VIII

W dniach następnych aż do samego wtorku nie zaszło ani w domu dziadkowym, ani w okolicy nic nadzwyczajnego.

O prawdziwym losie pani stolnikowej ani też o tym, co myśli i jak się na przyjęcie gości przygotowuje Murdelio, nie można się było nic pewnego dowiedzieć. Zamek ten był pod tamte czasy tak groźnym i strasznym dla wszystkich, że za żadne skarby świata nie można było ani jednego sługę namówić, aby podszedł pod jego mury i starał się stamtąd przynieść jaką wiadomość. Szlachta zaś, nie mniej przesądna od pospolitych ludzi, także nie zdobyła się na taką przysługę. Jeden tylko Węgrzynek ofiarował mi się sam z własnej chęci z tym, że się chce zwerbować do Murdeliona, a pobywszy tam kilka dni i dowiedziawszy się o wszystkim naocznie, uciec do nas na powrót; ale na to już ja nie pozwoliłem i miałem pewne do tego powody. Zamek bowiem ten, lubo niegdy warowny, jak każdy inny dwór murowany w Polsce dawnymi czasy, jednak nie był fortecą; nie mogło więc tam w nim nic się najdować, o czym powzięta wiadomość dawałaby już zwycięstwo; znał go zresztą pan Gintowt i wewnątrz, i zewnątrz, jak własną kieszeń, i podejmował się prowadzenia — a strata tego wiernego sługi, która przy jego porywczości łatwo nastąpić mogła, nie mogłaby mi być nigdy niczym wynagrodzoną. Wszakżeż na koniec i bez tego wszystkiego można było być pewnym, że Murdelio nie wysypia się spokojnie w swoich złoconych komnatach i że budzony przypomnieniami zbrodni całego życia, dobrze się obwarowuje przeciw jakiejkolwiek napaści, której się pewno spodziewa. Jakoż o tym, że pogruchotane murzyska, o których naprawieniu w tak nagłym terminie ani pomyśleć nie może, mocną osadził załogą, że dużo hultajstwa nałapał i ciągle jeszcze łapie, że nawet armatami dwie jeszcze od zniszczenia ocalone baszty opatrzył, pewne były wieści w okolicy.

Zosia smutną była przez cały ten czas, jednakże, jak mi to sama powiadała, o wiele jeszcze weselszą i spokojniejszą niż przedtem, w czym ja, przypisując to sobie i mojemu przybyciu, wielką nachodziłem451 pociechę.

Ochmistrzyni modliła się tylko ustawicznie to przed tym, to przed owym obrazem, prosząc Pana Boga o powrócenie Hani do domu, a widząc w szczęśliwym córki do ojca powrocie tym większą pewność, że jej zapomnianym zostanie ów jakiś grzech dawny, podwajała gorącość swych modłów.

Dziadek zaś... O! Z jakimże poszanowaniem i zadziwieniem patrzyłem na tego dziadka i jak gorąco przy tym modliłem się Panu Bogu, aby, jeżeli mi to jest przeznaczone, takiej dał dożyć starości!

Wprawdzie los tego człowieka przed grobem nie był do pozazdroszczenia ze wszystkim, bo kiedy komu przeznaczono jest cierpieć, a te cierpienia przyjdą nań z powodu własnego dziecięcia, toć to nie jest dola, której by można zapragnąć, ale kto zna to życie ludzkie i widzi niczym nie przyćmionymi oczyma, jako ono w swych splotach same ciernie i głogi prowadzi, a kwiatków tak mało, że ledwie jaki silny listeczek uchowa się cało i zielono, ten też wie dobrze, jak wielkiej łaski bożej doświadczył ten, który przy czułym i nieskażonym sercu zdołał wyrobić w sobie ową potężną siłę rozumu i wiary, która go czyni wyższym i mocniejszym nad te wszystkie światowe dole i nieszczęścia. Człowiek taki podobien jest owemu najwyższemu pagórkowi Krępaku, który, głową patrząc w słońce i jego oddychając promieńmi, czuje, lecz zarazem i niewzruszenie spogląda na to, jako w kadłub jego i serce biją ziemskie fale i niepogody.

A takim mężem błogosławionym był dziadek. Przez całe życie jego, i teraz jeszcze w dniach przedgrobowych, biły w niego i burze, i gromy i czuł on je sercem ojca i obywatela i rozumiał całą moc i naturę, i stuletnimi łzami je skrapiał, i nieraz po kilka godzin wieczornych nad nimi tak głęboko rozmyślał, żeby go i wystrzałem wtedy z tego snu nie obudził — ale duch jego, unoszący się pamięcią i doświadczeniami nad tyle światów i pokoleń, niósł się i teraz zawsze tak wysoko, że nie było choćby jak rozumnego człowieka, któren by się żakiem nie czuł przy tym duchowym olbrzymie.

Miewał ci on wprawdzie chwile, w których, czy to koleją rzeczy żył tylko ziemi, czy tak całkowicie oddany niebu, że zapomniał o sobie, nieobznajomionym z nim z bliska wydawał się dziecinnym lub też zdziecinniałym, jakby mu życie było li zabawką, a nieszczęścia li żartobliwą swawolnego losu igraszką; ale i te jeszcze chwile świadczyły tylko o onej duszy milionami nieszczęść zahartowanej, która, podniesiona ponad poziom pospolitych dusz ludzkich, bliżej dotykała się nieba niż ziemi.

Mnie przynajmniej mąż ten stuletni, czy to wieczorami siedział przy miodzie z Gintowtem i szlachtą dyżurną i żartobliwym tonem opowiadał im rzeczy stare i już chyba tylko w starych księgach litewskich najść452 się mogące, czy zasiadłszy w domowym kole, zastanawiał się nad losem swej córki i całej rodziny, czy, siedzący przed obrazem Boga ukrzyżowanego, mówił swoje milczące modlitwy, czy z czapeczką na głowie, a oparty na grubej trzcinie, przechodził się po ogrodzie pomiędzy ogromnymi a niegdy453 przez siebie samego posadzonymi drzewy — mnie zawsze ten mąż stuletni taką cześć wpajał ku sobie i tak potężnie działał na mój umysł młodzieńczy, że raz mi się zdawało widzieć promienną koronę koło jego głowy, drugi raz widziałem w nim nie tego, który niebawem ma wnijść na wieczny odpoczynek do trumny, ale tego, który już mnogie lata tam odpoczywał i dziś, obudzony, wyszedł spod kościelnego sklepu na chwilę, aby się ważnemu w swojej rodzinie zajść mającemu przypatrzył zdarzeniu; inny raz znowu zdał mi się jednym z tych duchów białych, mieszkających po starych zamkach, którzy w wigilię każdego nieszczęścia pokazują się na krużgankach, na basztach narożnych lub w alejach wysadzonych lipami... idą oni powolnym krokiem i milczą, wionie od nich tylko chłód wilgotny, grobowy i drżą z przerażenia natenczas pognuśniałe serca ich wnuków.

Jednakże pomimo owej wyniosłej siły duszy, która dziadkowi dozwalała panować nad nieszczęściami doczesnymi, im więcej się zbliżała ta chwila stanowcza, która miała rozstrzygać o losie całej Strzegockich i Piotrowiczów rodziny, i on miewał chwile, w których zdawał się być niespokojnym. Zapadał on wtedy w smutne milczenie i jeżeli sam nigdy wiele się nie rozgadywał ani o swojej córce, ani o Murdelionie, ani o dawniejszych pomiędzy nimi stosunkach, to wtedy nawet imię jednego lub drugiej, choćby najobojętniej przez kogoś wymówione, zdawało się go razić tak bardzo, że zwyczajnie głowę odwracał, albo, niby to z kubka pijąc, twarz swoją zasłaniał, albo zgoła umyślnie kilka słów takich wrzucał, które rozmowę na inny zwracały przedmiot. Dojmowałli454 go ten wypadek tak bardzo, czy wstydził go się przed światem, czy miał gniew jaki na córkę, tego nie mogłem odgadnąć.

I tak mijały dnie jeden za drugim, i tak minął czas aż do wtorku.

Gintowt w poniedziałek jeszcze odjechał wprost do Oszmiany, aby być tam zawczasu i najprzód przygotować, co trzeba. I ja chciałem z nim jechać, bo i ciekawy byłby był dla mnie sejmik litewski, i suponowałem455, że mogąc tam niejednego znajomego znaleźć, mógłbym był może co pomóc, ale Gintowt tego nie dozwolił, mówiąc:

— Siedź, waszmość, tutaj, kiedy ci dobrze, ja wszystko sam zrobię.

