V
Następnego dnia rano jeszczem się był nie obudził, kiedy wbiegł do mnie Konopka i zamknąwszy drzwi szczelnie za sobą, z niecierpliwością zapytał:
— A cóż, panie bracie?
— Czy znowu? — odpowiedziałem. — Ej! Toż to język nieposłuszny u tych Mazurów.
— Ale ani śni mi się o tym, jak ty z twoimi zamysłami stoisz; pytam się tylko oto, co ci odpowiedziała Zuzia?
Dopiero w tej chwili przypomniałem sobie, że mi ten nieszczęśliwy konkurent polecił, iżbym się wywiedział o przyczynie kaprysów Zuzi; rzeknę tedy:
— Jak mnie Bóg miły, panie Janie, że wczoraj miałem wieczór taki, żebym był i o generalskim rozkazie zapomniał, a nie dopiero o takiej drobnej przyjacielskiej posłudze.
— To bardzo smutno — rzecze zamyślony Konopka.
— A cóż tam znowu w tym tak bardzo smutnego? Jedno wiesz sam, że ja tu w Źwierniku nie posiadam jeszcze u żadnej osoby takiego zaufania, żebym mógł liczyć na pewno, że się co dowiem, a po wtóre znów ja ci powiem, że od wczoraj do dzisiaj jeszcze żadna klamka nie zaskoczyła, a com mógł uczynić wczoraj, to potrafię i dzisiaj.
— Jeżeliś łaskaw, to cię bardzo proszę, bo może mi to dziś potrzebniejsze niżeli wczoraj.
— Dlaczegóż to, panie bracie?
— Bom już gotów był twojej rady posłuchać, a teraz znowu się pokrzyżowało.
— Jakże to? Nic nie rozumiem.
— Owoż tak. Kiedym wszedł wczoraj wieczór na salę i spojrzał na Zuzię, że tak była wesoła i uśmiechająca się prawie jak nigdy, straszny mnie smutek ogarnął. Myślałem sobie: otóż to jest świat dzisiejszy, otóż to ludzie! Wiele to pomiędzy tymi czterema ścianami kłamstwa, wiele obłudy, wiele fałszywych komplimentów, wiele zmyślonych uśmiechów, zgoła jakaż to maskarada! Bobym był zaraz krzyż położył na to, że się tam Zuzi serce na kawałki krajało, a przecie się śmiała!
— Panie bracie! Świadczę się Panem Bogiem, że mi o tejże samej porze oko w oko te same myśli przychodziły do głowy.
— No, to tym bardziej! Otóż mówiłem sobie tak: dlaczegóż ty się śmiejesz? Albo ci jest cale obojętny i sercu twojemu obcy, wtedy bądź mi zdrowa! Odkochałaś się ty, odkocham i ja się. Albo się śmiejesz dlatego, abyś się pastwiła nade mną i mściła się w sposób tak nieludzki za bagatelę, za głupstwo, za to, żem nie chciał przegrać procesu i kawałka fortuny mojej poświęcić dlatego, abym ci niebacznie danego i niezastrzeżonego dotrzymał parolu i pojęczał jakie pół chwili przy twoich nogach, a wtedy, toś ty żona dla samego szatana, ale nie dla mnie. Takie dilemma244 postawiwszy, powiedziałem sobie: bądźże zdrowa! Miałbym siebie za cztery litery, jeżelibym słowo do ciebie przemówił. Ale że mi się srodze serce zakrwawiło od żalu i potrzeba mu było dać jakiegoś lekarstwa, aby z bólu nie pękło, więc poszedłem do onej izby, w której pito...
— I zryłeś się na frasunek jak bela.
— Nie, to tyś się zrył wtedy jak bela, ja piłem i piłem jak smok i pomimo najlepszej chęci mojej ani rusz upić się było, alem się za to rzucił w taniec z takim ferworem, żem hulał jak wściekły ze wszystkimi pannami, tylko z Zuzią ani jednego kroku. Com myślał wtedy, nie umiem na pewno powiedzieć; może gdyby była Zuzia na mnie mrugnęła i przeprosiła się ze mną, może bym jej był jeszcze do nóg upadł za to; ale, wyobraź sobie, wytrzymała tę całą manifestację ode mnie z tymże samym uśmiechem, z jakimem ją zastał na sali. Ba! Przetrzymała mnie nawet, bo przecie ja już dalej nie mogłem ani pić, ani tańcować i tak się zatrułem i osłabłem, żem ledwie mógł siedzieć na ławie, a ona tańcowała bez ustanku aż do tego momentu, w którym Stojowski począł swoje kazanie.
Spoczął trochę Konopka, a ja mu na to:
— Panie bracie — rzekłem — jakoś w tej historii jedno z drugim mi nie kwadruje. List, który mi wczoraj pokazywałeś, jawnie tego dowodzi, że lubo panna Zuzanna przed nami obydwoma otrzymała partię Niemców, jednak nie ma ona ani niemieckiego ducha, ani niemieckiej wiedzy i że nie tylko druku nie wymyśli, ale nawet ani się pisać już nigdy nie nauczy, a tu mi znowu takie subtelne sztuki o niej powiadasz.
— A cóż to ma pisanie za styczność z rozumem albo ze subtelnością myśli? — odpowiedział Konopka. — Widać, że nie znasz kobiet, kochany Marcinie! Mają one więcej rozumu i przyrodzonego dowcipu bez pisania niżeli my z naszym pismem i czytaniem. Ale zresztą, co o tym rozprawiać! Opowiadam ci fakta, które żadnemu nie ulegają wątpieniu.
— Mówże więc dalej.
— Otóż tak trwało do samej północy. Lubo zwyciężony przez Zuzię, jednak rad byłem sobie, bo widziałem jawnie, jakby na dłoni, że czy tak, czy owak, zawsze to żoną nie dla mnie. Nie byłoż głupiemu wyjść ze sali i położyć się spać w kąciku, a dzisiaj równo ze dniem wyjechać?
— No, albo cóż się stało?
— No, cóż się stało? Poszedłem potem za wami do izby jadalnej i usiadłszy samotnie na rogu, patrzałem jeszcze zamyślony na tę, która mnie tak obałamuciła, którą tak srodze kochałem, dla której tyle trudów poświęciłem, tyle kosztów poniosłem, dla której byłbym w razie może i gardło dał moje, a która mnie tak okropnie zdradziła, moje ofiary podeptała, żebym też choć wiedział, dlaczego! Wtem, kiedy inni zajęci byli jedzeniem, przystępuje do mnie pani stolnikowa i rzecze: „Panie Janie! Co waszmość wyrabiasz?” — Zerwałem się z ławy i doprawdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Aż patrzę, a tu Zuzia tylko o krok jeden ode mnie, z twarzą jak zawsze obojętną, ale wypogodzoną i uśmiechającą. Jeszczem się raz dał zwyciężyć i głowę opuściwszy na dół, czekałem cierpliwie cięcia, które na moje utrapienie jeszcze miało we mnie uderzyć. I tak się stało w istocie, bo w tymże momencie odezwała się Zuzia: „Pan Konopka dzisiaj nie w swoim sosie”. — Powiedzże sam, czy nie lepiej by mi było wtedy być na torturze?...
— Gorzej, panie bracie — odpowiedziałem.
— Ej! Ty bo wszystko zbywasz krotochwilą245! — odpowiedział Konopka z niechęcią.
— Jakżeż tu nie być krotochwilnym246 — rzekłem na to — kiedym sobie w tej chwili przypomniał ciebie, jakoś mi przed dwoma tygodniami z przyczyny mojego postępowania ze starościcem dawał tak poważne nauki i wymawiał się z tego, że mi nie możesz służyć swoją protekcją, a teraz...
