IV

Gdyby kto inny na moim miejscu został się był w Źwierniku i wiedział o tym, że mu się z dziewięćdziesięcioletnim dziadkiem, niedosłyszącym i częściej nudnym niżeli zabawnym, z panią stolnikową zwyczajnie przez większą część dnia z niewiadomych przyczyn kwaśną i umartwioną, z Zuzią próżną i snadź komplimentami czy kaprysami zepsutą panienką, a na koniec z piękną wprawdzie, bardzo piękną, ale niewielomówną i obojętną mu Zosią półtora tygodnia bez żadnej odmiany przepędzić przyjdzie, toby był zdesperował z kretesem, a może nawet, wielką etykietę odrzuciwszy na stronę, uciekł zawczasu. Ja atoli za te półtora tygodnia ledwie bym był nie oddał mojego udziału w najpiękniejszej, z pierwszym wojskiem całego świata stoczyć się mającej batalii. Bo i jakżeż to pełne niewypowiedzianego wdzięku, pełne nieznajomego mi dotąd szczęścia były wszystkie dnie owe i wszystkie wieczory! Jakiż to rajski świat się wtedy otwierał dla mnie co rana, jakich cudownych marzeń kraina mnie obejmowała co nocy! Jakimże to bogactwem najwdzięczniejszych uczuć przepełniało się serce, jakim czystym i jasnym płomieniem błyszczała dusza moja!... Boże! Jakże wielkim Ty jesteś i jak pełną cudów jest wszędzie Twa ręka! Jakiż to raj Ty musisz dla sprawiedliwych mieć w niebie, kiedy już taki dajesz niektórym na ziemi! O, Ojcze niebieski! Jeżeli który z tych ziemskich płazów, którym Pismo podobieństwo Twoje przyznało, wątpił o Twojej nad tą ziemią opiece, jeżeli który zachwiał się w wierze w cudotwórczość Twej dłoni, jeżeli który odrętwiał na sercu i zaparłszy się trwogi piekła, lekkomyślnie pogardził tym rajem niebieskim, który Ty wiecznie ukwiecasz i chowasz dla Twoich wybranych — jeżeli czyje serce, mówię, czy to ziemskimi cierpieniami zwarzone, czy pod gorącymi wichrami zarazy lub pokusami rozumu upadło i zwiędło, i jadem przesiąkło, i żółcią zalane milczy, kiedy rozum spienionymi wargami przeciwko Twojemu słowu się miota: — o Panie! Wróćże takiemu tylko trzy dni pierwszej wiosennej miłości, a w niej objawisz mu się w całej Twojej cudowności i mocy — wróć mu miłość czystą i nieskalaną, a dasz mu wiarę tak silną i wielką, jaką miał Syn Twój i owi, którzy za nią konali na krzyżach i w katakumbach.

Nie byłem nigdy dotknięty złym duchem niewiary, nie rozpadała się dusza moja pod ciosami zwątpienia, nie sięgałem nigdy jednookim rozumem moim w granice prawd nietykalnych, ale serce moje, choć młode, ukąpało się już nieraz w krwi kipiącej bałwanach i w nich nieraz zakrzepło. Były czasy, kiedym wśród wojen strasznych i złowrogich, sam odarty i ranny, i głodem wymorzony, i tułający się nędznie, takem już był upadł na duchu, żem Cię, Boże, goręcej błagał o śmierć niż kto o zbawienie. Zapomniałem o ojcu natenczas, o rodzinie, o krewnych moich, o przyjaciołach. Tyś sam, Panie, może mi zniknął sprzed oczu natenczas! Bo zwarzona dusza moja zamierała już wtedy w gasnącym ciele i ostatnimi drgając siłami, śniła tylko chleb dawno niewidziany i trupy wszędzie porozrzucane, wodę orzeźwiającą i krew zastygającą na ziemi.

Były czasy, w których dnie i noce klęczałem u trumny mojego rodzica, potem u grobu jego, sierota, opuszczony, nieznany, sam, ze łzami tylko i sercem pokrwawionym na tej zimnej, obojętnej, chciwej cudzego grosza, cudzych boleści, cudzych łez chciwej ziemi!

I przyszły na koniec jeszcze czarniejsze chwile na sierotę. Wśród nich już ziemia znikła sprzed oczu moich... i tumanami wleczonymi za sobą cały świat mi zakryła. Nie wiedziałem już, żali212 żyję i czy ląd mam przed sobą, czy morze, czy mgły, czy powietrze. Martwy byłem, głuchy i nieruchomy. Tylko czerwone płomienie biły w ciemne oczy mej duszy, i to nie wiedziałem, czy biją od słońca dopalającego się już na niebie, czy od łun pożaru gasnącego na popiołach spalonej ziemi. Wszakże nie zaginąłem jeszcze natenczas.

Ale tak bolesne wrażenia w samej młodości odebrane, owe cierpienia, które w miękkie jeszcze i niehartowne uderzyły serce, zostawiły ślad niezatarty po sobie. I jeżeli to, że śród nich nie upadłem lub nie obłąkałem się na bezdrożach zwątpienia albo rozpaczy, że za przykładem innych sumienia mego nie oddałem w służbę chciwego władcy rozumu, mam do zawdzięczenia owej wierze świętej, dla której żyłem, biłem się i konałem; to to, że mi się na nowo świat życia otworzył, że mi krwią świeżą zagrało serce, żem otworzył oczy na wiosnę ziemi, uszy na śpiewanie słowików, duszę na cudze szczęście, żem zgoła na nowo ku światu wyciągnął ramiona, tom winien tylko owej pierwszej niepokalanej miłości, którą we mnie obudziła kobieta! O! Gdybyż wiecznie w sercu ludzkim mogło trwać pierwszej miłości uczucie!

