłużnik mojego kraju... to temu nikt nie winien, jeno stolnikowa. Nigdy byłbym nie poszedł tymi drogami, gdyby nie ona. Może była we mnie krew zanadto gorąca za młodu, może z przyczyny danego mi wychowania dziwne we mnie się wyrobiło sumienie, ale to wszystko nic jeszcze! Krew by się była wyburzyła sama ze siebie, a sumienie przecie kiedyś byłoby się odezwało swoim przyrodzonym głosem, tak jak się dzisiaj odzywa. Ale ona! Ona miłością swoją obałamuciła mi serce, obietnicami głowę, żem się zaszalał, zatumanił, żem wszystko, cały świat stracił sprzed oczu, a widział tylko ją i życie z nią, i niczego nie pragnął więcej, tylko siebie i fortunę moją, i wszystko podesłać pod niewdzięczne jej nogi. Gdyby mnie była wtedy, kiedy została wdową, stanowczo odepchnęła od siebie i powiedziała, że mnie nienawidzi, że mnie widzieć nie chce na oczy, to byłbym się wściekł może z rozpaczy, ale przecie z czasem byłbym tak człowiekiem, jak inni! Bo czy to jedno przebolało się już w tym życiu?!... A ona wciąż nadziejami łudziła i pisała listy za listami, i przysięgała, że ojca ku mnie nakłoni, i zaklinała, ażebym był cierpliwy i czekał! Być może, że ona to czyniła tylko z obawy o siebie i ojca, abym ich drugi raz nie najechał, z obawy o mnie, abym sobie w łeb nie strzelił z rozpaczy. — O! Bo ona wiedziała, jakie serce mam dla niej i czym ona jest dla mnie! Być może, że to była obawa, ale czegóż w tych listach stoją gorące zapewnienia miłości, wynurzenia tęsknoty, żalu, przysięgi na zawsze i do śmierci?... O! Ja mam wszystkie te listy! Ja je mam i noszę je tu na piersiach, i z nimi chodzę, i śpię, i modlę się, i nimi owe duchy błąkające się przy mnie żegnam i odstraszam. Ale nie, wyrazy te w listach nie stały darmo — ona mnie kocha od pierwszego widzenia, kochała zawsze i kocha dziś jeszcze. I to jest owa nitka wiążąca mnie z moją przeszłością. Póki tej nitki nie rozerwę na zawsze albo jakimś mocniejszym węzłem nie powiążę na nowo i na wieki, póty nie będzie spokoju w mej duszy. Rozerwać jej nie mogę, trzeba ją związać koniecznie!

— Ale to jest kobieta uparta! — ciągnął po krótkim wytchnieniu Murdelio. — Nabożna, bogobojna, trwożliwa. Może by zaraz w rok po śmierci stolnika była oddała mi rękę, ale jej ktoś powiedział, żem ja diabłu duszę zapisał, aby się od moich nieprzyjaciół ochronić — odtąd nic jej już ku mnie nakłonić nie zdoła. Myślałem, że wstąpienie moje do klasztoru, ocieranie się o ołtarze i księży, zachowanie, jakie u świątobliwych ludzi zyskałem, odwiedzie ją od tej opinii; ale gdzież tam! Gorzej jeszcze. Jej się zdaje, żem się przed diabłem schronił do klasztoru. I na próżno nieraz całymi godzinami u nóg jej leżę, łzami oblewam ręce jej i nogi, tarzam się w prochu przed nią jak robak, jak płaz najnędzniejszy; na próżno klnę duszę i ciało moje, że będę najłagodniejszym dla niej mężem, że ją obsypię bogactwami i wszelkimi rozkoszami świata, że na koniec całą fortunę moją dzieciom jej oddam — ona jest jak głaz niewzruszona. „Może jeszcze mam serce dla ciebie — powiedziała mi niedawno — ale raczej zniosę wszystkie męczarnie, raczej śmierć, niżbym miała oddać ci rękę. Tyś jest zły duch i potępiony”. — Ale żebym miał świat cały do góry nogami wywrócić, dusza ta, o której wiem, że mi poślubioną była tam gdzieś za światami, choćby na jeden dzień tylko przed śmiercią, musi być moją! I będzie.

