164. Do Delfiny Potockiej

18-go (marca 1840), Molo, środa

Jechałem noc całą, noc z 17-go na 18-ty marca. Jechałem, jak błyskawica leci; księżyc świecił złoty nad wszystkie złote księżyce. Zdawało mi się, że gdzieś wśród niebios, już po końcu świata. Bolu gardła i piersi nie czułem, bom myślał o Tobie i o Correo, Tyś była przy mnie ciągle, wraz z księżycem, w tym powozie, od stóp do głowy ubrana w białe miesięczne promienie. O szóstej z rana wjechałem między cyprysy i bukszpany Camposeli220, wziąłem pokoje dla nas, pobiegłem na pocztę z kałamarzem, lakiem i piórem w kieszeni, by Ci zaraz odpisać, bo tak się krzyżują poczty rzymska i neapolitańska, że ledwo kwandrans czasu mieć mogłem [na napisanie listu, a poczta o milę włoską] od Camposeli odległa. Przybywam — kiedym nogę na progu poczty stawiał, od końca ulicy przeciwnego przyjeżdżał kurier neapolitański list Twój mi wiozący; drugi do Rzymu pisany pojechał sobie do Rzymu. Ten do Molo, ten w którym wątpisz, czy ja w Molo, otworzyłem, a serce mi z oczekiwania kruszyło się, jak lak pieczątki, którąm rozdzierał. Otworzyłem i co? Piszesz sobie niedbale o zamiarze matki, o wieczorze we czwartek, o tem, bym nos schował, jeśli przypadkiem dwie karety miasto jednej ujrzę etc. etc. Co Tobie się stało? Czyś zzimmniała dla mnie? Wróciłem, odpisawszy Ci naprędce, do Camposeli. Dzień długi, jutro dłuższe jeszcze, dopiero pojutrze, — biorę więc książkę, kładę się na sofę w Twoim pokoju, chcę czytać! Tak, czytać, właśnie serce pozwoli, — w sercu pełno smutku, bólu, lękliwości, zwątpienia. Nareszcie coś wściekłego mnie porywa, list Twój odczytuję, list Twój zimny, Dialy! Jak to, Ty nie wiesz, Tyś nie przeczuła, że ja będę w Molo? Tyś chyba zapomniała, że kiedym wyjeżdżał przed pięcia dniami z Neapolu, Tyś mówiła: „Gdybyś przynajmniej był w Molo, bliżej mnie, i czekał na mnie”. Zapomniałaś o wszystkiem, o co Cię błagałem, prosiłem, byś wyjechała nie dzwoniąc i nie otrąbując światu całemu dnia Twego wyjazdu, tymczasem w wilię przystałaś na wieczór. Będziesz na wieczorze, — śpiewaj mi jeszcze, o śpiewaj, byś powtórnego bólu gardła dostała, dla indyków i gęsi, co Ci mówić będą: C’est charmant. Ubierz się po światowemu, zrzuć chusteczkę z szyi, by się przeziębić w wilię wyjazdu. Proszę Cię, bądź na tym wieczorze i pomyśl sobie, że kiedy z temi zwierzętami gadasz i żegnasz np. Bedmara, człowiek w Molo di Gaeta przy jednej świecy, w ciemnym pokoju, smutny i przetrawiony, siedzi sam i przeklina wszystko. Czyż zwierzętom wiecznie hołdować będziesz? Czyż człowieka zawsze im poświęcać? Czyż w walce między światem i mną ja przegram nareszcie? Niby Ty nie masz dość bystrego dowcipu, by matkę odwieść od jechania z Tobą? Nie możesz Natalii namówić, by się oparła? Ta umie nie robić, czego nie chce. Przysyłasz mnie zbolałemu, choremu, mnie umęczonemu od nie wiem wielu tygodni miły rozkaz, bym się schował, bym sobie nazad niewidziany pojechał, jeśli Twoja matka z Tobą będzie. Dialy, Dialy, Dialy, czegoś tak zzimniała? Czyż i Ty, siostrze podobna, im więcej kochana, tem mniej umiesz kochać? Dialy, zmiłuj się nade mną, ale nie godzi się tak lód i śnieg mi sypać na głowę. Pamiętasz, i ja kiedyś z ojcem byłem, a to inny człowiek, niż Twoja matka, człowiek woli nieugiętej, a kiedy przyszło rozdzielić się z nim, by pojechać z Tobą, czyż moja wola góry nie wzięła? Powiadasz: cela serait dur et impoli. Oh, Dialy! Teraz ten list, coś do mnie napisała, był cruel. Czasem Ty zupełnie wpadasz w chwile snu duszy, martwości serca, patrzysz, a nie widzisz, słuchasz, a nie słyszysz, nie wiesz sama, czy kochasz, czy nie. Świat Cię zgubił, świat dotąd trzyma Cię w ręku; Ty jemu niebo poświęcisz, a on Ci odpłaci niczem, zapomnieniem lub potwarzą. Serce, które Cię kocha, serce to moje rozedrzesz, wybierzesz siłę życia z niego, tkniesz go śmiercią po rozpaczach wielu; czyż wtedy świat przyjdzie Ci na pomoc? Czy znajdziesz pociechę w nim? Czy poda Ci przynajmniej dłoń, byś mogła klęknąć łatwiej przy grobie serca mego? Nie — nie — nie. Ten list Twój, chybaś go pisała nudzona całym salonem przechadzającym się w Twoim pokoju, ten list nie wyszedł z serca Twego, albo serce Twoje, zmęczone, usnęło na chwilę!

Patrz! Jestem tu w tych pięciu pustych pokojach, w tej ogromnej sali, spodziewam się Ciebie. Gdy wchodzę do pokoju, w którym masz dzień jeden przemieszkać, do pokoju, co czeka na Ciebie, za to, że może głowa Twoja przez noc jedną spocznie w nim, ja klękam i modlę się do tej głowy uśpionej w przyszłości. Ale czy wiesz, czy rozumiesz, ile ja chwil tu cierpkich przebędę, ile oczekiwań, zwątpień, niepewności, strachów, gwałtownych uniesień, niewstrzymanych wydzierań się ku Tobie pastwić się będzie nad moją duszą? Jak duch skazany, potępiony, pokutujący, chodzić będę wzdłuż i wszerz przez te pokoje, aż Ty przyjedziesz. Ani chcę przypuszczać, byś z matką była, ani chcę, ani mogę, bobym wtedy padł na tę podłogę bez zmysłów: nie — nie — nie — nie!

Chory jestem na ciele, a gorzej na duszy. Wczoraj jeszcze rano synapizm przyłożyłem trzeci czy czwarty od pięciu dni. Ulżył mi trochę bólu gardła, ale teraz znów zaczyna. Gdym list Twój przeczytał, cała krew serca skoczyła mi, jak lawa wulkanu, do szyi i głowy, palę się żarami, płonę. Smutek mój z węgli wrzących, suche oko, nie ma łez temu smutkowi. Biję się sam z sobą i szarpię siebie i list Twój noszę na piersiach, a on jak gorycz, co przetrawia aż do kości i szpik w popiół zamienia. Nie, nie, Ty sama przybędziesz. Po dniach tylu, po tylu mękach, czyż jeszcze niżej trzeba zasunąć się w piekło? Nie, — już ja sił nie mam. Spojrzyj na Twój szmaragd, przeczytaj: „Zmiłuj się nade mną”. Dialy, gdzie serce Twoje? Powiedz, czemu tak bałamucisz? „Czekaj, czekaj, czekaj”, oto wieczny Twój głos do mnie; usłuchałbym go, gdybym mógł powtórzyć to samo: Czekaj, czekaj, — młodości, szczęściu, śmierci! Pamiętasz w Grunenbergu, tak samo się działo. Dzień po dniu, od godziny do godziny, gdybym nie był przyleciał, gdybym jak duch nie czuwał niewidomy nad opieszałością Twoją, czy byłabyś wyjechała? I tameś śpiewała, i tameś czasu nie miała na odpisanie mi słów dwóch, i tam światu sypałaś w ofierze hojną ręką cząstki życia mego, stracone, spalone w ogniu oczekiwania, zatrute jadem niepewności. Czy Ty mnie znasz? Czy Ty nie wiesz, z jakiegom kruszcu ulany? Czy nie wiesz, że umieram?! O Dialy, Dialy, nigdy niech Ci się nie zdarzy czekać na kochanego, na mnie czekać, nie — nie — nie. Nieprzyjacielowi śmierci bym życzył, ale nie miałbym sumienia mu życzyć takich dni, jako są te, które przeżywam, czekając na Ciebie. Gdybym dostał gorączki nerwowej, Ty byś zbladła, serce Twoje by się zlitowało, a wiedz, że lepsza stokroć gorączka nerwowa, dżuma łaskawsza, niż gorączka ducha, kiedy myśl każda wrzodem, każde serca uderzenie kamieniem, każden turkot pojazdu cięciem noża w piersi, a milczenie, kiedy przejedzie pojazd ten, grobem, nicością, z której zaraz potem znów wybucha gorączka, znów snuje się męczeństwo. Nie dziwiłbym się, gdybym się spalił, czekając na Ciebie. Przyjedziesz za późno, wysiadasz, pytasz się: „Gdzie Zygmunt mój?”. A Jan smutno Cię prowadzi. Wchodzisz do mego pokoju, Jan jeszcze smutniej pokazuje ręką na stos węgli i popiołu leżący na ziemi. Oto Zygmunt Twój! Nie doczekał się Ciebie, to tylko po nim zostało!

Zatem w tym samym domu, o tej samej porze jestem, co przeszłego roku221, kiedym wołał: „O zostań się, godzino”, a teraz wołam: „Przemijaj prędzej, godzino, bo konam”. To samo morze jednak, te same cyprysy i pomarańcze i światło i góry, wszystko to samo, tylko bez życia! Wszystko leży, jak ciało bez serca, bez duszy, nieupiększone siłą boską! Wszystko to wygląda mi na marę stworzenia, a nie na utwór, na arcydzieło! To dopiero arcydziełem będzie pojutrze! O! Ty jesteś najwyższa sztukmistrzyni, najdoskonalsza artystka pod niebem; ni dłuta, ni pędzla, ni harfy Ci nie potrzeba wcale. Tylko staniesz gdzie i spojrzysz, wnet światło się świetli, murawa się zieleni, góry błękitnieją, natura cała dostaje kształtu, barwy, życia. Ona była wprzódy, i światło i zieloność i błękit, wszystko to było wprzódy, ale jakieś światło bez jasności, kwiaty bez kolorów, niebo nie niebieskie. Przybądźże, Ty czarownico sztuki, Ty, bez której nie ma nigdzie poezji, Ty moje wielkie Fiat, bo choć to słowo Bóg wyrzekł przed wiekami, jeśli go nie powtórzysz teraz, dla mnie ono nie jest. Tyś w życiu mojem, czem w ogromnej kompozycji Haydna moment, w którym światło wytryska. Ten moment muzyczny jest alfą i omegą całości!

I tak zacząłem od łajania, a kończę na prawdzie, do pochlebstwa podobnej. Tak, do pochlebstwa, gdyby ją usta jakiego markiza wyrzekły, który by sam nie rozumiał, co mówi, ale to jest prawdą w moich ustach. Ty sama wiesz, a wiesz, że życie moje tam się zaczyna, gdzie Twoja przytomność, i razem z nią się kończy. Ty wiesz, że mnie nie ma, gdzie Ciebie nie ma, wtedy jest tylko ogromnie bolesne nie, które ludzie nazywają wciąż Zygmuntem, ale którego ja nazwać nie mogę. Gdybym mógł, Ty byś się rozpłakała, Ty byś darła włosy sobie, Ty byś zaraz tu przyjechała, zapomniała o świecie, o wszystkiem, boby to imię moje, to słowo, nauczyło Cię i wyraziło Tobie wszystkie męki tego, którego kochasz! Wszak Ty kochasz mnie?

18-go w wieczór, Gaeta. Że też nie pękną mi piersi od mnóstwa tego wspomnień, od świata, nazwanego „Ty”, który je rozdziera i bucha w nich i rzuca niemi, i na chwilę uciszyć się im nie daje.