Odwrócił się Konopka i powstawszy z brzegu mojego łóżka, na którym siedział, przeszedł się po pokoju, ale niebawem rzekł:
— Tak to bywa na świecie: dzisiaj się jest na wozie, a jutro pod wozem. Takie to dziwne los z nami, biednymi ludźmi, stroi igraszki! Ale cóż robić? Trudnoż247 mi się dziś wstydzić lub cale248 zapierać tego, co lubo249 ze zmianą okoliczności pokazało się za porywczym, jednak wyszło z dobrego serca i było poczciwym. Ty może szczęśliwszym będziesz w twojej imprezie.
— Może będę, a może i nie będę, to jednak ci powiem, iż gdyby ta, o której rękę ja bym się starał, taką mi się być pokazała, jak Zuzia tobie, tobym sobie wcale tego za wielkie nie uważał nieszczęście.
— Cóż byś począł?
— Panu Bogu bym podziękował, że mi się te tajemnice odkryły przed ślubem, a nie po ślubie.
— I wyrugowałbyś250 cały afekt251 ze serca?
— Nie potrzebowałbym go rugować, bo w tejże samej chwili, w której bym się przekonał, że osoba, dla której ja mam szczery sentyment, poniewiera tym pięknym mojego serca owocem, duma moja i ambicja nie dałaby ani mruknąć afektowi. Zresztą, czy to tak trudno tak marny przytłumić w sercu afekt, jaki miewamy do kobiet? Miewało się już daleko wspanialsze i nieporównanie silniejsze afekta i zawiedzione zostały, i zdeptane, i umilkły, a przecie jeszcze z nimi nie dał się człowiek podeptać i nie umilkł z kretesem.
Konopka tylko pokiwał głową i trwało pomiędzy nami milczenie przez czas jakiś. Ja bym był milczał i dalej, bo mi dobrze z tym było, ale on je przerwał i rzekł:
— Poczekaj, będziesz i ty miał niemałe opały ze Zosią! Lgocki już prawie zwariował, obaczymy, jaki Kato z ciebie... ale prawda! Nie mamy nic mówić o tym. Więc cię tylko proszę, gdybyś się mógł co od Zuzi dowiedzieć, dowiedz się i udziel mi.
— Ale z całego serca.
Konopka jeszcze długo chodził po izbie i sapiąc mocno, na różne sposoby dubitował252 nad swoim położeniem i wszystko, co myślał, głośno wypowiadał; ja mu podsuwałem moją nieodmienną radę pod różnymi postaciami i byłbym go może do jakiego ostatecznego rezultatu doprowadził, gdyby nie to, że śród tych oratorskich tergiwersacyj253 naszych wszedł Stojowski do naszej izby, wołając zaraz z progu:
— Ave Maria, Mater Dei! Waszmość jeszcze w łóżku, a tu już dziewiąta godzina i wszyscy wyjeżdżają do kościoła.
— Nie może być! — zawołałem, zrywając się na równe nogi. — A! To by pięknie było, żebym nabożeństwo opuścił!
— Nabożeństwo nie jest tak bardzo pilne — odpowiedział Stojowski — ale jest tu inna historia, zwłoki niecierpiąca, do której waszmość zapraszamy.
— Cóż to? — rzekłem. — Pewnie sprawa jaka.
— Pewno, że nie consilium254. Już mnie ta przyjaźń Łętowskiego drogo kosztuje!
— Cóż to, panie bracie? — zapytał Konopka.
— Lubieniecki, jako to zawsze niecierpliwy a względem wszystkich podejrzliwy, wyjechał przeciw Łętowskiemu z takimi zarzutami, że choćby tylko dlatego, że jest w naszej kompanii, nie wypadało mi im dać upaść na ziemię. — Na to Konopka:
— Co bym się tam brał do obrony cudzego honoru! Niechaj każdy sam się broni, od tego ma głowę i ręce.
— Ale, proszęż ciebie — zawoła Stojowski — już zostaw to mnie, do czego ja się mam brać, a do czego nie. Nie wiesz, o co idzie, i gadasz! Osądźże ty, Nieczuja; rzecz była taka. — Ja też na to:
— A co mnie tam do tego, jaka rzecz była! Chcesz się bić z Lubienieckim, to za świadka i za pomocnika albo zastępcę służę; chcesz się godzić i sądzić, to poszlij255 do trybunału po palestrantów i sędziów, bo to nie moja rzecz.
— Dobrze masz, zbierajże się i chodź.
Ubrałem się tedy w okamgnieniu i szablę wziąwszy, poszedłem.
Po długich tergiwersacjach, w których tchórzem podszyty Łętowski, niby to przez wdzięczność dla Stojowskiego, tak wiele gadał, że o mało ja z nim do burdy nie przyszedłem, Stojowski z Lubienieckim wybili się, trochę się podrapawszy, co nie miało żadnego znaczenia i tylko mi kawał drogiego czasu ukradło, bo kiedym zaraz potem wsiadł na sanie i do kościoła pojechał, to jeszczem tylko zarwał tyle nabożeństwa, że mi ksiądz głowę popiołem posypał.
Po nabożeństwie powróciliśmy wszyscy do dworu, gdzie nas w izbie jadalnej postne oczekiwało śniadanie. Mało już gości było we środę w Źwierniku; jedni jeszcze wczoraj, drudzy dziś rano poodjeżdżali, inni już od kościoła poskręcali do domów. Przy śniadaniu dość smutno było i wcale niemówno; dziadek spał jeszcze, Zuzia się dąsała i smutno poglądała przed siebie, Konopka milczał i z oczyma wlepionymi w talerz tak właśnie wyglądał, jakby dziś po raz pierwszy był między ludźmi. Łętowski tylko, kontent, że kto inny wybił się za niego, jadł wiele i rezonował, jak wszyscy tchórze po skończonej batalii, ale nikt go nie słuchał. Ja się przysiadłem do Zosi, która mnie miłym powitała uśmiechem, i już tak jej asystowałem wyraźnie, jakbyśmy jutro mieli iść do ślubu. Lgockiego to widocznie gniewało, ale że już był przestraszony przeze mnie, więc ani razu mi w oczy nie spojrzał, tylko co chwila do swojego sąsiada coś szeptał, a nawet i temu dawał pokój, ile razy na niego spojrzałem. Wziąłem to sobie ad notam256 i postanowiłem w razie potrzeby korzystać z tego tchórzostwa jego.
Po śniadaniu jeszcze cokolwiek gości odjechało, została tylko panienka jakaś, rówieśniczka Zosi z sąsiedztwa, Stojowski, Konopka, Lgocki i ja. Podczas kiedyśmy przechodzili do sali, uważałem to, że pani stolnikowa wzięła Konopkę ze sobą i wyniosła się z nim do dalszych pokojów na jakąś konferencję, w jadalnej zaś izbie Zuzia się sama została. Korzystając tedy z tego momentu dla wywiązania się z obietnicy danej Konopce, przystąpiłem do niej i rzeknę:
— Waszmość panna tu sama tylko ze śledziami i butelkami?
— Sama.
— Cóż mi panna Zuzanna od dni kilku posmutniała widocznie i cóż to temu za przyczyna? Kto jest ten niegodziwy, kto zuchwalec taki, który się stał tego powodem?
— I cóż mu pan zrobisz?
— Powiedz no mi, pani, który to jest, zaraz my go tu ukarzemy przykładnie.
