V
— Boże! Kto Ciebie nie widzi w pierwszych słowach Księgi Rodzaju, kiedy, uniesiony w powietrzu nad zakłóconych żywiołów bezładem, wyrzekasz Twoje wszechmocne „Stań się” i rozstępują się przed Tobą i ogień, i woda, i powietrze, i ziemia; kto Cię nie widzi w krzu gorejącym na górze Synaj, kiedy upadającemu przed Tobą w proch Mojżeszowi ognistym palcem na kamiennych tablicach piszesz Twoich dziesięcioro przykazań; kto Cię nie widzi na czarnymi chmurami otoczonej Golgocie, w Synu Twoim, który cierniową umęczony koroną, na drzewie krzyżowym rozpięty, z przebaczeniem na ustach dla swych prześladowców i katów, a oczyma i duchem obrócony do nieba, z niewinnością baranka kona, biorąc na siebie brzemię grzechów całego świata; kto Cię nie widzi w owych lampach odwiecznych, którymi dniem i nocą wszechświatom przyświecasz, w drżeniach ziemi ponocnych, w błyskawicach olśniewających źrenicę, w strasznych gromach, bijących w rozgorzałą spiekami ziemię, w prześlicznych tęczach, siedmioma igrających barwami, w zorzach rannych, wieczornych, które bladawymi promieniami do pół niebios sięgają; kto Cię nie czuje na błękitnych niwach, na wielkich stepach, gdzie tak tęskno duszy, gdzie tak niemo i pusto, i głucho i słychać tylko w górze szum niezrozumianej pomiędzy wichrami rozmowy; kto Cię nie czuje w wielkich i wspaniałych świątyniach w chwili uderzenia organów, na wielkich smętarzach, gdzie groby ustępują grobom, trumny trumnom, kości kościom; na rumach368 miast wielkich, które dziś witają przechodnia tylko kilkoma chwiejącymi się kolumnami i garścią mchem zarośniętych kamieni, których wielkość dawna żyje już tylko w pieśniach uciekających w góry i lasy przed powodzią nowego świata i w niedokończonych powieściach, tulących się do starych zamków i grodów; kto Ciebie, Boże, nie widzi w milionach stworzeń, od słonia aż do drobnego robaczka, rozsypanych po ziemi, rozpuszczonych po powietrzu, zanurzonych w wodzie; kto Cię nie widzi w jasnej zieleni wiosny, w jaskrawych barwach lata, w urodzajach jesieni, w trupiej martwocie zimy; kto Cię nie czuje w uderzeniach krwi własnej, w tęsknocie duszy, w uczuciach i natchnieniach młodości — ten jeszcze Cię znajdzie w własnych poczciwych uczynkach. I może Ty nigdzie się większym i nigdy jaśniej nie objawiasz człowiekowi, jak w owym zadowoleniu i owej niemej, nieopowiedzianej radości, która obejmuje serce jego po każdym tryumfie cnoty, po każdym uczciwości zwycięstwie. Dlatego życzę waszmości szczęścia, panie Marcinie, i szczerze cieszę się z tego, żeś się wczoraj nie dał temu złemu człowiekowi uwikłać w one szatańskie sidła, które na ciebie zastawił.
Tak mówił do mnie mój ksiądz misjonarz dnia następnego rano, kiedyśmy po mszy świętej, którą on czytał, a do której ja mu służyłem, wyszli z kościoła i na chwilę zatrzymali się w bramie. I w istocie dnia tego, zaraz po owym wystraszeniu Murdeliona z mojego domu, czułem się tak swobodnym, tak lekkim na duszy, jak gdybym nie tylko jakiegoś pobożnego dokonał czynu, ale zgoła jak gdybym żadnych nie miał na sercu frasunków. A tymczasem w tym sercu były wciąż jeszcze i frasunki, i niepokoje; bo któż i kiedy, który pierwszą miłością objęty, miłość tę musi tłumić i zamykać w sobie, nie doznawał frasunków i niepokojów? Więc były one i we mnie, ale ksiądz misjonarz, który wyleczony ze swego pobicia i z gór powracający, iście jak gdyby przez Boga zesłany, dnia tego świtem zawitał do mnie, pobożnością i mądrością swoją tak je zaklął we mnie, że ani się odezwać nie śmiały.
Widząc tak dobre skutki na sobie z obcowania mojego z tym zakonnikiem, zapraszałem i prosiłem go usilnie, ażeby choć jaki tydzień zabawił u mnie, ale żadnym sposobem tego dokazać nie mogłem. Ksiądz ten zawsze tak wiele i tak różnych spraw miał do załatwienia i tak ich ważnością był zajęty, że u niego wszystkie dnie, ba! nawet godziny, były już naprzód obliczone. Jakie to sprawy były i czy się wszystkie tyczyły jego misjonarskiego powołania albo przynajmniej kościoła, nie umiem z pewnością powiedzieć, bo nie był on z tych ludzi, którzy swoimi czynnościami się chwalą i zarazem je wszystkim opowiadają — to jednak pewno, że go wszędzie było pełno: dziś poleciał nocą do Lwowa, za kilka dni spowiadał i miał głośne kazanie w Kalwarii pod Przemyślem, nazajutrz cały dzień albo dwa dni bawił w jakim małym miasteczku i chrzcząc mieszczanom dzieci, spowiadając i każąc369, nawidzał370 ich domy i dawał im jakieś nauki; ledwie tydzień przeminął, on już wraca z Krakowa; wstępuje do dworków szlacheckich i tutaj będąc na imieninach, ówdzie na stypie, a tam na weselu, tu wyprosił jakiś obraz do ołtarza, tam wyrobił grację371 dla jakiegoś staruszka dworzanina lub wdowy obarczonej dziećmi, a gdzie indziej jakieś inne jałmużny lub składki na cele pobożne albo obywatelskie. Czyniąc tak wiele i skutecznie, nigdy nie powiadał w niedzielę, czego mu Pan Bóg dokonać pozwolił w sobotę, ale śpiesząc się zawsze, nieraz się z tym wymówił, że na poniedziałek ma konferencję ze szlachtą, na wtorek jakąś obradę z księżmi, a na środę musi być w tym lub w owym miasteczku, gdzie czekają na niego listy i skąd musi wyprawić posłańce albo piśmienne wysyłać ekspedycje. Więc żadne moje prośby ani nalegania, ani obietnice nie mogły go nakłonić do pozostania u mnie, a kiedy ja, gorąco jego dłuższej gościny u mnie pragnący, niekrótką orację mu powiedziałem pro domo sua372, on mnie cierpliwie wysłuchał i rzekł na koniec:
— Już to daremnie waszmość się silisz na to, aby mnie u siebie zatrzymać; Bóg świadek duszy mojej, jak bym to chętnie uczynił, choćby tylko dla samego spoczynku, ale co nie można, to nie można. Człowiek nie do spoczynku stworzony! Jechać muszę, a odjeżdżam nie ze smutkiem, tylko z ukontentowaniem, bo mojego przyjaciela zostawiam na dobrej drodze. Czy to wszystko prawda, co Murdelio o sobie powiadał, nie wiem, bo różnych dróg szatan próbuje ku uwiedzeniu człowieka; ale tego możesz być pewnym, że gdyby tylko dziesiąta część tego prawdą była, to będzie dosyć, aby go dłużej nie cierpiano w klasztorze. Już to moja w tym głowa. Co się zaś tyczy panny, bądź cale373 spokojny i nie turbuj sobie na próżno tym głowy; bywa to czasem, że uczciwe uczynki Pan Bóg natychmiast wynagradza i jeżeli jest Jego w tym wola, to i bez twoich turbacyj i trosków stanie się pewno. Tak pisze Pismo, tak powiada i on autor wielki, któremu sam Bóg posyłał natchnienie, mówiąc:
Sam Bóg wie przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba,
Kiedy się człowiek więcej troszcze, niźli trzeba.