Cały dzień mi zeszedł na rozpacznem oczekiwaniu. Gorczyca przepaliła mi mięso na gardle do muskułów. Wewnątrz gardło się pali także, nerwy sobie tańcują po całem ciele, jak na balu, a dusza, a serce wygląda Ciebie, sroższą niż nerwy i gardło miotane gorączką. Ileż godzin jeszcze takich przejść musi, nim Cię do duszy przycisnę, nim serce moje krzyknie Twojemu: „Ty, Ty dawno niewidziane!”.

Chodziłem do grobu Cycerona. Język mu Livia przekłuć kazała szpilką złotą, kiedy głowę jego ściętą jej przynieśli. Czemuż żywej głowie pani Üxküll i tylu innych ja tej przysługi wyświadczyć nie mogę? Otóż długom chodził, czasem mi się marzyło, że to sen, Frejburg, Baden, Mediolan, że to sen, że rok 1840 także snem, żem na wiosnę 1839 r. i że jestem w Molo z Tobą, jedziemy do Neapolu, że ja mam płynąć do Sycylii, żem Cię na chwilę zostawił w Camposele, a sam wyszedł na drogę tę, że Ty tam czekasz na mnie, że zaraz wrócę i ujrzę Ciebie, że jutro do Neapolu ruszymy, że wysiądę na Toledzie, że iść piechotą będę aż do Vittorii obok pojazdu Twego, że przed Villa Reale Cię pożegnam, że godzinę później ujrzę Twą chustkę białą na ganku Chiatamone, że nazajutrz przeniesiesz się do Belle-Vue, że za tydzień popłynę do Palermo, że za drugi wrócę, zamieszkam u Krona, że wtedy zacznie się to życie nocy miesięcznych i gwiazd niebieskich i kwiatów na ziemi, że przez trzy miesiące będę całował cicho stopami wschody z śnieżnego marmuru, wiodące do Ciebie, że po tylu dniach słonecznych razu jednego oboje spojrzym, aliści płyniem oboje sami wśród wielkiego, nieskończonego morza, że brzegi Włoch przemijają, jak drzewa, po drodze, miasta Włoch nikną i giną. Że na ląd wysiędziem w Genui, że nad jeziorem Como zatrzymamy się dzień niebieski jeden, że przez Splügen przebierzem się, że się zabijem pierwszą śmiercią naszą, — rozdziałem, w Bregenz.

Otóż dziwnym zawrotem, dziwnym ruchem pierścienia lub węża, co głowę pożera, znów dotykam Frejburga, już bliski jego jestem.

Tak, nie wiem, czy to przeszłość, czy przyszłość, ale wiem, że część boska życia mego nosi imię Frejburg. Jak tam zaszedłem, lub jak tam się dostanę znowu, nie pytaj się, ja nie wiem, ja przecie w Molo di Gaeta jestem. Ja marzę o tem, co mnie się dopiero stać ma. Jakiś dobry anioł objawia mi przyszłość moją; otóż wiem, że mam być szczęśliwy w Frejburgu, że gdzieś jest miejsce, tak nazwane, które czeka na mnie. Marzy mi się, że widzę kościół jakiś gotycki, dom jakiś wiejski, wzgórza okryte zielonością, nigdym wprzód ich nie widział, nigdy tam nie byłem. Ah! To przyszłe dni moje tak pełne zieloności! Czemuż tak smętnieje okolica, zamglewa się niebo? Zimno mnie przeszywa, śnieg prószy, zdaje mi się, żem już nie w domu tym, ale gdzieś na drogach dalekich, długich świata, zawsze jednak z Tobą, a zatem dobrze, nie lękam się niczego. Choć już nie słońce świeci, ale chmury się czernią, choć już nie murawa, ale lody po skałach i górach, co mnie to szkodzi, kiedy przeczuwam, żem wciąż z Tobą — wciąż — wciąż — — aż gdzie?... Co to jest? Czy Ty mnie opuszczasz, dobry aniele mój? Aniele, czy powtórna śmierć moja się zbliża? Oh! Zaprawdę śmierć — śmierć. Teraz przyszedłem do zmysłów, obudziłem się ze snu, pod grobem Cycerona. Ja umarły, ja upiór, ja nie z Tobą od dni tylu, tylu już, droga!

Przeklęty niech będę, żem opuścił dom ten wiejski i tę katedrę gotycką. Czemuż się rozstaliśmy? Patrz! Jak nam trudno teraz znów się połączyć. Oh! Niech się połączę z Tobą, a nigdy, nigdy już się nie rozstanę więcej. Wiem teraz, co to umierać, — co to umrzeć, — co być umarłym. W Terracina zabito mnie ćwiekami do trumny i odesłano do Rzymu. Od chwili tej jeszczem nie zmartwychwstał, a życie pracuje, wre, burzy się w moim duchu. Zmartwychwstaję wiecznie, a nie mogę zmartwychwstać. Irydion inaczej mówił, lecz nie cierpiał więcej! Konam wiecznie, a nie mogę skonać! — wołał Grek nieszczęśliwy. Teraz osądź, co okropniejszem, co bardziej rozdzierającem, czy niedopełnienie żądzy śmierci, czy życia? Były niegdyś chwile, w których Sygurd pragnął nicości, a teraz wzywa niebieskich uniesień — woła i prosi się życia i piękności — życia, co było jego życiem, piękności, co była jego pięknością — o zmiłuj się Ty, zmiłuj nade mną!

Z pokoju w pokój, to powoli, to gwałtownie, przemyka się Zygmunt, od kiedy tu przybył; — przywiózł dwie książki: Estetykę Hegla i Historię Rusi Lelewela. Gdy weźmie pierwszą do ręki, wnet rzuca dla drugiej, a gdy drugą rzuci, że trzeciej nie ma, trzeciej nie bierze. Gdyby miał sto, sto by przerzucił tak samo. Filozofia umiała niegdyś spokoić burzliwe chwile zygmuntowe — ale te czasy minęły. Dziś uczucie zanadto wielmożne, by niemiecki rozum zdołał walczyć z niem. Zygmunt czyta, ale litery tylko, bo oczy jego czytać umieją, słów dusza nie rozumie. W jednym kącie Twego pokoju leży więc Estetyka, w drugim Historia.

Teraz noc — cicho — w tej dużej sali dwie świece — Zygmunt przy stole pisze — Ty o pięć poczt daleka — a jednak tak ogromnie rozdzielona od Zygmunta. Ty masz przybyć pojutrze, a jednak zda się jemu, że wieczność przegradza Ciebie od niego. Dlaczegoż to piekielne złudzenie? Dlaczegoż nie czuję, żeś blisko, niedaleko, dlaczegoż nie piję już z czary szczęścia — czemu dotąd kubek trucizny stoi na tym stole przede mną?

Mówiłem sobie w Rzymie: „Będę spokojnie i radośnie siedział w Camposele, nim ona nadjedzie, natchniony bliskością szczęścia poemat napisać chcę — dawnom już nic nie pisał”. Rozśmiej się, Dialy, śmiej się ze mnie. Im bliższa godzina połączeń, tem siła rozdziału, co ma skonać wkrótce, wzmaga się także. Rozdział gorączki dostaje. Rozdział staje się gwałtownym i mocnym, jak wariat. Rozdział teraz mnie trzyma za włosy, kolanem w pierś mnie gniecie i nóż mi w sercu zatapia. Śmiej się z myśli pisania poematu, z takim gościem przy sobie. Ten list czy dziennik będzie prawdziwym stanu duszy mojej opisem, jedynym poematem, któregom zdolny. Co Ty już takich łachmanów, szmat duszy mojej, krwawych szmat, mieć musisz, Dialy — kilka tomów listów moich! W tych dniach ostatnich ja Twojem listy wszystkie uporządkował i przebiegłem od pierwszego bileciku, pytającego się o zdrowie moje, od pierwszego listu, żartującego z myśli porwania za pomocą małp wiosłujących — do ostatniej karteczki, przez Dąbrowskiego temu dni 6 z rana mi przesłanej. — A w środku, między temi dwoma, leżą wszystkie skarby moje, zebrane w Frankfurcie, Frejburgu, Rzymie. — Widziałem na nowo napis: „A. Mr. Sig. de Grunenberg”. Odczytałem wiersze francuskie, jednego ranka mi przez Nanetę przyniesione w Pfaunie. — Wszystko, wszystkom przebiegł, ocałował, zczytał, opłakał, wdzięcznością związał i tam zostawił, pod Twoim obrazem, na brzegach Tybru.

Jutro więc wieczór, Mościa Pani, w Palazzo Gallo. Winszuję, ścielę się do nóżek. I ja tu będę na balu, drzazgi będą tańcować w kominie, a wiatr im grać mazura z dachu. Ha! Gdyby można ten wieczór utopić w łyżce wody! Bedmara powiesić na ogonie rosłego konia i puścić na Chiaię, — Bugaja tysiącem kozackich, jego własnych, nahajów poczęstować i wyrzucić przez okno — neapolitańczykom szczutka dać w nos — oni by myśleli, że kula pistoletowa — uciekliby!

Ha! Mogłaś, mogłaś ten wieczór odwrócić. — Czemże świat Ci tyle chwil straconych wynagrodzi? Za co mu hołdować, kiedy on nie jest panem. Tym tylko służy, którzy mu nie służą, a wyżsi są od niego. W walce między światem a indywiduum, indywiduum wygra, jeśli ma prawdziwą wyższość umysłową, powiadam Ci, że wygra. — Lord Byron czy przegrał? George Sand czy przegrał?

Przyjm moje życzenia na wieczór ten. Zapewne już o tej godzinie ruch w domu. Grzegorz świece kupuje do kandelabrów. Myślą o waszych strojach. Zefiryna frazes wysoce przystojny po angielsku powiedziała o chustce z muślinu, — Natalia, jak basza, leży rozciągnięta na sofie, a Hołyński na krześle przy jej nogach milczy. — Ty — a Ty! Czy Ty myślisz, żem tu w Molo i że piszę do Ciebie?

Im więcej rozważam i bardziej modlę się do Boga, tem pewniejszy jestem, że Twoja matka nigdy nie ruszy z Neapolu, przynajmniej nigdy razem z Tobą w piątek, bo gdzieżby była gotowa do drogi nazajutrz po wielkim wieczorze! I wcale się nie ruszy, pieniędzy nie ma, potem Natalia!

Noc — cicho — pusto, dobre Camposele. — Nikt nie przyjeżdża. — Jutro Ty musisz trochę cierpieć, jutro się dowiesz, że ja tu cierpię. Nie wiem czemu, ale rad jestem, że podczas tego wieczoru Ty już będziesz wiedziała, że ja tu i żem nieszczęśliwy. To zaćmi białość pereł na szyi Twojej. Wy kobiety! Nigdy nie pojmujecie podniosłości, gwałtowności, pospiechu, niewstrzymanych boleści serc męskich. — Co w was rozwodzi się na szeroką przestrzeń, jak ta elektryczność, której nie znać w powietrzu, to u nas się skupia w piorun! Wy umiecie cierpieć, cierpienie stało się sztuką waszą. Cierpienie u was tak głębokie, tak ukryte, tak niewidome, że szpilki jednej nie zrzuci z kołnierzyków waszych. — U nas głowę nam z karku zrzuca, serce z piersi wydziera. — Wychowanie wasze jest niewolnic nauką. Jarzmo dźwigacie za wcześnie, — serce wam rośnie w głąb, nie ku powierzchni piersi, — wasze życie skrzywione, — godność poniżona, — wyobrażenie cnoty waszej niczem innem od wyobrażenia niewoli. Wstydzicie się szlachetności waszej, na myśl, że uczucie wielkie, silne i boskie mogłoby przypadkiem lica wasze powlec bladością, już bledniecie, a czujecie jednak w każdej chwili, w każdem miejscu, że to stan fałszywy, nędzny, haniebny, nieznośny. — Biedne jesteście! Ale bliski już dzień, w którym wam będzie i godniej i lepiej, w którym rozpusta zniknie z ziemi, ale za to miłość zstąpi i wolność dla was na ziemię. — Wtedy nie odwrócicie czoła zarumienionego od tego, któremuście po cichu rzekły w głębi serca: „kocham”, wtedy wybór wasz będzie świętem prawem waszem, wtedy ustanie wyobrażenie najdziksze i najtwardziej pozbawione rozumu i czucia, że tylko po połowie może kochanego ukochać kobieta, — serce i duszę oddać, a siebie zatrzymać. Dla kogo? Komu? Bóg całość stworzył, a nie ułamek. Miłość nie jest arytmetyką ułamków, ale życiem całości. Serce męskie inaczej bije, — nie zarzucam nic niewieściemu, forma jego tylko ułomna, ale ono samo anielskie — lecz forma męskich uczuć daleko wznioślejszą, — tchnie wolnością, — pełna godności, — patrzy w słońce i, nie mrużąc ócz, pije światło słońca.