Śród takich okoliczności i usposobień nadszedł nareszcie wtorek. W dworku pana Wita już od samego świtu panuje ruch nadzwyczajny. Wymiatają i wyprzątają próżne o tym czasie szopy i stodoły, i ubierają jak mogą, na przyjęcie gości, obwieszają kilimkami ściany, zastawiają stoły i nakrywają, wnoszą ławy i całe beczki z trunkami, przy czym mój Węgrzynek główną trzyma komendę. W kuchni i w piekarni w miasteczkach ponajmywani456 kucharze sieką zrazy, przyprawiają bigosy, pieką kury, kapłony, gęsi i całe cielęta. Inni odgotowują wędliny, kiełbasy i inne mięsiwa, inni pieką chleb biały, pirogi i różne pieczywa, a wszyscy sadzą się na to, aby jedzenie było smaczne i dostatnie, a niekoniecznie wykwintne. Nad tym wszystkim dozór i komendę wziął na siebie jmć pan Kościuszkiewicz, dzierżawca dziadkowej wioski, człek stary, lecz sprytny i dużo po świecie obywały. A tu i tam wszystko idzie tak ładem i prędko, że jeszcze i południa nie było, kiedy już wszystko stanęło gotowe, choćby i na przyjęcie całych dwóch chorągwi komputowego wojska457. Ale to jeszcze nie zaraz mieli nadjechać oczekiwani goście. Gintowt powiadał, że nie myśli wyborom przeszkadzać, a lubo ja w moim przekonaniu wątpiłem bardzo, ażeby kiedy projekt zajazdu już był rzucony pomiędzy szlachtę, materia wyborów choć przez godzinę mogła się utrzymać na ustach, to jednak nie mogło się stać tak prędko; bo gdzie są Demostenesy i Senekowie, a każdy z nich z naprzód już wymyślonej oracji ani jednego słowa podarować nie zechce, tam pół dnia ledwie można liczyć za jedną chwilę. Więc zawsze ledwie o zmroku można się było spodziewać ich przyjazdu, jakoż to samo utrzymywał i dziadek, który siedząc przy stole kamiennym, stojącym pomiędzy lipami na środku dziedzińca, patrzył na gąsior kowieńskiego miodu postawiony na stole, ale go nie pił. Kiedym ja się koło stołu nawinął, on, ręką oczy zasłoniwszy od słońca, spojrzał na mnie i zawołał:

— Nieczuja!

— Służę jegomości! — odpowiedziałem, przystępując do niego bliżej, a on do mnie:

— Siadaj tu przy mnie i napij się miodu, bo mi tak smutno samemu.

— I owszem — odpowiedziałem — jak jegomość rozkaże.

I usiadłem do miodu, lubo niechętnie w tej chwili podawałem usta trunkowi, bo to był dzień gorący i parny, a ja jak na to wziąłem był ciężki lamowy żupan na siebie, który zwykle ubierałem natenczas, kiedy się w jakiej bitwie być spodziewałem; lama ta bowiem była tak gęsto grubymi nitkami srebra przetykana, że, cięcia szabli nie przepuszczając, mogła stanąć za dobrą koszulkę458. Żupan ten miałem po moim ojcu, a nosił go jeszcze dziad mój nieboszczyk i w co piękniejszych bitwach zażywał; znać nawet na nim było na kilku miejscach cięcia nieprzyjacielskiego żelaza, w kształcie fałdów na wieki wieków zagiętych; jakoż i żupan ten znano swojego czasu powszechnie, przynajmniej w całej sanockiej ziemi i pogranicznych, a skuteczność jego tak nie podpadała żadnemu zwątpieniu, że kiedy mnie kto wyzywał na rękę albo ja kogo, co się, Panie Boże mi odpuść, młodszymi, ba, i późniejszymi laty nierzadko trafiało, to zawsze sobie wymawiano, abym do bitwy nie brał tego żupana na siebie. Więc duszno mi było pod taką suknią już z wierzchu, a cóż dopiero w dzień parny lać jeszcze ogień wewnątrz siebie! Ale dziadek kazał pić z sobą, więc nalałem sobie kubek miodu, siadłem podle459 niego i piłem. Wtedy on do mnie:

— Co rozumiesz o dzisiejszej imprezie?

— Nie wiem jeszcze, co mam rozumieć — odpowiedziałem — bom nie oglądał jeszcze tych ludzi, z którymi mamy uderzyć na zamek.

— Nie ma co oglądać — rzekł dziadek — to szlachta oszmiańska.

— Ja nie wątpię, że dobra, ale zawsze to, kiedy człowiek oglądnie, to nie zawadzi. Najwięcej boję się tego, żeby sobie nadto nie podciągnęli w Oszmianie, bo jak jeszcze tutaj doleją, to gotowi nam wstydu narobić albo rzecz całą zepsuć na zawsze.

— Wstydu! Wstydu! — zawołał dziadek. — Szlachta oszmiańska nikomu wstydu nie zrobi, ale też i tego nie zmaże, który kto sobie sam zrobił. Bo powiedzże sam, czy można było większego wstydu, większej hańby dożyć na starość, jak ja jej dożyłem?... O! Zanadto ja ojcem dobrym byłem dla niej! Zanadto!... Trzeba mi było po staremu: żywisz w sercu afekt przeciwny woli rodzicielskiej, żyć przestajesz dla świata. Klasztor był jedynym lekarstwem! Byłbym nie miał córki, to prawda, ale byłbym umarł spokojny i czysty stanął przed Bogiem. Dzisiaj, któż wie, jak to było i jak jest w rzeczy? Dzisiaj, co gadają po całej Litwie, a co już nie gadali za pierwszą razą! I czy wini kto stolnikową?... Dzieckiem była — powiadają — dzieckiem, kobietą; ona nie winna, ale on winien, on, ojciec! I cała hańba i wstyd, i paskudztwo to na mnie. A ja mam dziewięćdziesiąt trzy lat i hańby nie znałem przez całe życie!... Aż dopiero u grobu... Więc cóż mi z tego, że oni tu przyjadą? Ja wiem, cały powiat się zwali i pojadą, i rozniosą zamek ten lichy na proch, i żaden opór nic nie pomoże, bo diabeł odstąpi, gdzie kuso; ale cóż mnie już z tego?... Po kogo oni pojadą do zamku? Kogo mi stamtąd przywiozą?

I zadumał się stary. Ja też wziąłem za słowo i perswadowałem dziadkowi, jak mogłem. Wprawdzie i w moich oczach stolnikowa nie była bez winy; bo jużciż, nie rzecz jest dwom panom służyć, nie rzecz i woli ojca chcieć dogodzić, który Murdeliona nienawidził, i Murdelionowi, który się żenić chciał koniecznie i zawsze; nie rzecz igrać sercem i afektami, choćby nawet niedobrego człowieka, jednakże zawsze, że aż do takich skutków przyszło, winny460 tu podobno więcej były okoliczności niż ona, a gdyby i ona sama winną była, toż jej wina pochodziła li ze słabości serca i umysłu, co kobietom przecie się winno przebaczać. Więc nietrudna to była perswazja, a niemało się znalazło powodów i do uniewinnienia stolnikowej, i do wystawienia samej rzeczy w tak bardzo złym świetle; ale nie staremu to umysłowi co wyperswadować albo inne o raz już pojętej rzeczy nadać wyobrażenie! Toteż i dziadek słuchał i słuchał cierpliwie, lecz wysłuchawszy, rzekł swoje:

— Mój Nieczuja! Ty mi powiadasz rzeczy takie, które ja bym także potrafił powiedzieć. Mój rozum wprawdzie już stary i, zapewne, że nie taki obrotny, jak twój, kiedy młody; nie jest on w stanie co moment nowe wynachodzić461 argumenta, nie jest w stanie lekko i bez namysłu co chwila przerzucać się na inną ścieżkę, co chwila w innej się zakrzepiać krynicy, bo już stary, zakrzepły, zakamieniały, ale za to droga, którą on postępuje, ręczę tobie, że to bity gościniec. Dlatego wierz mnie, że to wstyd i hańba wieczysta!... Niektórzy ludzie, którzy długo żyją na świecie i mieli dość czasu dać się z każdej strony poznać swoim sąsiadom i ziomkom i nabyli dobrej sławy u nich, i ta sława ich niewzruszona stoi już lata i lat dziesiątki, tych dobrego imienia pewno że nie tak łatwo lada plotka się chwyci, lada potwarz splugawi, lada drobne zdarzenie nabawi wstydu — ale wiesz ty, że jeżeli niemałą sztuką jest umieć żyć na tym świecie, toż nierównie większą jest umieć umrzeć w samą porę. Ja tego nie umiałem i dlatego jeszcze raz powtarzam, że wstyd i hańba wieczysta!... A kiedy nie wierzysz, to posłuchaj, co będą gadać Litwini. Bo to u Mazurów świat inny i głowa inna, a niejedno złe, które tam już od dawna stało się ciałem i zamieszkało, tutaj jeszcze za dziw nad dziwami uchodzi. I u was to może byłoby nic, ale u nas wstyd i hańba wieczysta!... Ty bo może nie wiesz wszystkiego — dodał dziadek po chwili — i dlatego tobie rzecz ta inaczej się wydaje; ty może nie wiesz... — tu urwał dziadek i poglądnąwszy na mnie z góry, nagle zapytał:

— Czy zawsze stały jesteś w afektach dla Zosi?

— Zawsze i do śmierci, mój kochany jegomość, i mam nadzieję...

— No! Więc ja ci to dawno już miałem powiedzieć, bo i należało się: więc wiesz ty, że Zuzia?...

— Wiem, wiem, panie dobrodzieju; ale tylko szczególnym przypadkiem dowiedziałem się o tym.

