VII
Wyjechawszy z onej gospody o dobrym zmroku, jechałem wprost gościńcem ku Wojniczowi i pewno już z jaką milę upaliłem podolską, zanim odgłosy rezurekcyjnych salw i dzwonów przestały mi szumieć w uszach, a dopiero widok miasteczka Wojnicza, o półtorej mili odległego od Tarnowa, obudził we mnie zupełną przytomność. Stanąwszy tedy na środku gościńca, uczyniłem z moimi sługami wielką naradę, jak jechać, gdzie i którędy? — i zgodziliśmy się wszyscy trzej na to, żeby jechać bez wypoczynku i wprost za Wisłę. Oto tylko chodziło: którędy? Ale i na to znaleźliśmy dobrą odpowiedź zaraz w pierwszej gospodzie; jakoż z niej wziąwszy sobie przewodnika, puściliśmy się ku Wiśle, a mianowicie ku Ujściu Solnemu i Opatowcowi, na całą noc.
Kto zna tutejsze okolice i gościńce, temu się może dziwnym wydawać będzie, dlaczego ja wtedy sprzed Wojnicza nie jechałem wprost dalej gościńcem ku Krakowu, ale w nocy puściłem się na małe i nieznajome mi drogi; ale kto słuchał dawniejszych moich opowiadań, ten sobie przypomni, iż miałem siostrę rodzoną, Jadwigę — rokiem starszą ode mnie, a już przed laty dziesięciu wydaną za imć pana Krzysztofa Michałowskiego, herbu Poraj, stolnikowicza sandomirskiego, i mieszkającą na swoich własnych wioskach w Sandomirskiem — i temu zboczeniu mojemu cale się dziwić nie będzie.
Pomiędzy siostrą moją a mną w wieku naszym dziecinnym i pacholęcym była wielka przyjaźń i miłość, a to do tego stopnia, że nie tylko to wyrobiłem u mego ojca, iż ją po zamęściu wraz z zięciem blisko rok jeszcze przytrzymał w Bóbrce, ale kiedy przyszło do pożegnania, przyrzekliśmy sobie najuroczyściej, iż koniecznie z czasem tak się z naszymi majątkami uregulujemy, żebyśmy kopcami granicznymi przytykali do siebie. Ale, jak to zwyczajnie bywa na świecie, póki człek młody, to nie dosyć że mu niezliczone mnóstwo najpiękniejszych rzeczy roi się po głowie, ale jeszcze zdaje mu się, że co tylko pomyśli za młodu, to to niezawodnie kiedyś wykona. I powiedz ty nawet młodemu, że tylko połowa jego planów olbrzymich jest czczym snem i marzeniem, których za lat kilka sam się wyprze albo zapomni, to się jeszcze obruszy na ciebie i powie, że go nie znasz i żeś mu jest nieprzyjaciel — a tymczasem, któż nie wie, jaki by to piękny był świat ten, gdyby tylko setna część snów młodzieńczych w rzeczywistość się zamieniła!
Takim też snem młodzieńczym, który snem tylko pozostał na wieki, był i ów plan nasz zbliżenia się z siostrą w sąsiedztwie. Po jej wyjechaniu od nas ze swoim mężem mój ojciec sam rządził przeznaczoną dla mnie połową fortuny i nie pozwalał się wtrącać do niczego. W cztery lata potem wybuchła wojna, w której i ja, zrazu dla zabawki, potem już z obowiązku, służyłem. Śród wojny zaszła śmierć mego ojca — fortuna się została na boskiej opiece i tak rok cały przetrwała. Po wojnie łatało się dziury w sercu i w fortunie znowu przez rok okrągły, do tego jeszcze kordon mnie odgrodził od siostry, a kiedy potem zapłonęła we mnie owa nieszczęśliwa żądza dziedzictwa, dalibóg, że lubo jeszcze nie byłem stary i pewnie tak samo siostrę kochałem, jak dawniej, jednak już nowsze sny i marzenia tak wyrugowały dawniejsze, że te ostatnie ani mi na myśl nie przyszły.
Jednak teraz była rzecz inna. Począłem miłość i konkurencję, o czym jeszcze nic a nic nie wiedziała Jadwisia; przeszedłem świeżo takie terminy, które mnie w jednym momencie uczyniły wygnańcem i Bóg wie na jaki los całe życie moje podały; jechałem prosto gdzieś daleko i jeżeli także na niebezpieczne okazje, to przynajmniej ze stałą determinacją, choćby życie położyć dla Zosi — więc choć teraz najpierwszym i obowiązkiem, i serca mojego pragnieniem było widzieć się przedtem z Jadwisią.
Z Opatowca tedy, dokąd się szczęśliwie przeprawiłem przez Wisłę, prowadziłem podróż moją wprost dalej i dnia drugiego stanąłem w Nieczujowych wioskach. Tam jednak już mi Pan Bóg tak nie poszczęścił, jak się tego spodziewałem; siostrę bowiem zastałem słabą na ciele i srodze posmuconą na duszy z powodu utraty ulubionego dziecięcia. Więc zamiast co miałem się przed nią wyspowiadać ze wszystkich moich smutków i miłości, zamiast w jednej rzeczy rady od niej zasięgnąć, w drugiej pomocy lub pociechy, to musiałem z bólem serca wszystko swoje starannie taić przed nią i jeszcze się zdobywać na słowa pociechy. Szwagrowi tylko, który był mąż cnót niepospolitych i dziwnie wzniosłego serca kawaler, opowiedziałem wszystko co do joty. Zafrasował on się tym niepomału428 i rzekł mi:
— Wiele tu tego złego jest, panie bracie, więcej nawet niżeli, jak uważam, sam sobie liczysz. Bo i konkurencję taką trzeba prawie na równi kłaść z nieszczęściem, i lekkość umysłu twego nie brać za szczęście; o procesie tarnowskim to już nie ma co i powiadać. Chwała Bogu, żeś osobę twoją przynajmniej zeń wyratował, ale przyszłość twoja i fortuna uwięzła przy nim na długo, kto wie, może i na wieki.
— Jak to rozumiesz? — zapytałem.
— Całkiem po prostu — odpowiedział pan Michałowski — nie ma ciebie, to mogą zabrać twoją fortunę, bo kto wie, jakie tam prawa. Ale ja cię tak nie zostawię; kiedy cię głos serca woła za Zosią, to jedź już z Panem Bogiem za nią, ale ja zaraz jutro pojadę do Bóbrki. Tego tak nie można zostawić, bo kiedy nieszczęście zechce, to wszystko możesz utracić, a tak, na razie przynajmniej, choć gotowiznę ci uratuję i przecie coś zrobię około twojej sprawy, a kiedy nie, to choć się dowiem o wszystkim.
