III
Wstawszy rano i odmówiwszy pacierze, nie miałem nic pilniejszego, jak przypomnieć sobie wczorajsze wieczorne zdarzenie i nad nim pomyśleć. A ponieważ już Pan Bóg tak daje, że ludzie wierzący w duchy i nocne zjawiska tylko też w nocy w nie wierzą, mniej się ich obawiając do słońca, więc i ja po dniu nie bardzo jakoś przypuszczałem do siebie tę myśl, żeby owe wczorajsze głosy i rumory miały pochodzić od duchów. I kiedy pomyślałem w tym względzie o osobach żywych, które by to miały być, to najpierwej mi się przypomniał Murdelio, w niewieście zaś owej wprawdzie suponowałem panią stolnikową, ale rozumem tego dopuścić nie mogłem. Bądź co bądź, pierwsza rzecz, o którą zapytałem Węgrzynka, chodzącego około moich szat, była ta, w której izbie nocuje mnich franciszkan?
— On tu nie nocował, wielmożny panie — odpowiedział Węgrzynek.
— Jak to? Więc nocą odjechał?
— Nie odjechał, on odszedł nocą do karczmy, bo tam furę miał.
— Biegajże — rzeknę — do karczmy i udawszy jak gdyby nigdy nic, popatrz, czy jest i czym się bawi, a kiedy go nie ma, to się dowiedz, kiedy odjechał, dokąd i jak często tu bywa?
Mighaza sprytny chłopiec był i dowcip miał do każdej kawalerskiej imprezy, a że szlachcic był i wbiłem to w niego, że powinien Panu Bogu umieć odwdzięczyć się za to, że mu się dał w tak wdzięcznym stanie urodzić, więc też i pewnym mogłem być, że kiedy co podejmie, to raczej na miejscu położyć się da, niżeliby miał odejść z niczym lub zdradzić ufność w nim położoną. Przy swoich cnotach miał on jedną wadę, a nią było to, że bitwę namiętnie lubił i zgoła bez niej nie mógł żyć, i w tej materii niedoskonałym szlachcicem był, bo pomiędzy bronią a bronią różnicy nie chciał znać, a nawet, żeby prawdę powiedzieć, to u niego zawsze lepsza była pochwa żelazna albo drąg jaki niżeli szlachetny kord, a już nad własną pięść nie było u niego nic. Z tej jego wady atoli miałem tę korzyść, że kiedym jego w podróży ze sobą miał, tom nigdy nie znał, co to czekać na coś na drodze, promu nie zastać na przewozie albo koni nie mieć gdzie postawić w gospodzie — w takich terminach zawsze Mighaza naprzód szedł i choćby przez piekło samo taki uczynił rum, że nie tylko ja, ale i kilku jeszcze za mną śmiało przejechać mogło. A chociaż nieraz się tak wydarzyło, że przenocowawszy w gospodzie, na drugi dzień go cale nie zastawałem w tym miejscu i dopiero gdzieś aż o milę drogi zdybywałem czekającego na mnie przy gościńcu, i lubo nieraz przychodziło mi płacić basarunki162 gospodarzom, kowalom lub stróżom, jednak chętnie to czyniłem, bo za te nieprzyjemności sowicie od niego byłem wynagrodzony przywiązaniem i niepraktykowaną w dzisiejszych czasach wiernością. Kochałem go też nawzajem jak brata i szanowałem, a jeżelim go używał do lichej około butów posługi, to działo się to li w drodze; w domu on mnie wszystkim był: dworzaninem, marszałkiem, konsyliarzem, koniuszym, kasjerem, szatnym, i wszystkie te funkcje wypełniał jak potrzeba, żadnej się roboty nie kając oprócz gospodarstwa, do którego żadnego dowcipu nie miał, ale też i nie potrzebował go mieć, bo od czegóż był podstarości i dyspozytor?
Owóż za niedługą chwilę powrócił się ów Węgrzynek i przyniósł tę wiadomość, że mnich franciszkan jeszcze wczoraj odjechał; na zapytanie zaś, czy często tu bywa, odpowiedziano, że dopiero trzeci czy czwarty raz tu przyjechał, ale zapewne nie po kweście, bo nigdy nic nie wywozi.
Będąc tak mądrym po tej wiadomości, jak przed nią, ubrawszy się i dobrze obejrzawszy w zwierciadle, poszedłem gospodyni oddać dzień dobry. Znalazłem ją już ubraną, siedzącą w jeszcze dalszym za jadalną izbą apartamencie, przy porannej modlitwie czytanej wraz z córkami z wielkiej nabożnej książki. Była jeszcze bledsza jak wczoraj i zmęczona, jednak nie dawała tego poznać po sobie — panienki wyglądały czerstwo i miło. Widać kochająca matka chowała przed nimi utrapienia swoje, jeżeli jakie miała. Skoro tylko wszedłem, przerwano modlitwę, a pani stolnikowa rzekła do mnie:
— Zastajesz nas, waszmość, przy służbie bożej. Nie mamy kaplicy w domu, a do kościoła jeździć albo chodzić codziennie w zimie kobietom nie można. Więc oddajemy Mu hołd taki, na jaki nas stać, chociaż niemało z nas szydzą z tej okazji sąsiedzi; bo trzeba wiedzieć waszmości, że cały ten nasz powiat pilźnieński więcej podobno ma szlachty lutrów i kalwinów niż katolików. Wytępili ich trochę konfederaci, lecz dzisiaj mogą sobie rosnąć jak chcą, bo już nie masz konfederatów.
— Wiadomo mi to, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — że tu tyle ich się znajduje, tego brzydkiego nasienia, ale cóż robić? Dziś już tylko modlitwa jedynym na nich lekarstwem, innego nie mamy. Ale właśnie używania tego skutecznego lekarstwa ja przerywać nie chcę; pozwoli zatem jejmość pani, że się do tej modlitwy przyłączę, bo lubo ja, nie chwaląc się, swoją już odprawiłem, jednak nigdy tego dość dla człowieka.
— Cieszy nas to mocno, mój mości panie — odpowiedziała pani stolnikowa — a kiedyś tak chętny, to chciejże być naszym lektorem, bo dotychczas tę funkcję odbywała Zosia, ale u kobiety głos słaby do chwały bożej.
Wziąłem więc księgę i zasiadłszy przy stole, czytałem wyznaczone modlitwy; przyznać atoli muszę, iż snadź niewiele łask sobie uprosiłem u Boga tą robotą, bo raz na raz spoza kompaturek163 rzucałem okiem na Zosię, która dziwnie piękną była przy tym nabożeństwie. Bo nawet i tak snadź niewiele piękniejszych rzeczy nachodzi się na tej ziemi, jako widok pięknej i niewinnej dzieciny z oczyma podniesionymi do Boga.
Niebawem też i dziadek przyszedł ze swoim starożytnym skaplerzem w ręku i z swymi pacierzami na ustach, które basowym szeptem odmawiał. Ujrzawszy nas przy nabożeństwie, nie przerywając ani nam, ani sobie, usiadł tymczasem w kącie, ale skoro zmówił pacierze, znowuż milczkiem przeszedł izbę i przysunąwszy się do mnie, usiadł wytężając uszy, iżby dobrze słyszeć słowo boże. Ja też czytałem, ile głosu mi stało w szyi. I wdzięcznie było widzieć, jako dom szlachecki stał się na czas164 domem bożym.
Po skończonej modlitwie, powinszowawszy sobie dzień dobry, przeszliśmy wszyscy do jadalnego pokoju, gdzie już zastawione było śniadanie, składające się z kawy i z winnej polewki dla dziadka. Ja też przysiadłem się do winnej polewki, bom był do niej zwyczajny, i tak pijąc a przyjadając, przy grzecznej rozmowie o pogodzie i trochę o gospodarstwie, przeszła nam długa chwila. Dalej wstaliśmy od stołu i każdy poszedł, gdzie chciał; tedy ja do Zosi i zaraz:
— Moja mościa panno! — rzekłem — waćpanna jesteś tak gładka i wdzięczna, że snadź piękniejszej już nie masz na całej ziemi, kiedy mi się nie podarzyło widzieć ją albo choć o niej zasłyszeć.
Zarumieniła się biedna Zosia aż poza uszy, jednak nie czekając odpowiedziała:
— Nie musiałeś waszmość daleko na tej ziemi być, kiedy piękniejszej nie widziałeś nade mnie.
— Nie ma co mówić — odpowiedziałem — że ani wiem, kędy Paryż leży, ani znam owe ziemie, które czarni pozasiadali Włosi, kościste Niemcy, bogaci w złoto Hiszpanie i różni inni Angielczykowie; jednak, ile jej jest między Białowieską Puszczą a Wisłą, a zarazem między Sanem a Ukrainą, tyle znam i niemało się po niej nadeptałem na konfederacji, a kiedy na takim wielkim obszarze nie znalazłem nic...
