II

Dnia następnego rano, powiedziawszy Konopce, że kiedy już tu na Mazurach mam się zabawić przez kilka tygodni, to wypada mi najprzód ze sprawami moimi obłatwić się w forum tarnowskim, gdzie mi jeszcze mój podpis położyć należy względem owej odsprzedaży Rab panu Urbańskiemu, i zostawiwszy u niego mojego podjezdka, sam wyruszyłem do Tarnowa. Przez drogę namyślałem się jeszcze, gdzie stanąć w mieście, jednak nie suponując112, aby z burdy się przedwczorajszej mogły być jakie bardzo złe skutki, zajechałem wprost do tejże samej gospody. Aliści ledwie co w bramę zajechałem, wybiegła do mnie owa karczmareczka i ze łzami w oczach zakomunikowała mi tę fatalną nowinę: że mąż jej już całą dobę siedzi w kałauzie113, że go biorą na śledztwo i że go zapewne niebawem wezmą i na tortury, bo jeden z żołnierzy, którzy partycypowali w owej bitwie, ranny jest śmiertelnie i byłby pewnie zabity, gdyby nie to, że kula trafiła w guzik metalowy i straciwszy pęd, tylko głęboko wryła się za skórę. Opowiadała dalej, że jest najnieszczęśliwszą kobietą pod słońcem, bo chociaż pewną jest tego, że jej mąż nie strzelał naówczas, czego dowód w tym, że żadnej broni palnej nie posiadał w swym domu, jednak ona, nie mogąc się wcale domyśleć, kto ten niefortunny strzał puścił, nie może z niego przed sądem usunąć suspicji114. Przychodził wprawdzie do niej ów stary patron, który był świadkiem owej bitwy, i powiadał jej, że namyśliwszy się dobrze, może by sobie mógł wcale przypomnieć, kto był ten, który strzelił, jednak to by wiele kosztowało pieniędzy.

— Poiłam go — rzecze na koniec karczmareczka — częstowałam miodkiem wybornym, którego garniec przedajemy po ośm złotych, postawiłam mu nawet flaszeczkę wina białego, aby sobie pamięć orzeźwił, ale jakoś nic nie pomogło. — Więc ja na to:

— Hm! ciekawa by to rzecz była — rzekę — dowiedzieć się, kto to strzelał do żywego żołnierza, ale to zapewne dzisiaj już trudno. Słyszałem ci ja wprawdzie strzał ten, ale mi się widzi, że wypadł zza okna, bo coś właśnie wtedy szyby zabrzęczały... Tymczasem niech was tu Pan Bóg ma w swojej opiece; ja, nawiedziwszy pana Dąbskiego w Wojniczu, wracam już do siebie w Bełskie i śpieszę się, bo mnie listy doszły, że mi żona zasłabła. Bądź aspani zdrowa.

I zaraz wskoczyłem na powrót do skarbniczka; szynkareczka jeszcze mnie zapytała:

— Wielmożny pan z Bełskiego?

— Z Bełskiego, duszeczko, i nazywam się Niewiadomski — i zawinąwszy się z głową w delię, kazałem ruszać z kopyta. Objechawszy miasto zaułkami i przedmieściami, dopiero na lwowskim trakcie odetchnąłem troszeczkę i tam przepytawszy się, kędy jest droga do Źwiernika, ruszyłem koło Gumnisk ku Górze Świętego Marcina.

Wieś Źwiernik leży o dwie mile od miasta Tarnowa, jednak wypadało mi popaść115 koniecznie; raz, że droga była haniebna i jechało się noga z nogi; po wtóre, że mi się trzeba było przebrać trochę, aby się godnie zaprezentować; a na koniec, że należało mi tak celować, abym nie trafił na obiad, co byłoby dowodem lichego wychowania i uchybienia przeciwko etykiecie, już naówczas obserwowanej116 i po domach szlacheckich. Więc obaczywszy jakąś porządniejszą karczemkę przy drodze, kazałem do niej zajechać, a podczas kiedy woźnica mój bawił się z końmi, ja zaś wypiwszy kieliszek gorzałki z własnego puzderka, posilałem się jajami przez Żydówkę dla mnie ugotowanymi naprędce — Węgrzynek mój, rozpakowawszy tłumok, wybierał suknie i rozkładał na ławie, iżbym sobie wybrać mógł, które by mi się na dzisiaj odpowiednie zdawały.

Były to czasy, w których próżność ludzka objawiała się w ubiorze, a po prostu elegancja owładnęła już całą młodzieżą polską, a z rzadka trafiało się już zdybać choćby i pomiędzy chudobniejszą szlachtą młodzieńca, który by większą połowę swojego mieszka nie wypróżniał na jedwab i złoto ciągnione117. Dwojaki jednak był wtedy sposób pojmowania tej niby-wykwintności w stroju i dwojaka maniera zadawalniania tej chuci.

Więc jedni, pozostawszy przy staroświeckim swoich ojców sarmackich zwyczaju, najwyższą piękność w tym względzie upatrywali w zgrabnie przykrojonym kontuszu, w ozdobnym i gładko leżącym żupanie, w bogatym perskim lub drogo cenionym chińskim pasie, który to ostatni nazywano bawolim, a który, nie mając żadnej kruszcowej nitki w sobie, z wełny lub jedwabiu był tak misternie tkanym, że pomimo trzech- i czterołokciowej swej szerokości, dawał się przez pierścień przeciągać, a często osobliwie, kiedy dno miał białe, kosztował sto i dwieście dukatów — strojność widzieli oni w czapce pięknej i zgrabnym buciku, w szabli bogato oprawnej i wąsiku przystrzyżonym misternie, a na koniec w klejnotach, którymi mogły być ozdobione piórka u czapek, spinki u żupanów, rękojeście i pochwy u szabel, i ręce w pierścieniach.

Inni atoli, uroiwszy sobie jakąś niechęć do staroświecczyzny i wypatrzywszy grubość i niezgrabność w sukni swych ojców, całą piękność założyli sobie w sukniach zagranicznych, kusych a ogoniastych, w pluderkach wąziutkich, w pończoszkach i trzewikach z bogatymi klamrami, w kamizelkach bramowanych galonami i kolbertynami118, w perukach fryzowanych i pudrowanych, a na koniec w koszulach i mankietach, których jedna para, kiedy była z cienkiego batystu i przednimi koronkami obszyta, wyprowadzała za siebie z Polski cenę kilkuset korcy pszenicy. Gust ten, nazwany francuskim, albo inny jemu podobny, nazwany włoskim, a obadwa koniecznie perfum wymagające dla siebie, kilka razy się już zapędzali na tę ziemię kontuszów. Suknia kusa jedwabna i trzewik pokazały się niegdy nad Wisłą z królową Boną, snuły się po Krakowie za Zygmunta Augusta, wjechały nowym transportem z Henrykiem Walezym, atoli niebawem szwedzkiej ustępując się kryzie, nie pojawiły się znowu, aż na dworze Marii Ludwiki, Jana Kazimierza małżonki. Nigdy jeszcze wszakże do tego czasu nie zaraziła się nią prowincja, a lubo w senacie znachodziła niemało miłośników dla siebie, jednak zawsze pozostawała w nader szczupłej mniejszości — a kiedy za tegoż króla kontuszowi Polacy na otwartym teatrze z łuków wystrzelali francuskich aktorów, najbardziej tę cudzoziemszczyznę propagujących, to i znikła z kretesem, a za króla Jana i za cenę drugiego zwycięstwa pod Wiedniem nie znalazłby był nikt w Polsce męskiej nogi w trzewiku. Jednak za Sasa pierwszego znowu pomału poczęły się jawić peruki, za drugiego Warszawa więcej miała peruk niż czupryn naturalnych, a z początkiem panowania Stanisława Augusta już i na prowincji zagęściły się tak te dziwadła, że stary żupan nieraz musiał ustępować z placu przed przycinkami harbejtla119. I tak, czego żaden cudzoziemiec król ani królowa nie zdołali uczynić, tego Piast rodowity dokazał z łatwością. Owóż w tych czasach, które opowiadam w tej chwili, na Mazurach już i głównie w okolicach bliskich bitego gościńca i częstszej z zagranicą komunikacji, trudno już było znaleźć gdzie liczniejszą kompanię, w której by się przynajmniej kilku tych perukarzów nie spotkało, a nawet i w ziemiach oddalonych, jakimi są: sandecka, sanocka i Ruś Czerwona, nierzadko pomiędzy wylotami wykręcał się i woń swego pudru roznosił jaki panicz kolbertynowy; i lubo nas, staroświeckich, jeszcze wtedy było daleko więcej i pomimo to nawet, że szczególna pasja była pomiędzy nami podkówkami deptać po safianowych trzewikach i dmuchać w perukę, a niejakim heroizmem pomiędzy młodzieżą brać na szable tych konduktorów perfum i pudru, niceśmy przecie nie dokazali, a wola boża została na nas spełnioną, jako stało już od wieka zapisano w księdze przeznaczeń. Jednakże lubo się tak stało, żeśmy od owych miłośników peruk i perfum a adwersarzy120 naszych pobici zostali, jeszcze zawsze przyznać im nie mogę prawdy w tym, jakoby strój ów dawny był gruby i brzydki. Rzecz, którą jeden z niepoślednich narodów z prawdziwym zamiłowaniem pielęgnował i pieścił przez tyle wieków, nie była nigdy za życia, a nawet i dzisiaj w grobie jeszcze nie może być brzydką; wątpię nawet, ażeby strój nowomodny, który dzisiaj cały świat cywilizowany ubiera, kiedykolwiek w najdalszej przyszłości i w czasach swojego najwyższego udoskonalenia z owym staroświeckim a grubym, we względzie piękności i powagi chociaż w najodleglejsze mógł pójść porównanie. Którą to prawdę odebrawszy wraz z wielu innymi puścizną po moim ojcu, miałem ją w sobie niezachwianą i w czasie mojej młodości, i w czasie mojego gaszkostwa121; a lubo wiedziałem dobrze, że nasze kobiety daleko chętniej przytulają się do piersi koronkami okrytej niżeli twardym obleczonej kontuszem i że nie obawiając się pokłuć około twarzy ogolonej i gładkiej, prędzej koło niej migną swoimi usteczkami i bieluchną pogładzą ją rączką, jednak wolałem już rezygnować z tych łask fartuszkowych i perukarzom niejednego na tym polu odstąpić zwycięstwa, ale to za to, aby nie dawać zwyciężać gdzie indziej. I zostałem przy stroju mojego ojca.

Więc i Węgrzynek, rozkładając szaty moje na ławie, nie rozkładał tam ani peruk, ani batystowych koszulek, ani fraków aksamitnych, ani trzewików, jeno położywszy trzy żupany i tyleż kontuszów, trzy pary butów różnej barwy i trzy czapek122 z pasami, stanął do ubierania. Lubiałem się ubierać i za młodu wiele dawałem na elegancję, ale szło to u mnie piorunem: wskoczywszy w buty, ani jedno Ave nie minęło, kiedym już stał gotowy et quidem123 na ten raz w białym srebrno-kwiecistym żupanie, kontusz na nim koloru orzechowego z białą atłasową podszewką, czapka biała aksamitna z kasztanowatym barankiem, bucik żółty na skórzanych obcasach i pas karmazynowy bawoli, a skoro przypiąłem do boku lwowską szmelcowaną czeczugę124, z rękojeścią w srebro oprawną i na srebrnej, i na karmazynowej rapci125 zawieszoną, i delię zarzuciłem na siebie, to już jeno siadać było i jechać. Jakoż i ruszyłem natychmiast, a właśnie się zbierało ku wieczorowi, kiedym dwór źwiernicki obaczył.