Nie chciałem zrazu przyjmować tej od niego posługi, bo miał swoje gospodarstwo niemałe i, co gorsza, żonę słabą w domu, ale zważywszy, że siostra moja nie była tak bardzo słabą, a mnie tu w złym razie mogły grozić niemałe rzeczy, przyjąłem jego ofiarę z wielką wdzięcznością. Zwłaszcza kiedy, jak zwyczajnie, przyszło do tego, że moja siostra tego dnia jeszcze o wszystkim się dowiedziała, to już ani mowy być o tym nie mogło, żebym tak został bez ratunku; ona bowiem, spłakawszy się nade mną jak dziecko, determinowała się raczej sama wstać z łóżka i pojechać do Bóbrki, niżeli mnie tak na los szczęścia zostawić. Zostało tedy przy tym, że Michałowski miał zaraz nazajutrz wyjeżdżać do mnie, i umówiliśmy się tak, iż on o wszystkim, co zrobi lub o czym się dowie, donosić będzie żonie, ona zaś mnie pocztą lub gdyby tego potrzeba było, to i umyślnym posłańcem wprost do Oszmiany. Tak więc dnia następnego, rzewnymi żegnając się łzami, rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę, nie wiedząc wcale, kiedy i w jakich losach nam się Pan Bóg znowu widzieć dozwoli.
Podróży mojej dalszej opowiadać nie będę, nic bowiem w niej nie zdarzyło mi się osobliwego i chybaby to tylko do osobliwości policzyć, iż spod Sandomierza dnia trzynastego przed wieczorem znalazłem się około Oszmiany i słońce jeszcze miało z godzinę biec ku zachodowi, kiedy ja już z pagórka o kilka staj tylko przed sobą ujrzałem wieś dziadkową. Z bijącym sercem i wielką niespokojnością zbliżałem się do niej, ale i ja mogę powiedzieć o sobie, że poznałem ją zaraz! Dworek drewniany z ganeczkiem o czterech słupach, na którego czele przybitą była Matka Boska Ostrobramska ze łzami w oczach i uśmiechem na licu, z dziedzińcem gładkim przed sobą, wysokimi okolonym płotami, przez które bez turecki przechylał swoje gałęzie, a w którego środku stały trzy lipy rosochate, niegdy piorunowym ogniem osmalone; dworek ten, mówię, o którym tyle słyszałem i od dziadka, i od Murdeliona, jakże by mi się był nie miał zaraz ze wszystkim przypomnieć? Nie wyglądał wprawdzie teraz ani on, ani jego okolica tak, jak wtedy, kiedy dziadka wypędziła z domu owa bezecna macocha lub kiedy Murdelio, ujrzawszy przed gankiem modlącą się sług Witowych gromadkę, tak był tym widokiem pochwycony, choć za diabelskie swe serce, że konia odwrócił i swego zbójeckiego zamiaru zaniechał, ani też tak, kiedy po świetle księżycowym krwawy ów napad w rzeczy429 wykonał; bo teraz była to dopiero połowa maja i ledwie pierwsza zieleń okrywała ziemię i drzewa, na łąkach jeszcze wody tu i ówdzie stały i podrywało się z nich ptastwo błotne, szukające żeru albo noclegu; pługi krajały ziemię skrzętnie, rozsypawszy się po niej jak stado mrówek naokoło, skowronek jeszcze śpiewał swoje pierwsze piosenki, a słowik dopiero lutnię swą stroił; jednak, mając ów bór po lewej, w którym niegdy modlącego się łzami krwawymi dziadka olśnił pożar macoszynego domu, i mając wszystkie słyszane opowiadania świeżo przywołane w pamięci — smutno się zamyśliłem.
Konie moje, długą sforsowane podróżą, noga z nogi wlokły karabon po błocie, woźnica kiwał się na koźle i drzymał. Węgrzynek, jako sławny między gawiedzią geograf, ciekawie się rozpatrywał wokoło, a ja myślałem o owym domku drewnianym i sobie. O, nędzny domku! Ty, który już tyle razy na przemian byłeś świadkiem i cnót wielkich, i zbrodni, który chowałeś w sobie i anioły, i gady, który między twoimi ścianami mieściłeś bezecną babę z obrzydliwymi gachami i dawałeś na twej podłodze rozpustne za sieroce pieniądze lusztyki, który patrzałeś na najszlachetniejszego z młodzieńców, obłożonego we własnym domu guzami, wyrzuconego za bramę, wyszczutego psami, a przecie niemającego jeszcze złej myśli w sercu i poświęcającego wszystko dla pamięci swojego ojca i czci niepokalanego imienia, który byłeś świadkiem starodawnej cnoty sąsiedzkiej, opiekującej się skrzętnie sierocym groszem przez lat kilkanaście, który potem obejmowałeś w swych ścianach tyloletnie szczęście domowe i jakby łza czyste pożycie stolnikowej rodziców, który śród tego czasu wypiastowałeś śliczną jakby anioł i dobrą jak anioł panienkę, a która jednak była złą gwiazdą, prowadzącą za sobą tyle złości i zbrodni, i krwi niewinnie rozlanej, i niespokoju, i zmartwień, i nieszczęść dosięgających biczem swoim aż serca następujących pokoleń, który na koniec sam świadkiem byłeś i zgody, i niezgody jednego z potomków imienia, ich rzucania się sobie w ramiona, a potem na siebie, ich gróźb i wyrzutów, i przekleństw, i napadów!... domku lichy i niepokaźny, cóż ty masz dla mnie w zanadrzu? Co tam dla mnie chowasz pomiędzy twoimi ścianami? Jaka z kolei chmura zawiśnie teraz nad dachem twoim, czy biała i przezroczysta, złotymi wesołego słońca obwiedziona brzegami, czy czarna, groźna i nowymi gromami ciężarna?
Takimi myślami zajęty, zajechałem przed ganek. Zrazu wydawało mi się, że cały ten dom jest pusty i że w nim nie masz nikogo, tak jakoś cicho było na dziedzińcu; ale kiedy się obejrzałem i wzrok rzuciłem na okno, serce mi tak uderzyło, że aż wykrzyknąłem z radości. Zosia była w okienku i wyglądała w dziedziniec na drogę. Poznawszy mnie, pędem strzały zniknęła w oknie i wybiegła do sieni, ja też nieleniwo zeskoczyłem z wozu i w jednym okamgnieniu znaleźliśmy się razem na ganku, a ja, drżący cały, ze łzami w oczach ściskałem już tę bielutką rączkę, której wtenczas może więcej jak nieba na wieczne posiadanie pragnąłem.
Milczenie wtórujące temu uściśnieniu trwało dość długo; ja przynajmniej, lubo przez drogę miliony wiadomości dla Zosi zbierałem, teraz, jak mi Bóg miły, nie umiałem ani słowa powiedzieć, ale ona, zasłaniając chusteczką oczy dwiema ślicznymi łzami ozdobione, rzekła najprzód półgłosem:
— Myśmy myśleli, że pana Marcina gdzieś na drodze zabito.
— Dziękuję wam za tę myśl — odpowiedziałem — bo prawda, że chyba tylko śmierć lub więzienie mogło mnie w tej podróży zatrzymać.
— Więzienie? Boże! — zawołała Zosia. — Któż waszmości śmiał więzić?
