VI
Owóż wyprawiwszy onego Żydka do Bóbrki i cale uspokojony tym zaradzeniem sobie a pewny, że już bez żadnej przeszkody będę mógł przedsięwziąć oną, tyle dla mnie ważną i obiecującą podróż na Litwę, wstawszy drugiego dnia rano, znalazłem się rzeźwym i silnym, i w dobrej fantazji. Więc ubrawszy się prędko, zarzuciłem na siebie szubę i zamiast szabli, na którą u nas już niechętnym okiem patrzano po miastach, wziąwszy tylko dobrze okuty czekanik do ręki, szedłem na mszę św. do franciszkańskiego kościoła.
A działo się to jakoś dni kilka po środopoście i wszędzie po kościołach odprawiały się nabożeństwa piękne i stateczne. W franciszkańskim kościele, lubo tak rano, ludu już było pełno, ciężko się nawet było przecisnąć, a nie tak dla natłoku, jak dla towarzystwa kapników, czyli biczowników, którzy o tej porze właśnie przyszli byli z procesją do kościoła i swoją nabożną praktykę odbywali.
Kapnicy było to towarzystwo ludzi pobożnych, złożone zwyczajnie z mieszczan bogobojnych, szlachty po miasteczkach osiadłej albo innego gatunku subiektów, których światowego znaczenia trudno zresztą oznaczyć dokładnie, bo nie opowiadając się nikomu, tylko pomiędzy sobą się znali i twarzy swojej nigdy nie pokazywali. Zawiązywali się oni, jak w jakim mieście, albo zwyczajnie raz tylko do roku, i to w ostatnią zapustną niedzielę, właśnie przed poczęciem czterdziestogodzinnego nabożeństwa; przez cały Post Wielki praktykę czynili, a po rezurekcji znowu się rozwiązywali, żegnając się, komu by Bóg dał doczekać, znowu aż do przyszłego roku. Zakon ten ile ze świeckich ludzi i na pewien czas tylko złożony a żadnym dożywotnim ślubem niezwiązany, nie miał też żadnych innych ani względem świata, ani Kościoła obowiązków, tylko te, które sam włożył na siebie. Toż praktyka tych kapników ograniczała się tylko na codziennym nabożeństwie, społem i wzajemnym siebie biczowaniu, skąd ich także w niektórych miejscach biczownikami zwano. A robili to tak; rano zawsze przed nabożeństwem schodzili się wszyscy u swego starszego, tam rozbierali się z szat wierzchnich i koszul i brali na siebie długie płócienne, szarego koloru wory, które były rozprute na plecach, a rozpory te poprzykrywane kapkami tak, że za pociągnieniem sznurka z łatwością się otwierały, nagie plecy odsłaniając do biczowania. Na głowach mieli długie, śpiczaste, także płócienne kaptury, które całą głowę zakrywały i tylko na oczy miały z przodu powycinane otwory, zresztą opasywali się w stanach szarymi także sznurkami, z ogórkami395 na kształt mnisich, poświęcanymi albo o jaki obraz cudowny pocieranymi. Każdy z tych kapników niósł w lewej ręce świecę woskową i książkę do nabożeństwa, który czytać umiał, a który nie, to różaniec; w prawej każdy miał dyscyplinę z opiekanymi na końcach rzemykami, które często jeszcze były opatrzone drutami albo metalowymi gwiazdami, aby ciało do krwi szarpały. Wychodząc z domu swego starszego, szli procesją ordynkiem; więc naprzód starszy z krzyżem drewnianym w obydwóch rękach, potem bractwo parami, a na koniec dwóch jeszcze także kapników, ale już niby to marszałków, bo ci mieli potężne laski w rękach, którymi pewne naprzód umówione znaki dawali, bo mówić żadnemu nic wolno nie było. W takiej procesji przychodzili do kościoła i w takim porządku stali, klęczeli i krzyżem leżeli pomiędzy ławkami wzdłuż nawy. Przyszedłszy, za danym znakiem przez marszałków, zaraz krzyżem się kładli, a powstawszy, znowu za danym znakiem, obnażali sobie plecy i biczowali się wzajem, niektórzy przy biciu dodając słowa: ad maiorem Dei gloriam396 albo inne jakieś formułki, których słów ani całkowicie dosłyszeć, ani spamiętać mogłem. Sroga ta ceremonia do skończenia mszy św. powtarzała się kilkanaście razy, przy czym każdemu z nich dostawało się po jakie kilkadziesiąt doskonałych dyscyplin, niektórzy zaś już w połowie tego czasu byli tak zbici, że im się aż skóra porozpadała na plecach, a przy końcu krew z nich pluskała na ziemię, a nawet i na lud obok klęczący lub personatów miejskich w ławach siedzących. Ja pierwszy raz wtedy widziałem i ten zakon, i jego praktykę i nie wiem, jak komu, ale mnie się nie zdawała ona być czysto ad maiorem Dei gloriam, tylko także cokolwiek ad sui ipsius, to jest tych praktykarzy augendam famam397, bo czegóż to czynić publicznie w kościele? Dobrze też mówił szlachcic obok mnie tamże klęczący:
— Gdyby tak na mnie, mości dobrodzieju, to ja bym nie pozwolił z domu Pańskiego robić teatrum dla takich scen barbarzyńskich. Kiedy szewców skóra świerzbi, to niech sobie dadzą i po tysiąc bizunów, ale w domu, w kąciku, ale niech nie straszą kobiet i dzieci po kościołach. Moja żona na widok tej krwi zasłabła tu przeszłego tygodnia i do dziś dnia się jeszcze z tego obaczyć nie może.
Tak więc daleko więcej czasu strawiwszy na przypatrywaniu się obrzędom owych kapników i na przysłuchiwaniu się opowiadaniom szlachcica niż na przyzwoitej, dla której tam poszedłem, modlitwie, wyszedłem z kościoła, a przeszedłszy ulicami na rynek, zmierzałem prosto do pańskiego domu, to jest do onej gospody, na której moja najpoczciwsza karczmarka siedziała. Suponowałem, że już musiała powrócić z Bóbrki i że z nią sobie jeszcze co porozmawiam, że się co przecie dowiem o moim Węgrzynku, o czym wszystkim przedwczoraj w Bóbrce ani wspominać nawet nie miałem czasu ni pamięci.
Aliści398 ledwie co pominąłem kościół farny i wszedłem w ulicę ku pańskiemu domowi wiodącą, zastępuje mnie drogę jakiś hultaj niby z mieszczańska, a niby już z niemiecka ubrany, mówiąc srogim głosem:
— Aha! Tuś mi ptaszku! Poczekaj, już mi nie ujdziesz teraz z ręki!
— Cóż to? — rzekłem, zadziwiony taką bezczelną napaścią wśród dnia białego. — Rozbój w samym środku miasta?
— Na rozboja rozbój! — zawołał on, podczas kiedy ludzie zaczęli się pomału gromadzić około nas. — To ludzi będziesz strzelał jak ptaki? Ha!
Dopiero mi się przypomniała owa burda u karczmareczki, u której strzelałem był z pistoletu. Na to przypomnienie włosy mi kołkiem stanęły na głowie i strach mnie zdjął wielkooki; jednakże zebrawszy się prędko:
— Ruszaj — krzyknąłem — jam tu pierwszy raz w mieście i nie strzelałem do nikogo! — To rzekłszy, chciałem iść dalej, ale on, hultaj, tuż rękę wyciągnął do mojej szyi, wołając:
— Stój! Ani kroku ciebie nie puszczę, pójdziesz na odwach!
Wtedy odskoczyłem od niego i kiedy go to wytnę w łeb czekanikiem, padł. Ja też w nogi i byłbym uszedł jak Bóg na niebie, ale już się tumult taki zrobił na ulicy, że ani rusz przepchnąć się było. On też, hultaj, źle trafiony przeze mnie, lubo upadł, jednak nie stracił przytomności, tylko wołając:
— Gwałtu! Ratujcie! Brata mi zabił! Poznałem go! On399 białowłosy — tarzał się po ziemi i krzyczał. Toteż na ten tumult i hałas, co się wszystko działo prawie w oczach odwachu, zaraz na raus400 zawołano, dobosze uderzyli larum401, a ront402 z pięciu żołnierzy, wybiegłszy z odwachu, oświecony przez najpoczciwszy lud miejski, o co rzecz chodzi, i na mój trop naprowadzony, dopadł mnie zaraz i obskoczywszy, porwał i zaprowadził na odwach. Ledwiem tam wszedł, zaraz mnie znowu obskoczyli oficerowie, sierżanci i inni, oglądając mnie, długo coś po swojemu szwargotali. Jam się po kilka razy do nich odzywał to tym, to owym językiem, mówiąc, żem jest człek spokojny, żem nic nikomu nie winien, żeby mnie wypuszczono — ale mnie nikt nie słuchał, a z owego szwargotu to tylko wyrozumiałem, że zaraz komenderowano i rozesłano ronty na wszystkie strony miasta, była bowiem ta supozycja, że jakiś napad jest zamierzony na miasto, któren przeze mnie wydał się przedwcześnie.
