IX

Już to był miesiąc sierpień na niebie i na ziemi. Słońce letnie, puszczając swoje ogniste promienie pionowo na ziemię, powyciskało ostatnie soki z krzewów i roślin; zboża, jedne już zżęte, stały w półkopkach na polu, drugie dojrzewały co dzień, co godzina, co chwila; sady, obrodziwszy obficie, gięły się pod ciężarami owoców i roznosiły ciężką woń po powietrzu, jarzyny już schnąć poczynały po ogrodach; czerniał groch niedawno jeszcze zielony i upadał do ziemi, kurczyły i otwierały się same od siebie strączki różnobarwnej fasoli, obwijała się włóknem i uwiędłe puszczała liście wysmukła kukurydza i tylko burak jeden, poczerwieniawszy na liściu jakby pijanica na twarzy, chwiał się na wietrze, lecz potężnie trzymał się ziemi. Już ptastwo błotne, wzmógłszy się we dwójnasób młodym pokoleniem i oblawszy się478 pięknie, wabiło do siebie myśliwych; już po odlocie dudka i rybitwy, niby przedniej straży wędrowników powietrznych, bociany poczęły się zbierać na niskich łąkach na swoje sejmy, aby się o podróży naradzić, już po otawiskach479 całe noce ze spętanymi końmi trawiły koniuchy, ba, już i pługi poczęły coraz gęściej pokazywać się na polu, aby św. Bartłomiej480 zastał pokrajaną już ziemię i przyjął w opiekę swoją pierwszy zasiew ozimy — a ja jeszcze ani jednego kroku nie dałem z łóżka.

Rana, którą mi w dzień zajazdu zadał był Murdelio, lubo była ostrym i nieszerokim uczyniona żelazem, w żaden sposób zupełnie się nie dawała zagoić; lekarze aż zachodzili w głowy i nie mogąc dać sobie rady, powiadali, że sztylet musiał być zatruty. Jednakże niebezpieczeństwa nie było: w sierpniu już nawet obiecywali mi oni na pierwsze dni września wyzdrowienie zupełne. Ja też na nich znowu nie nalegałem tak bardzo, słabość ta bowiem przy niewielkich boleściach, a ustawicznym siedzeniu Zosi przy moim łóżku nie tylko nie była mi nadto przykrą, ale owszem, była ona i będzie jedną z najpiękniejszych chwil mego życia. Tym ci przyjemniejsze były one chwile mego w domu dziadkowym leżenia, ile że poczciwe Litwiny, przekonawszy się z łaski swojej podczas zajazdu dowodnie, że nie jestem niegodnym ich przyjaźni i życzliwości, nie zaniedbywali mnie, ile możności, jak najczęściej nawiedzać, a że to u nich umysł także wesoły i do swawoli skory, a dziadek miał dawną pod spichrzem piwnicę, którą teraz dla panów braci na ścieżaj otworzył, więc i nieraz tak było, że w moim domu, i to przy moim łóżku, gwar był jak przy szynkwasie — albo kiedym był dobrej myśli, Węgrzynkowi mojemu, który pomimo ran kilkunastu i ciężkiego pobicia dawno już był wyzdrowiał, za siebie je spełniać kazałem. I nie krzywiła się szlachta na to, bo wiedziała dobrze, że Węgrzynek jest szlachcic, a choćby nim nie był, toż fantazja jego, z którą nad wszystkich pierwszy na zamek Murdeliona uderzył, wartą była szlachectwa.

Zabawom onym, które się w moim odbywały pokoju, dziadek towarzyszył statecznie481 i pił równo z drugimi, a może i lepiej, a kiedy wpadł w dobry humor, to powiadał szlachcie o ich ojcach i dziadach rzeczy takie, że go słuchali jak gdyby wieszcza lub proroka.

Gintowt stary z czerwoną przez twarz pręgą i poniewolnie482 podciętymi wąsami ledwie nie codziennie do nas przyjeżdżał, a przywożąc ze sobą prawie zawsze takich, którzy przy zajeździe nie byli, codziennie tymi samymi słowy opowiadał im szeroko i długo głębokość i dowcip onych przez niego samego wymyślonych i wykonanych planów, których skutkiem było ubieżenie diabelskiego zamczyska i wydobycie ze szponów szatańskich pani stolnikowej dobrodziejki, której rączki całował.

Ale pani stolnikowa nieczęsto pokazywała się u mnie, daleko mniej jeszcze gościom, a będąc ustawicznie smutną i często płaczącą, niemało nanudziła się dziadka, aby z Litwy wyjeżdżać i nie powracać już do Źwiernika, tylko teraz znów na Wołyniu zamieszkać, we wsi onej, którą tam miała. Dziadek protestował się przeciw temu, a nawet, kiedy tego potrzeba była, mawiał do niej surowo i ostro:

— Dajże mnie pokój z tym twoim wyjazdem! Pan Bóg przez dobroć swoją najwyższą prawie cudem mnie wrócił na Litwę i pewnie nie po co innego, tylko po to, ażebym kości moje położył przy ojcach, a ona mnie każe wlec się aż gdzieś na Wołyń!

I w ogóle można powiedzieć, że po powrocie stolnikowej ze zamku, dziadek cale inaczej się z nią obchodził niż przedtem; czemu tak było i co się tam zresztą działo w sercu tej kobiety, gdzie były jej uczucia, gdzie myśli — nikt się nie dowiedział ni teraz, ni potem.

Ja do mojej siostry śród słabości pisałem po kilka razy, a pisałem w ten sposób, że Zosia przez łaskę swoją trzymała pióro, ja zaś jej dyktowałem, a na końcu, jako prawą ręką władać niemogący, kładłem krzyż święty miasto mego podpisu — siostra zaś do mnie tylko jeden list napisała, w którym mi donosiła, że jej mąż jeszcze z Mazurów nie wrócił, bo mu moje sprawy bardzo idą oporem, a nawet kto wie czy tak nie wypadnie, że będzie musiał sam jechać do Wiednia, aby się osobiście rzucić do nóg cesarzowej-królowej i puszczenie w niepamięć mojego obwinienia uprosić.

Ze Źwiernika pisano nam kilka razy, jednakże niewiele wyrozumieć mogliśmy z Zuzinych listów; zdawało się nam nawet, że nie było potrzeby łamania sobie głowy nad jej bazgraniną, bo cóż ona nam mogła donosić? Tego jednego jej tylko zapomnieć nie mogłem, że w żadnym liście ani słowa nie wspominała o mnie, a natomiast w każdym dopytywała się o Lgockiego, czy już jest u nas i czy stateczny jest w swych sentymentach. A tymczasem o Lgockim i słuch zaginął; po wyjeździe swoim z Tarnowa przepadł jak kamień w wodzie i nikt nie wiedział nic o nim ani tam, ani tutaj.