Tak mnie uspokoiwszy i pokrzepiwszy na duszy, mój ksiądz misjonarz wsiadł na swój wózek i odjechał. Ofiarowałem mu kałamaszkę i moje konie, jako wygodniejszy sprzęt do odbywania podróży, ale nie przyjął, mówiąc, że mu się nie godzi wymyślać i kontent jest bardzo, kiedy ma chłopską podwodę; bo wszakże gorzej i niewygodniej byłoby mu podróżować piechotą, a i to przecie praktykowało się nieraz i praktykuje bez żadnej skargi, ba, i bez myśli nawet, że to jest niewygodnie. Taka to skromność była w tym człowieku.
Ja zaś, zostawszy sam, lubo374 mnie nieraz tęsknota ściskała za serce, a Zosieńka co chwila stawała przed oczyma, byłem jednak dobrej myśli i wcale375 spokojnie wyczekiwałem powrotu mojego Węgrzynka. Spokojnie, mówię, bo i wzmocniony byłem dusznie376 przez misjonarza i pewny byłem, że Węgrzynek prędzej później przecie z pewną wiadomością od Zosi powróci, boć to jasną mu dałem na drogę naukę. Ale minął dzień jeden i drugi, i trzeci, ba! i czwarty, i piąty, i tydzień nareszcie, a jego jak nie ma, tak nie ma. Zacząłem pomału zapominać misjonarskie nauki, a drażniony próżnym wyczekiwaniem, zwłaszcza gdy dzień ósmy i dziewiąty bez wiadomości o nim przeminął, zacząłem na dobre się niecierpliwić. Ale cóż i kiedy pomogła komu niecierpliwość? Minął dzień jedenasty i dwunasty tak samo, moja niecierpliwość wzrosła do wysokiego stopnia, postanowiłem już tylko dzień jeden czekać, a dalej już ruszać sam przeciw niemu, aż tu dnia trzynastego, a było to właśnie w samą niedzielę, kiedy się ubierałem rano, aby pójść na mszę świętą, nie wiem jakim sposobem włożyłem żupan na wywrót na siebie. Rzecze też do mnie wyrostek Serednicki (szlacheckie dziecko ze Serednicy, a syn owego to Serednickiego, któregom był wziął z sobą do konfederacji, kiedym za trzecim nawrotem do niej się wybrał):
— Chowajże Boże dziś od jakiego nieszczęścia!
— Ot! Nie pleć lada czego i nie wywołuj wilka z lasu — odpowiedziałem mu na to, bo cale mi się żadne nie przywidywało nieszczęście.
Jakoż i zupełnie spokojnie zeszłem377 na mszę świętą i jeszcze spokojniej powróciłem. Po obiedzie różnymi myślami, które to w samotności zwykle gromadami cisną się do głowy, zajęty, przechodziłem się po pokoju i już zaczynałem smutnieć sobie po trochę, kiedy na dobrych parę godzin przed zmrokiem przyjechał pan Fredro z panem Balem do mnie. Kontent byłem nareszcie z tego i wybiegłem do nich na ganek, a tu zaraz pan podstoli obaczywszy mnie i jeszcze prawie nie wyłażąc z powozu, rzecze wesoło:
— Mospanie! Bardzo to niepięknie dla ciebie, że kłamiesz.
— A to kiedy się stało? — zapytałem zdziwiony, bo niczym się tak nie brzydzę, jak kłamstwem i jeszcze mnie podobno nikt na nim nie złapał. Ale on na to:
— Bodajby i niedawno: powiedziałeś kozakowi, żeś chory, a ono widzę ciebie jakby lwa zdrowego i czerwonego. — Tedy ja:
— Możem ja i nie bardzo pokłamał, bo jeszcze to niekoniecznie jest zdrów ten człowiek, który czerwono wygląda, owóż i lew, choćby najbardziej zachorzał, zawsze jeszcze jako lew patrzy i umrze, i po śmierci jeszcze każdy po nim pozna, że lwem był za życia.
— Nie chwal no ty się tak bardzo tą lwią naturą — rzecze znowu pan Fredro — bo i lwów bieda bija, a to o tyle mocniej, o ile więcej zapominają, że im lwami być przynależy.
— Otóż to jest! — zawołałem ja na to. — Lwem się urodzić, to nic nie kosztuje, bo to dar boski i rodzicielski; ale lwem się utrzymać ledwie dziesiąty potrafi.
— Tak, tak, panie bracie — odpowiedział pan podstoli, kończąc i biorąc mnie pod rękę, aby ze sieni przejść do pokojów. — Tak, panie bracie; i ja byłem lwem kiedyś, i ot! głupstwo, włoska mysz mnie ugryzła i na nic zeszedłem.
Z tym weszliśmy do izby. Więc ja najpierw przeprosiłem moich gości, że muszę wyjść na chwilę, i zaraz wybiegłem, aby rozporządzić jakie takie przyjęcie. Jakoż w niedługiej chwili zastawiono przednie wino węgierskie, jeszcze chowu nieboszczyka mojego ojca, piernik prawdziwy toruński, małdrzyki378, kawał marcepana dziwnie pięknie upieczonego a sprowadzonego aż z Przemyśla, i innych jeszcze specjałów po trochę, aby się panowie nie krzywili na moje przyjęcie. Piwnica po moim ojcu została się tak doskonała, jak mało gdzie w okolicy; było też w niej wino szampańskie, ale nie dawałem go zaraz, aby też nie myśleli, że ich aż winem targowym379 przyjmować muszę, swego nie mając. Warto zresztą było im co dobrego zastawić, bo znawcy byli; jakoż zaraz pan podstoli, pokosztowawszy tego wina, rzekł do mnie:
— Teraz wcale się nie dziwuję, dlaczego nieboszczyka skarbnika, którego przyjaźnią szczyciłem się od młodości, wszędzie brano na sędziego do winnych procesów, że mu aż nawet tytuł winnego sędziego przyczepiono w obywatelstwie! Ale, proszęż ciebie, gdzież było to wino, kiedyśmy na święty Marcin byli u ciebie w Rabach?
— Nie podawałem go tam — odpowiedziałem na to z uśmiechem — bo, między nami mówiąc, wiele górskiego tałatajstwa się najechało; ot, tak między sobą, to co innego; ale wypijcie jeno to, to może jeszcze i lepsze się najdzie.
Oni też pili i smakowali sobie w tym moim winku, co mnie bardzo cieszyło. Spytam też nareszcie:
— Jakże się ma pan Urbański?
— Lepiej, lepiej, chwała Bogu — odpowiedział pan Bal — chciał już z nami tu jechać.
— Widzisz, panie kasztelanicu — rzekłem do niego — że nie diabeł to był ów Piotrowicz.
— Nie idzie za tym — rzecze znów on — widziałem ci ja takich, którzy już zgoła w jego szponach byli, a przecie jeszcze zdrowo i cało powrócili do domu i żyli po kilkadziesiąt lat.
— Już ja temu nie wierzę i dla przekonania ciebie gotów bym każdą próbę z nim zrobić, którą byś wymyślił.