— Proszę, proszę — przerwała mi Zosia — to znów będzie jakiś kompliment, na których wyszukiwanie próżno sobie waszmość czynisz fatygę, wmówić bowiem we mnie to, co nie jest, nie tak to łatwa rzecz.
— Chciałem tylko zakonfirmować to, co się rzekło wyżej, ale kiedy pani mi tego zabraniasz, tedy milczę już i za wielką sobie przyjemność to milczenie policzam, niczego bowiem tak gorąco nie pragnę, jak pozostać panny Zofii najposłuszniejszym sługą.
— Pan skarbnikowicz jesteś bardzo grzecznym — odpowiedziała Zosia — więcej nawet, jak by tego pomiędzy nami jako powinowatymi potrzeba.
Wtem weszła pani stolnikowa do tego pokoju, Zosia do niej poskoczyła i całując ją w rękę, o coś zda mi się prosiła, ja zaś tymczasem przystąpiłem do Zuzi i z nią rozmawiałem. Ale niewielka to z nią była rozmowa, dlatego odwróciwszy się niebawem, znów powróciłem do Zosi. Ale jakąż to w niej nagłą znalazłem zmianę! Dopiero co tak wesoła i szczebiotliwa, siedziała teraz na malutkiej kanapce w rogu i główkę opuściwszy na piersi, z smutną minką i ledwie że nie ze łzami w oczach skubała koniec chusteczki. Przystąpiłem tedy do niej i rzekę:
— Czegóż panna Zofia posmutniała tak nagle?
— Ej! Nic... jam nie posmutniała — odpowiedziała ona, podnosząc głowę i udając wesołą. — Ja też na to:
— Teraz może już przeminęło, ale dopiero co był jakiś frasunek u pani; widziałem to doskonale. Powiedzże mi pani, może ja co na to poradzę.
— Ej! Nic, dzieciństwo — odpowiedziała Zosia, powstając z krzesła i idąc do okna.
— Przecież coś było — rzeknę — jeżeli mam cokolwiek łaski u pani, to mi pani to opowiesz.
— Ej! Nic — rzecze znowu ona, ale już z uśmiechem — pan by się śmiał ze mnie, bo to dzieciństwo.
— Ale jak honor kocham, tak śmiać się nie będę, a jeżeli w tym co będzie śmiesznego, to się pośmiejemy oboje.
— To ja wiem — rzeknie ona — że do śmiechu o towarzysza nie trudno, ale kiedy płakać przychodzi, to już zawsze człowiek sam tylko musi.
— Ja, tak mi Panie Boże dopomóż, i płakać będę z panią, jeżeli tego będzie potrzeba; ale przecież mi, pani, opowiedz swój smutek.
Długo się wzbraniała Zosia opowiadać te swego serca skrytości, jednakże po statecznych prośbach moich i naleganiach opowiedziała mi tę arcyważną historię, która była następująca:
Przed kilkoma dniami dopowiedział jej był ogrodnik, że pomiędzy jej kwiatkami, które na osobności były ustawione w oranżerii, wielkie się stało nieszczęście, a mianowicie, że róża biała nagle i z niewiadomych przyczyn poczęła martwieć, że dwa goździki zeschły się całkowicie i że mysz się zakradła i poprzecinała u samego dołu powoje. Zosia chciała biec zaraz na ratunek swym kwiatkom, ale mama nie pozwoliła, bo odwilż była na dworze, a do oranżerii daleko. Noc bardzo niespokojnie przepędziwszy, Zosia na drugi dzień rano wykradła się chyłkiem i już była za sztachetami odgradzającymi dziedziniec od ogrodu, ale, na nieszczęście, mama właśnie w tej chwili wyglądała przez okno i zapukawszy w szybkę, odwołała Zosię z tej niepozwolonej podróży i nie tylko że się pogniewała, ale nawet za karę zasadziła do wyskubywania złota ze starego dziaduniowego pasa na całych dwie godzin. Było to już bardzo wielkie zmartwienie. Ale przecie noc była najgorsza. W niespokojności bowiem o te umierające kwiateczki, którym może można było przynieść ratunek, a którym mama kazała umierać bez miłosierdzia, pokazał się Zosi sen dziwny i bardzo okropny. A w śnie tym strasznym widziała ona najwyraźniej, że róża biała już całkiem umarła i leżała w trumnie na katafalku, koło niej dwa goździki nieboszczyki w trumienkach, a po czarnym pogrzebowym okirzu piął się powój zeschnięty. Biedne kwiatki! Umarły. Po chwili przyszły też wielkie muchy i chrząszcze i założyły wieka na trumny. Po czym myszy je biorą na barki, zdejmują z katafalku i niosą na cmentarz — już je wzięły, stanęły, już idą. Przed konduktem leci banda pszczół i komarów i gra marsz pogrzebowy. Za trumną idzie ze spuszczoną głową mąż róży umarłej, smutny, zapłakany tulipan. Za nim z dala cała kwiatków gromada. Więc lilie białe z twarzą piękną, lecz obojętną, dalej, trzymające się za ręce, czułe ciągnęły braciszki, dalej smutne, z rozczulonymi sercami fijołki, dalej róż kilka zwiniętych w pączkach i szczerze żałujących swej siostry; dalej perfumowane narcyzy w pudrowanych perukach i jak śnieg białych batystowych żabotach, niby eleganty idą także, ale więcej dla mody niżeli z współczucia; dalej dwie piwonie, przekupki, głośno bełkocące ze sobą, i cebule flakarki ciągną też za pogrzebem. Za nimi z końca wielką, gęstą gromadą ciągnie lud boży kwiatkowego narodu, owóż owies i jęczmień, pszenica i żyto. Po obydwóch stronach konduktu, dwoma długimi szeregami, ze świecami w rękach i białymi kapturami na głowach, ciągną smutne stokrotki — to zakonnice. Z boku tylko jeszcze skaczą jaskry lamparty i pieczeniarze bławaty, a przy bramie cmentarza, na starych grobowych głazach, siedzą babki kościelne, cykorie. To był sen bardzo straszny, Zosia spłynęła we łzach podczas tego widzenia. Jednakże kiedy go mamie następnego dnia rano opowiedziała, to mama się roześmiała i przyrzekła, że w dzień pogody pozwoli Zosi pójść do oranżerii. Owóż dzisiaj dzień, lubo dość mroźny, jednakże bardzo piękny. Zosia, pamiętna obietnicy, jak w dym poszła do mamy z prośbą o pozwolenie odwiedzenia kwiateczków, ale znów na nieszczęście mama była w złym humorze i ofuknęła jeszcze Zosię za natarczywość. I nie jestże prawdziwa zgryzota? Nie płakać tu nad tymi biednymi kwiatkami, które już naprawdę pomrzeć musiały i pewnie pomarły, bo ogrodnik po całych dniach pije i nie wiedzieć nawet, czy kazał tam w piecach zapalić?...
Wysłuchawszy tego opowiadania i ja też bez żadnej kwestii uznałem, że to jest niepospolita zgryzota i niemałe nieszczęście; jakoż zaraz z instancjami165 pobiegłem do mamy i bez wszelkich trudności uzyskałem pozwolenie wyprowadzenia panien do oranżerii. Ale kiedy Zosia w jednym okamgnieniu stanęła już ubrana w berlaczach166, w futerku i w watowanej kapuzie, nowa się nadarzyła przeszkoda. Zuzia w żaden sposób iść nie chce — a im więcej ją prosimy, tym też ona więcej się opiera, a nawet fuka na nas nie wiedzieć dlaczego. Ja, dzieląc serdecznie całe ukontentowanie Zosi, aż zakipiałem cały na ten obrzydliwy upór nieznośnej dziewczyny i znienawidziłem ją od razu i podobno na zawsze, ale trudnoż było się gniewać. Prośbami tylko godziło nam się szturmować do tego niedobrego serca; jakoż i prośbami udało nam się przecie na koniec uczynić ją nam powolną167 i wyprowadzić do kwiatów. Dopieroż wesołość, szczebiotanie i serdeczna zabawa, a kiedyśmy się jeszcze nadto przekonali, że i owej róży nic nie jest, goździki żyją, i powoje w całości, tośmy jeszcze weselszej nabrali fantazji, a Zosia w nadmiarze ukontentowania opowiadała nam znowu wiele ciekawych rzeczy o życiu i o różnych szczęściach i nieszczęściach oranżeryjnych sierotek. Przy tej zabawie i rozmowie czułem wprawdzie, że tonę gdzieś w jakichś odmętach nieznanego mi dotąd uczucia, czułem, że i mnie obima168 jakiś łańcuch z prześlicznie woniejących liści i kwiatów, czułem zarazem i to, że ten łańcuch, lubo169 z tak wiotkiej uplecionej materii, jednak w razie potrzeby nie byłby do zerwania tak łatwym, jak liść albo kwiatek; uważałem nawet i to, że nierozumna jest170 dawać się wiązać do jakiegoś przedmiotu, nie będąc naprzód pewnym, żali171 to dobrze jest i żali to się zda na co: jednak odganiałem te wszystkie przeszkody i lazłem z wielką fantazją w tę dla mnie nową, a tak pięknie się przedstawiającą krainę.