I tak w zupełnej prawie nieświadomości tego, co się tam działo w domach i rodzinach naszych, spędzaliśmy dnie jeden za drugim, przyjmując u siebie życzliwych dla nas Litwinów, słuchając ich gawęd i plotek okolicznych i niewiele myśląc o jutrze.

Aż dopiero jakoś w ostatnich dniach sierpnia, kiedy ja już, zagoiwszy ranę moją zupełnie, tylko osłabiony jeszcze cokolwiek, mogłem przechodzić się po pokoju, a nawet we dnie pogodne przechodziłem się po dziedzińcu — dnia jednego po południu, kiedy wszyscy z całym domem i kilkoma gośćmi zasiedliśmy w ganku i odżuwaliśmy tylko po kilka razy już wymłócone opowiadania i przypomnienia, nowy gość nam zajechał w dziedziniec. Wjeżdżającego dopiero w bramę uznaliśmy jednogłośnie za kogoś obcego i ze stron dalszych przybywającego, bo jeszcze przed bramą przystawał i fornalów jadących w pole o coś rozpytywał, a kiedy przed ganek zajechał, sprawdziło się nasze domniemywanie jasno i dowodnie, bo to był szwagier mój, Michałowski.

Skoczyłem tedy do niego, witając serdecznie, a on mnie aż ze łzami. Prezentowałem go potem dziadkowi, Zosi i gościom, jakoż wszyscy okazali mu cześć należną i życzliwość, jedni dla mnie, drudzy dla niego samego, bo przy wcale jeszcze młodym wieku dziwnie wielka powaga była w tym mężu i taka jakaś umiejętność niewolenia ludzi dla siebie, że niektórych jednym wejrzeniem, innych kilkoma obojętnymi słowy czynił sobie przyjaciółmi na wieki. Jedna tylko stolnikowa, kiedym go zaraz zaprowadził do jej pokoju, nie wiem dlaczego, witała go obojętnie i zimno, a nawet zdawało mi się, że podczas prezentacji taki się wyraz wymalował na jej twarzy, jak gdyby zgoła niechętna była jego przybyciu. Jakoż potwierdziło to się niebawem, bo kiedyśmy u niej usiedli, aby kilka słów z nią wymienić, rzekła ona do niego:

— Wielka przyjaźń musi wiązać waszmość z panem Nieczują, kiedy aż o tyle mil przybyłeś, ażeby go nawidzić483.

Michałowski dał jej zaraz delikatnie do poznania niedorzeczność takiej uwagi, mówiąc z wolna a wyraźnie:

— Jestem rodzonym szwagrem pana Marcina.

Po tej odpowiedzi i kilku innych jeszcze cale obojętnych słowach zrobiło się jeszcze gorzej, bo pani stolnikowa spytała go:

— Waszmość pan jechałeś tu na Warszawę i Grodno?

— Tak jest, pani dobrodziejko — odpowiedział Michałowski, a ona na to:

— A nie słyszałeś pan co na drodze o jmć panu Lgockim, który się tutaj do nas puścił z Mazurów i do dziś dnia go nie masz?

— Ja całkiem nie znam pana Lgockiego — odpowiedział mój szwagier, znacząco spozierając na mnie — i nic o nim nie słyszałem.

A mnie aż się oddech zaparł na takie zapytanie; jawno mi bowiem już było, że nie posiadam łaski u matki Zosinej. Gorzej nawet, bo czyż to dobre i czułe serce być mogło, które nie znało się do wdzięczności za tyle moich poświęceń? I smutno mnie się zrobiło w onej chwili, byłbym płakał z żalu. Jakoż poznał to zaraz Michałowski, co się działo we mnie, i urwał natychmiast rozmowę, a ekskuzując484 się tym, że ma ze mną o wielu ważnych rzeczach do pomówienia, powstał i wyprowadził się ze mną do izby osobnej, na drugą stronę. Tam wszedłszy, rzekł zaraz do mnie:

— Cóż to jest za kobieta? Jak mnie Bóg miły, ja tego nic a nic nie rozumiem.

— Panie bracie — rzekłem ja na to — o tym będziemy rozmawiać później i zapewne szeroko i długo; ale teraz musisz mnie opowiedzieć, co się tam ze mną dzieje w Tarnowie i w Bóbrce, bo już ginę z niecierpliwości. Po twojej minie uważam, że coś nie bardzo dobrze.

— I owszem — rzekł on stanowczo — jak po nieszczęściu, to bardzo dobrze. Proces twój całkiem załatwiony; możesz choćby i dziś wracać do domu.

— Jakże to? Jakim sposobem? Któż głównie pomógł?

— Pan Bóg pomógł, jak zawsze — odpowiedział Michałowski. — Słuchajże, to ci powiem. Przyjechawszy do Tarnowa, zaraz odszukałem Konopkę i Stojowskiego, od nich bowiem chciałem się najpierw dowiedzieć, azali twojej ucieczki z kałauzu nie ma jakich złych skutków, ale prócz tych, którzy tę rzecz podejmowali, nikt nawet właściwie nie wie, co to i jak to było. Dosyć, że co się tyczy tego aktu, władza tarnowska sama nie wie, co ma rozumieć i kogo o to oskarżać, i dlatego nic poczynać nie może.

— Tak to się stało! — zawołałem uradowany. — Niechże Panu Bogu będzie chwała za to na wieki; bo, przyznam się, że mnie to daleko więcej niepokoiło niż obawa o siebie samego. Kiedy człowiek wpadnie w jakie nieszczęście i przyjdzie mu cierpieć czy to z przypadku, czy z własnej przyczyny, to mniejsza o to! Póki sam cierpi, wszystko się jakoś przeniesie; ale chcący czy niechcący wtrącić drugich w nieszczęście i widzieć lub wiedzieć o tym, że gdyby nie ja, to oni byliby spokojni i szczęśliwi, i nienaruszeni, to by było bardzo boleśnie. Chwałaż Bogu jeszcze raz, że się tak stało, ale powiadajże dalej.

— Otóż, uspokoiwszy się z ust Konopki i Stojowskiego o to, co nie tylko ważnym było w sobie, ale stanowczy wpływ wywierać mogło na twoją sprawę, długo rozpatrywałem i ich, i inną szlachtę tamtejszą, która wszystka dobrze ci życzy, jak stoi twój proces i co by w nim z twojej strony uczynić można. Ale to wszystko było daremne, nikt nic nie wiedział, nikt też żadnej rady dać nie umiał. Tedy wypytywaliśmy oficerów tamtejszej załogi, co oni rozumieją o tej rzeczy. Oni zaś powiadali, że po twojej ucieczce już wszystko przepadło, a nawet, że z tego kontenci są twoi sędziowie, bo podobno się pośpieszyli cokolwiek i bez wyższego rozkazu rozpoczęli śledztwo z tobą; jakoż jeszcze przed twoją ucieczką mieli być w kłopocie z przyczyny niepotrzebnej swej gorliwości... Nie zdało mi się to podobnym do prawdy i bądź co bądź postanowiłem sam pójść do prefekta i plackomendanta. Ale tymczasem nawinął mi się ów baron Holmfels, o którym mi powiadałeś, że cię nawidzał w więzieniu, a który, mówiąc nawiasem, co drugi dzień prawie bywa w Strzegocicach i formalnie konkuruje o pannę Zuzannę...

