XI
Na łożu z mchu do piersi ciśnie dziecię niewiasta. Sklepienie jaskini zakrąża się nad nią, tu i owdzie draśnięte blaskami płomienia dogorywającego na szerokim ognisku, zasypanym popiołami, zasianym węglami.
Niekiedy połysk i na nią padnie, a wtenczas z cienia wychodzą na chwilę rysy wyniszczone chorobą ciała i duszy. Jednak uroda ociąga się, nie chce opuścić twarzy, którą tak długo krasiła, woli chronić się do oczu, których jasność chyba wraz z życiem zemdleje.
Ale czemuż synek uściskom matki nie odpowie uśmiechem, nie wyciągnie rączek do niej, lub jeśli mu zimno i słabo, nie pożali się westchnieniami i płaczem? Może to sen głęboki? Nie — on by się obudził na pocałunki tej, która go trzyma! Ot! błyskawica konającego ognia oblała twarz maluczką; rysy skrzepłe, drobne ciało sztywne gdyby drzewa kawał, opuściła go matka, ono spadło na ziemię, potoczyło się trochę i leży jak szary posążek. Nieszczęśliwa skłoniła głowę na piersi i kilka chwil przebyła w zupełnym otrętwieniu, potem wstała i poszła ku ogniowi. Rozciągnęła ręce nad węglami, by się rozgrzać. Szaty jej zawianie płomień wzbudziło i ten wyskoczył ze środka popiołów, złotym słupem podniósł się ku jej twarzy.
Znać w rysach walkę ducha z cierpieniem; stopniami108 jednak wyraz rozpaczy ustępuje miejsca wyrazowi tkliwszego żalu, uroczystszej powagi; pamięć o Bogu zda się rozciągać barwę pociechy na czole, powoli kolana naginają się ku ziemi; uklękła, a w czarnych oczach, spuszczonych w dół, cichą modlitwę odmawiają spojrzenia, ostatnie głosy duszy, której boleść przymknęła usta. Potem wzięła ciało w ręce i znikła w ciemnościach jaskini; niedługo wraca z zawiniątkiem i znów siada przy tlejących żarach; na kolanach złożyła dziecię, zawiniątko rozwiązała, połysk drogich kamieni wyjrzał ze środka, słychać pod jej palcami szelest szmat jedwabnych; taśmy złote i srebrne wyśliznęły się i pełzną naokoło.
W jej ręku cienki sztylet błyszczy, raz jej za igłę, drugi raz za nożyce posłuży, różne kosztowności spaja; wiąże z sobą razem, to rozdziera, pruje, dziurkami przeszywa; czasami też bierze miarę ciała, ramion, nóżek; wstążką piersi, główkę, szyję obwiązuje i odejmując, zważa pilnie na długość i szerokość. Z ostatków dawnej carskiej pychy giezłeczko109, lamowane srebrem, na trupa uszyła Maryna.
Niełatwo odziać nim skościałe członeczki, nachyla się matka, całuje zimne powieki:
— Pozwól, niechaj matka carowa ciebie, dziedzicu Dymitra, ubierze, jako na cię przystało. W jednym grobie i ty, i nasze państwo legniecie razem, na wieki synu mój, syneczku mój drogi. —
I chwyta za rączkę, rączka gdyby z marmuru, i tchnieniem stara się ją rozmiękczyć, i twarz pociera i trze piersi, a kiedy się zmęczy, znów całuje, przyciska i prosi.
Wreszcie suknią błyszczącą przyoblekła syna i zaraz do nowej bierze się roboty, z czarnej szkatuły wyjmuje koronę, nad płomieniem trzyma — a kiedy złota oprawa topić się zaczyna, odrywa z niej szafiry, diamenty, rzuca w popioły gdyby iskry nowe, potem coraz to okrąg ścieśnia i niekiedy przykłada do skroni dziecięcia; ale jeszcze za duża, więc znów nad ogniem ją topi i sztyletem wygina; teraz już pasuje mu do skroni. Następnie rząd pereł nawlecze i zawiesi u szyi wraz z krzyżykiem rażącego blasku.
Uśmiech smętnej rozkoszy na chwilę usta poruszył, kiedy go ujrzała otoczonym mnogimi połyski: chwała Kremlinu jak wspomnienie dzieciństwa we śnie dorosłego męża myśl jej drasnęła; złożyła ciało na pościeli z mchu i marząc, że śpi jej carewicz, naciesza się okazałością jego.
Ale śmierć na twarzycze, szydząc z kamieni i pereł, ze złota i srebra, na przekór ich barwom, sine plamy [i zmarszczki] coraz głębiej wyciska. Kroki wchodzącego męża ocknęły ją z dumania.