Owe półtora tygodnia, przez które bawiłem w Źwierniku, przeszły mi prędko i prawie niespostrzeżenie. Obudziwszy się z najpiękniejszych snów nocnych i odmówiwszy swoje osobne pacierze, szedłem codziennie rano — do familijnego grona i odczytywałem mu modlitwy poranne i świętych żywoty; potem szliśmy do śniadania, przy którym dziadek, gęsto popijając winną polewkę, rozpowiadał różne rzeczy o dawnych czasach. Starzec ten siwowłosy im więcej pił jakiegokolwiek gorącego napoju, tym trzeźwiejszym się stawał na umyśle, tym silniejszym pamięcią i żywszym na duszy. Trunek tylko czynił go żywszym, trunek rozwiązywał mu usta, podniecał dowcip i zapomniane wywoływał obrazy. Kiedy w wazie polewki szczere dno się pokazywać zaczęło, to już jeno spisywać było wszystko, co z jego sinych ust wychodziło — spisywać i na wieczne czasy chować dla potomności. Ale nie z każdym to tak jest na tym świecie: bo podczas kiedy jeden dopiero po gąsiorze staje się mądrym, drugiemu gąsior cale odbiera rozum, jaki miał po trzeźwemu, a niejeden i po trzeźwemu, i po pijanemu jak gąsior. Po śniadaniu, a przy dziadkowych powieściach, pani stolnikowa odchodziła do gospodarstwa, panny zaś zasiadały do jakichś robótek. Póki więc dziadek pił i rozprawiał, ja tylko półgębkiem mogłem z panienkami rozmawiać, ale gdy już ucichł i głowę zwiesiwszy na piersi, zwinął się jakby ślimak w swoją skorupę, myśmy zaczynali nasze swawole i śmiechy. Wtedy siadałem do stolika i rysowałem Zuzi kwiatki i szlaczki na szyjących się podszewkach, poszeweczkach, chustkach i innych bieliznach; Zosia trzymała mi przed oczyma wzory do tego i wskazywała, gdzie co dodać, a gdzie wypuścić; opowiadaliśmy sobie przy tym różne bajki lub powtarzali ploteczki, niewinnie sobie żartując z ludzi, ze świata i z siebie. Po obiedzie chadzaliśmy do oranżerii i mama nie broniła nam tego; tam pielęgnowaliśmy kwiateczki, obrywali z nich liście zeschnięte, obcinali martwe gałązki, ustawiali doniczki w inny ład jako dawniej, radowali się wonią tam falującą i ciepłem, i ową wiosną, którą sztuka ludzka potrafiła sobie utworzyć śród zimy. Śród kwiatów i krzewów zieleniejących się pysznie i rozwijających się w świeże pączki i liście i ja też ożywiałem się coraz więcej, a serce moje nastrajało się coraz wyżej, napełniało się wonią miłości i przepełniało nieraz, kiedy mu przyszło promień Zosinego oka trochę dłużej wytrzymać. Stałem się też tak miękkim, słodkim i ujmującym, że do tygodnia pozyskałem sobie dobrą przyjaźń u wszystkich; Zuzia nawet, która, jak się to później dowiedziałem, zrazu mnie nie lubiła, która mnie upornie i złośliwym przekąsem wypytywała o to, com to na ustroniu rozmawiał z Konopką, która mnie nawet otwarcie wyrzucała moje postępowanie ze starościcem, która na koniec nie żartem skłóciła się ze mną o Niemców, Zuzia nawet przyzwyczaiła się do mnie; Zosia tylko, więcej milcząca i zamyślona, oprócz wdzięcznego czasem spojrzenia nie udarowała mnie żadnym wyznaniem — ona z tymi dużymi, niebieskimi i jakby zza mgły lekkiej wyglądającymi oczyma, zdawała się być duszą gdzieś w innych dalekich światach i wtedy tylko przypominać sobie o ziemi, kiedy jej kwiatek przesunął się przed oczy albo smutek uderzył w serce. Wszakżeż ze słów kilku, ze spojrzeń kilku lub może li z samej fantazji mogłem mieć i czyniłem sobie nadzieję.

Nadzieję tylko? — powie może niejeden — to jeszcze wcale niedaleko. I prawda, że to młodemu sercu niedaleko iść po nadzieję; prawda, że owego czasu inni za półtora tygodnia już i na zapowiedzi dawali, prawda, że i mnie należało się śpieszyć, zwłaszcza że z przyczyny Lgockiego było periculum in mora213; jednakże na to potrzeba mi się było rodzić albo na sto lat przedtem, albo być francuskim elegantem w peruce i z żabotami, im bowiem tylko udawało się tymi czasy podbijać serca kobiet w kilku godzinach. Więc do nadziei tylko dobiłem się przez półtora tygodnia i nią się poiłem, kiedy nadszedł ostatni wtorek.

W domu pani Strzegockiej wszystko było na przyjęcie gotowe. Posadzka na nowo odszlifowana, wszystkie sprzęty odczyszczone i odświeżone, muzyka z Tarnowa sprowadzona, potrawy zimne gotowe, wina, miody i inne napoje uporządkowane i osobnemu słudze pod klucz i pod dozór oddane. Wszakże do południa jeszcze nikogo nie było; po południu dopiero przyjechał Konopka ze starościcem, a niebawem za nimi pan Stojowski z Grudny, pan Lubieniecki i pan Kąkolnicki, jakiś tam wujaszek czy inny powinowaty Lgockiego, stary podłysawy kawaler, ale człek bogaty i gotowiznę, i obszerne ziemie posiadający za Wisłą. Za tymi zaś już sanie za saniami sypały się jakby z woru, a wszyscy z nich wysiadali przed oficyną dla przebrania się i przygładzenia czupryny. Prosiła mnie nawet była pani stolnikowa, iżbym wszystkich zabawiał w oficynie, gdzie na dwóch stronach było po trzy pokoje, i abym nie wchodził pierwej z gośćmi, aż póki się nie zmierzchnie i sala nie będzie oświecona, żeby zaraz bez wszelkiej ceregieli grać zacząć i tańcować. Owóż tedy Konopka, skoro tylko zlazł z sani, zaraz mnie bierze na stronę i pyta:

— A cóż, panie bracie, jak tam rzeczy idą?

Ja też na to:

— Jakie rzeczy?

— A z Zosią? Bo jak mnie Bóg miły, lubom214 to Lgockiemu pomagać obiecał, jednakże ty mnie jakoś lepiej do serca przypadłeś.

— Ej! Mazurze! — rzekłem. — Tak to u was dotrzymują parolu? — Uderzył się sam w gębę za to i odpowiedział:

— Tak mi daj Panie Boże zdrowie, żem zapomniał na wieki.

— Czyś zapomniał, czyś nie zapomniał, to wszystko jedno, zawsześ parolu nadłamał.

— No, no, nie wiem, gdzie toś się między takimi rygorystami wychował? — odpowiedział pan Konopka i pobiegł do pałacu. Jam się został ze starościcem, z którym potężnie się wynudziłem, bo mnie wypytywał o takie rzeczy, na które odpowiadać nie było warto; szczęściem, że mnie od dalszych z nim nudów wybawił Stojowski z Lubienieckim i owym trzecim towarzyszem. Szczerze się ze mną witali Mazurowie, jednak nie bez uśmiechu na twarzy, o który nie chciałem już ich wybadywać, bo nietrudno mi się było domyśleć, że każdy z nich, spojrzawszy na mnie, przypomniał sobie ową scenę przed gankiem w Koszycach i dlatego się uśmiechał. Stojowski był to człowiek rozumny, a nawet pełen różnych wiadomości i przyrodzonego dowcipu, więc mi miłą była z nim konwersacja, ale mi ją znowu przerwał Konopka, wpadając prędkim krokiem i prosząc mnie na ustęp. Wyszedłem z nim do trzeciego pokoju, gdzie mi też zaraz rzecze:

— Panie bracie, daliśmy sobie parol, abyśmy o twojej sprawie ze sobą nie gadali, ale o mojej sprawie przecie by nam wolno pomówić.

— Nie masz wątpienia — odpowiedziałem — słucham tedy, co każesz?

— Powiedz mi, z łaski swojej, co się tu stało podczas mojej niebytności?

— Cóż by się stało? Nic zgoła, bo nie dosyć, że przez ten czas ani jednej obcej duszy nie było, ale nawet wszystkie te dnie były tak jednostajne i tak w niczym się pomiędzy sobą me różniące, że gdyby nie kalendarz, to bym myślał, że to tylko jeden upłynął.

— Przecie tu się coś stało.

— Ale ręczę ci, że, ile ja wiem, nic a nic zgoła.

— Skądże by nagle takie bałamuctwo?

— Jakież to bałamuctwo?

— Słuchajże, może mnie jakąś w tym podasz radę. Cała rzecz to, że mi znowu Zuzia coś zaczyna mataczyć.

— Jak to znowu? Nic a nic nie rozumiem.

— Więc opowiem z początku. Rok już blisko, jak konkuruję o rękę panny Zuzanny i pomimo wszelkiej usilności mojej długo tak było, że sam nie wiedziałem, jak właściwie sprawa moja stoi. Panna Zuzanna jest kapryśna i co dzień co innego mi powiadała; matce zaś roją się jakieś familijne splendory po głowie i nie decydując nic sama, odwoływała się do swej córki. Znudzony tą niepewnością, jakoś koło Nowego Roku zrobiłem deklarację, ale że się dnia tego, na nieszczęście, nawinął Murdelio...

— Mój bracie — przerwałem w tym miejscu Konopce — powiedzże mi, kto jest właściwie ten wasz Murdelio?