Serce ludzkie jest jakby kłębek szczerego ognia w twardą korę zamknięty; pali on się tam wewnątrz, wywraca i iskrzy, i nie wydaje ze siebie ani płomienia, ani iskier, ni dymu, ale niechaj kto zwierzchnią nadedrze korę, wtedy za nic miny podsadzone pod twierdzę, za nic ów wulkan ognisty, który ma być, powiadają, we Włoszech, za nic morze bezdenne, najwścieklejszymi rozburzone wichrami, za nic to wszystko przy ludzkim sercu! Bo kiedy miny i wulkan, i morze mają sobie ścisłe od natury naznaczone granice, poza które ani jednego pyłku wyrzucić nie mogą: serce ludzkie nie ma żadnych granic, serce ma tylko tę, którą sobie samo nada, naturę. Jego płomienie i iskry jak daleko w swoim wzburzeniu sięgnąć zdołają, nikt przewidzieć, nikt naprzód oznaczyć nie może. Miłość jednego serca stawiała już całe państwa na nogi i utrwalała ich byt na długie czasy — obrażona duma jednego serca w proch już rzucała całe narody i przykrywała je głazem grobowym na wieki. Wiedziałem to wszystko, ale bez wahania się puszczałem serce moje na tę niebezpieczną drogę, na której niejeden dał już gardło swoje, inny więcej jak gardło, trzeci tylko spokój swej duszy, ale niejeden także dobił się szczęścia takiego, za które, jak mnie Bóg miły, warto było spokój tego nędznego i mojemu krajowi natenczas nie na wiele przydatnego żywota na szwank narazić.
Kilka godzin już było z południa, kiedy znać dano do obiadu. Taki był zwyczaj w Źwierniku. Było to niby z pańska, ale nic w tym osobliwego — i owszem, źle nawet, bo szlachcic siedzący na wsi, którego obowiązkiem jest gospodarstwa pilnować i roboty czy to w polu, czy w gumnie doglądać, powinien jeść wtedy, kiedy robotnicy odpoczywają; tak też bywało wszędzie dawnymi czasy i dobrze z tym było, ale odkąd moda francuska zawleczoną została i do nas, próżno to gadać o takich rzeczach. Mówże temu, który mody pilnuje, że mu robota niesporo idzie albo że go podkradają po kątach i że się trzeba samemu pilnować, kiedy on już świat wywrócił do góry nogami, a uczyniwszy dzień sobie z nocy, mówi, że na to ma sługi, aby go pilnowali. — „Kiedy kto jest panem — powiadał pan Parys z Igiozy — to nie powinien być ekonomem” — i dlatego kładł się o czwartej rano spać, a wstawał o drugiej z południa. Nie wiedział też nieborak niczego, co się działo na jego obejściu, ani nawet tego, kiedy mu Igiozę i inne dobra zabierano na rzecz wierzycieli, bo wszystko działo się przed południem.
I my też snadź172 albo spaliśmy natenczas, albo zabawiali około peruk naszych, około żabotów i kolbertynek173, kiedy nas za długi u Boga zaciągnione zawołano do obrachunku... ale odkąd moda francuska i do nas zawleczoną została, próżno to gadać i o Parysowych, i o innych dawno już poronionych majątkach.
Kiedy ostatnią potrawę na stół dawano, dało się słyszeć trzaskanie z biczów przed gankiem.
— Zdaje się, że nam Pan Bóg dał gości — rzekła pani stolnikowa.
— He? — spytał dziadek.
— Goście przyjechali — powtórzyła pani Strzegocka głośno.
— A to dobrze — odpowiedział jegomość — może Konopka przyjechał.
— O! Pewnie Konopka — rzekła Zosia wesoło — już go pięć dni nie było.
Zarumieniła się przy tych słowach panna Zuzanna, ale zaraz dodała:
— Jeżeli pan Konopka, toż z nim pewnie i pan starościc, tego już dwa tygodnie nie było.
Przyszła teraz na Zosię kolej zarumienienia się, a tymczasem rzeczywiście do jadalnego pokoju weszli Konopka i Lgocki.
— Proroczym duchem, jak widzę, ichmość panny natchnione — odezwałem się na to, kiedy Konopka przywitawszy tymczasem panie, zaraz rzecze do mnie:
— Otóż to świat się wywrócił do góry nogami, kiedy już drużbowie pilniejsi od samychże narzeczonych.
Ja też, podając mu rękę przez stół, bośmy na przybycie tych gości cale nie powstawali, rzeknę:
— Jak się masz, Konopka! — Tymczasem Lgocki do mnie:
— Cołem, panie Niecuja.
— Czołem, panie Lgocki — odpowiedziałem.
— Cołem, cołem, ale skądze się waszmość tu wziąłeś?
Ja też na to:
— Drogą, drogą, tą samą, którą i waszmość tu przyjechałeś.
— Hi, hi, hi! Niecuja — szepnął sobie starościc pod nosem i wraz z Konopką usiadł do stołu. Nim się atoli dalsza poczęła rozmowa, panna Zuzanna, przy której usiadł był Lgocki, chciała sobie wody nalać do szklanki; starościc, jako grzeczny kawaler, porwawszy prędko za flaszę przed jego talerzem stojącą, chciał prędko nalać, ale nad samą szklanką zetknął się z flaszką panny Zuzanny, i to tak mocno, że im obojgu flaszki z rąk powylatywały, szklankę sobą stłukły i potop wody po stole rozlały. Mruknął na to stary sługa, usługujący do stołu, ja też zaraz pochwyciłem sposobność i rzekłem:
— Hi, hi, hi! Lgocki.
Wyprowadziłem go tym z kłopotu, który tuż w trop idzie za każdą niezgrabnością, bo wszyscy się w głos roześmieli, więc i Lgocki miał dosyć czasu ochłonąć ze wstydu, i sługa pozabierać ze stołu czerepy174. Ochłonąwszy atoli, nie śmiał się już po staremu i po głupiemu starościc, ale natomiast rzekł do mnie:
— Czegóz waszmość się śmiejesz?
— Ot, tak sobie — odpowiedziałem.
— Moze to ze mnie?
— A może! Bo na koniec dlaczegóż się nie śmiać, kiedy kto nie do swoich rzeczy się bierze?
— A to jak?
— Ej! Siła by o tym gadać i snadź lepiej by to na inną porę odłożyć, na ten raz wszakże muszę choć to waszmości powiedzieć, że się nie nazywam „Niecuja”, tylko „Nieczuja”, i nie lubię tego, kiedy kto moje nazwisko przekręca.
— A kiedy ja nie mogę wymówić.
— W takim wypadku może Demostenes waszmości posłużyć za przykład, ten bowiem nie mogąc słów należycie wymawiać, wkładał sobie kamień pod język i chodząc nad brzegami rzeki tak długo się ćwiczył w wymowie, póki się jej nie nauczył.
— A kiedy ja nie Demostenes.
— Kiedyś waszmość nie Demostenes, jak sam przyznajesz i jak to zresztą poznać nietrudno, to kto inny może waszmości posłużyć za przykład, et quidem175 zwierzęta, które w tym są mądrzejsze od nas ludzi rozumnych, że kiedy czego wymówić nie umieją, to milczą. Ale dajmy temu pokój, bo tym nie zabawimy dam, które tutaj przytomne176.
Pani stolnikowa się trochę skrzywiła na to i Konopka na mnie kiwnął, iżbym dał pokój, ale dziadek, podniósłszy rękę do czoła, aby oczy zasłonić od światła, wpatrzył się we mnie i rzekł wesoło:
— Ale to ty masz rozum, Nieczujo, jak król Stanisław nieboszczyk, u którego zawsze na wszystko była racja w głowie; lubię takich, co to ząb za ząb, a oko za oko. Takimi byli wszyscy Nieczujowie, jak ich pamiętam, a że takimi od wieków i Piotrowicze, więc napijże się ze mną wina za to.
Napiliśmy się, o co mniejsza, ale to ważna była dla mnie, żem się od razu wyższym pokazał od mego adwersarza, okazał go w oczach mojej panienki śmiesznym i sponiewierał po trochę — wiedziałem bowiem, ile to ważyło dla mnie, bo któż nie wie, że kobiety raczej wszystko złe zniosą u swoich amantów niżeli to, kiedy dają drwić z siebie i poniewierać sobą lada komu. Nie jestem zresztą tak bardzo krwiożerczy i na ten raz dość mi było tryumfu; nie zaczepiałem już cale Lgockiego; czyniłem tylko tak, iż go odtąd stale uważałem za sprzęt nieżywy i tak traktowałem. I przyniosło to skutki dobre, bo Zosia, jeżeli dotąd serca nie miała dla niego, to odtąd już go i mieć nie mogła.