Pomyśl, co cierpi takie serce w chwilach podobnych tym, które teraz przebywam. Pamiętasz, opowiadałem Ci, że czasem w gabinetach anatomicznych na świeżo wydarte serce kładą deskę, i człowiek staje na desce, a ostatnie serca konwulsje tyle mają siły, że tę deskę z człowiekiem podnoszą. — Dziś serce moje pod taką deską. Jutro serce moje pod taką deską, — powiedz, co będzie pojutrze!

165. Do Delfiny Potockiej

Gaeta, 20 marca, piątek (1840). Wieczór 7½

Dopierom co wrócił z Carigliano. Czekałem na moście żelaznym, aż mię słabość duszy porwała i rozpłakałem się, że nie spieszysz do mnie. Zacząłem truchleć, czyś znowu nie zasłabła, potem wróciłem przez tę całą pocztę w nieopisanym smutku. Ale tu, wróciwszy, odczytałem list Twój po raz dziesiąty — uspokoił mnie. Dziś rano był deszcz i wicher w Neapolu — nie mogłaś wyruszyć. Ale jutro obiecałaś! Dotrzymasz — jutro o tej godzinie będziesz tu ze mną.

Jestem ostatni tu wieczór, który przebędę na pisaniu do Ciebie; chcę zapisać tu więc coś, coby zostało po mnie, jak ślad myśli, gdybym, tej myśli nie wykonawszy, umarł. Słuchaj, Dialy! Poszedłem, przestawszy pisać z rana, pomiędzy góry. Długom chodził, myśląc o Tobie, wyglądając Ciebie. Pogoda zaczęła błyskać kawałkami błękitu po niebie. Stąd lepsza w mej duszy otucha, stąd jakieś serca rozweselenie. W dzikiem ustroniu, wśród obłamanych głazów usiadłem w ciepłych promieniach słońca; pod nogami morze, Capri i Ischia przed okiem, za wysuwającym się przylądkiem Neapol i dusza duszy mojej — Ty!

Otóż, kiedy tak siedzę, nagle uderzyła na mnie dawno nie doznana żądza, żądza snów moich młodocianych. Żądza nieśmiertelności! Ale już nie dla mnie osobno, nie dla mnie tylko — żądza, byś Ty była nieśmiertelną w pamięci ludzi, potrzeba konieczna, bym ja Cię wyrwał spośród znikomych i znaną postawił przed ludźmi na wieki — tak, jak Beatrice Danta — tak, jak Laura Petrarki! A mówię tylko o żądzy ducha mego, o potrzebie serca mego, Dialy, tylko o tem teraz mówię, nie zaś o skutku, o wykonaniu, o doprowadzeniu snu do rzeczywistości. Mówię tylko, że kiedym siedział na tym kamieniu i słońce zza chmur wyszło, ogrzało mnie światłem, nagle z temi promieniami spadła w moje piersi myśl głęboka, pomysł na dal, pomysł szerokiego dzieła sztuki, kędy Ty masz być królową.

Czytałem Ci niedawno 2-giej części Fausta rozbiór — poema to, widziałaś, że obejmuje całej ludzkości dzieje i przeznaczenia, ale pod formą idei, ale pod formą rozwijali się sztuki. Grecka Helena i romantyczna poezja tam głównymi są aktorami. Wszystkich wieków czyny występują wyrażone przez sztuki koleje. Ludzkość tam jest literaturą! W moim pomyśle inaczej. Jeśli to poema, w imieniu Twojem zawiązane w głowie mojej na tym kamieniu, będzie kiedy — to będzie ono poematem woli i czynu, nie sztuki. W niem wola i czyn w sferę sztuki przeniesionemi zostaną, a nie sztuka wysztuczona, jak u Goethego. Już tego poematu jest część jedna, sama nic nie znacząca — dopiera ważna, kiedy pierwszą część i trzecią, ostatnią, za towarzyszki dostanie.

Ta część, która jest, a sama niewiele znaczy, zowie się Nieboska Komedia.

Już przed dwoma laty myślałem I-szą część, początek do niej napisać, nawet-em napisał ułomek, który Ci kiedyś przelotem czytałem — ale nigdy pomysł tej całości i tego ogromu mnie się tak jasno i koniecznie nie objawił, jak dziś, kiedy na tym kamieniu, nagle, myśląc o Tobie, zażądałem w głębi serca, byś nigdy nie umarła na ziemi.

Niech Ci przypomnę zarys I-szej części.

Ten, co ludzkość, co typ człowieka wystawia, Hr. Henryk, na początku I-szej części ledwo młodym jest. Ta pierwsza część, będzie to poema młodości. Przyjaciel starszy jest przy nim, a ten przyjaciel, to anioł stróż, widomy, dopóki człowiek dzieckiem, dopóki walka życia nie poczęta jeszcze, a znikający, jak tylko się pocznie. Scena otwiera się na górach niedaleko Wenecji; młodzieniec hasa po nich i poluje. Tymczasem przyjaciel został się na szczycie skały i modli się do Boga o tę duszę, co wkrótce żyć zacznie w realnym świecie i walczyć wśród rozerwania świata — prosi Boga, by mu pozwolił snem fantastycznym prawdę jej ukazać.

Wieczorem obłąkuje go w dolinie, mgłami zawianej, nagle sen ciężki zsyła mu na oczy młodzieniec, zasypiając, marzy, że twarz przyjaciela przemieniła się na twarz Danta. Sen się zaczyna. Duch Danta wiedzie młodzieńca. W tym śnie ma być prawda epoki naszej. Epoka nasza jest przejścia epoką. Każda podobna nosi barwę przemożną złego, bywa piekłem na ziemi. Bo z jednej strony wiary stare upadły, nowe nie wywikłały się jeszcze. Równie gwałtownie i nieubłaganie jedni ludzie stoją przy prawach przeszłości, drudzy przy nadziejach przyszłości, a pierwsze już niesłuszne, drugie jeszcze nie są słuszne. Zatem walka i niesprawiedliwość, i gwałt z każdej strony, i brak Boga wszędzie. W innych epokach, gdy są ścisłe, pewne wiary, niezawodne, określone niebiosa, obrzędy, religie, piekło bywa gdzieś, ale nie tu. W naszych czasach piekieł nie ma za ziemią, pod ziemią, ale one są na ziemi.

W tym śnie zatem Dante prowadzi młodzieńca po ziemi — do koszar, gdzie wojska, czyli zezwierzęceni ludzie. Do sekretnych policyj, gdzie uszatanieni ludzie. Do giełdy, gdzie upodleni ludzie. Do klubów, gdzie zwariowani ludzie. Do fabryk, gdzie nędzą niżej od zwierząt przyduszeni ludzie. Pokazuje mu wszędzie dobry byt (który jest środkiem godziwym i potężnym), wzięty za cel, a przez to zamieniony na niegodziwość i podłość. Słowem ten sen fantastyczny niczem innem jak wprowadzeniem aktora na scenę i opisem dekoracji na tejże scenie będącej.

Gdy się przebudzi młodzieniec, pełny wstrętu i magicznych przelęknień, gdzież się przebudzi?

Ot, w mieście, które kochasz, w Wenecji.

Tam on musi spotkać Ciebie, tam żyć z Tobą. Tam ja Ciebie muszę z fal Adriatyku wyrwać jak drugą boginię piękności, tam na dnie morza znaleźć pierścień złoty dożów i włożyć go na duszę Twoją, by ta dusza Twa zaprzedała się mojemu natchnieniu i oddała mi się na zawsze. By Twój charakter przenieść z pola życia w sferę sztuki, trzeba o stopień trzeci jeden podnieść znany dotąd i idealizowany typ kobiecy. Ty masz w charakterze swoim przeszłość i przyszłość kobiet zarazem. Te trzeba związać, spoić razem i uharmonizować, by stanęła idealna Dialy — Twój charakter jest zarazem tkliwy, lękliwy, bo znerwowany, śmiały, nieskończenie ponury — coś byrońskiego w nim oddycha. Ty nie jesteś charakterem, typem, istotą czasu pewnego, już osiadłego, mającego objawione wszystkie warunki życia i bytu — ni Andromacha Hektora ni Julia Romea z Ciebie być nie może. Ty, jak cała epoka nasza, idziesz z przeszłości, a idziesz, nie zatrzymując się, ku przyszłości. To pochodzenie, to niezatrzymanie się Twoje i ten ruch Twój wydać potrzeba — a w tem jest coś niezmiernie tragicznego, bo Ty cierpisz na tem — Ty żądasz domu i wypoczynku, a jednak iść dalej musisz — przyszłość Cię porywa, przeszłość Cię popycha — masz dość odwagi, by dążyć naprzód, a tysiącami łez i westchnień dowodzisz, żeś córką przeszłości. I będziesz w tym poemacie, będziesz, jako jesteś w sercu mojem i na obrazie tym badeńskim, boginią smutku i podniosłej hardości, panią niedoli i uroku zarazem! My oboje to samo jesteśmy — Ty po kobiecemu, ja po męsku. Zbliżają się czasy zbliżeń zobopólnych i pojednań. Ja mam coś z tkliwości niewieściej, Ty coś z ponurości męskiej. Obojeśmy figurami epoki, co nie jest twoją własną, ale cudzych, innych dwóch epok się dotyka i jęczy i płacze pomiędzy niemi.

A zatem w Wenecji się objawisz. Tam Cię młodzieniec kochać będzie, Ty jego — tam was czarna po falach unosić gondola, tam, pod mostem westchnień przepływając, nieraz wspomnicie o mnie! Tam pałac mieć musisz — sale długie, karmazynowe, złocone, o obrazach Tycjana, o posągach, z Konstantynopola wziętych, o gankach, co się wychylają na zewnątrz domów, o wschodach z marmuru, co zstępują w kanały.

Tam kochać będziesz, tam walczyć ze światem, tam Hr. Henryk, duszę Twą ukochawszy, tknięty jej pamięcią, na resztę dni swoich już zapomni, co inną ukochać. Tam zaczną się i skończą losy serca jego, a Twoja postać zostanie, jak postać boska, co świeciła jego młodości, jak gwiazda polarna, diamentowa, nieruchoma na tem niebie, na którem wszystko się rusza i odmienia.

Wiesz, co w drugiej części, w tej którąś czytała. Jest to wiek męski: polityka, osobisty interes, walka wyobrażeń arystokratycznych z demokratycznemi, nareszcie przegrana pozorna pierwszych, zgon Henryka, zwycięstwo ludu — a jednak przy końcu śmierć naczelnika demokracji i wyznanie ust umierających jego: „Galilaee, vicisti”.

Trzecia część, to starość, ale wielka starość, prawdziwa starość — to to samo, co młodość, tylko pod wyżej rozwiniętą formą: potem nie ma starości dla ludzkości, jest tylko dla indywiduum. — Wiek trzeci ludzkości to postęp, wywyższenie, pokój, zgoda, rozum i uczucie, pojednane razem — to wiosna, ale harmonijna, nie w ciągłej walce, jak pierwsza!