— Ty przypadkiem — rzekł dziadek — a inni na prostej drodze. Więc widzisz, jakokolwiek bądź to się stało, winna ona czy niewinna, nie wstyd to i hańba wieczysta? Ja przed tą hańbą porzuciłem najukochańszą mi Litwę i uciekłem na Wołyń, i diabeł mnie tam wynalazł, i wygnał mnie stamtąd; z Wołynia uciekłem na Mazury, a w Mazurach nie tylko mnie stara hańba znalazła, ale jeszcze nową przyprowadziła ze sobą i tak zamiast jednej aż przez dwie takie jędze wiedziony, powróciłem do ojczyzny mojej, do Litwy, która już zapomniała była o hańbie mojej, a pamiętała tylko starego Wita, który z chwałą reprezentował ją po cudzych wojnach, który przez lat tyle cześnikował swojemu powiatowi, który sto spraw osądził, sto procesów wydarł sądom, stu nieprzyjaciół, zwaśnionych na wieki, pogodził ze sobą!... I myślałem, że jeżeli mi kiedy Bóg da wrócić na Litwę, to mnie szlachta powita jak ojca, jako towarzysza swych ojców i dziadów, i myślałem, że moje dobre imię, na które przez lat kilkadziesiąt krwawym trudem pracowałem, będzie już dzisiaj wyższe nad niepoczciwe języki i złośliwe rozumy i że choć teraz przed grobem zabłyśnie w należącej się jemu chwale. Myślałem, że choć jak ona lampa, która przez cały ciąg swego żywota, to tak, to owak świeciła, jednak przed zgaśnieniem jasnymi na wszystkie ściany zabłysła promieńmi... myślałem, że i ja tak zabłysnę... I prawda, wielu tu znalazłem przyjaciół, wiele czci, wiele poszanowania, wiele gotowości do pomożenia mi w tym nieszczęściu — ale dlaczegóż oni to czynią? Z litości! A czyż nie nędza to ostatnia, kto aż litości doświadczać musi?... Słuchaj mnie, Nieczujo! Gdyby nie ona, gdyby nie to dziecko, które pomimo to wszystko, kocham jak dziecko jedyne, ja bym im za tę litość!... Ale tak... Co ma robić dziś stary? Kilka godzin codziennie z Bogiem, kilka ze samym sobą, a zresztą już tylko pić, pić i upić się, i przez oczy mgłą obciągnięte patrzeć się na tych ludzi, którzy nigdy sprawiedliwymi nie byli w sądach i nigdy nimi nie będą. Pij, Nieczujo!

Ja piłem, ale dziwnie mi się jakoś zrobiło na sercu i duszy. Słowa one dziadkowe, które mi jawnie wypowiedziały, jakim okiem pogląda szlachta na stolnikową, na matkę najukochańszej mej Zosi, jakby gwóźdź rozpalony zawierciły mi w mózgu. Wstyd i hańba wieczysta! Jakimże okiem będzie poglądać na mnie ta szlachta oszmiańska? Jakim okiem współziemianie i sąsiedzi, którzy się pewnie o wszystkim dowiedzą?... I lubo462 pewnie tak gorąco kochałem Zosię, jak tylko który ze śmiertelnych kochać może kobietę, i lubo wiedziałem w głębi, że cóż to dziecko winno463 obyczajom swej matki, jednakże tak się wtedy zachwiałem, że byłbym się miał za najszczęśliwszego, gdyby mnie kto był nagle w rok miniony przerzucił. Myśl ta tak mi zajęła duszę, jakiś żal łzawy tak mi osmucił serce, że siedząc koło dziadka, głowę opuściłem na piersi i nie wiem jak długo tak przesiedziałem. Jaki był stan mój przez ten czas zamyślenia się mego, nie umiem opowiedzieć dokładnie, bo ani toczyła się jakakolwiek walka we mnie, ani układałem sobie cokolwiek na przyszłość, ani się spowiadałem przed sobą z przeszłości, ani wiem nawet dobrze, co czułem; to tylko pomnę, żem był cały ciężkim objęty smutkiem; gorzką jakąś napojony trucizną i jakby z nóg powalony. I byłbym tak siedział kto wie jak długo, bo już kilka godzin minęło, już i słońce się nachyliło, już i dziadek, wygadawszy się do woli, odszedł ode mnie — a ja jeszcze siedziałem i byłbym wdzięczny ludziom, gdyby mnie byli nie obudzili i gdybym był mógł z tego smutku i z tej chwilowej przejść do wiecznej martwoty.

Ale nie dano jeszcze żadnemu człowiekowi umrzeć wtedy, kiedy sam pragnął śmierci, i mnie też nie dano; Zosia, widząc mnie tak samotnie zadumanego pod lipą, zbliżyła się do stołu i oparłszy się oń, rzekła do mnie:

— Biedny pan Marcin! Czegóż tak zamyślony! Pewnie o mamie mojej nieszczęśliwej.

Zbudziłem się. Lecz popatrzywszy na nią, tak mnie ten widok ścisnął za serce464, żem zawołał tylko: „Zosia!” — i łzy mi się strumieniami puściły z oczu. Widząc łzy moje i ona się rozpłakała jak dziecko i usiadłszy na drugim końcu ławy, wciąż płakała. I płakaliśmy oboje, ale z dwóch cale różnych od siebie źródeł płynęły łzy nasze! A lubo ja o przyczynie jej łez zaraz się dowiedziałem, przyczyna moich została dla niej tajemnicą na wieki.

Śród tej sceny dał się nagle słyszeć tętent kopyt końskich z daleka i w tymże momencie krzyk na dziedzińcu:

— Jadą już, jadą!

Zerwałem się z ławy, łzy chustką otarłem, Zosia spłoszona pobiegła do domku, a nim ja kilka kroków dałem naprzód, aby zza lip popatrzyć w pole, już też wjechało w bramę kilkunastu jezdnych i stanęli w dziedzińcu.

Widok ludzi zbrojnych i koni, nie wiem jak na kim, ale na mnie zawsze czynił dobre, mogę nawet powiedzieć, że wesołe wrażenie. Zaraz więc stałem się inszym i nie było ani śladu łez na mej twarzy, ani pamiątki smutku na sercu, a kiedy Gintowt, który pierwszy zsiadł z konia, przystąpił do mnie z powitaniem i nieznaczną pochwałą swojego dzieła, ja witałem się już z nim ochoczo, jak gdyby mi przez cały ten czas serce drżało od niecierpliwości widzenia jego i przybyłych z nim towarzyszy.

Drugi szlachcic, który równocześnie z Gintowtem zeskoczył z konia, był to chłop duży i prawie głową mnie przenoszący. Pomimo wzrostu swego, który także do niepospolitości należał, wpadł on mnie i z innej przyczyny natychmiast w oko, a to po prostu z swojej doskonałej żołnierskiej postawy i ubioru. Mąż ten miał krótką, ze zielonego sukna na węgierską modę uszytą kurtkę na sobie, na głowie czapkę rogatą ciemnego koloru, na nogach buty jałowicze, cholewami powyżej kolan sięgające; do tej pojedynczości ubioru łączył on odpowiednią pojedynczość w uzbrojeniu: miał bowiem tylko potężną szablicę na skórzanym pasie przy boku i parę pistoletów lekkich za pasem. Kto znał szlachtę tamtego czasu i widywał ją w różnych okazjach, ten wie bardzo dobrze, jak złe wyobrażenie ona miała o moderunku wojennym. Dawnymi laty, kiedy szlachcic wyjeżdżał na wojnę, to nie wspominam już o tym, że brał na siebie co najlepszy żupan i kontusz z wylotami, które nieraz w ucieczce, zaczepiwszy się o drzewo, zsadzały go z konia, ale to główna, że uzbrajał się od stóp do głów, a pałasz, strzelba, nóż wielki lub kordelas przy torbie i trzy pary pistoletów na jednym szlachcicu z pospolitego ruszenia obaczyć, była to rzecz zwyczajna. Starzy żołnierze, którzy czy to w swoim, czy w cudzoziemskim wojsku czas dłuższy sługiwali i nauczyli się z doświadczenia, że nie ilość, tylko gatunek broni, a głównie serce stanowi żołnierza, naśmiewali się z tak objuczonych wojaków, a mój ojciec nieboszczyk nawet mawiał, że im więcej który broni zawiesza na sobie, tym ci pewno tchórz większy; jednakże nic to nie pomagało, a moda ta, która niby we krwi szlacheckiej już być się zdawała, uchowała się aż do ostatnich czasów. Później dopiero dowódcy, sami zawsze ubierając się w kurty węgierskie i uzbrajając się tylko pałaszem i jedną parą pistoletów, zaprowadzili także ten obyczaj i między szlachtę i na ten pojedynczy ubiór i uzbrojenie się tak nastawili, że u nas weszło to było w przekonanie, że po ubiorze i uzbrojeniu się poznasz zaraz gatunek i serce żołnierza. Owóż, gdy obaczyłem tego szlachcica, że także był po naszemu ubrany, zaraz mi się przypomniały dawne czasy i nie gadawszy z nim ani słowa, czułem już instynktowo, żem się zdybał ze swoim. Jakoż nie omyliłem się: był to bowiem ów z opowiadania innych już mnie znajomy Jur z Borowiczek. Kiedy mi to Gintowt powiedział, nastroiłem się zaraz i podając rękę Jurowi, rzekłem do niego:

— Tyle mi tu już pięknych i dobrych rzeczy nagadano o waszmość panu i bracie, że za jeden z najpiękniejszych dni mego życia uważam sobie ten, w którym los fortuny podaje mi sposobność poznania waszmości; to mnie tylko jedno zadziwia i zaraz zasmuca, że chodząc prawie jednymi drogami, nie zdybaliśmy się nigdy dotychczas.