Po obiedzie, kiedy wszyscy przeszli do sali i pousiadali na miejscach zwyczajnych, a przed dziadkiem postawiono stoliczek ze szklankami i butelką wina, Konopka wziął mnie pod ramię i do drugiej izby zaprowadziwszy, rzekł do mnie:
— Wiedziałem, że cię tutaj zastanę.
— Widać stąd, żeś domyślny.
— I to racja, ale z tego, coś mówił przy stole, ja się jeszcze i czego więcej domyślam. — Ja też na to:
— Panie bracie! Domyślać się wolno wszystkiego, ale nie idzie za tym, aby to wszystko zaraz i mówić wolno.
— Ou! Bo się dąsasz zaraz, jakby cię tu jeść chciano. — Roześmiałem się na to i rzekłem:
— Bo też z wami inaczej nie można; chowacie pomiędzy sobą głupców, którzy niewinnych ludzi obrażają na gładkiej drodze, a i sami nawet nie bardzo dobre macie obyczaje. U was, jeżeli kto ma trochę większą nad innych fortunę, to już może być głupi jak but albo i zgoła niewart za hetkę pętelkę, wy go przecie nosicie na rękach i wozicie ze sobą jakby co osobliwego.
— Nie wiem, jakie tam mają rozumy w Sanockiem — odpowiedział na to Konopka — i jaki chowają obyczaj, ale u nas to niejeden i psa wozi ze sobą, kiedy mu jest zabawny, a nie tylko człowieka.
— Inna pies, a inna człowiek177, to sam wiesz, a i to pewno wiesz, że kiedy się człowiek uda, to niech się i pies chowa.
— Ej! Dałbyś pokój, wiem, o co idzie. Podobała ci się Zosia i nierad widzisz, żem tu Lgockiego przywiózł ze sobą; ale to próżny gniew, nie byłbym ja go przywiózł, to byłby i sam łatwo trafił, bo był tu nie raz i nie dwa. Jest to nawet materia, o której by nam właśnie potrzeba pogadać.
— Nie ma o czym gadać — odpowiedziałem — że mi się Zosia podobała, nie przeczę, a że się Lgocki o nią stara, wiem i cale mnie to nie zraża. Poprobujemy się z sobą, kto lepszy, i snadź nie będzie to nam szkodzić na zdrowiu, jak każda walka.
— Walka to zdrowa rzecz, ale jednakże nie każdemu służy. W tym razie nietrudno i bez walki odgadnąć, który z was lepszy, ale to nie mocniejszy, tylko szczęśliwszy odnosi.
— To się i w tym poprobujemy.
— Przegrasz.
— Mówisz z góry jak prorok, co mi dość dziwno, bo jeszcze nie słyszałem, aby jaki Konopka w którym bądź testamencie prorokiem był.
— Chciejże komu dobrze, on ci za to da po ziobrze; takie to czasy!
— Panie bracie, skończmy to, bo albo ty gadasz nic do rzeczy, albo ja już taką fantazję dzisiaj mam, że mi pieprz rośnie na języku. W każdym razie nie dogadamy się, odłóżmy zatem tę rzecz na wieczór albo na jutro.
— Nie może być, bo będzie za późno.
— A! Jeżeli tak pilna — rzekłem niechętnie — tedy służę waszmości — i wziąwszy go pod ramię, zaprowadziłem się z nim pod okno, a działo się to w tym samym pokoju, w którym zeszłej nocy owe dusze mi się głosiły. Tam tedy stanąwszy, rzecze on do mnie:
— Panie bracie, jest taka rzecz. Uważam, że ci bardzo podobała się Zosia i że się tej serca twego sprawy od razu imasz178 na ostro. Miło by mnie było bardzo nazywać się tak zacnego kawalera szwagrem i bratem i pewnym być możesz, że w każdym innym razie za najświętszy obowiązek bym sobie miał ofiarować ci służby moje i pomoc braterską; tutaj atoli zachodzi ta okoliczność, że co najgoręcej pragnę, w żaden sposób przedsięwziąć nie mogę, z czego wytłumaczyć się przed tobą pod karą utracenia twojej przyjaźni muszę. Jest tedy tak: najprzód, że pan starosta Lgocki, ojciec Jędrusia, przed rozpoczęciem tej jego konkurencji w Źwierniku oddał mi go pod wyłączną opiekę i prosił, iżbym, jako znajomy i dobrze położony w tym domu, radził i pomagał jemu we wszystkim; wiedząc ja zaś, że Jędruś w gruncie ma serce dobre, a, co główniejsza, fortunę niepartykularną179, i że z tymi przymiotami doskonałym będzie mężem dla Zosi, przyrzekłem ojcu i jemu, iż mogą liczyć na mnie w każdym terminie. Po wtóre, zachodzi jeszcze ta okoliczność, iż Jędruś, konkurując tutaj już od jesieni, wspomagany przeze mnie i innych sąsiadów, a nawet przez jednego z możniejszych panów, nie wiem zresztą jak u panny, ale u matki położony jest tak dobrze, że podobno tylko jakieś nadzwyczajne wypadki mogłyby to zrządzić, żeby mu się nie dostała ta partia. Owóż tedy nie tylko miałem sobie za obowiązek przestrzec ciebie jako tak łaskawego na mnie i kochanego drużbę mojego, żebyś sobie na próżno tą panną głowy i serca nie bałamucił, bo, jak mi Bóg miły, z tego nic być nie może — ale nawet powiedzieć ci, iż w razie, gdybyś już nie chciał na żaden sposób nawracać z tej, na którą wszedłeś, drogi i w konkurach persewerował180, iżby cię moje zachowanie się w tej sprawie, które już nie może być inne, jak obojętne dla ciebie, a Jędrusiowi przychylne, cale nie zadziwiło i do złych myśli o mnie nie prowadziło. Owoż co miałem powiedzieć.
Ja też natychmiast w ten sens:
— Panie bracie! Czy przyjaciela, czy adwersarza mieć mi w waszmości, zawsze to tylko honor może być dla mnie, i to honor niepospolity, bo lubo przedwczorajszy dzień między nami był taki, że wypadało go koniecznie krwią trochę opłukać, jednak dzisiaj jawnie już widzę, żeś jest kawaler pięknego serca i umysłu takiego, jak przynależy. Za otwarte postąpienie twoje przeciwko mnie i pilność, z jaką dbasz o moją o tobie opinię, szczerze ci dziękuję; zaś co się tyczy dalszego mego postępowania w tym domu, to będzie ono zawisnąć od tego, jakie natchnienie położy Bóg w duszę moją; to ci tylko na teraz powiedzieć mogę i muszę, iż lubo za tym, że mi się Zosia podobała, czego nie taję, wcale jeszcze nie idzie, żebym miał zaraz konkurować o nią, to jednak, jeżeli już raz takie postanowienie uczynię, od niego mnie ani starościc, ani ty, ani wszyscy Mazurowie wąsami nie odstraszycie; bo już taka jest moja natura, że kiedy piję, to do dna, kiedy biję, to na śmierć, kiedy komu służę, to całą duszą; więc i kiedy konkurować zacznę, to już pewno pierwej nie ustanę, póki albo mnie diabeł nie weźmie z kretesem, albo panna nie będzie moją. Ale co tam o takich rzeczach rozprawiać, które robić potrzeba! Przyszłość wszystko okaże, tymczasem zaś chodźmy do pań, bo dalej pomyślą, żeśmy na jaką konferencję, a nie z odwiedzinami w ich dom przyjechali. — I biorąc go pod ramię chciałem iść, ale on jeszcze:
— Tylko słówko... albo nie, chodźmy do pań.
Zatrzymałem się tedy i rzekłem:
— Wiem, coś chciał powiedzieć.
— No, cóż takiego?
— Chciałeś mnie pewno uważnym zrobić względem postępowania mojego z Lgockim...
Uśmiechnął się na to Konopka, ja też dodałem:
— Znasz mnie już trochę, panie bracie, ponieważ wiesz, że ludzie upartego ducha są jakby dzieci, które im więcej im się czego zabrania, tym goręcej się tego napierają, i tak dalej, i tak dalej, więc podobno najlepiej będzie, żebyśmy o tej materii więcej już z sobą nie mówili... nawet jeżeli wola, dajmy sobie parol na to.
— Jeżeli ci się tak podoba — rzekł na to dumnie pan Konopka — to ja nie mam nic przeciw temu. Ja o tej materii nic z tobą rozmawiać nie potrzebuję.
— A ja się będę starał, abym nie potrzebował rozmawiać o niej z tobą. Więc my dwaj o tym nigdy.
— Nigdy.
— Parol181?
— Parol. A... a jakżeż będzie z drużbowaniem? — zapytał Konopka.