W tej trzeciej części musi znaleźć się przetworzenie ludzkości. I Ty, i Henryk tu zmartwychwstać musicie. Ale Ty już nie w Wenecji, Henryk już nie jako wódz stronnictwa: Ty jako coś anielskiego na ziemi, Henryk jako przewodnik ludu, całego, pogodzonego, jednego.

Henryk na pozór tylko zginął. Ocalony został przez duchy Pańskie i oddalony od zgiełku świata, nim burza nie przeminie. Tam gdzieś w pustyni, gdzieś w jaskini lata mu schodzą na rozpamiętywaniu życia i odgadywaniu innego, wyższego — a Ty, jak duch, siedzisz przy nim i poprawiasz knot u lampy jego czuwań i szeptasz mu do ucha przeczucia przyszłości.

Tymczasem arystokracja i demokracja zużyły się na ziemi — ludzie westchnęli ku zgodzie i jedności. Ludzie sobie przypomnieli, że kiedyś żył młodzieniec, co śpiewał o przyszłości, a później walczył za przeszłość i zginął — a zatem w tym duchu była prawda, pogodzenie przeszłości z przyszłością, one obie pojęte!

W takim stanie świata wróci Henryk pomiędzy ludzi — oni go okrzykną za przewodnika. On poezję lat młodych na rzeczywistość zamieni — on wszystkich podniesie, wywyższy, uszlachci, a nikogo nie poniży. Wszyscy się zrównają, ale na wysokości, nie na padole!

Taki pomysł. Może umrę nim go zdołam wykonać — skreśliłem go tu kilku słowami. Ten pomysł obejmuje świat cały idei, zdarzeń, czynów, uczuć, walk, namiętności. Jest to ludzkość w rozwijaniach się swoich historycznych i uczuciowych. Jest to byt poetyczny ludzkości.

W I-szej części najwięcej przeważać będzie indywiduum, w trzeciej najbardziej ludzkość. W tej trzeciej musi się wszystko przetworzyć, podnieść, pogodzić — religia, polityka, socjalność! Koniec winien być jak w Fauście, boski, nadziemski, a jednak ziemski zarazem. Tam głos Twój także słyszan będzie wśród głosów — wyżej ponad głosy aniołów!

Taki szkic mi wpadł do mózgu dziś w tych promieniach słońca, co mi obiecały na jutro pogodę i wyjazd Twój z Neapolu.

O przybądź — przybądź, Ty, Beatrice moja! A jeśli umrę wcześnie, pamiętaj o tej żądzy mojej, o tej żądzy, byś Ty nigdy nie umarła na ziemi, byś Ty zawsze pamiętaną była. Dałaś mi szczęście — o gdybym mógł dać Ci nieśmiertelność!

166. Do Konstantego Gaszyńskiego

Roma, w samą Wielkanoc 1840

Mój drogi Konstanty! Czy Dydaktyczne Poema piszesz, że na Twojej pieczątce, miasto K. G., wyczytałem D. P.? Oskarżasz mnie o milczenie; słusznie, przewiniłem, ale też przez całą zimę wciążem był w ruchu, ciągle na drodze między Romą a Partenopą, tam i stamtąd, nieraz smutny, a często chory i bardzo chory, choć nie na oczy, choć nie w łóżku, aż nareszciem się przekonał, że mam solitera w sobie. I nie ma dnia, w którym bym okropnie nie cierpiał.

Dzięki Ci, drogi, za to, coś dał Jerzemu222 dla mnie. Jerzy tu wkrótce będzie i odbiorę gościniec Twój.

No, proszę Cię, jak też nas rozrzuciły losy! Von Bilberstein223 u Persów, ty w Aix, ja w tej Romie odwiecznej! A kiedyś, nie przewidując przyszłych niebios, co nam głowy wieńczyć miały na przemian to wiankiem gwiazd, to splotami cierni, pamiętasz, jako razem, ciasnym ale silnym i pełnym braterstwa okręgiem „ery fajkowej” objęci, siedzieliśmy po długich wieczorach, rymując, figlując, tak młodzi, tak niedbali, że nie znaliśmy, co wyraz „jutro”, tylko wiedzieli, co słowo „dzisiaj”. Pamiętasz postać panny Heleny, i twarz centkowaną Jakubowskiego, ów dramat w garderobie babki mojej? Pamiętasz błonia wiośniane Opinogóry, kszyków latających beki w powietrzu, bór sosnowy koło domu leśnika, krę na Narwi — oto jest Pan Tadeusz życia naszego. Zgoła epoka, a epopeiczna, a spokojna, a tak zanurzona w oddal przeszłości, że tylko łza w naszem oku poświadcza naszym duszom, że to my, ci sami, co dzisiaj, jej wtedy doznali, w niej żyli, w wista grali, płatali figle, kochali się, skakali rubasznie i dziecinne, jak szlachta polska! Mój Ty Konstanty! Żeby nam wtedy duch jaki był powiedział, że raz ostatni na długie lata żegnamy się w Błoniu, że przez te lata długie Ty z Prowancji, ja z gruzów Rzymu do siebie pisywać będziemy, że tyle figur obcych, nieznanych, przejdzie przed naszemi oczy, niektóre w sercach ustrzegną, niektóre, jak dymy, z serc znów do widnokręgu wrócą i rozejdą się, słowem, że tak będziemy, jako jesteśmy — o mój Boże, powiedz, byłże byś uwierzył? Wziąwszy mnie za rękę, nie byłże byś strząsnął popiołu z fajki na czoło tego proroka i roześmiał się i rzekł: „Marzy się jemu”? Patrz, wszystkie rzeczywistości, widziane z oddali, prorokowane, nim się staną, noszą barwę snów i marzeń. Otóż, kiedy ci na przyszłość coś nadzwyczajnego prorokują, kiedy poezja przepowiada ci, że się ludzkość odmieni, że planeta ten się odmieni, że w anielstwo porosną syny ludzkie, pamiętaj, że to marzenie może być kiedyś rzeczywistością! Marzenie tylko tem różne od idealności, że w jednej chwili całość chwyta i stawia przed oczy, kiedy realność tę samą całość snuje dniem po dniu, nitka po nitce i z wolna ją przeprowadza, bez skoku, do najwyższego szczebla. Poezja o kwadrach księżyca nie wspomina, jedno go zna zawsze pełnym; natura tylko przez kwadry dochodzi do pełni!

Piszę to z rana, przy odgłosie dzwonów, grzmiących od kościoła świętego Piotra, wołających na mszę Zmartwychwstania Pańskiego. Za dwie godzin papież wyjdzie na ganek bazyliki i stutysięcznemu pobłogosławi ludowi dwoma słowy: „Urbi et orbi!224”. Z okna mego, nad samym Tybrem sterczącego, widać wielką przestrzeń zielonych na tamtym brzegu rzeki ogrodów, a za niemi zamek świętego Anioła, a dalej na wzgórzu Watykan i Święty Piotr. Widzę białą obsłonę, chrześcijańskie velarium, zarzucone w kształcie baldachimu od szczytów ganku do połowy perystylu kościoła. Dzień pogody błękitnej, lecz nie rażącej, bo niebo tak cienką warstwą wyziewów przesłonione, jak dźwięk w głosie kontraltowym. Bazylika wieków stoi mi przed oczyma, choć z daleka; mogę rozeznać każdą kolumnę, każdą framugę, posąg każdy, tylko ludu na dziedzińcu nie widzę, tylko gwarów jego nie słyszę; za daleko, ale tem lepiej. Sam jeden wśród pustyni widnokręgu wznosi się przede mną ten posąg granitowy Boga, ten świat kamienny, zwany kościołem Piotra. I czuję, jak wszystko naokół gotuje się i garnie ku chwili Zmartwychwstania Pańskiego. Lecz dziwnem myśli wysnuciem co chwila inny obraz staje między mojemi oczyma a Świętym Piotrem: obraz łąki zielonej, rowu, pełnego niezabudek, rosnących wśród pokrzyw, olszyny, rozsypanej po bagnie za rowem, i drewnianego kościółka, w którym przed laty wyśniła się Wielkanoc mnie, dziecku. A później koło tego kościółka nieraz polowałem, zda mi się, że z Tobą nawet, pod Ciechanowem, w bok od Opinogóry. Tam dziś także pełno ludzi, tam dziś skowronek śpiewa, słońce wiosenne świeci nad równiną wielką!

Mnie smutek zabił, mnie gorzkie koleje,

Mnie gwałt namiętnych, nieskończonych marzeń,

Mnie krok leniwy ognuśniałych zdarzeń,

Co wyrwał z serca nadziei nadzieję.

Jam pił zanadto z krynic, mętnych łzami,

Za dużo trumien przeszło mi przed wzrokiem.

„Czekaj!” świat wołał. Rok ciągnąc za rokiem,

Świeżemi co dzień witał mnie trumnami.

Wszystko, com marzył, w ziemi pogrzebałem,

Snów moich krzyże sterczą tam, po błoniach,

Gdzie blade jeźdźce śpią przy śpiących koniach

Z orłem na piersiach, sennem, krwawem, białem,

Gdzie leżą w popiół rozsypane chaty,

A w bagnach rosną niezabudek kwiaty,

I czajka woła, jak wprzódy, na dzieci,

I słońce cicho nad równiną świeci.

O, pójdźcie, pójdźcie przez rodzinne sioła,

Przez łąk moczary i przez zbożów łany,

Tam w kłosie każdym szemrzą ziemi żale,

Tam lilia polna o zemstę zawoła,

etc. etc. etc. etc.

Odczytałem niedawno Pana Tadeusza; to epopeja. Znam trzy epopeje wielkie: Iliadę, Don Kiszota i Pana Tadeusza, który jest środkującym zlewkiem Odyssei i Don Kiszota.

Rad jestem temu, żeś się zapoznał z Jerzym. Jest to dusza, jakich rzadko, koniecznie oddychać pragnąca poświęceniem, jak każdy inny powietrzem. Znam go od pieluch prawie, nieraz wpływałem, zdaje mi się, na jego rozwijanie się. Mam k’niemu coś podobnego do uczuć ojca dla syna, przynajmniej niektóre myśli jego są dziećmi memi. Pisze do mnie, że przyjedzie tu pierwszego maja.

Zapewne, Konstanty, nie gniewasz się na mnie za moje milczenie? Nie wątp nigdy o przywiązaniu mojem! Dobrześ zrobił, że kazałeś w Poznańskiem drukować, bo, co w Paryżu wychodzi, to rzadko dochodzi. Odpisz mi tu, do Romy, tylko niebawem. Donieś, czy wyszła Lilla Weneda, znowu Irydionowi poświęcona, jak Balladyna? Pisał do mnie Juliusz bardzo smętny list, choć udający, że nie smętny, z powodu krytyk. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, wy się na nim nie znacie; przyjdzie czas, w którym się poznacie. Wszyscy krzyczeli na Byrona, wszyscy na Fausta, wszyscy na pana Adama, że ciemny — a dziś dzieci go rozumieją, bo, co się przeprowadza w mózgu ojców, to do serc dzieci przechodzi i rodzi się z niemi instynktownie.

Ciągnij dalej Twoje tendre attachement225, zobaczym, pod jakim się rozrośnie kształtem. Co do mnie, Konstanty, o ile podobna na ziemi, o tylem szczęśliwy nieraz, a nieraz nieszczęśliwy. Nie inaczej płynie tajemnica życia!

Teraz idę wziąć na głowę: orbi et urbi!

167. Do Romana Załuskiego

Rzym, 13 maja 1840 r.

Drogi Romanie! Na żaden sposób nie mogę uznać za prawdę i słuszność niesprawiedliwości wyrządzonej przez publiczność Juliuszowi. Zapytam się: w czem go nie rozumieją? Ty pierwszy powiedz mi, czegoś w nim nie rozumiał?... Pięć jest jego przedniejszych dzieł, o nich pomówię chwilkę: Ojciec zadżumionychSzwajcariaWacławAnhelliBalladyna.

