XII
Jak mogli, tak zmykali Tatarzy od skał, od wąwozów. — Już też pogodniejsze niebo, słońce przygrzewać zaczyna, śnieg topnieje i wsiąka w piasek pod spodem — a nadzieja, że u brzegów Jaiku zastaną gońców z Astrachanu i ojuczone wielbłądy, dodała im ducha.
Przebyli rzekę po lodzie. Na tamtej stronie wódz kazał położyć się obozem, wielbłądy i gońce z Astrachanu już czekali na nich — a zatem rozbijają namioty, ognisko rozpalą, biorą się do mięsa i ryżu, wina i wódki nie żałują sobie, wrzeszczą, a kiedy godzina modlitwy nadchodzi, bluźnią Bogu, śmieją się z proroka i piją dalej.
Na piaszczystym wzgórzu, z którego wiatr zmiótł śniegi, stoi namiot Nuradyna podparty słupami, długi i szeroki, obity skórami, z kopułą malowaną w połyskujące barwy, z półksiężycem nad nią.
Stąd widok na cały obóz się roztacza, na pustynię aż do krańców widnokręgu i na brzegi Jaiku, snujące się w bezustannych zakrętach ku morzu, i na szare morze w oddali.
Dotąd wódz nie rozmawiał z swoimi jeńcami, przynajmniej nikt nie widział go razem z nimi; on jechał na czele swoich hufców, ich prowadzono z tyłu, męża w łańcuchach, niewiastę w taśmach z jedwabiu, jako był przykazał na cyplu skały.
A kiedy stanął na miejscu, krótkim słowem oznajmił swą wolę, by każdy odpoczął i hulał; sam wszedł do swego namiotu i już nie ukazał się więcej. Nade dniem tylko kilku śpiących u stóp wzgórza Tatarów wokoło ognia, wśród rozrzuconych ostatków biesiady, przebudził nagle hałas jakowyś; ciekawie, na pół rozmarzeni, wytężyli uszy, brzęk kajdan słychać było i głos Nuradyna; ale słów żadnych nie można rozeznać — potem głuchy jęk nastąpił. Wzdrygnęli się słuchacze i wszyscy razem pomimowolnie zawołali: „Allah!” — łoskot padającego ciała na nowo przymknął im usta.
Wszystko ucichło; oni czekali jeszcze, ale niczego się nie doczekali, zatem każden wychyli czarę i znowu oprze głowę o siodło, by zasnąć.
Teraz to południe; słońce na niebie z chmurami się zabawia, to do piersi je tuli i na pół świeci tylko, to rozgania je i błyszczy w całej okazałości. Środkiem obozu zbrojni strażnicy wiodą niewiastę, długim zasłonioną welonem, broniąc jej od ciekawych spojrzeń zagrodą z dzid i szabel, spiesząc się, o ile tchu im stanie. Przeszli obóz cały i wstępują na wzgórze, zakołaczą do namiotu; podniesie się opona i wypuszczą spomiędzy siebie tę, którą dotąd trzymali; potem za usłyszanym rozkazem oddalą się nazad i rozsypią na różne strony. Ona weszła z głową schyloną, jako przystało królowej bez królestwa, niewieście bez towarzyszki, chrześcijance wśród pogan, Polce wśród służalców Moskwy — ale czyż to sen objął nagle jej zmysły? Czy już świat pożegnała i zapomniawszy o śmierci, dostała się do krainy czarów? Zewsząd wiązki świateł różnofarbnych krążą, zlatują, śmigają, woń kadzideł oblewa ją, raj kwiatów otacza dokoła.
Pod jej stopami kobierce naśladują zieloność murawy, diamenty — rosy przejrzystość i krople; u ścian piętrzą się obicia przetykane wieńcami róż, fiałek, jaśminów i gałęzi, na których malowane ptaki prześliczne roztaczają pióra, a z góry pada światło dzienne; ale nim dojdzie oczu, przekrada się pośród muślinów i jedwabiów, długo błądzić musi po haftach ze złota i srebra, ślizgać na perłach, wyssać błękit z ametystów i rubinów purpurę, a wtedy, całe pijane od farb i połysków, na dół się stoczy i pląsa w drżące łuki, którym końca nie masz; one biegną dołem i wspinają się nazad, wypuszczając z siebie okręgi, iskry, rozkwitania i życia pozór owym udanym haftom nadając, a promienistymi sieci115 cały namiot kratkują, od góry do dołu zalewają potokiem jasności, która płynie szkarłatem i błękitem, zieleni się jak szmaragd, to złoci jak pomarańcza i do oka wpływa mile, bez rażenia, bez olśnienia, gdyby116 tysiąc motyli igrających razem po trawniku, kiedy słońce już nie parzy, a zachodzi w złocie, księżyc zaś naprzeciwko się podnosi, lamowany srebrem, a między nimi dwoma ujęte chmury hożym wieńcem oplatają niebo. O takowej godzinie chciałoby się zasnąć z rozkoszy na wieki.
Jakoż temu, który leży na owej sofie w głębi pod oponą z jedwabiu, znać z oczów, że marzy o miłości i śmierci; bo choć lubieżny uśmiech usiadł mu na ustach, bo choć tyle wzruszony, iż bliskim rozczulenia się wydaje, dosyć raz przebiegnąć owe rysy naciągnięte, rozognione rumieńcem gorączki, by wyczytać, iż śmierć niedaleka mu grozi, a to nie łagodna, na spokojnym łożu, ale taka namiętna i rozpasana w boleściach, jak rozpasanym było jego życie w chuciach i czynach.
Leży na posłaniu; ale trudno mu doleżeć jeszcze chwili na nim, choć pragnie się wstrzymać i krwi zimnej dowieść, bo wie dobrze, iż spotkał się z duszą pełną i statku117, i hartu; bo chce inakszym się pokazać, niż był przed laty; nie już po dziecinnemu i prosić, i domagać się, ale jako na męża przystało, znaglać i rozkazywać.
Na próżno, na próżno! Jakąż siłą potrafi zaprzeć w siebie ten dreszcz, który po nim bieży? Krwi bijącej nie odpłoszy od serca, od skroni żadnym sposobem; on, syn pustyni, ssał promienie jej słońca w kolebce i z nich spieka na zawżdy została się w łonie. A zatem zgrzytnie i rękoma uderzając o łoże, odeprze się od niego — skoczył, stoi wśród namiotu naprzeciwko niej. Tu jeszcze walczył z sobą samym, ale nie zdołał wystroić liców w pogodniejszą barwę. Tu jeszcze drżące załamywał dłonie, chcąc im nadać pozór niewzruszoności, ale krew coraz zażarciej wre mu po żyłach; by zmysły odzyskać, głowę na chwilę odwrócić usiłuje. Ale nie potrafił, bo siła namiętności trzyma zrzenicę jego wlepioną wprost naprzeciw. Poznał, że nie poskromi ognia, który w nim bucha — a zatem rzucił się jak wściekły, zasłonę rozdarł i oderwał z jej skroni, i zatrzymał się, dysząc, z potem na czole, z obłąkanym wzrokiem, do szczętu znękany.
A ona wciąż zachowuje milczenie i z zwykłej powagi nic nie spuszcza. Wprawdzie na jagodach znać ślady łez i smutek; ale kiedy te łzy wylała, o tym nikt nie wie; a teraz suche ma powieki i oczy posępne od wzgardy. Nuradyn wpatrywał się w nią i długo, i długo. Dziwna, że tak nagle się uciszył, głos mu zasnął w piersiach, ruch zasnął w twarzy i ramionach, jedno spojrzenia, zawsze równie mocne, sypią iskrami na lica Maryny, i z czoła mu wyczytać snadno118, iż w duchu głęboko się namyśla; zapewnie119 nie trybem ludzi, którzy ważą na szali roztropności zamiary i doszedłszy brzegu przepaści, wahają się nad nim, ale tak jak godziło się jemu, który nigdy żadnego uczucia nie rugował z duszy, o przyszłość nie dbał i duszę za pole bitwy oddał namiętnościom, a tej, co zwyciężyła, hołdował zawsze i sercem, i ciałem.