— Nic w tym dziwnego — odpowiedział mi Jur na to, ściskając mnie rękę — jeżeliśmy się nie zdybali, kraj to wielki i ludzi w nim siła465; ja sobie przecie przypominam nazwisko waszmości, ano nie wiem, byłli466 to brat waszmości albo waszmość sam, który przed bitwą widawską przywiózł depesze naszemu Niemcowi?

Niemcem nazywano Zarembę, że się nosił z niemiecka; a ja rzeczywiście te depesze woziłem, więc odpowiedziałem:

— Ja to sam, panie bracie, woziłem te depesze, ale i to mnie jeszcze nie naprowadza na przypomnienie sobie waszmości, lubo przecież potem i w bitwie widawskiej partycypowałem, i po bitwie jeszcze dni kilka tam bawiłem.

— A wiem, wiem — rzekł Jur z Borowiczek. — Owoż nie dziwno, że waszmość za swoich kilka dni nie poznałeś wszystkich, którzy tam byli, i nie dziwno, że ja waszmości nazwisko pamiętam, bo przed bitwą, kiedy oficer z depeszami przyjedzie, toć o nim wiedzą w całym obozie.

— Tak, tak, panie bracie — odpowiedziałem — no, ale jak to! Góra z górą się nie zejdzie, a tu, gdzie Widawa, a gdzie Oszmiana, i tam bywszy razem, nie znając się, tu dopiero się poznajemy.

Wtem tamci pozsiadali z koni i po jednemu poczęli się zbliżać do nas, a podczas gdy Gintowt powiadał mi niektórych, co przedniejszych, nazwiska i zapoznawał mnie z nimi, w bramę wwaliła się druga takaż jezdnych komenda, niebawem też trzecia, i czwarta, a wszystko z wielkim brzękiem i hałasem; dalej to po jednemu, to po trzech, to po pięciu wjeżdżali a wjeżdżali, a nie minęło i pół godziny od przyjazdu Gintowta i Jura z Borowiczek, kiedy już cały dziedziniec od ganku aż do bramy tak był napełniony ludźmi i końmi, jakby plac obozowy.

Śród tego zbierania się ja porzuciłem mojego Jura, a poszedłem bliżej trochę oglądać ową, tak zachwalaną mi szlachtę oszmiańską. Ale nie obaczyłem tam nic nadzwyczajnego. Wiele było ludzi pięknych i koni jak trzeba; ale też hołoty nabiegło niemało, osobliwie też owych zagonowych, których lada kubkiem i do piekła by zwabił, a na których patrząc, przypominało mi się owo przysłowie, które powiada: że szlachcic od Oszmiany jedną nogę tylko ma w bucie, a drugą w łapciu chodzi. Uzbrojenie też tego całego tłumu było, jako i ludzie, różne, i rozmaite: jedni z nich po staremu byli zbrojni od stóp do głowy; na jednym człowieku i pałasz, i nóż, i strzelba lub garłacz, i pistoletów dwie pary, a trzecia przy kulbace, drugi ledwie miał dwoje broni, a niejeden był taki, który miał szablę bez pochwy lub goły rapir u boku, albo pistolet jeden wielki na temlaku467, ale i ten taki, że zjadłby diabła, kto by z niego wystrzelił.

Kiedy się to wszystko zjechało w dziedziniec i rozłożyło po wszystkich kątach, a jak zwyczajnie, ten poprawiał kulbakę na koniu, ów ostrzył szablicę, ci stare wystrzeliwali naboje, inni broń czyścili, ci skałki krzesali, ci nabijali na nowo i w całym dziedzińcu rumor był wielki i rozgardiasz — przez Gintowta z jednej, a przez Zosię z drugiej strony prowadzony pod ramię, wyszedł dziadek w dziedziniec.

Dziwny to i rozrzewniający był widok, kiedy starzec ten blisko stuletni stanął przed zgromadzającą się koło niego szlachtą i zdjąwszy czapkę z pokorą z białej jak mleko głowy, przez łzy cisnące mu się do gardła nie mógł zrazu ani słowa przemówić i tylko ręką witał przybyłych.

Obaczywszy dziadka, niektóra szlachta, już na sejmiku podpojona po trochę, zaczęła krzyczeć:

— Wiwat! Pan cześnik dobrodziej! Wiwat! Patriarcha nasz! — i różne inne rzeczy, ale wnet sykaniem drugich uspokojeni, umilkli i nastąpiła cisza tak poważna, jakby w obozie, kiedy ksiądz czyta mszę pod namiotem.

Śród tej ciszy dziadek, zawsze stojąc na miejscu, a na miejscu wyższym cokolwiek, bo dziedziniec był pochyły od ganku do bramy, odchrząknął raz i drugi i starym chropowatym głosem, odpoczywając za każdym punktem, przemówił w ten sens:

— Mnie wielce mości panowie i bracia! Nie spodziewałem się nigdy, abym, będąc okolicznościami zmuszony wyjechać z ukochanej mojej Litwy, kiedykolwiek jeszcze do niej powrócił. Grób dla mnie wykopany już był na Mazurach. Dzisiaj atoli inaczej Bóg wszechmogący rozrządził, a ja, zostawiwszy grób mój na kałużę dla wody cmentarnej, stoję oto przed waszmość panami i bracią i pokłon im szczery spod ubogiej strzechy mojej wynoszę. Jako ojciec nieszczęśliwej i czy to od szatana niewinnie prześladowanej, czy od Pana Boga sprawiedliwie karanej córki, powiadam to otwarcie, iż wolałbym, aby kości moje już dawno były pogniły w grobie, niżbym miał dożyć tak fatalnego terminu, jakim jest dzień dzisiejszy — jako obywatel i sąsiad zaś nie mogłem się doczekać dnia szczęśliwszego przed grobem, jako ten, w którym dostojne obywatelstwo naraz zgromadzone przed sobą widzę. A lubo, w którąkolwiek stronę tego przezacnego zgromadzenia oczyma rzucę, ani jednego z moich dawnych przyjaciół i towarzyszy dopatrzeć nie mogę, bo ci dawno już śpią po cmentarzach, toż jednak i to nad wszelkie wyrażenie wielkim ukontentowaniem jest dla mnie, że mi Pan Bóg pozwala widzieć ich synów i wnuków. Jakoż w tym razie, kiedy ja sobie czynię tę słodką iluzję, że z dawno już pomarłymi, dla których dotąd niespożyty afekt gore w mym sercu, w tym momencie rozmawiam, toż i wam, mości panowie i bracia, niechaj się tak wydaje, że nie z dalekich stron żywy z żywego kraju przybyłem, ale żem wyszedł z grobów i wam synom i wnukom przynoszę pozdrowienia od moich ukochanych kolegów, a waszych ojców i dziadów!...

Tu się dziadek zatrzymał, a podczas gdy w kilku miejscach dało się słyszeć głośne szlochanie, on kilka razy odetchnął i tak rzecz swą dokończył:

— Mości panowie i bracia! Żeście tutaj w tak znakomitej liczbie i tak pięknej postaci przybyli, ani wam za to dziękuję, ani was czczymi słowy o wykonanie przedsięwziętego zamiaru proszę, bo jako sąsiad wasz i przyjaciel, który trzy pokolenia przeżył w tym oszmiańskim powiecie, wiem to dowodnie, że jako uczynkami waszymi nie kieruje żadna stronność ani prywata, tak znowu wiem z drugiej strony, że za cnoty wasze nagrody nie wyglądacie skądinąd, jeno tu, od własnego sumienia waszego, a tam od Tego, który was wszystkich stworzył i który tylko sam jeden jest w stanie obywatelskie cnoty i zasługi wynagradzać wedle wartości. Ale oto jest biedna, opuszczona sierota — to mówiąc, dziadek wziął obok siebie stojącą Zosię za rękę i podprowadził ją o krok naprzód — która jak wiotki powój o samej wiośnie została się sama, opuszczona i nieszczęściami przygnieciona do ziemi, a podczas gdy główkę wychyliwszy do słońca, szuka drzewa mocnego, o które by się mogła obwinąć, znalazła tylko starego dębu pień spróchniały, który lubo musi służyć jej za podporę, jednakże raczej sam się powali i ją swym ciężarem przygniecie, niżby miał jej dać ulgę i opiekę. Ta sierota, mości panowie!... rzuca się przed wami na dziecięce kolana...

Tu się Zosia rzuciła na kolana i ręce złożyła, ale dziadkowi tak gwałtownie łzy się puściły z oczu, że już nie mógł nic dalej mówić. Szlachta też, jedna szlochając w głos jak pacholęta, inni łzy ocierając, okrążyli go ciaśniejszym kołem i całując w ramiona, w ręce, a niektórzy w róg granatowego żupana, wołali: „Daj pokój, bo rozpłyniemy we łzach i żałości!”. Inni zaś:

— Daj pokój, wszystko zrobimy!

— To ojciec nasz, to patriarcha!

— Z ojcami naszymi sługiwał!