— Jak to? A Konopka?

— O! Konopka już dawno zrezygnował!... Ale słuchajże dalej. Więc ów Holmfels, człek światowy i grzeczny, a tobie bardzo życzliwy, pogadawszy ze mną jaką godzinę, także mnie doradził, żebym sam szedł do prefekta. Więc poszedłem. Prefekt przyjął mnie uprzejmie, prosił siedzieć, nagadał mi dużo ładnych rzeczy, ale co się tyczy ciebie, powiedział mi te słowa: „Kiedy pan Nieczuja zemknął, to dobrze dla niego, ale na żaden sposób nie może być koniec na tym, bo my go musimy poszukać sądownie, a kiedy go dostaniemy, to proces pójdzie swoją drogą. Miło by mnie było, gdybym mógł panu o tej sprawie inną dać wiadomość, ale na nieszczęście, nic ja tu sam nie decyduję, tylko litera prawa”. — Pytałem go tedy, ażaliby nie dobrze było, gdybym się udał o łaskę do tronu. Odpowiedział, że łaska od tronu nie może nastąpić pierwej, póki nie będzie osądzony i kara nie będzie oznaczona, bo tak cóż ma darować cesarzowa-królowa? Poszedłem potem do plackomendanta, a ten mi to samo powiedział, tylko na końcu dodał: „Ot! Niech pan Nieczuja wróci do siebie na wieś i cicho siedzi, kto go tam będzie niepokoił?” — Kiedym to powiedział Holmfelsowi, rzekł tenże: „Wszystko to być może, jednak ja nie radzę powracać. Co się zaś tyczy łaski, to fałsz jest, co mówi prefekt. Prawda, że cesarzowa-królowa nie może przebaczyć, nie wiedząc, co ma przebaczyć; ale może wydać rozkaz do urzędu, ażeby rzecz ta była puszczoną w zapomnienie. Tu już coś przyszło z Wiednia względem tej sprawy; dzisiaj mi o tym powiadano, ale nie mogłem się jeszcze dowiedzieć, co właściwie. Słuchaj, waszmość: jedź teraz do Bóbrki i opatrz tam gospodarstwo pana Marcina; ja tu tymczasem się dowiem o wszystkich szczegółach tego procesu, a kiedy wrócisz, podamy prośbę do tronu, a ja wskażę drogę do skutecznych instancyj. A choćby ci przyszło i samemu pojechać do Wiednia, to i to niewielka już rzecz. Już my to jakoś zrobimy”. — Tedy usłuchałem Holmfelsa i pojechałem do Bóbrki, a kiedym powrócił, cała rzecz już była gotowa. Baron dał mi odpis wiedeńskiego rozkazu, w którym wyraźnie stoi, żeby rzecz ta była puszczona w niepamięć — i oto go masz.

To mówiąc, Michałowski dobył papier z zanadrza i oddał mnie w ręce. Rozwinąłem go prędko, aby przeczytać, ale powstrzymałem się jeszcze prędzej, dekret ten bowiem był po niemiecku napisany. Tedy i bez czytania dokumentu rzuciłem się jemu w ramiona, dziękując serdecznie za tyle trudów, które poniósł dla mojej sprawy. On atoli, oddawszy mnie moje uściśnienia po bratersku, rzekł zaraz:

— Dał nam Pan Bóg wybrnąć z jednego nieszczęścia, niechże jego imię święte będzie pochwalone na wieki! Ale zamiast zbytnio unosić się radością, podobno lepiej będzie zawczasu pomyśleć, jak by przebrnąć przez drugie?

— Cóż to jest? — rzekłem przerażony. — Jakież to nam drugie zagraża nieszczęście?

— Powiedziałem tobie jeszcze u siebie w domu — rzekł na to Krzysztof — że konkur taki, jaki ty rozpocząłeś i teraz kontynuujesz, należy uważać za małe nieszczęście. Teraz, oglądnąwszy tych ludzi z bliska, a nadto nasłuchawszy się na noclegu dosyć powieści o pani Strzegockiej, nie tylko nie zmieniam mojej dawniejszej opinii, ale może bym jeszcze do niej co dodać potrafił. Wprawdzie ja sąd mój o niej wydaję tylko ze słów kilkunastu z nią wymienionych, ale żebym jeszcze i tysiąc najsłodszych o niej usłyszał, to gorycz pierwszych zawsze podobno czuć będę. Zosi twojej nie znam; na oko zdaje się to być ciche i potulne dziecko i pewno tak jest w istocie, chociaż to po niedobrych rodzicach zwykle niedobre bywają dzieci. Ale, bądź jak bądź, rzeczy tej tak na wieki zostawić nie można; dałeś dowody dostateczne, żeś im jest przyjacielem i że gotów jesteś życie położyć dla Zosi; ozdrowiałeś zupełnie; cóż myślisz dalej?

To zagadnienie Michałowskiego niemały klin mi zabiło w głowę, mogę nawet powiedzieć, że wstrzęsło mną całym tak gwałtownie, jak gdyby mi w myślach spokojnych zagrążonemu nagle kto z pistoletu wystrzelił za uchem. Są bowiem chwile w życiu ludzkim, których, lubo nie dają ani wielkich rozkoszy, ani szczęścia stałego, przerwanie lub strata sprawia jednak ból i zgryzotę. Chwile takie unoszą ze sobą zwyczajnie godziny, dnie i tygodnie bez żadnej korzyści, bez żadnej czynności, bo człowiek, nie chcąc sobie przypominać przeszłości, a bojąc się myśleć o niewiadomej i może daleko boleśniejszej jeszcze przyszłości, o niczym nie myśli i nic nie czyni, czas swój umyślnie rozkrawując na jak najdrobniejsze cząsteczki i starając się żyć każdą sekundą teraźniejszości, ale właśnie dlatego są one ludzkiemu sercu tak drogie, a obawa o ich utratę o wiele przenosi jeszcze obawę istotnego i stanowczego nieszczęścia. Nie przeczę tego, że w podobnym położeniu może mogą się znajdować tylko charaktery słabsze i mało mające determinacji, ale przeto nie zaprę się tego, że i ja natenczas w takim znajdowałem się położeniu. O przeszłości mojej, miłości i konkurencji niechętnie i z przymusem tylko myślałem, przyszłości mojej także nierad przywoływałem przed umysł, bo była niepewną, a choćby i najszczęśliwszą, to zawsze jeszcze nie taką, jak ją sobie niegdy wyobrażałem; w teraźniejszości zaś żyłem mile i rozkosznie, bo podzieliwszy sobie czas między swobodne ze słusznymi sąsiadami gawędki i milionowe, jak samo niebo czystej, miłości Zosinej dowody, miałem jeszcze nad sobą Boga, do którego śmiało zwracać mogłem moje modły, a w sobie sumienie niczym nieskażone i tak spokojne, jak powierzchnia wodnej głębiny, kiedy nią żaden wiatr nie porusza. Taką teraźniejszość rad bym był przedłużyć na wieczność i wcale nie myślałem, co mam dalej poczynać, a kiedym widział, że pani stolnikowa zaczyna jawnie występować z jakąś niechęcią ku mnie, to nawet obawiałem się każdego przypomnienia tego, że nim się przyszłość moja udecyduje, będę musiał los mój pod jej wolę z pokorą poddać; więc kiedy mnie Michałowski powiedział, że tak dłużej już zostać nie mogę i spytał, co myślę dalej, to mnie dreszcz przeszła485 od stóp aż do czupryny, wstrząsłem się, ale nic nie odpowiedziałem. On zaś, przeszedłszy się parę razy po izbie, mówił dalej:

— Hm! Ty milczysz i ani myślisz mi odpowiedzieć na moje pytanie. Ja się temu nie dziwię i zdaje mi się, że cię rozumiem zupełnie. Położenie twoje, lubo dziś jest szczęśliwe, bo posiadasz wzajemność Zosi, która jest szczęściem dla ciebie, jednak nie jest godne zazdrości. Człowiek głupi byłby najszczęśliwszy na twoim miejscu, ale ty masz rozum i widzisz aż nadto jasno, że dobra fantazja i poczciwość twoja, z którymi się wybrałeś i przez połowę już przeszedłeś tę drogę, powinny cię były zawieść całkiem gdzie indziej, niż cię zawiodły. Pomijam już wcale twoje utarczki z tym diabelskim człowiekiem, które, jeżeli Bóg łaskaw na ciebie, całkiem już się skończyły; pomijam różne przykre i fatalne terminy, przez które brnąć musiałeś w tej drodze; pomijam to na koniec, że cię los zagnał do takiej rodziny, nad którą zdają się wisieć jakieś same nieszczęścia i niezwyczajności; pomijam to wszystko, chociaż wiem, że cię to mało dojmuje i Bóg nie wie czego nie dałbyś za to, gdyby być mogło inaczej; jednakże tego pominąć nie mogę, że stolnikowa sama jest po prostu dla ciebie trucizną. Ja i to wiem dobrze, że ty, jeżeli dzisiaj na twojej drodze nie postępujesz dalej, czynisz to dlatego, żeś już utracił zupełnie ufność i cześć, i szacunek dla pani Strzegockiej i podczas kiedy z wielką przykrością tylko otwierałbyś po raz drugi przed nią twe serce, obawiasz się jeszcze daleko większej przykrości, bo odpowiedzi odmownej, a przeto niemałego na teraz dla ciebie nieszczęścia. Ale, mój Marcinie! Bądź jak bądź jest, tak dłużej pozostać nie może. Kto chce być mężem takim, jakimi bywali ojcowie nasi, nie dość dla niego, jeżeli jest trwały w przedsięwzięciu, ale musi mieć także odwagę zawodom i cierpieniom serca zaglądnąć w oczy i znieść je mężnie, kiedy tego potrzeba; zaskorupianie się w teraźniejszości przed niepewną przyszłością, to przymiot niewieściuchów i niedołęgów. Tymi słowami nie chcę bynajmniej tobie przymawiać, bo znam cię innym, ale dążę do tego i niewzruszenie stać będę na tym, ażebyś zaraz się decydował i powtórną deklarację uczynił. To jest, coś powinien, co musisz zrobić najdalej do dni kilku. Nie taję tego przed tobą, iż twoja Zosia podobała mi się dosyć z wejrzenia; przypomina ona Jadwisię w owej chwili, kiedym się starał o nią, przechodząc także niemałe duszy i serca tortury, i mam w Bogu nadzieję, iż pożycie z nią nagrodziłoby ci dostatecznie wczorajsze i dzisiejsze frasunki, ale i tego nie taję, iż tak rozumiem, że jesteśmy w wigilii drugiej dla ciebie rekuzy. Wszakże tak czy owak koniec raz zrobić potrzeba.

— Kochany bracie — rzekłem ja na to po chwili — nie będę z tobą sporu poczynał o to, czy we wszystkim tym, coś dopiero powiedział, masz prawdę czy nie masz; krótko ci powiem, że niektóre rzeczy sądzisz sprawiedliwie, niektóre zaś widzisz całkiem opacznie, ale o to nie mogę cię nie zapytać, dlaczego właściwie tak naglisz z tym oświadczeniem? Czy mnie tam co gore w Bóbrce? Czy mnie wypędzają stąd z domu? Czy na mnie krzywo spoglądają Litwini? Czy na koniec psuję tym sprawę moją, że się pieszczę szczęśliwymi momentami spokoju, których wyczekiwałem tak długo? Doprawdy, że nie rozumiem.

— Dlaczego tak naglę486 z oświadczeniem, to jest rzecz bardzo prosta — rzekł Michałowski. — Nie lubię wszelkiego kunktatorstwa487 i to jest pierwsza. Po wtóre w Bóbrce gore, i bardzo gore, bo jak tu jeszcze do zimy posiedzisz, to cię tam rozniosą do szczętu; po trzecie, że cię nie wypędzą stąd z domu, to prawda, ale lada chwila cokolwiek bądź napędzić cię może; po czwarte, czy krzywo na ciebie poglądają Litwini, o tym milczę, ale miałbym wiele powiedzieć, bo przecie jadę Litwą mil kilkanaście i nasłuchałem się niemało o Piotrowiczach i Strzegockich; a na koniec, czy co psujesz czy nie tym twoim zwlekaniem, to ci powiem, że właściwie nie psujesz, ale podajesz czas i sposobność przypadkom, które wszystko są w stanie zepsuć na tym świecie. Zresztą, jestem tego zdania, że powtórną od stolnikowej dostaniesz rekuzę i że ani dziadek, ani sąsiedzi za tobą nie staną, a choć staną, to uporu kobiety nie złamią, a w takim zaś razie ja bym chciał być przy tobie i dlatego do deklaracji cię ciągnę.

— Kochany Krzysztofie — odezwę się na to — wpadasz w ferwor, a wcale niepotrzebnie; dwa razy niepotrzebnie; raz dlatego, że czy teraz, czy potem, ja zawsze deklarację uczynię na koniec, a po wtóre, że rekuzy już nie dostanę. Pani stolnikowa może być, że w tym momencie ma jakąś niechęć do mnie, ale to nie jest upór, tylko kaprys kobiecy, i to chwilowy, za parę dni już ani śladu zeń nie zostanie. Bo nie wdając się zresztą w żadne wnioski szczegółowe, to tylko racz sam rozstrzygnąć, czy podobna jest, aby ktoś, który swój spokój, fortunę i życie bez wahania się na szwank narażał...