— Dopełniają się losy Igora i twoje pójdą za nimi — rzekł głosem pełnym stałości. — Dziś ostatni moi towarzysze polegli, kilku ranami okrytych zostawiłem w jaskiniach po drodze. Ach! Ty płaczesz, moja luba? —
I spostrzegł leżące dziecię.
— Błogosław niebu, że na anioła go dzisiaj wezwało do siebie. Jutro byłby cara niewolnikiem.
— Boże, bądź pochwalon! — krzyknęła Maryna, podnosząc się nagle. — Masz prawdę, Igorze: on umarł spokojnie, z cicha, bez cierpień; osłabione ciałko nie pasowało się z odlatującą duszą; a ona teraz, suto promieńmi uwieńczona, przyśpiewuje w chórach anielskich i spogląda ciekawie na gwiazdzistą koronę przenajświętszej Dziewicy. Śpij, śpij, synu mój. Ty wrzkomo110 znaku życia nie dajesz i co chwila na twarzy czarniejszym się robisz, ale ty żyjesz ponad tymi skałami! Śpij, śpij, synu mój: hańby nie poniesiesz, pogardy nie doznasz. Sługi twoje dawne nie przyjdą pętać cię w łańcuchy ni urągać się tobie, królewicu mój! Żyłeś w kolebce jako dziedzic potężnego pana i umarłeś, nim dzień poniżenia zaświtał. Igorze, zapal pochodnię, grób mu wykopiemy w głębi jaskini, tam gdzie leżą twe zbroje.
— Dziś ja synowi twemu, a mnie jutro kto? — rzekł wódz posępnie i łuczywo porwawszy z ognia, szedł naprzód, ona z tyłu, niosąc dziecię w ramionach.
I szli, milcząc, przez długie przejście, kędy sklepienie, wyrobione trzęsieniem ziemi i pracą czasu, w dziwne to zwęża się, to rozgina otwory, to zdaje się lecieć ku ziemi i w słupie wiszącym zatrzymuje się nad nią; to znów wzbija się w górę i ginie w ciemności, to prosto, gdyby wykute, się ciągnie, to co kroków kilka łamie się kątem, zakręca się kołem.
Wreście doszli miejsca podobnego okrągłością swoją do kaplicy, stąd wstecz się tylko wrócić można, dalej iść nie sposób, bo wszędzie zakrąża się opoka. U sklepienia przyczepione stalaktyty naśladują gotyckie ozdoby, krzyże, filary, arkady; a pomiędzy nimi przerwy dziwacznego kształtu, to połamane, jak gdyby kamień się rozprysnął, to znów haftowane; znać, że długo kropla po kropli tu spadała z wysoka, ale dziś nie słychać kapania i wyschło już źródło.
Niżej, w wydrążeniach ścian, Zaruckiego rynsztunek wojenny starownie111 ułożony, kordów kilka, sajdak i łuk, skóra niedźwiedzia i druga lamparcia wiszą u żelezców strzał; dwie janczarki leżą na kamieniu, przy nich bechter stoi, a dalej hełm na siodle, obok siodła karacena nabijana srebrem z rzędami drogich kamieni.
Sahajdaczny wyciągnął z głuchym brzękiem pałasz — szeroki, obosieczny, prosty i nim zaczyna w środku jaskini dół kopać. Matka nad ciałem tymczasem odmawia modlitwy. Jej drżącemu głosowi wtórują bryły ziemi rozsypujące się pod żelazem. Niedługa praca, domek ostatni małemu mieszkańcowi rychło stanął w pogotowiu. Rączki na krzyż złożyła Maryna, rączki przylgnęły do piersi; w całun go potem obwinie, a nim twarz zaciągnęła, jeszcze raz, kończąc Zdrowaś Maria, pocałunek złoży i wyrzeknie: „Amen”.
Teraz go troskliwie obwiązuje i drogą suknią okrywa, lęka się, by piasek nie zaleciał między fałdy, by żwir gdzie nie gniótł dziecięcia i własną ręką wygładza dół grobu. A potem głowę odwróci, zatknie uszy i gorąco Bogu się modli.
Kiedy znów spojrzy, już wyrosła mogiła i wódz mołodźców, oparty na szabli, duma nad nią. Mogiła czarna, niewysoka, obnażona; serce matki, że jej nie dostaje czegoś, natychmiast poczuło.
— Igorze, miej litość nad nim, znak zbawienia zatknij nad jego grobem, wtedy uwierzę, iż szczęśliwy, lecz teraz mu jeszcze skrzydeł u ramion nie widzę. —
To mówiąc, oczy trzymała wlepione w górę, jakby pomimo wiązania z głazu ścigała za duszą syna w przelocie od ziemi ku niebu.