To wyrozumiawszy, bardzo mi się smutno zrobiło na sercu, bo widziałem już jakąś długą i fatalną historię przed sobą, która kto wie kiedy i jaki koniec wziąć może, a powiadając sobie w cichości tę naukę, że nigdy żadna rzecz lekkomyślna bez gorzkich owoców się nie obejdzie, zamyśliłem się srodze. Ale nie dano mi długo rozmyślać: zaraz bowiem przystąpił do mnie jakiś żołnierz i zabrawszy z sobą, przeprowadził przez kurytarzyk, drzwi jedne żelazne na wielką kłódkę zamknięte otworzył i wtrącił do paskudnego kałauzu.
Boże! Kiedy to stojąc na progu, przypatrzyłem się tej izbie, jako była prawie na pół w ziemi, jako jej ściany były brudne i wilgotne, podłoga zabłocona, proste tapczany wokoło i wąziutkie ciemne okienko, opatrzone kratami i żelaznymi siatkami, westchnąłem tylko i pomyślałem: gdzie się było, to było, ale tu się jeszcze nie było.
W izbie tej, która była duża, jakby jaka sala zamkowa, a do której trzeba było zstępować po kilku schodkach, jak powiedziałem, dość ciemno było: więc dopiero po rozpatrzeniu się chwilowym dojrzałem, że nie sam przynajmniej będę w niej siedział, mam i kompanię. W odległym kącie bowiem, przy stołku drewnianym, służbę stolika odprawiającym, siedziało cztery jakieś figury, które grały w kości, a tak były zagrane, żem ich nawet wejściem moim od tej gry nie oderwał. Pragnąc jednak zaraz z kolegami zabrać znajomość, przystąpiłem bliżej, ale jakież było zdziwienie moje, kiedy pierwszy, który się z nich zerwał z siedzenia i do mnie przyskoczył, był mój własny Węgrzynek, Janczi Mighaza de Isztvanferet.
— O, wierny sodalisie403! — zawołałem do niego. — Toż i tutaj mnie nie opuszczasz! — Janczi stał i milcząc, oczy opuścił ku ziemi.
— No, mówże, błaźnie — rzekłem do niego — jakim prawem się tutaj dostałeś?
— Jam nic nie winien — rzekł on nieśmiało — wstąpiłem do Tarnowa, bo mnie panna Zofia kazała wstąpić do karczmarki i powiedzieć, żeby zaraz do Źwiernika jechała. Ona też zaraz pojechała, a ja zostałem jeszcze, bo noc ciemna była. Tymczasem wieczorem w szynkowni jacyś tam ludzie pili, następywali na mnie, trochę się z nimi pobiłem, ront nas wszystkich zabrał i tutaj zamknął. Tamtych nazajutrz wypuszczono, a na mnie powiadają, że ja tu człowieka jakiegoś ustrzelił w zapusty.
— Hm! Tak powiadają? Któż to mówi?
— Panowie jacyś, którzy tam siedzą w kancelarii, ale ja się wyświadczam, ot, tym gospodarzem, który także tu siedzi.
— Jako? Więc i on gospodarz tu siedzi?
— A ot! — rzekł Węgrzynek, pokazując mi personę quaestionis404, który zaraz przystąpił do mnie, mówiąc:
— Toż i jegomościa tutaj przymknęli; szkoda, szkoda! Ale to nic nie wadzi, kiedy nas więcej będzie, to nas prędzej wypuszczą.
— Bodajbyś diabła zjadł — rzekłem — z takim argumentem! — a Węgrzynka wziąłem na stronę dla dowiedzenia się od niego na razie, jak, kiedy i o co go pytano na śledztwie.
I dowiedziałem się rzecz krótką: przedwczoraj stawał przed komisją i przyznał, że tego wieczora, kiedy burda była, był ze mną w onej gospodzie, przyznał, żeśmy uspokajali tę burdę, płosząc kijami i wyrzucając z gospody bijących się, ale że żaden z nas palnej broni nie używał w tej akcji ani do nikogo nie strzelał, statecznie twierdził.
— Wszystko nic, panie — dodał na końcu Węgrzynek — nic nam nie będzie; tylko o to mnie chodzi, żeby mnie na tortury nie brali, bo to człowiek do tego niezwyczajny405, to nie ciężko się z czym wygadać.
— Ej! Tak źle nie będzie — odpowiedziałem — trwaj tylko statecznie przy tym, coś już powiedział, bo i ja tak powiadać będę, kiedy mnie pytać będą. Zresztą, idź do swojej kompanii i staraj się to samo wmawiać w gospodarza, aby on nam nie bruździł i co na nas nie gadał, a mnie zostaw na chwilę w spokoju, niech no się jeszcze nad wszystkim doskonale namyślę.
— O gospodarza — odpowiedział Węgrzynek — niech jegomość będzie spokojny, on nic nie wie, jak się to stało, bo on przecie podczas tego wszystkiego leżał pod żłobem i dopiero się zjawił, kiedy już było po wszystkiemu. A tu proszę jegomości — dodał Janczi — jest listek od panny Zofii — i dobywszy zapieczętowany kartelusz z kieszeni, oddał mi go.
Tak to Pan Bóg i w największym utrapieniu jeszcze umie wynaleźć dla człowieka ulgę i pociechę, a nie masz podobno tak ciemnej jamy ani tak głębokiej jaskini, żeby tam promień łaski Jego nie doszedł. Czego doświadczając przez całe życie, doświadczyłem i wtenczas, bo dotknięty cale niespodziewanym nieszczęściem i zamknięty w nieznajomym i tak daleko odległym od siebie mieście, znalazłem i sługę swego przy sobie, i współobwinionego gospodarza pod ręką, i nawet pismo najukochańszej istoty, które było prawdziwym skarbem dla mnie w tej chwili.
Kto nie był nigdy więzionym, próżno temu opisywać uczucia i myśli, które pod ziemię spuszczają się do człowieka; zresztą i nie na wiele by się to komu przydało, bo jak każde nieszczęście, tak i to podobno każdy człowiek wedle swojego usposobienia, a każdy inaczej czuje i przyjmuje. Miałem sposobność przekonać się o tym w moim późniejszym życiu, kiedy mi się zdarzało z wielu rozmawiać ludźmi, którzy dla różnych powodów i w różnych miejscach odsiadywali! Ba! Kiedy i sam jeszcze raz później zamknięty siedziałem, ale gdzie? — oto aż na brytańskich wyspach w angielskiej fortecy. Tak to los ludźmi dziwnie pomiatał mojego czasu.
Ale powracając do rzeczy, to sobie powiadam i drugim po mnie, za krwawym doświadczeniem osobiście nabytą, a nie z żadnych piśmideł wyczytaną pozostawiam naukę, że kto ma czystą i niezachwianą wiarę w sercu i w każdej chwili wolny i wyrzutami sumienia niezaparty regres406 do Boga, ten każde nieszczęście łatwo przeniesie407 na sobie i podczas kiedy inni upadać będą pod lada groźną chmurką, on żyw zostanie pod ognistymi gromami.
Zamknięcie mnie wtenczas do kałauzu i w aspekcie przedstawiające się obwinienie o zabicie człowieka — pod rządem racjonalnym, surowym i cale innymi, jak w dawnej Rzeczypospolitej, prawami, a do tego jeszcze w chwili, kiedy stała przede mną droga otwarta do tyle upragnionego szczęścia — nie było to niepowodzenie chwilowe albo kapryśna losu zawistnego chmura, ale był to cios srogi, pod którym i upaść całkowicie, i zdesperować na wieki nie powinno było być rzeczą dziwną ani też niezwyczajną. Jednak się nie upadło. Zrazu, trudnoż nam to zaprzeczać, wielkie niecierpliwości mnie opanowały; rzucałem się i targała się we mnie dusza jak w opętanym, pierwszej nocy nachylałem się nawet ku projektowi Węgrzynka, aby kratę wyłamać i uciec albo wybić się z tej jaskini; ale dnia drugiego, uspokoiwszy się i umitygowawszy modlitwami, mówionymi i czytanymi z książki nabożnej, którą miałem ze sobą, całkiem inne myśli mnie nawiedziły. Sam się tego nie spodziewałem po sobie, żebym ja, w którym natenczas jeszcze krew kipiała jakby w ogniu, który na wojnach podjazdowych pierwszą odebrawszy edukację, postępowanie prędkie i porywcze drugą w sobie uczyniłem naturą, który (panie Boże! zapomnij mi to przy ostatecznym rachunku) w młodości mojej li przez samą porywczość niemało niewinnych ludzi nakreskowałem, który na koniec tak się po szatańsku targałem po owej nieszczęśliwej rekuzie — żebym ja, mówię, zamknięty między czterema ścianami, choć jedną dobę mógł wysiedzieć spokojnie. A przecież tak było w istocie — bo i zwykle tak bywa, że im kto zuchwalszy w małych nieszczęściach, tym pokorniejszym bywa w większych.