— Ej!... Nikt... Ot! Tak; zła jestem i koniec.
— I koniec? — rzekłem. — Dajże mi pani rękę na to, że na tym już będzie koniec.
— O! Jak to pan skarbnikowicz zaraz chwyta za słowo!
— Chwytam, ale to wszystko dla dobra pani, bo źle pani robisz, że się gniewasz i dąsasz, i poniewierając uczciwego człowieka, Pan Bóg wie za co, ściągasz przez to żarty i uszczypliwe przycinki nie tylko na niego, ale nawet i na siebie.
— A któż to może wiedzieć, co pomiędzy nami zachodzi?
— Nikt, tylko wójt i cała gromada.
— Ej! Bo pan Konopka sam temu winien.
— Co też pani gadasz! A cóż on temu winien, że mu termin sądowy na ten dzień wyznaczono, na który się obiecał był do Źwiernika?
— Jużże i wszystko wypaplał!
— Trudnoż, nie miał choć trochę rum257 zrobić swojemu sercu, kiedyś go pani tak srodze przygniotła?
— Bo on mnie tak ciężko obraził.
— Ależ, moja mościa panno, to jest wielkie dzieciństwo. Zapomnij pani o tym i przeproś się z panem Konopką, bo to wielki grzech jest bałamucić kawalerów i poniewierać nimi za pomocą tego kawałka broni, który wam sami podają w ręce.
— Tyle też naszego panowania nad wami.
— I to nadto, moja mościa panno, bo gdybyśmy rozum mieli i tak sobie z wami postępowali, jak to czynili nasi nieśmiertelni ojcowie, tobyście ani tej jednej chwili panowania nie miały.
— Piękne maksymy mi pan skarbnikowicz ogłasza! Teraz się wcale temu nie dziwię, co mi ów baron niemiecki tyle o barbarzyństwie mężczyzn w Polsce nagadał i co mi pan Rychter i wszyscy ci panowie, którzy francuskie suknie noszą, zawsze powiadają.
— Panno Zuzanno, wierz mi pani, że ja daleko lepiej tę materię rozumiem niż baron niemiecki i pan Rychter, i wszyscy ci panowie, którzy francuskie suknie noszą, i powiadam pani to, że u której kobiety objawia się chętka do imperium nad mężem lub amantem, u tej nie masz miłości, jest tylko próżność i może co jeszcze więcej, o czym raczej zamilczę. Że zaś tamci panowie tak przeciwko obyczajom polskich mężczyzn powstają i barbarzyństwem to nazywają, to temu jest bardzo prosta przyczyna: pan Holmfels jest Niemiec, w naszym kraju jest może rok albo dwa, ani słowa po polsku nie umie, naszych stosunków nie zna, więc jego zdanie o nas tyle jest warte, co zdanie jakiego Chińczyka, który co powie o Polakach, albo zdanie wróbla, który świegocze na dachu; pan Rychter jest luter, a jak pani wiadomo, ich religia całkiem inaczej mówi o sakramencie małżeństwa niż nasza, co się zaś tyczy francuskich elegantów, to chyba że panie same tego nie widzicie, że każdy z nich jest najpróżniejszy pochlebca i frant, jakich mało, i nie tylko to, ale grzech śmiertelny by na siebie powiedział, gdyby tylko wiedział, że przez to zarobi sobie na wzgląd u kobiety.
— Toteż właśnie dlatego, że umieją się dla nas sakryfikować258, zasługują na względy nasze.
— Tedy muszę jeszcze to pani powiedzieć, że żaden z takich elegantów nie stara się o względy na wieczne czasy, i gdyby wiedział, że takich dostąpi, toby uciekł przed nimi na kraniec świata; chodzi im tylko o względy chwilowe, o dorywcze zbałamucenie, o tryumf miłości własnej, a może i o krotochwilę jaką, której plan ma każdy z nich naprzód już w głowie, bo to są oszuści, bałamuty, awanturniki!
— Choćby i tacy byli, to jeszcze lepsi są od was, bo grzeczniejsi.
— A! Upadam do nóg waćpanny dobrodziejki!
Nie zrozumiała panna Zuzanna tego wykrzykniku mojego i odpowiedziała mi na to:
— Jednak ja się znowu tak bardzo nie gniewam na pana Konopkę, żebym się z nim nie miała pogodzić, ale tak ciężkie obrazy nie tak łatwo się zapominają.
Wtem weszła pani stolnikowa z Konopką, mówiąc w mojej przytomności do Zuzi:
— Widzisz, na co to tego wszystkiego było! I jedno nic niewinno, i drugie niewiele, i zrobić wam z tego taką awanturę, że ażeście oczy obcych na siebie ściągnęli.
— Ja też tu właśnie pannie Zuzannie mówię lekkie kazanie na tę materię.
— Bardzo waszmości dziękuję — odpowiedziała pani stolnikowa. — Już to pan skarbnikowicz doskonale forytuje wszystkie sprawy, które pod swoją weźmie opiekę.
— Dajże Boże i swoją tak poforytować — odpowiedziałem i pocałowawszy panią stolnikową w rękę za tak dobrą o mnie opinię, chciałem tuż za nią odchodzić, ale Konopka mnie z boku nieznacznie za połę pociągnął, więc zostałem. On też rzekł zaraz:
— Oto przy tym świadku panią przepraszam, jeżelim co przeciw niej zawinił.
— Ja się wcale nie gniewam — odpowiedziała Zuzia, ale zimno i obojętnie. Konopka ją pocałował w rękę i dodał:
— Niechże już będzie zgoda pomiędzy nami na wieki.
— I ja za tym jestem — odpowiedziała Zuzia zwyczajnym tonem, co mnie musiało na myśl przyprowadzić przysłowie, że wilk chowany a przyjaciel zjednany niewiele warci.
Tymczasem znowu Konopka do Zuzi:
— Więc kiedy pani także za tym jesteś, czemu w głębi mojego serca wierzę, toż i aby czemu podobnemu nadal zapobiec, i aby się już dłużej tym nudnym oczekiwaniem nie męczyć, nie odwlekaj już pani nadal dnia połączenia się naszego i racz go teraz w łasce swojej oznaczyć.
— Jak to?... Teraz? — spytała Zuzia.
— Albo cóż stoi na przeszkodzie?
— Jakżeż tak nagle?
— Boże mój — zawołał Konopka — toż to nagle? Wszakże się to przeszło kwartał już wlecze.
— No, nie płaczże pan — odpowiedziała Zuzia — wyznaczę już i dzień ślubu, wyznaczę, tylko się z mamą poradzę.
Dziwno mnie się to jakoś wydało, że pani stolnikowa, taka mądra i poważna matrona, nieletniej Zuzi tak wszystko pozostawia do woli; bo lubo to już onego czasu niektórzy przynajmniej rodzice wiele folgowali w staroświeckiej autokracji nad dziećmi, jednakże posagi, wyprawy, wyznaczania terminów ślubu i inne takie rzeczy to na wieki wieków powinno zostać pod dyspozycją rodziców; ale nie było czasu w tej chwili zastanawiać się nad tym, bo już i rozmowa się nasza skończyła, i wszystko troje weszliśmy na powrót do sali. Tam zastałem Zosię siedzącą na kanapie w kąciku, a Lgockiego tuż przy niej. Przystąpiłem tedy bliżej i spojrzałem na niego ostro, przygryzając wargi i ruszając wąsami. Bał się mnie widać jak cienia swego, bo zaraz oczy spuścił na ziemię, wstał i przeszedł się do drugiego kąta. Ja też zaraz miejsce jego zabrałem, a że się tak wydarzyło, że właśnie Stojowski w tym momencie jakieś facecje opowiadał paniom opodal od nas siedzącym i z wielką uwagą go słuchającym, więc my tu mogliśmy sobie swobodnie rozmawiać.