— Jak ty rozkażesz; mnie się zdaje, że to tylko szewcy tak czynią, że jeżeli się nie porozumieją w cechu, to już się kłócą ze sobą i w domu, i na ulicy, i w gospodzie, i na procesji; szlacheckiego zaś zakonu to praedicatum182 jest, że jedno nieporozumienie, a nawet bitwa sama nie uwalnia nikogo od reszty, albo z dawna już przyjętych, albo świeżo co danym słowem oznaczonych obowiązków względem drugiego i drugich.
— Więc tamto manet183?
— Manet sine nulla exceptione184, chyba żeby niemożność.
— Ultra posse nemo obligatur185 — dodał Konopka i z tym weszliśmy do sali. Tam zastaliśmy wszystkich siedzących i rozmawiających, pani stolnikowa po staremu na kanapie, panny przy krosienkach pod oknem, Lgocki przy nich, a dziadek w swoim głębokim krześle, przy którym stał stoliczek ze szklankami i na pół wypróżnioną butelką. Dziadek tedy do nas:
— No i cóż tam za sprawy tak pilne macie ze sobą, że nas zostawiacie samych? Może konfederacja jaka? He?
— Gdzież tam, mości dobrodzieju! — odpowiedział Konopka — prędzej by konkurencja jaka, kontrowers186, kontrybucja, a nawet i koniugacja niż konfederacja; ja przynajmniej już z daleka od wszelkiej konfederacji aż do samej śmierci, bo za jedną już mi takie ad intende187 dali nieboszczyk tatunio, że na samo jej przypomnienie włosy mi się jeżą do góry.
— No, nie ma to być tak rozumiano — odpowie dziadek — jeżeli dostałeś od ojca w gębę, to nie za konfederację, jeno za to, że ze szkół uciekłeś i bez jego pozwolenia, a z niczym, jako lichy woluntariusz188, nie jako obywatel do niej poszedłeś, a i pomimo to jeszcze założę się, że niechby jeno, nie mówię formalne innotescencje189 albo uniwersały, ale byle pogłoska, to ani ludzkie oko by cię tu nie zajrzało.
— O! Co pan Konopka, to moze — odezwie się na to starościc, przysuwając się z krzesłem do Zosi — ale ja juz się stąd ani rusę.
— A czy waszmość już się kiedy ruszałeś? — spytałem ja.
— A czemuz by nie? Służyłem psecie w pułku generała Bysewskiego.
— Wielki żołnierz musiał z waszmości być, jak to snadno190 widać po jego fantazji — rzekłem na to, trochę na przekór Konopce.
Konopka się też na to odwrócił, przygryzając wargę, a pani stolnikowa się także skrzywiła, ale Zosia się uśmiechnęła, co mnie bardzo pogładziło po sercu; tymczasem zaś dziadek zawezwał nas, iżbyśmy się przysiedli do niego, a do mnie rzekł:
— A ty, Nieczuja, ponalewaj nam wina.
Nalałem, podnieśliśmy szklanki i wypiwszy chórem za zdrowie dam, które z łaski swojej przy nas się nudzą, żaden z nas ust nie otworzył; my bowiem z Konopką zbiliśmy się wzajemnie z toru i wszelkiego do lekkiej konwersacji konceptu, Lgocki snadź nigdy nie był tym, który zabawić może rozmową, a kobiety podobno instynktem samym poznały, że jakiś kwas jest pomiędzy nami, i także się pokwasiły; dziadek tylko sam jeden, z duszą niedotkliwą na dzisiaj i żyjącą tylko w przeszłości, pozostał taki, jak zawsze, zimny, obojętny na wszystko, zwinięty w sobie i winem ustawicznie popijanym po trochę się rozgrzewający. On też był pierwszy, który, odjąwszy drżącą rękę ze szklanką od ust i oparłszy ją o węzeł litego pasa, począł w ten sens:
— Cóż to? Czy klasztor myślicie zakładać, że takie silentium191? Co?
— Smutne czasy, smutna dusza, toż nie dziwno, że i usta u wszystkich zamknięte, mości dobrodzieju — odpowiedziałem.
On zaś na to:
— Ot, gadasz! Że czasy smutne, mosanie, tego nikt nie zaprzeczy, daleko zresztą szukać by tego, który temu winien. Smutne czasy, to prawda, ale nie przez siebie samych, tylko przez ludzi, którzy w nich żyją i są do niczego. Za mego życia były już czasy daleko smutniejsze; za Karola XII, któż nie pamięta, jak to było w ojczyźnie, ale nam, ludziom krew ze krwi i kość z kości, wcale smutno nie było, i owszem, było nam bardzo wesoło. Bo my sami byliśmy żywi, żwawi, pełni sił i nadziei. Głupi byliśmy, jak dziś o nas powiadają, grubi i w obyczajach surowi, ale... nalej mi wina.
Nalałem, a po chwili dziadek na nowo:
— Dzisiaj, mosanie, ludzie, osobliwie po miastach, okrutny rozum mają, gładcy są, fryzowani jak owieczki, pachną jak kwiatki, ale...
Wtem coś mocno zaturkotało przed gankiem, jakoż jednocześnie wszedł służący staruszek i zapowiedział, że jacyś dziwni panowie zajechali.
— Czemuż dziwni? — spytała pani stolnikowa.
— Bo jakoś dziwnie poubierani — odpowiedział famulus.
— Jeżeli jejmość dobrodziejka pozwolisz — rzekłem na to — to ja do nich wyglądnę.
— Bardzo panu wdzięczną będę — odpowiedziała pani na to, a ja wyszedłem.
Kiedym z antykamery przez okno wyglądnął, zajrzałem powóz wielki zielony, czterema chłopskimi końmi zaprzężony około którego stały, to jeszcze doń po coś sięgały, trzy dość dziwne figury. Więc jeden z nich był to średniego wieku a słusznego wzrostu mężczyzna, w tabaczkowego koloru mundur, z aksamitnymi wyłogami i złotymi galonami ubrany; na głowie miał małą peruczkę z harcapem192, halsztuk193 wysoko podcięty, zresztą pluderki194 wąziutkie, pończochy, trzewiki z ogromnymi sprzączkami, cieniutką szpadę w skórzanej pochwie przy boku i w trzy rogi zastosowany kapelusz z kolorową kokardą pod pachą. Postawa jego była wzniosła i zdawała się dumną, twarz poważna, rysów pociągłych i na pozór przyjemnych — stał przy powozie i przez okulary, które ręką trzymał przy oczach, patrzył wprost na okolicę.
Drugi był wzrostem jeszcze wyższy, wiekiem już prawie starości sięgający, twarzy jeszcze pociąglejszej i brody nad wielką miarę długiej i graniastej, cery skórzanej, budowy ciała mocnej, suchej i kościstej. Ten miał wielką siwą perukę, z bardzo długim w czarną taftę owinionym harcapem na głowie; kapota na nim była czarnoszaraczkowa, długa poniżej kolan, halsztuk wielki włosienny, kamizelka czarna aksamitna, takież pludry, czarne pończochy i trzewiki grube, jałowicze, bez wstążek i sprzączek. Ten trzymał w lewej ręce chustkę zatabaczoną niebieską i tabakierkę wielką, blaszaną, prawą zaś w nos ogromny pakował co siły proszek ów specjalny, który nazywają tabaką.
Trzeci, była to mała, jak cień tylko chuda, wygładzona, nędzna figurka. Ten miał twarz biedną, bladą i podsiniałą, oczy zielonego koloru tylko się na niej świeciły; peruki nie miał na głowie, tylko własne włosięta, długie a popielate, per modum195 harcapa w tył związał i zrzynkami zatłuszczonej tafty zsznurował; był na nim zresztą frak brązowego koloru, wytarty i około rękawów poszarpany, halsztuczek czarny aksamitny na szyi, ale tak wielki, że się cała broda z gębą aż po sam nos i uszy w niego chowała, kamizelka żółta i hajdawerki196 powyżej kostek, lubo zima była, przecie tylko lekkie nankinowe. Widać, gorąca dusza była w tym kawalerze. Stał on o parę kroków od tamtych, a z miną arcyusłużną i twarzą, wyszczerzonymi zębami o wewnętrznej wesołości świadczącą, na pół pochylony w ukłonie, czekał zapewne swoich panów czy przełożonych łaskawego skinienia.
Za powozem stał jeszcze wóz prosty, srodze wypakowany, na którym siedziało dwóch niby-żołnierzy i sługus jakiś.
Obaczywszy to i widząc zarazem, że ci przybyszowie tak sobie lente197 przed gankiem cudzego domu poczynają i ani myślą się opowiadać, wyszedłem na ganek. Spojrzeli na mnie, potem po sobie, ale żaden z nich nic nie mówił; tedy ja do nich:
— Gospodyni tego domu zapytuje waszmościów, czym im służyć może?
Spojrzeli jeszcze raz na mnie i jeszcze raz po sobie, po czym ów w mundurze, który się zdawał z nich być najstarszym, zaszwargotał coś do mnie po niemiecku, ja też na to:
— Przepraszam, ale nieświadom jestem tego języka.