Zapewne teraz w nim podobna odbywa się walka, a promienie różnobarwnego światła, igrając po zielonej szarfie ziarkowanej złotem, po kaftanie i mieniącym się futrze, po białym zawoju, twarz mu najmilszymi oblewają tęczami. Wreszcie lica jego znów wyrazu żywszego, zmiennego nabiorą, głos do ust się ciśnie i mówić zaczyna — słowa jego muzykę naśladują, ani jednej ciągle trzymają się miary, ale przechodzą od tonów pieśni słabej, ginącej w oddali, do dźwięków wojennego pienia, brzmiącego ponad szczątkami broni i zwłokami poległych — w ustach zwycięzcy.
— O Agaj-Hanie nikt nie słyszał od dawna — pamięć pacholęcia zaginęła, jak gdyby to pacholę przypomnieć się nigdy nie miało; prawda, on był lękliwym, kochał panią i służył wiernie; śmierci za nią się nie bał; nawiedzał ją pod czarnym sklepieniem. O, jakież z niego dziecię było wtedy! Precz mi z tym wspomnieniem, niech ono będzie dla mnie jak skóra dla węża, kiedy ją odrzuci, a w nowe ustroi się szaty. Hej! wąż wtedy śmiga i syczy w radości, bo mu jadu przybyło, bo w pierścienie ze srebra i złota oblekł giętkie ciało — biada ptakom, co nadlecą, biada wędrowcom, którzy nadejdą: w pysze z chwały swojej nie daruje nikomu! O Agaj-Hanie nikt nie słyszał od dawna; ale on nie przepadł jak gwiazda, co zlatuje na dół w głębiny świata, jak koncha, co z brzegu zsuwa się w bezdenności morza — on wybrał się sam jeden i przez pustynię życia do Medyny serca swojego pielgrzymował długo, o skwarze i pragnieniu, urągając się przeszkód i trudów, aż wreszcie doszedł, a choć spalone ma czoło, nadwątloną siłę, nie żałuje tego! Bo to dla ciebie czynił, huryso moja!
A teraz chwila szczęścia nad nim zawisła, jako zbawienie nad grzesznikiem, co długo błagał proroka, aż prorok zlitował się jego wołaniom. —
— Losem wojny — odrzekła surowo — w ręce sługi swego dostała się pani, ale nie przeto znikł rozdział między carową a giermkiem. — Tu się zatrzymała, ale zaraz potem zawoła: — Nie! Zanadtośmy bliskie śmierci, ażeby się jeszcze pysznić z darów, które niegdyś Bóg zlał na naszą głowę, a w upodobaniu swoim odjął nam za to, żeśmy Jego przykazań we wszystkim się nie pilnowały. Wśród tej pustyni, w której, jako przeczuwamy, grób nas czeka, zapomnijmy o Kremlinie i dniu owym, kiedy nie byłbyś śmiał oczu podnieść aż do poręczy naszego tronu; ale imię na chrzcie nadane, ale drugie imię od przodków wzięte, tobie dobrze znane, twoją hardość ukrócić powinno. Owym pierwszym chrześcijanką jestem: uchyl czoła, pohańcze; owym drugim: Polką: pamiętny klęsk i wstydu swojej braci, uniż się, Tatarze! —
— Udajesz, chytra, bo znasz moje dzieje, one były muzyką twojego więzienia. Tam obsypałem cię perłami i diamenty z skarbnicy chwały moich naddziadów. —
Uśmiech goryczy wykręcił mu usta.
— Nie mów już mi o tym, co przeszło, potem będzie sprawa i z nim, i z nimi; ale mów, że mnie kochasz, ale mów, że chcesz być morzem jasności i rozkoszy, w którym zatonę. Tyś mi życie przepsuła na niwecz — jako gwiazda, co wróży nieszczęście, ukazałaś mi się i drasnęłaś promieniem; ale potem zniknęłaś, o gwiazdo moja; porwały cię wiry z ognia i uniosły daleko ode mnie, a ja zostałem w ciemności, klnąc proroka, szarpiąc włosy. Językiem moim stały się przekleństwa, napojem łzy i krew, sącząca się z potłuczonych skroni. Ha! Nagle porwałem się do biegu — ten, który cię uwiózł, nie ujdzie mej zemsty! Ścigałem i pieszo, i konno, podliłem się przed ludźmi, klękałem przed bojarami, a śmiałem się w duszy; oni myśleli, że to dla nich, a to dla ciebie było. —
Kiedy to mówił, ciemniały mu rysy i pański głos przybierał; ona milczy i zdaje się nie słuchać.
— Ha! Patrzcie: syn padyszachów, mocarz nad emirami, synowiec słońca darmo żebrze miłosierdzia u Laszki! Gdzie twoje wojska, gdzie dwory, posagi, potęga, gdzie Dymitr, gdzie Zarucki? Opuściło cię wszystko, liść po liściu opadł z drzewa; strumień szczęścia fala po fali wysechł na żwirze niedoli. W kim dufasz, na czym się oprzesz? Spojrzyj wokoło, sama jesteś wśród hufców moich!
— Wiem o tym, że sama, i dlatego na śmierć się gotuję. Giermku, nie przeszkadzaj myślom moim, bo długi wątek życia muszę okręcić wkoło chwil tych kilku, co mi jeszcze pozostały, a potem rozkazy cara wypełnisz! —
— O, zważaj, zważaj na moje słowa! Pokochałem ciebie, najcudniejszą wśród urodziwych, kiedy anioł zesłany od Allaha, przelatując powietrze, zatrzymałby się w locie, roztoczył nad tobą skrzydła i przypatrywał się tobie tak samo, jak gdyby nową spotkał gwiazdę, w chwili kiedy na rozkaz Stwórcy wznosi się z otchłani i pierwsze najświeższe promienie rozsyła po świecie.
Dziś, huryso moja, po długim niewidzeniu, znów oglądam ciebie; ale mgła żałości obwija twe czoło, jad głodu i nędzy wgryzł się w rysy twoje, pył długich błędów120 i bitew przyprószył kwiecie jagód twoich, [od zimna skrzepła twa zrzenica] i na powiekach dźwigasz ciężar bezsennych nocy. Byłaś jak chmura ukochana od słońca; na całym niebie żadna insza jej nie zrówna, ona jedna ciągnie oczy k’sobie, bo do niej całego nieba zbiegły się jasności, szkarłaty i złota, wiatry jej się przymilają i śpiewają w chórze podczas błękitnej żeglugi. A teraz zda mi się, jakoby zaszło słonce, a owa piękna została z tyłu. Księżyc wznijdzie i srebrem ją wieńczy, ona cała srebrna, przetykana gwiazdami; i patrzę na nią dotąd, i kocham dotąd. Zerwij się do lotu, chmuro, przebiegnij od morza do morza — gdzie takiego drugiego znajdziesz, co by zarówno cię ubóstwiał, czyś w pełni, czyś o zmierzchu twej chwały?
Zważaj, zważaj na moje słowa! Car tu jest niczym; z potęgi jego śmieje się Agaj-Han jak z kurzawy, którą z nóg otrząsa. Ja tu panem — na całą pustynię. Zapomnij o przeszłości jako o ptaku, co przeleciał i nigdy nie wróci! Na rączych koniach uchodź ze mną razem! Za tymi piaski murawy się zielenią, kwiecia niemiara i ocean rozkoszy. Tam, huryso moja, nas dwoje będzie, a świat cały naszym łożem miłości. Precz mi z Ojczyzną, Bogiem, Prorokiem, sławą i ludźmi! Żyć będę w objęciach twoich i skonam na twojej piersi. —
I zbliżał się do niej z drżącymi ramionami, jak gdyby ciało zabierało się do gwałtownego rozprzęgnienia. Rozhuźdane chucie szarpią mu rysy na twarzy, skręcają usta, na których pożądliwość się pieni. Zęby dzwonią, biją od krwi, co do nich napływa. W tej chwili wszelki ślad Boży opadł od niego i stał się człowiekiem na podobieństwo szatana.