— Naszych dziadów pogrzebał!

— Niech siada, niech siada, bo osłabnie!

— Żeby diabli pilnowali tego zamku, to go dobędziem!

— Mury na kawałki rozszarpiem!

— I miejsce zaorzem!

— Żeby ani ślad nie pozostał!

— A córkę mu tu na rękach przyniesiem!

— A tego łotra, co nam taki wstyd i hańbę...

— Na suchej wierzbie powiesim!

I poczęli brwi marszczyć, wąsami ruszać, że aż strach był patrzeć po tej garstce wojaków. Tymczasem dziadka posadzono na ławie pomiędzy lipami, co przedniejsi go obsiedli i obstąpili, zaręczając, że mu córkę przed północą przyniosą; inni przystępowali do Zosi kojąc jej łzy i szlochania, prawiąc grzeczności i przysięgając, że życie swoje położą za matkę dla sieroty. W dziedzińcu zaś zrobił się wielki gwar i zamieszanie; jedni beczki z trunkami wytaczają z stodoły, nalewają i piją: „Na szczęśliwe powrócenie stolnikowej!” — „Na śmierć diabłu weneckiemu!” — „Na powalenie w gruzy przeklętego zamczyska!”. Inni wynoszą jadła i pieczywa i rozkrawując je w powietrzu, podają drugim, inni jeszcze broń gładzą, ostrzą pałasze, kulbaczą konie; inni, jako Demostenes z Zalasówki, człek mały, pękaty i łysy, a prawie obdarty w ubiorze, jako Seneka Giembutowicz, chudy, wysoki, i zezowaty, powyłazili jeden na beczkę dnem wywróconą do góry, drugi na stos belek leżących pod szopą, i ogromadziwszy koło siebie po garstce słuchaczy, perorują z wielkim ferworem i dobitną gestykulacją. A muszą ci prawić coś nieźle, bo zyskują aplauzy i w dziedzińcu krzyk się wzmaga coraz groźniejszy i donośniejszy.

Ja byłem i tu, i tam, temu podawałem wino, tamtemu miód, trzeciemu jadło, tamtego perory słuchałem przez chwilę, temu kompliment powiedziałem od dziadka, a onemu pochwaliłem broń albo konia, wszędzie starając się o to, ażeby nadto wielki ferwor umitygować, ale ducha dobrego ustalić i utrzymać. Przy tej robocie nie tylko to miałem na celu, aby dziadka w obowiązku gospodarskim wyręczyć, ale zarazem i to, żeby się z tymi ludźmi choć cokolwiek obeznać i wśród aktu samego wiedzieć, gdzie się po co rzucić i kogo do czego użyć; bo naprawdę powiedzieć, ja sobie zdobycia tego zamku nie uważałem za rzecz tak małą. Murdelio był człek niegłupi i do tego takiej determinacji, jak mało kto; a z takimi ludźmi, zwłaszcza w chwilach stanowczych, niełatwa jest sprawa. Przypomniawszy zaś sobie, że na wiadomość o oburzeniu się całego powiatu na niego i rozpacz go mogła owładnąć, można było i o zwycięstwie powątpiewać. Ja przynajmniej tak tę rzecz rozumiałem i w tym celu kręciłem się między szlachtą i wyrozumiewałem, co mogłem, a lubo468 w niedługiej chwili już mi się wiele rzeczy wyjaśniło, to jednak jakoś jeszcze niekontent byłem i sam nie wiedząc, czego, jednak czegoś szukałem. Aż dopiero gdy już wszystkich co celniejszych poprzechodziłem z osobna, pokazało mi się jawnie, że to, czego szukałem i znaleźć nie mogłem, był Jur z Borowiczek. Oglądnąłem się jeszcze raz i rzeczywiście nigdzie go ujrzeć nie mogłem i dziwno mi było, że on, pierwszy junak oszmiańskiego powiatu, na którego jakby na cztery tuzy liczono, w którego ręce już naprzód składano komendę, nie mówię, zniknął z placu, ale odsunął się w kąt w takiej chwili, w której przytomność zaufanego wodza wiele działa na podkomendnych. Ja już w moim życiu widziałem i bardzo wielkich junaków w stanowczej chwili znikających z placu. Więc tym większa chęć mnie wzięła koniecznie odszukać Jura z Borowiczek i obaczyć, co on też robi. Jakoż po niedługiej chwili znalazłem go wewnątrz stodoły, siedzącego w kącie na ławie, opartego plecyma469 o wiązkę słomy i głęboko zadumanego. Przystąpiłem tedy do niego i rzekłem:

— Cóż waszmość tak samotnie? I od kolegów z dala, i od posiłków z dala, a przecież to noc przed nami i podróż dwumilowa, i robota może nielekka.

— Głodny nie jestem — odpowiedział mi na to Jur z Borowiczek — a choćbym nawet i głodny był, to wolę głód przenieść470, niż słuchać tego nieznośnego gwaru, który mnie dzisiaj tak razi, jakby mnie kto nożami krajał.

Niewiele to jest junaków na świecie, którzy gwaru nie lubią, i owszem, jest to ich żywioł właściwy, jako woda dla ryby lub powietrze dla ptastwa; więc ta odpowiedź jego zajęła moją uwagę, a że dopiero co słońce zaszło było i jeszcze najmniej z godzinę należało się z wyruszeniem zatrzymać, więc usiadłem koło niego, mówiąc:

— Dziwi mnie to niepomału471, że waszmość, który, jak mi tu powiadają, wzrosłeś śród gwarów wojennych, myśliwskich i zajazdowych, dzisiaj go znieść nie możesz.

— Otóż to może najgorzej — rzekł on na to — że co przypomina! Nie będziesz bowiem waszmość rozumiał, że ja mam nerwy słabe i dla nich znieść nie mogę, że kilkunastu, szlachty krzyka sobie przy kubkach i szablicami pobrzękuje; ano to mnie jest nieznośne, że dla prywaty się tu zlecieli, jako muchy do miodu, i krzyczą, a junakują tak srodze, jakby już z parę światów zburzyli w swym życiu i teraz znów szli na jeden. To mnie jest przykro i za to mnie serce boli! Prozopopeja472 wielka, a rzeczy ani krzty.

— To masz prawdę! — zawołałem na to Jurowi. — Jać niedawno żyję na tym świecie i więcej może lat stoi przede mną niż za mną, ale przecież coś jeszcze dawniejszego światu zarwałem. Inny świat, inni ludzie. Z czynów pozostały wspomnienia, z mężów hałaśliwi żakowie, z czynnego ducha, jak to dobrze waszmość powiadasz, czcza tylko prozopopeja! Tak to jest u was, tak u nas, tak podobno i w całym świecie.

— Mój Boże! — rzekł na to Jur smutno, opierając na łokciu głowę. — Gdzież to dawnymi czasy!... Gdzież to dawnymi czasy, gdzie to słyszano, żeby dla lichego zajazdu takie robić hałasy, takie robić konspiracje, żeby o tym, nim się jeszcze rzecz zrobi, już po całym kraju słyszano? Gdzie kto to widział, żeby dla lichego zajazdu aż sejmik zrywano?... Ale co mi tam na tym! Ja już swoje wygrałem.

Odetchnął na chwilę Jur z Borowiczek, jak gdyby wyczekiwał ode mnie odpowiedzi, ale ja już nic nie odpowiadałem; mnie się już serce pławiło we łzach gorących, bo mnie w najsłabszą uderzył stronę. On zaś ciągnął dalej:

— Ba!... Ale co tam waszmości!... Wpadła w oko podwika, zaprószyło się serce, to i szczęście będzie, i spokój, i życie jakie takie, kiedy pójdzie po ręku. Ale mnie inna473... nie ma już dla mnie szczęścia i spokoju na świecie!

— Czemuż to, panie bracie? Wszakże i waszmość możesz sobie upodobać w jakiej kobiecie i z nią się ożenić, a lubo czasy teraz smutne na świecie i dajmy, że coraz będą smutniejsze, toż przy kochającej żonie, w gronie dziatek wesołych, na własnej roli, pod własną strzechą, przecie jeszcze jakoś żyć można, a czas wolny od pracy niechaj zapełnią pięknej młodości wspomnienia... Toż i to jeszcze nie jest dola ostatnia! — On zaś na to:

— Pięknie to waszmość mówisz, panie bracie, ale nie dadzą mnie rady te słowa. Widziało się już bowiem i piękne rączki, i zgrabne nóżki, i oczek strzelistych niemało; ale zaprawdę powiadam tobie, że mąż, który się urodził w tych strasznych czasach i ma serce czujące i duszę, temu nie będą w głowie marne domowego szczęścia rozrywki ani go zwabią pięknych dziewcząt oczęta, ni kochającej żony co dzień jednakowe umizgi, ani wrzaskliwych dziatek pieszczoty... Ale co mi tam na tym!

Wtem hałas i krzyki, wzmagające się coraz bardziej w dziedzińcu, zamieniły się nagle w jeden krzyk wrzaskliwy i przeciągły... na ten wrzask Jur z Borowiczek porwał się ze swego siedzenia i poprawiając pas skórzany, który nosił po kurcie, rzekł do mnie:

— Aha! Już po biesiadzie! Chodźmyż i my; czas już wsiadać na konie, a tu nim wyruszymy, trzeba jeszcze jakoś sprawić tych ludzi, bo lubo ja nie myślę, żeby tam przyszło do bitwy, jednakże bez ładu trudno i marsz zrobić lada jaki.