Siedziałem tedy dzień jeden, drugi, i trzeci jak najpokorniej, a to tym więcej, ile że w głębi mojego serca przecież poczuwałem się, jeżeli nie do okrągłego grzechu, to przynajmniej do karogodnej lekkomyślności, wskutek której wmięszałem się w ową burdę fatalną. Więc podczas kiedy tam po prowincji przyspieszonym pędem rozlatuje się wieść o moim uwięzieniu, pobiciu, zabiciu i Bóg nie wie czym jeszcze, a to do tego stopnia, że, jak mi to później opowiadano, w Sanockiem aż rozgłoszono o mnie, żem zgoła w sto szabel napadł na miasto Tarnów — ja tu najwięcej kłopocę się o to, żem mój wózek z końmi zostawił w gospodzie, bez grosza pieniędzy i bez żadnej dyspozycji. Więc czwartego dnia rano powiedziałem klucznikowi kałauzowemu, iżby powiedział swoim starszym, żeby raz jakiś koniec ze mną zrobili; ale klucznik, który był człek pochmurny, służbę swoją pilnie czyniący, a w żadne rozmowy się niewdający, bo to takich zawsze obierają za dozorców więzień, ręką tylko kiwnął na moje zagadnienie, mruczał sobie pod nosem, że to dopiero początek. To mnie znowu zafrasowało i mogę powiedzieć, że nawet pognębiło, bo jakież to się przede mną otwierały widoki? Jednakże Pan Bóg jakoś łaskaw, tego dnia jeszcze zesłał mi niejaką pociechę, a to w ten sposób.
Karczmareczka, jako to zawsze sprytna i przytomna, przekupiwszy stojącego pod oknami kałauzu na warcie, późnym wieczorem wsuwając przez wydartą siatkę jakieś wiktuały mężowi, powiedziała mi; że konie moje z wózkiem zabrali jacyś ludzie przeze mnie poszkodowani, a mianowicie tenże sam hultaj, który mnie napadł na ulicy, a który powiada się bratem niegdy niby to przeze mnie ustrzelonego, a przed kilkoma dniami z ran umarłego żołnierza. Dalej donosiła mnie, że dyspozytor mój przyjechał już z Bóbrki z czterema końmi i karabonem i że przywiózł ze sobą szkatułkę z pieniędzmi, które jej dał do schowania — zresztą, że o moim zamknięciu cały powiat już jest powiadomiony, że wysłano o tym wiadomość w Sanockie, że wczoraj się tu kupa szlachty zjechała, że chodzili do prefekta i do plackomendanta i że lubo ona nie wie, co tam prawili, jednak żebym się nic a nic nie frasował, że wszystko dobrze będzie.
— Ale Zosia, Zosia, na miłość Boga! — zawołałem do karczmareczki — Ona nic nie wie, ona umrze z niespokojności, widząc, że ich nie dopędzam na drodze.
— Ha! Na to już ja nie poradzę! — odpowiedziała karczmareczka i oddając mnie kartelusz zwinięty, dodała: — To od pana Konopki, a schowaj jegomość dobrze, żeby kto nie pojmał.
— Przyjdźże tu jutro — rzekłem — to dam odpowiedź na wszystko, a miej tam już opiekę nad moimi końmi i ludźmi, osobliwie też nad szkatułką; a jeżeli się o nią obawiasz, to oddaj ją panu Konopce lub Stojowskiemu, lub nareszcie Lgockiemu.
— Dobrze, panie, ale pana Lgockiego nie ma; on zaraz tego dnia, kiedy jegomościa zamknęli, pojechał za panną Zofią.
— Tam do diabła! — rzekłem. — Cóż to będzie z tego? Zofia mnie widzieć nie będzie, Lgocki jej nagada, żem ją porzucił, żem się przeniewierzył, ona mu gotowa uwierzyć... Panie! Ratujże mnie, sługę Twojego.
Kiedy się na powrót odwróciłem do okna, karczmareczki już w nim nie było. Więc ja do karteczki, ale ani sposobu — noc ciemna choć oko wykol, a o świecy ani pomyśleć. Była to jedna z przyjemności więziennych, których miliony ma dla człowieka ta jama bezecna, a które, aby wszystkie opisać, Bóg wie wiele czasu by trzeba. Krótko mówiąc, ta marna kartka tyle mnie niespokojności nabawiła i tyle różnych, a tak dziwacznych myśli naprowadziła na moją głowę, żem przez noc całą ani oka nie zmrużył, wciąż jeno rozmyślając nad tym, o czym by mnie mógł donosić Konopka. A tymczasem to wszystko silenie się i łamanie sobie głowy nad odgadnięciem tego, co mi nie było wiadomym, musiało być bezowocnym; Pan Bóg dopiero, przysyłając świt dzienny, którego odblask i do mojej kaźni się zakradł, poradził tej niecierpliwości, pasującej się ze snem i wyczerpującej siły moje.
Wstawszy tedy rano i stanąwszy pod oknem, wyczytałem z onej karteczki te słowa:
„Kochany bracie! Nieszczęście twoje wszystkich nas tu obeszło. Przyjechaliśmy tu, do Tarnowa, byliśmy u prefekta i u plackomendanta, ale ani mowy nie ma z tymi panami. Powiadają oni, że to jest crimen, za które podług ich paragrafów trzeba dać gardło; bo zarazem o vim publicam i perduellionem408 będziesz winiony i prawami, jak mówią, przekonany. Ale nie frasuj się jeszcze, prima regula iuris est fortiter negare409”.
— Bądźże zdrów, panie Nieczujo! — rzekłem do siebie z ciężkim westchnieniem, wyczytawszy tę kartkę. — Vis publica, perduellio, crimen, gardłowa sprawa! Pięknie zakończysz chwałę twojego rodu, panie Marcinie na Nieczułkach i Nieczujowie. Nieczujo Ślaski! Którego przodkowie pisali się Comites et Senatores410, którego imię zapisane jest na wszystkich polach sławniejszych, którego żaden przodek może jeszcze ani jednego wiardunka411 nie zapłacił na grzywny, który jesteś ostatni tak znakomitego w Rzeczypospolitej rodu, pięknie skończysz, panie Marcinie!
To mówiąc, rzuciłem się przy tapczanie moim na kolana i modliłem się gorąco z jaką godzinę. Po modlitwie trochę lżej mi się uczyniło na sercu, tak lżej, że mógłbym lekko głowę położyć na klocu, ale nie tak lżej, jak to bywa, kiedy jaki sposób ratowania się zaświta w głowie albo w sercu pewna zabłyśnie nadzieja. Widząc mnie tak zafrasowanym, Węgrzynek przystąpił do mnie, pytając:
— Co jegomości?
— Ej! Daj mi pokój! — odpowiedziałem. — Ot! Przyszła wiadomość, że nas obydwóch lada dzień obwieszą.
— Chryste Panie! — krzyknął na to Mighaza. — A to czegóż tu siedzieć, uciekajmy, panie, zaraz tej nocy.
Dopiero opowiedziałem mu całą sprawę, tak jak się miała; po czym on znowu:
— Ale co tam czekać na rezurekcję! Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje. Na co nam cudze łaski? Ja dziś wszystko sporządzę; Cygan, który tam siedzi w kącie, ma piłeczkę przy sobie, przerznie się krata i wszyscy uciekniemy.
— A żołnierz? — rzekłem. — A odwach cały? Przecież to wszystko nie śpi w nocy.
— Gdzie tam, panie! Śpią jak zabici.
Dobrze to powiadał Węgrzynek, ale przecie mnie jakoś nie kwadrowała ta planta412. To uciekanie, lubo może rzeczywiście środek na razie najlepszy, jednak jakoś mnie nie przemawiało do serca; wybić się lub zapłacić, oto były rzeczy, które byłbym podjął natychmiast, ale uciekać na żaden sposób. Zresztą, zapewnił mnie przecie Konopka, że pamiętają o mnie i że mi włos z głowy nie spadnie; więc wierzyłem temu słowu kawalerskiemu i odmówiłem, ba! odprosiłem Węgrzynka od tego projektu, obiecując jednak, iż sam się do niego przychylę, jeżeli się rzeczywiście przekonam na śledztwie, że jest aktualne niebezpieczeństwo o szyję!
Tegoż dnia zaraz zaprowadzono mnie na śledztwo. Praktyka ta odbywała się w dużej sali ratusznej, na piętrze, prawie nad naszym kałauzem; a było tam wszystko tak po formie, że aż dreszcz przejmowała od samej ciszy i powagi, jak to pospolicie bywa u Niemców. Więc na środku stał stół ogromny, zielonym suknem przykryty, na nim krucyfiks, dwie świece woskowe, na nim księgi ogromne w wielką skórę oprawne, stosy papierów, kałamarze, pióra, nożyce, pieczęcie. Za stołem, wprost naprzeciw drzwi siedziało trzy figury, wszystkie z niemiecka przybrane; więc we środku jakiś najstarszy, w ogromnej pudrowanej peruce, w okularach na nosie i w sukni czarnej aksamitnej; przy nim po lewej drugi taki sam, troszkę mniejszy, po prawej zaś jakiś wojskowy, pewno major albo sędzia pułkowy, wszystko po swojemu ubrane, a na twarzach wygolone jak dłoń. Przy końcu stoła po prawej siedział pisarz nad papierami, Czech, ale także z niemiecka ubrany; po lewej zaś, trochę opodal od stołu, dwóch waszeciów Polaków, pewno na świadków zaproszonych, z których w jednym zaraz poznałem owego starszego patrona, który był przy tej fatalnej burdzie — i to mnie trochę pomięszało.