A ona, zawsze równie poważna i nieulękniona, wzrokiem, którym go hamowała przed laty, wstrzymuje i dzisiaj. On ślepego był męstwa na polu bitwy, odwaga w nim stawała się namiętnością, nieraz rzucił się jeden pośród tłumu nieprzyjaciół, nieraz, choć słabszy, okręcił się giętko naokoło wroga i nagiął ku ziemi; nie z rozwagą, nie z zimnym statkiem szedł naprzeciw śmierci, ale z wściekłością, z obłąkaniem; a teraz do tej, którą ścigał tak długo, przystąpić nie śmie. Wyciąga ramiona, opadają ramiona; rzuca się ku niej, rad by ją porwać w objęcia i przygnieść do piersi, i tarzać się z nią po ziemi jako wąż z gadziną, ale zawsze odparty owym spojrzeniem na pół dumnym, świętym na pół, w którym i wstyd niewieści, i uroczystość duszy myślącej o zgonie, i ślad cierpień miesza się [do czegoś dawnego,] do okazałości, pozostałej z tylu powodzeń i potęgi; nie wiedząc, co czynić, to płacze jak dziecko, to zgrzyta jak potępieniec.
Ale bo też na czoło Maryny Mniszchównej dziwna zstąpiła uroda, nie owa ziemska, której hołd składają ludzie westchnieniem i pocałunkami, w której przypadek zdarza, iż róże zakwitają na licu, a gwiazdy zaiskrzą się w oczach, ale owa niebieska, co jako cień znikomy czasem objawia się na twarzy, a rysów się nie trzyma, a z płcią się nie zlewa, ale jest córką duszy niepojętą i boską jak dusza.
Agaj-Han spiesznym krokiem przeszedł namiot i stanął naprzeciw łoża. Tam u makaty haftowanej w najśliczniejsze kwiecia wisi sznurek jedwabny z błyszczącą gałką; porwał za nią i zawołał:
— Ha! Doszedłem tajemnicy twojej, ty sądziłaś, że to perła ukryta w morzu. Igorze Sahajdaczny Zarucki, sam ukaż się lubej i rozwiąż ją od przysiąg wierności! —
Rozśmiał się całym gardłem, jak śmieją się owi, co zmysły stracili, i ściągnął sznurek — wnet podniosła się kurtyna i coraz wyżej się podnosi i zwija.
A otóż na czarnej pościeli leży człowiek w zbroczonych szatach. — Twarz blada i ręce białe, na szyi skrzepła krew się czerwieni jak naszyjnik z koralu, ale świeżości życia śmierć jeszcze dotąd całkiem wyssać nie potrafiła, choć już rysy rozwątliła i sinością powlekła. Nachylił się Tatar, rękę oplótł włosami głowy — i głowa poszła za ręką bez żadnego oporu. Przez chwilę kołysał ją w dłoni, urągając ściętym ustom, spuszczonym powiekom, rozkoszując w śmierci niecierpianego, kiedy nie mógł rozkoszować w miłości kochanki; potem rzucił ją pod stopy Marynie i wtedy utopił w nią wzrok przenikający, zacięty, jakby dla wyśledzenia, czego mógł się spodziewać z niej po takim widoku.
Niegdyś byłaby wszystek ogień oczów wypłakała nad ciałem kochanka, przekleństwami i zemstą ścigała mordercę; sama do oręża i konia się wziąwszy, w tropy za nim poleciała, wśród ciemnej nocy, po bezdrożach, napotkanego zmusiła do walki.
Ale dziś insze i myśli, i czasy — ręce wychudłe od nędzy, osłabłe od ciężaru kajdan; nikt nie stawi się na rozkaz, nikt nie poda ni sztyletu, ni szabli; a też już i pono ostatnia chwila się zbliża, o ziemskich uczuciach zapomnieć się godzi gwoli121 świętszym marzeniom, duszę puścić trzeba w niebieskie szlaki, w drogę, u której początku się stoi, a której końca nie domyśleć się, Panie Boże!
A zatem, nieledwo że konająca z wzruszenia i żałości, uklękła nad ową śmiałą122 głową i spuściła ku niej oczy, a czym jednym mogła przysłużyć się jej, to za nią ofiarowała: modlitwę — szczerą i niepokalaną, którą polecała duszę zmarłego opiece aniołów. A potem wstaje, drżąca od osłabienia, z równym jednak blaskiem w zrzenicy łzami niezamglonej. Łzy są dziećmi przelotnego smutku; jak z chmury wiosennej na lica spadają i wróżą pogodę, ale kiedy zetnie ich mróz boleści, wtedy nie pytaj się o słońce, bo ono może już nigdy nie wróci.
W Agaj-Hanie wre ciągle namiętność i mózg szaleje. Znów przeszedł namiot jak długi, hetmana głowę pchnął nogą — ona potoczyła się ku ciału — i zapuścił kurtynę, potem zdjął znad łoża tasak oprawny w szmaragdy i niosąc go w ręku, zbliża się do Maryny.
— Nie igraj ze mną, niewiasto, iżby chwila miłości rączo nie uleciała, a wtedy nadciągnie godzina zemsty i kary; bo zemsta jako miłość weselem jest sercu, które przesiąkło rosą południową. Każda kropla takowej rosy od waszych iskier gorzej pali i rozjątrza; różane w niej wonie trucizna piekielna zarazem. Ogień, co krąży po mnie, jest wieczną ci tajemnicą, córko Północy; ale z nim tak ostrożnie jako z płomieniem Allaha, bo on równie zabić umie! —
Tu nagła zmiana zaszła w jego rysach i postawie — raz jeszcze udaje się do prośby, raz jeszcze schyla przed nią czoło jako przed panią, spojrzeniom swoim żaru ujmuje i na drżące, czułe zamienia; głos zniżył i płyną jego dźwięki jako dumka przez dziecię śpiewana.
— Zmiłuj, o zmiłuj się nade mną, huryso moja! Gwoli tobie całe poświęciłem życie, potok lat młodych, który mógł huczeć i pienić się po świecie, rozwalać skały i wykorzeniać lasy, zmusiłem do płynienia za twymi śladami, a on się stał drobnym strumieniem, który wyschnie w pamięci ludzi.
Ostatni jestem z mojego szczepu — mamże123 się rozbić marnie na skale twojego niemiłosierdzia i zaginąć bez sławy, bez rozkoszy, jako wyspa na morzu? Patrz, występuje z łona kipiących bałwanów, dniem i nocą złote miota ognie, nikt jej nie widział i nie dziwił się jej, samotna wśród pustyni wód, wylała całą okazałość i znów zapada w otchłanie. Tak i ze mną będzie. Śmierć ci grozi wszędzie, piołun rośnie, gdzie spojrzysz tylko, a tam, gdzie ci wskazuję, wonieją róże i jaśminy. Skosztuj, huryso, pucharu miłości mojej, służyć ci będę jako duchy w niebie służą Allahowi — w jasności oczu twoich jako motyl ulatywać będę, dopóki olśniony, upojony, spalony, nie padnę u stóp twoich, a wtedy popiół ze mnie i kurzawa, a wtedy deptaj124 po mnie i przeklinaj mnie, ale teraz bądź moją, roztwórz objęcia twoje i synowi padyszachów daj spocząć na liliach twej piersi, na białej piersi! —
I rysy młodocianą przybierały barwę. Jako kwiat, o skwarze słońca zwiędniały, a wieczorem podnoszący liście, tak i on w tej chwili rzeźwił się w nagłej czułości; uśmiech miłośny, swawolny usta mu krasi — założył ręce i błaga.