— Był taki, co śmiał, ale to potem opowiem. Cóż tu się dzieje? Mama?...
— Mama jest na zamku Piotrowiczowym — odpowiedziała Zosia z westchnieniem.
— Jest? Chwałaż Bogu i za to — odpowiedziałem. — Już my ją stamtąd dobędziemy.
— Daj Boże! — rzekła Zosia. — I teraz wierzę, że mama nazad do nas powróci, kiedy waszmość przyjechał. Ale chodźmy do dziadka, on się bardzo ucieszy pana Marcina przybyciem.
To mówiąc, otworzyliśmy drzwi po prawej stronie, wiodące do izby dość dużej, w której przy jednej ścianie siedział dziadek w poręczowym krześle; przy nim stoliczek mały po staremu z butelkami miodu czy wina, a za stolikiem drugi szlachcic, także już podeszłego wieku, ale nieznajomy. Wszedłszy, przyskoczyłem do dziadka, witając się szczerze i serdecznie. A on też do mnie także od serca:
— Jak się masz, Nieczujo? Widoczny to cud boży, żeś tu przyjechał, bo pewno w niemałych być musiałeś obrotach; już ja myślałem, że cię zgoła zabito.
— Dziękuję jegomości za tę dobrą o mnie opinię — odpowiedziałem starcowi, całując go w ramię. — Zabić mnie, nie zabito, ale mnie uwięziono.
— Uwięziono? Jakże? To waszmość był pod kondemnatą430? — zapytał on szlachcic siedzący przy dziadku i pijący miód z kubka.
— Pod kondemnatą? Uchowaj Boże! — odpowiedziałem. — Dopiero miano wypisać dekret na mnie, ale uciekłem przecie.
Na to dziadek:
— Siadaj no, siadaj, Nieczujo, i powiadaj, co tam z tobą wyrabiali i za co, bo to doprawdy ciekawe rzeczy.
— Dobrze — odpowiedziałem — siądę i opowiem od deski do deski, ale pierwej nie, póki mi jegomość nie powiesz, co się tu dzieje; bo jużci to ciekawsza431, a nade wszystko ważniejsza.
Westchnął starzec na to i rzekł:
— Co się dzieje! Źle jest, bo gdyby było dobrze, tobyś był moją córkę już tutaj obaczył. Ale w Bogu nadzieja: w Bogu i w imć panach sąsiadach — dodał dziadek — którzy nas przecie nie opuszczą.
— W Bogu, w Bogu tylko, panie cześniku dobrodzieju — na to szlachcic — bo my, chociaż całym powiatem staniemy przy waszmości, to jednak tylko nasz obowiązek zrobimy, tak jakeśmy już raz zrobili, kiedyśmy po raz pierwszy córkę jegomości z tego przeklętego zamku dobyli. Ale jak się to pierwszy raz dało zrobić z łatwością, tak i teraz się zrobi; bo czy to się nie ma dosyć siły na to? Czy się to nie zna każdej dziury w tym zamku?...
Ja się na to popatrzyłem na tego szlachcica, ciekawy, kto by to był, który tak zna wszystkie dziury w Piotrowiczowym zamku, co spostrzegłszy, dziadek rzekł zaraz, wskazując ręką na niego:
— To jest jmć pan Gintowt, teraz cześnik wendeński, a niegdy plenipotent pana Ignacego, ten sam, który...
— Wiem, wiem — przerwałem dziadkowi — który niegdy pół załogi zamkowej spisał przeciw Murdelionowi i panią stolnikową wywiózł, aby ją oddać ojcu.
— Tak jest, ten sam — rzekł pan Gintowt, ściskając mi rękę — wtedy był młody, a dziś już stary i siwy, jednak i dziś jeszcze, da Bóg, z równym szczęściem będzie głównym motorem takiejże samej imprezy.
— Dajże Boże! — odpowiedziałem na to — tylko że to dziś trzeba będzie podobno bić z wierzchu na zamek, nie tak jak pierwej, wymknąć się tylko ze środka.
— Nic to nie wadzi, i to się potrafi. Na przyszły wtorek mamy tu sejmik powiatowy w Oszmianie i ja tam będę, a jaką szlachtę i ile jej stamtąd przywiozę, to waszmość obaczysz i sam osądzisz, czy można z nią bić na zamek czy nie.
— Ślicznie to waszmość mówisz — odpowiedziałem — czy tylko zechcą przyjechać?
— Ja bo waszmości nie koncept z głowy powiadam, tylko rzecz dokumentną; przecie to już jest udeterminowane432.
Dopiero dowiedziałem się całej rzeczy, która była następująca.
Murdelio, porwawszy stolnikową z Źwiernika, jak i kiedy z nią dojechał do swego zamku, tego nikt wtedy nie wiedział i do dziś dnia nikt nie wie, powiadam to, bo mi rozum tak mówić każe; jednakże stał się przy tym porwaniu jeden szczegół dziwny i nieodgadniony, który swojego czasu potwierdzony był świadectwami dwóch prawie całkowitych powiatów, to jest: pilznieńskiego i oszmiańskiego, a pomimo to jednak dzisiaj u nikogo by wiary nie znalazł. Szczegół ten zasadzał się na tym, że zaraz następnego dnia po owej fatalnej nocy, w której Murdelio porwał stolnikową w Źwierniku, wieść się rozeszła po powiecie oszmiańskim nie o tym, że Piotrowicz porwał panią Strzegocką z jej domu, ale o tym, że ją już przywiózł do siebie, a nawet byli tacy, którzy go dnia tego rankiem widzieli wjeżdżającego dwiema brykami w zamkową bramę. A przecież to była przestrzeń mil stu dwudziestu! — Kiedy mi to opowiadano, na żaden sposób nie chciałem wierzyć i mówiłem Gintowtowi do oczu:
— Ale już mówcie wy sobie, co chcecie, ja w żaden sposób nie uwierzę. Człowiek tego żadną siłą zrobić by nie potrafił, a chociaż niemało ludzie gadają o tym, że żywe diabły chodzą po ziemi i niektórym ludziom nawet w ich sprawach dopomagają, to już daremna433, ale póki ja co takiego na własne oczy nie ujrzę, póty też nie uwierzę. Prawda, że nie mówię już nadzwyczajne, ale nawet i zwyczajne rzeczy tego Piotrowicza dużo diabelstwem trącą; nie zaprę się nawet tego, że i mnie samemu o nim nieraz się co takiego przywidywało, że doprawdy trudno to sobie po prostu wytłumaczyć, ale czy to jednego człowiek nie rozumie w tym życiu, a przecie zaraz nie nazywa diabelstwem?