— Jak to waszmość rozumiesz, że tam do bitwy nie przyjdzie? Ja rozumiem przeciwnie, że bitwa będzie, i to bitwa niemała, chyba że waszmość nie znasz jmć pana Piotrowicza.

— Ja go nie znam? — odparł Jur na to. — A któż go zna lepiej? Ale właśnie dlatego, że go znam, suponuję, że do bitwy nie przyjdzie. Zebrał on tam trochę hołoty, ale to wszystko hołota nie tylko bez broni, ale nawet bez ubioru; zamek nieopatrzony i o obronie z murów ani myśleć nie może, a do tego Piotrowicz to tchórz koronny, jak każdy łotr z obciążonym sumieniem. Na bezbronnych napadać, kobiety i dzieci straszyć po nocach, włóczęgów wieszać, o! do tego diabelska u niego odwaga, ale bronią na broń, piersią na pierś, nie widziałem go, aby kiedy uderzył.

— Otóż teraz waszmości powiem, że go nie znasz zupełnie. Ja nie tylko znam jego życie, które pełne jest jawnych dowodów odwagi, ale nawet sam go widziałem, kiedy bronią na broń i piersią o pierś uderzył, i to powiadam, że diabelska w nim odwaga. Diabelska, mospanie! Bo nie wstydzę się i tego powiedzieć, że nawet ja sam, który wiele o sobie trzymam, gdy pałasz mam w ręku, jednak nie przysięgałbym na to, że mu cięcie wytrzymam.

— To być może — odpowiedział Jur na to — boć nawet mówią, że sam diabeł w nim siedzi, ale ja bo i diabłu stanę głowa na głowę! A wiesz waszmość, dlaczego?

— Nie, nie wiem.

— Bo mam czyste sumienie — odpowiedział Jur z Borowiczek i z tym wyszliśmy na dziedziniec.

A dziedziniec aż chodził wokoło od samego gwaru, pobrzęku i różnej swawoli, którą drudzy, popiwszy się do szaleństwa, dokazywali. Kiedyśmy weszli pomiędzy nich, a ja się rozpatrzyłem bliżej we wszystkim, co się działo, a już zmrok był zupełny i księżyc jeszcze ani myślał wychodzić na niebo, bo działo się to w dzień, dwa dni po pełni, że i nie mogłem dojrzeć wszystkiego: „Źle — pomyślałem — szlachta pijana jak susły”. — A do tego stopnia pijana, że nie tylko się tak głośno całowali, jakby kto strzelał z batogów, ale drudzy się aż z koni ściągali z swawoli, inni nawet po ziemi tarzali. Szklanka, dwie, trzy zresztą dla fantazji i dobrego humoru, to jest rzecz niezła i owszem, skuteczna, ale spić się jak bele w takiej chwili, kiedy się komuś przyszło na pomoc i ma los jego rozstrzygać, to diabła warta taka robota. Jakoż zaraz podybawszy Gintowta, rzekłem do niego:

— Panie cześniku dobrodzieju, czy nie nadtoście tym ludziom w szyję nalali?

— Jak to, na czczo? — rzekł Gintowt, patrząc mnie się prosto w oczy i pokręcając siwawych wąsów.

— Ja mówię, czy nie nadto?

— Nic nadto, w samo prawie — odpowiedział pan cześnik, ale odchodząc, tak potężnie się kiwnął na stronę, iż ani chwili nie wątpiłem, że i on ma w samo prawie.

Wtem przystąpił do mnie Jur znowu, który już tymczasem cały dziedziniec był obszedł i rzecze:

— No! Panie bracie, teraz my się napijmy po kropli, bo już czas wielki.

— Dobrze — rzekłem — ale coś im tu zanadto ponalewali.

— Nic nie szkodzi, przecie to półtorej mili drogi.

Podał nam też zaraz pan Kościuszkiewicz dwie butelki dobrego wina, które wypiwszy sobie z Jurem w ręce, rzuciliśmy na ziemię; on zaś wystąpiwszy na stół kamienny, już nie smutnym, ale donośnym i czystym jak dzwon głosem zawołał:

— Panowie! Czas wsiadać! Niech żyje pan Wit! Niech przepadnie na wieki wstyd i hańba oszmiańskiego powiatu!

— Wiwat! — krzyknęli wszyscy jednym głosem, a lubo z tych i owych kątów dały się słyszeć głosy:

— Kto krzyczy?

— Diabeł wenecki.

— Jur z Borowiczek.

— Jaki mi do komendy!

— Panie Seneka, czy wsiadać?

— Panie Gintowt! A jak tam? Ty prowadź!

— Czekaj no! Jeszcze słowo!

— Hej, niech go diabli!

— Ani kosteczki zeń nie zostanie — i Bóg nie wie co jeszcze, to jednak ani jedno Ave nie przeminęło, kiedy już wszyscy siedzieli na koniach, a Jur na siwym ogromnym ogierze szalał tędy owędy, prosząc do porządku waszmość panów braci i dobrodziejów.

Moje konie dwa osiodłane i całkiem gotowe stały przy stodole na stronie i trzymał je tam Węgrzynek, więc ja też zbliżyłem się do nich i kiedym właśnie myślał nad tym, czy mam Zosi jeszcze ucałować rączki przed odjazdem, czy uniknąć łez i czułości, bez pożegnania odjechać, rzecze do mnie Węgrzynek:

— Panna stoi ze starym jegomością w ganku i prosi, aby pan się z nią widział koniecznie.

Odwróciłem się więc od koni i poszedłem w ganek, a stary do mnie:

— Mój Nieczujo! Zniknąłeś gdzieś jak kamfora; czy nie myślisz się nawet pożegnać?

— Wszakżeż da Bóg za kilka godzin znowu się powitamy.

— Patrzajże — rzecze stary — to on naprawdę myślał bez pożegnania odjechać. A przecież to wojna, mosanie! Kto wie co komu jest zapisano, a i tak jeszcze chciałem ci co powiedzieć. Komendę wziął Jur z Borowiczek z Gintowtem, to dobrze, bo to ludzie jak mur, ale szlachta się trochę popiła, uważaj tam z łaski swojej... żeby się ta hołota gdzie nie pogubiła po drodze. Oj! Bo to widzę i na oszmiańską już termin przyszedł.

— Ale niech no jegomość już się spuści474 na nas; choćby we trzech uderzymy i panią stolnikową na rękach tu przyniesiemy.

— Mój Nieczujo! — zawołał dziadek rozczulony i nachylając się ku mnie. — Rób, jak możesz. Niech cię Bóg prowadzi, mój synu!

Słowa: „mój synu!” zaraz mnie pochwyciły za serce, rzuciłem się więc do nóg dziadkowi i łzy mi się w oczach zakręciły; do tegoż Zosia jeszcze, rozpłakawszy się także i chusteczkę trzymając przed oczyma, wyłkała do mnie:

— Panie Marcinie! Powróć nam mamę, a za niewolnicę pójdę do niego do śmierci!

Na te słowa, kiedy to ryknę sobie w głos basem, a Zosia dyszkantem, szczęście, że panowie bracia nie bardzo byli posłuszni Jurowej komendzie i stąd był gwar wielki jeszcze i hałas, bo mój płacz pewno by był przez wszystkich słyszany. Ale tak, sam własnym głosem ocucony, zebrałem się i ścisnąwszy jeszcze Zosię za rączkę, skoczyłem na koń i wraz z Węgrzynkiem pomięszałem się ze sprawiającą się w krótkie szeregi szlachtą.

Kiedyśmy wyjechali i zaraz za bramą sprawili się na drogę, zrazu tylko krzaczyskami i karłowatą brzeziną otoczoną, zaraz też księżyc pełny dobył się na niebo, ale taki był krwawy, tak czerwony, że zawiesiwszy się nad czarnymi borami, wyglądał jakby słońce wypalone i gasnące nad Litwą. Potem wyjechał on wyżej i jeszcze wyżej, a tak wyjaśniał i wybielał, że rozlane po sobie światło jego odbijając, ziemia zdawała się kobiercem zielonym w srebrne dzianym desenie. Na koniec wyszedł na sam środek niebieskiego sklepienia i lejąc coraz obfitsze białego światła powodzie, zdało się, że stanął tak i czekać będzie, póki nie powrócimy z wyprawy.

A my, sprawiwszy się w takie szeregi, jakie się na niewielkiej drodze pomieścić mogły, ciągniemy sobie truchtem dalej i dalej. Na przodzie jedzie starszyzna, więc Gintowt, więc Żaba i innych kilku jeszcze siwowłosych, których nazwiska, ile że litewskie, więc dziwne a krótkie, dawno mi już wyleciały z pamięci.

Za nimi w pierwszych szeregach posuwa się szlachta co przedniejsza, a po skrzydłach młodzież, która ognistsza i rada by już prędko z bliska obaczyć, jako smakuje bitwa; dalej pospolita szlachta z zagonów, a na koniec tałałajstwo na chudych szkapach, lada jako okulbaczonych, wszyscy pijani serdecznie, gwarzący głośno, odgrażający się srodze i z pachołkami a gawiedzią w czambuł zmięszani.