— Murdelio?... — zapytał Konopka, zamyśliwszy się trochę. — Murdelio, cóż? Po prostu mnich, franciszkan z krośnieńskiego klasztoru, który miał dawnymi laty fortunę, tę podobno w części utracił, w części na klasztory zapisał i do zakonu wstąpił... a że jest człek rozumny i tak w duchowych, jako i świeckich rzeczach niepospolicie biegły, a do tego jeszcze z lat dawnych dziadkowi znajomy, więc ma pewne zachowanie w tym domu.

— Ej! Panie Janie! — rzekłem mu na to. — Widzi mi się, że tu jakieś tajemnice zachodzą, które kryjówkę swoją mają pod tym mnisim habitem.

— Hm! Nie mogę zaprzeczyć, że i mnie się to raz przywidywało, wprawdzie dziadek, po kilka razy zapytywany przeze mnie, tylko ręką kiwał i odpowiadał: „Wiele by to dziś gadać o tym!” — ale kiedym znalazł sposobność rozmawiania z Murdelionem, a nawet przytomny byłem temu, kiedy on argumentował, dlaczego ślub mój z Zuzią odłożyć wypada, to mi wszelkie podejrzenie odpadło, bo owa jego pokora, owa pobożność i można mówić, że prawie natchniona mądrość...

— No, no, rozumiem, więc cóż dalej z Zuzią?

— Owóż stało się tak, że mi matka i panna dały słowo i dziadek potwierdził; ślub jednak odłożono na czas niepewny, z czego wszystkiego, jak dotąd, ja byłem dość kontent, bo nic mi w tym tak bardzo pilnego, a przez ten czas zwłoki mam nadzieję wywindykowania215 mojego familijnego majątku, dokąd by mi daleko milej było wprowadzić żonę niż na lichą dzierżawę. Wprawdzie po owej deklaracji Zuzia mi zaraz dodała: „Jak się pan chorążyc będzie sprawował dobrze, to ślub będzie prędzej, jak źle, to później albo może i nigdy” — jednak ja sobie tych słów nie brałem tak bardzo do serca, bom się zawsze sprawował dobrze, i rzeczywiście tak było, że kiedym tu ostatnią razą był, to mi Zuzia pod sekretem przyrzekła, że o wiośnie zamienimy pierścionki. Tymczasem stało się tak, że za to ja jej znowu przyrzekłem, iż za cztery dni, to jest w niedzielę, przyjadę do Źwiernika. Przyjechać nie mogłem, bom miał termin na sądach w Krakowie, i dopiero wczoraj stamtąd wróciłem, ale zaraz napisałem do niej list z piękną ekskuzą — patrzajże, co mi odpisała.

To mówiąc, dobył list spod żupana i podał mi go do przeczytania. Wziąłem i czytałem, jak następuje:

„wielmożny mo Ścipanie! Do piro teraz widzę, yakiem do Brze zro Biła, czom Waszmość panu czałego słowa nie Darowała y czom ter Minu szlubne Go o znaczyć nie pozwoliła — Bo czy się je Szcze kiedy widzić bę Dziemy, czy ni, tę Waszmość przym odemnie na Ukę, że pirszym przy Miotem y napirszą Cnotą każdego kawaLera na czałym świe Cie yest to, czoby zawsze dotrzymywał Parolu. Beste go nic. Bonć Waszmość zdróf y niech ci pan buk niepa mięta cięszkie Łzy moje, co za to płaczę. Żuzanna”.

Przeczytałem i długom się patrzył w ten smutny dokument, nic nie mówiąc; ale mi przerwał Konopka słowy:

— No i cóż ty na to?

— Chcesz mojej rady?

— I owszem, proszę o nią.

— Tańcuj więc całą noc dzisiaj, upij się na frasunek, a jutro jedź i niechaj tu noga twoja więcej nie postoi w Źwierniku.

Wpatrzył się na mnie Konopka wielkimi oczyma, a potem rzekł:

— Jak to rozumiesz?

— Jak powiedziałem.

— To chyba sobie dworować chcesz ze mnie?

— Broń Boże! A nawet to ci jeszcze dodam, iżbyś, jeżeli możesz, Lgockiego wyswatał z panną Zuzanną, będzie to bardzo dobrana para i będą bardzo ze sobą szczęśliwi.

— Panie Marcinie! Nie spodziewałem się tego! — krzyknął obrażony Konopka i zarumienił się mocno. Żal mi się go zrobiło, rzekłem tedy natychmiast:

— Mój Konopka! Jeżelim takiego tonu przybrał do mojej mowy, że ci się widział obrażającym, to przebacz, bo, jak mi Bóg miły, obrażać nie chciałem, w dowód czego powtórzę ci radę moją tymi słowy: porzuć tę konkurencję, bo to panna nie jest dla ciebie.

— Ale kiedy ja ją miłuję, kiedy ja chcę się z nią ożenić!

— A! Jeżeli tak, to inna sprawa. Wola każdego człowieka jest jemu rajem.

— Bo uważasz mnie — ciągnął dalej zamyślony konkurent — nie dosyć jeszcze tego listu, ale teraz przybiegam do niej, a ona ani mówić nie chce ze mną, odwróciła się i odeszła. Mój Nieczuja, dowiedz się, co w tym jest.

— Jeżeli mi tylko powie, to z największą gotowością uczynię; ale co bądź będzie, porzuć to, kiedy się dobra pora wydarza.

— Porzucić — przemówił do siebie w zamyśleniu Konopka, a wtem Stojowski wbiegł do nas i rzecze do mnie:

— Panie Nieczuja! Kiedy gospodarujesz, to gospodarujże dobrze; pan starosta Łętowski przyjechał i chciałby się przebrać.

— W ten moment, mości dobrodzieju — odpowiedziałem i wybiegłem przyjmować gości i wydzielać im kąty do przebierania się, a że się już zmierzchać poczęło i wypadało mi jeszcze raz się gospodyni zapytać, kiedy mam gości zaprosić na salę, więc pobiegłem do pałacu, aby się widzieć z panią stolnikową. Nie było tej na sali, nie było w pokoju panien, nie było w garderobie, aż mi powiedziano, że jest w swojej sypialni, do której osobne drzwi i sionka prowadziły ze sieni. Skoczyłem tam i tylko co rękę miałem położyć na klamce, drzwi się otworzyły przede mną i jakby duch jaki lub nagle zaklęte zjawisko, wychodzący stamtąd przesunął się koło mnie Murdelio. Tuż za nim wyszła pani stolnikowa i obaczywszy mnie, wzdrygnęła się; była blada, oczy miała zapłakane. Ale zebrała się w okamgnieniu i zapytała:

— Czy zapalają już światła na sali?

— Nie uważałem, ale kiedyż tam gości wprowadzić?

— Jak tylko światła zapalą; ja już idę do sali.

Z tym powróciłem do moich gości. Gwar tam był wielki, jak zwyczajnie przed każdą zabawą, ci się ubierają, owi czupryny gładzą przed zwierciadłami, drudzy pasy zawiązują, inni różne miny stroją i już naprzód wybijają hołubce, a wszyscy gwarzą, żartują i hałasują. Jednak na czas wszyscy byli gotowi, a kiedy sługa mi dała znać, że już światła się jarzą i panie zgromadziły się w sali, to wszyscy wysypaliśmy się hurmem i ani jeden nie został. Konopka tylko wlókł się kwaśny i ostatni za nami, właśnie jakby Popielec za zapustnym wtorkiem.