— Ależ zmiłuj się! — przerwie mi Krzysztof. — Czyż to jest godny rozumnego człowieka argument? Czy godzi się tam sądzić z samego podobieństwa, gdzie są pewne data488 i fakta489?... — I tak dalej perswadował mi Krzysztof, zawsze zmierzając do tego, iżbym już dłużej tak nie siedział, jak ptak na gałęzi, tylko abym się decydował, deklarował i los mój rozstrzygnął. Dlaczego on tak naglił na mnie natenczas, do dziś dnia mi jest nie wiadomo, bo konkurencja moja i wszelkie z domem Strzegockich stosunki była to materia, której i potem prawie nigdyśmy nie tykali; wtedy atoli490 zdawało mi się, że Michałowskiemu tak od razu nie podobał się dom ten, że nawet byłby wolał, aby mnie jeszcze raz odmówiono i abym przecierpiał takie nieszczęście, niż abym się wiecznym węzłem wiązał z taką familią. Ja zaś, lubo491 może także już teraz niejeden szczegół taki dojrzałem, na który oczy musiałem zamykać, jednakże tak statecznym492 przywiązaniem przylgnąłem do Zosi, że gdyby i dziesięcioro tyle złego było mi się zjawiło w tym związku, ile go było w istocie, to byłbym się już z drogi mojej nie cofnął. Cofać się nie kazał mi i Michałowski, o to tylko chodziło pomiędzy nami, że on chciał, abym deklarację uczynił zaraz, ja zaś, wlazłszy już raz na drogę kunktatorską, a do tego nie będąc pewnym w rzeczy493, jak sobie pocznie w tym razie matka, cale494 jeszcze nie miałem ochoty do tego. Spieraliśmy się tedy o to długo i szeroko, ale na koniec, chcąc nie chcąc, ja ustąpić musiałem i przyzwoliłem na zrobienie oświadczenia najdalej do dni kilku, a już z chęcią na ofiarowanie się Krzysztofa, iż on będzie mi w tym pośredniczył.

Dnie następne mijały nam, jak zwyczajnie, na gawędce, na opowiadaniach dziadkowych i Gintowtowych.

Jednakże materia ta, która nie dlatego, że się w niej mógł popisywać, ale że się przy niej wiele mógł dowiedzieć o Litwie, bardzo była495 zajęła Michałowskiego, wkrótce się wyczerpała, a orator polityczny, zeszedłszy z trybuny, zaczął mnie znowu męczyć swoją deklaracją. Wszakże pomimo uporczywych nalegań jego udało mi się tę stanowczą chwilę, która im więcej się do niej zbliżałem, tym mi się wydawała straszniejszą, odwlekać jeszcze przez dni kilka. A kiedy ja tak odwlekam i jakby dziecko nierozumnie cieszę się z tego, że mi mój opiekun rad nierad folgować musi, Michałowski aż sypiać nie może po nocach od samej niecierpliwości, jednakże stara się to ukryć przede mną i pomimo to, to dziadka pozyskuje dla siebie i dla mnie, to panią Strzegocką obserwuje z bliska i przy każdej sposobności wybadywa ją w jej opiniach o mnie, o Lgockim, o Zuzi i o wszystkich sprawach domowych. Śród tego czasu atoli nagle staje się dziwna odmiana. Dnia jednego Michałowski, zapytany przeze mnie o jakiś szczegół w sprawie tej deklaracji, nic mi nie odpowiada; drugiego dnia w rozmowie ze mną widocznie tego przedmiotu unika, a trzeciego dnia w wieczór, kiedyśmy się sami znaleźli w izbie, która była naszą wspólną sypialnią, rzecze do mnie te słowa:

— Wiesz co, kochany bracie, dawno już nie byłem w tym położeniu, co dzisiaj.

— Jakież to położenie? — zapytałem ciekawie.

— Muszę renegować496 moją własną opinię.

— Jeszcze przez to nic nie wiem. — A on na to:

— Niedawno nagliłem na ciebie wszelkimi siłami, ażebyś się deklarował bezzwłocznie, a teraz...

— Cóż teraz?

— Teraz nie tylko nie naglę, ale po rozpatrzeniu się dokładniejszym w tych rzeczach, sam jestem tego zdania, ażeby się jeszcze powstrzymać.

— Czemuż to? — zapytałem przerażony tą zmianą jego zdania.

— Widzę jawnie, że dostaniesz rekuzę. Mówiłem wiele ze stolnikową i myślałem zrazu, że to jest jakaś dziwna kobieta, ale teraz poznałem dowodnie, że nie masz w niej nic dziwnego. Kobieta to jak wszystkie inne na świecie, tylko upór w niej wielki i nieprzełamany. Ale to właśnie najgorzej dla ciebie.

— Więc cóż? Mówże jasno, co jest?

— Cóż jest, któż to wiedzieć może, kto opowiedzieć dokładnie? Ale że cię nienawidzi, to więcej jak pewna.

— Nienawidzi mnie! — Za cóż to, mój Boże!

— Za co? — rzekł Michałowski. — Za Murdeliona... Nie ma o czym mówić. Ona go jeszcze kocha!

— A mnie nienawidzi! — odpowiedziałem ja w pół do siebie i na tym się nasza rozmowa skończyła.

Skutkiem tej rozmowy było oczywiście to, żeśmy już obadwa z Michałowskim nie tykali tego przedmiotu. Co było dalej czynić, jak się kierować, jakim sposobem pozyskać choćby tylko obojętność pani Strzegockiej, na to już ani Michałowski nie umiał dać rady. Nie wybierał on się wprawdzie do domu, bo mu żal było mnie samego zostawiać; ale też i siedzenie jego odtąd już niewielką rokowało mi pomoc, kiedy już i jego umysł wpadł w pewną niemoc i nie umiał nic nowego wymyślić. I tak siedzieliśmy znowu dalej, pędząc dnie na coraz obojętniejszych gawędkach i dłuższych ziewaniach. Zosia tylko jedna dziwnie zaczęła się mienić, smutniała coraz bardziej widocznie, nieraz długo patrzyła mi w oczy, jak gdyby chciała odgadnąć, co się dzieje w mej duszy, nieraz z łzami błądzącymi w jej oczach umyślnie mojej unikała rozmowy. Ja wiedziałem, co to ma znaczyć: ona nie umiała pojąć, dlaczego ja, kiedy czas i okoliczności po temu, nie kończę już moich tak długo i tak boleśnie się odwłaczających497 zamiarów i myślała może, że już ostygam dla niej, żem się przeniewierzył498 moim tylokrotnym przysięgom, że czekam tylko sposobności, aby zerwać to wszystko i uciec haniebnie; ja to wiedziałem wszystko i wszelkimi sposobami starałem się ją przekonać, żem się w niczym nie zmienił i żem zgoła ten sam jest, którym był od początku, ale wyspowiadać się z wszystkiego, co się działo w mej duszy, nie mogłem mieć i nie miałem odwagi.