Jakoż zaraz rzekłem do Zosi:
— Jak się spało pannie Zofii tej nocy?
— Nie bardzo dobrze, bo mi się jakieś straszne mary pokazywały we śnie.
— A pamiętasz pani co z tego?
— Bardzo mało, tylko to wiem, żem przez sen bardzo płakała i żem potem umarła.
— Umarła? Jakżeż to było? Przecie musisz pani jeszcze coś więcej z tego pamiętać.
— Ej! Co tam! Sen mara, Pan Bóg wiara; albo to jedno się śni człowiekowi w nocy, a czasem i na jawie różne dziwy się marzą — czy to zaraz wierzyć temu albo lękać się tego?
— Pani snom całkiem nie wierzy?
— Może to jest zabobon, ale przecie troszeczkę im wierzę, bom już sama tego doświadczała, że co mi się pokazało we śnie, to się potem stało na jawie. Ale to były same drobne rzeczy.
— Jeżeli takie, jak owa śmierć białej róży, to pewna, że drobne, ale i takie, kiedy się sprawdzają, to dziękuj pani Panu Bogu, bo widać, że posiadasz łaskę Jego.
— Tamto nie był sen sprawiedliwy — odpowiedziała z uśmiechem Zosia — a przynajmniej niecałkowity, bo mnie o więdnieniu tych kwiatów najprzód dopowiedział ogrodnik; ale mnie się często śni co takiego, o czym mnie nikt nic naprzód nie gada.
— A tejże nocy cóż pani się śniło?
— Straszne rzeczy! I niech Bóg broni, żeby się kiedy sprawdziły; ale to nawet nie może być.
— Cóż to było takiego?
— Śniło mi się najpierwej, że wojsko jakieś czy konfederacja na dom nasz napadła i wszystko potłukli, pobili, porujnowali i mamę moją porwali, a ja się nóg mamy czepiłam i wlokłam się za nią, ale mnie odtrącili, a mamę wzięli, do jakiegoś wozu wrzucili i het gdzieś powieźli! To było bardzo straszno! Potem znowu śniło mnie się, żem była w tym domu w dziadkowej wsi, o którym dziadunio zawsze opowiada, i dziadunio tam był, i siedział w ganku na krześle i drzemał; ale nam bardzo smutno było, bo ani mamy, ani Zuzi, ani nikogo znajomego nie było. Potem przyszedł do nas anioł jakiś z białymi skrzydłami i przyniósł mnie bukiet z kwiatów pięknych i darował mi go. A potem mnie wziął ze sobą i zaprowadził mnie pod stary zamek jakiś i tamtędy póty mnie wodził i wodził, aż póki mi się głos mamy z tego zamku nie odezwał. Dalej co było, już nie pamiętam, tylko to sobie jeszcze przypominam, jakem leżała umarła na katafalku i świece się koło mnie świeciły, i kwiatów dużo było przy mnie, a ten anioł siedział na schodzie od katafalka i płakał. To bardzo smutno było.
— To prawda, że to bardzo smutno być musiało, ale co też się pani za dziwactwa poplotły.
— Zwyczajnie, jak we śnie. — Ja też na to:
— Sny pani dobrze pamiętasz, ale to, co na jawie się dzieje...
— Także dobrze pamiętam — odpowiedziała Zosia.
— Więc pani nie zapomniałaś o tym, cośmy wczoraj ze sobą mówili?
Żywy rumieniec wystąpił na liliową twarz Zosi, zmięszała się troszkę, ale odpowiedziała:
— Takeśmy wiele ze sobą mówili, że nie ręczę za to, czym już czego nie zapomniała.
— O wszystko tu nie chodzi, bo to nie ewangelia, co ja mówiłem, ale co pani mówiła, to dla mnie prawie więcej jak ewangelia.
Na to jeszcze żywszy rumieniec na twarz Zosi wystąpił, zaczęła skubać koniec chusteczki, główkę opuściła i tylko szepcącym i prawie łkającym głosem odpowiedziała:
— Ja nic nie mówiła.
Ta odpowiedź mocno mnie pochwyciła za serce, prawie sam byłbym zapłakał, alem się otrząsł i rzekłem:
— Czasem milczenie więcej waży niż słowa, ale przecieś pani słów kilka powiedziała.
— Com powiedziała, to pamiętam — znowu cichutkim głosem odpowiedziała Zosia. Ja też na to powtórzyłem jej własne słowa, mówiąc:
— „Wszystko jest w rękach mojej matki”.
— Tak jest.
— Więc ja zwlekać nie będę — rzekłem — i zaraz się udam po to najwyższe szczęście moje, którego, aby się godnym okazać, gotów jestem całe życie moje poświęcić. Ale gdyby, broń Boże, mama się sprzeciwiała na razie...
— Mama się nie sprzeciwi.
— Jednakże gdyby... nie zmieniż czas tego serca, które mnie taką napawa rozkoszą?
— Nigdy.
— Boże! Całe życie moje Tobie za ziszczenie tych życzeń niewinnych.
To powiedziawszy, wstałem, ale z sercem tak przepełnionym miłością i nadzieją, i Bóg wie jakich uczuć nadziemskich nawałą, żem się zdawał być nie człowiekiem z krwi i ciała złożonym, ale jakimś muzyckim naczyniem, jakąś harfą, w której wszystkie struny drżały i wydawały jakąś cudną, z nigdy niesłyszanych dźwięków złożoną melodię. Nie wiem nawet, co się tam dalej działo; podobno nas wkrótce proszono do obiadu, przy obiedzie pito coś wiele i ja piłem do każdego i z każdym, i nie upiłem się, ale ludzie mi się wydawali jak róże, zima jak wiosna, dziadek jak dwudziestoletni młodzieniec, Zuzia jakby anioł dobroci i rozumu, a Lgockiego byłbym i pocałował, gdyby mi się był z bliska nawinął. Po obiedzie też miałem fantazję jak nigdy, jeno mnie było krajać na kawałki i do ran przykładać; gdybym był wtedy szedł do szturmu jakiej fortecy, byłbym był pierwszy na murach — gdybym się był strzelał z kim z pistoletu, oko bym mu był wystrzelił — gdyby mi kto kazał mieć mowę, byłbym Cycerona na dudka wystrychnął.
Przed wieczorem odjechał Stojowski, a Konopka i Lgocki jeszcze się pozostali. W wieczór bawiliśmy się gawędką, ale ja już jakby gwoździem przybił przy Zosi. Wesoło było, pomiędzy wczoraj poróżnioną parą złota zdawała się być zgoda, dziadek pił miód i prawił, co mu się podobało, Konopka go wyciągał na różne wspomnienia z lat dawnych, podrzucał żarty, ja mu w tym pomagałem. Zosia nawet odzywała się do nas i milutkie prawiła rzeczy — tylko Lgocki siedział jak mruk, ale tym nikomu nic nie zawadzał.