Kiedym wszedł, pokłoniłem się, oni mnie się odkłonili, kiwając głowami, tymczasem zaś sługa podał mi stołek, na którym naprzeciw onego stołu trochę opodal usiadłem.
Najpierw tedy zaczął się długi certament413, jakiego mamy używać do rozmowy języka. Z nich żaden nie umiał ani słowa po polsku, ja ani w ząb po niemiecku; Czech umiał wprawdzie siedm języków, ale wszystkie po czesku; frasunek tedy pomiędzy nimi był wielki, bo ja się zaparłem każdego innego języka; ale kiedy mi powiedziano, że to nic nie pomoże, bo oni użyją tłumacza, co tylko sprawę moją odwlecze, więc rad nierad zgodziłem się na język łaciński, który oni wszyscy umieli.
Dopieroż kiedy to się zaczną wypytywania: Jak się zowię? A ile mam lat? Jakie familijne koneksje? Gdziem chodził do szkół? Czegom się uczył? Com robił w każdym roku mojego życia? Jaką mam fortunę itd. Boże! Jeszczem nigdy nie był na takiej spowiedzi; a trwało to wszystko z jakie dwie godzin, bo każde słowo moje powtarzali, a potem pisali, czytali i znów poprawiali, żem się nadziwić nie mógł cierpliwości tych ludzi, której by między naszymi za żadne skarby świata nie znalazł.
Książka ta, w którą moje wszystkie odpowiedzi zapisywano, nazywała się protocollon, a pytania, które mnie dotyczas dawano, generalia414; po których skończonych przeszliśmy ad specialia415. Tu jeszcze gorzej, bo jak mnie zaczęto wybadywać: A czym był tego dnia w Tarnowie? A po com tam przyjechał? A jakie konie, jakich ludzi, jaką broń miałem ze sobą? itd., to na mnie aż poty biły od samego siedzenia. A im nic: tabakę sobie zażywają, szwargoczą pomiędzy sobą i swoje robią, jak gdyby to była rzecz najzabawniejsza. Tedy mówi mnie starszy sędzia:
— Waćpan powiadasz, żeś żadnej palnej broni nie miał ze sobą, a tymczasem tu się inaczej pokazuje; zeznania bowiem jmć panów tego a tego, zacnych a wiarygodnych mieszczan tutejszych, uczynione w numerze tym a tym, pod datą tą a tą, świadczą dowodnie, że waćpan miał parę kulami nabitych pistoletów ze sobą, z których z jednym wybiegłeś ze swojej kwatery i wystrzeliłeś pomiędzy bijących się między sobą tych a tych, wskutek którego to strzału człowiek ten a ten raniony został w pierś i z tej rany tam odniesionej umarł w szpitalu, dnia tego a tego. — Ja też na to, powstawszy z stołka:
— Mości panowie! — rzekę — macie przed sobą człowieka, który nieświadom ani waszego języka, ani praw, ani zwyczajów. Widzę, że mnie obwiniacie o występek, na który u was pewno, jeśli nie główna, to inna jakaś ciężka naznaczona jest kara. Żem w tej sprawie nic a nic nie jest winien, przyszłość pewno pokaże; ale gdybym był nawet co winien, godziż to się sądzić mnie podług praw cudzych, których ja nie znam, a więc do których i postępowania mojego stosować nie mogłem? Godziż to się, kiedy już być inaczej nie może, sądząc mnie podług praw mnie nieznanych, nie dodać mi nawet obrońcy żadnego, który by za mnie odpowiadał i jako przynależy, mnie bronił? Ja apeluję do sumienia waszmościów; samiż osądźcie, czyli to, czego żądam, nie jest słuszne i sprawiedliwe?
— Mości panie! — odpowiedział z nich jeden. — Próżno waszmość zamiast odpowiadać na nasze pytania, nam zadajesz pytania; próżno apelujesz do naszego sumienia; my bowiem, jako nie sądzimy nic wedle naszego sumienia, tylko wedle kodeksów i do nich poczynionych a przez jejmość cesarzową-królową aprobowanych komentarzów, tak i od waćpana żadnych przeciwko nam ani prawom naszym obiekcyj, tylko odpowiedzi oczekujemy i żądamy.
— Kiedy tak, to słuchajcie i piszcie. Przyjechałem do onej gospody wieczorem, położyłem się spać w osobnej izbie na drugiej stronie, w nocy zostałem obudzony przez hałas wszczęty w izbie szynkowej; nieubrany i z gołymi rękami wybiegłem do sieni, a widząc, że mój Węgrzynek wali krzesłem z góry w kupę bijących i tarzających się po ziemi całkiem mi nieznanych subiektów, pragnąc także miłego pokoju na noc, przyszedłem jemu w pomoc i powyrzucałem tych ludzi za okno. Więcej nic nie wiem i nic nie powiem; teraz mnie sądźcie z praw czy z komentarzów, to mi jest jedno, ale krzywda albo krew moja na czyją głowę upadnie, temu, zaprawdę powiadam wam, srodze ciężko będzie ją nosić!
Myślałem, że te słowa moje zrobią pewien efekt na tych ludziach, ale gdzież tam! Żeby też się który ruszył albo co odpowiedział! Zażyli sobie tabaczki, poszwargotali to, owo, zapisali moją odpowiedź rzetelnie i znowu rzekł z nich jeden:
— Teraz, nim przystąpimy do roztrząśnienia szczegółów i skonfrontowania zeznań świadków, musimy panu jeszcze powiedzieć ryczałtowo, iż wedle praw naszych, które od dnia tego i tego, roku tego i tego, bez żadnych wymówek i wyjątków są w tym kraju obowiązujące, waćpan jesteś obwiniony primo o vim publicam, boś napadł na ludzi wprawdzie pomiędzy sobą się sprzeczających, ale ciebie nienapastujących; secundo o zabicie człowieka, boś ranę zadał kulą z pistoletu, wskutek której śmierć nastąpiła; a tertio o perduellionem, boś w tym człowieku zabił wiernego sługę cesarzowej-królowej, której ludzi, jako jej wierny i zaprzysięgły poddany, winieneś nie zabijać, ale i owszem, wspierać i wspomagać we wszystkim i na każdym miejscu. — Ja też na to:
— Miałem wprawdzie już nic nie odpowiadać, ale na takie dictum triplex416 powiem jeszcze słów kilka na moją obronę. Więc quodad primum417, zaraz się panowie mylicie, mówiąc, żem popełnił vim publicam: ażaż bowiem może być kiedykolwiek gwałt jaki spełniony przez dwóch na kilkunastu? I czy można sumiennie to nazwać gwałtem, kiedy kto pijanych hałaburdników z lekka bierze na ręce i na dwór transportuje? O zabiciu człowieka ani mowy tu być nie; może, bom całkiem i zupełnie nie strzelał; a kiedy o zabiciu mowy być nie może, perduellio samo przez się upada.
Dopieroż kiedy to głos zabierze on perukarz mniejszy, a kiedy zacznie mądrze a uczenie wywodzić, co jest vis publica, co zabójstwo, a co zdrada główna, i jak zacznie się powoływać to na paragrafy tej albo owej księgi, to kodeksów, to statutów całkowitych i dodatkowych, to ustaw różnych, przepisów i komentarzów, tak nie wyszła i jedna godzina, jak dowiódł jak na dłoni: żem i gwałt popełnił publiczny, i zabił, i zdradę główną uczynił przeciwko państwu i cesarzowej-królowej.
I nie było co robić. Jam nie był legistą418, ba! nawet nigdy w mym życiu żadnych nie praktykowałem procesów, a jeżeli się znało cokolwiek praw i konstytucyj, to tylko polskich; o niemieckich ani ze słyszenia nic nie wiedziałem — więc o odpowiadaniu na taką orację ani pomyśleć nie mogłem. Zmęczony tedy już kilkogodzinną tą inkwizycją, ledwie się jeszcze zdobyłem na marnych słów kilka, mówiąc:
— Bardzo to gładko i uczenie waszmość panowie wywodzicie winę i karygodność moją; pewną nawet, jako widzę, jest rzeczą, że z taką głową i wymową pierwszemu lepszemu na ulicy pojmanemu człowiekowi można by dowieść winę wszystkich zbrodni, jakie tylko się praktykują na świecie. I będzie to pewno rzecz mądra i misterna, i zrozumiała dla wszystkich, ale nie dla nas. Dlatego też jeszcze raz to waszmość panom powtarzam, iż com miał do powiedzenia, tom powiedział, i dalej już ani bronić się, ani też argumentami szermować się z waszmościami nie będę. Wyście w prawach ćwiczeni, ja nie; wyście mądrzy, ja głupi, i na tym polu rejteruję przed wami i marną moją językową broń składam; ale protestuję się jeszcze raz jawnie i statecznie, jakom ani śmierci tego człowieka ani gwałtu publicznego, ani żadnej zdrady nie winien. Wy mnie sądzicie i kiedy tak rozumiecie, to zmażcie się krwią moją, ale pomnijcie na to, że po tym sądzie nastąpi jeszcze kiedyś sąd inny, na którym i ja stanę i pewno mi argumentów nie braknie!