Ale podczas gdy rzecz ta tak się dziwnie odwleka, a my, zamiast z czasem zbliżać się do jej końca, przynajmniej wedle rozumienia naszego, ciągle się od niej oddalamy, dziwne zachodzą zdarzenia.

Więc najpierw dnia jednego przychodzi wiadomość, że przed kilkoma dniami całkiem nagle i niespodziewanie pojawił się nieznajomy pan jakiś w Strzegocicach u państwa Strzemeskich, u których pozostawiona była starsza siostra Zosina; że pan ten powiadał się ojcem rodzonym Zuzi, że miał z nią długą w osobnej izbie rozmowę i że zaraz potem wyjechał. Powiadano dalej, że ten pan w kilka dni potem z jakimś Niemcem przyjechał, Niemca tego Zuzi deklarował, że go Zuzia przyjęła, pierścionek z nim zamieniła, a na drugi dzień, że się odbył ślub państwa młodych w źwiernickim kościele.

Wiadomość ta, którą nam przywiózł szlachcic pewien, wiłkomierzanin, powracający od swych krewnych z Mazurów, wielkie zrobiła zamieszanie w dziadkowym dworze. Wszyscy o niej gadali, i ten, i ów, i dziesiąty, ale każdy się inaczej domyślał i po swojemu wykładał. Dziadek powiadał, że to zgoła nieprawda; pani stolnikowa wtórowała dziadkowi, ale z krwią zimną i obojętną. Gintowt i inni szeptali z cicha, że to Murdelio diabła przywiózł ze sobą i z córką go swoją ożenił; ale ja rzecz tę rozumiałem inaczej i lubo nic nie mówiłem, jednak prawdę odgadłem.

Przy zajęciu się wszystkich tą wiadomością nie zapomniano i o tym, iżby się jakoś przecie na pewno dowiedzieć, co tam jest w rzeczy. Ale jak to zwyczajnie w takich razach u szlachty bywało, namyślano się długo i na samym przebieraniu pomiędzy środkami strawiono dni kilka. Ta niezaradność zniecierpliwiła mnie do tego stopnia, żem postanowił na koniec sam do Źwiernika pojechać i przywieźć prawdziwą relację — i zakomunikowałem tę myśl Krzysztofowi. Krzysztof, który po tej wiadomości o wiele jeszcze skwaśniał i stetryczał, pochwalił mi ją i doradził, iżbym to zrobił, kazał mi tylko pogadać pierwej o tym z panią Strzegocką i niby to aż wskutek jej prośby o to tam jechać. Zgodziłem się na to i poszedłem zaraz do jej pokoju. A szedłem z miną dobrą i tak pewny tego, że z wdzięcznością przyjęta zostanie moja ofiara i że choć raz trafię w przekonanie tej nienawistnej mnie damy, że mi się aż serce rozradowało. Wchodząc tedy i zastawszy ją, jak zwyczajnie, haftującą coś w krosnach, mówię zaraz:

— Cóż tedy państwo uradziliście względem posłania kogoś do Źwiernika?

Pani stolnikowa na to popatrzyła się na mnie tak dziwnym wzrokiem, jak gdyby mnie strofować chciała za moją śmiałość i odrzekła:

— Niceśmy nie uradzili, bo nic nie potrzeba.

— Jak to nic nie potrzeba? — odpowiedziałem z równym zdziwieniem. — Ja bym sądził, że tej rzeczy tak pozostawić nie można.

— Ale to wszystko nieprawda — rzekła pani Strzegocka — wszakżeż już tyle lat, jak ojciec Zuzin umarł; czyż to z grobów powstają umarli? Doprawdy, że nie wiem, co wam wszystkim jest, że wierzycie tym baśniom.

— My nie wierzymy temu — rzekłem na to — żeby pan stolnik nieboszczyk sam istotnie się jawił w Strzegocicach; ale mógł się tam zjawić awanturnik jaki, których teraz niemało, i ten mógł czy to dla zysku, czy w innych celach jakich podobnego oszustwa się dopuścić.

— Ale gdzież tam! Ręczę, że nie ma nic na tym.

— Ja bym przecież sądził, że należałoby się przekonać o tym, bo to w każdej plotce bywa zwyczajnie pół prawdy. — A ona na to:

— Już ja się nie zgadzam na takie zdanie. Znam plotki, w których ani jednego słowa prawdy nie ma.

— Jakkolwiek bądź jest, jeżeliby moja chęć dobra odrzuconą nie była, to ja bym chętnie sam pojechał.

— A... jeżeli waszmość jedziesz — odpowiedziała na to z flegmą pani Strzegocka — i zechcesz po drodze wstąpić do Źwiernika, to i owszem, prosimy, abyś nam stamtąd napisał.

Po takiej odpowiedzi każdy się łatwo domyśli, jakie uczucie mną zawładnęło. Smutny i tak zbity z tropu, jakby mnie kto polał ukropem, wyszedłem z pani stolnikowej pokoju.

O miłości! Ileż to i najdrażliwsze serce znieść nie potrafi dla ciebie!

Michałowskiemu nie potrzebowałem powiadać, jaki obrót wzięła ta moja rozmowa, bo ten tylko spojrzał mi w twarz i zaraz poznał, co było. Jakoż wziął mnie za rękę i rzekł tylko te słowa:

— Kochany bracie, żal mnie ciebie od serca!

Kiedyśmy się spać kładli, Michałowski mi mówił:

— Smutno mi to bardzo, że te twoje sprawy tak nieszczęśliwy obrót biorą; Bóg mi świadkiem, że gotów jestem połowę mojego szczęścia odstąpić, aby ci twoje zapewnić; ale cóż ja pomogę? Nic nie wysiedzę, nic nie wygadam i snadź499 już tylko jeden czas albo jaka szczęśliwa okoliczność może rzecz tę pomyślnie zakończyć, a to już trzeci tydzień mija, jak ja tu wysiaduję.

Widziałem ja, do czego zmierzała ta mowa, i wiedziałem, że ma słuszność pan Krzysztof, bo zostawił gospodarstwo, dom, żonę i dzieci o sto mil od siebie; rzekłem tedy:

— Kochany Krzysztofie, jedź ty, jedź z Panem Bogiem; ty mi tu nic nie pomożesz, a tam w domu kto wie co się dzieje? Dziękuję ci za tyle trudów, które poniosłeś dla mnie w Tarnowie i Bóbrce, a kiedy bym widział, żeś mi tu potrzebny, to ja nie będę się wahał napisać do ciebie.

— Pojadę — rzekł Michałowski — muszę pojechać; jutro się wybiorę.