A dwór ten był piękny, murowany i niby pałac wyglądał. Środek jego był okrągły niby nawa jakiego kościoła, przed którym stał ganek wielki kamienny, z wielkimi szklanymi po bokach ścianami, których górne szyby były z szkieł różnobarwnych złożone; po obudwu126 stronach tej nawy środkowej rozciągały się dwa pawilony, tak duże, jakby dwa dworki odrębne, nad nią podnosiło się piętro wysokim dachem okryte, z którego środka wychodziła niewielka wieżyczka, ozdobiona z blachy wyciętym i za wiatrem obracającym się herbem familii. Nad obudwoma127 pawilonami wznosiły się zamiast piętra tylko murowane facjaty, z framugami we środku, w których każdej był zamieszczony jakiś święty czy rycerz z kamienia wykuty. Zabudowania gospodarskie, stojące po prawej stronie, wszystkie były z kamienia lub cegły, takaż oficyna wyciągnięta po lewej; pomiędzy tym wszystkim zaś dziedziniec gładki z klombem krzewów i kwiatów na środku, na teraz umarzniętych, ale zapewnie128 cudnie pięknych w czasie wiosny i lata. Czwartą zaś ścianę tego kwadratu formowały pięknie malowane sztachety z bramą murowaną we środku, a w jednej z jej kolumn znajdowała się budka dla odźwiernego, dzisiaj jednak już próżno stojąca. Naokoło zaś tego wszystkiego widać było ogród częstokołem obwiedziony, ozdobiony altankami, parasolami, kamiennymi figurami i Bóg wie nie czym jeszcze: zgoła wszystko więcej po pańsku niż po szlachecku. Więc to obaczywszy, trochę mnie dreszcz przeszła, żeby tu co głupiego nie zrobić, ale myślę sobie: „Ej! Jakoś to Pan Bóg da! Fortes fortuna juvat129, a jeżeli się co trochę nie uda albo zakołkuje w dyskursie, to już to musi pójść na konto powinowactwa. I wylazłszy z woziku, walę prosto do sieni; jednak to mnie jakoś zdziwiło, że na moje przybycie ani jedna twarz nie wyjrzała, ani pies nawet nie szczeknął. Albo nie masz nikogo w domu? Albo już tu taka pałacowa powaga? Ale, bądź co bądź, delię oddałem Węgrzynkowi w sieni, wąs pomuskałem, pogładziłem czuprynę, pasa poprawiłem i w tył zarzuciwszy wyloty, wchodzę w pierwsze drzwi po prawej. I trafiłem dobrze, bo do antykamery130, w której było cichutko jak mak siał, jeno stary jakiś sługa, siwiuteńki jak gołąb, siedział pod piecem i przez zakopcone okulary czytał tak starą, jak on, książkę nabożną.

— Niech będzie pochwalony.

— Na wieki wieków! — odpowiedział zerwawszy się rączo.

— Jest pani stolnikowa?

— Jest, jw. panie.

— Którędyż iść?

Dopiero mi się z bliska przypatrzył i pyta:

— Jakże honor jw. pana?

— Mój honor? — rzeknę. — Jestem Marcin Nieczuja Ślaski, skarbnikowicz zakroczymski, szlachcic ziemi sanockiej.

— Pójdę meldować — rzekł, a gdy odchodził, słyszałem najwyraźniej, jak sobie mruczał pod nosem:

— Marcin Szuja Nieczulski Zakroczymski. — Ale niebawem powrócił i pokiwawszy głową, rzekł z ukłonem: — Pani prosi.

Więc ja zaraz Węgrzynkowi kazałem złożyć delię w antykamerze, staremu położyłem czerwony złoty na stole i rzekłem:

— Pilnujże mi tu szuby, a ty idź do powozu.

Rozumiałem, że stary, wziąwszy dukata, wnet sobie „szuję” wybił z głowy, a ja, poprawiwszy jeszcze wylotów, rznę prosto do pokojów. Otwieram drzwi, ba! od razu sala tak wielka, że i na drugi koniec nie widać; ściany adamaszkiem obite, posadzka szlifowana, pełno pięknych sprzętów i różnych misternych gracików, duże zwierciadła w brązowych ramach, kobierce, świece woskowe w kilkuramiennych świecznikach, jednak pomimo tej wykwintności, we wszystkim przebija gust staroświecki. Widać, że wszystko tu nietykane i stoi tak, jak przed laty kilkudziesięciu.

Na adamaszkowej, tego samego koloru co ściany, poręczowej kanapie siedziała pani stolnikowa, kobieta lat może już koło czterdziestu, ale jeszcze tak piękna, że mogłaby była ujść nawet za pannę, gdyby nie to, że ogień jej oczu błękitnych zdawał mi się zanadto przyćmiony i jak gdyby łzami zalany i że cała jej postać tyle miała stateczności i prawie posągowej powagi, ile jej tylko w podeszłego wieku i znakomitego rodu matronach znachodzić131 się zdarza. Jakoż i tej powadze, która zapewne pochodziła albo już z przyrodzonego usposobienia duszy, albo z wielu bolesnych doświadczeń, przeżytych jeszcze za młodu, odpowiadał strój niewykwintny i w ciemnych kolorach trzymany: więc lekka czarna kapuza na głowie, ciemnoróżowym atłasem podbita, i długi robron132 materialny wiśniowy, na który zarzucona była czarna jedwabna pielgrzymka133. Koło okna siedziały jakieś dwie inne istoty niewieście, które coś haftowały przy krośnach, tych jednak od razu obejrzeć nie mogłem, bo ujrzawszy kanapę niepróżną, sunąłem prosto ku niej. Pani stolnikowa, widząc mnie wchodzącego, zaraz podniosła się z swego miejsca i postąpiła parę kroków naprzód, więc ja z pięknym ukłonem i z prawą ręką, w której czapkę trzymałem, wyciągniętą naprzód, ale pochyloną ku ziemi, natychmiast począłem w ten sens:

— Mam honor prezentować się pani stolnikowej dobrodziejce: jestem Marcin Nieczuja Ślaski, skarbnikowicz zakroczymski, szlachcic ziemi sanockiej. — Pani stolnikowa też na to:

— Miło mi jest powitać waszmość pana w tym domu, ale jakiemuż wypadkowi mam przypisać ten zaszczyt, który mnie tak niespodziewanie spotyka? — i wskazała mi ręką krzesło, sama opuszczone przez siebie zajmując miejsce.

— Nie jest to żaden niespodziewany przypadek, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem, delikatnie na misterne siadając krzesło, iżby mnie nie zdradziło — ale wypełnienie najżywszej mojego serca intencji. Mój ojciec, śp. pan Marcin Nieczuja Ślaski, niegdy rotmistrz w wojskach: polskim, francuskim i jejmość imperatorowej rosyjskiej, później skarbnik zakroczymski i towarzysz pancernej chorągwi polskiego autoramentu, opowiadając mnie po staremu dzieje naszego rodu, nie zapomniał i o tym, że jego rodzona ciotka była niegdyś za panem Jakubem Strzegockim, wojskim sieradzkim. Będąc tedy w tych stronach i dowiedziawszy się od mego przyjaciela, pana Konopki, że w Źwierniku mieszka pani stolnikowa Strzegocka, a suponując, że pomiędzy nami musi być jakieś powinowactwo, postanowiłem nie opuszczać tej szczęśliwej dla mnie okazji i, bądź co bądź, u nóg pani stolnikowej dobrodziejki osobiście złożyć moją nic nieznaczącą, a jednak szczerą rewerencję.

To jednym tchem wymówiwszy, rzuciłem z boku oczkiem na panny, a pani stolnikowa do mnie:

— Dziękuję waszmość panu bardzo za jego tak otwarte sentymenta i wielce sobie szacuję jego piękną pamięć dla koligacji; muszę mu nawet powiedzieć, że o ile mnie znajomą jest parantela śp. mojego męża, stolnika rzeczyckiego a pułkownika — to słowo wymówiła z przyciskiem — chorągwi husarskiej polskiego autoramentu, rzeczywiście pan Jakub Strzegocki, wojski sieradzki a rodzony ojciec nieboszczyka, miał Ślaskę za sobą. Ale zaraz my się tu przekonamy. — To mówiąc, obróciła się do panien i dodała: — Zosiu! Idź no, poproś tutaj dziadunia albo przynieś mi manualik134 herbowy w czerwony aksamit oprawny, leżący na moim biurku.

Zosia porzuciła krosienka i lekką nóżką jak ptaszek pobiegła po dziadunia lub manualik; pani stolnikowa zaś tymczasem do mnie:

— Tam jest zakonotowana cała parantela śp. mojego męża; było to kiedyś coś, było — dodała z westchnieniem — ale od króla Jana nie ma już na co patrzeć. Upadliśmy, panie skarbnikowiczu, bardzo upadli!

— Trudno to, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — skarżyć się na los niefortunny, bo też i niepodobna, ażeby w wielkim mieście, które się wali w gruzy od końca do końca, jeden gdzieś domek został nieuszkodzony — a obejrzawszy się po sali i widząc w niej nie tylko piękność, ale i zbytek, dodałem: — Trudno mi tu zresztą dojrzeć upadku, mościa dobrodziejko, a jeżeli jeszcze wszystko odpowiada temu, co oto widzę, o czym wcale nie wątpię, tedy tylko jeszcze Panu Bogu wypada złożyć dzięki za jego łaskę. Oj! Bo to cale inaczej wyglądają domy obywatelskie po kraju! O! Cale inaczej po tej nieszczęśliwej wojnie, która sobie właśnie te strony obrała na teatrum gry swojej.

— Proszę mnie też nie obwiniać o to, jakobym miała szemrać przeciwko woli Najwyższego Boga i Jego wyrokom, ale kto miał senatorów w rodzie, sam umarł stolnikiem i nawet syna nie zostawił po sobie, na tego potomków się Pan Bóg nie pogniewa, jeżeli westchną za dawną świetnością.

Nie przypominałem sobie, ażebym kiedykolwiek był słyszał o senatorach Strzegockich, i domyśliwałem się, że musiał się między nimi nachodzić135 jaki jeden i drugi kasztelan drążkowy lub deputat sejmowy, którego pani stolnikowa w niewiadomości swojej bierze za senatora; ale wtem drzwi się otworzyły i wszedł dziadunio, a za nim o pół kroku Zosia z manualikiem w ręku.