— Ot! — rzekł na to podstoli. — Ja go znam daleko dawniej niż wy obadawa i powiadam, że to człowiek wcale taki, jak inny. Trochę więcej namiętności, trochę diabelskiego rozumu i nieszczęśliwa miłość, która obraziła i serce jego, i zanadto wygórowaną ambicję, i owóż wszystko, co go od zwyczajnych ludzi odróżnia. Prawdą jest, że są w nim między innymi przymioty takie, które trącą diabelstwem i lada jurysta zaraz by nam powiedział, któren paragraf na to przeznacza poenam colli380, ale to jeszcze nie dowodzi, że tak jest wedle sumienia. Jeżeli zaś ten człowiek was tak bardzo zadziwia, to tylko dowodzi, żeście nie byli za granicą, że niewiele jeszcze świata znacie i że z waszą uczciwością jest jeszcze jako tako. Ale co się zgoła szczerego diabła tyczy... Ha! Zresztą, nie wiem, ja przynajmniej w żadnych diabłów nie wierzę.
— A ja wierzę — odpowiedział stanowczo pan Bal — i nie rozumiem, dlaczego bym miał nie wierzyć, kiedy od niepamiętnych czasów cały świat katolicki w nich wierzy i ustawicznie swoją wiarę faktami potwierdzającą się widzi. — Na to podstoli:
— Tobie się nie dziwuję, bo tyś sam teraz świeży fakt znalazł: stanąłeś za plecyma381 Piotrowicza i nadeptał ci na nogę.
— Śmiej ty się, śmiej — odpowie na to kasztelanic — a ja ci sto wypadków opowiem takich, gdzie wiarogodni i starzy ludzie naocznymi świadkami byli.
— Proszę ciebie — odparł na to podstoli — jeżeliś mi przyjacielem, to nie będziesz już nic gadał o diabłach; są to rzeczy tak bezrozumne w sobie, że już w cywilizowanej Europie nikt nawet o nich nie myśli; tylko jeszcze w kochanej Polonii najpoczciwsza pod słońcem szlachta nie tylko że rozmowę taką za specjał sobie uważa, ale nawet wiarę w diabły i duchy ma sobie za jakiś artykuł religijny.
— Prawdę mówi pan podstoli — rzekłem ja na to — w rzeczach każdej wiary, nie mówię już samej religii, wszystkie rozumowania nie są na swoim miejscu.
— Oczywiście — rzekł na to pan Fredro — w rzeczach wiary nie masz rozumowania. Kto rozumuje, ten już nie wierzy. Ale w rzeczach miłości i nadziei dużo się da powiedzieć, i to bez żadnej szkody. Jakżeż tedy u ciebie, panie Marcinie? Czy zawsze jeszcze status quo382, czy jest jaka odmiana? — Ja też na to:
— I u mnie odmiana, i tu, widzę, na stole jest trochę odmiana; zaraz wam będę służył.
To rzekłszy, porwałem klucze i pobiegłem do piwnicy, ale tą razą383 przyniosłem jeszcze lepszego wina, którego skoro tylko pokosztował pan podstoli, zaraz zawołał:
— To w tobie diabeł siedzi, mospanie, ale nie w Piotrowiczu! Skąd ty masz takie wino? Jak mnie Bóg miły, tak u Ossolińskiego, gdzie każdą beczkę i butelkę tak znam, jak u siebie, nie masz takiego kordiału.
— Wolne żarty! Panie podstoli dobrodzieju, ale snadź znajdzie się tam trochę lepsze, chociaż i u mnie jest jeszcze jedno, przy którym i to jakby cienkusz tylko wygląda.
— A! Panie Marcinie! — zawołał pan Bal. — Bierzesz nas na tortury! Chyba że chcesz, żebyśmy nigdy nie wyjechali od ciebie.
— Bodajbyście i nie wyjechali! — rzekłem, całując Bala po obu stronach twarzy, na co pan Fredro uśmiechnął się trochę i rzekł:
— Niechże wam Bóg sekunduje! Z czego ta szlachta nasza porobione ma serca, dalibóg, nikt nie odgadnie. Dosyć się nadeptałem po cudzych krajach i ziemiach, i grodach, i miastach i zawsze to sobie powiadam, że nasza cara patria384 ledwie by na pastwisko być mogła dla tamtych; ale co się tyczy przyjaźni i gościnności, toby tamtym wszystkim długo się uczyć u naszej szlachty...
— I snadź385 nigdy się nie nauczyć — dodał pan Bal. — Chodziłem ja między Niemce i inne Angielczyki, byłem nawet w Szwajcarii, gdzie to lody wieczne na górach, a na dołach pomarańcze i lemony, potrąciłem takoż o Włochy, gdzie znowu tak gorąco, że aż człowiek topnieje — ale niechże nie będę Balem, jeżelim tam co widział z tych cudów, o których wy powiadacie. Ot! Zwyczajne bajki i koniec.
— Nie gadajże tak, proszę ciebie — odpowiedział podstoli, uśmiechając się dobrodusznie, co było już znakiem bardzo dobrego humoru — tyś był za granicą, to prawda, aleś tam był dla potrzeby; przeszedłeś przez Niemcy, nie umiejąc ani jednego słowa po niemiecku...
— Przecie mnie rozumieli — przerwał pan Bal.
— Oni ciebie rozumieli, aleś ty ich nie rozumiał.
— Dlaczego by nie! I ja ich rozumiałem. Do pół Niemiec wszędzie gadają po polsku, w drugiej zaś połowie choć nie gadają, to przecie rozumieją. Ja ani jednego słowa nie umiem powiedzieć z niemiecka, a przecie nigdziem ani głodu, ani pragnienia nie zaznał.
— Poczciwy kasztelanic — rzekł na to pan Fredro — ale na cudzych krajach nic a nic się nie rozumie.
I takeśmy się zabawiali stateczną rozmową, od jednej do drugiej przeskakując materii, i bardzo nam przyjemnie czas schodził, bo już to, prawdę mówiąc, nie masz podobno nic na świecie nad dobrą kompanię. A lubo pan Fredro ani na jedną chwilę nie zapomniał o tym, że się w starych papierach trochę więcej czego nachodzi o jego niżeli o naszych antenatach i z tej przyczyny nawet, jeżeli kogo po przyjacielsku brał pod ramię, nigdy nie zaniedbywał łokciem go drapnąć po żebrach, to jednak nie wiem, jak komu, ale mnie to nic nie wadziło. Trąci mnie Fredro, trącę ja pospolitszego od siebie szlachcica, tamten znowu trąci zagonowego, zagonowy potrąci mieszczuka, mieszczuk potrąci chłopa, a i chłop jeszcze, kiedy mu przyjdzie ta fantazja, potrąci Żyda lub innego jakiego hultaja i tak wciąż idzie na tym bożym świecie, i nierozumny by był ten, kto by się gniewał za to. Lecz kiedy sobie tak rozmawiamy, ja gościom moim coraz lepsze wino zastawiam i czym mogę im służę, oni zaś ustawicznie się sadzą na pochwały i komplimenta dla mojej piwnicy; nagle nowy turkot nowych gości zapowiedział przed gankiem.
— Widzisz — zawołał na to zaraz pan Fredro — szlachta dobre wino zwąchała i ciągnie do niego jak mucha do miodu.
Tymczasem zaś drzwi się otworzyły z łoskotem i wpadł ni mniej, ni więcej, tylko Stojowski, Lgocki starościc i ów bogaty wuj jego, którego poznałem był w Źwierniku, imć pan Kąkolnicki. Ucieszony tak niespodziewanym darem bożym, skoczyłem do nich, witając i całując się z nimi serdecznie, oni też ze mną nie mniej kordialnie, osobliwie też pan Stojowski, z którym już mnie, jeżeli nie przyjaźń, to przynajmniej wzajemne poszanowanie wiązało; a podczas kiedy ja się tu cieszę z moimi gośćmi i witam ich, stołki im do stolika przystawiam i, jak mogę, sadowię i raczę, rzecze pan Fredro, który się wcale z miejsca swego nie ruszał:
— Panie Stojowski, widzę, mnie nie poznałeś — a pan Bal dodał zaraz:
— Ani mnie także.