Zarucki obziera się naokoło i myśli, jakby można zadosyć uczynić jej żądaniu — przez chwilę jeszcze stał niewzruszony, potem idzie ku ścianie i łuk zdejmuje z niej.
— Hospodarko moja! To mój stary towarzysz; miałem ich dwa, jeden dziś pękł mi w dłoni i rzuciłem go w przepaść — drugi również prysnąć musi. —
I zdjąwszy cięciwę, nogą tłoczył drewno, dopóki nie rozłupał na dwoje.
— On mi służył po licznych ziemiach. Tatarskie, moskiewskie, szwedzkie z niego przebijałem gardła. Brzęk tej cięciwy był muzyką dni mojej młodości, najdumniejszy wąż pustyni nie umie tak gwizdać jak strzały, które z niej puszczałem; ale dajmy pokój temu, co minęło, a nigdy nie wróci. —
To mówiąc, handżarem strugał i ciosał drzazgi łuku, wióry padały na ziemię jako puchy ptasie.
— Słyszałem od wiarogodnych ludzi, że kiedy śmierć bliska, łatwiej człowiekowi przyszłość przewidzieć i duchy ujrzeć w postaci widomej. Czy wierzysz temu, o moja dziewojo? —
Podniosła głowę schyloną nad grobem dziecka.
— Wierzę. —
Zadrżał wojownik i rękojeścią sztyletu zadzwonił o własną zbroję — dźwięk, który się rozległ, miłym był jemu.
— Tyle razy tratowałem po ciałach, spałem po zburzonych cerkwiach, po smętarzach, kędy z rozwalonych kurhanów blade wyzierały koście; pod Smoleńskiem, siedząc na zmarzłych trupach wokoło ognisk, z polskim rycerstwem piliśmy roztruchany miodu noc całą. —
Nieraz w puszczach z gwiazdami nad głową sam jeden błądziłem. Dziwne wprawdzie słychać było szumy, to w zaroślach, to po bagnie, to wyżej między gałęźmi drzew; nie był to wiatr, nie było to skowyczenie wilków ni jęki puchaczów; z tymi głosy znało się ucho moje. Było to coś lekkiego, urywającego się, ledwo się odezwało, a jednak dreszcz, gdyby tysiąc mrówek, biegał mi po karkach i plecach; wytężałem oczy, nadstawiałem ucha, bo ciekawy byłem stworzeń Boga, wyższych nad ludzi, błąkających się po świecie, którym noc jest dniem, mogiły mieszkaniem, wichry są skrzydłami, na których przelatują, całe w bieli, z oczyma błyszczącymi jak próchno, milczące lub w krótkim słowie oznajmujące wyroki nieba, karę, potępienie; czasem też, jak pospólstwo gwarzy, stoją u łoża, na którym grzesznik umiera i straszne przeczucia w duszę mu kładą.
Niemało też i po zamkach bywałem; w ciemnych komnatach, pośród starodawnych malowideł, w burkę się obwinąwszy, zasypiało się wtedy. Dziwne sny mnie trapiły, lecz na jawie nigdym nic pewnego nie spostrzegł.
Lubiłem jednak zawsze słuchać o marach i widmach [— bo wtedy nieznane uczucie miękczyło mi serce; rozpływałem się w nim, jak gdyby w rozkoszy jakiej]. Łzy do powiek się cisnęły, choć to nie było ni miłością, ni żalem, ani też bojaźnią; nie potrzebuję chlubić się z odwagi, insi wiedzą o mnie.
Nieraz jeńcom kazałem zdjąć okowy, wyrok śmierci odwołałem, bo godziną wprzódy starzec lub białogłowa jaka opowiadała mi o duchach wstających z mogił, kiedy wszyscy zasną, a na cerkwi północ uderzy. —
Krzyż już dokończony: cały z drewna, a u końców jego ten sam róg, w któren wgryzała się cięciwa. —
Wódz złożył go w ręce lubej; ona, klęcząc, posadziła go na grobie — i wstawszy, przypatruje się w milczeniu, a małe ramiona krzyża cień rzucają, który spływa gdyby wstęga czarna po bokach mogiły.
Igor odpiął przebity pancerz i pyszną go zastąpił kolczugą, szablę wyszczerbioną odpasał i zawiesił pałasz o klindze bez skazy, nabijanej hartownymi żyłkami. Hełm wziął z kamienia i wsadził na głowę.
— Gdzież się wybierasz, Igorze?
— Gotuję się na jutrzejszą walkę: ostatnią. Dawniej na gody wdziewałem tę zbroję. —
Wtedy zmiana zaszła nagle na licach Maryny, kibić zgarbiona prostuje się jako dawniej bywało; i jako dawniej bywało, w oczach, naokoło ust, na skroniach wydatnym się staje, iże ona jest panią, której świat hołdował jako zamożnej w potęgę i urodę.