Obaczywszy tego staruszka, wstałem zaraz i z głębokim uszanowaniem stanąłem za moim krzesłem. Dziwnie bo to piękny staruszek był ten dziadunio. Wzrost miał więcej jak mierny, postać trochę przygarbioną, chód powolny i stąpanie niepewne, ale jeszcze dość rzeźwości i siły zdawał się mieć na swoje lata, które pewnie trzy razy przenosiły trzydziestkę. Włos jego biały jak mleko, długi aż do karku, ale już rzadki i tak rozwiany, że nad głęboko pooranym czołem poważna świeciła łysina. Twarz jego poważna, białym wąsem ozdobna, pełna była zmarszczków, które w różne porozbiegawszy się strony, tu i owdzie z różnymi kreskami złączone, dawały jej postać wcale zgrzybiałą, a pokrzyżowawszy i pozrastawszy się z sobą, trudno dawały poznać, które z nich były samego wieku, a które szabli nieprzyjacielskiej śladami. Dziadunio miał na sobie kontusz popielatego koloru, delikatnymi kunami podbity, długi aż poniżej kolan i bez wylotów, pod nim żupan karmazynowego koloru, ale cokolwiek już wypełznięty, pas na wierzchu lekki siatkowy, żółty bucik na nogach i białą konfederatkę na głowie, ale tę zaraz we drzwiach zdjął lewą ręką, w prawej trzymając krótką trzcinę i opierając się na niej za każdym krokiem. Widok ten pochwycił mnie jakoś za serce, bo dziwnie piękny to starzec był: coś mnie przypomniał mojego ojca nieboszczyka, coś portrety mych dziadów, wiszące u mnie na ścianie, a coś znów w nim było takiego, żebym mu był zaraz przypiął szablę do boku i dał mu klęknąć ze złożonymi rękami przy jakim wielkim kamiennym grobie, i niechby tak skamieniał i został na wieki wieków.

Zbliżywszy się dziadunio ku stolikowi, który stał przed kanapą, popatrzył na mnie i starym, ale jeszcze dosyć czystym głosem zapytał:

— Kogoż Pan Bóg przynosi w dom mojej córki?

— Imć pan Ślaski, herbu Nieczuja — odpowiedziała pani stolnikowa. Tymczasem Zosia przysunęła poręczowe krzesło dziadkowi, na które on, czapkę złożywszy na stole, usiadł i po chwili namysłu zapytał:

— Ze Sandomierskiego? Syn pana Marcina?

— Tak jest, panie dobrodzieju — odpowiedziałem — sam Marcin i syn Marcina, skarbnika zakroczymskiego.

— He?! — krzyknął głośno staruszek. Dopiero mi pani stolnikowa dała do zrozumienia, że trzeba dobrze gardło rozpuszczać, rozmawiając z dziaduniem. A on jeszcze raz:

— He? Mów asan głośniej, bo u mnie każde ucho ma lat dziewięćdziesiąt i trzy, to ja już nie słyszę cichego gadania.

Powtórzyłem moją odpowiedź, dopiero on:

— Takie to było jego skarbnikostwo! Obwołali go zakroczymscy skarbnikiem, kiedy się starał o Mężykównę, powróciwszy z wojny tureckiej, ale podobno się skarbu ani ręką nie dotknął. Jakże mu się powodzi? Czy zawsze jeszcze siedzi w Sandomierskiem?

— Wyniósł się już stamtąd, panie dobrodzieju — odpowiedziałem — i mieszkał potem w ziemi sanockiej przez lat przeszło dwadzieścia; ale teraz już w Bogu odpoczywa.

— Umarł? Proszę! Wiele, wiele młodszy ode mnie. Musiałże przynajmniej nahulać się jeszcze za ostatniej wojny? Hę? Bitny to szlachcic był.

— Tak, po trosze, ale nie nadto, bo mu już ręka nie służyła.

— Ale wasze musiałeś mu dopomagać, rękę musisz mieć dobrą?

— Niczego, panie dobrodzieju, niczego, Panu Bogu na chwałę, ale z owego żołnierstwa mojego podobno do nieśmiertelności nie przejdę, bo trudno się bardzo dystyngować na małej wojnie.

— Łatwiej jak na wielkiej, gdzie tysiącami biją na kupę, jak było za króla Jana; ale u niektórych to tak: na małej się nie biją, bo mała, a na wielkiej, bo wielka. Hm, hm... Ślaski Nieczuja, Nieczuja Ślaski... pomiędzy nami jakieś powinowactwo musi być; przecie wojski krakowski, Nieczuja Jan, ten, który był poszedł z królem Janem na wojnę, a tu mu palestranci wyparowali byli żonę z dziećmi i zajechali dwór, że aż wróciwszy z wojny, zajazd musiał czynić na własną wieś... otóż ten wojski Jan, kiedym jeszcze był żakiem na Akademii Krakowskiej, kazał mnie się był tytułować wujkiem, a matka moja nieboszczka... Ba! Matka moja nieboszczka a jego żona były stryjeczne; przecie Grzymałówny obydwie... o!

— Tak, panie dobrodzieju.

— He! Cześnikiem mnie nazywają, chociaż takie było moje cześnikostwo, jak twego ojca skarbnikostwo.

— Tak, panie cześniku dobrodzieju, ale jest jeszcze i drugi sposób, w który mam honor być asaństwu dobrodziejstwu powinowatym...

— No, którędyż to?

— Przez śp. samego pana stolnika.

— Przez Strzegockiego? — zapytał dziadek, a namyśliwszy się cokolwiek, odpowiedział: — Prosta rzecz, rodzi go Ślaska. A czymże ta Ślaska była waści?

— Ta Ślaska była rodzoną ciotką mojego ojca.

— A tak! — rzeknie starzec. — Pamiętam, bawiła za młodu przy jw. Ossolińskim na respekcie, sierotą była ubogą — bo dziad waści, syn Jana, wojskiego krakowskiego, był człek lekki, całą fortunę przehulał; ojciec twój nawet z jego domu wyjechał o dwóch koniach i jednym pachołku i nie mając co robić innego, wojną się bawił, a kiedy wojny nie było w domu, to szedł w służbę do postronnych potencyj... o!... Konfederat dzikowski! Dopiero mi się ochapia136; przecie był ze mną w Gdańsku, kiedy miasto było oblężone przez Sasów... to, to, to, dobrze pamiętam. Toś ty syn jego? A pokażże mi się wasze, czyś do niego podobny?

I powstawszy cokolwiek, spojrzał na mnie, ale niebawem wzrok spuścił i na powrót usiadłszy, rzekł:

— Nic już nie widzę.

I w rzeczy ciemno się zrobiło, bo chociaż to ledwie parę godzin było z południa, jednak, jak mówi poeta o tej porze:

...w naszym miłym horyzoncie

Gdy południe u okna, zawsze wieczór w kącie.

Tedy pani stolnikowa kazała wnieść światło, które się składało z dwóch świec jarzących, a stary znów do mnie:

— Gdzież ojciec mieszka?

— Nie żyje już — odpowiedziała pani stolnikowa.

— He? — krzyknął stary.

— Umarł.

— Aha! Umarł! Proszę, młody człowiek... ba! Młody, tak się to zdaje, przecie musiał mieć lat siedmdziesiąt137 z czubem.

— O! Pewno miał — odpowiem — żali138 nie więcej.

— Tedy i mnie już niebawem za nim iść; małym on żaczkiem był, kiedy my pod Leszczyńskim parli sieniawszczyków na Rusi Czerwonej139.

— Ej! Nie ma się czego śpieszyć tam, panie cześniku dobrodzieju, i podobno nie zaraz to nastąpi, bo zdrowie jegomości chwała Bogu jeszcze w pięknym jest stanie.

— Dworuj sobie zdrów — odpowie z uśmiechem stary — a pamiętasz:

Płot trzy lata, kot trzy płoty,

Człek trzy konie, koń trzy koty;

dłużej nie. A toć ja już trzy konie i jednego kota przeżyłem, a kiedy Bóg da do świętego Wita doczekać, to jeszcze będzie i jeden płot.

— Prawdać140 to, ale przysłowia to ludzka rzecz, a życie ludzkie, boska.

— Boska, boska, nie ma co mówić i wiem co do siebie, że byłbym pewnie setki dociągnął, gdyby nie tarapata... i różne termina, które przyszło przebrodzić... szkoda mówić.

Ale pani stolnikowa zakończyła tę urywaną rozmowę naszą, mówiąc:

— Tedy zamiast jednego pokazało się dwa powinowactwa pomiędzy nami, z czego mocno się cieszę, a to o tyle więcej, ile że sobie dobrze przypominam, z jaką czcią mój mąż nieboszczyk zawsze wspominał Nieczujów rodzinę. Więc pan skarbnikowicz nie mieszka już w Sandomierskiem?

— Ja mieszkam w tym momencie w ziemi sanockiej, gdzie trzymam wieś Bóbrkę od jw. wojewody wołyńskiego prawem zastawu.

— Więc pan skarbnikowicz nie ma własnego dziedzictwa? — zapytała znów pani Strzegocka.

— Właśnie przeszłego lata skusiła mnie próżność moja zakupić parę wiosek w sąsiedztwie, bo się została gotowizna po moim ojcu i dobytku trochę więcej, niżeli jedna wieś zniesie; ale tak mnie Pan Bóg pokarał za ten grzech mój, żem ledwie życia nie postradał w zawodzie tego nowego obywatelstwa.

Z którego to punktu szła potem dalej rozmowa, w której, wyspowiadawszy się z mego życia i z mojej fortuny, powziąłem w zamian wiadomość, że pani stolnikowa posiada po mężu wieś na Wołyniu, która daje półtora tysiąca dukatów z dzierżawy, niemniej też dobrą wioskę koło Oszmiany, która właściwie należy do pana cześnika, przy tym Źwiernik i Strzegocice tuż koło Źwiernika leżące, nie jest zresztą bez gotowizny. Mówiliśmy jeszcze o innych stosunkach familijnych i niektórych wzajemnych przodkach naszych, przypominając sobie ich czyny i znaczenia, co jednakże pani stolnikowa wkrótce przerwała, mówiąc:

— Ale jakżeż ja się zapominam; nie zapoznałam jeszcze pana skarbnikowicza z moimi córkami. Chodźcie tu, panny.

W tym momencie obiedwie141 panienki, porzuciwszy swoje hafty i szepty przy krośnach, stanęły pomiędzy mną a staruszkiem, mając przed sobą stolik, a za stolikiem matkę, siedzącą na kanapie. Wtem pani stolnikowa:

— Oto jest moja starsza, Zuzia jej na imię, a zaręczona jest przyjacielowi waszmości, imć panu Konopce — i wskazała na tamtą, stojącą od strony dziadka, która usłyszawszy swojego przyszłego nazwisko, i tak dosyć rumianą twarz jeszcze potężniejszym oblała rumieńcem.

— Ta zaś młodsza, imię jej Zosia — dodała matka, pokazując na drugą.

Piękne to imię Zosia, bardzo jest piękne... ale że to nie pora była zamyślać się, więc przystąpiwszy do nich i ukłon uczyniwszy kawalerski, rzekę:

— Wielce sobie szacuję ten dzień szczęśliwy, któren mi przynosi honor poznania dam tak znakomitych parentelą, jako też wdzięczną urodą i wychowaniem; chwila atoli ta tym mi pamiętniejszą snadź będzie dlatego, iż mi daje prawo, a nie wątpię, że i łaskawe pozwolenie, nazywania się odtąd waszmość panien po modnemu kuzynem, po staremu honorowym kawalerem i uniżonym ich sługą.