Tymczasem dnia drugiego ledwie co Michałowski wyjechał, zaraz z południa zajeżdża przed ganek bryka końmi zaprzężona, niemiłosiernie wypakowana, a w niej Kąkolnicki, ów znajomy nam wuj mego współzawodnika, starościca Lgockiego. Przyjazd jego o sto mil i w takich okolicznościach niemile mnie przeraził, a kiedy do tego jeszcze pani stolnikowa gościa tego przyjęła z niezwyczajną grzecznością i uprzejmością, tom już był tak znudzony i tak mnie chęć do wszystkiego, a nawet do życia odpadła, że mi nawet rozmowa z Zosią tylko jakiś żal i boleść sprawiała.

Do wieczora atoli postać rzeczy się całkiem zmieniła. Kąkolnicki nie przyjechał ani promować konkurencję Lgockiego, ani go deklarować, ale przyjechał go szukać; starościc bowiem, jak wyjechał w dni kilka po moim uwięzieniu na Litwę, tak i przepadł jak kamień w wodzie. Krewni jego zrazu byli spokojni i wyczekiwali wiadomości od niego, ale gdy ta nie nadchodziła, a miast niej poczęły roznosić się różne wieści: to, że zajechał aż gdzieś w Żuławy i tam jako konfederat pojmany i do pruskich fortec odstawiony; to, że od rozbójników w Górach Świętokrzyskich zabity; to, że przy napadzie na zamek Murdelionów usieczony — krewni jego się zaniepokoili do ostatka i pana Kąkolnickiego za nim wysłali. Wiadomość ta niedobrą była dla pana Lgockiego i jego krewnych, ale dla mnie nie zawierała nic złego, powiem nawet prawdę, że mnie w dobry humor wprowadziła. Niedobrze to jest cieszyć się z cudzej szkody, ale trudnoż naturę ludzką odmienić. Gniewało mnie to cokolwiek, że pani Strzegocka więcej rada była panu Kąkolnickiemu niż każdemu innemu, że się do znudzenia dopytywała o Lgockiego i wszystkie o nim krążące wieści; ale koniec końców wolałem to, niż gdyby sam starościc przyjechał. Ale nie dosyć na tym. Pan Kąkolnicki potwierdził także wiadomość o Zuzi, którą każdemu komunikował z osobna. I pokazało się, że nie kto inny, tylko Murdelio, świeckiego pana postać na siebie przybrawszy, przyjechał był do Strzegocic, powiedział się ojcem Zuzi i zyskał u niej wiarę całkowitą. Przywiózł potem ze sobą barona Holmfelsa, ożenił go z nią i uczynił im zapis znaczny na swoim majątku. Państwo młodzi po ślubie zamieszkali w Tarnowie, Murdelio zaś po raz setny zniknął bez wieści, dając znowu powód do najróżniejszych o sobie pogłosek.

Potwierdzenie się tego wypadku, jakie uczyniło wrażenie na wszystkich, nie będę już opowiadał obszernie, a nadmieniwszy to jeszcze, że we dwa dni potem w samej rzeczy list przyszedł od Zuzi, przepraszający matkę, że dla nagłości nie miała czasu naprzód prosić o błogosławieństwo, dodam tylko, iż to wszystko znowu mnie dobrze usposobiło, i to tak dobrze, żem postanowił bezzwłocznie przystąpić do deklaracji.

Jakoż zaraz dnia następnego po wyjeździe pana Kąkolnickiego z dziadkowego dworu, wypatrzywszy chwilę, w której pani stolnikowa sama się znajdowała w apartamentach, wszedłem do niej i począłem w ten sens:

— Niechaj to waszmość pani cale nie będzie dziwno, że na tej drodze, na której mi się raz powinęła noga, po raz drugi jeszcze swego szczęścia próbować przychodzę. I nie tylko nie ma mi to być policzonym za złe, ale owszem, krok ten sam winien dać mnie świadectwo, że tylko szczery i niczym niezwyciężony afekt dla panny Zofii jest jego powodem. Ile zaś afekt ten jest statecznym i od wszelkiej rachuby dalekim, mam tę nadzieję, że zaświadczy samo sprawowanie się moje, serdecznym przywiązaniem dla całego domu i wszelkich spraw waszmość dobrodziejstwa tchnące i pomimo wielu przykrości, w niczym do dziś dnia nieodmienione. Nie chełpiąc się wcale żadnymi zasługami moimi, mogę mieć jednakże, jak mi się zdaje, śmiałość rachowania na pewne względy, tak u waszmości dobrodziejki, jako i u całego jej domu, a nie będąc w niczym gorszym choćby i od najlepszych obywateli i czując się wcale w przyzwoitej i stosownej do tego pozycji, rzucam się jeszcze raz do nóg waszmości pani i najpokorniej upraszam, iżby mi wolno było stanąć nareszcie u celu najgorętszych mych życzeń i dozgonnym węzłem połączyć się z tą, dla której dawno już ślubowałem całe szczęście mojego życia.

Pani stolnikowa, lubo500 podczas mowy mojej różnie się mieniła na twarzy, wysłuchała mnie jednak cierpliwie, a kiedym skończył, odpowiedziała:

— Hm!... Wiedziałam naprzód, że się to tak skończy... Ale, doprawdy, nie wiem, czy waszmość serca nie masz, czy rozumu na koniec nie masz, że nie wiesz, co być może, a co nie może. Ja waszmości bardzo wdzięczną jestem za to wszystko, co nazywasz poświęceniem się czy przywiązaniem dla domu mego i dla mnie; ja mu tego nie zapomnę do śmierci... pewnie mu nie zapomnę... i wdzięczną będę w każden podobny sposób... ale tej pretensji, żeby przywiązanie do domu ręką córki wynagradzać... nie! Ja tego nie pojmuję.

— Mościa pani! — rzekłem ja na to dosyć porywczo. — Ja się nie mam za żadnego mędrca nadzwyczajnego, ale nigdy jeszcze nie dostrzegłem tego na sobie, iżbym rzeczy proste pojmował inaczej, jak je pojmuje świat cały. Konkurencja moja, lubo przez niezwyczajne przechodzi koleje, jest rzeczą prostą i tak, jak ja ją rozumiem, rozumieją wszyscy; ale postępowania waszmość pani ze mną i sam Salomon, gdyby wstał z grobu, wytłumaczyć by nie potrafił!

— Jeżeli waszmość przyszedłeś po to do mnie, ażebyś mi niegrzeczności gadał, to raczej skończmy rozmowę — rzekła pani Strzegocka i powstawszy z krzesła, chciała wyjść z tego pokoju. Ale ja nie dopuściłem do tego, wołając w głos:

— Pani! Tego jest nadto! Ja się staram już przeszło pół roku o rękę Zosi, pozyskałem sobie jej wzajemność, dałem niezaprzeczone dowody mojego przywiązania nie tylko dla niej, ale i dla samej pani...