— Nuradyna murzy żaden z jego ludzi by nie poznał w tej chwili; myśląc o tobie, zatraciłem i język, i naukę moich ojców: z duchami już nie umiem rozmawiać, ludziom rozkazować nie potrafię. —
Wymknął mu się tasak z dłoni i podnosi oczy ku Marynie jako chrześcijańskie dziecię, klęcząc, podnosi oczy ku obrazowi świętej.
— Morderco, pohańcze bez wstydu i bojaźni bożej, nie kalaj125 moich myśli twoimi gwary! Możesz mnie męczyć i zabić; Maryna Mniszchówna śmierci się nie lęka, bylebyś umilkł i chwil kilka do modlitwy zostawił. —
Głos jej posępny, wzgardliwy, przeszył wskroś Agaj-Hana. Schyla się niżej, ale nie w pokorze, jedno by podnieść sztylet upuszczony, a kiedy go podniósł, wyrwał z pochwy, pochwę cisnął pod nogi, a rękojeść okręcił palcami, aż mu żyły ręki nabrzmieją, a do oka, do rysów, ciśnie się wyraz wściekłości. Całym ciałem trzęsie się gwałtownie, ścisnął zęby, jak gdyby chciał się wstrzymać, ale głos, w którym wcieliła się namiętność duszy, usta mu rozerwie.
— Miłość twoja była dla mnie jako ten most śliski nad otchłanią, po którym wszyscy w godzinę sądu przechodzić mamy do nieba; ale teraz dostałem się do raju, do zemsty! —
I klingą tasaku śmigał wokoło jej skroni, wokoło piersi; ona zbladła, lecz do prośby się nie zniży, krzyku nie wyda, a na klindze rozbite promienie wiązkami światła błądzą po jej licach i szyi, jak błyskawice, które lustro miece, kiedy w nim odbije się słońce.
On igra z nią i po jej puklach, po czole rozwodzi sztyletem połyski — powoli, z przerwanym oddechem, z jaskrawymi oczyma, jak gdyby w tym czuł lubieżność jaką.
— Huryso moja, jakżeś mi piękną w godzinie śmierci! A wieszże126, dokąd idziesz i gdzie dostać się masz? Bez duszy, bez życia wiecznego, maro stworzona ku uciechom mężów, w proch się rozpadniesz i nic z ciebie nie będzie. Czemuż tak się kwapisz do snu i ciemności grobowej? Mniejsza o śmierć dla nas, którzyśmy nieśmiertelni; ale ty, niewiasto, nie ujrzysz nigdy pałaców Allaha; jako lampa, którą duch bagnisk zawiesza na swoich kępach, świecisz trochę i umierasz na wieki. Ty i róża, obie nie macie duszy, jedno wasze barwy i zapachy mózg zawracają ludziom; a kiedy zwiędniecie, nikt nie troszczy się o was na ziemi ni w niebie.
Wzdrygnęła się na te słowa niewiernego; ona stoi nad grobem, a on jej przepowiada, iż nie odżyje więcej! Mróz przejął serce nieszczęśliwej — bo choć wierzy dusza w obietnice Pańskie, ciało drży, zziębłe i osłabłe, kiedy chwila zgonu nadchodzi.
Ależ anioły stróże pilnują chwil naszych ostatnich i powiewem skrzydeł swoich rzeźwią nas w konaniu; ona też wraca do wiary i ufności, na Agaj-Hana spojrzy jak na złego ducha i milcząc, każdym biciem serca modli się do Boga.
Agaj-Han lewą ręką porywa ją za szatę, prawą tasak podniósł i trzyma nad jej piersiami. Ona oczy przymknęła; ale powoli jego ręka mdleje, ramię zgina się i opada na dół stopniami, wreszcie opada zupełnie, a sztylet wisi u palców i ledwo się ich trzyma.
— Giermku, dlaczego przedłużasz konanie Maryny Mniszchównej. Jużem myślała, że zawarłszy powieki, dopiero się obudzę gdzie indziej, nie w tym namiocie, nie na tej ziemi. Izali czekasz jej próśb za życiem; jej ukłonów tobie? Próżna zwłoka, próżne i płonne nadzieje, daj mi pokój, Tatarze, i kończ, coś zaczął, bo ci Polka zaprawdę powiada, iż przed tobą nigdy się nie uniży! Panie Boże i święta Bogarodzico, zmiłuj się nade mną! —
Jęk rozpaczy wyrwał się z Agaj-Hanowej piersi, i ścisnął tasak, i znów podnieść chciał, ale nie potrafił; ten drobny oręż nad miarę ciężał jego dłoni, a zatem go upuścił i zdeptał gniewnie; potem w milczeniu po namiocie się przechadza, to krok za krokiem, wlecząc się, gdyby127 na siłach mu zbywało, to podskakując, jak gdyby nagle kula mu w piersiach utkwiła. Bladość śmiertelna po licach mu się rozlewna. Zda się, że namiętność, co miotała nim i życiem jego była, z przesilenia skonała. Padł na kobierzec i gdyby nie oddech głuchy, ciężki, przerwany, miałbyś go za trupa.
Po chwili podnosi się wpół i wyciągając ramiona, przemówi głosem człeka, co draśnięty światłem miesięcznej nocy we śnie się odzywa.
— Garnijcie się do syna waszego sułtana, emiry pustyni, bo on dziś piękną pojmuje żonę! Długo błądził i chleb gryzł suchy u niewiernych, i psem był chudym u ich żłobów — ale teraz weźmie za rękę tę, którą ukochał, i pójdzie z nią.
Horbrokowie, nędzny bojarze! Tyś myślał, że ci tę perłę rzucę pod stopy, abyś ją zgniótł i u cara za to miłościwej łaski nabył? Gnij w Astrachanie, stary, i nie pytaj się o najurodziwszą z córek Adama! —
Tu uśmiech gwałtowny usta mu opanował, tak że przez chwilę dalej mówić nie mógł.
— Ojcze mój, gdzie jesteś? Trzy krople krwi z głowy twej spadły mi na skronia. Huryso moja, we śnie i na jawie, panią byłaś Agaj-Hana! Co to za imię? Ktoś go nosił przed laty. Królom i szachom diament potęgi pali się na zawoju, ale to znikoma gwiazda! Oni dziś panują, a jutro ich synowie skowyczą z głodu po ulicach miast.
Widziałem, zważałem, kiedym przechodził, a zimno usypiało nogi, wiecznie tam lodu nie masz, otwór — pchnąć — zleci — Moskalom się nie dostanie — oni by ją rozćwiertowali. Tu głowa się toczy, tam skacze ręka, drgają owdzie piersi — nie — nie, przez Allaha! przez Haruna — cała, nieskażona, jako piękna jest na ziemi, tak piękna zstąpi w dół — a w głębi miękki piasek — i rozciągnie się na nim jako na łożu rozkoszy. —
Podczas tych słów źrenica jego nabierała stopniami coraz więcej obłędu. [Z początku latała prędko, a była zimną i szklniącą, jak gdyby łzy do niej przymarzły, potem zajęła się suchym ogniem.] Przestała się toczyć, wryła się w białko. Już nie rozmaite uczucia, jako dotąd bywało, unoszą się na różne strony w jego spojrzeniach — myśl jedyna, po której żadnej drugiej już nie nastąpi w jego duszy, przebija we wzroku. Powstał jak zwierzę pędzone instynktem i ujął za ramię Marynę, i szedł ku tylnym drzwiom namiotu; ani, wychodząc, przypasał bułat lub wziął kindżał swój: szedł, wlepiając oczy w nią, ściskając za rękę tak, że jęczała z bólu; lecz ani już grozi, ani się przymila; w milczeniu prowadzi ją z dala od obozu, po piaskach, ku brzegom Jaiku.