Wyciągnęła rękę ku mogile i pożegnała, jako się żegna z brzegu odpływającą łódkę w dalekie strony; potem wychodzi i stąpa przodem. Za nią Sahajdaczny, a kiedy wrócili do pierwszej jaskini, ona głosem niewzruszonym się zapyta:
— Czyż wąwozami przemknąć się nie możem? Znasz mnie, jako biegnę po górach i pragnienie umiem wytrzymać w pustyni. —
Zarucki nic nie odpowiedział, przez chwilę trzymał głowę schyloną, nie rozpoznać, czy on goni myślą za środkiem jakim, czy też poddał się zupełnie zwątpieniu.
Wreszcie podniósł czoło, wyraz jego twarzy był świetny w tej chwili, choć nie mówił o chwale ani też o szczęściu; pałała w nim żądza ostatniej rozprawy, zmiękczona przeczuciem, że już po niej cisza nastąpi, przeznaczona za grobem w nagrodę skołatanemu życiu: cisza ducha, panującego ziemi z wysoka i przysłuchującego się głosom ludzkim, szemrzącym o jego sławie — w oddali.
Porwał Marynę za rękę i wywiódł z jaskini. Zewsząd wieńcem, ciasnymi przejściami rozerwanym, okrążają ich skały. Ramieniem wskazał w górę, po wszystkich szczytach buńczuki tatarskie zatknięte pływają przy powiewach wiatru jak grzywy biegnących rumaków, a nad nimi żarzą się półksiężyce oblane światłem czerwonym; bo tam gdzieś za górami zachodzi słońce.
Wzrok obraca dokoła — co wierzchołek, to znak nieprzyjacielski; słychać czasem wrzaski w odległości, zrozumiała, ale przeto nie cofnęła się przerażona, ni płaczem niewieściej dowiodła słabości.
— Taki więc miał być koniec Maryny Mniszchównej — rzekła wolnym głosem, bez goryczy, bez żalu, z powagą, która wodza mołodźców do jej stóp rzuciła.
— Maryno! — krzyknął z uniesieniem, a twarz mu jaśnieje od męstwa, w prawicy miecz ściska — i ja kiedyś byłem wielkim, i mnie dni pychy się zdarzały, ale nigdym, czy w złych, czy w dobrych losach twej nie zrównał duszy! —
I rękę jej do ust przycisnął. Nie było to gorącym pocałowaniem kochanka, ale hołdem uwielbienia. Oboje wrócili do jaskini. Igor tlejące węgle mchem rozżarzył. Dwa sajdaki rzucił i pęk strzał w ognisko.
— Niekiedyś byłbym, to czyniąc, kilkudziesięciu wrogów udarował życiem; palcie się, palcie strzały moje, płomieniem przysłużcie się panu, kiedy już wasze żelezca i pióra na nic się nie zdały; w dym i perzynę lećcie strzały moje, mróz z członków mi zdejmcie; jutro jeszcze ich kilku trupem obalę. —
Przy ognisku zasiadł, a na jego ramieniu głowę oparła Maryna; za każdym słowem tchnienie jego po włosach jej buja, ręką opasał jej kibić, niekiedy po cichu na uściech pocałunek złoży. Ale już minęły owe czasy miłości pijanej rozkoszą chwilową i nadziejami bez końca: wtedy żywe bywały rozmowy, iskry w oczach nie gasły, rumieniec gorączki nie schodził z lica. Do uścisków mieszały się westchnienia, pośród nich mózg się zakręcał, drżały kolana, serce to było, jak gdyby od piersi oderwać się chciało; to znowu, ciszej się kołysząc, omdlewało jak gdyby na wieki. Dziś on ją kocha równie mocno i jej miłość wyżej ceni niż kiedykolwiek wprzódy; ale o kilka kroków przed grobem zadumał się o grobie. Uroczystość zwykła tym, którzy nie lękają się zgonu, z wiedzą pewną, że gardło dać trzeba, zastąpiła dawny jego zapał. Śmierć jest świętością nad świętościami. Jej zasłona migająca w cieniu, nim człowieka obmroczy dokoła, już mu dostojność nadaje; bohater w ostatnich chwilach żywota jest kochankiem wieszczów, a kiedy opona zapadnie, pod jej całunem na wieki wieków giną drobne plamy; wróg sam nie śmie ich wspominać, siedząc na zabitego mogile, a promienie chwały zostają w górze i unoszą się nad światem.