Oni słuchali tego, com mówił, ale śród tego czasu już książki swoje składali i z miejsc powstawali; rzekł tedy on starszy do mnie:
— Waćpanu także, jak uważam, na argumentach nie braknie, szkoda tylko, że sensu nie mają i nie należą do rzeczy. Jednakże przyjdzie czas, w którym i waćpan, lubo, jak mówisz, prawa nie umiesz, przecie będziesz podług praw odpowiadał; teraz zaś wrócisz do twojego więzienia, a kiedy cię zawołają, przyjdziesz znów do komisji.
— Jak to? — rzekłem. — Długoż to się będą wlokły te śledztwa?
Oni patrzyli po sobie niby z zadziwieniem, młodszy zaś odpowiedział:
— Kochany panie, to jest dopiero początek; my pana badamy tylko dlatego, ażeby się przekonać, czyli jest rzeczywiście i pewne podejrzenie i do jakich sądów mamy pana odesłać. Ale zresztą to samo z siebie wynika, że sprawa ta będzie traktowana kryminalnie, a nim przez wszystkie instancje przejdzie, zapewne z rok się przewlecze.
— Upadam do nóg waszmościów! — odpowiedziałem głośno i wyszedłem, ale idąc przez kurytarz, powiedziałem sobie w duchu: — Kto mnie za rok tutaj obaczy, temu nie konia z rzędem, ale dam całe stado moje.
Powróciwszy do mojego więzienia, dokąd mnie dwóch żołnierzy piechoty z bagnetami odprowadziło, zaraz mnie opadli koledzy, pytając: „A co tam? A jak tam? O co pytano? Co powiadano? itd. Ale gdzie mnie się tam chciało co gadać? We mnie by się i krwi był wtedy nie dorznął, tak mnie się ciężko zrobiło na sercu; gdzież mi tam do rozmowy? Jeszcze z kim, z tałałajstwem. Ale Węgrzynka ciekawość przecie musiałem zaspokoić. Znowuż on tedy kratę przerzynać i uciekać koniecznie. Ale ja zawsze jeszcze nie.
— Poczekaj — mówiłem — na co ten pośpiech? Wszakże nam cały rok obiecują siedzenia; będzie jeszcze dość czasu i do namyślenia się, i do wymyślenia dobrego planu, i do wykonania go. Zresztą, może też Bóg da, że się co zmieni? Wiesz, co pisał Konopka; rezurekcja nie tak daleko, nie masz ani trzech niedziel do niej. Obaczymy.
Ale u mego Węgrzynka krew to nie woda, ba, i umysł nielodowaty, więc nie dosyć, że Mighaza mojej perswazji nie akceptował, ale jeszcze się zżymać począł, ba, fukać na mnie. Inną razą wiem, co bym mu był odpowiedział na takie zachowanie się przeciw panu, ale w więzieniu diable człowiek maleje; toteż i jam tak zmalał, że zamiast dać w kark zuchwalcowi, jeszczem się przed nim składał i tłumaczył, jak żak przed dyrektorem. On też, widząc, że ja mięknę i pokornieję przed nim, dalejże na mnie! Ba! Ale bo i ja nie z kamienia, więc na niego — dosyć że zaczęła pomiędzy nami powstawać sprzeczka, która kto wie na czym by się była skończyła, gdyby nie to, że nagle pośród ciszy więziennej, przerywanej tylko naszymi półgębkiem wprawdzie, ale zawsze porywczo wymawianymi słowami, dał się słyszeć jakiś ruch w kurytarzu.
W naszej kaźni było ciemno choć oko wykol, bo więźniom światła nie dają; więc naprzód ujrzeliśmy tylko dwa jasne pasy światła, przebijające się przez górną i dolną szparę pomiędzy drzwiami i odrzwiami, i kręcenie kluczów w kłódkach dało się słyszeć, ale niebawem wszedł klucznik nasz z latarką w ręku i przystąpiwszy do mnie, zdziwionego tym jego o niezwyczajnej porze zjawieniem się, powiedział, iż pewien pan chce się widzieć ze mną i pyta, ażali wejść może.
— Któż to jest ten pan? — zapytałem klucznika.
— Zaraz go pan obaczysz — odpowiedział tenże, a w tejże chwili wpadł z niezwykłą swoim ziomkom szybkością znajomy mi ze Źwiernika baron von Holmfels.
Wpadłszy tak, jednym pędem prawie przyskoczył do mnie, wołając z francuska:
— Ach! Panie Nieczuja! Panie Nieczuja! Co się to dzieje z waszmością?
— Ot! Widzisz pan, co się dzieje! — odpowiedziałem z rozczuleniem i chciałem dalej rozwodzić moje jeremiady, ale on mnie wziął pod ramię i zaprowadziwszy się ze mną w kąt, jął najpierw wypytywać, co to i jak to, zaręczając mi z góry, iż przyjaźń, której on doświadczył ode mnie w Źwierniku, a która świeżo tkwi w jego pamięci, przywiodła go do mnie; jakoż i ta przyjaźń wkłada na niego obowiązek wywdzięczenia mi się teraz tym wszystkim, co tylko w jego będzie mocy; powiadał dalej, że nic jeszcze o mojej sprawie nie wie i nic wiedzieć nie może, bo dopiero co zlazł z wozu, powróciwszy z swojej górskiej podróży; dlatego zaklinał mnie na wszystko najświętsze, abym mu nagą prawdę objawił we wszystkim i objaśnił go o każdym najdrobniejszym szczególe, bo tylko w takim razie może mi, jeżeli nie pomóc stanowczo, to przynajmniej objaśnić mnie o wszystkich możliwych mojej sprawie obrotach, co na wszelki wypadek tylko korzyść przynieść mi może.
Przyznam się, iż lubo baron po kilka razy dawał mi święte słowo kawalerskie, iż co bądź usłyszy ode mnie, w tajemnicy dochowa na wieki, i pomimo tego uczucia, które koniecznie kazało dawać wiarę słowom żołnierza i kawalera, jakaś nieufność, jakieś podejrzenie po kilka razy odzywało się we mnie. Nuż wyspowiada mnie i poleci z językiem do sądu, nuż zdradzi?... Dopiero by człowiek przepadł bez ratunku. Ale tak ginąć czy owak, wszystko to jedno; niechże choć nieufnością nie grzeszę! I zasiadłszy z nim na tapczanie, opowiedziałem mu wszystko.
— Hm!... — rzekł on, wysłuchawszy mnie pięknie i cierpliwie. — Już to niedobrze wróży dla waszmości, że ta sprawa sama z siebie zanadto jest jasną.
— Jak to jasną? — spytałem.
— Jasną, bo to, że waszmość, a nie kto inny, strzelałeś do żołnierza, prawie samo z siebie wychodzi i pewno to nie uszło baczności inkwizytorów; a wiesz, że we wszystkich sądach to jest najgorsza dla obwinionego, jeżeli sędzia z samego opowiedzenia faktu już poweźmie wewnętrzne przekonanie o winie; zaraz to inaczej w takim razie idzie mu inkwizycja i rzadko kiedy w takiej sprawie braknie mu prawnych dowodów. Ale nie tędy droga ratowania waszmości. Powtarzam, że nic nie wiem jeszcze o tej sprawie z tamtej strony, ale już naprzód tak mi się zdaje, że kiedy nieszczęście tak chciało, żeś się dostał w ręce urzędu, to, jeżeli z politycznych powodów nie wypłynie jaki dla ciebie ratunek, w prawie zawsze tylko zgubę dla siebie znaleźć możesz. Źle jest, panie Nieczujo! — dodał pan Holmfels z westchnieniem. — Ale nie trzeba się jeszcze frasować.
— Ba! — rzekłem. — Nie frasować się! Toż to gardło nie bagatela.
— Eh! — odpowiedział baron. — O gardle tu nie ma mowy. Cesarzowa-królowa dekretu śmierci za taką rzecz nie podpisze; mnie się zdaje nawet, że po przeprowadzonym procesie, jakakolwiek kara dla ciebie wypadnie, każdą daruje. Nie jest bowiem intencją tej pani w nowym kraju rozpoczynać rządy od surowości i to jest, co ci niezawodnie ratunek przyniesie. Zresztą, obaczymy jeszcze za dni kilka, niech no jeszcze się z tamtymi panami obaczę i pogadam.