Stanął tedy Stojowski, przypatrując się im obudwom386, pocierał sobie czoło, mówiąc:
— Przysięgnę na to, że was znam obudwóch, zdybywaliśmy się gdzieś podczas wojny, ale żeby mnie kto zabił... otóż to pamięć przeklęta!
Ale kiedy ja pomogłem, skoczyli zaraz serdecznie do siebie, witając się wzajem i jakieś dawne, to szkolne z Warszawy, to wojenne skądinąd czasy sobie przypominając. Ja też tymczasem witałem się z panem Kąkolnickim, powiadając mu kilka słów grzecznych, jak na gospodarza przystało. Jednakże wkrótce ta urywana rozmowa ustała, a nie minęło i pół godziny, kiedy przeniósłszy się z gośćmi do wielkiej sali i naniósłszy doskonałego wina pod dostatek, bawiliśmy się doskonale, będąc sobie wesołej myśli i najlepszej swady. Lgocki tylko jeden, jako zwyczajnie niewiele miał do gadania, milczał i teraz, i chmurno jakoś na mnie spoglądał. Nie miałem atoli czasu ani ochoty uważać na to, a lubo nieraz mnie ta myśl zalatywała, że ta niespodziewana wizyta Mazurów u mnie ma zapewne ważniejsze niż zwyczajne wizytowe powody i że snadź nie o kogo innego tu chodzić będzie, jeno o tego biednego starościca, toż jednak obowiązek gospodarza nie pozwalał mi myśli moich odrywać od chwili obecnej i moich gości, a wszelkie deliberacje387 rozkazywał zostawiać na później. Jednakże później rzecz cała wytoczyła się na stół, a to w ten sposób.
Pijemy, rozmawiamy, to siedząc, to chodząc, ten z tym, a tamten z owym. Stojowski zaś najwięcej już ze mną. Nareszcie wziął mnie pod ramię i zaprowadziwszy do drugiej izby, rzekł mi:
— Kochany panie Marcinie, mamy tu do ciebie prośbę jedną.
— Może sprawa jaka — odpowiedziałem — jeżeli tak jest, to mów śmiało i bez ogródki, u mnie serce nie bardzo płochliwe.
— Nie jest to sprawa — rzecze on — tylko prośba, której pewno odmówić nie zechcesz; jednak przyznam ci się, że sam nie wiem, od czego zacząć. — Ja też na to:
— Kiedy nie wiesz, od czego zacząć, to niechże się bez początku obejdzie, wal prosto in medias res388: ze mną wiele ceremonii nie trzeba.
— Hm! Bo widzisz... jest to zawsze delikatna materia. Lgoccy prosili mnie na mediatora...
— Lgoccy? — zawołałem. — Czegóż mogą chcieć Lgoccy ode mnie?
— Siadajże, proszę ciebie, opowiem ci całą rzecz.
— Mów bez ogródki.
— Owóż taka jest rzecz. Wiadomo ci jest, że Lgocki młody, którego znasz, a który tutaj jest ze mną, stara się od dawna o pannę Zofię Strzegocką. Zaszalał się nieborak do tego stopnia, że już wariuje na czysto.
— Nie dziwię się wcale, bo jest też za czym.
Na te słowa moje Stojowski się popatrzył na mnie z uwagą, jakby chciał z twarzy mojej odgadnąć, co one znaczą, a potem rzekł:
— Może jest za czym, ale nie ma dlaczego. Rzecz się bowiem tak ma, że i matka panny, i dziadek wcale nie mają nic przeciw temu mariażowi.
— Jak to! I dziadek? — zapytałem obcesem.
Zmięszał się trochę mediator, ale po chwili odpowiedział stanowczo:
— I dziadek. Sam z nim mówiłem; protestował się wprawdzie z początku, zarzucał wiele rzeczy Lgockiemu, ale na koniec dał się przekonać.
— To, widzę, dołki kopiecie pode mną! — zawołałem, srodze się popatrzywszy na niego. Ale on na to łagodnie:
— Kiedy tak, to już nie ma dalej co mówić.
— Mów, mów, niechaj wiem przynajmniej, o co wam chodzi.
— Dobrze, ja będę mówił, ale muszę cię najpierw uprzedzić, iż ja całkiem obojętny jestem obrotowi tej sprawy. Prosili mnie Lgoccy, abym starościca deklarował...
— Jak to, to już się i zdeklarował?! — zawołałem znów niecierpliwie.
Na to Stojowski odsunął się ode mnie i przeszedłszy się parę razy po izbie, zajrzał w okno i rzekł:
— Piękne dnie teraz mamy, da Bóg doczekać, będziemy rychłą wiosnę mieli w tym roku.
— Mój Stojowski! — zawołałem natenczas. — Nie rób ze mną komedii; to tobie komedia, a mnie serce się krwawi z niespokojności i bólu. Mów, co się stało i czego chcecie ode mnie?
— Nic się nie stało i już niczego nie chcemy. Ja sobie tę rzecz całkiem wyobrażałem inaczej. A zresztą, gniewasz się, rzucasz sobą, a my tu właśnie nie po gniew i burdę jaką przyjechali, tylko po zgodę i piękne porozumienie się z tobą.
— Mówże prędko, proszę ciebie, już będę milczał jak kamień.
Zaczął więc znowu łagodnie.
— Słuchajże tylko pięknie i cierpliwie. Otóż przed kilkoma dniami pojechałem ze starościcem do Źwiernika i deklarowałem go pani stolnikowej. Mówiliśmy długo i szeroko. Pani stolnikowa oświadczyła nam, iż nie tylko nic nie ma przeciw temu, ażeby Zosia oddała rękę starościcowi, ale i owszem, będzie sobie to mieć za szczęście i spełnienie najgorętszych jej życzeń. „Jednakże — mówiła nam pani Strzegocka — zachodzi tu jedna okoliczność, która mnie wielce martwi i niepokoi, a którą chciałabym mieć koniecznie załatwioną przed daniem całego słowa. Oto imć pan Nieczuja, krewny naszego domu i z wielu względów bardzo szanowany kawaler, niedawnymi czasy także się deklarował o rękę Zosi. Są pewne względy, które mnie nie kazały przyzwolić na to małżeństwo; jakoż odmówiłam panu Nieczui. On atoli, lubo starałam się odmowę moją w jak najgrzeczniejszy sposób ułożyć, przyjął ją z niechęcią, z wielkim gniewem i z przekleństwem prawie na dom nasz i całą rodzinę ze Źwiernika odjechał i dotąd się nie pokazał. Ja zanadto poważam sobie pana Nieczuję, zanadto z wielką przyjaźnią jestem dla niego, zanadto zresztą dbam o przyszłe szczęście i spokój mojej córki, ażebym gniewowi takiemu na mnie i na całą moją familię mogła dać żywić się dłużej albo żebym przed ułagodzeniem go nie omijała rzeczy takich, które by go jeszcze mogły rozżarzać. Może ja tu oględność moją za daleko posuwam i może to wszystko wcale jest niepotrzebnym, ale to trudno; byłam sama świadkiem, jakie okropne skutki nieoględna rekuza sprawiła w pewnym domu w dawnym naszym sąsiedztwie i po prostu się boję. Nie mam tedy nic przeciw panu Lgockiemu — mówiła pani stolnikowa — i owszem, zezwalam; ale pierwej całego słowa mojego nie dam, póki waszmość nie postaracie się o to, aby jmć pan Nieczuja zdjął przekleństwa i groźby swoje ze mnie i domu mojego”.