— Niemniej i nas też to kontentuje — odezwała się Zuzia, trzymając zapłonioną Zosię za rękę — poznać w waszmość panu naszej familii bliskiego kuzyna oraz kawalera cnót pięknych, odziedziczonych po ojcach. — Więc ja znowu do Zuzi z ukłonem:

— Z którego to szczęśliwego korzystając momentu, nie mogę nie wyrazić mojego ukontentowania, którego doznam, drużbując niebawem tak wdzięcznie dobranej parze, jaką waszmość panna uformujesz z swoim narzeczonym, a moim przyjacielem, panem Konopką.

— Jak? — zapytała pani stolnikowa. — Więc waszmość jesteś już zaproszony na drużbę?

Tu dopiero musiałem, odchrząknąwszy, potężnym głosem całą rzecz opowiadać i zbaczając nieraz od materii, dziaduniowe zaspakajać pytania, które często do głośnego śmiechu pobudzały nas wszystkich, bo staruszek, nie dosłyszawszy lada czego swoim dziewięćdziesięciotrzechletnim uchem, nieraz o takie rzeczy się pytywał, o których nikt ani wspomniał. Jeszczem opowiadania nie był dokończył, kiedy ów stary sługa na jednej wielkiej tacy przyniósł gotową już kawę dla całej kompanii, a na osobnej tacy buteleczkę starego miodu z lampką dla dziadunia, bo ten, ile że zaprowadzenie kawy w Polsce sam zapamiętał, nie mógł się jednak poddać nowomodnemu trunkowi, nad orientalny ten specjał przenosząc likwor doma urodzony in crudo142 i doma do użytku sycony. Sługa nakrył tenże sam stolik przed kanapą wielkim w kwiaty tkanym obrusem i w ten moment całą tę przekąskę, czyli raczej przepitkę, zastawił. Pani stolnikowa zajęła się nalewaniem kawy we filiżanki i porządkowaniem talerzów z grzankami, ja zaś tymczasem miałem sposobność przypatrzenia się pannom, każdej z osobna.

Otóż panienki te, chociaż siostry rodzone, jednak niejednakowo były ubrane, ale bo też i niejednakowe to były piękności. Panna Zuzanna była wzrostem słuszniejsza, miała na sobie suknię ciemną jedwabną, sznurowaną z przodu, z rękawami po łokieć, w staniku wciętą i całą z jednej materii. Na rękach miała rękawiczki irchowe, długie znowu po łokieć, z jednym palcem, a na resztę szła klapka z góry, która je nakrywała i była w złote kwiateczki po brzegach lita lub haftowana. Na ramionach miała zarzucony szal pojedynczy wełniany, różowego koloru, spod którego wyglądała róża czerwona naturalna, we włosy założona i cokolwiek przekwitła; we włosach były ślady pudru woniejącego o dziesięć kroków. Panna Zuzanna wcale nie była piękna: talia jej gruba, ręce dość ciężkie, twarz wcale niezajmująca, włos lniany, oczy czarne, nos nieregularny, usta cokolwiek odrzucone i broda spiczasta czyniły twarz pociągłą wprawdzie, ale niemą i nic nieprzemawiającą do duszy. Biegły fizjognomista jaki byłby na niej dopatrzył trochę wyrazu złości, trochę dumy, trochę zarozumiałości, ale ani astronom nawet nie byłby dopatrzył rozumu.

Cale143 inną była panna Zofia. Wzrost jej niewielki, ale talia tak delikatna i zgrabna, że się zdawała nie po ziemi chodzić, ale unosić w powietrzu. Twarz miała więcej okrągłą niż ściągłą, ale bo też była prawie dziecięciem jeszcze. Nie wiem, ażali więcej jak szesnaście razy lilie kwitły w jej oczach. Włos miała ciemny, czoło alabastrowej białości, oczy duże błękitne i tak mówiące, tak niewolące, a tak pełne promieni i blasku, że się zdawały migotać jak gwiazdy na niebie, których nieuzbrojone oko dojrzeć nie może. Nosek równiutki, usta ślicznie uformowane i tak mocno różowe, że żadna róża im sprostać nie mogłaby w świeżości. Jednak na całej tej tak uderzająco pięknej twarzy jakaś nieodgadniona żałość była rozlana, jakaś smętność taka, jakaś miękkość serca i duszy, że gdyby mi kto kazał wyobrazić sobie mdlejącego anioła i z wolna zlatującego na ziemię, tobym był Zosię pomyślał. Ubiór też jej był dziwnie odpowiedni naturze; miała na sobie jasnoniebieską suknię, delikatnego koloru, w górę prawie do szyi dochodzącą, fałdowaną w szerokie fałdy aż do stanika, a w staniku, pod którym snadź żadnego nie było gorsetu, ledwie co przyciągniętą i ujętą paskiem także błękitnym. Na ramionach miała zarzucony kontusik biały z cienkiej wełnianej materii, białym jedwabiem podszyty, który białymi sznurami spiętym był pod szyją; u szyi śnieżnej jeden sznurek drobniutkich pereł, u których w środku uwiązany był krzyżyk złoty malutki i z perłami biegł między piersi; na głowie, gładko uczesanej, szeroko uplecione warkocze złożone były w wianek wielki dokoła, który się zdawał z czarnych róż uwity — z róż czarnych, do których wydania z siebie ziemia nasza nie dosyć ma szlachetności albo nie dosyć smutku... I nie rosną też one nigdzie oprócz w sercach żałobnych kochanków na ziemi i na grobach aniołów w niebie.

— Czy pan Marcin się z nami kawy napije, czy się przysiądzie do dziadunia do miodu? — zapytała pani stolnikowa.

— Ja, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem, budząc się nagle z zamyślenia — ja się kawy napiję z paniami, których zawsze jestem niezmordowanym i nieodstępnym sługą, a potem się do dziadunia i do miodu przysunę, bo już taka jest moja natura, że usłużywszy damom i wyczerpawszy przy nich moją niebogatą głowę z konceptów, idę do starych na nowo się zasilać mądrością.

— Otóż to jest zwyczaj godny naśladowania — odpowie pani Strzegocka, a podczas kiedy dziadunio już drugą lampeczkę miodu pociągał i zasłoniwszy się dłonią od światła, przypatrywał mi się z daleka, panny się przysiadły do stolika do swoich filiżanek, w których było mleczko, dla sławy tylko kawą zafarbowane albo dlatego, ażeby mieć asumpt144 cukier rzucać do niego.

— Dwa grzyby w barszcz, mospanie Nieczujo — ozwie się z wolna staruszek — cóż poczniesz wtedy, kiedy się z sobą pobiją?

— W moim państwie, panie cześniku dobrodzieju, bić się nie wolno, każdy musi czynić to, co mu każę.

— Jakże pan skarbnikowicz tegoroczny zapust spędza? Wszakże to już niedaleko Popielec? — zapytała panna Zuzanna, odejmując od ust filiżankę.

— Wcale niewesoło, moja mościa panno — odpowiedziałem — a prawdę mówiąc, jeszcze ani nogą nie ruszyłem w tym roku.

— Czy w Sanockiem nie tańcują? — zapytała znów ona z przekąsem.

— I owszem, może nawet więcej niż na Mazurach, co się tym dowodzi, że Sanoczanie, ile że na owsie chowani, o wiele lżejsi są od Mazurów i łatwiej ich kapela poruszy; ja jednak, opleśniawszy, że tak rzekę, po smutnej śmierci śp. mojego ojca, prawie nie byłem w stanie się z domu wyruszyć i gdyby nie pan Konopka...

— O! Już to pan Konopka ma wielki geniusz rozweselania...

— Osobliwie ciebie — rzeknie na to dziadunio, popatrzywszy na Zuzię — bo kiedy tylko jest tu w Źwierniku, to się zawsze tak chichoczecie, że ja przy was i oka zamrużyć nie mogę.

Ja tymczasem spojrzałem na Zosię, która sucharek do ust przytuliwszy i białymi jak perły ząbkami go przycisnąwszy, ani go gryzła, ani od ust odejmowała, a zamyśliwszy się nie wiem o czym, swoje błękitne oczy tak wpatrzyła we mnie, że mnie aż za serce ścisnęło.

— Czemu to Zosia zawsze cicha i spokojna? — rzeknie znów dziadek.

— Bo Zosia tak lubi — odpowie starsza siostra — ja zaś przenoszę wesołość nad smutek, bo to niezdrowo.

— Prawdę masz! — rzeknie dziadek żwawo. — Na co się to frasować za młodu i w stanie panieńskim? Dość czasu będzie na to w rok po weselu, kiedy...

Ale pani stolnikowa przerwała, mówiąc:

— Teraz pan skarbnikowicz zechce się przysunąć do dziadunia.

— Gotóweś z kawą, panie... jakże ci na imię? — zapytał dziadek.

— Jestem na usługi pana dobrodzieja — rzekłem i przysunąłem krzesło moje do dziadka, który chciał mi nalać lampkę, ale wziąwszy butelkę w rękę, przechylił ją, bryzgnął raz z prawej, raz z lewej, to znowu pod samą szklankę, a na koniec rzekłszy:

— Tak się starym dzieje, mosanie145 — i nic mi nie nalawszy, trzęsącą się ręką butelkę postawił na stole. Więc zacisnąwszy usta, iżbym się nie roześmiał, samem wziął butelkę i napełniłem lampkę, dziadek zaś tymczasem, porwawszy rękaw od kontusika Zosi, utarł nos w niego i najspokojniej go za swój pas zatknął, czego zamyślona Zosia cale nie uważała. Dopiero kiedy około Zuzinego ubioru chcąc coś poprawić, ruszyła się na swym krześle, jakżeż się oboje z dziadkiem nie zadziwili, kiedy ona ujrzała, że jej rękaw był za dziadkowym pasem, a dziadek, że mu chustka sama wyskoczyła zza pasa. Śmiech z tego zdarzenia, któremu panna Zuzanna głośnym dyszkantem prym dawała, trwał parę minut, po czym dziadek:

— Śmiejcież się ze mnie — rzecze — że mam lat dziewięćdziesiąt; czemuż to mi się nikt nie śmiał w oczy, kiedym miał czterdzieści albo pięćdziesiąt? Hej! Toż byłbym mu gębę tak rozpłatał, że już byłby się i na pogrzebie własnego ojca śmiać musiał, nie mając zębów czym pokryć... tak jak to zrobiłem jednemu Litwinowi, który ze mną służył w jednej chorągwi.

I wypróżnił staruszek lampkę swoją, którą ja z nowej napełniłem butelki.

