I
Owóż wydobywszy się w taki prawie cudowny sposób z mojego dziedzictwa, zaraz, nie czekawszy, poszedłem na powrót na moją arendę i jeszcze Panu Bogu podziękowałem za to, nie dbając wcale o to, czy mnie tam kto nazwie włóczykijem, arendarzem, spekulantem lub nie. Jakoż dawszy sobie do zwierciadła parol74 kawalerski, że już nigdy w żadne kupno bez statecznego zastanowienia mojego i mądrych ludzi porady nie wejdę, oddałem się mojemu staremu gospodarstwu z wielką pilnością. Jednak już jakoś i tutaj mi nie szło; urodzaju nie miałem tego roku, burze jesienne dużo mi dachów popsuły, sadowina, źle ususzona, cale mi wygniła na strychu, kilkanaście sztuk bydła mi wypadało i dom przez to, że przez całe lato i jesień stał zamknięty i pusty, niemałemu popadł zniszczeniu, osobliwie też na dwóch konterfektach moich przodków taka jakaś pleśń nagle osiadła, żem je aż musiał dać przemalować. Mój podstarości, człowiek stary a praktyk wielki, który jeszcze z moim ojcem służył w konfederacji dzikowskiej i był aż pod Gdańskiem, mówił mi:
— Wszystkiemu to temu, panie, winny te niepotrzebne przenosiny. Poruszyło się nieszczęście — które nieboszczyk pan skarbnik, lat dwadzieścia siedząc na jednym miejscu, przygniótł był sobą do ziemi — i teraz hula. Jak tylko się gdzie wiedzie, to nie pytać, czy to arenda, czy zastaw, czy respekt75 nawet, jeno siedzieć tam, choćby do śmierci — a kiedy nie idzie, to i z dziedzictwa uciekać. Toć my przecie z Sandomierskiego z własnych dziedzicznych wiosek poszli, a jeno przez to, że nam tam nie szło. Ot! i Pan Bóg jakoś odmienił! — ale młodemu to zawsze się hulać chce, a fortuny swojej próbować, bo pstro w głowie, mospanie, i cała rzecz.
Wysłuchawszy tej perory podstarościego, którą zawsze mu wolno było mieć do mnie, bo kolegował z ojcem i przez długie lata dobrego zachowania76 u niego zażywał, pomyślałem sobie: może też ma i prawdę? Cóż ja mogę wiedzieć, jakie są drogi Opatrzności? Jednak nie frasowałem się tym tak bardzo, bom strat wcale wielkich nie poniósł, a choćbym był i poniósł niektóre, to i to byłoby mi znowu tak wiele nie szkodziło; zbytków wcale nie byłem łakomy, a miałem tyle, że mi mogło i na zbytki wystarczyć. Gorszym było dla mnie, że zima nadchodziła, a z nią długie wieczory, i nudno mi tak było samemu. Wedle rady owego świątobliwego misjonarza brałem sobie wieczorami jakąś księgę poważną, więc Biblię Nowego Testamentu albo żywoty świętych pańskich i czytywałem je zrazu sam, po parę godzin codziennie, ale widząc, że tąż samą robotą mogę się stać użytecznym i drugim ludziom, a osobliwie tym ludziom, których Pan Bóg mojej powierzył opiece i za ich dusze mnie odpowiedzialnym uczynił, zarządziłem, aby po wydaniu obroków, po zamknięciu wrót wszystkich i spuszczeniu psów z łańcuchów, co wieczora przychodził podstarości, dyspozytor i kucharz, ex officio77 też mój Węgrzynek, do słuchania tej przystojnej lektury. I działo się tak codziennie, co wszyscy czynili chętnie, bo księgi te są rzeczą tak prostą, że je każdy zrozumie, a zarazem tak wzniosłą i zajmującą, że się ich odsłuchać nie można. Po odczytaniu kilkunastu kartek ja zawsze jeszcze zaintonowałem którą kolędę i słuchaczy moich rozdzieliłem na głosy, co się bardzo pięknie wydawało, a tak się wszystkim podobało, że nigdy żaden na tę nabożną praktykę nie chybił ani się nawet spóźnił. Nie dosyć na tym: obcowanie za pośrednictwem Pana Boga z moimi ludźmi przyniosło mi i ten pożytek, że się wszyscy daleko lepiej podtenczas pilnowali w robocie, nabrali więcej poufałości do mnie, ale zarazem i uszanowania. Niebawem też i kilku parobków przyszło do mnie z prośbą o pozwolenie im przychodzenia także na tę kolędę, a szewc bóbrecki z swoim szwagrem kowalem nie ustąpili mi się póty, pókim ich także do tego bractwa nie przyjął. Jakoż dzień cały gospodarką, a wieczór ową nabożną praktyką wypełniwszy, anim się spostrzegł, że Boże Narodzenie już dawno minęło, a myśmy po lekturze miast kolęd śpiewywali godzinki, w których szewc, jako mistrz w tym kancie, swojej profesji właściwym, pomimo mego intonowania, jednak zawsze potem prym sobie zdobył i rzecz całą prowadził. Nie odbierałem szewcowi tej pociechy, jako jedynej okazji, w której rej wodzić mógł, i owszem, ciesząc się z tego, żem się przez ten mój pomysł stał kilku przynajmniej ludziom do pobożnej służby Panu Bogu powodem, starałem się każdemu z moich gości wieczornych jakiś prym dawać w czymsiś, iżby się tym więcej przywiązywał do tej rzeczy.
I zajmowała, i bawiła mnie ta robota; począłem nawet sobie już jakieś plany układać, czyby nie można to bractwo moje na całą wioskę rozciągnąć. I myślałem sobie nieraz, jaka by to była piękna przed Panem Bogiem i ludźmi zasługa, gdybym to ja gromadę moją pomału, przez opowiadanie słowa bożego i żywotów świętych, w tej przenajświętszej, w której się rodzą, żyją i umierają, katolickiej religii pięknie umocnił, pobożność i cnotę w nich ugruntował, pokory i wytrwałości w tych nieszczęściach światowych nauczył — jacy by to potem byli ojcowie, jacy gospodarze, a jacy słudzy Kościoła. Zresztą, czemuż by to i żołnierz nie miał z tego być? Widziałem ci, że monarchowie postronni mają całe regimenta z samych chłopów złożone. I tak różne myśli mi się snuły po głowie i Bóg wie co za ogromną rzecz byłbym wymyślił, gdyby nie ta ułomność ludzkiej natury, której, niestety, i ja podlegałem.