Tak mówił Murdelio. Ja zaś, mając już wyjaśnioną tę całą historię, która, nie mówię już, dziwną w sobie, ale dziwnie zdawała się być powiązaną z moimi własnymi losami, i mając czas do odetchnienia i namysłu, rzekłem na to:

— Kochany panie! Waćpan jesteś tak zły człowiek i taka czarna przeszłość ciąży nad twoją głową, że nie tylko nie zdarzyło mi się podobnego subiectum362 spotkać na życiu, ale nawet nie mógłbym był wierzyć temu, że się co podobnego naleźć może na naszej ziemi. Nie dziwuję się też wcale, że świat widzi w tobie samego diabła, bo iście diabelska dusza jest w tobie. Wiedząc, jaki jesteś, nie powinienem się ciebie ani ręką dotykać, ani słowa nawet przemówić do ciebie. Ale jam znowu ani taki rygorysta, ani taki bojaźliwy o swoje sumienie i choćbyś ty i diabłem samym był, i nie wiedzieć jak mistycznie mnie pętał, to mnie nie opętasz. Dobrych nauczycieli miałem za młodu i nauka ich w głowie, a wiara święta tak głęboko u mnie jest w sercu, że Panie Boże mi pomóż! Cale363 się nie obawiam o siebie. Dlatego mówić będą z tobą otwarcie, a najprzód powiadam ci to, jeżeli to prawda wszystko, co powiadasz, i jeżeli tak prawda, jak ja sobie tę całą rzecz zresztą wyobrażam, to ja wierzę temu, że ożenienie się twoje ze stolnikową mogłoby się dla ciebie stać zbawieniem. Syt już jesteś łotrostwa, krew młoda wyburzyła się w tobie; za młodu wychowany lada jako, żadnego uczciwego nie doznałeś uczucia, to jedno silnie zapanowało nad tobą i to jedno, dobrze prowadzone, mogłoby z ciebie zrobić człowieka. Wierzę temu, bo bywały już przykłady, że i najzakamienialsi zbrodniarze, jakimś jednym czystym powodowani uczuciem, nawracali się na drogę cnoty i stawali się nie tylko uczciwymi ludźmi, ale nawet wzniosłym przykładem i wzorem dla drugich, a niektórzy z nich, uznani za to przez Kościół święty, błyszczą dzisiaj jako najwspanialsze ozdoby całego człowieczeństwa. Daleko to zapewne do tego, tak jak do każdej wielkiej rzeczy, i aby tylko poprawy i oczyszczenia z takich ciężkich grzechów dostąpić, potrzeba już szczególnej łaski bożej, o czym u ciebie, dzisiaj przynajmniej, ani mowy być nie może. — Jednakże, bądź co bądź, ja w to wierzę, że ożenienie się twoje ze stolnikową mogłoby ciebie na dobrą naprowadzić drogę. Ale widać, że albo Pan Bóg już cale o tobie zapomniał, albo Opatrzność zupełnie innymi drogami nad tobą się ulitować zamyśla, bo gdyby Pan Bóg chciał tego, to pewno by już dawno tak był natchnął panią stolnikową, że do tego czasu już byś był i zapomniał, kiedyś się ożenił. Zresztą gdyby i tak było, gdyby i była w tym wola boża, to zawsze jeszcze nie rozumiem, jakim sposobem to uskutecznić zamyślasz; chyba że znowu zbrodnię jaką masz za rękawem, co, pomimo całej twojej poprawy, jeszcze zawsze być może.

— Hm! — rzekł na to po niejakiej chwili Murdelio. — Ty nie wierzysz w moją poprawę, a przecież w tej chwili masz najjawniejszy jej dowód. Powiedziałeś mi Pater noster364, jak ksiądz na spowiedzi; pomięszałeś mnie z błotem, podeptałeś mnie tak, jak jeszcze nikt w życiu; gdyby o mnie to był kto dawniej powiedział za oczyma, co ty dziś w oczy, to już by się dotychczas był kąpał we krwi swojej po uszy; a ja nic na to, a ja słucham ciebie pokornie jak żak profesora i kładąc uszy po sobie biję się jeno w piersi i modlę się po cichu. — Ja też na to:

— Ej! Nie bardzoś ty taki pokorny, jak się wydajesz; nie masz jeszcze ani tygodnia, jak za nic, ale to, jak mnie Bóg miły, za nic posiekałeś pana Urbańskiego na kwaśne jabłko.