Na to Gintowt:
— I dobrze waszmość w tej materii mówisz, i niedobrze; bo chociaż to nie bardzo się chce wierzyć w diabły człowiekowi takiemu, który nigdy nie widział, toż jednak jakże znów nie wierzyć, kiedy w nich wierzy cała Litwa? Pana Piotrowicza, o którym mowa, ja sam znam tak blisko, jak mało który z sąsiadów, bo, Panie Boże mi odpuść, służyłem u niego lat kilka; lecz co się tyczy diabelstwa jego, to, Bogiem a prawdą, sumiennie nie mógłbym ani tak, ani owak zaświadczyć. Widziałem ci ja niejedną taką rzecz po nim, przed którą się ludzie żegnają, i jam się żegnał, ale zawsze daleki byłem od tego, żeby aż diabła w nim widzieć; i jeżeli przyszło do tego, żem jego służbę samowolnie porzucił, to nie inny był powód temu, jeno ten, żem się o jego szkaradnej nieuczciwości przeświadczył. Wiele by to dziś gadać o tym i daleko by sięgać potrzeba, żeby życie tego człowieka doskonale wyświecić, ale ilekolwiek bym nagadał, to zawsze bym w tej rzeczy tak rozumiał, jako i dziś powiadam, a to: że ani ci, którzy go szczerym diabłem być powiadają, ani owi, którzy go tylko bardzo złym człowiekiem być mienią, nie mają racji, bo któż zaprzeczy, że można nie być diabłem, a jednak mieć pomoc diabelską?... Ale co się tyczy tego teraźniejszego jego przybycia tutaj, to wierz sobie, waszmość, lub nie wierz, a ja ci to jeszcze powtarzam, że o samym środopościu, w dzień św. Pankracego Wyznawcy, byłem tu u pana Żaby w sąsiedztwie i właśnie siedzieliśmy sobie przy piwku marcowym, rozmawiając to o tym, to o owym, kiedy wpadli do niego pan Kasper Magnuski i Jur z Borowiczek i powiedzieli nam, że diabeł wenecki ukradł panią Strzegocką mężowi gdzieś na Mazurach i dziś o świcie przywiózł ją na swój zamek. Jeszcześmy się sprzeczali o to, że pani Strzegocka nie ma już męża, bo ja sam byłem na nieboszczyka stolnika pogrzebie, czego wszystkiego świadkiem był pan Żaba, który, kiedy mnie wiary nie ma, sam to waszmości przytwierdzi, a zresztą i wszystka szlachta z okolicy, bo tegoż dnia jeszcze wiadomość ta rozeszła się na pięć mil naokoło.
Tak mówił Gintowt, a tymczasem rzecz znowu była pewna i przez cały pilznieński powiat potwierdzona, że Murdelio panią stolnikową ukradł w samą wigilię św. Pankracego Wyznawcy434, sto dwadzieścia mil z czubem upalił jednej nocy ten diabeł wenecki!
Ale powracając do rzeczy, opowiadam dalej, iż skoro tylko wieść o tym czynie Piotrowiczowym rozeszła się po okolicy, to tak szlachtę tamtejszą, wedle świadectwa dziadkowego, najpoczciwszą pod słońcem, oburzyło, że aż chciała hurmem na zamek uderzyć. Ale jak to u nas bywa zwyczajnie: zrazu huk wielki, wrzawa i odgrażanie się takie srogie, że kto by myślał, że to już koniec świata, a ono właśnie wtedy, kiedy krzyk najgłośniejszy, serca już stygnąć poczynają. I tak z onego napadu zamierzonego w pierwszym impecie ledwie pamiątka groźby została. Jednakże szlachta, pomimo to, że się wyburzyła od razu, niedługo potem dała dowód tego, że w tej sprawie przynajmniej i na zimno nie myślała inaczej, jak na gorąco; bo skoro dziadek pojawił się w wiosce swojej, zaraz też wszyscy sąsiedzi przyjechali, nie tylko z oświadczeniami dawnej i do dziś dnia niewygasłej dla niego przyjaźni i nad teraźniejszym jego nieszczęściem kompasji435, ale nawet z uroczystym zapewnieniem, że panią Strzegocką wydobędą z zamku, a Murdeliona rozsieczą za wstyd i hańbę wyrządzoną wszystkim. Gdyby kto inny był w miejscu dziadka albo gdyby pan cześnik jeszcze teraz miał był tę krew i fantazję, jaką miał, kiedy sługiwał w chorągwi i za sieniawszczykami uganiał po Rusi, toby był dotychczas umiał już ukuć co z tego żelaza, które mu samo podawało się w kleszcze; a ja, kiedym przyjechał, byłbym już zastał stolnikową u ojca, a z Piotrowiczego zamku ledwie gruzy i zgliszcza, ale nie darmo to mówią, że starość, nie radość: dziadek do dziś dnia nic jeszcze nie zrobił. A boćwinkowie436, lubo lud setny, bo znam ich, gdyż z nimi służyłem, jednakże bez przynuki437 sami nic nie zrobili. Oni, wyspoczywawszy się przez lat parę po wojnie ostatniej, której mało doznali złych skutków, dziś radzi byli, że ich co nowego zbudziło ze snu; więc zamiast rzecz tak małą od razu zacząć i zakończyć, zabawiali się tą nowiną i różnymi dla niej wykuwanymi planami, przygotowując się na ten lichy zajazd, jakby na wielką wojnę. Więc najpierw urządzili pomiędzy sobą kolej, po której co dwóch co nocy przyjeżdżało do dworu pana Wita i tam trzymali niby to szyldwach na wypadek jakiego niebezpieczeństwa; inni śród tego czasu robili podjazdy pod zamek, bawiąc się po żołniersku chwytaniem wieści o sile i innych zasobach nieprzyjaciela; pan Gintowt siedział wciąż u pana cześnika i odbierając codziennie raporta, a właściwie li plotki, trutynował438 je ze staruszkiem i ze wspólnych narad wynikające codziennie wydawał rozkazy; młodzież zaś inna, owi to młokosikowie, którzy nigdy w życiu na żadnej nie byli potrzebie439 i sposobiąc się do lada burdy powiatowej, zazwyczaj okrutnie srogie miny robią, wiele krzyczą, latają i po żołniersku się prężąc, wielką okazują służbistość, aż póki im dobrze kto skóry nie nagarbuje i nie poznają sami, że bitwa to nie zabawka, a harcowanie440 na pięknym koniku, to jeszcze nie służba — ta młodzież, jako zwykle, to na koniach, to wozikami, tak latała po całej okolicy, że kto obcy byłby przysięgał na to, że tam się przygotowuje wielka wojna. Tymczasem zaś Murdelio, jako opowiadały wieści, trzymając stolnikową pod dobrą strażą, zamek, jak mógł, opatrywał, swoich ludzi uzbrajał i przez powierników wysyłanych na okolicę tak różną hołotę i tak wiele jej zbierał, że już do dwóchset głów samego teraz nowo uformowanego wojska liczono na tym diabelskim zamku. Ale jak i gdzie tam panią stolnikową trzymano na zamku i jak się z nią obchodzono, o tym na próżno starano się dowiedzieć.