Owóż jak drzewo każde ku wiośnie ożywia się wewnątrz, puszcza pączki i liście i już nieodmiennie musi odbyć tę, którą Bóg mu przeznaczył, kwitnienia sprawę, tak i ja wtedy, mając się albo raczej już będąc w wiośnie mego żywota, musiałem uczuć w sobie ową czczość i jakieś przy tym pragnienie, które mi powiadało: Jesteś sam, a przecież nie to jest twoje przeznaczenie.
To poczuwszy, długo się zastanawiałem nad sobą. Żenić się, wcale to ludzka rzecz i obowiązkiem każdego jest, owoż i mnie należałoby się uczynić to, ale azaliż78 już do tego dla mnie jest czas? Młodym79 jest, skąpo doświadczenia u mnie, ot! niedawno uczyniłem rzecz, z której cudem bożym wybrnąłem, sam sobie w żaden sposób rady dać nie umiałem — nuż żona spyta o jaką radę! A jak należy robić to albo owo? Jak dzieci chować? Jak je potem prowadzić? Jak fortuną zarządzić? Naprzeli80 się czego, co będzie złym — znajdęż81 ja tyle w mej głowie rozumu, abym ją od wszystkiego złego powstrzymał i żonie, i dzieciom dobry przykład ze siebie dał? Przyjdąli82 (Boże uchowaj!) jakie nieszczęścia albo frasunki, które nie tylko samemu potrzeba będzie znieść, ale jeszcze i żonę w troskach utulić i pocieszyć, i od dalszych nieszczęść ochronić — będęż83 do tego potrzebną moc duszy i cierpliwość miał?
Więc kiedy mi się takie myśli snują po głowie i męczą mnie, to z drugiej strony znów jakaś niespokojna krew powtarza mi wciąż: żeń się i żeń; tyś dzisiaj na świecie nic, stoisz na tej ziemi sam, jak ono drzewko liche na miedzy, i choćbyś wyrósł wielki jak dąb, przyjdzie czas, upadniesz w proch, zgnijesz i ani śladu nie zostanie po tobie.
I tak to było, kiedym sobie przypomniał słowa nieboszczyka mojego ojca, który krótko przed śmiercią mówił mi:
— Starym84 już, panie Marcinie, i lada dzień przyjdzie mi iść do owej gromady Nieczujów, którzy gdzieś w niebie dosługują Panu Bogu tych służb, których przez wojny i niepokoje nie mogli dosłużyć tu. O! I u mnie się znajdzie niemały do zapłacenia dług, bo się wiele czasu zmarnotrawiło na służbach postronnych. Ale ty zostaniesz młody i zaledwie od ziemi odrosły, któż ciebie poprowadzi w dalszy świat? Rad specjalnych żadnych nie mogę ci dać, bo czyż to wiem, w jakich terminach będziesz? Ale pamiętaj sobie to: primo, bez wysłuchania mszy świętej żadnej wielkiej nie poczynaj imprezy; secundo, bez spowiedzi i przyjęcia ciała i krwi Pańskiej żadnego solennego aktu nie czyń; a tertio, kiedy będziesz in dubio85 w jakiejkolwiek materii, starych a prawych ludzi się radź. Póki żyje pan Błoński, niechaj on będzie kompasem dla ciebie.
Pan Błoński, dziedzic Kotowa, Berezki i wielu innych włości, dawniej chorąży, później stolnik sanocki, a podczas konfederacji jednomyślnie marszałkiem obrany, który to urząd jednak dla wieku swego i podagry odrzucił, mieszkał tylko o milę ode mnie. Zaraz też nazajutrz pojechałem do niego i pograwszy z nim jaką godzinkę w warcaby, w którą to grę każden86 gość zawsze z nim musiał grać, rozpocząłem długą w materii ożenienia się mego naradę. Owóż, wysłuchawszy mnie, tak mi on rzekł:
— Chwali się to waści i bardzo, że postanowienie się w stanie małżeńskim za akt ważny uważasz i czynisz go materią statecznego rozmysłu. Cieszyłby się skarbnik nieboszczyk tym niepomału87, gdyby żył jeszcze; jednakże zanadto skrupulatnie rzecz bierzesz i za mało ufasz sobie. Rannego wstania, rannej siejby i rannego ożenienia jeszcze nikt nie żałował, a którego doświadczenia jeszcze dziś nie masz, tego z czasem nabędziesz. Moja rada, nie marnować czasu daremnie za młodu i samowolnie się nie narażać na złe pokusy. Puść się waść trochę w świat, właśnie idą zapusty, oglądaj się pomiędzy ludzi i szukaj, a kiedy co znajdziesz, do czego byś pociąg serca miał, to niech Bóg błogosławi. Tylko się nie pnij pomiędzy pany, bo z paniątkiem to bieda.
Ja też odpowiedziałem:
— Niech mnie Bóg broni, panie chorąży dobrodzieju, żebym się piął wysoko! Nieczujowie zawsze pośrodku, ale dobrego rodu musi być, bo z byle kim krwi mojej nie zmięszam88. Nie dałbym spać spokojnie moim ojcom po grobach.