Słońce już ma się ku zachodowi i jako zwykle w pustyni, im bardziej spuszcza się na dół, tym bardziej krwią się zalewa; powietrze wiosenne, ciepłe, śnieg tu i owdzie wyspami się jeszcze trzyma, w górze klinem suną żurawie, za nimi ciągną kuliki i ostrymi głosy rozmawiają podczas podróży.
Stanęli nad Jaikiem. Strome z piasku i żwiru ulane jego brzegi; a rzeka cała, dotąd ścięta lodem, połyskuje czerwienią zachodu, ale można już dojrzeć w oddali walące się ogromy, nurtem pędzone, gromadzące się u zapory z lodu, nieprzerwanej jeszcze, trzymającej się obu nabrzeży, które właśnie w tym miejscu zbiegają z góry i wstępują w koryto, jakby na pomoc lodowi; ale już słychać z daleka huki łamiącej się kry, roztrzaskujących się brył, a bliżej głuche szumy, które podnoszą się z głębi wód — to niby kipią tam pod spodem fale, to znowu stękają, przyparte ciężarem. Znać, że się rzeka zabiera do buntu, a wiatr, ulatując nad nią, poklaskuje ciepłymi skrzydłami.
O! sił już nie staje Marynie — zawróciła się głowa wśród odmętu przyrodzenia. Jeszcze raz palce podniosła ku czołu i tam znak święty składając, szepce: „w imię Ojca” — i wargi nie zbiegły się, usta na pół otwarte zostały, ale głosu już się nie spodziewaj po nich.
Agaj-Han porwał ją z siłą olbrzyma i niosąc w objęciach, na zabój się rzucił pomiędzy urwiska i cyple. Zlatuje na dół bezpieczny, bo duch szaleństwa czuwa nad nim, jak[o] nad synem [swoim]. Piasek urywa się pod stopami, a on nie pada; o głazy się potyka, a nie nachyli się nawet, skacze i pędzi; żwir spod jego nóg leje się strumieniem, coraz niżej, coraz niżej — wreście dobiegł, kędy ląd się kończy, a lód poczyna; wstąpił bez namysłu, bez wahania, i jako biegł po ziemi, tak ślizga po lodzie bez żadnego szwanku — wśród zawałów śniegu.
Oba brzegi cienie swe na Jaik rzucają, pośrodku nich, gdzie już zetknąć się mają, wstęgę krwawego światła rozciągnęły zachodzące promienie; do tej kiedy doszedł Agaj-Han, stanął, szukał czegoś wokoło — ale nie złożył Maryny, choć dyszał i kroplami potu oblane miał czoło. Czego szukał, znać, że dojrzał, bo skoczył i znów w bieg się wprawił, i leciał w stronę morza — w cienie już nie zbaczając, ciągle się trzymając drogi, którą słońce wytknęło.
Niedługo znów stanie. Coraz huki się powiększają, gdzieniegdzie lód już pęka, ale on jeszcze stoi na bezpiecznym miejscu, choć u samego brzegu otworu, w którym tryska woda; znać, iż tam źródło odwieczne, bo naokoło wszystko zmarzło, a ono czyste, wirem się kręci i parą bucha.
— Obudź się, obudź, huryso moja!
I ręką tarł jej skronia, i kroplami wody twarz jej obsiewał.
Otworzyła oczy i milcząc, z ramion jego wysunęła się ostatkiem mocy. Chciała krokiem postąpić dalej, padła na lód kolanami, ale już nie mdleje; widzi, słyszy, zrozumiała, jaki los ją czeka, i w tej uroczystej chwili — jeszcze raz podniosła głowę, jak gdyby chciała umrzeć z godnością królowej.
Klęczy na samym brzegu przepaści — on stoi nad nią z wzrokiem szaleńca i on może nie wie już, kto ona, skąd przyszła; może zapomniał swej miłości, swoich cierpień i trudów; ale on wie, że tu jej zginąć trza; i objął ją ramionami bez wściekłości, bez wyrazu zemsty na twarzy; pomimowolnie prawie, jak gdyby tajemnicza siła władała nim i on jej oprzeć się nie mógł.
Poszła na dno i fale zakipiały nad nią, wróciła raz tylko, ręce podniosła nad wodą i znów fale je zaleją, ani słychać, by już mocowała się z nimi. Źródło wre jak pierwej, ale żaden inny głos nie przymiesza się do jego szumu — jedno128 na nim, wśród czerwonej jasności igra między bąbelkami czarna wstążka z haftem złotym. Głowa, która go nosiła za życia, kędyż leży teraz?
Agaj-Han, niewzruszony, patrzy na topielę129 i czasami ręką pociera czoło. Niełacno rozum odwołać, kiedy opuści duszę i zostawi pustkami jako świątynię, z której wyszli bogi. Stoi i czeka, jakby się spodziewał, że owa, którą kochał, nazad podniesie się z toni, świeża i młoda, a w powtórnym na świat przyjściu zapomni o przeszłych dolach i jego miłości wysłucha.
I oczy wytrzyszcza, i natęża ucho jako strzelec w kniei. — Tymczasem wokoło powstają hałasy rozmaite, dziwaczne, które z dołu się podnosząc, zdają się ostrzegać o niebezpieczeństwie. To jęk z oddali przylatuje, to wiatr gdzieś wpadł między kłęby śniegu i wzdycha jak dziewczyna; to niby skowyczenia gromady szakalów, co uciekając, ku nadbrzeżom pędzi; aż tu znowu ścierają się gdzieś bryły lodu i chrobocą jak piły, nagle zahuczą jakoby wysadzone w powietrze; potem słychać szum fal wartko płynących i wrzaski ich wściekłe wokoło przeszkód biją się, potem znów szumią — znać, że tamę przeparły.
A bliżej wokoło niego lód się ugina i warczy, pokrywa się rysami, to dziurki się wyłupią, to cały kawał się oderwie i kołysany przez wodę tłucze o przyległe ściany; świsty wiatru się wzmagają, pomiędzy nimi gęsi dzikich z góry zlatują głosy i jastrzębiów przeraźliwe krzyki; z tyłu coraz więcej gromadzi się lodu; już nie bryłami, ale wzgórzami, które oblegają zaporę, co dotąd się nie ruszyła, i walą w szeregach z łoskotem piorunu. Ich ostre szczyty połyskują żarem od ostatnich promieni słońca. Gdyby nie chciał nawet oddać się zagubie, już za późno; ależ on o tym nie myśli; ku miejscu, gdzie zniknęła niewiasta, wciąż dzierży oczy, ani zważa na to, co się dzieje wokoło, bojaźni żadnej twarz jego nie pokazuje; stoi gdyby wryty i nie zadrży ni razu, stoi i czeka wciąż, a w jego mózgu szaleństwo odprawuje tajemnice swoje.
Słońce zapadło w głąb, gdzieś za krańcem pustyni, pożar ogromny po sobie zostawiło na niebie, tam palą się chmury i wzbijają się dymy, a tu roztrzaskują się lody. Nurt, płynący z góry, je rozbija i miele; co chwila się przysuwa, a posada, na której Agaj-Han duma, trzęsie się od jednego brzegu do drugiego; w wirach podniosły się śniegi i latają w powietrzu jako mgły jakie, wicher pomiędzy nimi harce odbywa swoje i żałośnie jęczy, grzmoty jedne po drugich się rozlegają, coraz bliżej, coraz bliżej. Zda się, jak gdyby na nowo archanioł ciemności zwoływał swe hufce i gotował się do walki przeciw wszechmocnemu Bogu.
Wszystko rwie się i pęka; chwil kilka uszło jeszcze, na krę cały lód się podarł, a on został na szerokim cyplu i oddala się od źródła, kędy zginęła Maryna. — Błyskawicą pędzi pomiędzy bryłami, a ręce wyciąga i jeszcze patrzy na niego130, wzrokiem bez życia, świecącym, jako świeci próchno.