— Dlaczegóż widma nie snują się naokoło? — ozwał się Zarucki — przecię już niedaleko do wschodu słońca, które ostatni raz moją szablę obaczy w powietrzu. Dzisiaj jeszcze pora wam, duchy: dajcie przestrogę pielgrzymowi, który się wybiera w nieznane manowce; nie byłem ja owadem podłym na tej ziemi, nie czołgałem się pomiędzy ludźmi, ale wyżej od ich głów rozpuszczałem moje loty. Znacie mnie więc, jako znacie błyskawicę wśród burzy! —
Umilkł, bo uczuł głowę Maryny cisnącą się do jego łona, jak gdyby, nie mogąc się oprzeć trwodze, przytułku szukała.
— Nie drżyj, hospodarko moją miła! Zbliżamy się oboje ku nieznanym krainom; jakom cię strzegł i bronił po ziemi, takoż i w nich nie opuszczę ciebie, jeśli Pan Bóg dozwoli. —
Tu zamilkł po wtóre i długo milczał. Palą się pociski, już ostrza się rozczerwieniły, dym w żałobnych chmurkach wznosi się w górę i gdzieś między szczeliny w opokę się wkrada.
Milczenie zaległo całą okolicę. Ani Tatar, ani szakal się nie odezwie, ognisko tylko brzmi różnymi głosami: to rozłupie się drzazga i sypnie iskrami, to stopione żelazo zaszumi, padając na węgle, to płomień syczy, okręcając się naokoło drewna, to popiół zsuwa się niżej z tłumionym szelestem.
— I jeszcze was nie ma — zawoła hetman niespokojny — w godzinie upadku i klęski nie raczycie spojrzeć na mnie! Czyż i wam, jako ludziom, trza przepychu i fortunnych losów? Towarzysze moi, synowie stepów jako ja, wy, którzyście odpadli od mojego boku w setnych bitwach, na wzór liści od pnia dębowego, pokażcie mi się!
Bohatery, mistrze mojej młodości, których widziałem krótkimi gośćmi po rozlicznych tronach i ziemiach! Dymitrze, Rożyński, Sapieho, pokażcie mi się! Pamiętam owe dnie, kiedy głowy z karków nieprzyjaciół, chorągwie z wież miejskich zlatywały ku waszym stopom, ale i wam też powodziło się do czasu tylko. Jako ja po was marnie, takoście wszyscy przede mną zginęli!
Wrogi, które własną ręką pomordowałem w boju, żadnegom z was nie zgładził ni trucizną, ni handżarem w plecy, ale strzałą z daleka lub pałaszem z bliska. Teraz już między nami winna nastać zgoda. Zstąpcie ku waszemu zwyciężcy, który w tę samą wybiera się drogę, w jaką sam popchnął was przed laty!
Jęk z zewnątrz wleciał do jaskini i rozległ się żałobnie pomiędzy jej ściany. Maryna oczy wlepia w otwór naprzeciwko, słupem stanęły jej oczy; wyciągnęła ramiona, jakby coś odepchnąć chciała, lecz nie rzekła i słowa — nie wydała żadnego krzyku.
Na progu jaskini, wśród słabych połysków ognia i pasm cienia, miga zbroja i widmo jakoweś czernieje — chwilkę postoi — potem wlecze się ku Zaruckiemu, krok za krokiem, potykając się i jęcząc, a im bardziej się zbliża, im w jaśniejsze okręgi wstępuje, tym okropniejsze się wydaje.
Stąpa, jakby co chwila w dół zapaść się miało; twarz blada i krwią zbryzgana, włosy przypłaszczone do skroni, chrzęst zbroi na piersiach się odzywa, ręką jedną bok trzyma, drugą wstrząsa gwałtownie, jak gdyby grozić chciał lub wzywać ratunku.
Igor wzdrygnął się cały.
A ten, który szedł ku niemu, już stoi z tamtej strony ogniska, czerwoną jasnością oblany; szmaty blachy kołyszą się u ramion, u szyi, u piersi i odrywając się, padają na ziemię. Zrzenice jak szron przystygły do oczu, usta się ruszają, ale ich głosu nie słychać. Nachyli się dwa razy i dwa razy się wyprostuje z przeraźliwym stękaniem. Ziewnął i głowę podał w tył, ramię wyciągnął jakby dla odzyskania równowagi i głowę podniósł, ale nie zdoła jej utrzymać i spuścił na piersi.
— Atamanie, jutro o świcie pogany tu: nasi w jasyrze u nich, wziąłem szablą w łeb; włócznią w biodra, kulą w bok, cały nie mogę...
I podrzucił w górę oba ramiona na wzór tonących.