— Na kwaśne jabłko, powiadasz? Bodaj ciebie! Ot, kreseczka mu się mała dostała, której do dzisiaj pewno i znaku już nie ma.

— Aha! Nie ma! Jeszcze i z łóżka nie wstawał.

— No! Mój kochany! Toż znowu trudno. Nikt się na to nie bije, żeby drugiego pogłaskał, tylko żeby go wybił.

— Ej! To tam mniejsza zresztą i o to nie chodzi; w pojedynku kto kogo rani czy zgoła zabije, za to nie odpowiada, bo przecie i swojej głowy nadstawia. Nie ma co o tym mówić; ale do rzeczy, do rzeczy. Więc jakież to masz plany względem skłonienia stolnikowej do swoich zamiarów?

— Owóż więc — rzekł Murdelio, zażywając tabaki — tylko słuchaj mnie uważnie, bierz rzeczy, jak są, a nie gorąco, boś, widzę, porywczy i przy zarozumiałości na swoją cnotę, z którą zresztą diabeł tam wie, jak stoi w rzeczy, masz jeszcze skłonność do kaznodziejstwa, a to nudna rzecz na dzisiejsze czasy. Więc jedna jest tylko droga i tej się chwycić należy.

— A tą drogą jest?

— Wykraść stolnikową i zabrać do siebie.

Jam osłupiał, Murdelio ciągnął dalej:

— Wykraść, czyli zabrać gwałtem, to jedno. I niech ci się nie zdaje, że to będzie coś złego lub zgoła zbrodnia nowa; ja wiem pewnie, że ona tylko czeka na to i pragnie, abym to zrobił. Dobrowolnie pójść za mnie nie może, nie dlatego, że jej powiedziałem, żem diabeł, bo u kobiety miłość jest wszystkim, nie tak jak u nas zabawką tylko lub krotochwilą! Ja to wiem dobrze. Więc nie dla diabelstwa mojego dobrowolnie nie pójdzie za mnie, ale dlatego, że ojca swojego kocha, a on by umarł raczej, niżby miał córkę oddać mi za żonę. Ty nie masz wyobrażenia, jak ona do tego starca jest przywiązaną! Ale kiedy ją gwałtem zabiorę i kilka tygodni tylko potrzymam na moim zamku, to obaczysz, że wszystko dobrze będzie. Jej ani na myśl nie przyjdzie opierać się woli mojej, a ojciec... ojciec udobrucha się prędko. I będziemy bardzo szczęśliwi! Fortuna jest w doskonałym porządku, zamek wyrestaurowany i urządzony po pańsku, ba! po królewsku; dostatek we wszystko jakby w raju, ja ją otoczę sług tysiącami, złotem obiję jeszcze jej komnaty, wschodnimi kobiercami; powyściełam posadzki, z Gdańska posprowadzam karety, starcowi dam magnackie wygody i dzień, i noc czuwać będę nad tym, aby mu każdą chwilę tych ostatnich dni jego umaić, osłodzić, ozłocić. A kiedy już miły spokój zawita w mej duszy i stałe szczęście zamieszka w domu moim, wtedy wymuruję klasztor wielki w mych dobrach, sprowadzę z Krosna franciszkanów, nadam im kilka intratnych wiosek i tak przy zatrudnieniu codziennym, przy pracy około roli, przy staraniach moich około codziennego szczęścia drogich mi osób i przy modlitwach pobożnych ojców za duszę moją, mam nadzieję, że się Pan Bóg zlituje nade mną i da mi dostąpić owego spokoju w chwili skonania, do jakiego wszyscy na ziemi wzdychamy. — Cóż ty na to, panie Marcinie?