Zatrzymał się w tym miejscu Stojowski, a ja, który przez cały ten czas nawet oddech zatrzymywałem w piersiach, zaczerpnąłem cokolwiek powietrza i odetchnąłem. Jawno mi już teraz było, że doskonałą prawdę mówił Stojowski; jawno i to, dlaczego stolnikowa wymaga ode mnie słowa na to, że żadnego nie będę miał gniewu dla niej ani dla Zosi; pamięć Murdeliona i jego gniewu stała jej żywo przed oczyma... obawiała się znaleźć drugą taką samą dozę diabelskiego specjału we mnie... Ale nie bójcie się! Pomyślałem: nie podług wyjątków należy sądzić ludzi na świecie, nie podług tych, którzy się wyszczególniają i wynoszą nad ogół!... Ja się nie gniewam. Jam niczym nie wystąpił nad masę, jam tylko jest zwyczajną i równą innym cząstką milionowego ogółu, ja żadnego wywyższenia nie pragnę; ja żyję w kąciku i postępując wedle odwiecznych praw boskich i obyczajów ludzkich, które mam przekazane od ojców, nie chcę niczego więcej, tylko być zawsze tym, czym byli oni. I byle tylko nikt wyższych praw sobie nie rościł nade mnie, bylem ja został po staremu omnibus par, nemini inferior389, to więcej niczego nie zapragnę i do wywyższenia albo wyszczególnienia się nie użyję ani gniewu, ani złości, ani gwałtu, ani żadnego innego nadzwyczajnego środka; a jeżeli mi Bóg dał jakowe cnoty lub zdolności, to i te niechaj się spalą na ołtarzu wspólnego dobra, wraz z milionami cnót innych mojego zakonu, przez nikogo nieznane i nienagrodzone, tylko Twoim oczom widome, o Panie wielki! Abyś mi je policzyć mógł kiedyś, kiedy z otwartym całego życia mojego sumieniem stanąć mi przyjdzie przed Tobą. Ja się nie gniewam i nie gniewałem się nigdy, a jeżeli dnia jednego jakich cierpkich słów kilka wyleciało z ust moich przeciwko bezbronnej kobiecie, przeciwko matce tej niewinnej istoty, która mi się stała wszystkim na świecie, to była to raczej gorąca skarga na los mnie przeciwny, niżeli zła chęć jaka dla domu tego, pod którego dachem szukałem szczęścia na całe życie. I było to w samej rzeczy. Od dnia, w którym z taką furią wyjechałem był ze Źwiernika, daleko więcej myślałem nad tym, jak by stolnikową na nowo dla siebie przebłagać, jak by jej gniew słuszny i sprawiedliwy zdjąć ze siebie samego, niżeli żeby sobie gniew jaki na nią żywić lub rozżarzać. Vana zresztą sine viribus ira390 i cóż by mnie było po moim gniewie?... Dla mnie matka tej, którą kochałem nad życie, była osobą świętą i nietykalną i gdyby mi przyszło było iść na wieczną nędzę lub śmierć z jej przyczyny, to jeszcze nie byłbym nigdy potrafił trzeźwymi usty rzucić złe słowo na nią, a nie dopiero podjąć jaki niegodziwy uczynek. O! Tak było, i pewnie tak było! — Jam w niczym nie był podobny do Murdeliona. Ale... — myślałem długo i z natężeniem... — ale cóż za odpowiedź dać Stojowskiemu? Wyprzeć się by najmniejszego na dom Strzegockich gniewu, znaczyło to po prostu błogosławić Lgockiemu do ołtarza ze Zosią; przyznać li się do gniewu, którego ani cienia nie było w mym sercu? — jak to uczynić? Ale rozum, ów niezmordowany rachmistrz duszy człowieczej, ów nieubłagany nieprzyjaciel wszelkich odpowiedzi stanowczych, czegóż to nie doradzi? Rzekłem tedy do Stojowskiego:
— Cóż Zosia na to?
— Zosia jest jeszcze dzieckiem prawie — odpowiedział mediator — nie może ona w tak ważnej rzeczy mieć swojej opinii.
— Jak to! — zawołałem. — Toż nawet tutaj swojej opinii mieć nie będzie, gdzie o nią samą idzie, gdzie idzie o jej szczęście doczesne, o jej życie całe, o jej jedyne i wszystko na świecie? O świat! O ludzie! — zawołałem z żalem i ze łzami w oczach zacząłem chodzić po izbie. Stojowski stał oparty o krawędź stołu i nie przerywając mi wcale, patrzył, ile mi się zdawało, ze szczerym współczuciem na mnie. Milczenie to trwało długą chwilę; ja ustawicznie chodziłem po izbie i im więcej się przezwyciężałem, aby się w żalu utulić, tym mocniej mi się serce ściskało i tym obfitsze łzy wyciskały mi się z oczu. Już i rozum, który znów swoją podsuwał radę, umilknąć musiał przed nawałą uczucia. Aby jednak to jakoś zakończyć nareszcie, stanąłem i łkającym głosem spytałem Stojowskiego:
— Czegóż wy chcecie ode mnie?
To zapytanie moje przyniosło najlepszy skutek. Skoczył on bowiem zaraz do mnie i także ze łzami w oczach porwał mnie za rękę, a ściskając ją mocno, rzekł:
— Przebacz mi, panie bracie! Poznałem cię inszym, a widzę cię wcale inszym. Gdybym był o tym pierwej wiedział, co teraz widzę, nie byłbym się nigdy podjął tego orędownictwa. Kto by nie szanował praw serca, tego najprzedniejszego klejnotu w człowieku, ten niewart nazwiska człowieka. Przebacz mi, panie bracie!
— Nie gniewam się nic a nic i na nikogo się nie gniewam — odpowiedziałem, ściskając mu rękę z afektem — ale własną ręką swego serca zabijać nie będę. Dziękuję tobie, że mnie rozumiesz, i Bóg jest świadkiem moim, co myślę, ale nikomu nic odpowiadać nie będę. Niech sobie robią, co chcą.
Chwilę jeszcze rozmawialiśmy z sobą w tej izbie, wypowiadając sobie wzajemne sentymenta; a właśnie kiedy świece przynoszono do sali, poobcierawszy się z łez i odetchnąwszy po kilka razy, powróciliśmy do reszty kompanii. Tam, nie wiem z jakiego powodu, ale zapewne wskutek jakiegoś źle wyrozumianego gestu Stojowskiego albo wskutek fałszywie wyczytanego którejś z naszych twarzy wyrazu, ledwie com wszedł, zaraz ów drugi Lgockiego towarzysz, pan Kąkolnicki, przybliżył się do mnie i wyciągnąwszy obiedwie391 ręce, rzekł:
— W imieniu Lgockich i całego pani stolnikowej domu bardzo dziękujemy waszmości; nigdy nawet nie spodziewaliśmy się inaczej.
— Za cóż to mi waszmość dziękujesz? — zapytałem zdziwiony, cofając się przed nienależącym mi się komplimentem.
— A dziękujemy waszmości, żeś był tak łaskaw...
— Ale, przepraszam — zawołałem — ja wcale nie byłem łaskaw.
— Jak to! — zawołał znów on, odskoczywszy. — Czy być może?
— Może i jest! — odpowiedziałem. On też na to z nieukontentowaniem:
— A to osobliwa392! Nigdy nie myślałem, żeby się nalazł393 kto taki.