— Hrehory umiera, niechaj żyje Igor Sahajdaczny! —
I upadł na plecy, ostatni krzyk jego był pożegnaniem wodza i odgróżką wrogom, on rozbił się o głazy jak łoskot pancerza, co pęka od tęgiego razu.
Porwał się Zarucki i obszedł ognisko, na ziemi leży Kozak rozciągniony jak długi, krew jeszcze pluska z czoła i z piersi, ale zresztą112 żadnego ruchu nie dostrzec w ciele. Wódz pojrzał nań wzrokiem przyzwyczajonym do takowych obrazów. Barwa oczekiwania z twarzy mu zeszła; on myślał, że to duch, który rozwalił mogiłę, by gońcem innego świata stawić się jego wezwaniu, a to człowiek, co się przywlókł, by donieść o ziemskiej wieści i umarł.
Ale ten człowiek wśród bolów konania o hetmanie swoim pamiętał jak syn o ojcu, po śniegu się zataczał cały w ranach, by raz jeszcze wykrzyknąć jego imię przed nim samym. Za tę wierność i kochanie Zarucki ścisnął rękę martwemu i rzekł, jako zwykł był mawiać nad trupami swoich.
— Wieczny odpoczynek tobie, Hrehory: byłeś dzielnym w boju. —
Potem znów się położył na ziemi przy struchlałej Marynie.
— Anioły i duchy przymknęli uszy na moje wołania. Znać, grzechy moje stanęły wałem między nimi a mną. Życie jest marną bitwą, w której człek nigdy z konia nie zsiada i walcząc bez ustanku, wreszcie przegrać musi. Nie żałuję życia; ale ty, dostojna i hoża, zrodzona, byś ludziom panowała, krwawisz mi serce widokiem tylu wdzięków, które zaginą przed czasem, bo na jutro pewna zaguba.
— Ci, którzy państwami rządzą, nie wschodzą i nie zapadają gwiazd codziennych trybem — odrzekła, wstrząsając pierścieniami włosów z płomiennym spojrzeniem — nasze urodzenie i śmierć zarówno jest podziwem dla ludzi; w tym niechaj będzie nasza pociecha — ale tu głos się zmienił nagle i reszta dumy odpadła od czoła. — Na mróz i głód nie brakło mi wytrwałości, na zgryzoty i utęsknienia szerokie nosiłam serce, a teraz, kiedy rozleciało się ono państwo obszerne i prześliczne, obfite w zboża i męże, i złoto; kiedy komory pałaców moich na jaskinię się przemieniły, nie płaczę, nie szlocham, ale poczekam odrobinę jeszcze, póki przyjdzie zwyciężca i mnie urągać się będzie, a wtedy uniżony pokłon oddam panu w niebiesiech i z tego świata usunę się na wieki. —
Kiedy świtać zaczynało, wódz mołodźców porwał za szablę i rusznicę, objął ramieniem kibić Maryny i w głąb jaskini się zanurzył, ani brał się już drogą wiodącą ku mogile dziecięcia, ale inną zupełnie, w bok tej pierwszej. Słabe światło zaziera przez otwory i szczeliny, gruzów pod nogami niemiara, zgiełk wiszących urwisk nad głową, słupy szronem okryte jak larwy bieleją. Czyż on żywcem do grobu zstępuje z kochanką?
Wtem jaśniej się zrobi, płachta światła jakby oderwała się od niebios i skałę przebiła, leży na dolnych głazach, zewsząd otoczona cieniem; nad nią rozerwane sklepienie i widać przelatującą chmurę. —
Tu Zarucki ścisnął rękę carowej i wstępując schodami, które czas wydłutował w ścianie lochu, wiódł ją za sobą, przebył otwór w górze i wdarł się na wierzchnie sklepienie.
Niebo całe szare od obłoków, u wschodu tylko zorza ognisko rozpaliła swoje i czeka słońca; gdzieniegdzie błękit przebija, chmury już się nie trzymają razem, ale jedne za drugimi pędzą; przeczucie wiosny w powietrzu rozlane. Wszędzie naokoło podnoszą się skały śniegiem ubielone.