Jam się przechodził po izbie i nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wielka walka toczyła się we mnie. Głowa moja uznawała słuszność argumentów Murdelionowych, ale serce odtrącało je, samo nie wiedząc, dlaczego. Byłem przekonany, że tak jest i tak się stanie, jak on powiadał; otwartość i szczerość w przyznaniu się do win wszystkich, do grzechów całego życia bardzo za nim mówiła; ale zawsze owo wykradanie stolnikowej przeciwko jej woli oburzało mnie i obrzydzało mi tak tę całą sprawę, że wolałbym był nigdy nic o niej nie słyszeć. Zbrodnię zbrodnią naprawiać nie jest to ani rzecz uczciwa, ani jakimkolwiek prawem pozwolona. Bo gdzież rękojmia, że stolnikowa tylko tego czeka? Gdzie pewność, że starzec nie skona w samą chwilę zniknięcia córki?... Ale Murdelio był to człek bity we wszystkich rzeczach. Poznał on zaraz, że moja o tej sprawie opinia chwieje się we mnie, więc aby szala jego zamiarom przeciwna nie opadła do ziemi, nie tracił ani chwili czasu i począł w swoją szalę nowe ciężarki dorzucać.

— Bo uważasz mnie — mówił on dalej — że stolnikowa w duszy pragnie tego, abym ją wykradł, nie masz żadnego wątpienia. Ja mam listy od niej, które jasno tego dowodzą, ja ci opowiem najświeższe między mną a nią sceny... sceny...

— Hola! — zawołałem. — Ja sam jedną pamiętam.

I dopiero mi się przypomniała owa nocna scena, którą przez drzwi słyszałem, kiedym po raz pierwszy nocował w Źwierniku. Ta chwila przypomnienia była chwilą łaski bożej nade mną. Człowiek jest słaby, a milion razy słabszy, kiedy mu miłość zawiązała oczy i całe wyłącznie dla siebie zabrała serce. Kto wie, co by się było stało i do czego pomiędzy nami przyjść mogło! Bóg mi świadkiem, że tak gorąco pragnąłem wieczną przysięgą powiązać się z najdroższą mi Zosią, i także Bóg świadek, że pokusy tego szatana takie były łudzące, że gdybym był natenczas upadł pod nimi, to dzisiaj jeszcze, jak jestem stary i na sercu zakrzepły, cale365 bym się sobie nie dziwił. Ale Pan Bóg zawczasu wejrzał łaskawie na sługę swego i nie dał go na pastwę nieprzyjacielowi ludzkiego rodu.

Od owej tedy chwili, kiedym zawołał „hola!”, czułem to w sobie, że na mnie jakaś moc wyższa spłynęła; jakoż zaraz inne zająłem stanowisko w tej walce, nie pytając wcale na to, jakie ono będzie, żołnierskie czy kaznodziejskie, byleby bitwę z niego można wygrać na pewno. Owóż na moje nagłe „hola” równie nagle zawołał on obrzydły kusiciel:

— Jaką scenę pamiętasz?

— Jużci tę scenę, kiedyś stolnikowej mękami groził, kiedyś o panu Wicie mówił, że łotr, kiedy dzwonek upadł ze stołu, kiedy krzesło się wywróciło...

— Ja nic o tym nie wiem — odpowiedział najspokojniej Murdelio — mnie tam nie było.

— Ale cóż ty mnie gadasz! Poznałem twój głos, poznałem głos stolnikowej, przecie stałem w drugim pokoju pod drzwiami.

— Ale co tobie jest, Nieczujo! Jak Pana Boga żywego kocham, że mnie przy żadnej takiej scenie nie było — mówił kusiciel, składając się jak wąż, który Ewie podawał jabłko w raju — gdzieżbym ja stolnikową straszył jakimi mękami! Być może, że przy jakiej dłuższej z nią rozmowie wybuchnąłem trochę goręcej, żem rozpaczał, zaklinał, groził, że siebie zamęczę, że się zabiję; to wszystko być może, bo człowiek nie jest z lodu, a i najcierpliwszy na koniec cierpliwość utraci, ale żebym jej czymkolwiek groził, to nigdy być nie może. Byłeś rozespany, przesłyszało ci się i koniec. — Ja też na to statecznie:

— Ale już ty mnie nigdy w tym nie przekonasz, żeby mnie się co przesłyszało. Ja mam uszy i oczy na swoim miejscu, a edukowałem je w polu, na wojnie, gdzie każde niedosłyszenie grozi śmiercią, a przesłyszenie wiecznym wstydem u całej chorągwi, a czasami i gardłem. No, ale prowadźże twoją sprawę dalej, urwałeś w samym środku. Chcesz wykradać stolnikową, wyspowiadałeś się przede mną jakby przed księdzem, obiecujesz mi wyrobić możność ożenienia się z Zofią, powiadasz, że nawzajem czegoś zażądasz ode mnie? Czegóż ty żądasz ode mnie?

Powiadają, że diabła nikt w sprycie nie przejdzie; i prawda to, i nieprawda. Nieprawda, bo już wiele rzeczy mu się nie udało na świecie, a od niejednej duszy nie tylko że haniebnie odsądzony został jak kot od mleka, ale nieraz jeszcze i z bizunami na plecach powędrował nazad do piekła; prawda zaś, bo zaledwie mnie Pan Bóg natchnął dobrą myślą i uczciwą fantazją, już Murdelio zaraz to poznał i zręcznego dał kominka. Więc kiedy ja go pytam na serio a prosto w oczy, czego on żąda ode mnie, on mnie dalejże wyplatać androny, jako Zosia jest piękna, jak stateczna, jako ja z nią będę szczęśliwy i tak dalej. Ale ja nic; nie tędy, którędy ty chcesz, jeno którędy ja chcę. Rzeknę tedy:

— Ej! Wiem ja to wszystko lepiej od ciebie; ale gadaj no, czego ty żądasz ode mnie?

On nic. Umilkł, jakby go kto zaklął w drzewo lub w kamień. Tedy ja po nim:

— A toż ty tu po to przyszedłeś, łotrze jeden, abyś w tę kałużę, w którąś sam wlazł, i mnie za sobą pociągnął? To mnie do wspólnictwa w łajdactwach twoich chcesz namówić? To nabroiwszy sam po szyję i naładowawszy na siebie zbrodni aż po sam kołnierz, mną się chcesz dzisiaj przed światem zastawić? To tumaniąc mnie Zosią i pomocą twoją, chcesz, abym dał koni moich i ludzi, i sam abym poszedł i pomógł tobie do umęczenia niewinnej i tak już nieszczęśliwej kobiety? Za kogo ty mnie masz, łotrze jeden, za kogo mnie masz, gadaj zaraz!

— Co to jest! — krzyknął na to, prędko powstając z krzesła Murdelio. — Waćpan się zapominasz, mospanie Nieczujo! Ja waćpana miałem za uczciwego człowieka i spuściłem366 się przed nim z tajemnic, o których, jak mnie Bóg miły...

— Co się ty będziesz Bogiem zastawiał, diable jeden! — zawołałem na połowę z udanym, a na połowę z prawdziwym ferworem. — Hej! Jest tam który! Ja cię tu zaraz nauczę, jak to sedukować367 sług bożych i poniewierać szlacheckim potomstwem! — i udałem, jak gdybym chciał do drzwi iść i wołać na sługi. Ale wtem on, cofając się ku drzwiom i mnie do nich przystęp tamując:

— Mospanie Nieczujo! — krzyknął. — Waćpan się zapominasz! Ja się zwykłem krwawo mścić każdej krzywdy.

Lecz jeszcze i tych słów nie domówił, kiedy już sobą tak silnie we drzwi uderzył, że się te otworzyły na ścieżaj i w tymże momencie rzucił się do sieni, i jakby go nigdy nie było, zniknął.

Ja zaś, Panu Bogu szczerze dziękując za to, że mnie tak szczęśliwie i bez popełnienia jakiegoś gwałtu na gościu moim dał wyjść z tak niebezpiecznej pokusy, ofiarowałem już i resztę dnia tego na wieczną chwałę Temu, który nigdy nie odmawia swojej opieki wszystkim sobie wiernym sierotom na tym padole płaczu, a którego Imię święte niechaj będzie pochwalone na wieki.