— Mości panie! — przerwałem mu. — Czy moje uczynki się panu osobliwe wydają czy nieosobliwe, to mi jedno! Zresztą muszę waszmość uważnym uczynić na to, że tu wcale nie miejsce po temu, aby dysputować o tym, chyba że chcecie prywatne sprawy koniecznie na widok publiczny wywlekać.
— Ta sprawa — rzecze on — gdyby się i przed całą Europą wywlokła, nic nam pewnie pod żadnym względem nie zaszkodzi.
— Może i zaszkodzi.
— Nie zaszkodzi!
— Ale powiadam, że zaszkodzi.
— Zaszkodzi, ale nie nam.
— Otóż wam właśnie zaszkodzi, bo wyście niedorzeczność zrobili, nie ja.
— Jakąż to niedorzeczność?
— Toż to dorzecznie jest — zawołałem — przyjeżdżać do konkurenta po to, aby swojej pannie pozwolił iść za innego!
— Cha, cha, cha! Otóż to osobliwa! — zawołał pan Fredro, a Stojowski w tejże chwili usiadł przy nim na kanapie, dając oczywiście tym do poznania, że od wszystkiego ręce umywa. Tymczasem zaś Lgocki wstał z krzesła i stanął po stronie Kąkolnickiego, który tuż rzekł:
— Przepraszam waszmość pana, nie ten jest niedorzeczny, który łagodnie prosi o to, iżby mu nie przeszkadzano w konkurach, ale ten właśnie, który się sroży na próżno i upiera przy tym, co być nie może. — A ja mu na to:
— Co mi waszmość gadasz trzy po trzy? Sameś głupstwo zrobił i teraz składasz je na drugiego! Co waszmość wiesz, co być może, a co nie może!
— Wiem bardzo dobrze — rzekł on — waszmość tej panny nigdy nie dostaniesz; tak już jest zapisano.
— A żeby tam było i na kamieniu ryto, to ja wam powiadam, że wy jej dostaniecie!
— Otóż dostaniemy! — zawołał Lgocki. — Pani stolnikowa dała nam słowo.
— Nieprawda! — krzyknę. — Nie dała!
— Dała słowo! — zawołał znów Lgocki. — I żebyś wiedział, Niecuja, żebym cię zaraz zabił, kiedy byś chciał temu pseskadzać!
— Pójdziesz ty z twoim zabijaniem! — krzyknąłem na niego. — Patrzajże, jaki mi heros! — A wtem pan Bal wstał z kanapy i stanąwszy po mojej stronie, rzecze grubym głosem:
— Hola, mości panowie! O co to chodzi?
— O co chodzi, to chodzi! — krzyknie na to Lgocki już w pasji. — Co wasmości do tego?
— Co mnie do tego? — zawołał Bal. — To będziecie na cudzy dom najeżdżać i burdy w nim robić! Otóż ja wam powiadam, że panny nie dostaniecie i że pan Nieczuja dostać ją musi! Co to myślicie? To jest sprawa dziś całej ziemi. Obraziliście nas tu wszystkich, bo tu nie pojedynkiem, mospanie, tu wszyscy za jednego i jeden za wszystkich.
— Nie damy się napadać — krzyknął znów Lgocki — tu się z nami wybijcie! — i dodał z płaczem. — Niechze mnie juz zaraz zabiją!
— Tu się z nami wybijcie! — powtórzył z ferworem Kąkolnicki i poczęli się brać za szable. Pan Bal też zaraz dobył karabeli i kiedy ja, pośród krzyku i zamięszania porwawszy jakąś serpentynę z kąta, tuż chcę stawać do bitwy, woła Bal już rozogniony: „Tu stawaj, po prawej!” — Przeskoczyłem na prawą stronę i za jedną sekundę bylibyśmy już jak Bóg w niebie uderzyli, ale wtem otworzyły się drzwi z łoskotem i w tymże samym momencie, kiedy w sieni dawał się słyszeć głos kobiety wołający: „Dlaboga! Gdzie pan? Gdzie pan?” — wpadła owa znajoma nam karczmarka do sali i rzuciwszy się najpierw pomiędzy nas, a potem mnie do nóg, zawołała:
— Ach, panie, co się tam stało w Źwierniku!
— Co się stało? — krzyknąłem przerażony i pałasz upuszczając ku ziemi.
— Ach! Panie! — odpowiedziała ona, nie mogąc mówić dalej, bo była nadzwyczajnie zmęczoną i prawie omdlewającą.
Pan Fredro i Stojowski, którzy dotychczas nieruchomie siedzieli na kanapie, zerwali się i przybiegli do nas; myśmy także, pospuszczawszy pałasze, skupili się razem i okrążywszy tę młodą niewiastkę, wypytywali:
— Co, co tam się stało?
— Pozaprzeszłej nocy... panie... — mówiła ona drżącym i przerywanym głosem — napadł ktoś zbrojnie na dwór źwiernicki.
— Napadł! — krzyknęliśmy obadwa z Lgockim prawie jednocześnie. — I cóż uczynił?
— Napadł... i porwawszy panią stolnikową, wywiózł ją gdzieś het!... Bóg wie dokąd.
— Boże! A Zosia? — zawołałem, bledniejąc cały i drżąc po wszystkim ciele.
— Wszyscy reszta zostali.
— Hej! Zaprzęgać mi czym prędzej do wózka — zawołałem, wybiegając do sieni.
— I nam zaprzęgać! I nam zaprzęgać! — wołali inni i już się robił gwar i zamięszanie. Lgocki tylko jeszcze rzucił mi się na szyję, wołając: „Psebac, panie Niecuja! Ratuj Zosię, ja dam milion pieniędzy!” — Kąkolnicki zaś, kręcąc się tędy owędy, mówił sobie pod nosem: „Tu nie ma co robić, trzeba stolnikową ratować!” — Stojowski rwie mnie w tę stronę, Bal w drugą, inny w inną; ale ja już nie wiedziałem, gdziem jest i co się dzieje ze mną, więc także, biegając od kąta do kąta, zawołałem jeszcze podstarościego i krzyknąwszy mu w ucho: „Kołkiem, waszeć, w moim pokoju”, wskoczyłem ja z Lgockim w jeden wózek, Stojowski z Kąkolnickim na drugi i ruszaliśmy nocą i cwałem do Źwiernika.
A działo się to w dniach pierwszych miesiąca kwietnia; ziemia się rozmarzała, śniegi topniały ustawicznie, pora była dżdżysta i wielka roskal394 po drogach, więc łamały nam się w tej podróży koła u wozów, wylatywały szprychy, odpadały i gubiły się lusznie, grzęźliśmy w wielu miejscach; pomimo to jednak dnia następnego po południu pokazała nam się wieś Źwiernik pomiędzy dwoma podłużnymi piaszczystymi garbami, nad jakąś małą rzeczką w dole wyciągniętą, i taka cicha, taka spokojna, jak zawsze, i jakby o niczym niewiedząca. Nareszcie i dwór nam się pokazał ze swoimi białymi zabudowaniami, malowanymi dachami i gładkim przed sobą dziedzińcem, ale i na nim jeszcze nie widzieliśmy żadnych śladów zajazdu lub gwałtu. Dopiero w środek wjechawszy, ujrzeliśmy trochę niezwyczajnego ruchu około domu; dwa wozy naładowane i uprzężone stały przed gankiem, sługi się tu i owdzie kręciły, gromadka chłopków stała z pospuszczanymi głowami przed oficyną i gwarzyła pomiędzy sobą, a dziadek o lasce oparty stał w ganku i orzeźwiony czy ważnością wypadku, czy jakiejś sprawy przedsiębrać się mającej, głośne wydawał rozkazy i rozporządzał. Mąż ten w ową chwilę odmłodniał był o połowę lat swoich, a ponieważ ślady setnego wieku i strupieszałości prawie grobowej wciąż na nim widne były, więc wydał mi się na razie, jakby jaki od wieków już w trumnie spoczywający praojciec, który, nową zbudzony wojną, wyszedł z grobu na chwilę.