Z hukiem i z brzękiem weszliśmy do sali. Izba ta, lubo niczym nowym na tę fetę nie była przybrana, jednak wyglądała pięknie, a nawet paradnie. Jej wielkość niezwyczajna, zwierciadlana posadzka, sprzęty karmazynowym adamaszkiem wybite, tegoż koloru makatami216 pokryte ściany, misterne gzymsy u góry, to wycinane w floresy, to figurami ozdobne, wielkie, od sufitu aż do posadzki sięgające, w brązowych ramach zwierciadła, pomiędzy tym wszystkim zaś ze trzydzieści dam wdzięcznych i milutkich panienek, w przepyszne stroje przybranych, a na to wszystko porozlewane fale kilkudziesięciu jarzących świateł dały mi dopiero rozpoznać, dlaczego to niektórzy ludzie tak tęsknią na zapust za miastem i w nich wyprawianymi balami.

Stroje mężczyzn były wprawdzie bardzo wykwintne i oprócz kilku batystowych paniczów lśniły wszędzie od śnieżnych jedwabiów, karmazynu i złota, ale stroje dam i panienek jednak więcej na siebie wabiły oko. Długo by to trzeba dziś gadać, aby ubiór każdej z osobna opisać; dla mnie nawet cale to niepodobna, bo i czasu nie miałem tyle, iżbym każdą z osobna oglądnął, i pamięci nigdy do tego nie miałem; jednakże jako córki domu były ubrane, koniecznie opowiem. Więc panna Zuzanna miała najpierw wielką napudrowaną fryzurę na głowie, której siwe kędziory zwieszały się aż na szyję, a na której wierzchu, nie wiem już czy kornecik217 taki, czy kwiaty jakie, czy wstążki, dość, że coś było jaskrawego. Na sobie miała najpierw sukienkę jaskrawego koloru, niezmiernie rogówkami rozdętą, na niej zaś lewitkę cielistą, w wielkie niebieskie kwiaty, z ciężkiej jedwabnej materii, to jest niby drugą suknię, z tą od tamtej różnicą, iż ta była u przodu otwarta, a końce jej podniesione i przez otwory od kieszonek po bokach poprzeciągane. Zresztą, na rękach agażanty218 z delikatnymi forbotami219, przez które przebijały bogate i drogimi kamieniami błyszczące manele220; na szyi sznur wielkich pereł, u których lśniła się spinka z brylantów i drobniutkich perełek, na piersiach druga taka spinka; zgoła od stóp do głów pełno bogactwa i drogocennych specjałów. Zosia wszakże cale inaczej była ubrana; nie było na niej ani fryzury jak babilońska wieża wysokiej, ani pozłocistych kornetów, ani spinek podwójnych przez kieszenie poprzeciąganych; czarne błyszczące włosy w prześlicznych kędziorach spływające na szyję, biała jak śnieg pojedyncza sukienka, jasnoniebieską wstążką ujęta w pasie i żywą, pełną różą ozdobiona na piersiach, to był cały strój jej i cała wytworność. Ale niechaj w kąt idą wszelkie złotników i krawców powymyślane przybory, niech się schowają najmisterniejsze mody francuskiej specjały, jak ją sam Pan Bóg ubrał i ozdobił! I jeżeli pierwej nieraz drżałem jak listek przy zbliżaniu się do niej, jeżelim oddech zatrzymywał w piersiach, kiedy ona mówiła, jeżeli mi się nieraz ciemno zrobiło w oczach od blasku jej wzroku, toż teraz spojrzawszy na nią i ogłuchłem, i ociemniałem, i oniemiałem, i skamieniałem jak Lotowa małżonka, żem przez długą chwilę ani wiedział, gdzie jestem, ani co się dzieje koło mnie.

Kiedym się zbudził i spojrzał pomiędzy grona wystrojonych gości i na ich twarze wesołym okraszone uśmiechem, na ich usta gwarzące głośno i żartobliwie, na ich oczy uśmiechające się do zabawy, do tańca, a może i do niejednego szaleństwa, to się oczy moje odwróciły od biesiadników tych gwaru, a serce poszłoby było zamknąć się w jakiej samotnej izdebce, aby się tam ukołysało do snu i spokoju w samym sobie i przeróżnych uczuciach, które się w nim rodziły i krzyżowały; a kiedy jeszcze raz okiem rzuciłem na owo grono i pomiędzy nim ujrzałem i panią stolnikową, którą dopiero co łzami zalaną widziałem, i Konopkę, który przed chwilą oniemiał był z umartwienia przy oknie, i wielu innych jeszcze, którzy to braci, to przyjaciół potracili w ostatniej wojnie, którym dwory poupadały w ruinę, żony i dzieci poumierały może od grozy lub głodu, i na wszystkich tych twarzach śmiech jednakowy i we wszystkich oczach jednakową wesołość widziałem, toż pomyślałem sobie: pod tą skorupą wesołości ileż tu bólów tajemnych! Ile zgryzot pod tymi lśniącymi jedwabiami, pod tym złotem, pod tymi klejnotami, ileż to może nędzy i ubóstwa, pod tymi uśmiechami, ile obłudy i fałszu, a pod owymi gładkimi słowy, które miodem z ust płyną, ile złości i nienawiści jest uchowanych! Takież to obrzydliwe teatrum zrobili ludzie z tego pięknego świata, o Boże! Taką scenę uczynili sobie z niego i takim rozumem napełnili swe głowy, że ich życie stało się grą komediantów, ich przeznaczenie rolą wedle okoliczności zmienianą, ich sumienie gąbką, zarówno mleko i smołę w siebie wsiąkającą, a ich bożkiem moda i przyzwoitość! I cóż to jest ta przyzwoitość? Kto i skąd ją przywiózł na naszą ziemię? Kto jej nadał moc taką, że na jej rozkaz gorzkie łzy osychają, boleściami powykrzywiane wdzięcznie uśmiechają się twarze, zakrwawione w cierpieniach serca w głąb się chowają i milkną, oczy kłamią pokorę, usta cześć i szacunek, uszy głuchną, rozum ustaje, a prawda, owa prawda, która winna być jądrem wszechrzeczy i świata królową, prawda z czołem otwartym i piersią pancerną chowa się w najodleglejsze kąty i najciemniejsze szczeliny?

Takie i tym podobne myśli krzyżowały mi się przez głowę, kiedy nagle szmer się zrobił pomiędzy gośćmi i z drzwi przeciwległych krokiem powolnym i posuwistym wszedł dziadek do sali. Milczenie zamknęło wszystkim usta i na czas zgromadzenie przybrało pozór uroczysty. Dziadek tymczasem, w białym morowym żupanie, w ciemnokarmazynowym kontuszu, butach żółtych, pasie ciężkim złotolitym i bogatej spince pod szyją, posunął ku damom i uprzejmie je witał. Otoczyli go goście z uszanowaniem i każdy coś prawił, pewno komplimenta: jako jest zdrów, jak czerstwy, jak rumiano wygląda i tak dalej. On jednak zdawał się nie słuchać tego, bo niebawem z powagą ręką kiwnął na wszystko i dał znak kapeli, aby zagrała. W tymże momencie zagrano polskiego. Dziadek wziął panią starościnę i poszedł w pierwszą parę, za nim pani stolnikowa ze starostą, w trzeciej pan Stojowski z inną co poważniejszą damą, dalej cała gawiedź taneczników. Kiedy to obaczyłem dziadka świątecznie przystrojonego i tylu laty obciążonego, a przecie jeszcze przytomnie i z wielką rzeczy umiejętnością przewodniczącego tej narodowej zabawie, kiedym ujrzał tę białą, stuletnią głowę, idącą na czele, na każde jej skinienie posłusznej młodzieży, to mi się snadnie przypomniały owe zamierzchłe wieki, w których, jako wieść niesie, na całej słowiańskiej ziemi tylko siwowłose starce tak w domu, jak i na polu przewodniczyli narodom. Nie znano naówczas jeszcze ani kłamstwa, ani obłudy, ani komplimentów, ani innych misternego wynalazków rozumu, nie znano żadnych retorycznych szermierek ani wartości uzbieranego grosza, ani wściekłych za własnością pochuci — serce każde czuło po prostu, jego uczucia płynęły czysto i spokojnie, namiętności spały i nikt ich nie poruszał; młodzież milczała i pracowała, a tylko ten, którego głowa śnieżnym ubieliła się włosem, którego serce zahartowało się doświadczeniami i pracą, któremu Pan Bóg mozolnie uzbieraną, z mnogiej ilości lat złożoną, pozwolił dochować fortunę: ten był starszy nad innych, ten lepszy, ten magnat prawdziwy i znakomity. Przed takimi tylko magnatami kłaniały się rzesze, im tylko lud ustępował z drogi, im dawano pierwsze miejsca przy uroczystych obrzędach, im osobne ławy przy biesiadach, im cześć, im szacunek i posłuszeństwo. I piękne to były czasy wtedy i cnotliwa ich prostota, i Bogu miła ich skromność! Dzisiaj gdzież one i co pozostawiły po sobie?... Oto zapadły w mgłami obciągniętą niepamięć, a ich ostatnie cienie odbijały się jeszcze przy uroczystych biesiadach i stypach albo przypominają się ciemno w starych podaniach i opowieściach.