— Kto się dziś patrzy na mnie, przygarbionego dwoma mendlami lat, jak tu mówią Mazury — ciągnął dalej dziadek, wyciągając się i prostując — i na moją łysą głowę, i na ten włos rzadki, z którym by i wróble igrać dziś mogły bezpiecznie jak z martwą strzechą... kto by mnie wziął za rękę, w której już nic prócz żył i kości, i dotknął się twarzy mojej babkowatej jak grzybek... czy wierzyłby ten, że ta ręka niegdy wór pszenicy brała jak jabłko za szypułkę, że ta głowa całej chorągwi rozkazywała na wojnach, że posłowała z oszmiańskiego powiatu na sejmach, że króla Leszczyńskiego odprowadzała het, het! za morza, kiedy Sasowie przemogli... — i pociągnął znów szklankę miodu. — Nikt by nie wierzył, mosanie — mówił dziadek dalej, a głos jego za każdą szklanką miodu stawał się coraz silniejszym i wymowniejszym — nikt by mnie nie wierzył i ja się temu nie dziwię, bo i ja nie wszystkiemu dowierzałem, co mnie powiadano za młodu... a tymczasem, jak mnie tu widzisz przed sobą, tak ja na własne oczy króla Jana widziałem. Byłem dzieckiem natenczas, ale tak to pamiętam, jakby się wczoraj działo dopiero — i ja, mosanie, wraz z bracią szlachtą wojowałem przeciwko Augustowi II, któregośmy niechętnie królem obrali.

— Mości dobrodzieju! — rzekłem ja na to. — Lubo mój ojciec nieboszczyk także do tej samej należał partii i lubo także tak jak jegomość wyrażał się o nieboszczyku królu Auguście II, jednakże ja przyznaję otwarcie, iż gdybym był żył natenczas, to nigdy nie byłbym stanął po stronie tego, którego drapieżna Karola XII ręka gwałtownie nam narzuciła. Może to być prawdą, że król Leszczyński nieboszczyk, gdyby był osiadł na tronie, byłby daleko więcej dobrego zrobił dla narodu i niejedną piękną po sobie zostawił pamiątkę w tym kraju; jednakże, gdyby jeszcze dziesięć razy więcej wad miał w sobie nieboszczyk król August, to już to samo, że był wolnymi głosami obranym, prawowitym się stał i przeto naszym rękom był powierzony, już to samo byłoby dla mnie dostatecznym powodem, abym był ostatnią krwi kroplę wylał w jego obronie. Dla Leszczyńskiego zaś, jeżeli kto już dla tego samego nie utracił wszelkiego afektu, iż tenże za życia jeszcze prawowitego pana z swoją pretendencją do tronu się był ogłosił, to go powinien był wtedy całkowicie utracić, kiedy tenże pretendent pod awanturnika Szweda i nieprzyjaciela całego narodu słowiańskiego się oddał protekcję i drapieżne jego głodnych rycerzów bandy naprowadził na owe ziemie, gdzie i noga taka stać była nie powinna. Zresztą i tego nie waham się wypowiedzieć, że nienawiść ową, którą niektórzy mieli i mają przeciwko Sasom, zawsze uważam sobie za jeden z takich przesądów, które z prostej drogi póty nas sprowadzały na krzywe, aż póki nas na zupełne nie zawiodły bezdroże. Być może, że to pochodzi stąd, iż małym jeszcze będąc chłopięciem, do noszenia pomarańczowej czapki już się nazwyczaiłem; może stąd, iż pod panowaniem Sasów światło dzienne ujrzawszy, do nich za to i serce moje nagiąłem; ale jednak i to jest pewna, że mój ojciec nieboszczyk, lubo jako konfederat dzikowski pierwszy raz się wielkiemu pokazał światu i przez to na czas długi serce swoje od Sasów odwrócił, jednak przy schyłku swojego życia nie tylko że pomarańczową czapkę przywdział i byłby dał się w sztuki porąbać za Sasa, ale nieraz bijąc się w piersi, powtarzał, żeśmy nie umieli szanować tych panów i korzystać z ich panowania.

— Hm! — odrzekł starzec, popijając nektaru. — Młody jesteś, a dobrze powiadasz. Ale przez to mnie nie rozumiesz i rozumieć nie będziesz, aż póki włos tak nie pobieleje na twojej głowie, jak pobielał na mojej. Jeżeli twój ojciec, jak powiadasz, przed śmiercią żałował tych dni, które dla jakiej sprawy w polu przepędził za młodu, to mu może trzeba powinszować żywota w niebie, ale nie zazdrościć jego dni ostatnich na ziemi. Ja może także inszą miałem opinię o Sasach, kiedy nadeszła moda noszenia czapek pomarańczowych, i może także co dla nich czyniłem, ale nie oblewałem przeto żalami mojej młodości. Młodzieńcowi bowiem żyć w nadziejach, mężom w czynach, a starcom snadź146 już tylko w wspomnieniach. Jeszczeż ten, który ich ma wiele, i samych pięknych, i samych szczęśliwych, może pomiędzy nimi przerzucać i niektóre z nich ciskać na ofiarę dzisiejszym opiniom, które także są chwilowe, tak jak tamte były chwilowe, pod którymi stawały się jego czyny — bo nic nie masz wiecznego na tym świecie! Nic nie masz wiecznego — ot! Ja, ja tylko lat dziewięćdziesiąt przeżyłem, a kiedy się dzisiaj po tej ziemi oglądnę, to żeby też jedna opinia, jedna nauka, jedno pokolenie, jedna rzecz jaka ziemska stała na tym punkcie, na którym stała, kiedym był pacholęciem! Ani jedna! I zdaje mi się, że z tamtego wieku już tylko ja jeden zostałem się na tej ziemi z wiarą tylko w Boga na niebie, która jeszcze stoi niezachwiana jak dawniej, i z tą prawdą, że słońce stoi na jednym miejscu, którą i tak już może lada dzień kto obali. I myślisz ty, że to miła, że zabawna jest wędrówka po takiej drodze, na którą, gdy wstępowałeś, byłeś okolony milionami twoich rówieśnych, lecz po której idąc dalej, począłeś zaraz gubić tu jednego, tam dziesięciu, tam stu, a tam tysiąc od razu, a kiedy się w jej połowie obejrzałeś poza siebie, już i z was, wędrowników, nie było ani połowy. Ty byś może już wtenczas spoczął i pozostał z tamtymi, ale Pan Bóg ci kazał iść dalej, więc szedłeś. I idąc znowu gubiłeś twych towarzyszy, a gubiłeś ich teraz coraz więcej i gęściej i gromadka wasza się coraz zmniejszała, i zostało was tysiąc, potem stu, potem dziesięciu, potem dwóch, a na koniec i ten ostatni, westchnąwszy do Boga, upadł przy drogowskazie. I zostałeś już sam — sam jeden w świecie nowym dla ciebie i nieznanym, obojętnym, zimnym, uważającym ciebie za rzecz, za nic, za grób trochę się ruszający albo może nawet za zaporę, za zawadę, za upiora wałęsającego się pomiędzy żywymi. Pomiędzy tobą a tym światem, w którym dziś żyjesz, nie ma już żadnych relacyj, żadnego powinowactwa; ty jemu na nic, on tobie już tylko na grób się przyda — z twoich towarzyszy, przyjaciół, sąsiadów już nie ma żadnego; twoja mądrość nieczytelną na dzisiaj księgą, twoje gadanie paplaniną papugi, ty sam już czujesz, że jesteś tylko lampą wyszczerbioną, okopconą i dogorywającą, na którą najszlachetniejsi jeszcze patrzą z litością i pożałowaniem i tylko lekkiej śmierci jej życzą... I w takim stanie ty masz twoje ostatnie skarby, tych kilka przypomnień z twojego najpiękniejszego życia, wyrzucać w błoto i sam deptać dlatego, że dzisiaj taka albo owaka roi się ludziom po głowach opinia? I tyż masz te twoje najdroższe młodych lat pamiątki potwarzać147 i rugować z twojego serca dlatego, że młokosy dzisiaj woleliby znowu Sasa niż Ciołka148? Hm! Nigdy tego nie będzie! Niechaj sobie inni, mając lat sześćdziesiąt, czynią srogie za to wyrzuty, co czynili, kiedy mieli trzydzieści; niechaj drą swoją przeszłość i z każdym rokiem nowe rozpoczynają życie; niechaj się kwapią do poddaństwa dla każdej nowej opinii, niech się wpraszają do służby do każdego tylko co z kolebki wychodzącego pokolenia i niechaj myślą, że uczciwie żyją na świecie, że starość ich będzie wspaniałą i spokojną świątynią, wystawioną u końca drogi żywota, że będzie ocieniona wyniosłymi uczynków ich drzewy, że w tej kaplicy obok konterfektu ich twarzy wisieć będzie długi łańcuch ich usiłowań, ich trosk, ich poświęceń; że do tej kaplicy będą przychodzić starzy na modlitwy, młodzieńcy po przykład, niewiasty z dziećmi dla przyglądania się w porozwieszanych na jej ścianach zwierciadłach; niechaj tak myślą, ale ja im powiadam, że służby ich późniejsze, ubiegające się o chłystków poklaski, nic nie będą warte wobec młodszego od nich świata; każdy rok ich starości będzie tylko nowym zawodem, a ostatnie słowo przed śmiercią ciężkim samemu sobie wyrzutem, że nic nie uczynili za życia. Jam raz tylko żył dobrze i pełno przez lat dziewięćdziesiąt; tym razem były wojny i praktyki czynione za królem Leszczyńskim, i dosyć mi na tym — a dwa tylko piękne mając wspomnienia z całych lat dziewięćdziesięciu, gdyby mi przyszło sto lat jeszcze tak prześnić w bezczynie, to wiecznie do nich bym tylko powracał i nigdy bym się nie znudził. Ale co tam powiadać młodemu o tym, któremu się zdaje, że na każdym jego uczynku całe państwo ustać by mogło? Co opowiadać młodemu o tym, któremu się zdaje, że nic jeszcze nie było przed nim, nic nie masz dzisiaj krom149 niego i nic już może po nim nie będzie? Co powiadać o tym, kiedy Pan Bóg człowieka tak stworzył, że mu się na nic cudze doświadczenia nie zdają, a kiedy zaczyna świat poznawać i dopiero by w to potrafił, jak na nim żyć trzeba, to mu się grób natenczas otwiera?... A jeszcze i to łaska boża, bo azaż to mało jest takich, którzy, głupi się narodziwszy, umierają głupimi?...

Tu dziadek przestał i wychyliwszy lampkę miodu, począł żartować z pannami, przepowiadając im różne krotochwile, przy których, wypiwszy jeszcze drugą i trzecią szklanicę, powoli się w krzesło swoje coraz głębiej zasuwał, a zapadłszy w nie całkiem, zamilkł i niby usypiać się zdawał. Ale ja mu zasnąć nie dałem i rzekłem zaraz:

— Jest to zapewne wielka prawda, co jegomość powiadasz, ale snadź Pan Bóg wiedział, dlaczego to czyni, kiedy ją aż przed grobem każdemu objawia. Gdyby ludzie naprzód wiedzieli, jakie będą uczynków ich skutki, podobno150 mało który by co przedsiębrał na świecie.