Przez cały dzień następny jeszcze Konopka ze starościcem bawili w Źwierniku — i Konopce się nie dziwiłem, ale czego Lgocki tam siedział, to mi nie wiadomo; chyba tylko po to, aby widzieć, jak go z każdą godziną coraz dalej ruguję i konkurencję dalszą niepodobną mu czynię. Było bowiem tak, że gdybym był sobie sam dysponował, jak się co ma składać i układać, tobym był nic lepszego dla siebie nie wymyślił. Konopka swoimi własnymi niepowodzeniami rozbrojony i przeto do mentorowania Lgockiemu w zalotach żadnej fantazji niemający, a nadto jeszcze ostatnimi dniami więcej ku mnie nagięty; dziadek upodobał był sobie we mnie statecznie i co chwila dawał mi tego dowody; pani stolnikowa nie ustawała w pochwałach dla mnie i komplimentach, zgoła wszystko już było tak dobrze, że nie widziałem na całym świecie nic pewniejszego jak to, że mi nawet deklaracji dokończyć nie dadzą, zezwalając od razu na wszystko. Szczęście też moje było prawie bez granic, niecierpliwość mnie tylko dręczyła, żeby to jak najprędzej ukończyć. Jednakże dla siedzenia259 Konopki i Lgockiego całe dwa dni jeszcze czekać musiałem. Przy ich wyjeździe nawet byłem w niejakim kłopocie, bo nie udało mi się to jakoś gładko ukoloryzować, dlaczego jeszcze pozostaję i wraz z nimi nie jadę; ale Konopka cale niechcący i już na wsiadanym wyrwał mnie z tego kłopotu, mówiąc do mnie:
— Kiedyż my się znów obaczymy?
— Nie umiem ci dnia powiedzieć — odpowiedziałem — ale na każden wypadek, nim odjadę do domu, będę jeszcze w Koszycach.
— Wieszże co — rzecze on do mnie — zostań tu jeszcze przez dzisiaj, bo my musimy po drodze wstąpić do Gumnisk i potem nocować w Tarnowie, a jutro przyjedź do Koszyc, to mnie na pewno zastaniesz.
— Zapewne tak będzie — odpowiedziałem; po czym pożegnali się ze wszystkimi i odjechali.
Pani stolnikowa wyszła zaraz do gospodarstwa, Zuzia też także się to do tego, to do owego pokoju przechodziła, więc ja tylko sam jeden z Zosią pozostawałem, dziadka przytomnego w to wcale nie licząc, bo ten, jak wiadomo, nie dosłyszał i można było sobie przy nim tak dobrze rozmawiać, jakby i bez niego. Mówię ja tedy do Zosi:
— Dzisiaj więc na każdy wypadek sprawa nasza się zdecyduje. Co pani rozumie o tym, jak to będzie?
— Ja nie mogę nic wiedzieć.
— Przecie, jak pani rozumie?
— Ja nie wiem, to od mamy zależy.
— Cóż panna Zuzanna mówi na to?
— Ona nic nie wie.
— Jak to? Pani nie zwierzyła się siostrze?
— Ona mnie się także z niczym nie zwierza.
— To źle, będziemy mieli w niej adwersarza.
— Ej! To najmniejsza, wszystko to od mamy zależy.
— Przecie ja mam w Bogu tę nadzieję, że mama nic nie będzie miała przeciwko temu. — Na to Zosia:
— I mnie się tak zdaje, ale przecie ja się czegoś boję.
— Nie bój się pani, co tu strasznego?
— Pewnie, że nic strasznego, ale przecie. A kiedy pan skarbnikowicz pójdzie do mamy?
— Choćby i zaraz, byle dobra sposobność.
— Niechże mi pan choć powie, kiedy to będzie.
— Powiem pani, i owszem — i potem rozmawialiśmy sobie w ten sens, pomimo całej pewności, jednak z bijącym sercem oboje, z jakimś rozdrażnieniem, z oczekiwaniem, z ustawicznym oglądaniem się, kędy się pani stolnikowa, kędy Zuzia obraca. I nie podarzyła się dobra sposobność aż do obiadu...
Po obiedzie dopiero, kiedy pani stolnikowa usiadła w przyległym pokoju do jakiejś roboty, Zuzia się zaś aż do garderoby do fabrykacji jakichś pomad i perfum wyniosła, podała mi Zosia rękę na szczęście, ja też poszedłem do matki i z bijącym sercem zacząłem z daleka taką rozmowę:
— Nim odjadę, wypadałoby, abym jejmość pani podziękował za tyle uprzejmości, których doświadczyłem w jej domu.
— Jakże? To już pan Marcin odjeżdża?
— Nie w tej chwili jeszcze, ale niebawem trzeba będzie się zabrać i po zabawach powrócić znowu do pracy swojej, którą tam może dobrze słudzy moi roznoszą.
— Ot, siedź pan, kiedy ci dobrze.
— Och, dobrze mi, dobrze — odpowiedziałem — ale właśnie dlatego, że mi tak bardzo dobrze, trzeba to dobre zakończyć, abym się w nim nie rozpłynął.
— Otóż to są ludzie na świecie! — rzekła pani Strzegocka. — Nigdy tym niezadowoleni, co mają. Którym źle, wzdychają za dobrym i molestują Pana Boga o losu odmianę; którym zaś dobrze, nudzą się, że im dobrze, i radzi by znowu czego złego doczekać.
— Nie tak to się ma rzecz, pani dobrodziejko — odpowiedziałem — nigdy całkowite szczęście nikogo nie nudzi; tylko połowina powodzenia i niepewność o drugą połowę nabawia głowę i serce niepokojem.
— Zawsze to wyjdzie na moje — mówiła pani stolnikowa — bo któryż kiedy człowiek przyznał się do tego, że całkowite szczęście posiada? Ilekolwiek go ma, choćby tego było najwięcej, choćby nawet aż nadto, to on zawsze jeszcze chce czegoś więcej, zawsze pragnie i mówi, że to, co dotychczas ma, to dopiero połowa.
— Bywa i to niekiedy pomiędzy tym nienasyconym rodzajem ludzkim, jednakże są położenia, w których nie tylko że się istotnie tylko połowę szczęścia posiada, ale jeszcze tę prawdę dowodzi się tym, że po prostu to, co się ma, bez tego, czego się pragnie, nie miałoby nigdy żadnego znaczenia ani żadnej wartości.
— Zapewne i takie mogą się zdarzać wypadki; jednak pan skarbnikowicz w nich pewno nie jesteś.
— Nie tylko że jestem — odpowiedziałem, powstając z krzesełka z mocno bijącym sercem — ale nawet właśnie w tej chwili dlatego prezentuję się jejmość pani, iżbym jej upadł do nóg i o ziszczenie drugiej połowy życzeń moich najuniżeniej prosił.
— Cóż to być może? — spytała stolnikowa, mocno zdziwiona. — Proszę, niech pan Marcin mówi śmiało, co tylko będzie w mojej mocy, ani chwili się nie powstrzymam, aby mu dopomóc.
— Nie idzie tu o pomoc żadną, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem pokornie — ale o to, iż rozbudziwszy w sercu moim stateczny afekt ku nadobnej córce waćpani dobrodziejki, imć pannie Zofii...
— Jak to! Kto! — zawołała z przerażeniem prawie matka, rzucając na ziemię robótkę i powstając z krzesła. — Panie skarbnikowiczu! To być nie może.
— Dlaczegóż to być nie może? — odpowiedziałem także przerażony tym niespodziewanym sprawy obrotem. — Panna Zofia posiada tyle znakomitych ciała i duszy przymiotów, tyle ujmującą...
— Ale to wszystko dobrze! Ależ Zosia jest jeszcze takim dzieckiem, że ledwie za lat kilka by mogła... ale gdzież tam! Co panu w głowie!