Po polonezie zagrano skocznego, a lubo piękne było towarzystwo i muzyka doskonale animowała221, jednak leniwo się to jakoś wlokło z początku. Czy Mazurowie już stańcowani byli pod koniec zapust — czy już to u nich zwyczajem, a raczej naturą, że nie gorąco imają się zrazu? Dopiero kiedy dziadek, w drugiej zasiadłszy izbie i obstawiwszy się butelkami, to tego, to owego pociągnął i nalał mu kielich, dopiero wszczęła się ochota. Wypadało też i mnie, którego pani stolnikowa prosiła, iżbym dziadkowi w gospodarowaniu pomagał, wziąć flaszę do ręki i animować. Ale z kielichem u nas trzeba ostrożnie, bo to rzecz zaraźliwa; byle drugi i trzeci, to już musi być i dziesiąty, i aż dwudziesty; miary nie masz w niczym pomiędzy nami, bo szlachta każdą miarą się brzydzi; więc i tam tak się stało. Ledwieśmy po parę kielichów wypili, już zaraz i fantazja, i pić, co kto może. Więc tam tańcują, a my tu pijemy, po chwili znowu tamci przychodzą pić, a my idziemy w taniec. Już i nie potrzeba było nikogo zapraszać ani siłować, każdy pił, nalewał, częstował. Ja też to widząc, nie bardzo się nastawiałem, bo nie godziło mi się miarki przebierać, i zrazu jakoś to uchodziło, ale spostrzegli się niebawem Mazury. Wezmą się więc niebawem do mnie mówiąc:

— Chyłkiem, chyłkiem, mości panie, wykradasz się od kielichów.

Ja też na to:

— Uchowaj Boże! Nie nowina mi konfraternia z winem; piją u nas niezgorzej. — Mówią drudzy, którzy już trochę podpili:

— Gęba wielka u Sanoczanów, ale ledwie do gadania.

— Wedle okazji, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — gdzie trzeba, to się gada, a jak trzeba, to się zrobi, a gębie sanockiej waść nie przyganiaj, bo kąsa.

— Zarazże i kąsać — krzyknie tam któryś — nie wiem, co wy tam z obcymi robicie, kiedy swoich kąsacie.

— Czasem nic, a czasem ich jadamy, także wedle okazji.

— No, nie zamawiaj, nie zamawiaj, panie bracie — rzeknie do mnie Stojowski, który przy dziadku siedział i z nim się zabawiał — tylko pij.

— Pij, Nieczujo! — krzyknie dziadek. — Niech no widzę, jakiś jest; in vino veritas222.

Dał mi więc Stojowski kielich i rzekł:

— Napijże się ze mną. — Wypiłem. Drugi też zawoła:

— I ze mną, panie bracie.

— Dobrze, panie bracie. — Krzyknął Konopka:

— I ze mną, panie Marcinie.

— Dobrze, panie Janie. — Za nim Lgocki:

— Jesce ze mną, panie Niecujo.

— I z waszmością, panie Lgocki.

Dalej też woła piąty i szósty i każdy mi spełna podaje. Wypiłem jeszcze kilka, ale dalej krzyknę:

— Ba! Mości panowie! Pofolgujcież mi trochę. Cenię sobie bardzo afekta waszmościów, ale nec Hercules contra plures223. Wy każdy za siebie, a ja za wszystkich.

— Aha! zmalał, zmalał — wołają.

— Nie zmalał — odpowiem — ale szlachcic to nie studnia, wiadro się w nim nie pomieści.

Ave Maria, Mater Dei224 — rzekł na to Stojowski, który to miał przy winie przysłowie — daleko to jeszcze do wiadra, panie bracie. Ot! Napij się jeszcze ze mną — i podał mi kielich. Odsapnąwszy wypiłem. Ale zaraz znów jakiś zawoła:

— A cóż to ma być Stojowski lepszego ode mnie! Pijże ze mną! — Nie ma co mówić, wypiłem. Takoż woła i trzeci, i znowu taż sama kolej, a trudno się było wymawiać, bo już w tym było punktum, żeby statecznie dotrzymać. I dotrzymałem, alem dokumentnie podciągnął, więcej nawet, niżby tego dla samej fantazji potrzeba, bo kielich był stateczny, a wypiłem ich kilkanaście; jakoż czułem już i ciepło po całym ciele i dusza zaczęła się rzucać we mnie, rada by jaki huczek zrobić; widząc tedy to i wiedząc, że za chwilę jeszcze gorzej będzie, rzeknę w głos:

— Mości panowie! Dosyć tego będzie, chodźmy do tańca, bo to nasz obowiązek. — Na to dziadek:

— Jeszcze jeden ze mną.

— Z jegomością choćby i dwa — odpowiedziałem i wypiłem, alem się troszeczkę zatoczył; Mazury na to w śmiech — spojrzałem na nich i dopiero poznałem, że to zmowa była na mnie. Chcieli mnie zgoła zaraz i położyć. Może to sztuka Lgockiego, może Konopki, a może i wszystkich razem — myślałem sobie — ale już się stało. Czas płaci, czas traci; złapali mnie Mazurowie, ale może się to jakoś odpłaci. Tak sobie mrucząc pod nosem, zatoczyłem się jeszcze potężniej, żem aż siadł koło zwierciadła, a kiedym się łokciem oparł o jakiś stoliczek, różne rzeczy mi się poczęły marzyć po głowie: Zosia piękna, bardzo piękna... Lgocki się stara o nią, bogaty, hultaj, jak Żyd, dadzą mu ją, czy nie dadzą? Co też Zosia myśli o tym?... i z tym zapytaniem, co też Zosia myśli o tym, strasznie mnie rozebrało około serca, bardzo pięknie mi się zrobiło w oczach, muzyka grała w uszach, Zosia całą moją objęła duszę — i troszeczkę przysnąłem. Kiedym po małej chwilce oczy troszeczkę otworzył, siedziałem na tymże samym miejscu. Mazurowie się kręcili koło mnie i uśmiechając się, ruszali sumiastymi wąsami i potrząsali głowami. W sali kapela grała i tańcowano. „Kiedy tańcują, to dobrze” — pomyślałem sobie i znowu oczy zamknąłem. I teraz musiałem usnąć już dobrze, bo zaraz mi się Zosia pojawiła, usiadła koło mnie i położywszy mi rączkę na oczach, różne miłe psoty mnie wyrabiała: to mnie czuprynę jeżyła do góry, to mnie za wąs targała, to za nos ciągnęła, to za ucho kręciła, to mi nareszcie swoją błękitną wstążką głowę związała i kwiatki mi wkładała we włosy. Ale śród tych psot, które coraz boleśniejszymi stawać się poczęły, nagle coś mnie niby ukłuło w rękę, zerwałem się i najpierw Lgockiego sobą powaliłem na ziemię, że aż się pod stół potoczył. Jakim to się sposobem stało, zrazu sobie nie umiałem wytłumaczyć, to jednak pewna, że w tym momencie ktoś mi coś zerwał z głowy; popatrzyłem do zwierciadła, ale nic nie miałem na głowie, tylko włosy trochę były zburzone. Począłem tedy czuprynę sobie poprawiać i wyloty układać, ale wtem pani stolnikowa weszła i tuż do mnie:

— Panie skarbnikowicz! Tak to waszmość gospodarujesz? Już przestają tańcować.

— Jak to przestają? Czemuż przestają? Dlaczego przestają? Zaraz ja to, pani dobrodziejko... — i zarzuciwszy wyloty, wyszedłem do sali. W istocie taniec już osłabł, kawalerowie jedni pili, drudzy drzemali, panny i panie gromadziły się kółkami po kątach i rozmawiały. Popatrzyłem na zegarek, siódma dopiero była, a ja już i tańcowałem, i upiłem się, i wyspałem się, i Lgockiego powaliłem na ziemię. Wróciłem się więc z progu do owej izby, w której pito, i zawołałem:

— Mości panowie, proszę do tańca!

Poruszyli się wszyscy, a wtem Lgocki przystępuje do mnie i oddaje mi chustkę moją własną, mówiąc:

— Waszmość zgubił.

Spojrzę na chustkę, na niej jeszcze znać, jako była na pasek zwinięta. Dopiero mi też rozświtało, że to nie Zosia mi owe figle stroiła i że nie wstążką obwiązywano mi głowę. Lgocki stał jeszcze przede mną. I cóż? Za takie sztuki to jeno zaraz było po staremu pięścią w łeb pana starościca i wziąwszy za kołnierz, wynieść za drzwi, jako nieumiejącego się znachodzić225 w statecznej kompanii, ale ja, nie chcąc burdy robić w uczciwym domu, wyrwałem mu tylko tę chustkę, wargi przygryzłem i zawołałem powtórnie:

— Proszę do tańca!

Zerwali się wszyscy, a dziadek do mnie:

— Napijże się.

— Napiję, czemu nie — i napiłem. Stojowski też sobie:

— I ze mną, panie bracie — przyjąłem kielich, ale rzekłem:

— Kiedy waszmość mleczaków wozicie ze sobą i przyjmujecie do kompanii, tobyście powinni pilnować, żeby błazeństwa nie robili.

— Jakże to, panie bracie? — rzeknie Stojowski słodko, bo miał tę naturę, że mu się serce w winie rozpływało. Ale ja zawsze po swojemu:

— Książki o tym pisać nie będę ani oracji nie powiem, ale com już powiedział, tego nie cofnę.

Ave Maria, Mater Dei — znowu słodziuteńko Stojowski — jak mnie Pan Bóg miły, tak nic a nic nie wiem.

— Żebyś wiele wiedział, nie byłbyś sprawiedliwym Mazurem — odpowiedziałem. On się zerwał i odchrząknął. Ja też zaraz wyszedłem do sali, za mną runęli drudzy, alem zawsze jeszcze był trochę pijany, lubo tylko tyle, że mi kipiała fantazja. Przyjdę tedy do Zosi i proszę ją w taniec. Z drugiej strony przyskakuje Lgocki, mówiąc:

— Ja prosę.

— Won! — krzyknąłem na niego, trzymając już Zosię za rękę. Przestraszyła się Zosia i nie wiem, czy z przestrachu, czy umyślnie, ścisnęła mnie za rękę; Lgocki odskoczył i uciekł. Stanąłem tedy do tańca, a że to żadnego ze starszych nie było w kole, więc ja wziąłem prym i kazawszy grać krakowiaka, puściłem się, inni za mną. Gotowało mi się już koło serca, to owe Zosine uściśnienie ręki, to rankor226 do Mazurów, to wino, więc po jednym przetańcowaniu stanąłem przed kapelą i dla ochoty zaśpiewałem starą jak świat piosneczkę:

Mazurowie naszy od jaglanej kaszy

Słone wąsy mają, w piwie je maczają.

I poszedłem w taniec, drudzy za mną. Ale za drugim kołem już Stojowski stanął przed kapelą i że to umiał prędko wiersze robić, zaraz odśpiewał:

Sanoczanie biali w winie je maczali,

Ale posiadali i pozasypiali.

Dobrze to odpowiedział Stojowski, bo nawet i owo „biali” dobrze kwadrowało do mnie, bom to wtedy jeszcze miał takie jasne włosy jak len. Rzekłem tedy sobie: „Panie Boże, chybabym nie był sługą Twoim, żebyś mnie teraz opuścił!” — i puściwszy się na nowo w taniec, przecie mi nie brakło konceptu, bo stanąwszy przed kapelą, odśpiewałem się gładko:

Kiedy już zasnęli, kiedy w kącie siedli,

Nie budźcież ich ze snu, żeby was nie zjedli.

I wywinąwszy się pięknie, puściłem się znowu naokoło. To moje odśpiewanie się zwróciło wszystkich gości uwagę; zrobiła się cisza jak mak siał, a Stojowski znowu stanął przed muzyką i odśpiewał się:

Nie ma być nikomu dziwno ni zawodno,

Że kto owies jada, temu zawsze głodno.

Już to dobrze było wypito do mnie, ba! nawet i do wszystkich Sanoczanów, którzy w górach siedzą i owies siewają; porwałem się tedy prędko i stanąwszy przed kapelą, cale na inną nutę huknąłem sobie:

Ave Maria, Mater Dei,

Niechże ci się gęba sklei,

Niechże ci się sklei tamen227,

Bo wam taki powiem Amen,

Że go oko nie widziało

Ani ucho nie słyszało.

Na mazurskich piachach,

Na mazurskich piachach.

Ledwiem co skończył, a tu, miasto228 się gniewać, idą do mnie z winem, wołając i klaszcząc jakby na teatrum, alem się nie zatrzymał, ażeby przez to i tańca nie zatrzymać i Stojowskiemu nie tamować drogi do odcięcia się; jakoż istotnie, pohulawszy dwa razy naokoło sali, stanął przed kapelą i na tęż samą nutę odparł mi tymi słowy:

Gdzie jest owies, tam i gramen229,

A gdzie pacierz, tam i Amen,

Wiedzą o tym i na piachach,

I jak byli już na strachach,

Tak i dziś się ich nie zlękną,

Dotrzymają, nie uklękną

I jeszcze odstraszą,

I jeszcze odstraszą.

Dopieroż stanęliśmy i dopuściliśmy tamtych do siebie z winem, którzy już z nalanymi kielichami stali i zaraz zdrowia nasze podnosili wołając:

— Ichmość panów i braci naszych, Nieczui i Stojowskiego, pięknych kantorów naszych, przezdrowie!

Ja też zaraz odebrałem kielich i zawołałem:

— Ichmość panów i braci, jeszcze piękniejszych słuchaczów naszych, zdrowie!