Tedy on do tego mizernego, o którym wspomniałem na ostatku, znowu coś swoim językiem. W tejże chwili przyskoczył ów do mnie w brązowym fraku i zacierając ręce, i skacząc, coś prędziuteńko powiedział, ale i z tego nie zrozumiałem więcej, jak tylko to, że ów mówiący do mnie jest Czech, bo mowa jego nie brzmiała tak, jak każda inna ludzka, jeno jakby kto racę wypuścił. — Krżptrżtkrższ! — Ani jednej samogłoski nie miał snadź w całej gębie. Dopieroż ów średni, a najsłuszniejszy ze wszystkich, zażywszy pomaleńku, a dokumentnie tabaki, odezwał się:
— Forsan dominatio vestra loquitur latine198?
— A! Także gadaj! Loquor199, mości dobrodzieju.
Zaraz też rozmówiliśmy się, a że się im prezentowałem, kto i jaki jestem, więc i oni zaraz mnie powiedzieli, że owo pierwszy z nich, ów mundurowy, jest to kapitan od inżenierii cesarskiej i nazywa się baron von Holmfels; drugi jakiś tam Niemiec, cywilny, nazwiskiem Streitenbach, a trzeci, ich pisarz czy aplikant, Czech rodem a Wlk nazwiskiem. Powiedzieli mi również, że jadą w Karpaty, gdzie pomiędzy Jasłem a Nowym Sączem mają jakieś drogowe czynności.
— A, toście się panowie niedobrze wybrali — rzekłem im na to — ponieważ nie masz tędy dróg sposobnych dla tak wielkich i ładownych wozów; ledwie się tu najdą itinera200, i to periculosa201.
— Periculosa? — zawołał pan Streitenbach, przeciągając twarz jeszcze na pół łokcia.
— Nie periculosa dlatego — odpowiedziałem przestraszonemu Niemcowi — iżby na nich bito lub obdzierano, ale dlatego, że są wąskie i wywrotne.
— A! To wiemy — odpowiedzieli — bośmy już ich praktykowali od rana; ale to już mniejsza o to, za kilka lat będą one insze w całym tym kraju.
— Więc o cóż chodzi waszmościom?
— Nam chodzi o to — odpowiedział z nich jeden — że od rana jedziemy i aniśmy koni nigdzie nie popasali, ani sami się pokarmili. Wstępowaliśmy już do kilku karczem, ale nigdzie nam nic nie dano, a do tego jeszcze we wszystkich tak brudno, że gdyby i co było w nich do jedzenia, tobyśmy się nie mogli odważyć wziąć w usta.
Mówili to z wielką grzecznością i nieśmiałością, co mnie dosyć dziwiło, bo ile o tych panach słyszałem, to nie zawsze i nie wszędzie grzecznie sobie poczynali; wszakże bądź co bądź, odpowiedziałem:
— Waćpanowie trafiliście do takiego domu, w którym są same kobiety, nie masz więc gospodarza, który by ich mógł przyjąć; jednakże odpoczynku i posiłku, jaki naprędce się znajdzie, nikt wam tu nie odmówi. Proszę za mną.
Spojrzeli znowu po mnie, znowu coś zaszwargotali do siebie, po czym ten mundurowy rzekł do mnie z wielką grzecznością:
— Proszę pana na słówko.
Wziąłem go więc ze sobą i zaprowadziwszy do sieni, stanąłem gotowy do słuchania; rzekł tedy:
— Niech się panu to dziwno nie zdaje, że nam rozum nakazuje taką ostrożność, ale nim w ten dom wstąpimy, musimy się pana zapytać, czy osoby nasze tu będą bezpieczne? Nie idzie tu o mnie, bo ja jestem kawaler i żołnierz i ani na skryte postępowanie przeciwko sobie zasługuję, ani tak bardzo się boję; ale tamci panowie piórowi nie są usposobieni do bójki; nadto jeszcze, wyprawę tę lubo przedsięwziąłem z wyższego rozkazu, jednakże drogę obróciłem tędy już na moją własną odpowiedzialność i przyznam się panu, że mi się to cale inaczej wydawało, kiedy siedziałem w pokoju i wyprawę tę wytykałem na mapie. Nie dziw się pan więc, że tak jestem ostrożnym, a to o tyle bardziej, ile że panu wiadomo być musi, jaki wypadek stał się niedawno z dwoma kolegami naszymi w Sanockiem.
— A tak! — odrzekłem smutno i do głębi mej duszy wzruszony. — Wiadomo mi to, niestety! Jednego pan Krajewski w Terce kazał za poły sukni gwoździami przybić do ściany, a drugiemu pan Bal dał kilkadziesiąt bizunów na progu.
— No, więc widzisz pan — rzecze mi, baron Holmfels — więc czy będziemy tutaj bezpieczni?
— Mości panie — odpowiedziałem na to z niecierpliwością — za ten czas202, którego waszmoście potrzebujecie do namysłu, nim w dom szlachecki na gościnę wstąpicie, myśmy czasu wojny dobywali fortecę, ale to nic, każdy naród ma swój obyczaj. Tymczasem mogę wam to zaręczyć, że w jakikolwiek dom w tym kraju zaproszeni wstąpicie, możecie być pewni, że wam i włos z głowy nie upadnie; nawet gdyby kto obcy napaść was chciał pod tą strzechą, to tylko po trupie gospodarza mógłby was dosięgnąć. Takie są prawa gościnności słowiańskiej, nigdy i nigdzie jeszcze aż po sam Kaukaz i lody Syberii nieprzekroczone ani zdeptane!
— O tak! Taki jest obyczaj słowiański! — odezwał się Czech ze dworu, który z lekka podsłuchiwał pod drzwiami.
— Proszę panów do izby.
Zabraliśmy się więc i poszliśmy. Kiedyśmy weszli, wiodę ja tych gości wprost przed kanapę, aby ich prezentować gospodyni; ale najpierwszy zaraz dziadek wstał, rękę po staremu przyłożył do czoła, spojrzał na nas i zaraz czapeczkę swoją wziął pod pachę i odszedł. Lgocki zaś, obaczywszy ich, parsknął od śmiechu, mówiąc:
— Hi, hi, hi! Niemiec.
Pani stolnikowa się także nie lepiej znalazła, bo niebawem po prezentacji wyszła do innych pokojów; panienki, przypatrzywszy się cudzoziemcom i ich ubiorom, także się powysuwały, za nimi zaraz Konopka; Lgocki stał jeszcze jaką chwilę i oglądał harcapy z bliska i trzewiki, i sprzączki, ale i ten, parsknąwszy jeszcze kilka razy, odszedł; wszystkie więc obowiązki gospodarskie zostały się na mnie. Gniewało mnie to, ale zresztą trudnoż się było gniewać; lat temu już kilkadziesiąt i takie to jeszcze przesądne były natenczas zdania i uprzedzenia.
Uważali to nowo przybyli i pan Streitenbach grubo coś na to mruczał po niemiecku; nie rozumiałem go wprawdzie, ale wiem, że pewno komplimentów nie gadał. Czech, który snadź strusi na wszystko miał żołądek, ośmielony i kontent, że stanął na szlifowanej posadzce, chodził od kąta do kąta i przypatrywał się obrazom i sprzętom, ale baron zafrasował się tym widocznie, jakoż po chwili rzekł do mnie z westchnieniem:
— Pan się zapewne wychowywałeś gdzie za granicą?
— Nie, panie — odpowiedziałem — nie tylko nie za granicą, ale nawet ani w szkołach publicznych; wiek dziecinny i pacholęcy przepędziłem w domu mojego ojca. — Wszakże widząc, że pan baron z trudnością wysławia się po łacinie, spytałem go, ażali203 nie zna francuskiego języka.
— I owszem — odpowiedział mi — mówię nim dosyć płynnie.
Rozmawialiśmy tedy dalej już po francusku, a że jakoś zaraz przyszliśmy w tej rozmowie na materię szlachectwa i opowiadaliśmy sobie, jak to z tym jest i na Niemcach, i w Polsce, toż i nietrudno było mi poznać, że mam do czynienia z człowiekiem dobrego rodu, starannego wychowania i pięknej głowy, co mi ciężar zastępowania gospodarza o wiele znośniejszym uczyniło. Niebawem zastawiono coś do jedzenia, jakieś mięsiwa, chleby i napoje; rzucili się na to tamci dwaj wygłodzeni z wielką fantazją, osobliwie Czech zmiatał potrawy pewno daleko zgrabniej, niźli spisywał species facti204, baron tylko jakiś był smutny i tak mięsa, jako i słodycze kostniały mu w gardle. Widząc to, rzekłem do niego:
— Waszmość panu przecie coś jeszcze innego oprócz tej podróży musi ciężyć na sercu, bo jużciż trudno przypuścić, żeby sama obawa jakiego napadu lub niespodziewanej awantury mogła mu napędzić tak octowego humoru, zwłaszcza że waszmość sam, jak powiadasz, nie tak bardzo się boisz...