Kiedyśmy zajechali w dziedziniec i dla owych wozów ładowanych, zastępujących nam miejsce zajezdne, opodal stanęli od ganku, starzec przyłożył dłoń wyciągniętą do czoła i mocnym głosem zapytał:
— Czy Nieczuja przyjechał?
— Nieczuja, panie cześniku, Nieczuja! — zawołałem, wyskakując z wózka, a przybiegłszy do starca, rzuciłem mu się w ramiona i popłakaliśmy się obadwa.
— Wiedziałem, że mi nie odmówisz pomocy — rzekł pan cześnik po chwili, wypuszczając mnie z swojego objęcia i łzy ocierając. — Kiedyż posłaniec przyjechał?
— Posłaniec? — zapytałem zdziwiony. — Ja żadnego nie widziałem posłańca. Przypadkiem tylko się dowiedziałem.
— Przypadkiem? No! Wszystko jedno. Wiesz, co się stało. Ja dziś wyjeżdżam, będziesz mi towarzyszył?
— Ale z całego serca, mości dobrodzieju, wszakże po to tu przyjechałem.
— Ale bo to sto mil drogi — rzekł starzec.
— A gdyby i tysiąc! — rzekłem w zapale. — I gdyby przez ogień i piekło, pewnie się nie ustraszę i możesz jegomość liczyć na mnie jakby na syna.
— Niechże ci Bóg nagrodzi, kochany Marcinie — rzekł starzec, nachylając się ku mnie i całując w głowę. — Znam się na ludziach i wiem, czego w kim szukać.
To mówiąc, pan cześnik wziął mnie pod ramię i nie witając się cale z tamtymi, prowadził mnie do pokojów. Tamci jednak postępowali za nami. Ale ledwie cośmy weszli w próg sali, natychmiast Zosia, która, zawinięta i już do podróży ubrana, ze spuszczoną główką siedziała pod oknem, ujrzawszy nas, zerwała się nagle i jakby strzała wypuszczona z łuku skoczyła ku mnie i z głośnym krzykiem: „Pan Marcin!” — rzuciła mi się na piersi. Była to scena, jakiej nigdy już potem nie doświadczyłem w życiu. Sam nie wiem, co się działo ze mną natenczas, ale to pewna, że jakie tylko uczucia i ile tylko miałem ich w sercu, wszystkie się w duszę moją wylały. Mógłbym był i śmiać się, i płakać, i iść na armaty, i rzucić się na kolana przed Boga, i skonać nawet bez smutku i żalu w onej chwili. I wszystkich to rozczuliło. Ledwie co bowiem Zosia, spostrzegłszy swoją nieuważną prędkość, odstąpiła ode mnie, zaraz mnie dziadek znów porwał w ramiona, z drugiej strony Stojowski całą twarz mi obcałował i łzami obmazał, Lgocki, głośno płaczący, rzucił się na kolana przede mną, Kąkolnicki z przyjacielskim współczuciem ściskał mnie za rękę. Zuzia tylko jedna, siedząca na kanapie, po tej scenie całkiem zimnym i lodowatym głosem rzekła do mnie:
— Jak się ma pan skarbnikowicz?
Ale ja już nie uważałem na to ani odpowiadałem, tylko wyrwawszy się z onych przyjacielskich uścisków, w też pędy pobiegłem za Zosią, która, wstydem zarumieniona, zaraz się wysunęła do przyległego pokoju. Tam, przystąpiwszy do niej i ściskając ją za obydwie ręce, rzekłem z przepełnionego serca:
— Zosiu! Nadroższa nad wszystko na świecie!... Jakiegoż to potrzeba było nieszczęścia, abyśmy się znów widzieć mogli! — Na to ona ze łzami i głosem cichym a łkającym:
— Nie opuszczaj pan nas, biedne sieroty!
— O! Nie opuszczę was już ani krokiem, a ciebie, daj Boże, aż do śmierci.
Zosia mnie na to ścisnęła za rękę i tuż chciała coś mówić, ale w tejże chwili wszedł dziadek, mówiąc głośno:
— Mój Nieczuja, daj już teraz pokój karesom, będziesz miał dosyć czasu na to i potem. Chodź no ze mną, wszakże mamy co z sobą pomówić.
Na ten głos niespodziewany Zosia odskoczyła ode mnie, jakby ptaszek po strzale; ja zaś wziąłem pod ramię starca i przeszliśmy do dalszego pokoju, gdzie on, usiadłszy w krzesło, najpierw rzekł do mnie:
— Dobry chłop z ciebie, ale jeszcze pstro w głowie.
— Panie dobrodzieju — odpowiedziałem ja na to — Bóg świadkiem moim, że mi się serce kraje na wspomnienie tego nieszczęścia, które was nawidziło, ale radość i smutek w tej chwili pomięszały się we mnie, że sam nie wiem, któremu się oddać najpierwej.
— Nic w tym nowego — odparł pan cześnik — na to człowiek ma serce, aby czuł wszystko, co go z bliska dotyka. Ale znów na to ma rozum i sumienie, aby nie trawił darmo czasu nad bezużytecznymi żalami, tylko aby przysposabiał środki ratunku. Więc wiesz, co się stało?
— Wiem, panie.
— Wykradziono córkę moją, porwano ją gwałtem, po zbójecku. I wiesz, kto to zrobił?
— Nie wiem na pewno, ale się domyślam; podobno Murdelio.
— Tak jest, on! Ignacy, ten diabeł wcielony, który, zakochawszy się w niej za młodu i dostawszy rekuzę, poprzysiągł mnie zemstę wieczystą i teraz ją wykonywa! Spodziewałem się tego, ale nie mogłem temu zapobiec. Trudnoż, miałem nadworną utrzymywać milicję, aby dom pilnować od niego; trudno uciekać było przed nim za granicę, kiedy by to się na nic nie zdało; trudno rozprawiać mi się z nim dzisiaj na rękę, kiedym już stary i zakrzepły.
— Ja się z nim rozprawiłem po trochę przed kilkoma dniami — rzekłem na to dziadkowi — ale cóż to pomogło!
— Jak to? Ty z nim? A gdzież to było?
Opowiedziałem tedy dziadkowi wizytę Murdeliona u mnie i wszystko, co się stało.
— O! Nieszczęśliwy! — rzekł on na to. — Toż to dlatego on się w zimie na to odważył.
— Ha! Być może! Ale cóżem ja temu winien?
— Tyś nie winien — rzekł dziadek — i nikt z nas nie winien. Ale niechże się ma na baczności ten, który winien! Ja wiem, gdzie go szukać, a kiedy znajdę!... Stary jestem i obydwiema nogami stoję już w grobie!... ale kiedy go znajdę!... — wołał dziadek, trzęsąc się cały i zaciśniętą pięść prawą podnosząc do góry, ale ja go wstrzymałem, mówiąc:
— Niech się jegomość nie irytuje; przy boskiej pomocy wszystko się to zrobi, jak przynależy, a chybaby już żadnej cnoty w ludziach nie było, żeby nam nie pomożono w tym razie.