Stojowski też do mnie:

— Panie bracie! Lubo230 powinniśmy mieć ze sobą na pieńku, jednak niechaj się diabły biją pomiędzy sobą, a nie my; wypijże ze mną jeden. — Ja też na to:

— Nie jestem twojej maksymy; w piwku się nie kocham, wino piję i biję się z każdym, kiedy jest o co, a kiedy nie ma o co, to i dla fantazji, ale kiedy tak twoja wola, to dawaj! — I wypiliśmy. Potem po drugim i po trzecim napiłem znów dobrze, kazałem tedy de noviter231 grać kapeli. Zagrała i poszliśmy znowu w taniec, a że to owi perukowi gaszkowie, których tam było kilku, nie tylko że sami wystąpili z krakowiaka, ale jeszcze chodzili sobie z lorynetkami pośrodku i nam zawadzali, więc zaśpiewałem do nich:

Perukarze, olejkarze,

Eleganty, komedianty,

Na bok z nosem, miejskie franty!

Bo, broń Boże, animuszu,

To peruka przy kontuszu

Na ziem spadnie i nieładnie

Będzie z gołą głową,

Będzie z gołą głową!

Odskoczyli na bok gaszkowie, śmiech powstał po sali, ale zaraz ktoś krzyknie z tańcujących:

— Mości panowie! Proszę po cztery pary, bo ciasno!

Snadź już duszno zrobiło się wszystkim i wielka nastąpiła ochota. Więc zaraz wiele par ustąpiło i ja też także z Zosią usiadłem w kąciku, która tuż do mnie:

— Czy tutaj będziemy siedzieć?

— Tutaj, moja mościa panno — ażebyśmy razem byli, kiedy na nas kolej przyjdzie do tańca.

— Jeszczeż będziemy tańcować? — spytała Zosia.

— Pewno że będziemy, wżdy232 to dopiero początek.

— I śpiewać jeszcze będzie pan skarbnikowicz?

— Dlaczego by nie? Kiedy pani rozkaże, to i karku kawałek nakręcę dla fantazji.

— Karku szkoda, ale niech pan jeszcze śpiewa, jak kolej przyjdzie, bo się pan dobrze odcina.

— Dziękuję pani tymczasem za kompliment i śpiewać będę, ale gdybym wiedział, że moje piosneczki podobają się pani, tobym jeszcze nie takie wymyślił.

— O! Bardzo mnie się podobają.

— Prawdę to panna Zofia mówi? — poderwałem prędko.

— Nic a nic nie dodaję.

— Hm! To mnie tym pani zaprowadzisz daleko, bo u mnie dziś serce bardzo wesołe. Więc żeby Lgocki był te piosenki śpiewał, także by się pannie Zofii podobały?

— Anibym go słuchała.

— Przecie to panią myślą swatać za niego.

— Niechże Pan Bóg zachowa! Umarłabym od samego wstydu za takim mężem.

— Panno Zofio! — zawołałem wtedy z bijącym sercem. — Na co tu długo owijać w bawełnę! Żałuję, że się przed nią nie mogę zaraz rzucić na kolana, ale i tak przyjmij pani to zapewnienie, że największym szczęściem byłoby dla mnie zostać na zawsze jej najposłuszniejszym sługą i niewolnikiem.

Niespodziewanie trafiło to biedną Zofię, spłonęła też jak alkiermes233 i umilkła tak nagle, jak gdyby skamieniała na miejscu. Twarz jej obrócona była ku sali, oczy w jeden punkt wlepione, ręce złożone na przepasce u sukni — i trwało to tak jaką chwilę. Niebawem jednak rumieńce poczęły jej blednąć na twarzy i blednąć, i blednąć, i nareszcie stanęła tak blada, jak ściana; w oczach tylko, które się z wolna mgłą obciągały, dwie łzy stanęły, duże, czyste, jak dwa brylanty, i potoczyły się po policzkach; na koniec odetchnęła mocno, oczy nieznacznie otarła chusteczką i powróciła do siebie. Wtedy ja znowu półgębkiem:

— Panno Zofio! Szczęście całego życia mojego jest w rękach pani.

— Ej! Daj mi pan pokój, takeś mnie pan przestraszył.

— Nie bój się, pani — rzekłem na to łagodnie — gdybym aniołem był, nie mógłbym czyściejszego serca dla pani mieć, jak go mam jako człowiek.

— Nie umiem panu na to odpowiedzieć.

— Któż mi odpowie za panią? — zawołałem. — Powiedz mi, pani, a choćby mi po ten respons234 nieoceniony iść aż na kraj świata, choćby kołatać do drzwi papieżów i królów...

— Oj! Nie tak daleko — odpowiedziała Zofia — wszystko jest w rękach mojej matki.

Hej! Żeby mnie kto był na sto koni wsadził natenczas, ażeby mi korzec złota darował, żeby mnie królem najpiękniejszej krainy ogłosił, toby mi takiego ukontentowania nie sprawił i serca tak nie nastroił wysoko, jak to uczyniła Zosia tymi kilku powiedzianymi słowy. Toteż nawet w zapale wykrzyknąłem jakichś nierozważnych słów kilka, ale że mi Zosia zaraz powiedziała:

— Ej! Panie Marcinie, będzie wielka plotka z tego na jutro! — więc umilkłem i rozmawiałem już cicho, ciszej nawet niż na spowiedzi. Przy takim spowiedniku, gdyby było przyszło i milczeć nareszcie, tobym sobie jeszcze i milczenie był poczytał za szczęście...

Więc my sobie tu rozmawiamy, a tam bez ustanku tańcują. Niebawem też przyszła i na nas kolej. Porwałem się rączo i z jeszcze lepszą fantazją wywijając moją panienką, wyśpiewywałem jeszcze cudne rzeczy i sam nawet nie wiem, skąd mi się brały, bo anim się rymotworstwa kiedykolwiek uczył, anim dwóch wierszy w moim życiu nie złożył. Ale szlachcic, który ma dobrą fantazję, kiedy w głowę naleje, wszystkim być może, a nawet poetą. Koniec końców, żem naśpiewał jakie kilkadziesiąt piosneczek; Stojowski, który był sławny z tego, że w okamgnieniu wiersze robił, a nawet czasem, kiedy miał wenę po temu, to i od razu odpowiadał lub zgoła perorował wierszami, dobrze mi sukursował w tej robocie, a nawet często przemagał konceptami, „bo i Apollinowi nie zawsze odpowiadała lutnia” — jak mówi Kochanowski; inni też także śpiewali, co który umiał albo naprędce ułożył. Lgocki tylko chodził chmurno popod ściany i iskrzącym, ale zawsze mazgajowatym okiem na mnie spoglądał; chciałem go rozruszać i na niego raz i drugi co zaśpiewałem, ale że mi się ani razu nie odciął i przekonałem się, że jest z tej strony bezbronny, więc dałem mu pokój. Wszakże po staremu bez jednego żołnierza wojna była i my bez Lgockiego bawiliśmy się doskonale, i tak nam pięknie i prędko czas zeszedł, że niepomałuśmy235 się zadziwili, kiedy ksiądz jakiś poważny czy kanonik jaki, czy proboszcz miejscowy, nagle wysunął się z kąta i do Stojowskiego powiedział:

— Dobijajcie waszmość czym prędzej, bo już tylko pół godziny zapust macie.

Spojrzałem na zegarek, istotnie pół do dwunastej już było; rzekłem tedy do Zosi:

— Otóż to w miłej kompanii czas, a przy miłej tanecznicy i taniec jak prędko mija. — A tu Stojowski do mnie:

— Kończmy, panie bracie.

— Jeszcze pół godziny mamy, po cóż to darowywać.

— Nie można — odpowiedział tenże — bo trzeba jeszcze po staremu zapust pożegnać, a post powitać.