— Pan masz słuszność — odpowiedział kapitan — sama podróż niniejsza nie jest mojego humoru przyczyną, ale ona otworzyła mi oczy na wiele innych rzeczy, o których przedtem dobre wprawdzie, ale nieprawdziwe miałem wyobrażenie.
— Nie wchodzę w to, co tam w rzeczy poruszyło w panu tego nielitościwego robaka, ale nietrudno mi się domyśleć, że waćpan znajdujesz się w położeniu tego, który z impetem i z wielką fantazją wszedł do zdobytej i wedle swego mniemania całkiem oczyszczonej fortecy, a tymczasem zastał tam nie tylko dość silną załogę, ale powietrze nawet zatrute.
— Ej! Nie turbuj się205 waszmość o nas — rzecze Streitenbach — wiemy my, jak co zrobić. U nas dzisiaj jest taka siła ducha, że przed jej samej jednym tylko dmuchnięciem wszystko padać musi na ziemię.
— No! — rzekłem. — Ja bym sobie życzył, żebyś waszmość choć raz dmuchnął na mnie... albo wiecie co, jest was tu trzech, dmuchnijcie wszyscy trzej trzema duchami, a ja już sam jeden stanę li z serpentyną albo i bez serpentyny!
— Ale to co innego.
— Ba! — zawołałem. — Ja rozumiem, że co innego... i rozumiem, gdybyście tak czarownie dmuchać umieli, to bylibyście pewno dobrze dmuchali w Wiedniu, kiedy was bisurmaństwo przygniotło, a zresztą i dzisiaj jechalibyście dalej i dmuchali przed siebie, a ani myśleli o jakim napadzie na was albo o jakiej awanturze.
— Otóż nie boimy się.
— Tutaj nie macie się bać czego, bom wam powiedział, że wam włos z głowy nie spadnie; ale tam dalej w górach zawsze radzę ostrożność, bo tu ludzie siły może w duchu nie mają, ale mają w rękach, i duchów się nic a nic nie boją, a broń Boże waszmość na nich dmuchać... teraz umysły podrażnione, mogłaby w rzeczy wypaść jakaś nieprzyjemność.
— Nie boimy się! — powtórzył pan Streitenbach, pociągając wielki haust wina.
— To chwała Bogu — rzekłem — ale i niebojów wilcy jadają.
— Nie zjedzą nas.
— Boska w tym wola.
— Nie boska, ale nasza.
— Wasza? Niechże i tak będzie! — odpowiedziałem i zakończyłem tę nudną dysputę z zarozumiałym na swego ducha Germanem, bo to wtedy jeszcze było tak, że człowiek by i sam za siebie nie ręczył; krew nie woda, a młody nie lubi być pobitym ani też przegadanym. Niemiec by mnie był duchem swoim pobił, i pewno pobił, bo to o nich powiadają, że każdy z nich więcej ma w głowie nauki niż biskup jaki albo rabin co najuczeńszy, a nużby mnie się było zachciało odbić się ręką i przykry by był się stał ewenement, o którym by może już dziś po kronikach pisano, za dowód barbarzyństwa naszego go stawiąc.
Tymczasem zaczęło się zmierzchać po trochę; goście, pomimo ducha swego, ani myślą wyjeżdżać, tylko popijając wino, gadają a gadają. Już i Holmfels nawet przysiadł się bliżej i do wina, i do rozmowy się wmieszał. Kłopot z tym oczywisty. Musiałem wyjść do pani stolnikowej, iżby jej woli zasięgnąć, jak sobie postąpić w tym razie. Zastałem ją w trzecim pokoju od sali wraz z córkami i gośćmi i wesoło tam było pomiędzy nimi; dziadek tylko siedział w kącie w skórzanym krześle i opuściwszy głowę na piersi, zdał się martwym lub skamieniałym. Tylko com wszedł do pokoju, rzecze do mnie pani stolnikowa:
— Cóż tam goście?
— Nic — rzekłem — siedzą.
— Bardzo waszmości dziękuję, żeś mnie zastąpił w tym przykrym razie; rozumiem to, że gościnności nie można odmawiać nikomu, ale zawsze milej by mi było, gdyby już sobie odjechali.
— Łatwo to powiedzieć, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — ale oni podobno troszeczkę się boją i ani myślą wyjeżdżać.
— Jakżeż? To będą nocować?
— Zapewne, że będą.
— No i cóż tu zrobić?
— Nic nie zrobić; zabierzcie się, asaństwo, i wyjdźcie do sali, jeden z tych Niemców jest kawaler i szlachcic, mówi po francusku i wcale do rzeczy jest, z tym sobie możecie panie rozmawiać, a tamtych drugich już ja biorę na siebie. Bo cóż robić przez cały wieczór?
— Co mówicie, panny? Pójdziemy?
— Chodźmy, mamo; cóż w tym jest złego? — odpowiedziała Zuzia.
Wyszliśmy więc wszyscy prócz dziadka, który z Konopką wyniósł się do swego pokoju; tu zaś przyniesiono światła; pozbierano ze stołu i zaraz pan Holmfels przysiadł się do gospodyni domu i począł z nią grzeczną rozmowę. Zrazu szło jakoś nudno i cicho, ale że Holmfels był to kawaler światowy i ze wszystkimi trzema damami umiał utrzymać konwersację, więc się też niebawem ożywiło. Wkrótce baron siadł do klawicymbału i przygrywał różne piękne melodie; pokazało się też, że Czech, jako to u nich zwyczajem, umiał grać na skrzypcach, wyszukano mu więc tego instrumentu pomiędzy sługami; grali tedy obadwa, wtórując sobie, myśmy słuchali, a nareszcie i Konopka, który także był muzykalny, zasiadł do klawicymbału; ja rozmawiałem ze Streitenbachem i dworowałem sobie z Czecha, na co się stary Niemiec uśmiechał i potakiwał; Holmfels zaś jak usiadł przy Zuzi, jak jej wziął prawić jakieś tam rzeczy, tak i przesiedział tam póty, póki cale grać nie przestano, a może i dłużej jeszcze siedział, czego ja już nie widziałem, bo pokazało się, że pan Streitenbach jest budowniczy z profesji i uczył się tego na akademiach, a że ja z dziecka prawie miałem wielkie zamiłowanie w tej sztuce, tedy nie zaniedbałem tej sposobności, aby się o wiele ciekawych, a u nas tylko ze słyszenia znajomych rzeczach zainformować. I tak się zagadałem z tym Niemcem, żem ani uważał, co się tam dalej działo w sali, aż mnie krzyk i szelest jakiś obudził. Spojrzę ja, aż tu widzę jako Czecha okrążyli i panny, i kawalerowie z wielkim hałasem i śmiechem. Przystąpiliśmy bliżej, a on im pokazuje jakieś sztuki łamane, to ze świecami, to z pierścionkami, to z innym rupieciem. Dopieroż biegać za nim, łapać go i śmiać się do rozpuku, przy czym już to Lgocki prym trzymał i najwięcej dokazywał. Nawet pani stolnikowa się z kanapy ruszyła i do gry tej wmięszała, i tak z owymi Niemcami, przed którymi zrazu wszyscy pouciekali, oswoili się wszyscy pomału, jakby z dawnymi znajomymi i sąsiadami, niektórzy nawet, jak Lgocki, aż konfraterni206 nawet z nimi się nie kajali207. Wszakże, kiedy po ukończonej zabawie do wychodu się zabierali, nikt ich ani jednym słowem nie zatrzymywał, a wszyscy z wielką grzecznością dobrej nocy i szczęśliwej podróży życzyli.
Ja już musiałem mój gospodarski obowiązek do dna samego wypełnić i odprowadzić ich jeszcze do oficyn na nocleg, gdziem miał sposobność przypatrzyć się, z jakimi to wygodami ten naród jeździ, jako mają ze sobą i miednice do mycia się, i bety, i piernaty, i papiery, i pióra, i talerze, i imbryki, i Bóg nie wie co jeszcze, a na koniec i usłyszeć od barona najuroczystsze zapewnienie ich dla mnie wdzięczności, który rzekł do mnie te słowa:
— Miło mnie jest na koniec wyrazić panu najszczersze nasze podziękowanie za tak gościnne w tym domu przyjęcie, a o ile nic mnie nie zbije w tym przekonaniu, że gdyby nie nasze tak szczęśliwe się z panem tutaj spotkanie, toby nam było drzwi przed nosem zamkniono, o tyle proszę być pewnym, że ja przynajmniej za najszczęśliwszą sobie poczytam tę chwilę, w której będę mógł panu grzeczność grzecznością odpłacić.
Tamci dwaj tylko, widać ludzie prości i grubi, lubo, jak sami mówili, wielkiego ducha, pożegnali się ze mną obojętnie i chłodno, grzeczność moją, ba! dobrodziejstwo, poczytując sobie za spełnioną powinność.