— Proszęż pana — rzekłem na to — a czy nie mógłbym się tą drogą ratować, żeby zapłacić familię zmarłego kaprala i żeby ona odstąpiła od oskarżenia?
— Według naszych praw to nie można i na nic by się nie zdało.
— Więc gdzież ratunek? Bo ja, przyznam się panu, że jeżeli mi przyjdzie rok posiedzieć w kałauzie, to moja głowa już niewiele znaczyć będzie, i cale dbać o nią nie będę.
— Cierpliwości tylko, cierpliwości! — rzekł na to Holmfels. — Ja tu znowu będę u pana za dni kilka i dam wiadomość o wszystkim, a wtedy, mając pewne data419 o tym, co jest, będziemy mogli się naradzić nad tym, co począć na przyszłość.
— Panie drogi — rzekłem ja znowu jemu — kiedyż już tak grzeczny jesteś, że się moją sprawą interesujesz, to ci i to powiem, że ja przecież, Panu Bogu niech będzie chwała za to, nie jestem już tak całkiem zdesperowany, boć na najgorszy wypadek człowiek jeszcze i sam w sobie znajdzie jaki ratunek.
— Jakiż to? — spytał baron.
— Uciec stąd brevi manu420.
— Uciec? O! Tym się nie łudź, bo stąd nie uciekniesz. Jakżeż? Kraty potrójne w oknie, mury grube, drzwi żelazne, odwach pod nosem, szyldwachy naokoło, to niepodobna!
— Przepiłuję kratę i wyjdę oknem.
— Daj pokój, na miłość Boga, daj pokój! Bo choćby ci się tu udało niepostrzeżenie przepiłować kratę, to ani kroku nie zrobisz za oknem; żołnierz zaraz wystrzeli.
— Ba! Wystrzeli, ale czy trafi?
— To prawda, że może nie trafić po nocy, ale zrobi się zaraz hałas, tumult i złapią cię w mieście.
— Złapią albo i nie złapią, bo i na to jest głowa, przecieby się to jakoś do tego przygotowało.
— Ale dobrze, dobrze, wierzę, że ucieczka udać się może; jednakże zmiłuj się, nie czyń tego, przynajmniej póty, póki ja z wiadomościami nie wrócę. Kto wie, może to tylko postrach na ciebie i na szlachtę waszą, może to wszystko nic nie jest i lada dzień oni sami cię puszczą. Bo za to ci ręczę, że pewno zaraz na drugi dzień po twoim uwięzieniu wiadomość o tym posłano do Wiednia, a lubo tutaj robią teraz śledztwa z tobą i protokoły piszą, to jednak to wszystko nic nie znaczy i aż dopiero dyspozycja stamtąd los twój rozstrzygnie.
Musiałem tedy dać słowo Holmfelsowi, że żadnego kroku samoistnie nie zrobię póty, póki on się drugi raz u mnie nie zjawi; przez przezorność jednak wymówiłem sobie, żeby to zjawienie się jego nie później nastąpiło jak za dni ośm. Po czym, odłożywszy tę sprawę na stronę, rozmawialiśmy o owym fatalnym pani stolnikowej wypadku, który nie tylko rozgłosił się już był po całej okolicy, ale stał się nawet powodem najgłupszych w świecie plotek i domysłów. Przy rozmowie o tym Holmfels wypytywał mnie dokładniej o tę familię, o jej pochodzenie, znaczenie i majątkowe stosunki, często przy tym napomykając o Zuzi, z czego ja asumpt biorąc, zażartowałem sobie, że mu się pewno Zuzia podobała. A on na to:
— I owszem, nie wypieram się, bardzo mi się podobała.
— Wybijcie sobie zawczasu to upodobanie, bo to towar zakazany.
— Jak to? — zapytał baron.
— Zakazany jest — odpowiedziałem — bo panna Zuzanna już jest zaręczoną Konopce.
— Co to ma do tego? — rzekł Niemiec wesoło. — Nie z takich więzów wyrywali przodkowie nasi, dawni ritterowie i gaugrafy421 kochanki swoje, dlaczegóż byśmy także nie mieli w to potrafić?... Ale ja ani myślę o tym; upodobanie nie jest jeszcze miłością, a miłość nie zawsze za pragnieniem ożenienia się, toteż nie ma i o czym gadać.
To mówiąc, baron spojrzał na swój kieszonkowy zegarek, a obaczywszy, że już było po dziesiątej godzinie, porwał się nagle i powtórzywszy mi jeszcze zapewnienie, że w jak najkrótszym czasie mnie nawidzi422, milczkiem wysunął się z kaźni.
Ledwie co drzwi za nim zamknięto, zaraz się do mnie przysunął Węgrzynek, pytając: „Kto to i po co przychodził?” — I lubo należało dać w gębę chłopu za dawną krnąbrność, a teraźniejszą ciekawość, jednakże będąc sam głęboko przeświadczony o słabości ludzkiej i powodowany rozsądkiem, nie uczyniłem tego; przeciwnie, nawet korzystałem z tej sposobności i czyniąc mu rychłego oswobodzenia nadzieję, ugłaskałem i umitygowałem go całkiem. Ale cóż mi to pomogło? Prawdać, że siedząc w więzieniu, jeśli się ma nieprzyjaciela w towarzyszu, ma się podwójne więzienie, ale przyjaciel-towarzysz na ono pierwsze nie pomoże. Stan tedy mój i dalsze po Holmfelsowej wizycie powodzenie, wcale nie było lepsze ani szczęśliwsze jak przedtem; i owszem, zawieszony pomiędzy bardzo smutną przyszłością i bardzo słabymi nadziejami, które jakoby bańka mydlana o lada słomkę się mogły rozprysnąć, bardzo smutne dnie miałem, jeszcze smutniejsze wieczory, a noce to już prawdziwie męczeńskie. Bo jeszczeż we dnie, to częste otwieranie kaźni, to widok przez kratę na rynek i przekupki, przez całe ranki swarzące się z sobą, to nareszcie życie moich kolegów, spychane bez myśli z dnia na dzień, z godziny na godzinę, a zapełnione ustawiczną grą w kości o nic i ustawicznymi kłótniami także o nic, jeżeli mnie nie bawiło, to przynajmniej rozrywało i zabierało resztę godzin od czytanej modlitwy pozostających, wieczorami, chcąc nie chcąc, musiałem słuchać różnych bajek dziwacznych, które moi towarzysze, na tapczanach się wyciągnąwszy, do snu sobie opowiadali; ale noc gdy nadeszła, gdy już wszyscy umilkli i taka ciemność i cisza rozlegała się wokoło mnie, że kaźnia moja zdawała mi się być tylko wielkim grobem, a ja w nim pochowany, umarły dla świata i ludzi, ale przecie żyw w sobie i mający w głowie cały świat zdarzeń i myśli, w sercu cały chór uczuć i całą zdolność i pragnienie do życia, wtedy walka żądz młodych z żelazną koniecznością rozpoczynała swe igry; i to było prawdziwym dla ducha i serca mojego męczeństwem.