— Tak się należy — odpowiedział pan Błoński — ale szlachta nasza sanocka jest dobry ród, chociaż ubogi, a może i niejednemu senatorowi by trochę dziadów i babek zabrakło, gdyby się z nimi obliczył. Kto tego ciekawy, niech zaglądnie do ich familijnych papierów, które starannie chowają, a przekona się, że prawda jest, co powiadam. Kiedym stolnikował tej ziemi, zdarzało mi się nieraz widzieć u nich dokumenta jeszcze od Bolesławów in originali89, a to niemała rzecz, mospanie, bo u nas, jeżeli kto sięgnie rodem do Ludwika Węgierskiego, to już powiada się wielką krwią90. I nie ma się co na to oglądać, że ich przodkowie ani się gęsto rozsiadali w senacie, ani się bardzo pięli do wysokich zaszczytów, bo przecie wiadomo jest, że ziemia ta nawet nieczęsto bywa wspominana w historii. Nie wadzi to jednak nic do starożytności rodu tutejszej szlachty. Ziemia ta, odgraniczona prawie dokoła górami od innych, a południową stroną do samych Węgier przypierająca, od wieków rada zamykała się w sobie samej, a jak ona mało mięszała się do wewnętrznych spraw Rzeczypospolitej, tak i Rzeczpospolita nawzajem mało wglądała w nią. I dobrze było obudwom91 z tym, a to o tyle lepiej, ile że Rzeczpospolita z przyczyny ziemi sanockiej nie miała nigdy żadnych ciężarów ani kłopotów, a natomiast miała z niej pewną i uczciwą pomoc w każdym naglejszym razie. I tak nieodmienna tradycja jest, że podczas wojny Jagiełły z Krzyżakami ziemia ta tak piękną wystawiła chorągiew, że aż samemu królowi wpadła w oko i miało być tak, że kiedy w siedem lat po owej bitwie grunwaldzkiej Władysław król z Elżbietą, córką Ottona z Pilczy a wdową po hrabi Granowskim, ślub miał brać, to przez wdzięczność za ową przysługę sanockiego rycerstwa, brał go w kościele w Sanoku, któremu to obrzędowi szlachta tutejsza asystowała in pleno92, o czym nawet piszą historykowie. Jednak kto by chciał historię tej ziemi układać, co by była rzecz bardzo piękna i uczciwa, ten daleko dalej by musiał sięgnąć, a to aż w owe zamierzchłe czasy, kiedy całe góry sanockie były tylko kilku rodów szlacheckich własnością. Niektóre z nich chowają się jeszcze dzisiaj, a lubo już tak podupadły, że tylko na jednej albo na kilku wioskach siadują, to jednak znajdą się u nich dowody na to, czym ich przodkowie bywali dawniej i kędy były ich dziedzictwa granice. Ile mnie jest wiadomo, to najdawniejszymi rodami w tych górach są: Urbańscy, Karszniccy, Osuchowscy, Troskulascy i Wisłoccy. Późniejszymi czasy przyszli dopiero z Węgier Balowie i wciąż ziemie kupując a bogato się żeniąc, do wielkiej powagi tu przyszli, a nawet i owych starodawnych przyćmili, bo najdują się i w senacie, i na kasztelaniach drążkowych, i podkomorstwach bardzo gęsto. Bobowscy zaś, Strzeleccy, Krajewscy, Górscy to już późniejsi, ale za to znowu od nich dawniejsi Laskowscy, którzy idą od Oświecimów, i Konarscy. Jakoż piękne miejsce zajmują Bukowscy z Nozdrca i Bukowa, Trzcińscy z Dynowa, Żurowscy z Rączyn, Nowosielscy z Wojtkowy, Chojnaccy ze Strwiążyka, Dydyńscy z Sielnicy i Witryłowa, Łazowscy z Dydni; dalej Tarnowieccy, Łaszewscy, Walewscy i Zarembowie, na koniec Pieniążkowie, którzy z krakowskiej, Wiktorowie z sądeckiej, Brześciańscy z Rusi Czerwonej, Gniewoszowie z przemyskiej, Łosiowie z halickiej ziemi, a Jordanowie znad Wisły tutaj pozachodzili, gdzieś aż około pierwszego najazdu Szwedów na Polskę. Że nie wspominam o znakomitszych tej ziemi domach, jako o dawno wygasłych już Kmitach i dziś żyjących Krasickich i Stadnickich, którzy, lubo tutaj niektóre ziemie posiadali, jednak pierwsi mając Krasiczyn, drudzy Łańcut kolebkami swych rodów i mieszkając już prawie w senacie, raczej do całej Rzeczypospolitej należą i w komput93 prowincjonalnej szlachty nie wchodzą. Na dowód starożytności owych rodów szlacheckich, o których najpierwej wspomniałem, nie tylko służyć mogą niektóre dokumenta i pamiątki, które się pomiędzy potomkami przechowały, ale głównie podania, które się w ich ubogich dziś dworkach razem ze starymi Bibliami i kronikami pielęgnują. Do niektórych imion przywiązane są odwieczne, a czasem bardzo piękne powieści, które jawnie świadczą o ich najdawniejszym pochodzeniu i owym, dziś już wyziębłym, znaczeniu, którego dawnych czasów zażywały. Przodek pomiędzy nimi wszystkimi trzyma ród starodawny Urbańskich, o których to powiadają: praszczur ich w prostej linii, który żył za króla Bolesława Chrobrego, a jeszcze wedle ówczesnych obyczajów się inaczej nazywał, był okrutnie bitnym rycerzem i mając własną na swoim sumpcie94 utrzymywaną chorągiew, całe życie trawił na wojnach. Owoż, kiedy Bolesław król wojnę miał z Rusinami, ów Urbański przyszedł mu ofiarować swój sukurs95 i wyćwiczonym żołnierzem swoim tak potężnie Rusinów gromił, że aż sobie szacunek, a potem i przyjaźń królewską pozyskał. Owoż, kiedy się Polacy z Rusinami spotkali nad Bugiem i wielką bitwę im dali, jakoś szczęście poszło na stronę nieprzyjacielską; Urbański jednak przytomności nie tracąc, a widząc, w którym miejscu najgroźniej nieprzyjaciel prze, kiedy tam wytnie ze swoimi, zaraz też i szala szczęścia przeważyła się na stronę naszą, a Bolesław król po staremu ze zwycięstwem odeszedł. Urbańskiemu jednak za owo męstwo dał taki przywilej, żeby szedł tutaj w te góry i ile sobie ziemi mieczem zdobędzie, tyle jej może posiąść dla siebie i potomków swoich. Otóż on, jak tu wpadł, to całą przestrzeń, co to dziś nazywają za Chwaniowem, od samego Przemyśla i Dobromila po prawym brzegu Sanu, aż po dzisiejsze Lesko i Ustrzyki, zabrał i opanował. Wielkie miał tedy państwo ten rycerz, a chociaż potem dużo ziemi od jego potomków poodpadało i snadź pomieniali za inne, to jednak tej familii fortuna tutaj przez długie czasy największą była, a za mojej pamięci jeszcze do Urbańskich w samym Sanockiem należało do kilkudziesiąt wsi; ale służbę około Rzeczypospolitej nigdy inaczej nie odbywali, jeno z żelazem w ręku, a do wysokich urzędów się nie pięli, bo już taki był obyczaj w ich rodzie. Co nawet bardzo pięknie za nimi świadczy, bo owe parcie się do zaszczytów i urzędów, to zawsze pokazywało się, że to jeno była żądza starostw, intrat96 lub władzy w celach jakich partykularnych97. Otóż to tak było, mospanie — kończył pan Błoński — i tak się ma rzecz z owym szlachectwem sanockim; gdzie zaczepisz, mospanie, to czy będzie fortuna, czy nie, ale krew pewnie jest.