— Dla mnie! — zawołała Zosina matka. — Któż dał dowody przywiązania? Waszmość? Jmć pan Gintowt? Jur z Borowiczek? Owa szlachta oszmiańska? Kto was prosił o takiego przywiązania dowody? Otóż wam powiem, że nie przywiązania dowody, ale zbezcześciliście mnie, zhańbili wobec całego świata! Nie cierpię was, nienawidzę, nie chcę widzieć na oczy!... — wołała pani stolnikowa, zakrywając chustką spłakane oczy. Tedy ja na to łagodnie:

— Nie chcę ja sądzić w tej sprawie, bo na to, jako widzę, trzeba by znać wszystkie ludzkie serca na wylot. Pomimo to jednak trwam statecznie przy mojej prośbie...

— Nie dam córki waszmości! — przerwała mi pani Strzegocka. — Gdybym cię na śmiertelnym łożu konającego widziała z miłości, jeszcze by mnie to nie wzruszyło! — Śród tych słów drzwi się otworzyły i powolnym krokiem wsunął się dziadek do izby, a widząc córkę zapłakaną i wołającą do mnie coś w gniewie, spytał z wolna:

— Cóż to się dzieje?

— Panie! — zawołałem ja na to, składając ręce do niego. — Ty umiesz czytać w ludzkich sercach, ty dobrze czytałeś w moim! Ty sądź, ty rozstrzygaj!

— O cóż to chodzi? — zapytał pan Wit.

— Deklaruję się po raz wtóry o rękę Zosi i po raz wtóry dostaję rekuzę.

— Rekuzę? — rzekł dziadek. — Któż śmie dawać rekuzę, kiedy ja już dawno przyrzekłem?

Na te słowa Zosia, która, zapewne swoim wybornym instynktem wiedziona, podsłuchiwała pod oknem lub drzwiami, ze łzami w oczach i drżąc cała nie weszła, lecz wskoczyła do naszej izby, co ujrzawszy dziadek, wziął ją zaraz za rękę i oddając mnie ją, rzekł:

— Oto jest twoja żona. Klęknijcie, niech was pobłogosławię.

Myśmy się rzucili na kolana przed dziadkiem, ale w tym momencie także i stolnikowa rzuciła się na kolana, wołając:

— Ojcze! — Ale on do niej:

— Precz! Nie kuś mnie do grzechu śmiertelnego przed grobem. — A do nas:

— Błogosławię was, dzieci moje, i życzę, abyście tyle doznali pociechy w życiu, ile ja smutku i utrapienia.

Na to pani Strzegocka zerwała się z kolan i drąc chustkę we dwoje, a łkając głośno, wyszła do przyległego alkierza; myśmy się milczkiem wysunęli na ganek.

W dzień św. Michała501 już wszystko było gotowe do mojego ślubu.

Konopka, zawezwany sztafetą przeze mnie, natychmiast przyjechał, ażeby wedle danego niegdy słowa służyć mi za drużbę. Po wiadomościach, odebranych od Zosi, spodziewałem się, że mu tym zawezwaniem przykrość wyrządzę, ale było wcale przeciwnie; przyszedł on na koniec do tego rozumu, że Zuzia nie była partią dla niego i rad był temu, że się to rozerwało. Dlatego w jego oczach zamiast smutku dojrzałem szczerą wesołość, a na ustach wdzięczność dla mnie, iż mu podałem sposobność przejechania i rozerwania się cokolwiek po dawniejszych trudach i umartwieniach.

Michałowscy, także natychmiast po deklaracji zawiadomieni przeze mnie, lubo się tylko jego samego spodziewałem, przyjechali oboje, za co nie mogłem się dosyć nadziękować ukochanej Jadwisi, która, będąc prawie jeszcze niezdrową, nie wahała się podjąć trudu tak dalekiej podróży, aby być świadkiem mojego szczęścia. Przyjęcie moich braterstwa przez stolnikową, która aż dnia drugiego po ich przybyciu raczyła się im pokazać, było tego rodzaju, że aż się spłakała Jadwisia; ale znajomość bliższa, zabrana z anielskiej dobroci Zosią, i świadomość jej przywiązania do mnie prędko te łzy ukoiła.

Z gości obcych w dzień ślubu cale niewiele przyjechało. Kobiety ani jednej... tak to silną i wszechwładną była jeszcze natenczas opinia publiczna! Z mężczyzn zaś tylko kilku starych pana Wita przyjaciół, Gintowt, Jur z Borowiczek i kilku młodzieży, których przyjaźń jam sobie przez czas mego pobytu na Litwie pozyskać umiał.

Tak więc o samym południu, podczas gdy koło ubogiej cerkiewki w dziadkowej wiosce sercem przywiązany do swoich panów lud wiejski oczekiwał na ciekawe dlań widowisko, drużki, którymi nikt inny być nie mógł, tylko jedenastoletnia córeczka Jadwisi i panna służebna Zosi, ubierały pannę młodą do ślubu. Zosia, niebożątko, płakała przy tym akcie rzewnymi łzami i miała wiele do płaczu powodów. Pomijam to, że w tym momencie żegnała się z całym wiekiem dziecinnym, przeżytym w niezwichnionym szczęściu u kolan kochającej ją niegdyś matki; że się żegnała z swoimi wszystkimi snami i marzeniami o tęczach i kwiatkach, z domem rodzinnym, z rodziną i owym najukochańszym dziadkiem, którego kochała tak, jak bluszcz wiotki kocha starą zamkową ruinę, przy której wzrósł, rozzielenił się, rozkwitł i giętkimi ją objąwszy ramionami, rad by już umrzeć tak przy niej i grób swój znaleźć u stóp jej... ale to była boleść wielka i wielkich łez godna, że jej wraz z tamtymi stratami przyszło tracić miłość ukochanej swej matki, która od dni kilku już ani słowa do niej nie rzekła, która słowa błogosławieństwa powiedziała tak zimno i obojętnie, że aż dreszcz nas przeszedł od stóp do głowy; która na koniec w sam dzień ślubu dostała spazmów tak uporczywych, że nawet do kościoła z nami pójść nie mogła.

Smutek ten Zosi i mnie się udzielił, udzielił się on i naszym gościom weselnym, a kiedyśmy szli do kościoła, to lubo502 Gintowt, który nam starostował, wesołością i igraszkami tak sadził, że inną razą byłby cały powiat przy nim w tan poszedł, dziś jednak nic nie skutkowało, a orszak raczej podobien503 był pogrzebowemu konduktowi niż weselnikom idącym po wieczne szczęście przed ołtarz Pański.

Pomimo to jednak, gdyśmy po tym smutnym obrzędzie dozgonnym węzłem połączeni ze sobą, powracali z kościoła do domu, a lud wiejski, stojący przed świątynią Pańską, rzucał się nam do nóg, wynurzając swoje afekta i życzenia, starsi z gromady powiadali mnie szczerze: „Smutny dzień ślubu, wesołe będzie pożycie”.

Ale Bóg nie chciał, aby się sprawdziła ta przepowiednia.