— Daj no pokój! — przerwał mi starzec, uspokajający się już cokolwiek. — Wiem ja, co liczyć na kogo. Szlachta oszmiańska była mi ojcem niegdy i opiekunem opuszczonej fortuny; potrafi ona być mi dziś bratem i pomocnikiem. Więc słuchaj mnie, wasze. Córkę moją wykradł Ignacy i zawiózł ją precz do siebie, aż na swój zamek. Pan Strzemeski, który trzyma Strzegocice od mojej córki, pędził za nim zaraz nazajutrz i nie dopędził go wprawdzie, ale po drodze odpytał. Bryką i wozem, zaprzężonymi po cztery konie, popędził on przez Pilzno ku Mielcowi. Na razie można mu było zabiec drogę i odbić, bo nie miał, tylko pięciu ludzi trochę uzbrojonych przy sobie, ale dzisiaj już nie ma co myśleć o tym. Musi on być już gdzieś koło Lublina, bo to psimi drogami popędziło to licho. Nie ma więc innej rady, tylko trzeba jechać za nim. Ja tam mam wioskę w jego sąsiedztwie, mam ludzi przychylnych, całą szlachtę znajomą i kochającą, jest więc punctum oparcia się. Ale ja nie pojadę tędy, bom ja już stary i słaby, i niezaradny w podróży; ja pojadę za gościńcem na Kraków, na Warszawę, na Grodno. Przyjadę o kilka dni później wprawdzie, ale tym pewniej, a przez ten czas mam nadzieję, że ją tam Pan Bóg będzie miał w swojej opiece. Zresztą, jedzie Zosia ze mną, jakże mi się puszczać na małe drogi?
— A panna Zuzanna?
— Panna Zuzanna zostaje z panią Strzemeską na gospodarstwie w Źwierniku. Nie bardzo tego potrzeba, bo któż wie, kiedy powrócimy, ja pewno już nigdy, ale kiedy jechać nie chce, to cóż jej zrobię?
— Pewna to — rzekłem — że trudno przymusu używać, ale widzi mi się, że kiedy państwo wyjeżdżacie, to już lepiej by, ile możności, zabrać się ze wszystkim. Kto wie, jak tam długo posiedzieć wypadnie? A jeżeli tu chodzi o jmć pana Konopkę, toż przecie konkurent...
— Ale gdzie tam! Konopka sam chce jechać z nami, ona nie chce. Niechże sobie siedzi. Więc słuchajże. Kiedyś tak dobry, że się ofiarujesz jechać z nami, to jedź. My dziś wyjeżdżamy na noc do Koszyc, do Konopki, gdzie on już dziś rano wyjechał, aby nam nocleg przyrządzić, jutro bowiem zawczasu chcemy być w Krakowie i zapewne cały dzień tam zabawimy; więc ty jedź z nami do Tarnowa, stamtąd sobie wyszlij kogo do domu, abyś jakoś na ten czas gospodarstwem zarządził i przez to straty jakiejś nie cierpiał, a potem nas dopędzisz gdziekolwiek na drodze albo i w samym Krakowie.
— Hm! Boże mój! — rzekłem na to. — Ja tu ani koni nie mam takich ze sobą, ani powozu, ani Węgrzynka... A! No! Jakoś to będzie; niech jegomość będzie spokojny.
To rzekłszy, wybiegłem do Zosi spytać się o mojego Węgrzynka. Ale ku wielkiemu zdziwieniu dowiedziałem się, że był, ale dwa dni jeszcze przed owym pani stolnikowej nieszczęściem wziął kartkę wieczorem i miał zaraz odjeżdżać. Więc ja, niezadowolony tą wiadomością, a wiedząc o tym, że ogrodnik miał być wtajemniczony w tę całą sprawę, pobiegłem do niego, ale i tam jeszcze nie dowiedziałem się nic takiego, co by mnie choć na domysł jego dotychczasowego zniknienia naprowadzić było mogło. Ogrodnik bowiem tylko potwierdził to, co mi powiedziała Zosia, dodając, że ile jemu się zdaje, pan Mighaza musiał pojechać na Tarnów, bo się bardzo uskarżał na małe drogi, że były złe i bardzo błotniste. Tak tedy, pozbawiony najwierniejszego sługi mojego i nie mając nawet czasu do namyślenia się nad sposobami odszukania, musiałem pobiec na powrót do dziadka, którego już ubranego w szubę i żegnającego się z domownikami zastałem w ganku.
— Mój Nieczuja — rzecze on do mnie — wszystko już gotowe, jeno na ciebie czekamy.
— Jam także gotów — odpowiedziałem, bo moje konie już także zaprzęgnięte stały przed oficyną.
— Niechże Zosia jedzie sama z służebną, a ja siądę do twego wózka; będziemy z sobą rozmawiać przez drogę.
Tak tedy Zosię wsadziliśmy do powozu, a sami, pożegnawszy się z Zuzią i z panią Strzemeską, pozostającą z łaski swojej na gospodarstwie w Źwierniku, i oddawszy dom ten nieszczęśliwy Panu Bogu w opiekę, ruszyliśmy w drogę. Tamci trzej panowie, smutni i cale skonsternowani, to pani stolnikowej nieszczęściem, to zimnym i obojętnym ich przyjęciem przez dziadka, wlekli się jakie pół mili za nami, a nareszcie, znudzeni powolnością podróży naszej, minęli nas i zniknęli nam z oczu.
Ja zaś, wrzeszcząc przez całą drogę każde słowo dziadkowi w ucho, że aż mi gardło ochrypło, tak się z nim umówiłem, aby kontynuując swoją podróż, cale się nie zatrzymywał przeze mnie i nie uważał na to, gdzie i kiedy z nimi się zjadę.
— Że się z wami zjadę — powiadałem dziadkowi — to pewna, ale teraz nie umiem miejsca oznaczyć, bo przyznam się jegomości, że bez koni i sługi, a nawet bez potrzebnych do tego pieniędzy, że nie wspomnę już o pozostawionym tak na bożą opiekę gospodarstwie, w tak daleką podróż puszczać się nie mogę, tym też bardziej, że mając całą prawie fortunę w domu i w gotowiźnie, kiedy by jeszcze i tego chciało nieszczęście, mógłbym z Oszmiany wrócić do czterech węgłów i wiekuistej golizny. Jedź zatem, jegomość, spokojnie i bez żadnej przerwy, a ja czy dzień, czy dwa dni jeszcze się zabawię w Tarnowie, to zawsze was na gościńcu między Krakowem a Warszawą dogonię.
Tak powiedziałem dziadkowi, ale kiedy mi się przyszło z nim, a osobliwie z najdroższą i przez łzy na mnie patrzącą Zosią pożegnać w Tarnowie, to mi się strasznie duszno zrobiło około serca, bo mnie z jednej strony miłość, z drugiej obowiązek kawalerski, a z trzeciej obowiązek dla mojej fortuny w takie wzięły obroty i na tak niebezpieczny szańc wystawiły sumienie moje, że trzeba było prawdziwej łaski bożej, abym cały wyszedł z tej fatalnej okazji.
Jednakże za pierwszym postępując natchnieniem i cale nie czekając na to, czy mi się gdzieś przypadkowo nie wynajdzie w Tarnowie Węgrzynek, zaraz tej nocy jeszcze pchnąłem Żydka najętego konnym wózkiem do siebie z takim do podstarościego rozkazem, aby mi natychmiast na dzień i noc przysyłał cztery konie, pakowny karabon, sukni i bielizny, co trzeba, i szkatułkę podróżną, w której było tysiąc czerwonych złotych. To uczyniwszy, trochę spokojniejszy położyłem się spać w lichej, jak zwyczajnie u nas, gospodzie.