I z tyłu, i z przodu pędzą za nim, pędzą przed nim lody; on na swojej wyspie, okolony słupami, wzgórzami, ostrzami, leci wśród odmętu; co chwila topnieją, kruszą się jej brzegi, to w kliny się wytną, to wygładzą się okrągło, ale coraz ich mniej, coraz mu ciaśniej. Trzyma się na środku, ręce na piersi założył, zawój bogaty mignie jeszcze czasem w promieniach zmierzchu. Nadbrzeżów Jaiku nie dojrzeć już, bo filary, zawały, kopce z lodu je przesłaniają; woda i lód — oto świat jego — ale on tego nie poznaje świata, bo dziwaczne otaczają go kształty, bo płynie jak strzała, i te kształty płyną z nim — przy ciągłym szumie. To mu się wydaje, że kręci się na jednym miejscu, to znowu, że olbrzymy krainy nadziemskiej podają mu dłonie i ciągną go z sobą, a zimno, a okropnie, a coraz ciemniej, lecz pośród cieniów znać ciągle, jako te duchy skaczą i suną wokoło. Raz tylko podniósł głowę, i to nie z namysłu — przypadkiem, nie wiedzieć dlaczego, a nad sobą dojrzał gwiazdę, z którą biła się czarna chmura. To mu przypomniało, że kiedyś bywał w okolicy, skąd takie gwiazdy i takowe chmury widne bywały, że w tej samej okolicy urodziwa postać przechadzała się niegdyś, i chciał dalej przypomnieć sobie, ale gwiazda zniknęła, rysów tej postaci doszukać się nie mógł — i głowę spuścił na piersi.
Ku morzu, ku morzu kra Jaiku pędzi i z nią Agaj-Han. Żegnaj mi na wieki, dziecię mojej wyobraźni, za chwil kilka pochłoną cię fale i przerzucać sobie twoje ciało będą. Życie ci przeszło na mękach, a mściłeś się zbrodniami na tych, których nienawidziłeś, na tej, którąś kochał. Teraz ty i ona jednym żeście porwani pogrzebem; a wasze dusze kędy się podziały? Nie słychać było, jako z waszych wykradały się piersi, nie słychać było ich lotu w przestrzeni, ale ona, konając, modliła się Maryi.
Królowo Polski! Daj jej zasiąść u stóp twoich, bo korona carów była dla niej wieńcem cierniowym, życie jej długą pielgrzymką, daleko od Ojczyzny, wśród obcych i zawistnych. Królowo Polski, zlituj się nad córą Twoją!
Przypisy:
1. z bisurmańskiej na grecką wiarę przechrzczony — tzn. zmienił wyznanie, przechodząc z islamu na prawosławie. [przypis edytorski]
2. od niego (daw.) — tu: przez niego. [przypis edytorski]
3. znieść się z kim (daw.) — złączyć się z kim, sprzymierzyć się z kim. [przypis edytorski]
4. roztruchan (z tur.) — duży, srebrny lub złoty ozdobny puchar o kształcie zoomorficznym (przedstawiający np. orła, pawia, sowy, lwa), niekiedy zdobiony kamieniami szlachetnymi, używany do wznoszenia toastów i do dekoracji stołu podczas uczt. [przypis edytorski]
5. spełnia miody i wino — spełnia toasty, pijąc miód i wino. [przypis edytorski]
6. trzech (...) pacholąt — dziś: troje pacholąt; trzech młodych chłopców (mianem pacholę określano chłopców do ok. 12 roku życia). [przypis edytorski]
7. lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]
8. atoli (daw.) — jednakże. [przypis edytorski]
9. Sapieha, Jan Piotr (1569–1611) — pochodzący z potężnego rodu magnackiego Sapiehów herbu Lis; hetman Dymitra Samozwańca II, uczestnik Dymitriad, rotmistrz królewski od 1605, starosta uświacki od 1606, dowódca polskiej załogi na Kremlu, zwany „hetmanem Maryny Mniszchówny i Dymitra Samozwańca II”; zm. 15 października w Moskwie. [przypis edytorski]
10. dwie niedziele mam zostawionych — dziś: mam zostawione dwie niedziele; tzn. zostało mi dwa tygodnie. [przypis edytorski]
11. Amor ch’a nul amato amar perdona. — Dante Alighieri, Boska komedia, Piekło, Pieśń V, w. 103; „Miłość, która od miłowania nie zwalnia nikogo, kto jest kochany, [Franczesko]” (w tłum. E. Porębowicza: „Miłość, co zawsze miłością się płaci”). Motto to, podobnie jak dedykacja „Poświęcone Marii” pojawia się w wydaniu drugim utworu, z 1838 r. Pierwsze wydanie (Wrocław 1834) pisarz opatrzył zamiast tego mottem z Melmotha wędrowca (oryg. Melmoth the Wanderer 1820) Charlesa Roberta Maturina (1782–1824): „I loved her as a child, I loved her as a youth, but she did love me”, przetłumaczone jako: „Kochałem ją dzieckiem, kochałem ją młodzieńcem, ale ona nigdy mnie nie kochała”. Niestety fragmentu o tym brzmieniu nie ma w przywołanej powieści. Wersja z mottem z Maturina została wydana w oprac. J. Czubka z 1912 r. [przypis edytorski]
12. Kaługa — miasto w Rosji nad Oką. [przypis edytorski]
13. sosen — w oprac. J. Czubka: sosien; w oprac. Herza: sosen. [przypis edytorski]
14. nad zamarzłymi bryły (daw.) — dziś: nad zamarzłymi bryłami. [przypis edytorski]
15. małmazja — daw. wysoko cenione wino greckie, którego nazwa stanowi eponim od Monemwasia, miasta portowego na Peloponezie, na trasie szlaków morskich łączących Włochy z Morzem Czarnym. [przypis edytorski]
16. naokoło — w oprac. J. Czubka: na okół. [przypis edytorski]
17. zgiełk — tu raczej: zamęt. [przypis edytorski]
18. gdyby (daw.) — jakby, niby. [przypis edytorski]
19. bechter — pancerz z prostokątnych żelaznych płytek połączonych ze sobą żelaznymi kółkami (plecionką kolczą); bechter stanowi typ pancerza wywodzący się ze Wschodu. [przypis edytorski]
20. nurzyć się — zanurzać się, zagłębiać się. [przypis edytorski]
21. misiurka — hełm złożony z dzwonu w formie metalowej płaskiej miski z doczepionym do niego osłaniającym głowę, kark i szyję kapturem kolczym; element uzbrojenia pochodzenia wschodniego. [przypis edytorski]
22. jedno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]
23. czując się na władzy jego ukarania — czując się w mocy, by go ukarać. [przypis edytorski]
24. po ukąszeniu padalca — padalec zwyczajny (Anguis fragilis) to gatunek beznogiej jaszczurki; nie jest jadowity, żywi się ślimakami i dżdżownicami. [przypis edytorski]