Z wielką uwagą słuchałem tych pana chorążego powieści, które jeszcze dalej ciągnął, bo jako tak stary człowiek, każdy prawie ród na palcach znał. I dawniej to jakoś u wszystkich pierwsza była rzecz, ażeby i swój ród, i sąsiadów dobrze znać i stąd zawsze wiedzieć, co się komu należy. Za moich czasów dopiero, kiedy ludzie poczęli się filozofią bawić, a rozum nad dawne zwyczaje wynosić, dopiero i tamto wszystko wzięło w łeb, a dziś niejeden już może nie wie, jaki i był jego dziad.
Otóż nasłuchawszy się wielu ciekawych rzeczy od pana chorążego i wszystko to sobie pięknie w głowie rozważywszy, wróciłem z postanowieniem puszczenia się trochę w świat, a kiedy by Bóg dał, to i poszukania sobie żony w jakim uczciwym domu szlacheckim. Dopieroż począłem sobie roić po głowie: jaki wóz wezmę w tę podróż? jakie konie? jak sobie ludzi ubiorę? w którą udam się stronę? Ot! Jak to u młodych bywa zwyczajnie. Ale to człowiek tak, a Pan Bóg inak. Jednego dnia, kiedym ani pomyślał o tej podróży i w mróz trzaskający, że aż gonty pękały na dachach, krzątam się koło śpichrza, patrzę, sunie Mazur z kobiałką na plecach i z listem za wstążką od kapelusza, a zziąbł jak lód.
— Pochwalony.
— Na wieki. A skąd to?
— Z Kosyc.
— Od kogo?
— Od Konopki.
— Od Konopki! — zawołałem. — A cóż to, Konopka twój brat?
— A widzi, tak go wołają.
— Co widzi? Co wołają? Przecie to twój pan.
— A ino.
— No to kiedy ino, to mówże „pan”.
— Jj! To ta wszyćko jedno, jegumość, bom straśnie zziąb.
— A żebyś i zamarzł, to jeszcze oddaj, co się komu należy.
— Jj! On ta na to nie dba, będzie on i tak panem.
— No to pewna, że będzie! — i wziąłem list od Mazura; a kazałem go dobrze paść i poić, żeby tam między Mazurami nie nagadał, że tu nie dosyć, że zimno, ale jeszcze głód. Otóż Konopka pisał mi tak:
„Kochany bracie! Żenię się, przyjeżdżaj, bo zaraz ślub. Twój sługa i brat. Konopka ręką swą”.
No! — pomyślałem. — Jeno by im nagrobki dać pisać tym Mazurom! Jak pałką uciął, taki list. Nie darmo to mi o nich mówił pan Urbański, że leniwi. Żeby choć był napisał, kiedy ten ślub? W jakiej wsi? Z kim się żeni? Ale to już trudno, musi i tak być.
Rozporządziłem więc zaraz cztery dobre podjezdki, skarbniczek98 przystojny jeszcze po moim ojcu, ale prawie jak nowy. Węgrzynka mego w nowy mundur ubrałem, wierzchowego konia osiodławszy, kazałem przypiąć do dyszlowych, aby to mieć zaraz szkapę od jakiego przypadku — i na drugi dzień świtem ruszyłem w Mazury. Kto mnie zdybał jadącego tak buczno, chociaż to nie powinno było nikogo zadziwiać, bo to rzecz kawalerska, każdy pytał:
— A dokąd to waszmość tak strojnie?
— Na Mazury — odpowiadam.
— Oho! To już pewnie gdzieś w konkur; dajże Boże szczęście!
Nic nie odpowiadałem już na to, bo gdzieżby to się każdemu tłumaczyć? Zresztą myślcie wy sobie, co chcecie, a ja wiem swoje. Otóż dnia drugiego wieczorem, przyjechawszy do Tarnowa, prosto walę w gospodę — a stała ta gospoda na tym miejscu, gdzie się przedmieście Strusina zaczyna, na samym rogu po prawej ręce, i był to dom lichy, drewniany, przygarbiony i stary. Dach na nim mchem obrośnięty i miejscami pozapadany, brama krzywa z ogromnym drewnianym progiem; jednak wszyscy tam zajeżdżali, więc i ja, zajechawszy i ze skarbniczka wylazłszy, pytam zaraz na wstępie:
— Nie masz tu pana Konopki?
— Nie ma — odpowiada gospodarz, człek mały, rudowłosy i w szarą jakąś opończę zagarnięty.
— A kiedyż jego ślub?
— Nie wiemy, panie.
— Z kimże się żeni?
— Hanuś — zawołał tedy gospodarz na swoją żonę — z kim to się żeni pan Konopka?
Wyszła z drugiej izby młoda a figlarnych oczu gosposia i pokłoniwszy się mnie:
— Pan Konopka? — odpowiedziała. — Pan Konopka się cale nie żeni; on się dopiero stara o pannę ze Źwiernika, ale to jeszcze daleko.
— Nie może być — rzekłem na to — lada dzień ślub.
— Już to nie, panie — odpowiedziała karczmareczka — przecieżbym ci o tym wiedziała.
— Nie wiem, dlaczego byś koniecznie miała to wiedzieć — mruknąłem to sobie pod nosem i spytałem znowu: — A nie masz tu kogo z okolicznej szlachty?
— Są, panie, w izbie na drugiej stronie.
Szedłem więc tam, ale ponieważ karczmareczka z swoim filuternym wzroczkiem wyszła jeszcze za mną do sieni, aby mi drzwi do tamtej izby pokazać, więc rzeknę do niej:
— Aspani99 znasz pana Konopkę?