Ludzie, których życie całe winęło423 się jakby nić jedwabna z kłębka przyszłości, nawijając się tym samym torem na cewkę, rzuconą gdzieś w bezdeń niepamięci i przeszłości; ludzie, którzy dnie pacholęce spędzili na ławach szkolnych lub na swawoli pod okiem rodziców; młodość po trochę przy chorągwi, czasem w jakich bitwach niewielkich i wielkim czy niewielkim, a zawsze jednakim świecie; którzy potem wybrali sobie żonę, według nich jedną i jedyną między tysiącami, ale w rzeczy taką samą i niczym się nieróżniącą od milionów, i z tą żoną i dziatek dorastających gronem resztę życia przeżyli w codziennej pracy około roli, codziennej modlitwie do Boga i co wieczornej u domowego komina gawędce; i już to był wielki fest424 u nich, kiedy gość się pojawił, wielka niezwyczajność, kiedy coroczne święta nadeszły, wielkie użycie, kiedy sobie mogli powiadać, jako córki powydają za mężów bogatych, jako z chłopców poczynią wielkich rycerzy lub senatorów, a i to jeszcze przyjęli za wielkie szczęście, kiedy na koniec dziewki swoje powydawali za pospolitą szlachtę, a pomiędzy synów podzieliwszy niebogatą fortunę, przy nich siedli na starość i ssąc grzanki, moczone w piwie, martwym wzrokiem poglądali na takąż kolej życia swych dzieci, jaką sami przeżyli, z jednej strony, a z drugiej w co dzień to szerzej rozwierające się deski przygotowanej dla siebie trumny... ludzie ci, mówię, którym los zawistny ledwie kiedy przeskoczył drogę, których świat gwarny i wiecznie pasujący się z sobą, jakby jakie rośliny lub kwiatki, mijał tylko z daleka, nie trącając o nich swą piersią, nie gniotąc ich swym brzemieniem, nie wyrzucając ich swoim wirem do słońc i nad słońca — nie znają też z całego świata nic więcej oprócz tej jednej pomiędzy miliony dróg i gościńców snującej się ścieżki, którą oni swoją wędrówkę odbyli od kolebki do grobu. Ale spytaj się innych, których są także tysiące; spytaj się takich, nad których kolebką już zawisła brunatna gwiazda, gorejąca jakimś nieodgadnionym ogniem niespokoju i nigdy nieugaszonego pragnienia; których młodość nie upłynęła pomiędzy zabawami i lekką dla honoru lada gdzie służbą; którzy żony szukali, ale nie znaleźli albo się na niej zawiedli, albo im ją Bóg zabrał w kilka chwil po ślubie, którym potem już nie wystarczyła owa rola, rodząca co roku zboża i jarzyny, ani ów domek drewniany, zewnątrz okolony sadami, a wewnątrz opatrzony kominem, których gość nie zabawił, sąsiad nie rozerwał, nie uspokoiły modlitwy ni groby wielkanocne, ni wigilijne jasełka, a którzy nie umieli ani strat wielkich dwiema odkropić łzami, ani wielkich boleści jednym ukoić westchnieniem, ani wielkiej tęsknoty lada jaką utulić nadzieją i rzucili się potem w świat gwarny i ludny, i rzeczywisty i otworzyli pierś swoją na jego groty, głowę podali na strzały, serce na trucizny, sięgając tylko ręką po to, co miało im przynieść zdrowie i pociechę, i którym od tej chwili los zawistny nie przeskakiwał, jako onym, tam i sam drogi, ale wziąwszy ich pod ramię, wiódł ich już tak życie całe; na których wozie, jakby pijanych weselników gromady, poczęły się wozić odtąd wszystkie nieszczęścia i cierpienia, więc czarne zgryzoty i próżne żale, i zapoznania doświadczane od innych, i pogardy, i gody wychudłe jak deski, a wyżółkniałe jak liście jesienne, i nędze z poczerniałymi usty i łachmanowatymi szatami; takich się pytaj, a ci tobie powiedzą, ile dróg jest i gościńców na tej ziemi, którymi ludzie żywot swój wiodą, ile manowców, po których błądzą, ile głów wielkich bez serca, ile serc pięknych bez głowy, ile stąd cierpień, ile zawodów, ile czynów, leżących bez ducha na ziemi, ile myśli bez ciała w powietrzu, ile stąd światów rozmaitych w tym jednym świecie!
I jam może także należał do tych, których błędna gwiazda wodziła krzyżowymi drogami; i jam może miał lata takie, w których mi jako listkowi, miotanemu różnymi wichrami i burzą, przyszło nieraz padać na miasta i sioła, na łąki umajone kwiatami i w kałuże, brudnym zieleniejące się błotem; więc i ja bym może niejedno umiał opowiedzieć tym, którzy zimnych rzeczy słuchają przy ciepłym kominie; ale spomiędzy tego wszystkiego, co by się o tym dało powiedzieć, na dzisiaj to jeno rzec przyjdzie: że jeżeli w tym świecie osobne są światy myśli i uczuć, rzeczywistości i ułudy, które się w nim kręcą i koło niego jako gwiazdki około słońca, to z tych wszystkich najobszerniejszym, najgłębszym i najrozmaitszym w sobie jest świat ludzkich cierpień i bólów!
O! Ten świat cierpień i bólów! Ileż to razy ja w nim nie byłem! Którymiż to weń nie wstępowałem drzwiami!
Lecz dajmy pokój tym łzom i tym żalom! Nie masz tych serc na świecie, które by godnie czuć i szanować umiały swoich bliźnich cierpienia; nie masz tych głów, które by bez podejrzeń i lekceważenia pojmować chciały czyste uczucia miłości! A otwierać serce swoje przed zepsutą słuchaczów zgrają, wylewać uczucia swoje przed szyderczo uśmiechające się twarze, czyż opłaci się opowiadającemu? Czy się zda na to słuchaczom?... Rzeczy, liczb, faktów pragnie świat dzisiejszy, rzeczy łaknie, przesycone czczymi marzeniami, pokolenie mych wnuków, a więc do rzeczy. Com czuł, com myślał, com cierpiał w onym więzieniu z przyczyny nieutulonej w żalu miłości mojej; ile razy rzucałem się na kolana przed Boga samego, ile łez gorących przed nim wylałem, ile modłów posłałem do niego, ile zaklęć i ślubów, aby mnie tylko pół roku jeszcze życia na wolnym świecie dozwoliły, abym stolnikową wydarł z rąk gwałtownika i pomścił się na nim za tyle cierpień i bólów, i sromu425, których stał się powodem, a potem, abym zaraz umarł spokojnie w jej oczach... to niechaj będzie tylko dziś przypomniane tej, której pamięć i w stuletnim starcu jeszcze nie zamarła, a która, królując dziś z aniołami w niebie, z otwartymi ramionami czeka tam na mnie i na chwilę wiecznego połączenia się ze mną.
Po wizycie Holmfelsowej cztery dni spełna byłem bez żadnej wiadomości ze świata. Cztery dni w więzieniu, to cztery lata! — Ale i to minęło. Czwartego dnia wieczorem karczmareczka przecie jakoś trafiła na żołnierza miększego serca, który ją późnym wieczorem dopuścił do okna. Wiadomości od niej były nic, a przynajmniej niewiele znaczące. Konie moje i ludzie stali w jej gospodzie i sprawowali się dobrze. Konopka był znowu u niej i kazał mnie powiedzieć, iżbym pamiętał o tym, co mi pisał w karteczce; o dziadku i Zosi nie było żadnej relacji. I owoż wszystko, z tym tylko dodatkiem, że mi znowu oddała listek, który, jak powiadała, ksiądz jakiś przysyłał dla mnie.
Nie potrzeba mi sobie było długo głowę łamać nad tym, jaki to ksiądz pisał do mnie, bo któryż by to inny mógł być, jak nie mój najpoczciwszy misjonarz, który dowiedziawszy się o moim nieszczęściu i różne słysząc plotki i domysły, sam przybiegł do Tarnowa, iżby, jeżeli można, widzieć się ze mną; jeżeli zaś nie, to przynajmniej na miejscu przekonać się, co jest w istocie. Jednakże listu jego po staremu dnia tego odczytać nie mogłem, bo znowu ciemno było jak w garnku. Dopiero na drugi dzień przekonałem się, że domysł mój był prawdziwy. Ksiądz wyrażał żal swój nade mną i dawał mi niektóre doskonałe nauki, a nawet tak doskonałe, żem się aż dziwić musiał, skąd on wiedział, czego mi trzeba, kiedy sam nigdy w więzieniu nie siedział. Na końcu listu było zgrabne napomknienie, iż się tu zapoznał z Konopką i z inną bardzo dobrze usposobnioną szlachtą.
— Więc koniecznie klin ten drugim musi wybity być klinem? Więc za jednym gwałtem koniecznie musi pójść drugi? Za małą i przez jednego tylko popełnioną lekkomyślność nastąpić ma większa? — mówiłem sobie po przeczytaniu tej kartki i bardzo się zamyśliłem. Ale czy ci, którzy uwolnią jednego, nie wepchną na miejsce jego kilkunastu lub kilkudziesięciu? A tamci, czyż nie więcej warci na świecie niżeli ja jeden? Prawdać, że ja przez uwolnienie moje i poświęcenie się zaraz duszą i ciałem dla Zosi przyniosę ratunek, muszę go przynieść dla całej familii; ale z tamtych może niejeden ma kochającą żonę, dziatki niemowlęta, sieroty cudze na swojej opiece? Uczciwież to z mojej strony przyjmować takie oswobodzenie, które szkodami swymi dziesięćkroć może przeniesie korzyści?... Nie! Nigdy tego nie dopuszczę — powiedziałem sobie na razie.
Ale cóż to nie może owa żądza ratowania siebie i konserwowania426 życia, którą Pan Bóg włożył w serce każdego człowieka, a która w niejednym tak daleko przeszła oznaczone dla siebie granice, że zamiast cnotą dla pojedynczych staje się srogim przeciwko ogółowi występkiem? Co nie może owa bezecna żądza, która prawidłami rycerskich zakonów długo powstrzymywana na wodzy, nowymi czasy tak wybujała pomiędzy ludźmi, iż stawszy się w rzeczy niczym innym, jak tylko usystematyzowanym sobkostwem pod nazwiskiem rozumu i niezbędnego w dzisiejszym życiu wyrachowania, stała się gorszą od wszystkich egipskich plagą dla całej ludzkości? Cóż nie może ta żądza w słabym i co krok padającym człowieku?... Wstyd mi to przyznać, ale tak było w rzeczy, że i jam pod nią upadł na parę godzin, a jeżelim nie upadł, tom się chwiać począł przynajmniej. O, Zosiu! Wszystko to było dla ciebie.
Jednakże to przynajmniej niechaj będzie na obronę moją, żem nic statecznego nie postanowił, zwlekając rzecz i decyzję do obiecanego powtórnego przybycia barona. Tymczasem Węgrzynek, który jako człek prosty znowu dla innych przyczyn nad obcy ratunek własną pomoc przenosił, dostawszy na to wyraźne już pozwolenie, zaczął wraz z Cyganem co dzień po trochę przepiłowywać kratę.