Ja, jako obcy pomiędzy nimi, żeby mnie kto nie posądził o chęć burmistrzowania na cudzej ziemi, jechałem z Węgrzynkiem moim na samym końcu, ale dwóch stajań nie zrobiłem, kiedy do mnie przygalopował Jur z Borowiczek z drugim jeszcze jakimś młokosikiem, którzy to lubią się wieszać przy starszych, aby nic jeszcze nie uczyniwszy i żadnego dowodu ani ręki, ani głowy nie dawszy, zaraz już coś więcej znaczyć nad innych, i obadwa stanęli przy mnie.

— Kto tu się wlecze na szarym końcu? — rzecze Jur dojeżdżając do mnie i opatrując mnie bliżej.

— To ja, panie bracie — odpowiedziałem — nie chcę się naprzód wysuwać przed bitwą, żeby mnie Litwini nie posądzali o co, bo i tak już słyszy się niejedno i puszcza pomimo ucha, a jak przyjdzie do bitwy, to już ja się znajdę na przedzie.

— Masz waszmość prawdę: w ogniu pierwszy, w odwrocie ostatni, oto żołnierz jak trzeba, a tymczasem ja tu z waszmością pojadę.

— Proszę, proszę — rzekłem — jeżeli waszmość dla mojej kompanii, to nie przyjmuję tej grzeczności; waszmość tam potrzebniejszy na przedzie. — A on na to:

— Rad bym mówić, że dla kompanii, ale tak nie jest, bo tu moje właściwe miejsce.

— A to na co?

— Na co? Niebawem to waszmość obaczysz.

Ledwie co tych słów dopowiedział, kiedy dwóch waszeciów z szarego końca, już od niejakiej chwili pozostając po trochę, skręciło nagle na lewo i zniknęło między jelnikiem. W tymże momencie spiął Jur konia i krzyknąwszy: „Oho! już?” — skoczył za nimi i zaraz im drogę zajechał. Myśmy posunęli się za nim.

— Panowie bracia! — wołał on do tych dwóch zatrzymanych przez siebie. — fugas chrustas475? Fe! To nieładnie.

— My nic... my tego... ja tylko tak... — jąkali oni jeden za drugim, zmięszawszy się setnie.

— No, ja widzę, że to nic, że waszmość tylko tak — odpowiedział Jur na to — ale jednakże to nieładnie; niech no waszmość się nazad wsuną w szeregi, bo my, nim uderzymy na zamek, to pierwej przecie staniemy i obliczymy się, a pan Gintowt ma wszystkich spisanych.

— Co u diabła! Popisał nas? — rzekł jeden.

— Ba! Popisał, panie bracie, chyba wracajmy — odpowiedział drugi i zwróciwszy konie wjechali obadwa do szeregu, mrucząc sobie coś z litewska pod nosem.

— Będzie tu tego więcej — rzekł do mnie Jur, kiedyśmy już dawnym ładem postępowali dalej.

Jakoż zaraz się to potwierdziło, bo znowu niebawem dwóch wymknęło się w jelnik, a kiedyśmy ich zgonili, pokazało się, że obadwa byli szczerzy boćwinkowie spod samej Oszmiany. Jednakże nie mogę powiedzieć, żeby dużo było tego gubienia się po drodze, bo koniec końców tylko trzech nam uciekło.

Zegarek mój kieszonkowy pokazywał jedenastą godzinę, kiedy Jur rzecze do mnie:

— Kiedy wyjedziemy za las, popatrz waszmość na lewo, obaczysz zamek Murdeliona.

I w samej rzeczy ledwieśmy wyjechali za las, zaraz się tak przecudny a dziwny przed naszymi oczyma roztoczył widok, że go podobno do śmierci nie zapomnę. Widok ten oto poczynał się piękną równiną, która była tak lekką a białą mgłą nakrytą, jak gdyby ją kto delikatnym nakrył muślinem. Mgła ta im dalej, tym się wydawała gęściejszą i bielszą i tym podnosiła się wyżej, a na koniec tak wysoko, że aż sobą zakrywała ostatni kres nieba; a wsiąkając w delikatne swe fałdy srebrne światło księżyca, dozwalała zarazem przez siebie widzieć rój gwiazdek bladawych, niby w niej utopionych i konających. Na takim tle cudnym po lewej stronie nad wzgórzem rysował się zamek czarny, którego jednakże wierzchnie tylko mury i niewysokie zębate a krzewami zarośnięte już baszty widne były naszemu oku; reszta zamku także była w mgle zatopiona. Na tych murach i basztach widać było wyraźnie jakichś ludzi kręcących się tam i sam, którzy tym dziwniej nam wyglądali, ile że niektórzy z nich trzymali jakieś lonty zapalone albo latarnie w rękach i z nimi się snuli. Zresztą jeszcze tylko w kilku oknach zamkowych widać było światło jaskrawsze, niżej mgła grubsza niczego już dojrzeć nie dozwalała.

Ujrzawszy to, zatrzymałem konia i przypatrywałem się temu dziwnemu widowisku, a im dłużej się przypatrywałem, tym dziwniejsze mi się naciskały myśli i uczucia, bo to, co widziałem, kazało mi się w tym miejscu domyślać raczej jakiegoś zaczarowanego dobrych duchów mieszkania niżeli diabelskiego siedliska. Ale niebawem wyprowadzony zostałem z błędu, bo w tejże chwili krzyk głośny dał się słyszeć na murach, czerwone światełko mignęło jaśniej na jednej baszcie, trzy strzały działowe zatrzęsły ziemią i powietrzem, trzy kule zaświstały około nas, a jedna z nich o kilka kroków tylko ode mnie roztrzaskała wraz z koniem owego młokosika, który dobrowolnie adiutantował Jurowi.

Takie przywitanie, przez najbojaźliwszych nawet niespodziewane, zrobiło efekt należyty.

I warto było widzieć Jura z Borowiczek natenczas, jako z dobytą szablą rzucił się przed front pierwszych szeregów; warto było widzieć Gintowta starego, który, odmłodniawszy o lat dwadzieścia, stał na przedzie jak rycerz prawdziwy; ba! warto bo i było wiedzieć on hufiec cały, który, pozbywszy się trzech tchórzów ze swoich szeregów, na odgłos strzałów zatrząsł się cały i dobywszy jednocześnie szabel, stanął nie tylko gotowy, ale pojedynczymi końmi nawet naprzód wysadzał i rwał się, jak gdyby każde mrugnienie oka było dla niego godziną.

Kiedy się słyszeć dały one trzy strzały działowe i jednym z nich ustrzelony został on młody Litwinek, skoczył Jur na koniu przed front hufcu i dobywszy szabli, wielkim głosem zawołał:

— Krew już płynie! Po żołniersku ten diabeł nas wita, odpowiedzmyż mu po żołniersku! — Gintowt zaś z swojej strony zawtórzył:

— Pomnijcie na to, że ja tam każdą dziurę znam w zamku; kiedy uderzycie, wprost za mną, z przyzwoitym impetem, ani włos z głowy żadnemu z nas nie upadnie!...

I coś tam jeszcze podobno perorował pan Gintowt, a tymczasem Jur z Borowiczek i jeszcze kilku innych co przedniejszych, a żołnierki z lat dawnych świadomych, rzucili się to na lewe skrzydło, to na prawe, to na tył, aby w szyk bojowy posprawiać szeregi.

Ja z Węgrzynkiem i onym nieboszczykiem rozerwanym na dwoje stałem zrazu z tyłu za całym hufcem, ale gdym usłyszał odgłosy komendy, rzekłem do Węgrzynka:

— Janczi! Pamiętajże sprawić się dobrze, bo zuch jesteś w gospodach i dobrze się sprawujesz z hołotą, ale to wszystko za nic, kiedy rzecz pokpisz ze szlachtą.

— Wielmożny panie! — rzecze on na to. — Mnie aż dusza się śmieje. Wszystko dobrze będzie.

— Pamiętajże — rzekłem jeszcze — trzymać się mnie niedaleko, a przy pierwszym szturmie nie wyrywaj się bardzo naprzód, bo pocztowym476 to nie przystoi. Potem już bij, gdzie się podoba. No! W imię boże!

Zaszwargotał coś jeszcze mój Janczi z węgierska i wjechawszy w kupę, wwierciliśmy się tak, że ja stanąłem w pierwszym, on zaś tuż za mną w drugim szeregu.

Szeregi już były sprawione, tylko jeszcze ten i ów się poprawiał na siodle, tamten pistolety dobywał, drugi się modlił po cichu, a inny nawet szkaplerz poświęcony całował; więc Gintowt stary, obwiązawszy prawą rękę paskiem św. Franciszka od omdlenia i kurczów dla wiekowych ludzi skutecznym, podniósł w niej szablę do góry i odrzuciwszy pierwej Jurowi słów parę, chciał już podobno w imię boże zawołać, ale w tymże momencie znowu takież trzy strzały działowe zagrzmiały z murów — jednakże tym razem nic nam nie zaszkodziły, tylko mowę Gintowtowi przerwały. Lecz gdy te strzały przebrzmiały, a Jur z Borowiczek stał już na prawym skrzydle nieopodal ode mnie, Gintowt jeszcze parę kroków ku szeregom postąpił i głośno zawołał:

— W imię Ojca i Syna, i Przenajświętszej Matki Ostrobramskiej, dalej, panowie bracia! — Po tych słowach on sam zwrócił konia i skoczył pierwszy, my zaś wszyscy z okrzykiem: „Jezus, Maria, Józef”, skoczyliśmy za nim i zaraz pędem z kopyta.