— Czemuż bym nie miała znać, panie? — odpowiedziała mi na to z uśmiechem.
— To mnie bardzo kontentuje — odpowiedziałem również z uśmiechem i wszedłem do owej izby. Przy stole, pod samym oknem, siedziało tam trzech szlachty, Mazurów — ale jakiejś pospolitej szlachty, bo mieli na sobie wytarte delie albo raczej opończe baranami podbite, spod których niemniej wytarte wyglądały żupany — i śród chmur dymu tytuniowego, którego używanie jakoś z wejściem wojsk cesarsko-niemieckich bardzo poczęło było wchodzić w modę, pociągali sobie z blaszanych półgarcówek piwo tarnowskie. Koło nich stał żołnierz cesarski, którego rangi jednak nie mogłem rozeznać z munduru, i kurząc ogromną lulkę, coś im tam rozpowiadał. Kiedym wszedł, rozmowa ich nie przycichła, aż kiedym rzekł: „Pochwalony!” — dopiero odezwali się: „Na wieki!” — i dyskurs przerwali.
— Przepraszam waszmościów — rzekłem — że im zabawę przerywam, ale jestem obcy, a chciałbym się tu dopytać o pana Konopkę.
— A z daleka waszmość? — odezwie się jeden, poprawiając czapki zabrukanej na bakier.
— O, z daleka, mospanie.
— O pana Konopkę waszmość pytasz? — odezwie się drugi, który był siwy jak gołąb, wysoki, szaraczkowy żupan baranami podbity na sobie miał, a pasem litym bogatym, ale wyszarzanym po wierzchu był opasany; patron jakiś trybunalski czy foralny100, jak mi to potem powiadano: — Był on tu wczoraj z rana, ale z panami Lubienieckimi pojechał do siebie.
— Kiedyż ślub? — zapytam.
— Ślub? — rzeknie stary. — Pono101 jeszcze daleko.
— Co u diabła! — mruknąłem sobie pod nosem. — Przecie pisze wyraźnie, że zaraz.
Tymczasem druga102 szlachta znów do mnie:
— Kogoż mamy honor poznać w waszmości?
— Obcy, mospanie; przepraszam, że przerwałem zabawę — odpowiedziałem i wyszedłem, widząc, że to nie dla mnie kompania, ale wychodząc, słyszałem wyraźnie głosy: „Paniątko jakieś!” — a drugi: — „Może konfederacik, któremu się nie podoba kompania z cesarskim”.
Tymczasem już i noc nadchodziła, więc rzekłem do gospodyni:
— Ja bym tu i przenocował, gdyby była izba jaka po temu.
— Nie masz, wielmożny panie, innej jak tamta — odpowiedziała gospodyni — a to pijacy, to posiedzą do późna w noc, zwłaszcza że ta szlachta to dzierżawcy książęcy i mają jakiś proceder z księciem, w czym zasięgają rady owego patrona, a ten patron lubi piwo, to pewnie radę swoją będzie przedłużał choćby i do północy.
— Jaki zaś jest ten żołnierz? — spytałem.
— To jest syn owego patrona, który już lat parę służy u cesarskich, a którego wszędy ojciec bierze ze sobą, gdzie darmo pić dają.
— Bardzo pięknie mówisz, moja mościa pani, musiałaś się gdzieś chować w przystojnym domu.
— Ja jestem rodem z Radomyśla, mieszczańskie dziecko, ale służyłam kilka lat w domu pani Strzegockiej w Źwierniku, a to dom wielki i pański...
— Tamże to, gdzie konkuruje pan Konopka?
— Tam, panie. Ho ho! Wiem ci ja o wszystkim, wiem.
— No, to bardzo ładnie, ale przecie ja bym chciał gdzieś kąta jakiego do spania... Ot! Wiesz asani co, kiedyś taka sprytna, szepnij no temu patronowi do ucha, że ja bym mu zapłacił garniec dobrego miodu, jeżeliby się ze swymi klientami przeniósł do waszej izby.
— Przecie jegomość mógłby i w naszym alkierzu nocować.
— Zapewnie103, że mógłbym, ale ja wolę już tam.
— Jak wielmożny pan rozkaże.
I poszła sprytna karczmareczka, a niegdy służąca pani stolnikowej Strzegockiej, do swoich gości i wnet ich przeniosła do siebie. Tym sposobem dostałem kwaterę, w której też zaraz rozgościłem się jak u siebie. Ale ledwie co pacierze odmówiwszy, począłem trochę usypiać, słyszę jakiś hałas na drugiej stronie. Pomacałem koło siebie, ażali104 szabla stoi przy łóżku i czy ręką pistoletów dosięgnę leżących na stole, i znowu się położyłem. Aliści105 hałas znowu się odzywa, ba! słychać nawet turkot i trzask jakiś wyraźny. Zerwałem się z łóżka i wciągam prędko buty na siebie, kiedy w tym momencie słyszę szturm do drzwi moich. Biegnę z pałaszem dobytym w lewej, a z pistoletem w prawej ku drzwiom, aż tu i głos pode drzwiami kobiecy: „Na miłość Boga żywego, puść mnie pan!”. — Otwieram: zaraz tedy wpadła karczmarka do mojej izby, zadyszana i drżąca ze strachu. Już więc nie pytam, co to jest, bo sam widzę wyraźnie, jak w owej izbie naprzeciwko jacyś ludzie tłumią się między sobą, a to tak, że się aż po podłodze walają, a mój Węgrzynek wali to wszystko z góry stołkiem, a patron leje wodę na nich, właśnie jakby na psy, kiedy się pożrą pomiędzy sobą. Przybiegłem więc aż do tamtych drzwi, aby się przypatrzyć, ale trudno było dobrze rozróżnić, bo pełno było dymu w izbie, a łojówka się słabo paliła; poznałem tylko zaraz owych dwóch szlachty i owego żołnierza w mundurze, jakoż jeszcze kilku, to w ciemnych kapotach, to w białych mundurach, przy których się guziki świeciły. Więc aby także coś zrobić ze swojej strony, wymierzyłem z pistoletu w jakiś guzik świecący i wypaliłem, a potem Węgrzynkowi przyszedłszy na sukurs, poczęliśmy prędko i jednych, i drugich na dwór wyrzucać, to oknem, to drzwiami, jak się zdarzyło; wszędzie zaś, gdzie się guzik zaświecił, jeszcze pięścią po łbie albo w kark doprawiając. Przymieszał się do nas niebawem i sam gospodarz, który z szczerej niechęci ku wszelkiej bitwie już był gdzieś leżał pod żłobem, i takeśmy prędko plac oczyścili, że mój Węgrzynek, rozmachawszy się, kiedy już nieprzyjaciół zabrakło, nawet i samego gospodarza oknem na dwór wyrzucił. Po czym chciał bramę zamykać i spokojnie się do snu układać, ale ja rzekłem: „Nie ma tu podobno co długo popasać” — i rozkazałem w ten moment zaprzęgać, a jako tako rzeczy spakowawszy i do skarbniczka wrzuciwszy, zaraz drugą bramą wyjechałem z gospody. Dopiero objechawszy miasto na drugi koniec i wynalazłszy gdzieś przy lwowskim trakcie jakąś karczminę, tam się w chudobnej izdebce rozlokowałem. Jednak długo usnąć nie mogłem.