Trzeciego dnia od otrzymania karteczki od misjonarza, a siódmego od pierwszej wizyty barona, w samą obiadową godzinę, kiedy zwyczajnie ani jednego urzędnika nie było w ratuszu, kawaler ten stawił się istotnie przede mną. Były to czasy, w których jeszcze kawaler, jakiegokolwiek by był narodu, nigdy się nie mylił, a co powiedział, bywało świętym i niezłamanym, jakby najuroczystsza przysięga. Nie wątpiłem też ani razu, a przynajmniej nie chciałem wątpić, że Holmfels punktualnie postawi się w słowie, jakoż zaręczenie o tym zaraz przy powitaniu mu wypowiedziałem. On mi za to podziękował grzecznie i uprzejmie, ale jakoś kwaśną miał minę. Rzeknę tedy:
— Po fizjognomii waszmości uważam, że nie z najlepszymi nowinami przychodzisz, ale jednakże, bądź co bądź jest, powiedz otwarcie i śmiele; dobić mnie jeszcze nie dobijesz, a złego nie pomnożysz.
— Istotnie — odpowiedział on smutno — że nie jest bardzo dobrze. Nie jest tak źle, jak sam sobie wystawiałeś, ale i nie jest tak dobrze, jak ja się spodziewałem.
— Więc cóż jest? Mów bez ogródki.
— Proces przeciwko tobie jest wytoczony po wszelkiej formie. Obwiniają cię o zamięszanie publicznego spokoju, o zabicie, a właściwie o śmiertelne ranienie człowieka. Kara śmierci za to na żaden sposób przysądzoną być nie może ani nawet w pierwszej instancji, ale oprócz tego ta sprawa całkiem inny obrót weźmie. Posyłano bowiem wiadomość o niej sztafetami do Wiednia zaraz za pojmaniem twojego sługi, a stamtąd przyszedł taki rozkaz: żeby ciebie zaraz aresztowano, aby surowo postępowano z tobą, aby badano i sądzono podług praw i po formie, a kiedy wyrok przedłożony zostanie do najwyższego potwierdzenia, to cesarzowa-królowa nie odmówi swej łaski. Jest tedy tak, że pewnie i niezawodnie nic ci nie będzie, ale zostaniesz przeniesiony do kryminalnego więzienia i posiedzisz wraz z sługą twoim najmniej rok albo półtora.
— To niepodobna! — odpowiedziałem żałośnie. — Za trzy miesiące wyniesiono by mnie stąd nieżywego.
— Ha! To jest smutno — rzekł na to Holmfels — ale na to nie ma już rady. Gdybym był tu pierwszego dnia zaraz, kiedy ciebie ujęto, to może byłbym w inny sposób poradził, ale dziś już za późno.
— No, więc wszystko przepadło! Trzebaż samemu co myśleć o sobie. Cóż powiadasz na to? Uciec, a przynajmniej próbować uciec — mogę każdej chwili.
— To już przechodzi zakres tego, co zrobić mogę — odpowiedział Holmfels, porywając się z miejsca — życzę tylko z całego serca, żebyś jak najprędzej powrócił do tego świata, którego serca tak sobie umiesz podbijać.
I zabierał się do wychodu. Ja też, szanując w nim człowieka mającego dawniejsze obowiązki nad świeżą przyjaźń, podziękowałem mu i za to, co mi wyświadczył, a zaręczając mu pamięć moją i wdzięczność dozgonną, pożegnałem się z wychodzącym.
Z wielu tedy łódek, które się nam, tonącym w tej otchłani, pojawiały z początku, pozostała tylko ucieczka. Czekać tedy nam wypadało i czynić przygotowania, a do Wielkiej Soboty mieliśmy jeszcze pięć dni. Opowiedziałem Węgrzynkowi rzecz całą i ułożyliśmy plan taki: iżby najpierw codziennie, osobliwie rano, kiedy gwar był na rynku, kratę piłować i do soboty przerżnąć ją o tyle, żeby za uderzeniem ręki z łatwością wylecieć mogła, dalej, żeby z wszelką ostrożnością czekać soboty, gdyby zaś sobota omyliła, w niedzielę uciekać oknem, w pięciu, tak, jakeśmy byli.
Na tych przygotowaniach i oczekiwaniach czas nam zszedł do piątku i do piątku byliśmy wszyscy jeszcze jako tako, jak zwyczajnie, kiedy chwila stanowcza albo zapowiedziane niebezpieczeństwo jest jeszcze daleko, lecz gdy minął wieczór piątkowy, a z nim razem i chwila, w której karczmareczka z ostatnią wiadomością jeszcze przybyć miała i nie przybyła, to w sobotę rano wszystkim nam się jakoś dziwno zrobiło. Nie mogę powiedzieć, żeby to była bojaźń albo rozpacz, ale jakieś zbezwładnienie, które częstokroć ludzi bojaźliwych przed bitwą na przykład porywa; ale było to jakieś dziwne usposobienie, którego prawie opowiedzieć nie można. Zawieszenie owe427 pomiędzy szczęściem i nieszczęściem, pomiędzy życiem a śmiercią jakoś tak dziwnie nas usposobiło, żeśmy przez cały dzień drżeli jak liście. Cygan tylko jeden był wesół i spokojny i ciągle nam powtarzał:
— Nie ma się czego bać, panie! Ja już siedm razy uciekał i zawsze dobrze mi poszło.
Człowiek w nieszczęściu ma zawsze pewną determinację, a w Bogu nadzieję, że i odwagi nie braknie, kiedy jej przez całe życie nie brakło, ale zawsze była jakaś obawa we mnie. Toteż od południa, nastroiwszy sobie dębową lisztwę, od tapczana oddartą, cały czas już wisiałem u kraty. Aż mnie piersi zabolały, tak ich sobie nagniótłem o przymurek u okna, ale przecie wytrwałem i dobrze się stało, bo na godzinę przed zmrokiem przyszedł mój misjonarz wolnym krokiem popod moje okno i ujrzawszy twarz moją za kratą, pokrzepił słowem pociechy.
Jakoż i na godzinę jeszcze przed zmrokiem wszedł klucznik do naszej kaźni, wnosząc wodę i pytając, ażali kto czego nie żąda, bo on już dzisiaj nie przyjdzie, chcąc także pójść na nabożeństwo.
I jedno, i drugie dobre było dla nas i odpowiedzieliśmy klucznikowi, że żaden z nas niczego nie potrzebuje, tylko go prosiemy, aby się i za nas pomodlił. I zostaliśmy w dalszej niecierpliwości.
Kiedy się zmierzchać poczęło, wiele ludu zgromadziło się na mieście. Wojsko wyciągnęło się długą linią na rynku i przed farnym kościołem, aleśmy go nie widzieli, bo nasze okno patrzało na południową stronę, a kościół farny stoi w rogu między północą i zachodem. Dobry zmrok był już, kiedy zaczęto bić w dzwony i kilka salw dano. Po chwili rynek był już napchany ludem i przy świecach i pochodniach zaczęły się procesje. Myśmy się także modlili i pewnie goręcej jak cały lud tamten, ale tak już byliśmy rozdrażnieni i taka w nas była determinacja, że Węgrzynek rzekł do mnie:
— Panie, tu nie ma co czekać. Krata przepiłowana, warty zajęte. — Dalej w imię boże! — Uciekajmy!
I ja na to przystałem. Nie będę wam opowiadał, jakimi drogami dostaliśmy się na ulicę, dość że wsunąwszy się po ciemku pomiędzy tłumy, wygniotłem się na rynek, gdzie znowu tłum, i tak przeciskając się niepoznany, wpadłem w ulicę pańskiego domu, gdzie mnie zaraz we drzwiach karczmareczka opadła, wołając:
— Panie! Gdzie mój mąż? Gdzie mąż?
— Jest, jest, jest — odpowiedziałem, chociaż w rzeczy nawet nie wiedziałem, co się z nim stało, i pobiegłem do sieni, w której pośrodku stały moje cztery konie, zaprzężone do karabonu, a przy nim o lusznie oparty ksiądz misjonarz z moją szkatułką w ręku.
— Widzisz — rzecze on do mnie, rzucając mi się w ramiona. — Ale tu nie masz czasu do stracenia, siadaj zaraz i jedź, jedź, gdzie chcesz, byle nie do domu.
— Niech ci Bóg zapłaci! pozdrów mi wszystkich i uściskaj ode mnie! — odpowiedziałem ze łzami księdzu i wskoczyłem na wóz, a podczas kiedy wsiadałem, z drugiej strony wskoczył mój Węgrzynek, któren nawet nie wiem, skąd się wziął i kiedy przybiegł.
Woźnica konie zaciął i w ciemną noc ruszyliśmy na dół na prawo gościńcem, mniejsza o to, dokąd, byle precz z tego fatalnego mieściska.