— Jakże to?

— Zaraz zobaczysz — rzekł Stojowski i zniknął ze sali.

Jeszcześmy tego tańca nie ukończyli, kiedy już w jednym kącie duży stołek drewniany postawiono i wielkim go kobiercem, na ścianie po obudwóch236 stronach zawieszonym, okryto; czyniono tam jeszcze i inne jakieś przygotowania, których ja już, ile żem się z Zosią zagadał, nie uważałem i nie pamiętam. Tymczasem zaś rączo podawano kielichy, pito, podawano drugim i do wypicia przymuszano, wymyślając różne dowcipne i śmieszne zdrowia, dla każdego kapela huczny wiwat przygrywała. Z boleścią serca musiałem i ja też Zosię porzucić, a do nich przystąpić i pić, co który zaintonował, i kto wie, czym by się to było skończyło, bo już i na kolananch pito przed damami, i ja już jeden taki kielich przed panią stolnikową, drugi przed Zosią wypiłem, ano się jeszcze do trzeciego przed Zosią zabierałem, gdyby nie to, że nagle zawołano:

— Mości panowie! Uciszcie się! — a któryś tam zaczął dzwonić łyżką w szklankę, niby dzwon naśladując. Kiedym, zdrowie Zuzi wypiwszy, powstał i obejrzał się po sali, cisza była, a na owej niby to ambonie, powyżej pasa dywanem zakryty, stał już Stojowski w białą ubrany koszulę i pas swój lity na szyi zawieszony mając. Uciszyło się całkiem, a Stojowski zaczął w ten sens:

— W imię ojca Jowisza, jego sługi stokfisza, jego syna Plutusa i jego famulusa, którego imię zginęło w Rzymie, i wdzięcznej panny Afrodity, dla której rozchorował się Bachus spity i po której słodyczy łaknie dziś pieprzu i goryczy. I która to Afrodita, w wszelkie wdzięki obfita, ze swoją miłością stanęła mu już w gardle kością, że ten Bachus, nieboże, nadobnej Terpsychorze służyć już ani weź nie może i zaległ sobą czarne mortis237 łoże. Z czego wszystkim niech będzie ta in aeternum238 nauka: że co nadto, to nadto, jako pisze i dokumentnie probuje239 Anakreon, rycerz i nieporównany w tej materii poeta swojego czasu, w księdze siódmej, rozdziale jedenastym.

Próżno też Terpsychora, panienka urodziwa, tańców i lusztyków chciwa, a w postach niecierpliwa, posłała mu swego doktora i przesłała mu swego amora, aby leżał jak pies przy jego łożu i podawał mu leki. Próżno to wszystko! Nie będzie już nic z tego kaleki, bo już jest moriturus240.

Umrze więc na tym łożu i zamkną mu się powieki, i pochowają go na rozdrożu, i grób mu wykopią głęboki, i głaz mu położą wysoki, i napis na nim wyryją taki: „Tu leżą Bachusa kości, który z miłości dostał mdłości, syt cukru i słodyczy, wołał pieprzu i goryczy, nie dostał i — krom doktorskiego starania i ziół różnych podawania — umarł” — z czego znowu ta się wydobywa nauka, że contra vim mortis non est medicamentum in hortis241, a gdzie śmierć zasiądzie łoże, tam i doktor nie pomoże; jako o tym pisze proverbiorum242 autor, dzisiaj już wiecznie w Bogu odpoczywający, Rysiński, w księdze swojej pierwszej i ostatniej, bez rozdziałów pisanej.

A kiedy jego znajomi przyjdą nawiedzić go domi, to w zimnym łożu jego nie zastaną dawnego przyjaciela swego ani kota, ani szczura, ani Rusina, ani Mazura, ani wilka, ani niedźwiedzia, ani szczupaka — jeno śledzia. Tego oto, którego tutaj mam honor prezentować waszmość państwu (to mówiąc, Stojowski podniósł prawą rękę do góry i pokazał wszystkim prawdziwego śledzia, uwiązanego na sznurku), a który jest Holender prawdziwy i nie przyjechał tutaj po to, jako niegdy jego bracia Holendrowie albo dzisiejsze Szwaby, aby nas uczyć chodzenia koło jarzyn albo zgoła rozumu, ale po to, aby był zjedzon z octem i z oliwą. I ażeby pokrył z czasem swoją solą i kwasem wszystkie frykasy, marcepany i inne nudności, które niejednemu z nas z zapust zostały w gardle i kolą go jakby kości. Co z tłustym wtorkiem ma taki związek, jak babilońska wieża z pieskiem amorkiem i z Orderem Podwiązek — a z mijającym zapustem, jak czart z odpustem — a z przybywającym Popielcem, jak robiony kwiatek ze złotym cielcem.

Ale żeby w piśmie czy w oracji wszystko stanęło na racji, a periody miały wątek i koneksję i nie konały na apopleksję: na to potrzeba dar do tego mieć z nieba i zdrowe serce in loco243, i niepijane w duszy oko, i przyzwoity rozum we łbie, i jeździć na koniu o zdrowej nodze po murowanej drodze, ale nie po kałuży ślizgać się na kiełbie! I nie posyłać po rytmy do Aten, aby nimi zadziwiać głupi świat ten, ani po widok krwi i zgonu latać na brzegi Flegetonu, kiedy dość tego w miejscu przyzwoitym pomiędzy naszą pszenicą i żytem; ani też w rzymskie przybrawszy się togi, pleść, jak konają gdzieś pogańskie bogi; kiedy czas jest przed rozburzonym uklęknąć kościołem i o próg jego twardy grzesznym uderzyć czołem, i głowy posypać popiołem, i odmówić pacierze dawno już opóźnione za grzechy popełnione... a dalej już z głową wytrzeźwioną i zdrową czekać w pracy około roli i nie w lekach tego, co boli, aż nadejdą Wielkanoc i Święta Zielone.

Umarł tedy Bachus, nasz przyjaciel miły, a nimfy ciało jego w grobie położyły; ale że ten akt swego życia zmiany odbywał niebożątko po staremu pijany (tak jak, nie przymierzając, ja, tę mowę mając) — i wytrzeźwiwszy się, mógłby powstać z ziemnego przybytku i znów się zerwać do kielicha i zbytku; tedy mu Post Wielki, na wypadek wszelki, na ręce i nogi kładzie te kajdany, iż go chrzci krzyżem świętym i węzłem nierozciętym wiąże go z jego przyszłym panem, przytomnym tutaj księdzem plebanem. Siedźże teraz, poganinie, póki twój czas nie przeminie, i pokutuj przez trzy kwartały bez żadnej pociechy za wszystkie grzechy, które się tu na ziemi z twoich przyczyn stały. A my mu jeszcze raz zadzwońmy i gospodyni naszej się pokłońmy, i idźmy za nią, gdzie nas powiedzie, na postny barszczyk i na śledzie. Amen.

To powiedziawszy, zlazł z ambony, a tu już krzyczą: „Wiwat, wiwat! Kaznodzieja nasz!” — i podają jeszcze ostatnie kielichy. Stojowski, zrzuciwszy ze siebie pas i koszulę, wszedł między nas i wypiliśmy jego zdrowie koleją, po czym poszliśmy do jadalnej izby, gdzie już był stół nakryty i postnymi potrawami zastawiony.

Po tej wieczerzy rozeszliśmy się wszyscy i podczas gdy jedni, którzy bliżej mieszkali, rozjeżdżali się do domów, inni układali się spać w oficynie, ja pobiegłem czym prędzej do łóżka, aby przytuliwszy głowę do poduszki, myśleć sobie samotnie o Zosi i o niespodziewanym szczęściu moim.