— Pani — zawołałem teraz drżącym, ale donośnym głosem i rzuciłem się do jej nóg jak długi — serce moje jest tak pełne miłości dla panny Zofii i wola moja w tym tak stateczna, iż gotów jestem nie rok, nie dwa, ale dziesięć czekać, jeżeli tylko...
— Ale gdzież tam! Nigdy to być nie może! — rzekła, przerywając mi matka i odsuwając się ode mnie klęczącego na ziemi. — Nigdy! Co panu w głowie?
Ta odpowiedź tak mnie niespodziewanie napadła i tak mnie przeraziła, jak jeszcze nigdy nic w życiu. Sam nie wiedziałem, co się ze mną działo. Drżałem cały, łzy mi się z oczu strumieniem puściły i całą twarz zalały. Zerwałem się jednak z kolan i w tym momencie wyleciałem do sali. Drżąca jak liść, blada jak ściana i na pół umarła prawie stała Zosia pod oknem. Przybiegłem, porwałem ją za rękę i wpadłszy z nią do owego nieszczęśliwego pokoju, padliśmy do nóg matce oboje. Przez to gorzej się jeszcze stało, bo odskoczyła od nas jak oparzona, wołając:
— Boże, ale cóż to jest takiego? Co wam się dzieje? Skąd tak nagle takie afekta? Zosiu! Wstawaj zaraz i ruszaj do twego pokoju!
Myśmy klęczeli, konwulsyjnie prawie trzymając się za ręce, oboje pochyleni, w ziemię patrzący, jakby już tak zamarli, jak skamienieli.
Na to wszedł dziadek.
— Cóż to znów za komedie wyprawia ten Nieczuja? — zapytał on.
— Komedie! — odpowiedziała z fukiem, z niechęcią, z drwinami, ze złością pani stolnikowa. — Oświadczył się o rękę Zosi!
— A to niechże Bóg błogosławi! — odpowiedział dziadek. — Człek tęgi i uczciwy, krew dobra, dłoń silna — i przystąpiwszy do nas, podniósł obiedwie260 ręce nad naszymi głowami, mówiąc jeszcze raz:
— Niech Bóg błogosławi!
Na to pani stolnikowa przyskoczyła już z pasją i porwawszy Zosię za rękę, prawie ją wyrzuciła za drzwi do dalszych pokojów i drzwi zatrzasnęła. Jam się zerwał i wyleciałem na dziedziniec.
— Hej! Zaprzęgaj! Pakuj! — wołałem do moich ludzi. — Niech tu piorun zabije taki dom przeklęty! — Po czym wpadłem do oficyn do mojej izby i zacząłem wszystkie graty moje, które na doręczu leżały, zbierać i rzucać do otworzonego i pod ścianą leżącego tłumoka. Po chwili dziadek, po staremu schylony i o lasce opierający się, przyczłapał do mnie do oficyn, zaraz w progu mówiąc:
— Jakiż bies cię opętał, Nieczujo, że takie komedie wyprawiasz?
— Nie bies, mości dobrodzieju, nie komedie! Tylko to serce niesprawiedliwie pokrwawione tak się rzuca we mnie.
Na to on z wolna:
— Daj no pokój, nie rzucaj się darmo jak cyga261 i nie wymyślaj. Nemo sapiens, nisi patiens262. Siadaj no, pogadamy o tym ze sobą...
— Nie ma o czym gadać, łaskawy panie mój i dobrodzieju — odpowiedziałem, całując dziadka w ramię. — Wiem, że jegomość mi dobrze życzysz i rad byś mi z duszy i z serca jak ojciec, i jeżelim czym jegomości obraził, to przepraszam. Krew u mnie nie woda i jak się rozgrzeje, to i diabeł jej nie ochłodzi, ale z babskim uporem nie ma rady. Nabawili mnie nieszczęścia na całe życie.
— Głośniej mów — zawołał dziadek — bo nic nie słyszę.
I siadł. Więc powtórzyłem mu jeszcze raz, com już powiedział, i potem jeszcze gadałem, co mi fantazja na język przyniosła, bom się aż trząsł cały i diabli mnie brali. Dziadek siedział i milczał, ani jednym słówkiem moich wykrzykników nie przerywał, lubo każde słowo rozumieć musiał, bom mówił wielkim głosem i z wielkim ferworem; wysłuchawszy zaś, także mi nic nie odpowiedział, tylko na sługę zawołał i wina przynieść rozkazał. Nie wiem, gdzie to wino było, ale to wiem, że ledwie co to powiedział, już też zaraz wniesiono gąsior potężny i dwa kubki i koło dziadka postawiono. Rzekł też on zaraz do mnie:
— No! Wysapałeś się już trochę? Hę! Napijże się wina.
— I trucizny bym się teraz napił, nie tylko wina! — zawołałem. — I snadź ona tylko jedna mogłaby być dobrym teraz lekarstwem dla mnie — i porwawszy gąsior w jedną, a kubek w drugą rękę, kilka kubków nalałem i wychyliłem jeden po drugim. Byłbym i zjadł to metalowe naczynie, tak się duch burzył we mnie. Dziadek przypatrywał się temu, po czym rzekł z wolna:
— Mosanie Nieczujo! Żeś chłop setny do każdej imprezy, tom zaraz poznał po tobie; ale żeś przy tym i szczery wariat, o tym dopiero teraz się dowiaduję.
— Prawda to wszystko — odpowiedziałem — prawda i cale nie zaprzeczam; ale powiedzże mi jegomość, jak tu nie być wariatem, kiedy człowieka gorzej psa dzisiaj traktują! Gdzież ma szlachcic dzisiaj po żonę uderzyć, gdzie? Do kramarza, do szewca czy do chłopa, kiedy mu jej w równym domu szlacheckim odmawiają?
— No! — rzekł dziadek. — Toż to fryc z ciebie, mospanie! A czy to przymus dać komu pannę? Czy to nie wolna w tym wola każdego?
— Wolna wola, to prawda! Ale kiedy panna chce tego, kiedy ja chcę, kiedy mam z łaski Boga fortunę, że ani grosza nie potrzebuję na wiano, kiedy ród mój tak dobry w Rzeczypospolitej, że go żaden senatorski nie przejdzie, kiedy nie masz żadnej, by najmniejszej plamki ni na mnie, ni na ojcach moich, ni na pradziadach, czego więc chcą ode mnie? Czego chcą dla tej panny? Cóż to znowu są ci Strzegoccy? Czy to Radziwiłłowie, czy Sanguszkowie, czy Potoccy? Dużoż tam buław, dużo miter, dużo wojewodów i kasztelanów?
— Dajże pokój i bredni nie pleć. Ani tu o mitry idzie, ani o buławy. Nie podoba się matce i koniec. O moją córkę nie taki pan konkurował, jak ty; pięćdziesiąt wsi miał, pieniędzy jak prochu, z najpierwszymi domami skoligowany; księżniczka by była poszła za niego, gdyby był o nią wypalił! A ja szlachcic na jednej wsi, uparłem się i nie dałem! I poszedł z kwitkiem jak posłaniec ode drzwi, i odgrażał mi, i napadł na mnie, i crimen263 popełnił, i Bóg nie wie co jeszcze, przecie panny nie dostał i na koniec on poszedł na psy, diabeł mu przetrzebił fortunę, diabeł i duszę zabierze, a jam cały i zdrów i przy skonaniu wszystkich przepraszać będę, a jego nie.
— Wszystko to być może — odpowiedziałem — ale przecie tam inne być musiały przyczyny, a nie prosty kaprys, jak tu.
— Żadne inne; wariat był taki, jak ty, obraził mnie, dom mój obraził, a takiemu dziecka nie odda nikt.