Więc kiedy tak siedząc przy miodzie, obadwaj staruszkowie opowiadają mi te wszystkie szczegóły, rzeknę ja do nich:
— Bardzo to wszystko ładnie, co mi tu waszmość opowiadacie; ładnie, że sąsiadów ta sprawa tak żywo obeszła, ładnie, że po kolei strzegą jegomościnego dworku, ładnie, że się przygotowują i obiecują na zamek uderzyć, tylko to jedno nieładnie, że właściwie dotychczas nic jeszcze nie zrobili; bo czy to taka, czy siaka impreza, to nigdy nie rozumiem takiej polityki, żeby dla kilku przysposobić się mających szabel lub koni dawać czas nieprzyjacielowi do wzmocnienia się i przygotowania.
Gintowt słuchał i wpatrywał się we mnie, gdym mówił, a kiedym skończył, spytał mnie z wolna:
— Waszmość służył gdzie w wojsku? — Ja też na to:
— Służyłem, i to nie tylko w wojsku, ale we wojnie, a co mówię, to z doświadczenia.
— No, to waszmość czynił swoją praktykę z Mazurami i z nimi może wiesz, jak poczynać, ale u nas inaczej.
— Prawdę to jegomość mówisz, że u was inaczej, ale ja bo wiem, jak i tutaj, bo i z wami się sługiwało, i dlatego właśnie to mówię.
— Jak to? — rzekł na to Gintowt. — To waszmość o Litwinach powiadasz, że kiedy im się co odwlecze, to i uciecze?
— Ja tego nie powiadam już całkiem na pewno, jeno tak suponuję441, a i to nie bez pewnego powodu, bo stołowicka potrzeba stoi mi jakby dziś przed oczyma.
Tu jmć pan Gintowt, niebieską kwiecistą chustką nos utarłszy i pociągnąwszy pół kubka miodu, zaczął per longum et latum442 opowiadać stołowicką potrzebę. Zosia siedziała w tymże samym pokoju pod oknem, a ja, nie widziawszy jej sześć tygodni, ledwiem się z nią był przywitał! Gadał więc Gintowt swoją rzecz bez przestanku, a mowa jego podobną była chodowi wyuczonego konia, który równym stępem czesze milę, dwie albo i dziesięć; ale ja już i uchem, i okiem, i duszą całą byłem przy Zosi i czekałem tylko sposobnej chwili, aby się od rozgadanych starców oderwać. Jednakże ani myśleć było mi o tym, bo lubo stary ten konfederat zrazu ciął swoją sztukę, nie oglądając się wcale na usposobienie słuchaczów, toż jednak później, kiedy przyszedł z kolei na takie fakta, którymi moją opinię przerobić miał nadzieję, z pospolitego szlachcica stał się niepospolity a umiejętny orator. I nie przestawał on już natenczas na samym opowiadaniu, ale w swojej zelozji443 pragnął zarazem, aby, co powie, było potwierdzonym przeze mnie. Rzucał mnie więc ustawicznie pytania albo do połowy tylko doprowadzone periody444, których dokończenia wyczekiwał ode mnie, a kiedy widział, że mu odpowiadam ni to, ni owo, to mnie brał za rękę, szarpał za frędzle u pasa albo za połę żupana, a kiedy i to nie pomogło, to wstawał i położywszy ciężką, kościstą rękę na moim ramieniu, podniesionym głosem i w samo ucho rzucał mi swoje nieodwołalne sentencje. Jakem się kręcił na stołku, z jaką grzecznością kiwałem na wszystko, a przy tym ile cierpiałem natenczas, opowiadać nie będę, bo komuż dziś nie są znane smętne kochanków cierpienia! — Ale pan Gintowt był już stary i nie znał się na miłości, więc ani nadziei nie było, aby się zlitował nade mną i z swoich objęć oratorskich mnie puścił; musiałem tedy cierpieć i słuchać, ale byłbym był Pan Bóg wie co dał za to, gdyby mu kto był przerwał tę arcywymowną obronę. Jakoż wysłuchał Bóg prośby mojej, bo kiedy jmć pan cześnik wendeński, przyjąwszy z rąk dziadka świeżo napełniony kubeczek miodu i wypróżniwszy go do połowy, szeroko odetchnął piersiami, ażeby zrekapitulowawszy445 wszystkie motywa, ostatecznym do mnie wystrzelić argumentem — drzwi się otworzyły z łoskotem i dwóch młodych Litwinów, na których kolej owej niby to służby przypadła tej nocy, weszło do izby. Pan Gintowt, chcąc nie chcąc, musiał przerwać swoją orację, a podczas kiedy dziadek powiadał mi nowo przybyłych nazwiska i tytuły i nawzajem im moje, wniesiono nowy zasiłek miodu, do którego zasiadłszy, oczywiście nowa musiała się zacząć rozmowa. Jeden z tych bardzo młodziutki, ale zadzierżysty kawaler, właśnie jeden z takich, o których dopiero co wspomniałem, że okrutnie bębnią słowami przed lada jaką praktyką, był do tego jeszcze jakiś daleki powinowaty dziadka przez nieboszczkę panią cześnikową, toteż, pociągnąwszy zaraz ze dwie szklanice, kiedy to pocznie bić na zamek Murdeliona, to aż włosy na głowie powstawały od samego słuchania.
— Ho, ho! Mospanie! — gadał on młodzik, na nieszczęście obracając się do mnie. — Waszmość ani wyobrażenia nie masz, jaką my kurtę wykroimy temu diabłu weneckiemu! Ja sam mam więcej trzydziestu ludzi zebranych z sąsiedzkiego zaścianku i czekam jeno na wtorek. Ale to nic jeszcze! Przyjedź no, waszmość, na wtorek do Oszmiany, mamy tam sędziów obierać, ale kat ich będzie obierał! Od pana Żaby przyjdzie tam sześć beczek miodu, od pana Zembrzuskiego pięć, od Jokity trzy miodu, a jedna gorzałki, jegomość pan cześnik dobrodziej ma już cały wóz z jadłem i napojami nagotowany, ba, i ode mnie pójdzie furka z wędliną, kołdunami i beczką wina, co mi mama podarowała. Otóż, kiedy to wszystko zajedzie, a kiedy to stanie, ot! pan Gintowt dobrodziej, pan Magnuski orator, Demostenes z Zalasówki, i Seneka Giembutowicz z gębami, a Jur z Borowiczek i my za nim.
— Ba! Jur z Borowiczek! — poderwał drugi Litwin dyżurny. — Pewno, że kiedy ten się weźmie do czego, to tam nie ma już co poprawiać.