Pierwsze ma w sobie potęgę laokoońską boleści, tylko, że nie rzeźba, ale farby malarskie użyte do wydania myśli. Drugie jest tak prześlicznie idylliczne a zarazem tragiczne, tak oderwane a zarazem prawdziwe, że nic podobnego o miłości marzonej nie znam w żadnym języku. Są tam takie szklistości, takie przezrocza, takie bańki tęczane, takie wieńce świeżych wiszeń nad główkami śnieżnych gołębi, takie przymilania się do natury szwajcarskiej, nachylania się gór i słupów z lodu ku sercu, które kocha i szczęsnem jest, że czytając zdarzało mi się wykrzykiwać po sto razy w duszy: „Niech go diabli porwą! Kto po nim potrafi wiersze pisać! Trzeba bezczelnym być, by brać się do pisania wierszy po przeczytaniu wierszy Juliusza!” I to instynkt był mój, wrażenie, na mnie wywarte, nie żadne rozumowanie. W Wacławie spowiedź pełna motywów tak pięknych, jak rzadko. Charakter Wacława, przejęty z ręki konającego Malczewskiego, dociągniony, dorysowany, domalowany, jak na wielkiego mistrza wypada. Byron lepiej by nie był potrafił, to też całkiem byrońskie.

Teraz o Anhellim. Zaprawdę, trzeba potęgi uroczej, genialnej, nadzwykłej, by Sybiru otchłań tak wystroić w alabastry śniegów i sine oczy gwiazd. Gdym czytał, wzdychałem, tęskno mi było — żal się mnie, Boże — do Sybiru! Przez kilka nocy Sybir śnił mi się, jakby Eden melancholijny. Wiesz, że mówią, iż czasem duch samobójstwa niesłychane obiecuje rozkosze, szepta do ucha, i łudzi, i nęci, i porywa. Otóż piekło Sybiru nie przestając być piekłem, przybrało w Anhellim taką ułudę dziwną, prześliczną i straszną, okropną i ponętną zarazem. Tak samo w splotach węża jest lubieżność jakaś, pociąg niepojęty, magnetyczność, porywająca ptaszki. Juliusz w takiego węża przemienił Sybir i lgnąć doń kazał duchom czytelników. Cechą niezawodną, piętnem jego poezji jest owa cudowna mieszanina, złożona z wstrętu i ponęty — ów urok panteistyczny, co razem każe Twoim stopom cofać się od przepaści a głowę Twoją ku niej podaje i serce nachyla, aż Ciebie całego zrzuci w głąb — ta barwa nadzmysłowa i zmysłowa zarazem, która Ci ducha powleka, ile razy spojrzysz w noc gwieździstą, w noc wszechświata, zasianą światami. Ciekawość, pragnienie wiedzy, żądze niebotyczne porywają wtedy umysł. Rad byś rzucił się i pływał w nieskończoności, aż tu trwoga Cię obejmie zarazem, zmysły Twoje cofną się przed temi ogromy, pomyślisz o nich i mózg Ci się zawróci — a jednak w tejże samej chwili znów uczujesz, że chciałbyś na zabój przez wszystkie drogi mleczne dostać się do Boga, rozpłynąć się, nie być i być zarazem, topić się, czując, że się topisz, czując wiecznie, że się topisz w błękicie. Z tego to głównego akordu, raczej tonu, rozwiedzionego po całym duchu dzieł Juliusza, wypada ich forma, raczej rozprzęgliwa, niż skupliwa, raczej odśrodkowa, niż dośrodkowa, raczej malownicza, niż kująca rzeźbę, raczej muzyczna, niż malownicza, raczej szukająca Boga, niż mówiąca dogmatycznie o wynalezionym słowem jednem, raczej panteistyczna, niż katolicka! Ale bo też panteizm jest niezawodnie połową jedną życia, natury, sztuki, wszechświata, Boga!

Panteistyczny kierunek jest wszędzie, ale nie sam jeden. W tem błąd, mieć go za jedyną prawdę; w tem prawda, mieć go za prawdy połowę. W duchu Mickiewicza przewaga na stronę indywidualizmu, osobnika wiary uosobiszczonej, energii, skupienia, środka, co w się wszystkie zebrał promienie okręgu. W duchu Juliusza zupełnie przeciwnie. Przewaga na stronę nie podmiotu ale przedmiotu, nie indywiduum, ale świata, nie jedności, ale rozmaitości, nie środka, ale peryferii. Stąd Mickiewicza postacie są rżnięte w opoce z granitu, olbrzymie są, architektoniczne, wzniosłe (sublimes, grandioses), Juliusza zaś wdzięku niesłychanego pełne, uderzające wonią, błyskające, świecące, jak tęcze, wieczną tęsknotę zostawiające w duszy, ale przy tej tęsknocie pewność, że były, przesunęły się i gdzieś odleciały i nigdy nie wrócą; on im przypiął skrzydła, posłał je za gwiazdy stałe, za konstelację Oriona, poza drogi mlecznych pyłów... Gdzież one teraz?... Kiedy tymczasem p. Adam, owszem, z nieba każe zstępować swoim i tak je dłutem przybije do ziemi, że z nią się zrosną i na niej posągowo zostaną na zawsze. I on, i Juliusz są dwoma mistrzami, ale dwóch sfer innych, niby to przeciwnych na pierwszy rzut oka, tymczasem zupełnie z sobą harmonijnych a dążących do zlania się razem; a gdy się zleją, wtedy będzie mistrz trzeci. W naszej literaturze konieczność była Adama, jest Jula, będzie owego trzeciego kiedyś. Wcale Juliusza nie mam za zwierzchnika Adama, ale mam go za jego logicznego następcę. Mógłby Adam jeszcze dzieł wydać wiele, ogromnych, najwznioślejszych (i wierzę, że tak będzie), tyle, ile już ich pokazał światu, a zawsze by duch Juliusza był i pozostał dalszem rozwinięciem się, koniecznie potrzebną wynikłością ducha Adamowego, choć wrzkomo zdaje się z nim walczyć. W tem jest optyczne złudzenie chwili. Gdy się oddali świat od dni naszych, może temu przeczuciu mojemu prawdę przyznają. Mickiewicz na zawsze zwać się będzie stwórcą; on zastał chaos, on rzekł w naszej literaturze: „Światło, stań się!” By z rozerwanych, samopas chodzących atomów coś stworzyć i ukształtować, trzeba tej siły, wszystko do środka kierującej, wszystko osadzającej na dół, wszystko, co płynne, zmieniającej w kryształ. Mówią, że z wyżyn atmosfery błąkające się gazy opadły na ziemię w kształcie granitowych skał: to kości planety, jądro jej, energia jej. Tem samem Adam w świecie duchowym Polski: w nim siła tytańska, to Michał Anioł nasz. W oczach posągu Mojżesza, któremu roztłukł młotem kolana Michał Anioł, mówiąc: „Adesso parla!226 — jest coś, przypominającego oczy Mickiewicza.

Ale teraz planeta, choć ma granit i marmur, choć nad tym granitem i marmurem świeci światło białe, jeszcze nie jest zupełnym, całkowitym. Muszą rododendrony zakwitnąć na granitach, musi światło białe rozpaść się na siedem barw tęczy, i znów z posady tej kamiennej, tytańskiej, z tej planety, którą zaokrągliła siła skupień, muszą ku niebu rozlecieć się wonie, wiązki kolorów, piany wodospadów, wyziewy dolin, chmury, coraz wyżej, wyżej powracające w niebo, aż zginą przed oczyma — i tam gdzieś, gdzieś poniosą wieść o tem, że świat nowy stanął i bieży w przestrzeni. Takim gońcem świata od światów wszystkich, takim powrotem stworzonej rzeczy do okręgu niebios, w naturze samej już jest dźwięk muzyczny, pochodzący z drgania ciał i niszczenia się pewnych atomów w ciele drgającem; w duchu ludzkim jest kierunek panteistyczny (la facette panteistique); w literaturze polskiej — Słowacki.

W Balladynie masz tego najoczywistszy dowód. Jest to najpiękniejszy midsummer-night’s-dream, najprześliczniejsza epopeja, ale nie homeryczna, jak Pan Tadeusz, tylko ariostowska, sama z siebie żartująca, pryskająca na wszystkie strony fantasmagorią, kapryśna, swawolna, a zawsze i wszędzie przyciągająca, wijąca się w górę, jak Goplana, by się roztopić i zniknąć, aż ci, co patrzyli a teraz już nie widzą nic, tęsknić muszą na zawsze. A Pan Tadeusz zupełnie przeciwnie: Wojski, Podkomorzy, Assesor, Telimena, na wieki osiadły tu, są tutaj, przy mnie, ze mną, znam ich, jem, piję z nimi; nie tęsknię za nimi, bo w każdej chwili mam ich: tak ich mistrz w mózg mój wrył, że, choćbym chciał się od nich rozdzielić, nie potrafię. Jeszcze raz: wykuł ich z granitu. Ale gdzież pójdę szukać Anhellego? Kto mi wskaże nadpowietrzny szlak, kędy raz ostatni westchnęła dusza odlatująca Haliny, biednej Haliny, co wczoraj jeszcze zasypiała, tak szczerze prosząc Boga, by jej malin nie skąpił na murawach boru? A ta sroga Balladyna, z czterech wierszy legendy gminnej wysnuta, Królem Learem i Lady Macbeth popchnięta — ta przejrzysta zbrodnia, zawierająca w sobie wszystkie błędy i cudne przymioty Polek wszystkich — ta Maryna Mniszchówna bajeczna, ta odważna, śmiała, nade wszystko dumna, ale, kiedy już królową, chcąca zostać aniołem i żałująca grzechów Laszka — czy wiem, gdzie szukać nawet jej popiołów, rozbryzgniętych uderzeniem piorunu?... Sen był — sen minął. Ach, gdzież sen mój?... A ten Kirkor „coby był Zbawcę zbawił na Golgocie”, czy to nie monada najprawdziwsza idealnie szlachcica polskiego?

Trzeci przyszły kierunek literatury naszej zapewne się objawi w doskonałem urównoważeniu tych dwóch wyłącznych kierunków. Wracając do analogii z planetą, można by powiedzieć, że właśnie jego całość na tem zależy, że doskonale umiarkowane są w nim: potęga skupienia do środka i rozprzężenie od środka. Pierwszej wyłącznie go oddać, a skamienieje, drugiej, a rozleci się i roztopi. Trzecia więc musi być siła-spójnia. Ale znowu ta trzecia nie może być bez dwóch pierwszych, ni druga bez pierwszej, ni pierwsza bez wydania drugiej, ni obie bez dążenia ku trzeciej. Każda z nich jest warunkiem drugiej, a wszystkie między sobą równe, bo żadna bez którejkolwiek z drugich dwóch istnieć nie może. Z tego wypada, żem Juliuszowi żadnej nad Adamem wyższości nie myślał dawać, kiedym go nazwał następcą Adama w logice naszej literatury: mam go za równego — czas usprawiedliwi lub potępi to zdanie moje — ale tak za równego, że Mickiewicza siła nie jest jego siłą, ni jego siła nie jest Mickiewicza siłą. Czego jednemu brak, to drugi ma, a co z nich każdy ma, to posiada w najwyższym stopniu. Styl, którym włada Juliusz, jest tak giętki, tak wierny jemu, tak niewolniczo słuchający go, że mi czasem przypomina ten wiersz p. Adama, w którym mowa o „heroizmie niewoli” w chłopie słowiańskim. Nie sposób z językiem i z wierszem trudniejszych dokazywać cudów. Chyba tak Liszt gra, jak on wiersze pisze. Gdyby słowa języka polskiego mogły stać się idywiduami, powinny by się zebrać i złożyć się na posąg dla Juliusza z napisem: „Patri patriae227, bo język wtedy byłby całą ojczyzną. Tak nie jest: prócz języka wiele innych jeszcze pierwiastków jest w ojczyźnie; z tych niektóre mogłyby także taki sam posąg postawić Adamowi.