Hetman wie dobrze, dokąd zmierza, ani spieszył się jak zbieg, ani zastanawiał się jak zbłąkany wędrowiec — ale równym stąpa krokiem, pilnuje towarzyszki, a zarazem okolicę przebiega oczyma. Jeszcze buńczuki powiewają na tych samych cyplach, dotąd nie słychać ni głosów, ni szczęków. — „A więc dalej, a więc dalej, ku tej skale, co się stromymi piętrami wzbija nad jaskinią jak wieża nad zamkiem, u jej szczytu raz ostatni walczyć i zginąć chcę!” —
I jak gdyby fale ogromnej powodzi, lecącej z góry, nagle skamieniały, w takowy sposób piętrzy się skała, to wydymając pierś swoją, to wziewając ją nazad; po tych szczeblach z głazu wdzierali się oboje; doszedłszy krawędzi najwyższej, zasiedli i patrzą na świat, co się pod nimi i nad nimi rozciąga, wzrokiem pożegnania. Stąd objąć mogą tę całą warownię natury, która wznosi się z łona pustyni. Cisną się tłumem opoki, rozdzielone tu i owdzie przepaścią. Ich ostrza to skupione, to rozerwane, to ząbkowane jak baszty, to śpiczaste jak minarety, to wzorem kopuł spłaszczone. Największa ich część nie naśladuje żadnych kształtów, ale pną się w górę, obwisłe śniegiem, najeżone lodami, łamiąc się w kąty, zaginając się w łuki, z dziką wspaniałością. Wschodzi słońce nad krańcem pustyni, piaski zapłoniły się, zatliły się szczyty; a ono ogromne, krwawe pośród pożaru chmur się wznosi.
Wtedy jedną razą ozwały się krzyki, nawoływania i hasła, głosy te grzmotem rozlegają się pomiędzy skałami i jak burza owiały hetmana dokoła.
— To dzwony pogrzebu naszego — rzeknie z cicha i rusznicę opatrzy, lufę obciera z rosy, by składniej celować mógł.
Z okolicznych gór sypią się hufce, z okolicznych wąwozów występują roty: to idą naprzód, to się cofną, to gromadzą się do kupy, to rozchodzą, to ciągną jednym szeregiem, to małymi oddziały — znać, że wodza szukają. Jemu, spoglądającemu z wysoka, zda się, jak gdyby ludzie owi, nagle tknięci ślepotą, zataczali się, drogi znaleźć nie mogąc.
— To orszak naszego pogrzebu — rzeknie z cicha i zaśmieje się gorzko, szablę wyciągnie z pochwy i położy przy sobie; kindżał przymocuje, by nie zleciał w chwili zapasów — i oczy utopi w Marynie, by przed zgonem nacieszyć się jeszcze ową gładką twarzą, na której niebezpieczeństwo i jednego zmarszczka wycisnąć nie zdoła.
Wrzask nagły podniósł się od dołu, wnet strzał chmura i garść kul rozbiła się o skałę pod stopami Zaruckiego.
— Zobaczyli nas — rzekł spokojnie.
Wzdrygnęła się pomimowolnie Maryna i krzyknęła w obłąkaniu:
— O Polsko, Polsko, gdzież jesteś, o Ojczyzno moja! —
Ale ta słabość chwilkę trwała tylko, podniosła się i promieniami słońca oblana, spogląda na zbliżających się wrogów, oni wdzierają się, którędy mogą, i znów milczą tak jak chmury przed burzą.
Wdzierają się i po śliskich tarzają się głazach, niejeden runie w dół, by nie powstać więcej; odwalają gruzy, czepiają się wystających słupów, rozbijają ostrza lodu, pasują się z urwiskami, dobywając sił wszystkich, jak gdyby na polu bitwy z wrogiem: na próżno; co ujdą kroków, kilka zsuwają się nazad na kłębach śniegu — wyginają ciała, rozciągają ramiona, by się utrzymać, klną proroka od113 złości i bólu; na próżno, na próżno, skała odpiera ich ciągle; obchodzą ją i szukają z innej strony przystępu, nie znając drogi, którą przeszedł Zarucki. A on, siedząc na wysokości, spogląda na nich jako człek zwyczajny pracom ludzkim w pocie i krwi odbytym, a które długo na nic się nie zdadzą. Zresztą nie znać w jego oczach, by się unosił weselem dlatego, iż oni męczą się i konają; on wie, że wcześniej czy później, po wielu trudach i zgonach, dojdą cyplu, na którym ich czeka, a nie tyle kocha się w życiu, by cieszył się przedłużonym o godzinę.
Wrócili się i u stóp skały stanęli niewzruszeni; słychać głos jakiś, co do nich przemawia; a w ostatku jego dźwięków, które wiatr przynosi do Zaruckiego, znać jeszcze wyraz gniewu i pogardy, potem przerywane wołanie, niby rozkazy, niby odezwa do każdego po imieniu. Teraz już wszystko ucichło; ale spomiędzy czarnej ich masy występują męże i w mały hufiec się gromadzą, jak odrywająca się chmura od gęstwiny zbitych obłoków, kiedy się jej zachce własnych lotów spróbować po niebie.