— Ba! To nie nowina! — odpowie znów młodzik. — Dlatego też ja najpierwej jemu rzecz zakomunikowałem! Zrazu nie chciał i ociągał się, powiadając: „A co mnie do tego, że kto babę wykradł Mazurom! To niech się Mazury pilnują! A zresztą wartoż to wojować o starą babę, jeszcze do tego z diabłem? Bo to przecie stolnikowa, kiedy szła za mąż, to ja jeszcze szabli udźwignąć nie mogłem, i teraz się będę bił o nią, żeby mnie wzięli na języki i gadali, co im się podoba! Nie chcę, dajcie mnie pokój! Mnie Piotrowicz nic nie zawinił”. — A ja jemu na to: „Ale mój Jurciu! Co tobie do tego, czy to o młodą czy o starą rzecz idzie! Co ci na tym? Wszakże kiedy panią stolnikową odbijać będziesz, to nie dla siebie, ani sam pójdziesz na tę wyprawę, jeno pójdziemy wszyscy! A zważaj sobie to, że jakoś nieładnie by było, żeby przy takiej imprezie Jura z Borowiczek nie było! Zważże i to — powiedziałem — że lubo nam bardzo wiele na tobie zależy, to jednak, czy ty pójdziesz czy nie pójdziesz, zawsze się ruszymy i pociągniemy pięknie, a kiedy ciągnąć będziemy, to jużci nie bez tego, żeby ten lub ów nie zapytał: »A gdzież nasz Jur z Borowiczek, co nas wodzi po wszystkie czasy, że go nie widać na przedzie?...« — Wstyd mi będzie powiedzieć, ale trudnoż zmilczeć, że Jur siedzi za piecem”.
Kiedy tak opowiadał młodzik, w pierwsze wybierający się pole, jako doświadczonego wszystkich zajazdów przywódcę z wielką pracą dla tej sprawy kaptował, Gintowt siedział milczący i popijając miodek powoli, chmurzył się coraz bardziej i słuchał, a kiedy tamten, wyrecytowawszy i wszystkie swoje, i owego Jura przy onym kaptowaniu mówione słowa, na tym zakończył, że przecie nareszcie Jura do tej sprawy namówił, Gintowt pociągnął jeszcze raz miodu i rzekł:
— Dziwujże się tu czemu, mospaneńku, kiedy taka młodzież się rodzi! Toż to ja sam w mojej osobie, jako już powiadałem, siedziałem już z panem Żabą w jego domu przy piwku marcowym, kiedy wpadli pan Kasper Magnuski i tenże sam Jur z Borowiczek i pierwsi przywieźli nam wiadomość o wykradzeniu pani stolnikowej i osadzeniu jej na zamku Piotrowiczowym — i sam w mojej osobie słyszałem, jako Jur, opowiedziawszy zdarzenie, rzekł do mnie w te słowa: „Cóż, panie Bartłomieju? Nie porać to do zajazdów i ma już człek tego dosyć, ale tu trudno! Hańba to wyrządzona całej okolicy; trza snadź będzie uderzyć na to gniazdo diabelskie” — a ten tu młokosik, który pewno aż w jakie kilka dni potem dowiedział się o tej rzeczy, powiada mnie w żywe oczy, że on Jura skaptował! Tfe! A myszy, żeby do waszego domu wlazły, tobyście ich szukali! A z muchami wam wojować po ścianach! Tfu!
— Ale, panie cześniku dobrodzieju! — poderwał znów młodzieniaszek. — Ja nie powiadam, żeby Jur z Borowiczek nie pierwej ode mnie wiedział o tej rzeczy, ale że z początku inaczej o niej rozumiał niż teraz, to pewna! Przecież ja powiadałem wyraźnie...
— Ale co ty powiadałeś — zawołał Gintowt — co ty masz do powiadania! Ty nawet gęby nie powinieneś otworzyć, aby mówić o Jurze. Byłeś ty takim towarzyszem albeńskim, którego cała Alba nosiła na rękach; byłeś nie sługą, ale przyjacielem księcia pana; byłeś w jakich kilkuset potrzebach, a zawsze w największym ogniu; służyłeś pięć lat krwawym trudem, brałeś niedźwiedzie oszczepem, szukałeś niebezpieczeństw na własną rękę po Węgrzech, po Multanach, po Turecczyźnie, odprawiłeś z jakie dwadzieścia zajazdów, ze sto pojedynków? He?... Otóż kiedy to wszystko odprawisz, to wtedy będziesz mówił o Jurze jak o twym równym.
Zmięszał się tym trochę młokosik; ja myślałem, że już zgoła uderzy się w piersi i umilknie, ale gdzie tam! Ledwie co przebrzmiał głos Gintowtowy, on się znowu poderwał i dalejże w argumenta, usiłując, jeżeli już nie dowieść koniecznie, że w rzeczy on Jura skaptował, to przynajmniej siebie z zarzutów obronić. A podczas kiedy Gintowt rad nierad na każdy argument odpowiadać musiał i stąd się rozpoczęła wielka między starością i młodością dysputa, ja, jako niemogący stawać ani z tej, ani z owej strony i przez nikogo już nienagabywany, pochwyciłem tę porę, aby od nich uciec, a zbliżyć się do Zosi.
Ale Zosi już nie było w tej izbie. Serce niewinne i tkliwe, a do tego różnymi uczuciami ścieśnione, nie może znieść gwaru i krzykliwej rozmowy, niemych świadków nawet nie lubi i najswobodniej mu w samotności. Więc kiedy w pierwszej izbie wojennymi planami zajęci mężowie wadzą się z sobą o Jura z Borowiczek, a potem znowu w nie mniej gwarliwej dyspucie układają środki zjednania szlachty, porządek zajazdu i rodzaj dobycia zamku; w drugiej izbie, przy maleńkim stoliku, na którym smutny płonie kaganek, siedzi Zosia nad książką nabożną i modli się Panu Bogu gorąco, aby dobył matkę z więzienia i oddał sierotom. Opodal od stołu na drewnianym zydelku, pod ścianą, cała cieniem zakryta, siedzi staruszka ochmistrzyni, ta sama, która niegdy ochmistrzowała stolnikowej za czasów jej panieństwa i pochyliwszy głowę na piersi, a ręce złożywszy jak do pacierza, wtórzy w duchu modlitwom sieroty, wzbijającym się, jakby promień jakiej zabłąkanej gwiazdy, wprost na łono samego Boga.
Kiedym próg przestępując, obaczył tak cichą, a jednak tak uroczystą z Panem Bogiem rozmowę, przystanąłem na progu i chciałem, przypatrzywszy się tylko cokolwiek, nazad do pierwszej izby powrócić; ale Zosia mnie natychmiast ujrzała i prawie mimowolnie rzekła:
— Panie Marcinie.
Przystąpiłem bliżej, ale już po raz drugi nie wiedząc, od czego zacząć ową rozmowę, w której tysiące rzeczy miałem do powiedzenia, usiadłem tylko koło niej i milczałem. Na to ona znów do mnie, ale bardzo smutnym głosem:
— Panie Marcinie! Czy wróci mama do nas, czy już nigdy nie wróci?
— O! Wróci, jak Bóg na niebie, tak wróci!
— Och! Boże! — zawołała ona na to ze łzami i oparłszy główkę o ręce położone na stole, płakała.
Płacz ten, któren pewnie tyle ważył u Boga, co najgorętsza modlitwa, trwał długą chwilę, przez którą ja, także ze sercem ściśnionym i złożonymi rękami, siedziałem smutny i milczący. Nareszcie Zosia podniosła głowę, twarz łzami zalaną otarła i rzekła do mnie:
— Panie Marcinie, pilnujże, waszmość, już tę szlachtę, żeby zrobili, co obiecują, bo oni będą krzyczeć, hałasować, odgrażać się, a na koniec rozjadą się i nic nie zrobią.