Na drugi dzień rano, tylko trochę szarzeć poczęło, budzi mnie zaraz Węgrzynek i mówi:
— Niech pan wstaje, konie już napasione i wszystko do drogi gotowe; tylko tłumok wypakować i jedźmy, bo tu lud jakoś bitny; nieciężko znowu przyjść gdzie do jakiej bitwy, a w dwóch to niekoniecznieśmy106 mocni.
— Prawda, że tu lud bitny odpowiedziałem — ale trudnoż tak jechać, nie oddawszy Panu Bogu należnej czci, kiedy się jest przy kościele.
— Ba! Ale bo nas poznają.
— Wielka rzecz! To się przecie tak brać nie damy, jak owce.
— Dobrze, panie.
Więc zebrawszy się i kazawszy mu tymczasem rzeczy popakować, sam poszedłem na mszę św. do franciszkańskiego kościoła. Dopiero po wysłuchaniu mszy św., powróciwszy do mojej gospody i zastawszy już wszystko gotowe, ruszyłem do Koszyc.
Niedaleka to droga, więc też niebawem na boku od gościńca pokazał mi się dwór koszycki. Około stajen i wozowni stało mnóstwo wozików, karabonów107 i kałamaszek, bo chociaż to było w samym środku zimy, jednak sannej108 drogi jeszcze nie było — jakoż i wielu ludzi stało przed oficyną. Na turkot mego skarbniczka wybiegło wiele szlachty przed ganek, a na ich czele Konopka.
— Witaj, bracie! — rzekłem wyskakując ze skarbniczka. — A co, czy w czas przyjechałem?
Głośny śmiech rozległ się między gośćmi, a Konopka do mnie:
— Aj! Niech ci Bóg sekunduje, jakiś słowny!
Już mnie to trochę ubodło i ów śmiech, i to przywitanie, a że mi mój ojciec nieboszczyk jeszcze na godzinę przed śmiercią powtarzał: „Nie dawaj zadrwić ze siebie nikomu, bo jak raz zadrwią, to już drwić będą przez całe życie” — więc ja zaraz na progu:
— Co ten śmiech znaczy? — A oni znów w śmiech.
Skonfundowało mnie to trochę, alem się zaraz połapał i zawołałem:
— Mości Konopka! Opatrz no mnie, jakeś jest mój przyjaciel, czy ja nie mam na sobie czego śmiesznego.
Oni jeszcze raz w śmiech — a Konopka na pół śmiejąc się, a na pół smutno znów do mnie:
— Aj! Niech go diabli!... Jaki słowny.
A działo się to na pół w sieni, a na pół na dziedzińcu; więc kiedy mnie już złość na to porwała, sięgnę ręką do szabli i krzyknę:
— Co to jest! Jakem Nieczuja, ja ze siebie drwić nie dam!
A tu jeszcze większy śmiech, że aż się zachodzą; a pod ścianą po prawej stronie najwyraźniej widziałem, jak jeden młody pucułowaty blondynek, jakem się później dowiedział, nazwiskiem Lgocki, skacze jak opętany i ciągle woła:
— Niecuja, Niecuja! Cha, cha, cha, Niecuja!
— Co to jest! — krzyknę i znów się porwę do szabli, kiedy oni wraz podniosą ręce i krzykną: „No, no! powoli!”. — Dopiero mi się przypomniały owe kitajki i suche razy, o których mi w lecie powiadał był pan Urbański i trochę dreszcz109 mnie przeszła po skórze: ale kiedy się oglądnę i ujrzę, że za mną mój Węgrzynek stoi już z gołą szablą, więc ja znowu do mojej i pomyślawszy sobie: dziej się wola boża! — chciałem uderzyć i siekać. Ale w tymże okamgnieniu wysunął się Stojowski ze sieni (jeden z dwóch braci starościców, którzy na Grudnej siedzieli, a potem się na Dąbrowę, od książąt Lubomirskich nabytą, przenieśli) chłop duży, o wielkich sumiastych wąsach i minę pana mający — bo już to i mina, i wąsy to rodowe Stojowskich — i wziąwszy mnie z krwią zimną pod ramię, rzecze na stronie:
— Panie Nieczujo! Na bezbronnych nikt zbrojnie nie bije. Nie z waszmości się śmiano, aleś swoim niewczesnym junactwem śmiech ściągnął na siebie. Uspokój się, to ustanie.
— Ba, dobrze! Ustanie; ale co się naśmiano, to ja tego darować nie mogę.
— Jak sobie zechcesz; tutaj też nikt o darowiznę nie prosi, bo to nie od łokcia ani od miarki kompania, tylko szlachta karmazynowa. Uspokój się, a z szablą się nie sroż, boby tu ani kawałka z ciebie nie pozostało.
— To niechaj nie zostanie! — krzyknąłem, bom już był w złości. — Kiedy honor zostanie, to wszystko zostanie. U mnie ręka ani noga nie znaczy nic, tam gdzie idzie o duszę.
— No, to bardzo pięknie — znowu zimno odpowiedział Stojowski — tylko uspokój się.
— Konopce pierwszemu nie podaruję, bo jako gospodarz powinien był bronić swojego gościa.