25. Mniszchówna Maryna, właśc. Marianna Mniczech (ok. 1588–1615) — caryca Rosji, koregentka (osobno koronowana) Dymitra Samozwańca I (ok. 1581–1606). Córka wojewody sandomierskiego, Jerzego Mniszcha i Jadwigi z Tarłów; jej dziad Mikołaj przybył do Polski z Królestwa Czech. Na mocy kontraktu zawartego w 1604 r. między jej ojcem a Dymitrem, miała zostać żoną tegoż w razie zdobycia przezeń tronu rosyjskiego. Kiedy 30 czerwca 1605 r. Dymitr Samozwaniec I objął władzę, Maryna wyruszyła do Moskwy, po drodze, w Krakowie, 27 listopada 1605 r. zawarłszy z Dymitrem ślub per procura. 18 maja 1606 r. w Moskwie została koronowana na carycę w Soborze Uspieńskim na Kremlu oraz zawarła ślub z Dymitrem w obrządku bizantyjskim. Kiedy 27 maja 1606 r. w wyniku zamachu stanu jej mąż został zamordowany, a carem został Wasyl IV Szujski (1552–1612), Maryna początkowo uciekła do obozu polskiego, a następnie wraz z ojcem została uwięziona w Jarosławiu jako zakładniczka. W 1608 r. uwolniona na mocy rozejmu między carem Rosji a królem Rzeczpospolitej, z namowy ojca nie powróciła jednak do kraju, lecz 20 września w obozie wojskowym w Tuszynie „rozpoznała swego męża” w Dymitrze Samozwańcu II i przyłączyła się do II Dymitriady. Działania polityczno-wojskowe podjęte przez stronę polską pozostawiły wkrótce Marynę samej sobie: po klęsce pod Kłuszynem bojarzy zawarli umowę z hetmanem Żółkiewskim umowę, uznając kandydaturę królewicza Władysława Wazę na cara Rosji w zamian za pomoc wojsk polskich w odparciu oblężenia Moskwy przez zaciężne siły Samozwańca II. Na wieść o tym porozumieniu Dymitr Samozwaniec II zbiegł do Kaługi nad Oką, gdzie 21 grudnia 1610 r. został zastrzelony w saniach przez kierującego się zemstą za wcześniejsze uwięzienie i biczowanie Tatara, Piotra Urusowa. Maryna, która w 1611 r. urodziła syna Dymitra Samozwańca II, Iwana, zdecydowała się nie wracać do Rzeczypospolitej i bronić swych praw do tronu Rosji (teraz już przeciw królowi polskiemu). Związała się z atamanem Kozaków dońskich, Iwanem Zaruckim, utworzyła z nim państwo kozackie w rejonie płd. dorzecza Wołgi ze stolicą w Astrachaniu i stamtąd prowadziła wojnę z Rosją, dążąc do osadzenie swego syna na tronie carów. W 1613 r. przez sobór ziemski wybrał na cara Michała I Romanowa oraz na mocy uchwały odmówił wszelkich praw do tronu Marynie i jej synowi. Wobec buntu wojska, jaki wybuchł w Astrachaniu w maju 1614 r., Zarucki wraz z Maryną i Iwanem Dymitrowiczem musieli uciekać, jednak zostali pojmani. Z rozkazu cara Michała I w publicznej egzekucji w Moskwie Zarucki został wbity na pal, a trzyletni Iwan Dymitrowicz powieszony; Marynę więziono do wiosny 1615 r. w baszcie kremla w Kołomnie, gdzie zmarła (prawdopodobnie skrytobójczo zamordowana). [przypis edytorski]
26. dżanet, właśc. dzianet — rumak, koń; koń rasy hiszpańskiej do jazdy wierzchem. [przypis edytorski]
27. simum, właśc. samum (z arab. samma: truć) — gwałtowny, suchy, gorący wiatr południowy wiejący od kwietnia do czerwca na obszarach pustynnych Afryki Płn., Półwyspu Arabskiego i okolic, wywołujący burze pyłowe i piaskowe, zapowiadający nadejście frontu chłodnego powietrza. [przypis edytorski]
28. farys — muzułmański jeździec, profesjonalny wojownik (mameluk); odpowiednik europejskiego rycerza. [przypis edytorski]
29. giaur (tur. gawr, giaur) — niewierny, barbarzyńca; pogardliwe określenie nadawane przez wyznawców islamu innowiercom, zwł. chrześcijanom. [przypis edytorski]
30. krymka — przylegająca do głowy czapeczka bez daszka, często ozdobiona haftem; typowa część stroju Tatarów krymskich, stąd nazwa. [przypis edytorski]
31. uściech (daw. forma) — dziś forma niezmiękczona: ustach. [przypis edytorski]
32. gengiskański ród — od: Gengis Khan, tj. z rodu Czyngis-chana (także: Dżyngis-chana, 1155–1227), chana Mongołów, założyciela imperium mongolskiego. [przypis edytorski]
33. jagody (daw.) — tu: policzki. [przypis edytorski]
34. bechter — pancerz z prostokątnych żelaznych płytek połączonych ze sobą żelaznymi kółkami (plecionką kolczą); bechter stanowi typ pancerza wywodzący się ze Wschodu. [przypis edytorski]
35. jedno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]
36. statek (daw.) — stateczność, stanowczość. [przypis edytorski]
37. srom (daw.) — wstyd, hańba. [przypis edytorski]
38. karacena — zbroja z łusek metalowych na podkładzie ze skóry a. grubego płótna, używana w starożytności i w średniowieczu. [przypis edytorski]
39. zapewnie — dziś: zapewne. [przypis edytorski]
40. gdyby (daw.) — jak, jakby, niby. [przypis edytorski]
41. jedno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]
42. zresztą (daw.) — co do reszty, poza tym. [przypis edytorski]
43. obuma — dziś popr. forma N. r.ż.: obu a. obiema. [przypis edytorski]
44. smętarza — w oprac. Hertza: cmentarza. [przypis edytorski]
45. miecie — dziś: miota; rzuca. [przypis edytorski]
46. handżar — zakrzywiony nóż turecki lub arabski, kindżał. [przypis edytorski]
47. jedno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]
48. otoczona (...) schody — dziś forma N.: (...) schodami. [przypis edytorski]
49. potrzeba (daw.) — tu: walka, starcie zbrojne. [przypis edytorski]
50. gdyby (daw.) — jakby, niby. [przypis edytorski]
51. jego — w oprac. Hertza: moje. [przypis edytorski]
52. jedno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]
53. okrom (daw.) — bez. [przypis edytorski]
54. paiża (daw.) — krótka tarcza metalowa używana przez rycerzy konnych. [przypis edytorski]
55. izali (daw.) — czy też. [przypis edytorski]
56. gdyby (daw.) — jak. [przypis edytorski]
57. dobrze znajomy wieży — dobrze obeznany z wieżą; dobrze znający wieżę. [przypis edytorski]
58. gzymps — popr.: gzyms. [przypis edytorski]
59. doma (daw.; ros., ukr.) — w domu. [przypis edytorski]
60. Kalpurnia (ur. ok. 76 r. p.n.e.) — ostatnia, trzecia żona Juliusza Cezara, obywatelka Rzymu, córka polityka rzym. Pizona Cezoniusza (łac. Lucius Calpurnius Pison Caesoninus), konsula w 58 r. p.n.e.; Kalpurnia poślubiła Cezara w 59 r. p.n.e., nie doczekali się dzieci: Kalpurnia była bezpłodna. Po zamordowaniu Cezara w dniu id marcowych nigdy nie wyszła ponownie za mąż. [przypis edytorski]
61. gdyby (daw.) — jak, jakby. [przypis edytorski]
62. od (daw.) — przez; strącony od kogo, co: strącony przez kogo, co. [przypis edytorski]
63. wreszcie — w oprac. Hertza: wreście. [przypis edytorski]
64. więcem go napoił — konstrukcja z przestawną końcówką czasownika; inaczej: więc go napoiłem. [przypis edytorski]
65. Mousa, właśc. Musa (arab.: Wyciągnięty z wody) — prorok w Koranie, w Biblii, Starym Testamencie znany jako Mojżesz, w islamie uważany za proroka (nabi), posłańca bożego (rasul), prawodawcę oraz przywódcę; wytrysnęła (...) jak źródło niegdyś za Mousy uderzeniem: nawiązanie do zdarzenia opisanego w Biblii (Wj 17,1–6): prowadząc lud Izraela przez na pustynię, Mojżesz dokonał cudu, by napoić spragnionych i buntujących się z tego powodu Izraelitów: według instrukcji otrzymanych od Boga Jahwe wziął laskę, uderzył w skałę Horeb (na której stanął Jahwe), a wtedy ze skały wypłynęła woda. [przypis edytorski]
66. azaż (starop.) — czy, czyż. [przypis edytorski]
67. gwoli czemu — dla czego, w jakim celu. [przypis edytorski]
68. nie mógłżem (daw.) — konstrukcja z partykułą -że-; znaczenie: czyż nie mogłem. [przypis edytorski]