Dziadek ruszył się w krześle, tępym wzrokiem na mnie popatrzał, namyślił się chwilę i rzekł:

— I tu masz prawdę poniekąd, a może i całkowicie, ale jeszcze zawsze mnie nie rozumiesz. Za tym, że ktoś wie, że jego uczynki ledwie po połowie się zdadzą na co, wcale nie idzie, aby już nic zgoła nie robić. Mój Boże! Przecież krom lat przeżytych w służbach Leszczyńskich, służyłem jeszcze lat kilka królowi chrześcijańskiemu151, posłowałem na sejmikach, sprawowałem urząd w powiecie, a małoż to się kompromisów nasądziło, mało stron powaśnionych nagodziło, mało par naswatało, mało za innymi sąsiedzkimi sprawami najeździło po świecie! Ale przez to nie przywiązuje się do nich tej wagi, która się im nie należy, ale przez to nie poniewiera się młodości swej wyrzutami, i owej służby, w której najgorętszą się krew wypaliło, nie nazywa się czasem zmarnowanym i utraconym na próżno! Niepoczciwą bym zresztą gębę miał, gdybym wiele o moich powiatowych służbach rozprawiał; zapłacono mnie za nie z góry, i to tak suto, jak tylko płacić umie szlachta oszmiańska. Najpoczciwsza bo też to szlachta pod słońcem! — zawołał dziadek i wysunąwszy się znowu na przód krzesła, kazał sobie podać lampeczkę miodu, a kiedy mu ją podałem, wypił ją jednym oddechem i dziwnie mi się już zmienionym być zdawał. Twarz jego się zarumieniła, wzrok rozgorzał i zgoła krew się w nim tak ruszać poczęła, jak gdyby z trunkiem mocnym nowa dusza się w niego wlała. I tak było w istocie; dziewięćdziesięcioletnie to ciało tak już zdrewniało, krew stara tak przystygnięta była w tych wyschłych żyłach, a dusza ta tak się w głąb gdzieś zanurzyła i zbezwładniała, że tylko płomień mocnego trunku wlany w ciało i wspomnienia młodości, poruszone w duszy, wywoływały życie w tym starcu i rozdmuchiwały w nim ową iskrę, która niegdyś może gorzała jak słońce, ale dzisiaj już gasła i popielała.

— Najpoczciwsza jest szlachta oszmiańska! — powtórzył tedy dziadek i głosem czystym a mocnym, jakby dopiero miał lat pięćdziesiąt, zapytał:

— Byłeś kiedy w Oszmianie?

— Nie, nigdy nie byłem.

— Hm! To nigdzie nie byłeś. Powiadają, mosanie — ciągnął tedy dziadek z ferworem — że każdy szlachcic od Oszmiany jedną nogę ma w bucie, a drugą w łapciu chodzi, a ja powiadam, że nie masz szlachty jak tamta. Bo to, mosanie, złoto próbuje się w ogniu, oś na grudzie, koń po nocy, a człek w biedzie. Co mi za sztuka, mosanie, być komu przyjacielem i dbać o niego, kiedy z niego złoto kapie, wino się leje na jego stole, a sto pługów orze mu na polu? Ale niech no ci łokcie powyłażą z żupana, buty ziewać zaczną, a z domu twego tylko parę węgłów zostanie, wtedy próbuj serc ludzkich, a czego doświadczysz, to już i w księgi pisz, a nie bój się, że świat okłamiesz... Otóż, kiedym miał lat dziesięć, ojciec mój nieboszczyk, powróciwszy z wojny ruskiej, zaraz mnie odumarł; macocha zaś moja nie miała nic pilniejszego, jak, zasiadłszy ojcowską wieś, mnie odesłać do Krakowa na Akademię. Słyszysz? Od Oszmiany aż do Krakowa. Powiadali ludzie, że to się stało dlatego, abym nie patrzył na marnotrawstwo ojcowskiej szkatuły i na owe lusztyki152, które się wyprawiać będą w domu moim i za mój grosz. Ja tymczasem na Akademii nauczyłem się, primo: że kiedy się nic nie jadło, to człowiek głodny; secundo: że kiedy biją, to boli; a tertio: że i szlacheckie dziecko pauprem153 może być i kolędować po domach z mieszczańskimi synkami, i nie więcej znaczyć od lada szewczyka, a może mniej, kiedy rękę ma słabszą; że może także o tym wyżyć na świecie, co mu gdzie z łaski rzucą do garnka, i wyspać się w sieni księżego pomieszkania na gołej podłodze, a rano wstawszy, tak dobrze księdzu buty oczyścić, jak każdy inny. Tego wszystkiego się tam nauczyłem i dobry mogłem był154 nawet z tej nauki egzamin zdać, bom ja praktykował przez siedem lat.

— Co też dziadunio gada? — odezwała się na to panna Zuzanna. — Gdzież może być, żeby dziadunio usługiwał księżom.

— He! — krzyknął pan cześnik i pociągnął teraz z mojej szklanki nektaru, nie tak dla odmiany, ile przez roztargnienie; pani stolnikowa zaś, która przez cały ten czas z wielką troskliwością i upodobaniem patrzyła na swego ojca, odezwała się do córki:

— Nie przerywaj dziadkowi. — A dziadek ciągnął dalej:

— Otóż, mosanie, przyszedłszy do rozumu, wymądrowałem sobie powoli, że głupstwo jest buty chędożyć księżom, mając wieś dobrą i dwór porządny, i uciekłszy ze szkół, prosto puściłem się ku Oszmianie. Jam wtedy prawdziwym był szlachcicem oszmiańskim, ba! nawet jeszcze lepszym, jak powiada przypowieść, bo nie jedna, ale obydwie nogi były u mnie bez butów, wżdy mi nie poodpadały dlatego. I owszem, zaledwie trzy mile uszedłem od Krakowa i wstąpiwszy do jakiegoś dworku, opowiedziałem się, ktom jest i za czym idę, zaraz mnie obuto i przetrzymano dni kilka. W drugim dworku darowano mnie hajdawery i trzymano przez tydzień, bom już był frant miejski, wyszlifowany, pokorny, a umiejący śpiewać kantyczki i pieśni nabożne, a kiedy kto chciał tego, to i światowe, bo i to umieją kalafaktory155 i księży służkowie. W trzecim obleczono na mnie bieliznę i znowu trzymano, bo organista był umarł, a pani była nabożna i codziennie mszy świętej pragnąca, a jam umiał grać na organach; dalej darowano mi żupan i kazano dzieciom łątki156 strugać, bo i to potrafiłem; gdzie indziej przyodziano mnie w kontusz i nie puszczono już dalej, bo zima nadeszła. Dosyć, że tak dwa lata blisko szedłem z Krakowa do Oszmiany; przecie na koniec przyszedłem. Otóż jednego dnia nad wieczorem pokazała mi się wieś ojcowska pod lasem. Poznałem ją, bo tam był dworek drewniany jak śnieg bieluteńki, przed nim równie biały ganeczek o czterech słupach, na którego czele była przybita Matka Boska Ostrobramska, która miała łzy w oczach, a uśmiech na licu, i z tym uśmiechem patrzyła na zielony przed gankiem wyciągnięty dziedziniec, na którym we środku trzy lipy stały z darniowymi ławkami i kamiennym stolikiem pomiędzy sobą. Na dziedzińcu igrały dworskie dzieci ziarnem, którego dosyć tam było, a gołębie, siedząc trzema wieńcami na lipach, zlatywały do dzieci i pokarmiwszy się z rąk ich pszenicą, nazad podlatywały, siadając każdy na swoje miejsce, aby się wieniec który nie rozerwał. Bzy kwitły natenczas i głogi się rozwijały, przechylając się kwieciem swoim przez płoty, którymi był ogrodzony dziedziniec; trzódki wracały z pola i dzwoniły z daleka, fletnia się odzywała zza lasu, powietrze, pełne woni cudownej, rozścielało się dokoła, a słońce, chowając się za góry, ostatnie promienie swoje posyłało na lipy, na dwór i dziedziniec. O! Poznałem tę wioskę, bo tak właśnie było, kiedy mnie wysyłano na Akademię dla wyuczenia się żebraniny i chędożenia butów z wysoką cholewą... Śpisz, Nieczujo?

— Boże uchowaj, Mości dobrodzieju! — odpowiedziałem. — I owszem, słucham z wielką atencją.

— No! Nalejże mi miodu, bo inaczej nie skończę i nie będziesz wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska; a nie śpij, bo przecie od tego herb wasz idzie, że jeden przodek twój pierwszy posłyszał zbliżanie się nieprzyjaciół w nocy i pobudziwszy wszystkich, wziął nad nimi komendę; wtedy sprawiwszy chorągwie, tak mężnie czynił, że nieprzyjaciela pogromił na łeb, a co przy życiu zostało, to wziął w niewolę. Działo się to za króla Bolesława Krzywoustego, który im za to ziemi dał moc, na której założyli wieś Nieczułki i pisali się comites157, i wielkie urzędy dzierżyli, i wojskom hetmanili ze sławą, ale teraz na psy zeszli, jak wszyscy Czuje i Nieczuje. O! Wiem, wszystko wiem... a kiedy jeszcze jedną flaszkę wypiję, to ci będę takie rzeczy gadał, o jakich ani ty, ani twój ojciec, ani żaden dziad twój nie słyszał; a czy mnie będziesz słuchał czy nie, to mi jedno, bo i o tym wiedz, że ja nie dla ciebie gadam, jeno dla siebie. Czemuż mi nie nalewasz? He!

— Trudnoż lać, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — kiedy...

Ale wtem sługa przyniósł parę nowych butelek, a podczas kiedy ja, nalewając, starałem się obawę moją o dziadka dać do poznania, pani stolnikowa rzekła do mnie półgłosem:

— Niech się pan skarbnikowicz nie obawia o mojego ojca; stary już bardzo i mocny trunek go rozgrzewa i rozwesela.