— Mój jegomość! — rzekłem na to ładnie i całując go w ramię. — Cóż takiego wariackiego jest we mnie? Że się teraz obruszam, to jużem wariat, już szalony? Czy to człowiek jest drzewo, czy lód, czy nieruchomy głaz? Kiedyż się ruszy, jeśli nie wtenczas, kiedy go gnębią, kiedy go gniotą, kiedy najpoczciwsze jego chęci w błoto rzucają i z nogami idą na niego?...
— No! — rzekł dziadek. — Ja to sam mówię, że to jeszcze niewiele. Człowiek ma krew i poruszać się musi; ale każda rzecz ma swoje granice i dlatego tobie radzę je mieć i zachować. Nie wszystko jest złe, co się takim na oko wydaje. I nie każda taka impreza już zgubiona, w której pierwszy krok niefortunnie wypadnie. I nie ten mąż tęgi i swojej sprawy dobry obrońca, który z wielkim impetem raz potrafi uderzyć, ale ten, który i raz, i drugi, i dziesiąty uderzy, i tyleż impetów nieprzyjacielskich wytrzyma, et in variis manebit invarius usque ad finem264.
— Tak to się gada, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — dobra to jest nauka, ale nie w małżeństwie; bo cóż komu z tego, że wytrzyma ad finem i dajmy nawet, że wygra, kiedy wtedy, gdy mu ów chleb podadzą, on już zębów nie będzie miał w gębie.
— He, he! Mosanie, daleko to jeszcze tobie do tego, żeby ci aż zębów zabrakło.
— Kto tam wie, jak daleko? W różnych się bywa okazjach.
— No, ale nie o tym mowa. Głupstwoś zrobił, żeś się rzucał przy kobietach jak fryga, co nigdy nie należy, a tyle bardziej, ile że wcale nie było do tego powodu.
— Boże! — zawołałem. — A kiedyż większy powód do tego będzie?
— Głupstwo! Nie było żadnego powodu. Stolnikowa ci dała rekuzę, bo tak się jej podobało. Musiała ona mieć swoją rację, bo to niegłupia kobieta. Ale tym się nie ma co tak bardzo frasować: co się nie dało zrobić dzisiaj, to się może da jutro, a nie jutro, to pojutrze. Pierwsze koty za płoty. Zresztą, może ona miała już inne aspekta265, ale i to jeszcze nie śmierć dla waszeci. Od aspektu do efektu jeszcze sto mil i jedna. Panny nie taki towar pokupny, jak piękny. Są one, jak zagraniczne kwiaty w doniczkach, najdroższe, kiedy są w pączkach, tańsze już, ba! proszą się z nimi, kiedy rozkwitną, a gdy odkwitną, ledwie darmo kto bierze. Poczekaj! Zje pies psa, jak barana nie ma. Zresztą, może i ja co znaczę w tym domu, może i mnie wolno w czym veto założyć.
— Ba! — rzekłem. — I ja to rozumiem, że cierpliwością wiele spraw się wygrywa na świecie, ale tutaj... tutaj właśnie cierpliwość zagubić mnie może.
— A to czemu? — zawołał dziadek.
— Czemu? Bo kiedy ja się cierpliwością będę uwodził, to tymczasem pannę Lgockiemu dadzą.
— Komu?
— Lgockiemu — rzekłem.
— A na świecie! — krzyknął dziadek. — Nigdy tego nie będzie. — Tedy ja skoczę do niego i złożywszy ręce:
— Mój jegomość! — rzekłem. — Pomóżże mi waszmość w tym ciężkim dla mnie terminie, a wdzięczność moja dla niego niewyczerpaną będzie do ostatnich dni mego żywota.
— Głupstwo! — rzekł dziadek, popijając wina. — Ja wdzięczności twojej nie potrzebuję, bom ja obydwiema nogami już w grobie. Jak zechcesz, to pacierz odmówisz na moim grobie, ale i to niekoniecznie, bo co tam ważą przed Bogiem chłystków pacierze?
Wtem drzwi się otworzyły i ku wielkiemu zdziwieniu mojemu weszła pani stolnikowa. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to tak pomięszało, żem stanął z oczyma spuszczonymi ku ziemi i nie wiedziałem, co począć. Szczęściem zaczęła ona:
— Panie skarbnikowiczu! Tylko pewne powinowactwo pomiędzy nami i szczególny charakter, którym sobie zjednałeś wszystkich, tutaj mnie przyprowadził. Przykro mi bardzo...
— Mościa dobrodziejko — rzekłem tedy, ujęty tym przemówieniem i całując ją w rękę — bardzo panią przepraszam, jeżeli w tej scenie, całkiem dla mnie niespodziewanej, czymkolwiek i kogokolwiek obraziłem w tym domu, ale Bóg mi jest świadkiem, że nie ja temu winien, tylko niegodziwa krew moja i duch ten porywczy, który może właśnie wtedy, kiedy by mi jak najzimniejszej rozwagi potrzeba, rzuca mną jak opętanym. Jeszcze raz się Bogiem zaświadczam...
— Wierzę już, wierzę — przerwała mi ona — ale natychmiast proszę i mnie wierzyć, że jeżelim się znalazła w tym przykrym położeniu, żem musiała jego żądaniom odmówić, to wcale nie myślałam przez to ani waszmości przyjaźń dla nas lekce sobie ważyć, ani osobę jego kłaść niżej w zachowaniu moim od innych. I dlatego właśnie, że mi na tym zależy, aby z tej przyczyny nie było żadnej nieprzyjaźni pomiędzy nami i ażebyś waszmość nie z gniewem i bez pożegnania odjeżdżał ze Źwiernika, a na koniec w nadziei, że kiedy z uwagą się zastanowisz nad całą tą sprawą, cale mnie uniewinnisz, przyszłam tutaj, aby z waszmością pomówić słów kilka.
Ja też na to:
— Ja wcale odwołuję moje porywcze postąpienie sobie w tym razie i jeszcze raz za nie przepraszam, ale wcale nie ma to być tak rozumiano, jakobym zarazem odwoływał moją o tej nieszczęśliwej rekuzie opinię. Przyznam się nawet jejmość pani, że na próżno sobie głowę łamię nad tym, jakie by być mogły właściwe tego kroku powody.
— O! Są powody, są, panie skarbnikowiczu — odpowiedziała pani stolnikowa — i zapewne dość ważne, kiedy mnie aż przymusiły do zrobienia przykrości temu, którego, zaprawdę mówię, niemało sobie poważam i szacuję.
— Więc jeżeli łaska pani będzie — odpowiedziałem z grzecznością — to proszę o ich zakomunikowanie mi; może to co ulży mojemu sercu, może się który z nich da usunąć, a choćby zresztą i na nic się to nie przydało, toż wzajemne porozumienie się jak nigdzie, tak i tutaj, żadnej szkody przynieść nie może.
— Owóż o co i mnie chodzi — rzekła pani stolnikowa i usiadłszy blisko mnie, tak rzecz poczęła:
— Najpierwej trzeba waszmości wiedzieć, że Zosia jeszcze nie skończyła lat szesnastu i przy tym tak jest jeszcze dziecinną, tak nierozważną, że w żaden sposób i nikomu na świecie nie mogłabym jej z czystym sumieniem teraz oddać na żonę.