— Niech się panna Zofia już spuści na mnie — odpowiedziałem — ja wyrozumiałem rzecz jak należy i miarkuję sobie, co mi potrzeba, a kiedy bym i dziś się przekonał, że oni sami nic nie zrobią, to już ja wiem, gdzie czego szukać. Niech panna Zofia będzie spokojna; pani matkę uważam za moją własną.
— Niechże Bóg to waszmości stokrotnie nagrodzi! — odpowiedziała Zofia. — Kiedy pan przyjechałeś, to ja wierzę, że i mama powróci.
Przycisnąłem usta moje do jej maluczkiej rączki, a ona do mnie:
— Ale cóż to się tam z panem działo w Tarnowie?
Na to pytanie musiałem odpowiedzieć obszernie; poprawiwszy się więc na zydlu, opowiadałem jej zdarzenie za zdarzeniem, szczegół za szczegółem, tak jak się działo w istocie. Zofia słuchała mnie z wielkim zajęciem i wielką uwagą, a żywe współczucie malowało się na jej twarzy. Kiedym przyszedł do tego dnia, w którym ów baron niemiecki mnie po raz pierwszy nawiedził, przerwała mi Zofia, mówiąc:
— I Holmfels waszmości wydobył?
— Nie, nie wydobył — odpowiedziałem — bo nie mógł, ale jednakże dał mi dowód takiej przyjaźni, że wielkie ukontentowanie byłoby to dla mnie, gdybym mu się mógł za to wywdzięczyć.
— A wie pan — rzekła Zosia — że temu baronowi Zuzia się bardzo podobała? Co jej nie gadał wtedy!
— To wiem — rzekłem — bo on mi to sam powiadał, ale mu doradziłem, aby sobie to wybił z głowy, bo jej ani się śni o nim.
— A nie! — zawołała Zosia. — On jej się może jeszcze więcej podobał!
— Jakżeż? — rzekłem oburzony. — To jest po zaręczynach z Konopką i tamtemu ledwie głowa nie pęknie od samych jej grymasów, a teraz jej się znów baron podobał?
— O! O! Jej się co chwila kto inny podoba; to nic nowego.
— Życzęż ja szczęścia panu Konopce, ale mu go nie zazdroszczę.
Po czym dalej opowiadałem moje fatalizmy aż do samego końca, których wysłuchawszy, Zosia pięknie rzekła do mnie:
— Chwałaż Bogu, że panu Marcinowi przynajmniej z więzienia umknąć się udało; żebyż choć się na tym już zakończyło.
— A! Ja też tak sprawy nie zostawiłem...
Wtem dał się słyszeć z drugiego pokoju głos dziadka wołającego Zosię do siebie. Ona też porwała się z miejsca i powiedziawszy do mnie:
— Zostań pan tu, ja tu zaraz powrócę — wybiegła do dziadka.
Tymczasem staruszka ochmistrzyni przysunęła się do mnie i popatrzywszy mi w oczy, spytała:
— To to jespan konkurujesz o pannę Zofię?
— A... niby to ja — odpowiedziałem cale446 nieprzygotowany na takie pytanie.
— To jespan z Mazurów? — spytała znów ochmistrzyni.
— Nie tak z samych Mazurów, jak z ziemi sanockiej, która do województwa ruskiego należy.
— Aha, z sanockiej... a długo to już trwają te waścine amory?
To mi już nadto było, jakoż po tym pytaniu rzuciłem się trochę; jednakże zauważywszy, że słowo starej ochmistrzyni czasem niemało waży w całym domu, starałem się być grzeczny i odpowiedziałem:
— O amorach nic nie wiem, a o względy i łaskę u panny Zofii i całego domu staram się od połowy zapust.
— Aha! Aha! To wszystko dobrze; jespan jesteś niczego familii, znałam kilku Nieczujów, znałam i ojca waścinego, kiedy wziąwszy słowo od panny Mężykówny, przyjeżdżał tu do mojej siostry, pani starościny Trockiej, prosić o błogosławieństwo. Tęgi to był człowiek swojego czasu... i jespan, widzę, niczego kawaler, sługiwał w wojsku, jak słyszę, ma niczego fortunę, rozamorował się podobno w Zosi na umór, przeleciawszy za nią z półtorasta mil aż z Mazurów, i wszystko to dobrze... ale na co to takich amorów? Znowu będzie jakie nieszczęście.
— Z mojej przyczyny, moja mościwa pani, pewno żadnego nie będzie...
— Tak, tak, nie będzie. Tak to było i z Hanią, a teraźniejszą Strzegocką! Com się nagadała, com się naprosiła, co naperswadowała, przepowiadając, że to człek taki a taki, że się chował za morzem, Bóg wie pomiędzy jakimi ludźmi, że nabrał obyczajów nieludzkich, że tu przyjechał i ludzi napada, drugich rozbija, kilku nawet powiesił, że, jak mówili domownicy, z jakimiś nieczystymi duchami ma konfraternię, że go aż diabłem nazywają weneckim — nie i nie, choćby mnie zabić miano, kocham i kocham na śmierć i na wieki. I otóż masz „kocham”!
— Ha! Tak to, tak, mościa pani — rzekłem ja na to staruszce — miłość u kobiety to nie zabawka, ale rdzeń i miazga całego życia; bij i zabij, a prędzej podobno duszę wypędzisz z ciała niż miłość zakorzenioną z serca.
— Nie ma co mówić, trafia to się u kobiet, ale też to źle jest i niedorzecznie. Bo przecież i ja jestem kobietą, i ja swego czasu wiedziałam, co miłość, ale to dawniej nie tak bywało; nie nazywano tego nawet miłością, tylko, jak należy, afektem. Ja też mówiłam Hani: „Co ci zależy na tym Piotrowiczu? Czy koniecznie ten już najlepszy? Moja Haniu, mało ty jeszcze znasz tego świata, a kiedy go więcej poznasz, to się snadnie przekonasz, że jeden mężczyzna, tak jak i drugi, a wszyscy takuteńcy jak jeden”. „Nie, nie i nie! Ja tylko tego”. — Przy takich afektach panny, a tak uporczywym amancie, bo to, jespan, nie znasz pana Ignacego, co to za gwałtowny jest człowiek, dziwnoż to, że te amory za daleko się posunęły? Ja, Panie Boże mnie skarz, jeżelim choć się domyślać mogła... aż tu jednego wieczora, bach! pan Wit wszedł znienacka do alkierzyka Hani i na własne oczy obaczył, jak pan Ignacy Hanię w gębę całował. No, nie taka to wielka zbrodnia, ale u starego, co to, bywało, dawniej cały dom przed nim chodził jak klawisze, zaraz to była już Sodoma. Co się tu działo wtenczas, niechże i piekło się schowa, bo i stary nie w zimnej wodzie kąpany... Ja jeno uklękłam przed obrazem Matki Najświętszej, prosząc, żeby mnie tylko nie zabił... chociaż to ja mu dość bliska, bo przecież nieboszczka matka jego a moja matka były sobie przyrodnie... ale przeszło to jakoś. Wpadł jeno do mnie i z największą pasją a z ściśnionymi pięściami powiedział mi w oczy: „Do samej śmierci jejmości tego nie zapomnę!”. Nie wiemże, jak tam jest, czy zapomniał czy nie? Nie powiadał co jespanowi?