Potem znowu się cisza zrobiła; pani stolnikowa po staremu z wielkim upodobaniem i z miłym uśmiechem na twarzy wpatrzyła się w dziadka, Zuzia kręciła się na krześle i przygryzając wargi, ciągle coś poprawiała około stroju — Zosia, z kwiatkiem przy ustach, oczy swoje błękitne puściła gdzieś za myślą swoją w jakiś kraj nieznajomy i pewnie tak piękny, jak ona, ja zaś przysunąłem się do dziadka, który rzecz swoją tak dalej prowadził:

— Otóż, przyszedłszy do bramy, najpierw psy mnie macoszyne opadły; jeden szarpnął za hajdawery i wydarł z nich szmat sukna, drugi połę rozpłatał u kontusza, trzeci za pas mnie chwycił u przodu, ale ten przecie psich zębów nie przyjął, bo był gęsty i srebro miał w sobie; jednak na tym nie przestała ta nadworna pani chorążyny milicja; rzucali się na mnie coraz z większym impetem i byliby pewnie powalili o ziemię, bo nikt nie wyszedł z poddasza, gdyby nie brytan stary ojcowski, który, wylazłszy z budy i powolnym krokiem wlokąc się ku bramie, przyszedł nareszcie do mnie i zaczął się łasić około nóg moich... Milicja ucichła, a podczas gdy ludzie może się z okien patrzyli na owe hece, pies się zlitował nade mną i obronił! W ganku zdybałem jakiegoś jegomościa, który mnie spytał, ktom za jeden i czego chcę? — „Piotrowicz jestem! — krzyknę — tej wsi sukcesor!” — Zbladł jegomość i poszedł do izby, mnie prosząc o cierpliwość, bo pani chora. Za niedługą chwilę jednak wyszedł i rzekł wielkim głosem: „Cha, cha, cha! Piotrowicz! A wżdy umarł Piotrowicz, pani chorążynej pasierb, na Akademii w Krakowie!” — „Nie umarł — rzekłem — ano żyw jest i stoi przed waszmością; proszę mnie wpuścić do pani”. — „Nie może być — odpowie on, który był gach oczywisty, intruz i diabeł sam — a pani chora jest i miałaby z tego zgryzotę”. — „A któżeś ty jest? — zawołałem na niego — a jakaż jest twoja sprawa w tym domu?” — „A tobież co do tego? — krzyknie on do mnie — włóczykiju, samozwańcze, gałganie!” — Wtedy ja, mosanie, plunąwszy w garść, w łeb go raz i drugi, i trzeci, a kiedy padł, nuż go kolanami macać tędy owędy i pięścią biję, gdzie trafię. A śród tej roboty coś mnie chwyciło za kark, coś drugiego sypnęło mi parę razów w łeb, a nareszcie, powaliwszy mnie i dosadzając po drodze, wynieśli i wyrzucili za bramę... Zebrawszy się z ziemi, spojrzałem na dwór; cisza znów była jak gdyby nigdy nic, gołębie poleciały do swego gołębnika, dzieci poszły do piekarni, psy się pochowały do budy... tylko ja, pan tej wsi, ja nie miałem tam żadnego kąta na spoczynek i sen. Stałem tak jeszcze chwilę, patrzyłem, żali co się nie ruszy, żali kto nie wyjdzie, żali choć jedno serce się nie zlituje nade mną... nie! Tylko ów pies stary znów wyszedł do mnie, zaczął się łasić, chodzić koło nóg moich, parę razy głowę chciał podnieść i popatrzeć mi w oczy, ale już nie mógł, bo mu zżeleźniał kark... więc tylko się otarł pyskiem o nogi moje, położył się na ziemi, westchnął kilka razy, jeszcze raz się wyciągnął i zdechł!... Śpisz, Nieczujo?

— Uchowaj Boże, mości dobrodzieju! — odpowiedziałem. — Owszem, słucham z wielką atencją.

— No, nalejże mi miodu, bo inaczej nie skończę i nie będziesz wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska.

Nalawszy obydwie lampki i wypróżniwszy każdy swoją, dziadek tak dalej prowadził rzecz:

— Na czymże ja stanąłem?

— Na psie, mości dobrodzieju.

— Aha, na psie. Otóż, kiedy ten pies przy moich nogach zdechł i z nim zniknęła ostatnia dla mnie pozostałość po ojcu, ostatnie stworzenie, które dla mnie miało jeszcze kęs serca, rzekłem sobie: nie masz tu już co robić, panie Wicie; chodźmy precz. — I śród zapadającego zmroku szedłem wprost drożyną na zachód. Niebo się zaczerwieniło jeszcze i coraz ciemniało na jego kresie; zrazu snadno158 rozróżniałem wierzchołki drzew, potem coraz mniej i mniej, coraz ciemniej na niebie, coraz straszniej na ziemi, aż zrobiło się tak ciemno, jak w garnku. Firmament się obciągnął gęstymi chmurami, ostrość jakaś rozlała się po powietrzu, nareszcie błysnęło raz, drugi i dziesiąty, po czym straszne grzmoty zaczęły huczeć, jak gdyby jakie olbrzymie bryki biegały pędem po kamienistym sklepieniu. Straszno było... ale mnie nie; ja odmawiałem sobie wieczorne pacierze i przy świetle błyskawic postępowałem drogą do góry, rączo, żeby tylko jak najdalej nocować od tego domu, w którym nie było ani jednej łzy dla sieroty. Na koniec przyszedłem pod las; zmęczony byłem, guzy mnie poczęły dokuczać, wiatr jął przewiewać przez dziury kontusza, więc wypatrzywszy przy błyskawicy trochę gęstwiny, wlazłem pod nią i ległem. Skończywszy modlitwy i ucałowawszy skaplerz święty, pozostały mnie po ojcu moim i przeze mnie ciągle na piersiach noszony, chciałem usnąć, ale błyskawice i myśli moje nie dały mnie zawrzeć powieki. Więc myślałem. Myślałem, co począć teraz? Mógłbym się procesować, moja pani macocho, i wygrałbym pewnie. Nie mam ja grosza przy duszy, nie mam przyjaciół ani znajomych... ostatni, który mnie znał, był pies staruszek, a i ten zdechł przed godziną... ale ja mam metrykę w zanadrzu! Ja mam twarz moją, a tam we dworze gdzieś wisi na ścianie konterfekt mojego ojca! Ja mam czysty głos w sercu i Bóg się objawi w tym głosie, kiedy stanę przed sądem. I wygrałbym pewnie. Ale niech mnie Bóg broni od tego, abym miał nazwisko moje poniewierać po sądach... niechaj Bóg broni, aby dwoje ludzi, którzy to nazwisko odziedziczyli po moim ojcu, miało przeciwko sobie stawać do sprawy! I oto, Panie! ażebym kiedy nędzą lub głodem nie był pokuszony do tego czynu, oto klękam przed Tobą i przysięgam Ci — niechaj się dzieje, co chce, niechaj najlichsze służby odprawiam dla zarobienia codziennej strawy, niechaj żebraczymi łachmany zaświecę przed światem, niechaj, jako Łazarz w Twym Piśmie, niemocą zdjęty i pod cudzym płotem się walający, lichej bogaczów załaknę jałmużny — przysięgam Ci, że kopca tej wsi nie przestąpię, póki się pierwszy włos siwy nie pokaże na mojej głowie!... To wymówiwszy klęcząc i z podniesioną prawą ręką do góry, nagle mnie coś oświeciło tak jasno, żem olśnął. Zrywam się, patrzę: pożar. Piorun uderzył w dom mojej wioski... i widziałem jakby na dłoni owe trzy lipy rosochate, czarno umalowane na dnie z samego płomienia i dymu... widziałem ludzi, którzy się gromadzili pod tymi lipami i wyglądali jakby sami czarci chodzący wśród gorejącego piekła... widziałem kłęby czarnego dymu, które z czerwonymi iskrami, falując nad domem, wzbijały się aż pod sam namiot boży... Panie! Cóż mnie się działo natenczas!...

Tu dziadek przestał na chwilę i zamyśliwszy się, milczał. Zbudził się jednak niebawem, pytając:

— Śpisz, Nieczujo?

— Uchowaj Boże, mości dobrodzieju! — odpowiedziałem. — I owszem, słucham z wielką atencją.

— He?! — spytał dziadek jeszcze w zamyśleniu.

— Słucham, mości dobrodzieju.

— Kata ty tam mnie słuchasz; dobrze gdzieś zerkasz oczyma za pannami albo może zgoła i na migi z nimi już gadasz, bo to u młodych jak prędko, tak i zaraz.

— Wolne żarty jegomości, ale nie może to być.

— Ej! Co ty mi gadasz, co być może, a co nie może! Wiem ja o tym dobrze.

Na to panny się trochę porumieniły, a pani stolnikowa, lubo widocznie nierada była temu dowcipowi staruszka, jednak z wyrozumiałością, a zawsze z wielkim upodobaniem patrzyła na niego i od razu to poznać było, że dziwnie piękna miłość i cześć jest u tej matrony dla ojca. Ja też poderwałem natychmiast:

— Ale to już mniejsza o to, byle jegomość był łaskaw dokończyć swojej historii, bo inaczej nie będę wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska.

— A to mnie bardzo coś na tym zależy, żebyś ty wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska! — odpowiedział dziadek i począł coraz głębiej zapadać w krzesło i drzemać. Słaba już głowa była u tego starca, wszakże nie zasnął jeszcze z kretesem, i owszem, podczas kiedy żadne z nas ani słowa się nie ważyło wymówić, on, na pół śpiąco, a na pół pijano, następne159 ciągnął opowiadanie:

— Jaka jest szlachta oszmiańska! Hm! Drugiej takiej na pewno nie masz na świecie. Bo czy kto słyszał o tym prócz w bajkach, czy praktykował kto tego, aby się cały powiat hurmem zajął losem sieroty? Żeby przez lat siedmnaście administrował fortunę kogoś takiego, o którym cały świat mówił, że już kości jego pogniły w grobie? Żeby sierota, odtrącony od swojej wioski, z dworu swego wyrzucony za bramę i psami wyszczuty, w lat dwadzieścia wróciwszy, zastał wieś całą i nieruszoną, dwór w niej tak odbudowany, że ani jedną belką się nie różnił od spalonego? Matkę Boską nawet tę samą, która w ogniu ocalała, nad gankiem i dwa worki gotowizny we skrzyni? Słyszał to kto kiedy w tych czasach?... Moja macocha żyła jeszcze trzy lata, a po trzech latach nie umarła, ale w Dzień Zaduszny ze swoim gachem, który był diabeł sam z Łysej Góry, pojechała precz... het! Gdzieś do Niemiec. Tak powiadali ludzie. Kolega mój nawet, który służył ze mną królowi chrześcijańskiemu, a który jeździł był z Francji do swoich, powiadał mnie, że powracając sam na żywe oczy gdzieś ją widział w Niemcach. Karetą i czterema końmi karymi, z harbejtlowym obok siebie amantem, jechała na bal do miasteczka. Wszystka służba koło niej była czarno ubrana, w harbejtlach i kusych sukienkach — wszystko diabły zamorskie; polskich miała już dosyć. Na tę wiadomość ja jeszcze nie powracałem — nie mogłem — nie miałem jeszcze włosów siwych na głowie, alem ich już zapragnął. Czy widziałeś, Nieczujo, takiego kawalera, który by włosów siwych na własnej głowie wyczekiwał jak zbawienia? He?... Ja dwadzieścia lat o nie Pana Boga w codziennych modlitwach prosiłem. I wysłuchał mnie. Wróciłem i stałem się od razu bogatym. Wieś po ojcowsku zagospodarowana i dwa worki dukatów, to wielka fortuna! Błogosławił mnie też Pan Bóg za moją nędzę w młodości... za przekleństwa macochy... za siedmioletnie pauprostwo... za guzy odebrane od gacha... za dwudziestoletnią poniewierkę po świecie... Wszystko mi się wróciło. Ożeniłem się. Byłem bardzo szczęśliwy. Miałem żonę kochającą, córkę pieszczotliwą, spokój był w kraju, dobra dola wokoło, ani jednego nieurodzaju, ani jednego pomoru, żebraka nawet trudno było gdzie dojrzeć pod one czasy. Byłem bardzo szczęśliwy i byłbym nim był do dziś dnia, ale znowu gach niepoczciwy!... Znowu jeden dzień gromów i guzów — i wszystko przepadło! Działo się to...