— Daj mu pokój; to jest jovialis110.
— A żeby on był i diabeł sam, kiedy uczciwe imię ma, to niechaj o honor dba, a kiedy nie dba, to ja mu go tak naznaczę, że go już nigdy nie zapomni.
— Daj no pokój, u każdego kija dwa końce, kto wie, kto kogo naznaczy? A potem, na co tego, on się teraz kocha, jakżeż pójdzie z kresą do panny?
— Jak to kocha? Przecie już ślub.
— Oj, nie jeszcze.
— Nie? A po cóż ja przyjechał?
— Bo się Konopka z panem Lubienieckim założył, że waszmość nie przyjedziesz na drużbę i że Sanoczanie słowa nie dotrzymują.
— Konopka to powiedział! Gdzie on jest, ten jovialis, ja go zaraz nauczę!
I wyrwawszy się z rąk Stojowskiemu, pobiegłem zaraz szukać tego jovialisa. Goście już byli poszli do izb, bo mróz był trzaskający, i tam się jeszcze zachodzili od śmiechu. Wyszukałem go zaraz i mówię tuż:
— Mospanie Konopka! Sprowadziłeś mnie tutaj na zakłady jakieś, jakby jaką rzecz, a nie szlachcica i brata; wystawiłeś mnie na wstyd i śmiech; wiedzże tedy, że ja takich żartów płazem nie puszczam. — Na to on łagodnie:
— Ale bo widzisz... to była niewinna rzecz... ja stawałem w twojej obronie... to jakoś nie wypada...
— Aha! — rzeknę. — Małyś teraz? A jakiś wielki był, kiedy się śmiano ze mnie. Stawaj zaraz do sprawy, to już daremna rzecz.
— No, no! — odpowie on. — Nie taki ja bardzo mały, jak ci się zdaje — i zaraz szablę wziął z kąta i szliśmy. A że u niego izby małe, więceśmy poszli przed ganek, a mróz był, że aż gonty trzeszczały na dachu. Idąc, Konopka zaraz sobie Stojowskiego wziął na sekundanta; ja przechodząc, rzuciłem okiem w kupę Mazurów, ale że żaden z nich sam mi się nie ofiarował, co się przecie należało, kiedy wiedzieli, że ja nie mam nikogo znajomego, więc ja sam stanąłem po prawej stronie przed gankiem, oni po lewej. Więc oni:
— A gdzież sekundant? — Ja też na to do mojego Węgrzynka:
— Janczi! Weź pałasz i stawaj za mną. — A oni znowu:
— Pfe, sługa! — Więc ja głośno:
— Mości Janczi Mighaza de Isztvanferet, proszę waszmości na sekundanta!
Węgrzynek zaraz stanął, a oni się wypatrzyli rozumiejąc, że ja jakiego ukrytego magnata węgierskiego ze sobą wożę, co się tak długo nazywa. Tymczasem on w rzeczy szlachcic był, węgierski boczkorosz, niby nasz chodaczkowy, zwał się Mighaza, a był rodem z Isztvanferet, wsi, która leży gdzieś w pustkach debreczyńskich, a dostałem go był od grafa Syrmaja, kiedym tam konie woził na przedaż. Ale źle się spisał Mighaza, bo tylko cośmy stanęli, on widząc, że kamerdyner Konopki, zapatrzywszy się na niego, także z gołą szablą stanął za swoim panem, wraz przyskoczył do niego i tegoż kamerdynera tak pięścią w gębę zajechał, że aż nieborak w śnieg się wywrócił. Dopieroż taki śmiech opanował wszystkich, żeśmy się aż brali za boki. Konopka jeszcze zaczął dogadywać do tego, tak że ja, trzymając goły pałasz w ręku, co chcę minę wroga zrobić, to ani rusz; zawsze mnie śmiech bierze: to z Konopki, który niestworzone rzeczy do tego plecie, to z kamerdynera, który się przy studni otrzepuje ze śniegu, a gębę już ma jak pudło, to na koniec z Węgrzynka, który, uczyniwszy swoją heroiczność, stał jak słup przy ostrogach i ani się ruszył. Co widząc, Stojowski pięknym głosem rzecze do mnie:
— Ot! Dajcie pokój tej bitwie, już jakoś sam Pan Bóg jej nie chce. Daję słowo honoru, że ci tu nikt nie krzyw, panie Nieczujo!
A w ganku ów blondynek, znów uderzywszy się dłoniami w kolana:
— Cha, cha, cha! Niecuja!
Alem już miał zastanowienie... Więc podałem rękę Konopce i kilku co przedniejszym z kolei — i nie mogę powiedzieć, jak tylko to, że dobrzy są ludzie i polubili mnie zaraz. Jeno mi ten blondynek ze swoim „Niecują” nie mógł wyjść z głowy, bo mi się wyraźnie wydawał jak jaki szatan, który wlazł w kadłub Mazura, aby mnie swoim piekielnym śmiechem prześladował. Konopka zaś, rozgadawszy się ze mną na stronie, tak mnie mówił:
— Ot! Co ci tam na tym zależy, że ślubu jeszcze nie ma? Ja, tak mi Boże dopomóż, myślałem, że to żart był, kiedyśmy sobie wzajemnie słowo dawali i drużbowanie przyrzekali. Pan Lubieniecki zaś utrzymywał, że zna sanocką szlachtę i chybaby nie Sanoczanin to był, który by choć żartem danego parolu nie dotrzymał. Więc założyliśmy się; że inaczej nie można było zakładu rozstrzygnąć, więc aż musiałem pisać. Pisałem zaś umyślnie tak krótko, ażeby, kiedy Bóg da, ciebie w wątpliwość wprowadzić. Owoż rzecz. Zaś z ożenieniem jest tak: jestem po słowie z panną Strzegocką, stolnikówną rzeczycką ze Źwiernika, ale ze ślubem jeszcze zwlekają.
— Czemuż to, panie bracie?
— Właściwie ważnej przyczyny temu nie masz żadnej, ale radzi Murdelio, więc go tam słuchają.
— Jaki Murdelio? — zawołałem.
— Cóż ci powiem, Murdelio, mnich, kwestarz.
— Franciszkan z Krosna?
— Tak.