69. gdyby (daw.) — niby, jakby, jak. [przypis edytorski]
70. tylko — w oprac. Hertza: tylo. [przypis edytorski]
71. czajka — tu: łódka. [przypis edytorski]
72. co tylko sił mu staje (daw.) — co tylko sił mu starczy. [przypis edytorski]
73. rudel (daw.) — ster, wiosło sterowe. [przypis edytorski]
74. gdyby (daw.) — jakby, jak. [przypis edytorski]
75. larwa (daw.) — maska. [przypis edytorski]
76. mdłość (daw.) — słabość. [przypis edytorski]
77. Kortez, właśc. Hernán Cortés (1485–1547) — hiszpański konkwistador, zdobywca Meksyku; w 1619 po przybyciu z wojskiem do stolicy azteckiego państwa, położonej na wyspie pośrodku jeziora, uwięził jego władcę, Montezumę II; zmuszony przez azteckich powstańców do ucieczki z miasta, powrócił i z pomocą indiańskich sojuszników po ciężkich walkach w 1621 zajął stolicę. [przypis edytorski]
78. dziś, jutroli (daw.) — konstrukcja z partykułą pytającą -li; znaczenie: dziś czy jutro. [przypis edytorski]
79. od niej (daw.) — przez nią. [przypis edytorski]
80. nie stało (daw.) — zabrakło. [przypis edytorski]
81. Lisowski, Aleksander Józef (ok. 1575–1616) — pułkownik królewski, twórca i dowódca tzw. lisowczyków, oddziału lekkiej jazdy powstałego w 1611 r. i prowadzącego walkę podjazdową na wsch. i płn. rubieżach Rzeczypospolitej podczas wojny polsko-rosyjskiej (1609–1618); oddział złożony był z Kozaków, różnego rodzaju wykolejeńców i desperatów (pierwszy oddział Lisowskiego przyjął nazwę „straceńców”), którzy służyli za zysk z łupów, nie obciążając skarbu państwa kosztami żołdu. [przypis edytorski]
82. całkiem (daw.) — w całości, całkowicie, w pełni. [przypis edytorski]
83. kostromski monaster — Monaster Ipatiewski w Kostromie, prawosławny męski klasztor pod wezwaniem Świętej Trójcy i św. Hipacego, zbudowany nad brzegiem rzeki Kostromy w pobliżu miasta Kostroma, wg legendy założony ok. 1330 r. przez tatarskiego księcia Czeta nawróconego na chrześcijaństwo. Wiosną 1609 r. zabudowania klasztorne zajął drugi Dymitr Samozwaniec, lecz już jesienią armia moskiewska odbiła monaster. 14 marca 1613 ukrywający się w Monasterze Ipatiewskim Michaił Fiodorowicz Romanow został wybrany na nowego cara rosyjskiego jako Mikołaj I. [przypis edytorski]
84. syn Filaretowy — Michał I Romanow; był on synem Fiodora Nikiticza Romanowa (1553–1633), który po wymuszonym przez cara Borysa Godunowa wstąpieniu do monasteru i złożeniu wieczystych ślubów przyjął imię Filareta; również matka Michała Romanowa, Ksenia Iwanowna Szestowa została zmuszona do wstąpienia do klasztoru, gdzie przyjęła imię Marta. [przypis edytorski]
85. berdysz a. bardysz (z łac. barducium: siekierka) — broń drzewcowa piechoty; ciężki, szeroki topór o silnie zakrzywionym ostrzu, osadzony na długim drzewcu. [przypis edytorski]
86. jedno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]
87. czerńcy — mnisi prawosławni. [przypis edytorski]
88. atagan — jatagan; rodzaj broni białej pochodzenia wschodniego. [przypis edytorski]
89. Kaspia — Morze Kaspijskie. [przypis edytorski]
90. Gheberowie (daw.; z pers. ghebr’: niewierny) — Parsowie, grupa religijna, uważana czasem za etniczno-religijną, wywodząca się od wyznających zaratusztrianizm staroż. Persów, którzy w ucieczce przed muzułmańskimi prześladowaniami w VIII–X w. osiedlili się w Indiach. [przypis edytorski]
91. miasto (daw.) — tu: zamiast. [przypis edytorski]
92. Słońce ku stepom się spuszcza, ale mniejsza o to: Astrachan moim dziś będzie (...) — W oprac. Hertza rozdzielone (nielogicznie) na dwa akapity: pierwszy narracyjny aż do „ale mniejsza o to”, zakończony kropką, drugi dialogowy (od „Astrachan moim”), stanowiący wypowiedź Zaruckiego. [przypis edytorski]
93. tyluma — dziś popr.: tyloma. [przypis edytorski]
94. smętarzów — w oprac. Hertza: cmentarzów. [przypis edytorski]
95. meszta a. meszt (daw.) — miękki, lekki pantofel. [przypis edytorski]
96. kanak — tur. ozdoba wpinana we włosy, złożona ze sznurów pereł lub drogich kamieni; także: daw. szeroki, złoty naszyjnik wysadzany drogimi kamieniami, płasko leżący na szyi. [przypis edytorski]
97. spanoszyć się (daw.) — stać się panem. [przypis edytorski]
98. trzytulny basza — basza turecki mający prawo do buńczuka z trzema ogonami końskimi. [przypis edytorski]
99. janczarką — w oprac. Hertza: jańczarką. [przypis edytorski]
100. kobiercy — dziś popr. N.lm: [złotymi] kobiercami. [przypis edytorski]
101. doma (daw.; ros., ukr.) — w domu. [przypis edytorski]
102. przytomny (daw.) — obecny (przy czym). [przypis edytorski]
103. murza (wym. mur-za) — książę tatarski. [przypis edytorski]
104. gdyby miasto — niby miasto, jak miasto; w domyśle: wielkim a. ludnym jak miasto. [przypis edytorski]
105. sorok (daw., z rus.: czterdzieści) — wiązka czterdziestu cennych skórek zwierzęcych, z soboli lub kun. [przypis edytorski]
106. gwoli (daw.) — dla. [przypis edytorski]
107. smętarzu — w oprac. Hertza: cmentarzu. [przypis edytorski]
108. stopniami — tu: stopniowo. [przypis edytorski]
109. giezło (daw.) — długa, luźna koszula lniana; także: koszula do trumny lub prześcieradło do okrywania zmarłego. [przypis edytorski]
110. wrzkomo (daw.) — rzekomo. [przypis edytorski]
111. starownie (daw.) — z wielkim staraniem; starannie. [przypis edytorski]
112. zresztą (daw.) — co do reszty, poza tym. [przypis edytorski]
113. klną (...) od złości i bólu — klną ze złości i bólu. [przypis edytorski]
114. diamenty — dziś N.lm: diamentami. [przypis edytorski]
115. sieci — dziś N.lm: sieciami. [przypis edytorski]
116. gdyby (daw.) — tu: jakby. [przypis edytorski]
117. statek (daw.) — stateczność, stanowczość. [przypis edytorski]
118. snadno (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
119. zapewnie (daw.) — dziś: zapewne a. pewnie. [przypis edytorski]
120. błędy (daw.) — tu: błądzenie, tułaczka. [przypis edytorski]
121. gwoli czemu (daw.) — dla czego. [przypis edytorski]
122. śmiałą — w oprac. Hertza: śniadą. [przypis edytorski]
123. mamże — daw. konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy mam, czyż mam. [przypis edytorski]
124. deptaj — dziś popr.: depcz. [przypis edytorski]
125. kalaj — w oprac. Hertza: kaź. [przypis edytorski]
126. wieszże — daw. konstrukcja z partykułą -że; inaczej: czy wiesz. [przypis edytorski]
127. gdyby (daw.) — jakby. [przypis edytorski]
128. jedno (daw.) — tu: tylko. [przypis edytorski]
129. topielę — dziś popr. forma B.: topiel. [przypis edytorski]
130. na niego — popr. raczej: na nie (na źródło). [przypis edytorski]