I w mgnieniu oka, rozsypawszy się na szereg długi, zaczną się wdzierać — wszyscy czarni, po białym śniegu — co chwil kilka przerzedzają się: ów zniknął i śladu po nim nie masz, tamtemu głowę jeszcze widać nad śniegiem, ten potknął się i leży bez ducha; ale kto szczęśliwszy, ale kto zręczniejszy, ten wspina się w górę, już zbroję na każdym rozeznać można — rysów jeszcze nie.
A ten, który drze się na czele, dziwnie szybko uwija się pośród przeszkód niebezpiecznej drogi. Skacze na zabój i nie padnie nigdy, ślizga po lodzie i bieży po śniegu, jak gdyby aniół stróż trzymał go za włosy; rzadko spojrzy pod się, ciągle oczy w cypel skały wlepia, a gdzie otchłań z boku, on nachyla się ku niej, a gdzie doły, tam nie odwraca się od nich, ale pędzi prosto i przesadza je w pędzie — w ręku trzyma szablę. Towarzysze podpierają się na włóczniach i bułatach, on jeden swojej klingi śniegiem zmazać nie chce, ale wstrząsa ją nad czołem i poi w słońca promieniach. Zawój lśni mu się futrem i połyska diamenty114, kolczuga to samo, a co chwila woła na swoich ostrym, przeraźliwym głosem, każe spieszyć za sobą, szydzi z ich ostrożności, a kiedy się kto obali i zlatuje w dół, on jeszcze głośniej się urąga.
— Bądź mi zdrowa na wieki! — rzekł Zarucki, podnosząc się z siedzenia i przykładając rusznicę do oka; ale wnet ją spuścił w dół.
— Czas jeszcze przypomnieć się Bogu. —
Przykląkł, strzelbę odsunął, pałasz złożył na ziemi, kindżał odpasał i rzucił o dwa kroki od siebie.
— Słyszałem, że Zbawiciel, który dał się ukrzyżować za nasze winy, nie lubi tych, co go orężnie wzywają. —
Przy nim, w milczeniu, uniżyła się także przed Stwórcą Maryna.
Modlitwa hetmana krótką była: w pokorze schylił czoło, dłonie ścisnął, gorąco prosił o przebaczenie w duchu, ale mało słów wyrzekł, jako przystało na żołnierza, co przewalczył życie i pacierzy zapomniał wśród bojów.
A kiedy powstał, z lepszą otuchą pojrzał ku następującym wrogom i wziął się do broni. Dwa razy wystrzelił — dwa jęki usłyszał i dwa trupy ześliznęły się na dół, jak pnie ścięte, spuszczone z góry; nie ma już czasu nabić rusznicy, a zatem rzucił ją w przepaść, ona to głucho szuruje po śniegu, to z brzękiem rozbija się o głazy.
Szablę wyciągnął przed się, Marynę własnym ciałem zakrywa. W tej chwili bił mu z oczu blask płomienia, jaki boje w sercach wojowników zapalają. Nie była to wściekłość ani też krwi pragnienie; nie był to zawrót mózgu w niebezpiecznym razie, ale wyższość umierającego bohatera nad zwyciężcami; ale przeświadczenie duszy u progu wieczności, iż nie na próżno błąkała się po ziemskim wygnaniu. By stanąć przed Tym, który ją zesłał, jednego trzeba podrzutu jeszcze. Patrzcie, jak z nieustraszonym sercem zabiera się do niego: piersi wystawił na groty, nogę wrył w ziemię i posągiem stoi. [Dojrzyj na licach jednego znaku wahania lub trwogi, a lutnię moją rozbiję na wieki!] Lewą ręką z tyłu dłoń ukochanej trzyma — chwila jeszcze, a osaczą go wrogi.
Wódz ich dochodzi już cypla, ale żadnemu strzały ni kuli wypuścić nie daje. Znikł pod wysuwającą się opoką — uchwycił się wiszaru i wnet ukazał się na niej.
— Poddaj się, Igorze Sahajdaczny Zarucki! —
I to mówiąc, szablę spuścił w dół, swoim przykazał to samo, ale nie miłosierdzie ni uwielbienie ku zwyciężonemu przebija z jego liców; zasępione ma czoło, a namiętność jakowaś goreje w zrzenicy.
Hetman zbył go milczeniem i wynosi ramię do cięcia; wtem uczuje drętwiejące palce Maryny i pomimowolnie się odwróci, a ona, blada, oczy przesłoniła ręką i powoli nachyla się, mdlejąc. Rozśmiał się Nuradyn murza i klasnął w dłonie.
— Ha, poznała! Bierzcie go, bierzcie ją! Dla niego męki, dla niej czwarty mąż. —
On spuścił głowę na piersi i rzekł głosem rozpaczy:
— Bóg wie, czym karze grzechy mojego żywota, śmierci się nie lękałem, aż On zesłał na mnie hańbę niewoli. —