— Cóż on tam ma do dysponowania? Krewny to jaki tego domu?
— Nie, krewny nie jest — odpowiedział Konopka — ale jakiś mąż świątobliwy czy tak bardzo rozumny, że jego rady tam słuchają bez kwestii. Albo cóż ciebie to tak zadziwia?
— Nic — rzekłem — poznałem go niedawno i dlatego się pytam.
— Gdzie go poznałeś?
— W Krośnie.
— Tak, bo on tam siedzi. Więc owo — prowadził dalej Konopka — choćbyś tu trochę na Mazurach pobawił, cóż by ci to wadziło? Luty jest, zapust jeszcze kilka tygodni, zabawisz się; w post pojedziemy sobie do Krakowa, a kiedy zechcesz, to i tamtędy pomiędzy szlachtę — a już koniom twoim owsa sypać będę, co zjedzą, i Mighazę winem spoję co dwa dni, kiedy taki zuch. I tak zbiegnie do wiosny.
— Hm! — rzeknę. — Nieźle by to było być w Krakowie przy tej okazji, nieźle by i zabawić się tutaj. Może tedy tak będzie. Ale powiedz no mi, panie bracie, jaki to jest ten szlachcic, który się tak wciąż śmieje i woła „Niecuja”?
— Cha, cha, cha! — zawołał Konopka. — To Jędruś starościc. Otóż ci powiem, że ten Jędruś stara się o drugą córkę pani stolnikowej; panna piękna i młoda, ale nadto delikatna i szczupła.
— Przecie mu jej nie dadzą?
— Otóż widzisz, że mają dać, bo ten Jędruś bogaty, rachują go do miliona, familia jego piękna i zresztą bardzo poczciwe z niego chłopczysko.
— Ba, ależ setnie głupi mi się wydaje.
— Ach! Jaki głupi! — odpowiedział Konopka i roześmiał się.
— Czegóż się śmiejesz? — zapytałem.
— Bom sobie przypomniał to, co mi właśnie o dowcipie Lgockiego opowiadano. Trzeba ci wiedzieć, że on już majątek rodzicielski odebrał i sam go administruje, a lubo i ten już jest bardzo wielki, toż jeszcze po panu Kąkolnickim prawie drugie tyle dostanie. Otóż, jak on gospodaruje. W jednej jego wsi, która leży nad Wisłą i w której on sam mieszka, łąka jednego kmiecia wyzwolonego tak przypierała do jego sadu z tyłu, że mu się ją kupić zachciało. Posłał tedy tam podstarościego, ale gdy ten mu przyniósł odpowiedź, że właśnie przed kilkoma dniami sprzedana: „Dobrze — rzecze — byle nie była pod moim sadem”. — W parę tygodni jednak, gdy wyszedłszy za sad obaczył tę łąkę na tymże samym miejscu: „Tak! — zawoła. — To powiedzieli, że łąka sprzedana, a łąka tu?” — i posławszy po tego kmiecia, sypnął mu pięćdziesiąt bizunów za kłamstwo.
— O! Głupi! — odpowiedziałem.
— Ale mu przez to pannę dają.
— O, nie będzie jej miał! — zawołałem.
— Dlaczegóż? Ty mu jej przecie nie zabierzesz.
— Kto wie — odpowiedziałem i jakaś myśl mi zaświtała w głowie, która mi nasuwała sposobność upieczenia dwóch pieczeni przy jednym rożnie; ale tymczasem przeszliśmy do izb tamtych, kędy drudzy zabawiali się goście. Więc poznałem się bliżej z piękną szlachtą tamtych okolic: jako z panem Rogalińskim, który, chociaż młody, niemałe już miał znaczenie u szlachty; z panami Stojowskimi, z których jeden nieodstępnym był towarzyszem księcia Marcina Lubomirskiego, marszałka konfederacji krakowskiej, mąż rycerski i prawy; z panem Jordanem, który potem służył ze mną w wojsku regularnym, z p. Krasuckim, który był tak gruby, że za dobrego wołu ważył, a zjadał ćwierć pirogów o zakład, i z wielu innymi jeszcze — tylko owego Jędrusia starościca omijałem z umysłu, bom go był znienawidził. Niebawem też dano obiad, przy którym pociągaliśmy po kropelce, fetując się nawzajem przy każdym kielichu przemowami i życzeniami. Jednak rozpusty nie było, a pod wieczór wszystko się rozjechało, bo każdemu niedaleko było do domu, my zaś z panem Konopką rozeszliśmy się wcześnie spać, każdy do izby osobnej.
Owóż znalazłszy się sam, dopiero począłem się pomału spowiadać z tego wszystkiego, co mi się od czasu mego wyjazdu z domu zdarzyło, jakoż i po trochę namyślać się nad tym, co mi dalej czynić wypada. I ze wszystkiego tego, co mi się przez myśl przesunęło, najbardziej mi głowę zagwoździł ów Jędruś starościc, który mnie tak głęboko dojął111 swym śmiechem, jakoż i owa panna piękna i delikatna, która już to niby miała popaść w ręce tego pucułowatego Mazura. Już przy pierwszym wspomnieniu Konopki o pani stolnikowej Strzegockiej gdzieś mnie to nazwisko wydało się być znajomym, nad czym pomyślawszy cokolwiek, doszedłem wkrótce, że siostra mego dziada, a rodzona ciotka mojego ojca była za jakimś Strzegockim; przy dokładniejszym atoli namyśleniu się przypomniałem sobie na pewno że ów Strzegocki nazywał się Jakub i był wojskim sieradzkim, ale musiało to być jeszcze gdzieś za czasu najazdu Szwedów na Polskę, bo i to pamiętałem, że gdzieś zginął na wojnie. Ale czy tenże pan wojski był w rzeczy albo mógł być przynajmniej jakim krewnym męża pani stolnikowej, o którym nic nie wiedziałem, tego już zgadnąć nie mogłem.
Jednak, bądź co bądź — pomyślałem — za grzeczność nikogo nie biją: uda się, to dobrze, a nie uda się, to mogę sobie prosto ze Źwiernika pojechać do Bóbrki i wcale już nie drużbować temu, który moje najlepsze chęci swymi żartami i zakładami znieważył. — Po czym zwyczajnie odmówiwszy pacierze, smaczno usnąłem.