— Może jegomość już spać się położy — przerwała pani stolnikowa, która zdawała mi się być pomięszaną i jakby niecierpliwą, jakby niechcącą, aby dziadek kończył, co zaczął, i dodała do mnie: — Dziadek już bałamuci. — Ale dziadek, jak gdyby nie słyszał ani słowa, ciągnął dalej:

— Działo się to w czerwcu, dnia dwudziestego siódmego, roku pańskiego tysiąc siedmset pięćdziesiąt i cztery... był wieczór natenczas, słońce zaszło już było... ziemia siniała... księżyc wyszedł na niebo i w lisią czapkę zawinięty, wróżył świętojankę... czeladka moja już spała, okna były pootwierane we dworku... bzy kwitły ostatnie i pierwsze róże się rozwijały... cisza była jak na cmentarzu... nagle!...

Wtem drzwi się otworzyły z łoskotem, wszyscyśmy się wstrzęśli jakby po strzale — pani stolnikowa zerwała się z kanapy i nazad usiadła — panny przytuliły się do niej — dziadek skoczył jak młody i lewą ręką chwycił się za róg od stolika, prawą przyłożył do czoła, spojrzał ku drzwiom i krzyknął: „Ignacy!” — Zerwałem się też i ja w tym momencie, spojrzę ku drzwiom, ale nic nie było strasznego. Mnich franciszkan, ów sam Murdelio z krośnieńskiego klasztoru, wszedł cale pokornym krokiem i pochyliwszy głowę, rzekł cicho:

Laudetur Jesus Christus!

In saecula saeculorum — odpowiedziałem, a nim się to stało, już znowu wszystko było w swoim porządku; dziadek tylko, usiadłszy na powrót w swoje krzesło, chrapał cokolwiek. Myślałem nad tym, dlaczego się ci państwo tak polękali, ale zważywszy potem, że ono raptowne ruszenie klamki i mnie przeraziło, nic nie myślałem. Zacząłem też zaraz rozmawiać z księdzem, wszakże za moment dano znać, że wieczerza na stole. Wszyscy więc wyszli na środek sali, ja się zbliżyłem do panny Zuzanny i wypaliłem jej jeden kompliment i drugi, chciałem i Zosi to samo uczynić, ale jakoś mi język nie folgował i mróz mi poszedł po całym ciele. Poszliśmy do drugiego apartamentu na wieczerzę, ale nimeśmy weszli, ja się ostałem przy drzwiach, aby to być ostatnim; wtedy pani stolnikowa wypuściła naprzód panny i mnicha, sama zaś, zatrzymawszy się przy mnie, rzekła do mnie półgłosem:

— Ja się spodziewam, że pan skarbnikowicz zabawi u nas dni kilka; dzisiaj damy mu apartament w sąsiedztwie dziadka, ale na jutro będą już opalone i przyrządzone pokoje gościnne. Proszę nas nie porzucać.

Ukłoniłem się grzecznie, poddając się rozkazowi gospodyni, ale uważałem, że była jeszcze więcej bladą jak zwykle i pomięszaną; po czym, przypatrzywszy się jeszcze, jak dziadka z krzesłem wynoszono do jego pokoju, weszliśmy do izby jadalnej. Stół podłużny stał na środku tej izby, nakryty na kilka osób więcej, niżeli nas było, co mnie jednakże nie dziwiło, bo zwyczaj ten chował się wtedy po wielu domach, a to na wypadek jakich gości niespodziewanych. Zasiedliśmy do wieczerzy tak, że pani stolnikowa i ja zajęliśmy jeden koniec stołu, panny przy nas, mnich zaś siedział na drugim końcu sam jeden, mało jadł, pił wiele i milczał. Milczenie też trwało długo i pomiędzy nami wszystkimi i na próżno pani stolnikowa starała się wzniecić jaką rozmowę; słowa jej się nie kleiły, a co powiedziała, nie miało wątku; tylko mnie, siedzącemu przy Zosi, jakoś się przecie udało, spytawszy ją o kwiatki i różne zagraniczne krzewy, które podtenczas już się były poczęły zagęszczać w Polsce, dłuższy z nią dyskurs utrzymać, a niewinne dzieciątko to tak mnie wdzięcznie opowiadało figury i przymioty różnych kwiatów, chowających się w oranżerii źwiernickiej, i z taką lubością grało swoim dźwięcznym głosikiem, że aż się rozpływała dusza moja. Po wieczerzy, przesiedziawszy jeszcze jaką chwilę przy stole, rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę, na miły spoczynek.

Moja izba była w południowej części domu; troje drzwi w niej było, jedne wychodziły do antykamery, drugie do dziadka pokoju, trzecie do pokoju graniczącego ze salą; okno patrzało na ogród. Kiedym wszedł do siebie, zastałem już tam mego Węgrzynka, który pościeliwszy mi łoże, siedział na stoliku pod piecem i drzemał. Rozebrawszy się i wypytawszy o wygodę, którą dają ludziom i koniom, i wyrozumiawszy, że uczciwą jest, wpędziłem go, sam czym prędzej przytulając się do poduszki; bo kiedy myśli mam wiele w głowie, to ona pierzana baba najlepszą mi jest powierniczką i najmądrzejszą rajczynią. I różne ważne myśli mi się poczęły zrazu, to ów mnich Murdelio, który mnie teraz coraz bliżej poczynał obchodzić, to ów staruszek niepospolity, którego mózg wyschnięty i serce zakrzepłe już tylko mocny trunek mógł w jakąkolwiek czynność wprowadzić, to na koniec Konopka, człek osobliwej skromności, który, mając wolny wybór pomiędzy groszem i dukatem, grosz wybrał i jeszcze drwił sobie z dukata, że delikatny. Jednak niedługo mogłem się nad tym namyślać, bo tuż stanęły nade mną błękitne oczy Zosi, tuż za oczyma biała twarz, jak lilia dopiero co rozwinięta, nad nią owe cudne warkocze, które porównywałem do wieńca czarnych róż. Aby to lepiej widzieć, przymknąłem oczy, począłem marzyć... i to mi mignął rękaw Zosinego kontusza... to niebieska polista160 sukienka... to oczu dwoje, to Zosia cała, która stanęła nade mną, w jednej ręce trzymając sznurek pereł maleńkich z krzyżykiem, a w drugiej z kolcami i liściem, świeżo co gdzieś zerwaną, różę czarną.

I podczas kiedy przed oczyma moimi robiło się coraz ciemniej, postać owa anielska występowała coraz jaśniej i zawiesiwszy się, jakby sen nieskończony, nad moim łożem, tylko co już nie przemówiła do mnie; nagle szmer jakiś dał się słyszeć w pokoju leżącym pomiędzy izbą moją a salą. Porwałem się, słucham: szept jakiś chrypliwy długie prawił kazanie, które chociaż często podnosiło się do ferworu, nierzadko przerywane było przerażającym każącego161 śmiechem, jednak cale mi było niezrozumiałe. Dopiero głos się odezwał kobiecy:

— Nigdy bym się na to zdecydować nie mogła, nigdy, nigdy. Raczej wszystkie męczarnie!

— To będą — odpowiedział głos mocny.

— Raczej śmierć!

— Ho, ho! Śmierć; ba! I ja bym ją może przyjął. Ale nie! Niechaj żywot się wlecze, jak człek do końskiego ogona przypięty, niech się ciągnie jak rzemień tortury, niechaj codziennie nowa kropla krwi się zapieka przy sercu, co nocy nowy duch cię przestrasza, a co poranku budź się z nową łzą w oku, tak gorzką, jak pieprz, a tak palącą, jak iskra! Kiedy nie chcesz przyjąć tego, co zamiast zemsty sam ci dobrowolnie podaję, kiedy nie chcesz przyjąć miłości i poddaństwa mojego, kiedy nie chcesz wziąć całej magnackiej fortuny mojej dla dzieci twoich i mnie samego dla siebie, iżbym się stał sługą i niewolnikiem, iżbym odżył jak człowiek przy ludzkim życiu, iżbym uspokojony wewnątrz pogodził się z światem i z ludźmi i zyskał czas do przebłagania Boga za winy moje, których nie kto inny, jeno tyś się stała przyczyną — to żyj! Żyj sto lat, żyj dwieście lat i cierp, cierp i doświadcz tego wszystkiego z mojej własnej ręki, czego ja doświadczyłem od ciebie! Żyj i cierp, a męki twoje niech się przedłużają na dzieci twoje, na wnuki i na dziesiąty płód twego pokolenia!

— Boże! Miejże litość nade mną! Cóżem ci winna!

— Niewinna! Cha, cha, cha! A któż mnie raj pokazał na ziemi, a potem drzwi do piekieł otworzył? Kto przyrzekał i zawiódł? Kto na nowo głowę zapalił, a potem truciznami ją gasił, żem owariował na nic, żem się na wieki już stał wyrzutkiem i trądem między ludzkością, że ja, pan pięćdziesięciu wsi, dzisiaj w habit się ubrał i jakby żebrak...

— Boże! Cóżem winna! Myślałam, że potrafię wymóc to na ojcu i sobie... jam nie miała i do dziś dnia jeszcze nie mam mej woli...

— Kłamiesz! — krzyknął głos mocny.

— Ach! To okropne! Miejże przynajmniej wzgląd na dzieci moje... na ojca zgrzybiałego, któren już się tyle nacierpiał z twojej przyczyny...

— Milcz! Dzieci twoje to trąd — stary to łotr!

— Panie!

— Milcz! Mówię — ja nad starym jeszcze nie taką pomstę wezmę przed śmiercią! Jużem mu pół serca wydarł spod żeber, jutro mu wydrę drugą połowę! A po śmierci! Cha, cha, cha!... Córkę mi oddaj!

— Przestań! — zawołała niewiasta, nabierając mocy cokolwiek. — Przestań, bo chociaż słabą jestem... ale... albo na sługi zadzwonię. Czego chcesz w moim domu?

— Chcesz publiki? Jam gotów.

Wtem dało się słyszeć dzwonienie ręcznego dzwonka, który zaraz upadł na ziemię, potem huk wywróconego krzesła; zerwałem się więc z łóżka i wdziawszy prędko buty i kontusz, rzuciłem się do tych drzwi, porwałem za klamkę i przycisnąłem sobą, ale oparły się, były zamknięte. Jednak pomogło to, bo owo gadanie ustało zaraz i cisza była. Stałem tak jeszcze z jakie dwa pacierze, przykładałem ucho do klamki, ale już nic. Wyniosło się to, więc położyłem się, a przypomniawszy sobie, żem przez oczy Zosine o pacierzach wieczornych zapomniał, dopiero mi przyszła myśl, że ten gwar nie czynił kto inny, jeno jakieś dusze pokutujące, które pod owe czasy w każdym prawie znajdowały się domu, a które najłatwiejszy przystęp mają do człowieka zapominającego o Bogu. Więc uklęknąwszy przy łóżku, począłem pacierze, które, jak zwyczajnie, trwały pół godziny albo i więcej. Jednakże przez ten czas już nic się nie ruszało na żadnej stronie. Po czym, obejrzawszy pistolety i szablę, które leżały przy moim łożu, położyłem się, a sen mocny i odrętwiały objął zmęczone ciało moje.