Gdyby publiczność była Juliusza wyniosła pod obłoki, byłbym, krytykę pisząc, wspomniał o tem, co w nim jest słabością, usterkiem, niedokończeniem, dysharmonią. Ale to wam zostawiam, którzy na to otwarte oczy trzymacie. Wy to jemu powiecie, powtórzycie. Zresztą on o tem sam wie, inaczej nie byłby wielkim poetą. Cerevisiam bibit — sententiam dixit228. Możesz to o mnie powiedzieć, jeśli chcesz. Co piszę, to z przekonania. Takem się tym długim krytycyzmem zmęczył, że kończę list na dzisiaj. Co mogę, przesyłam Ci. Odpisz mi jeszcze do Rzymu. Addio. Wierzaj, że, jak było, tak jest między nami, teraz i na zawsze. Twój

Zygmunt.

Jeszcze dodam uwagę. Im bardziej zapatruję się na literaturę polską, tem bardziej się przekonywam, że w równi się trzyma co do poezji z resztą Europy. Żaden europejski lud dziś nie ma takiej epopei, jak Pan Tadeusz. Odczytałem go niedawno. Don Kiszot tam się zlał z Iliadą. Poeta stał na przesmyku między znikającem tem plemieniem ludzi, a między nami; nim umarli, widział ich, a teraz ich już nie ma. Właśnie to jest stanowisko epopeiczne. Dokonał tego Adam po mistrzowsku: to plemię umarłe uwiecznił, ono już nie zaginie. Temu lat sześć czytając Pana Tadeusza, nie pojmowałem całej jego wielkości, dziś biję czołem i mówię: to jest epopeja. Więcej powiedzieć ni można, ni potrzeba.

168. Do Adama Sołtana

1840, Karlsbad, 27 lipca

Gdybym wczoraj był list Twój odebrał, nie mógłbym był nań odpisać, bo nagle rodzaj jakiejś cholery wpadł na mnie, i po dwunastu godzinach ciągłych fenomenów cholerycznych, w rozmaite kierunki się objawiających, nad wieczór prawie już bez zmysłów leżałem. Doktór przywołany dał mi tęgą dozę opium i to wróciło do sił. Jednakowoż dotąd jeszcze co chwila dzielę się na nudności i na anty-nudności, i czuję się bardzo osłabionym. Wczoraj aż do dwunastej w nocy leżałem ciągle z myślą, że mnie diabli wezmą, a powiem Ci, żem wcale się nie lękał. Żałowałem tylko, że już nie zdołam obaczyć tych, których kocham: Konstantego, Ciebie, mój drogi Adamie, i jeszcze kogoś! Lecz tak około północy zacząłem się pocić i myśl śmierci odeszła ode mnie, uczułem, żem przemógł chorobę. Tu już kilka takich od tygodnia było przypadków. Od dawnam już tak gwałtownie nie chorował; pamiętasz, od tej gorączki mojej w Neapolu, temu półtora roku!

Kiedym Ci pisał, że dla mnie lepiej nie być w Wiedniu, chciałem wyrazić, że muszę być gdzie indziej i to jak najprędzej, a jak tylko człowiek przekonany, że musi coś czynić, wtedy zrealizowanie tego przekonania, może nazwać słowem lepiej, nawet mógłbym tu zamiast wyrazu mus położyć powinność. Wierz mi Adamie, że gdyby nie to, nie pewna powinność, nie pewien obowiązek, mnie tylko znany, tobym całą duszą natychmiast pogarnął się ku Wiedniowi, a raczej ku Tobie! Co zaś do niebezpieczeństwa, o którem napomykasz, domyślając się, jakoby w bojaźni przed niem leżała przyczyna moich Wiednia omijań, przecież znasz mnie dość na to, by wiedzieć, że nie dbam o nie, że nigdy nie dbałem, że, jak dla marnego głupstwa, myślę, że dzieciństwem jest na nie się narażać, tak skądinąd uważam, że dla dobrego i świętego uczucia byłoby podłością przed niem się cofać. Zresztą takie niebezpieczeństwo nie spada od Ciebie na mnie, nigdy przynajmniej o tem nigdzie wzmianki najmniejszej nie słyszałem. A to, Adamie, żem nigdy nie oznaczył Ci miejsca na spotkanie, pochodzi z bardzo prostej przyczyny: z tej, że wiem, ile każda droga byłaby uciążliwą Twojej kieszeni, i mnie, raczej mnie, należy do Ciebie, niż Tobie do mnie zjeżdżać. Lecz, kiedy nie mogę, to nie mogę. I przeszłego roku byłem w podobnem położeniu, to jest goły; nie o tyle, bym nie zdołał tam się obrócić, gdzie mi trzeba było, ale o tyle, że nadłożenie drogi do Wiednia byłoby mi już szeroką dziurą w mieszku i przeszkodą jechania dalej. Miej więc mnie za wytłumaczonego i kochaj ciągle, i wierz, że z całego serca Cię kocham, i wierz, że się zobaczymy czy dziś, czy jutro, czy pojutrze, ale się zobaczymy niezawodnie. Pamiętaj, by list księżnej był koło dwudziestego w Warszawie pod adresem mego ojca, bo dwudziestego siódmego tam przybędzie cesarz.

Proszę Cię, gdybyś przypadkiem spotkał Adasia229, (może przez Wiedeń jechać będzie), to mu powiedz, by z rzeczy u niego zostawionych przesłał mi pod adresem Torlonia a Roma, przez kuriera jakiego kancelarii austriackiej: Sen nocy letniej, który jest oprawny; on jeden jest oprawny, kiedy reszta, ile pamiętam, nieoprawne. Dwa przypadki być mogą, bo mi się myli w pamięci: albo to się zowie Sen nocy letniej, albo tylko On lub Ona, ale pozna najlepiej po tem, że oprawne. Gdybyś zaś sam wiedział, gdziem to On zostawił, to mi wyjm i poszlesz, czy teraz, czy później do Romy. Powiedz mu także, że przed wyjazdem z Romy list ogromny do niego pisałem do Edynburga, pełny popiołów Napoleona. Te popioły, ten pogrzeb morski, ten bryg, zamieniony w jarzącą kaplicę, ten lud wielki, czekający na brzegu, to jedyna chwila epopeiczna czasu naszego! Nieraz widzę w myśli te zwłoki, tę trumnę po mórz nieskończoności. Przepowiedziano było, że powróci: wszak wraca! Cóż stąd, że prochem tylko, kiedy w prochu tym jest życie wieczne! Szczęsny ten, czyj duch powracać może do ojczyzny, choć ciało jego zasnęło od niej daleko! Szczęśni pamiętani przez ród ludzki! Miłość jest chwałą ukochanych u kochających; chwała jest miłością u rodu ludzkiego. Szczęśni ci, w których ludzkość się zakocha! Ale i to serce szczęsne, które choć w jednem innem sercu na ziemi znalazło chwałę swoją!

Nim stąd mnie porwą losy, jeszcze do Ciebie napiszę. Są tu Braniccy; tą razą nie spisałem się, jak niedźwiedź, owszem, rozmawiałem długo z panną Elizą; zdaje się słodka i dobra bardzo osoba, życzę jej z serca, by była szczęśliwą na ziemi. Twój Zygmunt teraz i na wieki.

169. Do Delfiny Potockiej

31 lipca 1840, Karlsbad, 10-ta w nocy

Najdroższa moja! Gdzie mi już pociechy szukać, jeśli nie w sercu Twojem! — Coraz moje położenie się pogarsza. Już mój ojciec nie chce gadać ze mną. Pierwszy raz w życiu mogę go o niesprawiedliwość względem mnie oskarżyć. Rozdarłem sobie serce własnemi rękoma. Opuściłem Ciebie, żeby tu przyjechać. Widziałem karetę z Pilawą, wyjeżdżającą z Wiese, a zostałem tu przy nim. Chodziłem z nim, gdzie chciał, przełamałem wszystkie moje wewnętrzności, by przybrać zewnętrzność, która by mu się podobała, ale to wszystko na nic się nie zdało, na nic; o tylem tylko mu synem, o ile bym pannę El.230 wziął za żonę. Już mi się dzisiaj rozchorował i leży; ja cały dzień przebyłem zamknięty w moim pokoju. Źle mi, gorzko, ponuro, czasem wściekle; wzdycham do Ciebie, chciałbym w tej chwili wyjechać i proszę Boga, bym jak najprędzej wyruszył stąd. Wszystko, co mnie otacza, przybrało dla mnie barwę obmierzłą, obrzydliwą. Dusza moja zacznie chorować. Już Opinogóra wstaje z przeszłości i za gardło mnie chwyta, dusi! Już spleen, który Ty wygnałaś ze mnie, na nowo, jak zły duch, chce mnie opętać. Ten Karlsbad to piekło. — Targam się, jak człowiek skuty łańcuchy. — O Dialy, bardzo mi źle jest. Wieczorem poszedłem sobie na górę z tamtej strony Wiese, przeszedłem obok kaplicy żałobnej i czarnej, jak ta, której się ulękłaś, jadąc na ponym i wracając nieznaną Ci ścieżką ze wzgórzów za Villą Borghese do Porto del Popolo. Wstąpiłem w góry, w las — stamtąd cały Karlsbad ujrzałem u stóp moich i góry boczne, okryte borami. To mi Frejburg postawiło przed oczyma serca. Musiałem usiąść na murawie, tak mi się słabo zrobiło; usiadłem i płakać zacząłem. Zdało mi się, że słyszę Twój głos: „Nessun maggior dolore231” etc. O Ty droga, kiedyż ja się dostanę do Ciebie, kiedyż ścisnę Ci rękę, kiedyż krzyknę: „Patrz, oto wróciłem!”.

Nie, nie! Duch mój do bladych niebios nie stworzony. Krew moja zastyga mi w żyłach i marznie pod temi szaremi chmury. Bóg mnie napełnił miłością niepodległości, miłością błękitów nieskończonych, czy nieba, czy morza, czy lądów południowych. Nie, nie! Żyć tylko tam zdołam, gdzie Ty, a nie indziej. Te wszystkie postaci kobiece nienawistne mi. Olalczyły mnie dokoła. Ja kobiet nie cierpię, ja tylko anioły kochać mogę, ale matki, jak baryły, ale córki, jak śpiące, nierozwite jeszcze widma stworzeń przyszłych, nie rzeczywiste Boga stworzenia — to nie mój świat, to nie moja wiara, to nie kochanie moje. Ci wszyscy ludzie tylko w mięsie się kochają. Rzuć im poziomek kwartę na misę śmietany i postaw z daleka, niech myślą, że to twarz, wnet zakochają się, starać się będą, zamienią pierścionki, ożenią się z talerzem poziomek! I oni o piękności rozprawiać będą, oni, którzy nie domyślają się nawet, że dusza coś znaczy w kobiecie, oni co nie wiedzą, co piękność znaczy na ziemi i w niebie!

Daruj mi, Panie Boże! Ja wiem, że mnie zabijają i że do tego świata ich nigdy się nie zapiszę, dopóki będzie mi aniołem stróżem coś wyższego, niż krawiec, szewc, praczka lub modniarka. Didysz, módl się za mnie! Ty teraz bardzo nieszczęśliwa, lecz wiesz, że ja nie mniej. Serce moje mnie uwiodło, wyobrażenie powinności mnie pchnęło w tę drogę. Głupstwom zrobił, żem tu przyjechał. Nie żałuję go, bo, ile razy uczuję powinność i dopełnię jej, mam w sobie samym sąd o moim czynie, i ten sąd mój własny może zrównoważyć wszystkie przykrości, skądinąd na mnie spadające, ale, po ludzku mówiąc, głupstwom zrobił. Będzie mi to nauką niezapomnianą. Teraz tylko o to chodzi, by tę naukę jak najprędzej skrócić, bo jużem na studenta za stary. Kochaj mnie, myśl o mnie — broń się od tego Szatana, pisz do Genui!

Żebyś wiedziała, jak Cię kocham, tobyś mnie więcej jeszcze ukochała.

Twój Zyg.

Wyobraź sobie, jeszcze przy tem wszystkiem pani B.232 list rozpaczny, pełen wyrzutów do mnie pisze i wzywa mnie, bym przyjechał się z nią widzieć na Helgoland!!! Już nie wiem, gdzie głową się rozbić.

170. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego

Karlsbad, dnia 4 augusta 1840 r.

Drogi mój, drogi Edwardzie!

W styczniu czy w lutym pisałem do Ciebie list ogromny, wyłuszczający Ci ogólnie systemat Historiozofii Augusta Cieszkowskiego, który wydaniem wstępu do historiozofii ogromnie berlińskie mędrce zbudował, i całkiem Heglowi dowiódł, iż sam nie umiał swej własnej logiki do historii zastosować.

Nie wiem czy ten list mój doszedł Ciebie. Jeśli doszedł, toś mi zapłacił za niego milczeniem; bylebyś nie zapomniał duchem o mnie, przystaję na Twoje milczenie, bo z niego ciągnę dowód, żeś szczęśliwy. Gdybyś był smutny, gdyby ciężar niewidomy gniótł Ci serce, ozwałbyś się przecie wtedy do przyjaciela? Teraz z Włoch tu przyjechałem widzieć ojca, i za dni kilka do Włoch wracam.

Rozpiłem się, Edwardzie, Południa błękitami; błyszczą tam gwiazdy, których nigdzie indziej nie zobaczysz. Księżyc tam, jak dziewica niebios, słońce, jak archanioł potęgi, Rzym, jak archanioł zwalony, leżący na ziemi, śródziemne wody Neapolu, jak toń wieczności, ale szczęśliwej, ale wielkiej! Sycylia, jak królestwo marzeń wcielone w kształt, równy pomysłowi tych marzeń. A pod tym wszystkim dantejskie piekło, buchające czasami kraterem — Wezuwiusza, Etny, Stromboli! A nad tym wszystkim przesłona dzika i pełna żałoby — czyściec dantejski, unoszący się w powietrzu między grobami, na których kwiaty rosną i migają lucjole, a niebem, gdzie drugie lucjole świecą! Lucjole pana nad pany, muszki wszechświata, świętojańskie robaczki przestrzeni; a tam, gdzie one na mlecznych drogach oparte, raj się poczyna, raj niedojrzany, w którym Beatriks niewidzialna mieszka! A cień, odbłysk jej, mara jej, czasem przesunie się na dole, czasem odbije się w magicznym zwierciadle niebios, w tym zwierciadle zwanym włoską ziemią!

Tak więc z tych słów byś sądził, o Edwardzie, że mi serce, jak grób rafaelowski Marii, porosło w kwiaty, że duch mój cały przetkał się gwiazdami! Nie, Edwardzie, bo posępne lice świata, ogółu smutek moje indywidualne uniesienia gasi, zabija i niszczy, i sam zresztą zawszem taki sam, jakim mnie znałeś. Błąkam się, i błądzę, i szukam, i czasem, gdy piosnkę zaśpiewam, to taką:

O, nie mów o mnie, gdy mnie już nie będzie,

Że ciebie tylko goryczą zraniłem,

Bo ja goryczy kielich także piłem

Zawsze i wszędzie!

O, nie mów o mnie, gdy mnie już nie będzie,

Że tobie tylko los życia popsułem,

Bo własną dolę sam także zatrułem

Zawsze i wszędzie!

Ale mów o mnie, gdy mnie już nie będzie,

Że Bóg jest dobry, że mnie schował w grobie,

Bo tobie byłem nieznośny i sobie

Zawsze i wszędzie!

Ale mów o mnie, gdy mnie już nie będzie,

Żem żył na ziemi dzikim ducha szałem,

Bo z serca ciebie, choć gorzko, kochałem

Zawsze i wszędzie!

Możesz tym słowom, co się pod niebem włoskim urodziły, kazać dorobić muzykę jaką ukraińską — muzykę, brzmiącą jak ten wiersz Malczewskiego:

I smutno, pusto, tęskno w dzikiej Ukrainie!

I zawołaj kozaka, i każ mu grać na teorbanie i śpiewać tę piosnkę moją, i wspomnij wtedy o sercu, które znasz, które znałeś dawniej, bo jego prawda jest w tych słowach.

Tak, drogi mój! Noszę głęboką nędzę wszędzie w sobie, jak król, choć w pewnych chwilach potrafię się ubrać w purpurę wieczorów, w księżyce nocy, w błękity i muśliny pian mórz włoskich... Coś mi pod tymi szaty serce wyjada!

Darmo głaskam owe żmije rodzinne, darmo się ich proszę, by mi krwi mojej nie piły — one mleka nie chcą, one krwi mojej wiecznie żądają! I tak dalej idę, cisnąc pod szatą poezji owe gniazda robaków, i gdybym je wyrwał, toby i serce poszło za nimi. Epaminondas pod Mantyneą skonał, gdy wyrwał z piersi włócznię, co mu pierś przeszyła!

A nieraz wśród dolegliwych bólów życia, wśród wiatru i gradu moralnego, co chłosta mi ducha, zjawia się przede mną widzenie Ciebie, szczęśliwe, błogosławione! Widzę dom piękny na stepach, widzę dwojga duchów spokojnych, nie martwością osłupienia, ale pokojem wzniosłym serca i duszy, w jednym domu, w tym domu żyjących. Widzę Ciebie i żonę Twoją, i wtedy błogosławię wam z daleka i proszę za wami chmur świata, by nigdy z żadnej widnokręgu strony nie przeciągały nad dachem waszym. Edwardzie, odpowiedz mi choć słów kilka, powiedz, że dobrze czynię, gdy modlę się o nieskończone przedłużenie szczęścia Twego! Powiedz, żeś szczęśliwy, a gdy to przeczytam, miło mi będzie, miło, błogo, rozkosznie, tęskno do Ciebie, do domu Twego, do stepów Waszych.

Teraz, jeśli chcesz co o stanie filozofii wiedzieć, powiem ci, że dr. Leo z Halli, doniósł na hegelistów zupełnie takie samo zaskarżenie, jakie przed wiekami zaniesiono przed areopagiem na Sokratesa, o obalenie religii, o przeczenie bogów nieśmiertelnych, itd. itd. Przeczytaj na Sokratesa skargę — słowo w słowo to samo. Otóż po wyjściu tej skargi, tego doniesienia, z kilku katedr zaczęto rugować Hegelistów, wydawaną przez nich gazetę w Berlinie impedymentami różnymi trudzić i obarczać. Michelet, ich głowa, wziął się zatem tego roku do kursu „O nieśmiertelności duszy i osobistości Boga”. Ciekawy to będzie kurs, jeśli go wydrukuje. Widziałem jednego z słuchaczy, ale niewiele mi powiedział o tym; podobno sam nie zrozumiał nic. Moim zdaniem, tych dwóch punktów szkoła heglowska nigdy nie rozwinie, nie dowiedzie, nie postawi marmurowo na nogi. Jak powiada słusznie Cieszkowski o niej, logika tylko pozostanie wieczną jej prawdą, a logika to tułub! Tułub już jest, ale gdzie głowa i nogi?... Otóż w rzeczy samej głowy nie ma w heglizmie! Hegel mógł stanąć, bo był nieśmiertelnym, mógł się rozradować w pysze logiki, mógł, kończąc Encyklopedię w rozdziale o absoluten Geist233, udawać, hipokryzować, dyskurować o anegdotach indyjskich, by nigdy nie dojść do głównej kwestii — by spokojnie umrzeć, nie rozstrzygnąwszy tego, co mu nie danym było rozstrzygnąć, tj. nieśmiertelności i Boga! Bóg tylko jak Allgemeinheit234 pojęty, Bóg heglowski, Bóg li tylko panteistyczny jest taką wyłącznością, takim tylko jednym terminem, jak Bóg li tylko osobisty, li pojedynczy, odłączony od wszechświata. Idzie teraz o zlanie tych dwóch bóstw w trzecie, równie osobiste, jak panteistyczne, równie wszystko obejmujące, jak siebie samego. W Trójcy naszej najdoskonalszym punktem jest Duch Święty. Czekaj na niego w filozofii — nie nadszedł jeszcze. Nie hegelisty go odkryją, ale przyjdzie i świat padnie przed nim; z samej logiki to wypada. Lecz teraz Ci jeszcze i to powiem, że przyjdzie czas, w którym duch ludzki zapragnie logiki! Logiki — bo każda logika uznana staje się skutkiem, faktem, fenomenem; póty tylko jest przyczyną przyczyn, póki nie odkryta, póki na jaśnią nie wyrwana!

Ja to czuję, że świat ten jeszcze nie doszedł do uzupełnienia się swego. Ni myśl mu wystarcza dotąd, ani też wiara i przeczucie, ale stan jego jest stanem, gdzie przepaść przed myślą, przed rozumowaniem stoi czarna i głęboka. Tam skacz, jak Kurcjusz, z wiarą, z natchnieniem, z lutnią o złotych strunach! Tam bądź poetą, prorokiem, tam przeczuwaj, tam miej widzenie. Kiedy lutnia śpi i nie sposób jej obudzić, gdy serce nie bije, gdy oko ducha nie zdoła przewidzieć — wtedy bierz myśl i dochodź; mierz, snuj, pającz się, a czy tak, czy owak, ciągle, wiecznie idź dalej! Lecz nigdy nie mów myśl tylko i nigdy nie mów serce tylko, lecz owszem, i myśl i serce; a pierwszą kuj w wszechświat jak kroplą w granit, drugim kochaj, i w tej chwale miłości patrz na wszechświat, zgaduj, jaka ostateczna będzie forma jego! Poezja niczym innym, jak ciągiem tej ostatecznej formy widzeniem, apokalipsą, odbywającą się w duszy ludzi od ośmiu tysięcy lat, znakiem niezawodnym, że jest związek, że jest wspólność między nami a tym co będzie na końcu! Nazwiesz li to rajem czy nową Jerozolimą, czy wniebowstąpieniem, czy niebios zstąpieniem, czy pójściem planety w drogi mleczne, czy przerobieniem jej na wstęgę mleczną — to wszystko to anegdota przyszłości, to sposób, którym się to odbędzie! Idea zaś tego, pomysł tego, to to, że to się odbędzie; a przeczucie formy tego, to poezja! Powiedz, czyś równego ze mną zdania?

A teraz, mój drogi Edwardzie, zostawię Ciebie Twoim cichym penatom, zielonym Twoim larom domowym. Jeśli Ci one kiedy szepną do ucha, żem winien Tobie tysiąc rubli sr., to proś ich ode mnie, by czekały, aż będę mógł je oddać.

Wszak zaniesiesz tę prośbę moją przed lary i penaty Twoje, wszak bogi domowe nieraz gniewają się na mnie za to? O wdzięczności mów im także mojej, bo kiedy Tobie o niej wspominam, Ty słuchać nie chcesz; zatem im mówić i wiecznie powtarzać będę, żem Ci do zgonu i całem sercem wdzięczny za Twoją dobroć i przyjaźń. Twój

Zygmunt.

Adres mój: Torlonia, lub po prostu: Rome, poste-restante.

171. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego

Karlsbad, dnia 10 augusta 1840 r.

Drogi Edwardzie!

Z Romy pisałem Ci kilka razy, nie odpisałeś mi. Zawczoraj list drugi Ci na ręce Hausnera posłałem; ale, chcąc abyś w razie nieoddania upomniał się u niego, te słów, kilka przesyłam Ci przez Tadeusza Walewskiego. I z Romy, i stąd pisałem Ci de philosophia et quibusdam aliis jak np. de gratitudine235. Pierwszą może diabli wezmą kiedyś, drugiej nic z serca mi nie wygluzuje.

Jeśli milczysz dlatego, żeś szczęśliwy, dzięki Bogu za Twoje milczenie! Gdyby przypadkiem przez Lebens-Ironię ze wszystkich moich listów ten tylko Ci się dostał w ręce, to miast tamtych staraj się dostać Einleitung zur Historiosophie236 przez Augusta Cieszkowskiego, wydane przeszłego roku w Berlinie i słynące szeroko. Punkt wybujały wyżej nad Hegla, proroctwa moje spełnione! Przeczytaj a uznasz!