Zamek ów od nas nie był dalej na trzy stajań; fosy wokoło niego były pozarastane, mury porozwalane i tylko gdzieniegdzie krokwiami albo belkami naprędce pozakładane, ale luki wszystkie były wielkimi kupami ludzi poobsadzane, o czym my jednak nic a nic nie wiedzieli. I kiedyśmy z miejsca ruszyli, to lubo szeregi nasze były wyciągnięte prosto jak linie, w stu krokach wszystkie się rozerwały i zrobiło się tak, że Gintowt po staremu dźgał naprzód, za nim zaraz Jur z Borowiczek, za Jurem ja z drugim jakimś szlachcicem, a za nami dopiero reszta gnała, co konie mogły wyskoczyć. Ale i tym porządkiem nie biegliśmy dalej, jak drugie sto kroków, bo w trzecich stu wszystkich nas naczelnych przesadził mój Janczi — i z takim impetem uderzył w to miejsce, gdzie snadź dawniej brama bywała, ale teraz kilka drzew tylko leżało i tłum ludzi zbrojnych stał z wystawionymi przeciwko nam spisami, że sam, prawda, wywrócił się z koniem przez drzewa, ale nam taki rum zrobił, że przez cały dziedziniec nabity hołotą przejechaliśmy jakby tylko przez łąkę i znaleźliśmy się pod samymi drzwiami zamkowymi. Tam się znalazłszy, za przykładem Gintowta zaraz zeskoczyliśmy z koni i walimy prosto po wschodach kamiennych na górę. Jak się to działo, Bóg raczy wiedzieć, bo, prawdę mówiąc, ja przynajmniej w takich imprezach jeszcze nie bywałem, tym bardziej też tutaj, nie znając ani miejscowości, ani ukrytych Gintowta planów, o które nawet pytać nie było czasu, szedłem jak ślepy lub pijany; jednakże, znalazłszy się na wschodach i obaczywszy, że nas tylko pięciu tam było, reszta zaś wszystka pozostała na dole, a może i za murami, rzeknę prędko do Jura:

— Panie bracie! Pięciu nas tylko, odcięto nas!

— Nie odcięto, znam ja swych ludzi! — odpowiedział Jur i wtem wpadliśmy do sieni pierwszego piętra. Tam zaraz na Gintowta, który szedł pierwszy, uderzyła kupa zbrojnych. Gintowt się odciął i zaraz natarł, tuż za nim Jur rzucił się jakby lew rozdrażniony, a potem tuż my, kiedy ich weźmiemy na szable, to jakby orzech zgryzł, kilku położyło się zaraz, a reszta jak wymiótł. Murdeliona jednak pomiędzy nimi nie było.

— Gdzież ten diabeł wenecki! — zawołał Jur na to, gdyśmy w sieniach ostali sami.

— Do tych drzwi walmy! — zawołał Gintowt, pokazując drzwi jedne na lewo.

Wtem huk straszny się rozległ po całym zamku, wszystkie mury zadrżały, aż podłoga pod nami zadygotała. Był to ostatni strzał działowy wydany z baszty zamkowej, ale już to był jęk śmiertelny tego diabelskiego zamczyska — bo nie zważając nic na to, w tejże chwili rzuciliśmy się na drzwi pokazane nam przez Gintowta i uderzyliśmy w nie ramionami. Drzwi tylko trzasnęły kilka razy pod naszym naciskiem, ale też i natychmiast pękły i rozdarłszy się w kilka części, wpadły do izby. W pierwszej izbie nie znaleźliśmy nikogo, tylko światło uderzyło nas w oczy; ale równo z łoskotem, który za naszym wpadnięciem rozległ się po salach zamkowych, w drugiej czy w trzeciej izbie dał się słyszeć strzał z pistoletu i zaraz za nim krzyk gwałtowny kobiecy, rozdzierający serce. Na to poskoczyliśmy jeszcze rączej do drugiej izby, ale i w tej nie było nikogo, tylko światła i światła; przy drzwiach do trzeciej dopiero jakiś chłop zbrojny zastąpił nam drogę — ten od Jura rozpłatan na miejscu. Po tym trupie przebiegliśmy dalej do sali wielkiej, wysokiej, z wąskimi gotyckimi oknami, z mnóstwem różnych drzwi i krużganków, ale i tu nie było nikogo, ale że drzwi było kilka, więc Gintowt znowu rzucił się naprzód i wpadłszy razem z nami w małe rogowe drzwiczki, wwiódł nas do niewielkiego pokoju, w którym już miało się oko na czym zatrzymać. Na ziemi bowiem wyciągnięta jak długa leżała, zda się już nieżywa, niewiasta, koło niej z rozpierzchnionymi włosami, z krwią nabiegłymi oczyma, z twarzą prawie tak czarną, jak węgiel, pomięszany, chwiejący się, we francuskie czy włoskie koloru czarnego suknie ubrany, on sam, Murdelio. U nóg jego na ziemi, niedaleko od tej kobiety, leżała szabla bez pochwy i pistolet pewno po strzale porzucony przez niego; on zaś sam trzymał drugi pistolet i ze wzrokiem utkwionym w ową kobietę, zdawał się być w onym fatalnym momencie, w którym człowiek, spełniwszy czyn rozpaczy i widząc, że i ten nie zdał się na nic, traci głowę i zmysły. Jednakże gdyśmy wpadli, porwał się i wymierzywszy do nas z pistoletu, wystrzelił, ale już spudłował. Na to Jur rzucił się na niego, a jako już rozbrojonego, puściwszy szablę swoją na temlak, ręką pochwycił za kark i podniósłszy go w powietrze, zawołał.

— Rozćwiertować tego diabła!

Ale ledwie tych słów domówił, Murdelio się zwinął jak wąż, Jura ukąsił w rękę do samej kości i wyrwawszy mu się z garści, z sztyletem błyszczącym jak szkło, który nie wiem, czy miał za rękawem, czy dobył zza pasa, rzucił się na nas. Nasza wina była, żeśmy nie byli przytomni, z czego on korzystając, najpierw mnie, który już z opuszczoną szablą stałem o parę kroków, pchnął tak silnie w pierś poniżej prawego ramienia, że mi i pierś przebił aż do samej łopatki, i zaraz powalił o ziemię; potem Gintowta srodze drasnął po twarzy i także powalił, a przez powalonych skoczywszy, w drzwiach zniknął. A wszystko to stało się tak nagle, że kiedy tamci dwaj szlachta za uciekającym z pistoletów strzelili, to jeno drzwiczki kulami potrzaskali.

Co się dalej działo, tego już dokładnie opowiedzieć nie umiem, bo mnie za moment gęba napełniła się krwią i odszedłem od przytomności. To tylko dla zaokrąglenia rzeczy dopowiem, że ona niewiasta, którąśmy na ziemi leżącą znaleźli i zabitą być rozumieli, była to pani stolnikowa, ale ani nawet draśnięta nie była, tylko tak od przestrachu przy pierwszym Murdeliona strzale omdlała. Zaś czy ten strzał Murdelio puścił do niej, czy przez prędkość do nas, jeszcze natenczas w pierwszej izbie dopiero będącym, nigdy się od niej nie można było dowiedzieć.

Szlachta nasza, powstrzymana przez ową hołotę w dziedzińcu, biła się doskonale, ale hołota nicpotem, jednakże naszych liczono na czterech zabitych i kilkunastu ranionych, pomiędzy tymi i Węgrzynka mego, który tak był skłuty i potłuczony, że jego powrócenie do zdrowia i do dawnej fantazji za cud Pana Boga trzeba było uważać — hołoty zaś nasieczono bez liku.

Murdeliona, po zniknięciu jego z onej izby narożnej, ludzkie oko już nie widziało: przechowałli on się gdzie w jakiejś piwnicy, dostałli477 się jakim podziemnym wychodem na czyste pole, a nawet czy kiedykolwiek potem jeszcze się na swym zamku pokazał, pozostało zagadką na wieki, a zarazem i źródłem do wielu baśni i plotek, które do dziś dnia opowiadają sobie w tych okolicach.

My zaś wszyscy, a mianowicie pani stolnikowa, wystraszona, milcząca i blada, jakby ją z trumny wyjęto, ja, srodze ranny i osłabiony, Gintowt z rozpłataną ręką i wąsem odciętym i reszta pokaleczonych, powsadzani na wozy i otoczeni mało co przetrzebionym hufcem naszym na koniach, jeszcze śród ciemnej nocy wyruszyliśmy z zamkowego dziedzińca, a właśnie słońce poranne pierwszymi promieniami swymi złociło jasnozielone łąki i pola i tysiącami tęczowych blasków igrało w każdej kropelce rosy, kiedyśmy stanęli przed obrazem Matki Najświętszej Ostrobramskiej, wiszącej nad gankiem dziadkowego dworku, i tam witani byli łzami i mdłościami, i okrzykami radości, pomięszanymi ze sobą.