— To najmniejsza przeszkoda — przerwałem — bo kto ma dziś lat szesnaście, ten za rok będzie miał siedemnaście, a za dwa osiemnaście, a znowu z drugiej strony, kto ma szczery i niezmyślony sentyment dla jakiej panienki, i sam ma lat dwadzieścia i kilka, i w żadnych skądinąd naglących nie znajduje się okolicznościach, ten i dwa, i trzy lata śmiało poczekać może, a nawet by to snadź z dobrym było dla stron obojga, bo czego by czas nie zniszczył, to by mogło być pewnym statecznej i nadal trwałości.
— Tak, ale ja znowu wiem z doświadczenia, że takie zawiązywanie sobie świata za młodu nie ślubem, ale słowem, nie zawsze szczęśliwe przynosi skutki, a niejeden by może połowę życia dał był za to, gdyby mógł być uwolnionym od niebacznie danego słowa. Ale to mniejsza, są jeszcze inne rzeczy daleko od tej ważniejsze. Nie wiem, czy panu wiadomo, jaki jest ród nasz i jakie przechodził koleje. Strzegoccy z dawien dawna na ogromnych siadywali fortunach. Znakomite w Rzeczypospolitej urzędy, świetne koligacje były prawie bez przerwy tej familii udziałem. Ojciec synowi, matka córce na śmiertelnych łożach i w testamentach zachowywanie tych dóbr przekazywali; były nawet przepisywane przez przodków reguły, wedle których mają postępować następcy. Nieszczęście chciało, że mój mąż, przez szczególne woli bożej zrządzenie, znaczną część owych rodzinnych sukcesji uronił, ale też za to całe późniejsze życie jego było tylko niezmordowaną pracą ku odzyskaniu dawnego splendoru dążącą: odejmował on sobie od ust strawę, w płóciennym kubraku chodził, zdrowie swoje poświęcał na to, aby powiększyć fortunę i rodu znaczenie. To o Strzegockich. Piotrowicze zaś, ród mego ojca, jakim jest w rzeczy i czym dawniej był w Litwie, ba, w całej Polsce, nie potrzebuję długo rozprawiać. Dość powiedzieć, że herb ma Murdelio266.
— Murdelio? — zapytałem trochę tym zdziwiony.
— Tak jest, panie, Murdelio. Herb to dawny, dawniejszy niż cała Polska. Czym tylko najpiękniejszym można ozdobić genealogię, to wszystko waszmość znajdziesz na naszym drzewie. Dziadowie nasi miewali po kilkaset wsi własnych i bywali skoligaceni z najpierwszymi domami za granicą. Synowiec mojego ojca ma jeszcze do dziś dnia wsi kilkadziesiąt. Linia atoli nasza upadła. Dziad mój był rozrzutny i wiele utracił; ojca mego wypędzono sierotą z domu. Potrzebaż było jeszcze takiego nieszczęścia, że obadwa267 te rody, obadwa zrujnowane i podupadłe, przeze mnie i męża mego się połączyły. Ale taka była wola boża; widać inaczej już być nie mogło. Mąż mój troszeczkę je podniósł — jednak nie idzie za tym, aby się jeszcze wyżej podnieść nie miały. I owszem, mój mąż, umierając, najwyraźniej mnie przykazał, abym obiedwie268 córki oddała do klasztoru, a majątek nietknięty przekazała synowi. Miałam jeszcze syna natenczas. Dzisiaj syn umarł małym chłopięciem — ale czy waszmość myślisz, że każda z mych córek nie jest gotową dzisiaj pójść do klasztoru, gdyby się drugiej świetne trafiło małżeństwo?...
Nie zdawało mi się, ażeby w tym, co pani stolnikowa mówiła, był jakikolwiek sens zdrowy, byłem tedy tak śmiały, żem przerwał, mówiąc:
— Przepraszam waszmość panią„ że jej mowę przerywam, ale nie zdaje mi się, aby nawet przez najświetniejsze choćby obudwóch córek zamęście cokolwiek zyskał splendor domu Strzegockich lub Piotrowiczów. Że ci, którzy synów mają, zdrowie i pracę swoją poświęcają na to, aby im znaczną pozostawić fortunę, to rozumiem, bo przez nich propaguje się dalej i na lepszą puszcza drogę ród i nazwisko; ale żeby jedną z córek na to zamykać w klasztorze, aby druga trochę lepiej za mąż poszła, albo zgoła obiedwie do przeciwnych im małżeństw niewolić dlatego, że ich parentela skądeś tam się zza morza wywodzi i kiedyś tam, za Jagiełłów, miała jakie takie w Polsce znaczenie, to mi się wcale nie zdaje. I gdybym już żadnych innych nie miał na moją rację dowodów, to może i ten by wystarczył, że za kogo panna Strzegocka pójdzie, o tym ani będzie pisać historia, ani wywoływać będą po kraju, ani wróbel podobno nie zaświegocze na dachu! — Na to ona:
— Że waszmość grzecznym jesteś, o tym już się dowodnie przekonałam dziś rano, ale mniejsza o to! Raczej panu odpowiem na jego argument, że sposób wetowania sobie strat poniesionych jest każdemu zostawiony do woli. Ród Strzegockich się kończy, to prawda, a więc kiedy się kończy, niechże ostatnie jego kądziele ozdobią się przynajmniej pięknymi nazwiskami. Takie jest moje postanowienie, do którego dążyć jest już tylko jedynym całego życia mojego zadaniem; mam też nadzieję w Bogu, że spełnienia tych życzeń mi nie odmówi, bo są skromne i sprawiedliwe.
— Daj Boże! — odpowiedziałem — ale jmć pan Konopka...
— Otóż Zuzia — przerwała mi pani Strzegocka — że nie jest ładna, idzie za pana Konopkę, nic w tym osobliwego, ale i pan Konopka jest potomkiem dobrego i starożytnego rodu, przy tym kawaler piękny, mający zachowanie i posesjonat. Ale Zosia! Czyż Zosia i dzisiaj niegodna jest i najpierwszej w kraju partii? Czyż nie mogę na to liczyć na pewno, że kiedy przyjdzie do lat swych i pokaże się światu, to będzie miała pomiędzy kim wybrać przynajmniej? Zresztą, krótko mówiąc, pan starościc Lgocki...
— Jak to — krzyknąłem, nie mogąc się pohamować w oburzeniu — toż to Lgocki jest ten familiant, dla którego jejmość zabijasz dwie dusze? To Lgocki...
— Ależ panie skarbnikowiczu! Czy pan wiesz, czym są Lgoccy?
— Mościa pani! — krzyknąłem. — Jeżeli tacy są, jak ten, to wiem doskonale! Niewarci wody wozić Nieczujom!
— Ależ panie Marcinie! Przecież pan, który nawet nie masz dziedzictwa, nie zechcesz się równać...
— Więc to o to wam idzie! — zawołałem, łkając od żalu i wewnętrznego wzburzenia. — O tych kilka worów pieniędzy! Tacy to ludzie dziś na Mazurach, takie waszych znakomitych rodów potomstwo! Bądźcie zdrowi! — wołałem. — Ale to wiedzcie, że żebym miał sam gardło dać w tej sprawie i żebym miał wszystkie wsie zadzierżawić naokoło Źwiernika i wartami obstawić wszystkie granice, to psu obcemu nie dam przystąpić do waszego dworu i każdego na drobne kawałki zasiekam, kto by śmiał się tylko przysuwać do Zosi, póki ona sama mi nie da odkosza!
To wymówiwszy, z pasją porwałem za czapkę i wyleciałem przed oficyny, a że mój skarbniczek stał już zaprzężony przed gankiem, więc wskoczyłem weń i kazałem ruszać z kopyta, wołając jeszcze w zaciekłości:
— Bodaj was zabito!...