Na drugi dzień rano Niemcy odjechali, my zaś pozostali, zgromadziwszy się przy śniadaniu; z wczorajszej, tak niespodziewanej wizyty mieliśmy bujny przedmiot do konwersacji i jeżeli zabawny przepędziliśmy wieczór z nimi przytomnymi, to ranek bez nich jeszcze był zabawniejszy, bo mnóstwo przypomnień i uwag nad tymi nowymi w kraju naszym figurami czynionych nieraz do chóralnego śmiechu pobudzić nas musiało. Zuzia tylko, która nie wiedzieć dlaczego ustawicznie w obronie Niemców stawała, i dziadek, który mi po kilka razy wyrzucał, jak mogłem cudzoziemców w dom wprowadzić i pozbawić go wieczoru, po którym on sobie tak wiele rozrywki obiecywał, nie podzielali ogólnej wesołości naszej. Dziadek nawet, rozegrzawszy się winną polewką i wpadłszy na dobry tor elokwencji, na poparcie swoich zarzutów niestworzone rzeczy nam plótł o tym narodzie, utrzymując, że tenże od Kościoła Bożego odstąpiwszy, diabłu duszę zapisał za to, żeby przez tę moc nadludzki rozum posiadł i całą ziemię pod swoje panowanie zagarnął.
— To, mosanie, są rzeczy — mówił dziadek — o których mało kto jeszcze wie na świecie, ale ja, który kraj ten cały stopa za stopą przeszedłem, wiem to doskonale, bo tam w każdej chacie o tym gadają. Duch ten, którym oni się tak chlubią nad inne narody, to nie jest żadna bajka, mosanie, bo tam jest duch w samej rzeczy, ale duch zły, czarny książę światów podziemnych, który się na miliony cząsteczek pokrajał i w tamtych ludzi powłaził; a kto by temu wiary dać nie chciał, ten niech się tylko nad tym zastanowi, że co tylko na zgubę i umartwienie biednych ludzi wynaleziono, to wszystko wyszło z tego ich ducha. Proch strzelny, druk, karty do grania i kości, wszystko to oni wymyślili, a wiele jeszcze innych rzeczy wymyślą na zgubę ciał i dusz ludzkich, to obaczycie.
Na próżno przekładałem dziadkowi, że ani proch, ani druk, jak skoro tylko tajemnica ich używania stała się pospólną całego człowieczeństwa własnością, nie są wynalazkami zgubnymi; na próżno zarzucałem, że obadwa208 te wynalazki nie mogą od złego ducha pochodzić, kiedy zły duch tym narodem aż czasu Lutra zawładnął, a one o wiele jeszcze przed Lutrem uczynionymi zostały — dziadek nie dał sobie ani co mówić o tym, ucinając spór tymi słowy:
— Ale co ty mi gadasz! Jeszcze ani ciebie, ani was wszystkich, jak tu jesteście, nie było na świecie, kiedy ja już byłem na Niemcach i to wszystko od katolików, którzy się tam jeszcze w sekrecie chowają, słowo w słowo słyszałem. Zresztą, co tam długo argumentować; nie dosyć, że mi to od naocznego świadka wiadomo, jak moja macocha przez Niemców porwana, skoro tylko się nogą ziemi tamtejszej dotknęła, czarownicą się stała, ale idąc sam przez kraj ten, w którymkolwiek domu we czwartek na nocleg stanąłem, to wszędzie sam na własne oczy widziałem, jak gospodyni domu zaraz z wieczora nastawiała jakieś warzywo w kotle do ognia, a pies lub kot siadłszy koło kotła, warzechę w łapie trzymał i szumowiny zbierał. Po ugotowaniu tej strawy każda z nich na miotłę siadała i zaszwargotawszy słów kilka, z dymem przez komin ulatywała. Ba, i żeby to jeszcze — ciągnął dziadek dalej, popijając winną polewkę — na samych czarownicach się kończyło, nie byłoby to może tak bardzo dziwnym, bo i u nas tego nasienia niemało; ale to tam, gdzie spojrzysz, wszędzie ludniej od samych duchów na ziemi niżeli od ludzi. Tam w ziemi mieszkają koboldy209, w drzewach drzewne, w wodzie wodne, w powietrzu powietrzne duchy. Więc elfy w postaci maluteńkich panienek z rozwiniętymi włosami, które za muchami i motylami latają; w wodzie niksy, wdzięczne panny żyjące, ale zimne jak lód, i kawalerowie wodni, piękni i w niczym od innych się nieróżniący, tylko w tym, że włos u nich mokry i miasto ludzkich rybie zęby mają w gębie — i jedne, i drudzy przychodzą często na tłoki210 wiejskie albo na muzyki do karczem, a Niemcy tańcują z nimi brat za brat. Pokazywano mnie ich na własne oczy, nawet owych karzełków widziałem, którzy w skalnych szczelinach na polu i lasach albo pod podłogami w domach mieszkają i często do plewienia, do żniwa, a najwięcej do otrząsania owoców w sadach gospodarzom się wynajmują; na górze tej byłem, w której wnętrzu w wielkich wykutych salach cesarz ich, Karol Wielki, ze wszystkimi wojskami swoimi siedzi i czeka tam na jakiś dzień przeznaczony, w którym ma wyjść na wierzch i wszystek świat pobić... A ty mi pleciesz jakieś tam filozofie i negujesz to, co na własne oczy widziałem!... Hm!... — skończył i popił winnej polewki.
Na takie dictum211 nie miałem co odpowiedzieć, jakoż i Konopka dodał:
— Ale to nie ma wątpienia, we wszystkich niemieckich książkach stoi to jasno jak na dłoni.
— O, o! Prawda, wszakże i ty byłeś na Niemcach — rzekł dziadek do Konopki — powiedzże sam, czy tak nie jest?
— Ale tak, tak — odpowiedział Konopka.
— No, więc czegóż potrzeba?
Uśmiechnął się do mnie Konopka, ja też do niego i przestaliśmy mówić o tej materii, tymczasem zaś pani stolnikowa:
— Ale co tam, czy są duchy na Niemcach, czy ich nie masz, nas to mało obchodzi, tymczasem to dla nas ważniejsza, że ci, którzy tu byli wczoraj, to byli szczerzy ludzie z duszą i ciałem, a co najważniejsza, i z władzą nad nami. Ja też jeszcze raz grzecznie dziękuję panu skarbnikowiczowi, że mi ich gościnnie przyjął i zabawił, bo kiedy już Pan Bóg tak dał, że losy w ich ręce złożone, to niechże nie myślą, że ja z nimi chcę wojny lub jakiej niezgody. Teraz zaś mówmy o tym, co nas najbliżej dotyczy.
— Słuchamy z uwagą — odpowiedziałem.
— Nie masz co długo słuchać — rzekła gospodyni — oto, aby się dzieci moje cokolwiek zabawiły, chcę na ostatni wtorek dać niewielką zabawę u siebie. Spodziewam się, że i pan skarbnikowicz zostanie.
— Najmilej mi będzie spełnić rozkaz jejmości dobrodziejki — odpowiedziałem — ale do ostatniego wtorku to jeszcze z półtora tygodnia.
— No i cóż to przeszkadza? W szlacheckim domu, a nawet w pokrewnym, dni kilkanaście posiedzieć, sądzę, że panu przykrości nie zrobi.
— Przykrości? — odpowiedziałem. — Na żaden wypadek, i owszem, przyjemność i miłą rozrywkę; ale z końmi i ludźmi...
— Ot, elegant! — zawołał dziadek. — Nie bój się, nie bój, spichrza całego nie wypróżnisz i wołów dla ciebie bić nie będą.
— Więc poddaję się z chęcią i gotowością woli asaństwa dobrodziejstwa — odpowiedziałem z ukłonem i sercem pełnym ukontentowania — ten tylko sobie wypraszam warunek, żebyście mnie państwo przez ten czas do jakiej roboty użyli, abym wam darmo chleba nie psował.
— Może i robota się znajdzie — odpowiedziała gospodyni. — Ot! Rankami będziesz nam waszmość Pismo święte czytywał.
— Ze mną będziesz pijał miód po obiedzie — rzekł dziadek.
— Mnie pan skarbnikowicz będzie hafty do krosienek rysował — rzekła panna Zuzanna.
— Mnie zawczasu zatrzymasz izbę w oficynie, abym się miał gdzie przespać po balu — rzekł pan Konopka.
— I mnie także — dorzucił Lgocki, i tak wszyscy sobie coś dysponowali, jedna tylko Zosia niczego nie wymagała ode mnie, jak gdyby chciała mi dać do zrozumienia: a na mnie się będziesz patrzał tylko i to będzie dla ciebie robota, może nawet najcięższa ze wszystkich.
Kawalerowie zostali się jeszcze na obiedzie, po czym odjechali, zostawiając mnie samego z domownikami i obowiązkami świeżo co na mnie powkładanymi.