— Nic, mościa pani, nic mi o tym nie wspominał pan cześnik.
— Hm! To źle — mówiła dalej ochmistrzyni — bo to, widzi jespan, człowiek dziś, jutro, a, Panie Boże mnie skarz, jeżeli przy skonaniu mi jaki inny grzech na sumieniu zacięży prócz tego. A za grzech sobie to mam, żem za mało oka miała na Hanię, chociaż Panem Bogiem się świadczę, że i sto ócz byłoby nie pomogło. Bo przecież potem porwał ją z domu rodzicielskiego, wywiózł na swój zamek, ojcu tyle tym zadał frasunku, że myślałam, że umrze stary od samych łez i żałości... Ba! I odbili ją nazad, i poszła za mąż, i mąż ją odumarł, a kiedy jej potem za jakiegoś kaduka przebrany pojawił się pan Ignacy, to tak na nowo wariować poczęła, że aż ją stary wywieźć musiał na Mazury. Więc co by tam było moje pilnowanie pomogło?... Ale stary tego nie wiedział i wierzyć temu nie chciał, kiedym mu to powiadała, i całą winę złożył był na mnie. Nie wiemże, jak teraz? Toć to i to wykradzenie teraźniejsze... Hm! Nie chcę zresztą sądzić... ale... Hm! A nie mógłby jespan tak z daleka dowiedzieć się od pana Wita?...
— Cóż? Czy jejmości jeszcze oną dawną winę pamięta?
— To to — odpowiedziała staruszka — bardzo bym chciała wiedzieć... może by jeszcze... Hm! Bo jak tu z braterskim gniewem na sobie pokazać się przed Panem Bogiem? — I ocierała łzy biedna ochmistrzyni. Ja też perswadowałem:
— Ej! Nie płacz jejmość, uspokój się, już ja to biorę na siebie, że pan Wit sam jejmości powie do oczu, że jej nic nie pamięta.
— Nie chcę, nie chcę tego! Niechaj Bóg broni — zawołała ona na to. — Ja bym umarła ze wstydu na samo to wspomnienie. Niech jespanowi powie, że mi zapomniał.
— Dobrze, dobrze, to on mnie powie.
— Niechże ci Bóg nagrodzi. A za to przyjmże tę radę ode mnie, że niedobrze sobie amorami głowę nabijać, bo wiem ja coś i o waszeci. Siła mi tu Zosia nagadała różnych rzeczy, a dalibóg, że to niedobrze. Zawsze będą jakie nieszczęścia, bo podobno jest i drugi konkurent? Słuchaj waść... sfolguj trochę, jeżeli mnie dobrze życzysz.
— Ja jejmości życzę jak najlepiej, ale jakem Nieczuja, tak nie rozumiem, w czym mam folgować.
— Sfolguj trochę w afektach, bo to dziewczę w tobie tak rozszalone, że doprawdy przyjdzie do jakiego nieszczęścia.
— Ale do jakiegoż nieszczęścia, moja jejmość kochana? Prawdą jest, że ja mam afekt dla panny Zofii, i jeżeli ona go ma także dla mnie, to chwała Bogu! Ale żeby przyjść miało do jakiego nieszczęścia, to żadną miarą nie może być, bo ja przecież, nie chwalący się, mam i głowę, i serce na swoim miejscu. Zresztą, nie widzę nawet, jakie by powody ku temu mogły być, bo wątpię, żeby mi po drugi raz jeszcze odmawiać chciano.
— O tym ja nie wiem — odpowiedziała staruszka — czy jespana już przyjmą czy nie przyjmą, bo w konkurach dopiero wtedy jest pewność, kiedy państwo młodzi wracają od ołtarza; dlatego też sfolguj i sobie, i Zosi w tych afektach, bo na zły wypadek znowu będzie jakie nieszczęście. — Ja też na to:
— Jejmość pani, jak widzę, tak przestraszoną jesteś nieszczęśliwym losem pani stolnikowej, że już dziś w każdym kawalerze widzisz Piotrowicza, a w każdych konkurach gwałty tylko i nieszczęścia. A tymczasem w całym świecie co roku mnóstwo ludzi się żeni, a o gwałcie jakim lub wykradzeniu ledwie raz da się słyszeć przez całe życie.
Wtem wbiegła Zosia do tegoż pokoju, ale zarazem dał się słyszeć głos dziadka, wołający:
— Mospanie Nieczuja!
Rad nierad litościwe tylko spojrzenie rzuciłem na Zosię i musiałem przejść do pierwszej izby, ale zamiast dowiedzieć się, czego chciał dziadek ode mnie, musiałem usiąść i słuchać, jako jmć pan Gintowt, wygrawszy z młodzieniaszkiem oratorski spór o pierwszeństwo skaptowania Jura z Borowiczek dla przedsięwziąć się mającej sprawy, otrębywał zwycięstwo swoje w ten sens:
— Ergo447 nie ty, mospaneńku, który się zrazu niebacznie tym przechwalałeś, ale ja, jako mnie tu waszmość widzicie, doprowadziłem i Jura, i Demostenesa do tego, że nie, mówię, przystąpili do tej sprawy, bo oni by to byli i bez namowy uczynili, ale że ją wzięli za swoją. I stanie się tak, jak potrzeba, co jest conclusum448 pewnie i nieodmiennie. We wtorek wszyscy pojedziemy do Oszmiany, a my, którzy już jesteśmy zmówieni, będziemy się mieć na oku; ale nie będziemy wyborom przeszkadzać, tak jak to waść mówisz, mospaneńku, i owszem, funkcję naszą zrobimy; po wyborach dopiero uczynimy tak, jakeśmy się umówili, a o czym waszmości, chociaż się pierwszym tej sprawy promotorem powiadasz, ani się śni, mospaneńku! Wtedy całą kupą zjedziemy się tutaj, pokłoniwszy się panu cześnikowi, przekąsimy co z łaski jego i ruszamy; a jakie przy zdobywaniu tego diabelskiego zamku dziać się będą sztuki, o tym się waszmość możesz dowiedzieć od tych, którzy wąs barabański449 mają pod nosem, ale nie mleko, tak jak ty, mospaneńku!
To mówiąc, pan Gintowt wąsa sumiastego całą garścią pokręcił i powstał, jakoż i wszyscy powstali, żegnając i rozchodząc się zaraz, my na spoczynek, a dwaj dyżurni do przygotowanej dla nich kordegardy450.
I tak się skończył pierwszy dzień mego pobytu między szlachtą oszmiańską.