Do mnie, jak zwykle, Torlonia, lub po prostu: Rome, poste-restante. A teraz niech anioł szczęścia i pokoju będzie zawsze nad domem waszym. Nie zapomnij o wdzięcznym i przywiązanym Ci

Zygmuncie.

172. Do Konstantego Gaszyńskiego

Sorrento, 29 septembra 1840

Zaiste, mój drogi Konstanty, myślisz, żem umarł lub zapadł w letarg bobakowy? Ni to, ni owo, ale od kiedym z Włoch wyjechał w lipcu do powrotu do nich, przed dwoma tygodniami, takem ciągle ruszał się żwawo i wielolicznie, żem nie miał chwili żadnej próżnej, to jest zdolnej do wzięcia pióra do ręki. W Karlsbadzie do tego napadł mnie atak choleryczny (może imaginacja), który mnie na piętnaście godzin czucia pozbawił. Jedynie przez ogromne dozy opium wróciłem do zmysłów; od dnia tego ciągle bieduję i choruję.

Cóż tam się dzieje w waszym świecie literackim? Od dziewięćdziesięciu dni wszelkiej wieści o nim pozbawiony jestem. Czytałem w Niemczech Lillę Wenedę. Pomysł mitu Lelum Polelum jest prawdziwie wzniosłym i poetyckim. Sama Lilla jest białą Antygoną, ale żal się Boże św. Gwalberta i tego Szlaza, który naśladuje Grabca z Balladyny, który Grabiec sam naśladuje jakiegokolwiek z tysiącznych, potwornych błaznów Szekspira. Aż mnie smutek wziął, gdym ujrzał tych dwóch bohaterów i tę anielską siostrę ich w towarzystwie takim gałgańskim. Zaniosę przed Jula, kiedy będę pisał do niego, skargę Lilli, bo mi się biedna dziewczyna skarżyła. Szlaz jej białą tunikę powalał rękoma, tabaka z nosa Gwalberta na skroń jej kapnęła; lepiej było ją zaraz nożem w serce pchnąć, niż tak jej strój zwalać. Ale to niech pozostanie uwagą moją, wypowiedzianą Tobie. Spowiedź jest nienaruszalnym sakramentem!

Czytałem w Niemczech jakąś Bogunkę237, poema niby wielko-poznańskie ze szkoły sławiańskiej, co się sili zwrócić język polski do pierwotnego tła sławiańskiego, to jest do nihilizmu; bo początek każdej rzeczy jest niższym i mniej charakterystycznym, niż jej dalsze rozwinięcie i postęp. Wszystko wychodzi z nic, a staje się czemciś. Otóż, to poema, o ile ja, nieuk, zrozumieć zdołałem, traktuje o jeziorze Gople et de quibusdem aliis238. Lecz zabij mnie jeśli wiem, co to za alia. Na każdej kartce podziękowałem losom za zrozumienie trzech lub czterech słów, reszty anim doszedł. A nie z powodu myśli ciemnych, jedno z powodu słów samych, czeskich, ruskich, morawskich etc. Jeśli to się nazywa kształcić polszczyznę, czemuż tak krzyczą na makaronizmy? To są istne makaronizmy, tylko że nie z łaciny zarwane; to jest, co do gramatyki, tym samym, co zastępować w literaturze małpowanie klasyków małpowaniem niewolniczym romantyków. Dlaczegóż głupstwo Szekspira ma być świętszym, niż głupstwo Rasyna? Maniera Szyllera znośniejszą, jak Kornela? Czemu czeski frazes ma mi się wydawać niepokalanym, kiedy łacińskiemu nie przepuszczam? Wszystko to aurea mediocritas239; a w tej szkole sławiańskiej jest inne niebezpieczeństwo jeszcze. Polska wykształciła bladość pierwotną słowiańszczyzny na polor i kolor zachodni; tak dzieje świata, tak duch ludzkości chciały i umiarkowały. Teraz powracać z wyższego szczebla, ze wzgórza, do pierwotnej niziny, czyż to Ci nie przypomina frazesu: „przywrócone prowincje”, używanego przez senat rzymski, kiedy cudzą własność zagrabiał? A nie uwierzysz, jaki zapał w Poznańskim panuje do tej, choć nowej, jednak wstecz cofającej mody. Nie mogą po prostu napisać: książę patrzy, muszą Ci wypalić: książę szatrzy. Osobliwie w artystycznym dziele miłym jest wyraz z odsyłaczem do dykcjonarza na końcu, zupełnie toż samo, co dziura w moście, co zastanówka w orkiestrze wśród finału opery, który tylko przez ciąg swój nieprzerwany pięknym wydać się może, lub co zająknienie się aktora wśród deklamacji. Te tylko wyrazy nowe stawiać lub stare odświeżać się godzi, które wewnętrzne, że tak powiem, tak logiczne, rażące światło mają, że natychmiast same się nim oświecają, skoro się zetkną z umysłem czytelnika. Kiedy wyraz nieużywany nie posiada takiej fosforencji, nie jest taką siarniczką, palną natychmiast, nie wolno go do poetycznego utworu używać. Wprzód trzeba dykcjonarz wydać i pedancko wprowadzić w używanie takie słowa, a po dwudziestu latach obiegu dopiero nimi pisać wiersze i poemata, bo poezja, organiczną całością będąc, przerwy mechanicznej nie cierpi. Gdzie tylko ma być pięknie, tam wszystko harmonijnie ruszać się winno, jak w życiu wszechświata, tam nie wolno skupiać proszków, choćby to nawet były miki metaliczne; siłą kohezji nie trzymają się utwory sztuki, ale siłą organiczną życia, tajemną, duchowną, jedną! W anatomii, w mineralogii inaczej — bardzo dobrze i słusznie; ale też anatomia i mineralogia i reszta wszystkich na „ja” kończących się rzeczy nie zaczynają się przez „poez”, który to wyraz pochodzi od greckiego ποιείν, a znaczy tworzyć. Siła zaś twórcza całość wydaje i życie snuje z siebie. Nauki zaś nie są tworzeniem, są rozebraniem stworzonych płodów i istot. Im wolno iść powoli, im wolno odrywać cząstkę po cząstce i zastanawiać się; ale, kto tworzy, w tym musi być duch: gdzie zaś duch, tam jedność i wolność i piękność bez przerwy, bez analizy, bez zająknienia się, bez odsyłaczów! Odsyłacz znaczy: „prawdę tego lub owego znajdziesz dalej”, a w sztuce o to idzie, by prawda tego lub owego, już przeźroczysto w tym lub owym jaśniała, już tam była doskonale powiązana i pojednana! Sententiam dixi240! a że poznańczycy cerevisiam241 piją, to niezawodnie znać w Bogunce.

Teraz odpłać mi się wiadomościami literackimi z stron nadsekwańskich! Czy Bohdana poezje nigdy z druku nie wyjdą? Czy pan Adam rozpoczął kurs swój? Piękne ma pole do wyrwania na jaśnią figury dziewięciowiekowej, co dziś leży w grobie.

Odpisz mi do Rzymu, tam zapewne zimę przebędę. Takem przylgnął, nie do ludzi, ale do kamieni tamtejszych, że czasem zamiast podpisu mego gotów bym nabazgrać: Rzymska kampania:

To miasto wiecznym, w tych grobach jest życie,

Które pod ziemią spokojnie i skrycie

Krąży krwią wieków i serce spokoi,

A może czoło w laur wieków ustroi.

Może kto kiedyś na jednym z tych wzgórzów,

Wśród prochów bogów i gruzu podmurzów,

Gdzie róż i bluszczu powiązane zwoje,

Bluszcz gdy odchyli, znajdzie imię moje!

173. Do Adama Sołtana

1840. Roma, 26 listopada

Dzięki Ci tysiączne i za Twój list, wczoraj przez pocztę, i za rękopis, też wczoraj, z rąk księżnej Czartoryskiej, która go z rąk Brzozy przejęła w Mediolanie, odebrany. Aleksander242 przyszedł do mnie, nie zastał; ja wieczorem do nich poszedłem. Stoją w Meloni na Piazza di Popolo. Zastałem ich samych przy kominku, bo tramontana243 huczy. Przyjęła mnie łaskawie, grzecznie, naturalnie — pewno z miłości dla Ciebie. O Tobie mówiliśmy dużo, pytałem się o Marysię, o Ciebie, o księżnę. Jutro wyjeżdżają, jadą do Neapolu. Widzisz więc, że, gdybym mógł radzić, to nie będę miał czasu z żadną radą wystąpić. Jednak, by Twoich zleceń dopełnić, gdy ona unosiła się nad naturalnością, i afektację Polek ganiła, wtrąciłem maleńką dyskusję o tym, co tu we Włoszech zowią naturalnością kobiecych ruchów i myśli i rozmów. Za przykład prze-naturalizowanej Polki na włoską bufonerię i odsmak postawiłem panią T... Stąd łatwo mi było o złym tonie i złym towarzystwie Włochów napomknąć i dodać, że wdzięk ruchów, pochodzący z prawdziwej podniosłości ducha, z prawdziwej wewnętrznej piękności, jest perłą, której kobieta strzec winna, jak źrenicy: jeśli tę perłę rzuci nieuważna w morze, wszystko straciła! Naturalność jest o tyle piękna, o ile przez wychowanie i długi nazwyczaj wszystkie wewnętrzne myśli wzniosłe i piękne, cała cywilizacja, że tak powiem, serca i duszy, przeniosły się do zewnętrznych form i tak się z nimi zlały, jakby wraz z nimi były się urodziły w kolebce: to jest arcydziełem żywym, to jest panią Zamoyską244, to jest wyrobienie siebie na doskonały poemat! Lecz naturalność rodzima, naturalność, przez naturę wpojona, to zwykle grubiaństwo, dzikość, niezgrabność; chyba, że już tak Bóg kogo ukocha, że go stworzy Wenerą medycejską, lub Madonną Rafaela od razu, lecz to rzadkie cuda! Człowiek nie jest synem natury, ale synem siebie samego, czyli pojęcia swego, jaki powinien być, czyli sztuki! Naturalnie, że nie o komedii żadnej tu wspominam. Otóż w ten sposób pogawędziwszy, odszedłem.

Pisałem Ci raz, że tu wzięli Szczyta z Pińskiego do S. Spirito do wariatów. Wyobraź sobie szlachcica, dziedzica wsi Kożangrodek, pana całego klucza, Szczytowszczyzną zwanego na Litwie, namówił proboszcz tamtejszy, by jechał do Rzymu prosić Ojca Świętego o pozwolenie na mszy mówienie w dworze kożangrodzkim, zależnym w tym od innego parafialnego proboszcza. Szczyt się wybrał, jakby do Wilna lub Nowogródka, sam jeden zupełnie; tu przybył, podał prośbę, otrzymał i zaraz chciał wrócić do Kożangrodka, do domu. Miał bzika w głowie. W Kożangrodku nic to nie zawadzało i owszem — tu go za wariata poczytali, bo sypał dukatami za lada co, sypiał w stajni przy koniu, dwa osły kupił w Tivoli, dwóch obszarpańców wsadził na nie i sam przodem konno uwijał się po Kampanii, szukając wsi i domu na wsi do najęcia, gdyż miasta nie cierpi. Otóż te obszarpańce, te Sanszy go za wariata donoszą urzędnikom bramy di Popolo. Przytrzymują szlachcica, przez dwa dni go męczą, gwałtów niesłychanych na nim się dopuszczają, sodomskich, gomorskich, z kieski mu wszystkie holendry wykradają, potem z bzikowatego zamieniają go tam na wściekłego, raport piszą do władzy. Władza doktorów śle, on doktorów kpa, grozi im nożem. Doktorzy za wariata go ogłaszają, wiążą go i prowadzą do S. Spirito. Tam byłem u niego.

Dumny jak hidalgo, nieugięty jak Litwin, wspaniały, jak szlachcic z czasów, kiedy Rzeczpospolita nierządem stała, podejrzliwy, jak każdy nieszczęśliwy, dziwaczny, jak Radziwiłł Panie Kochanku, pełny ciasnych wyobrażeń i bzików, ale, mospanie, nie wariat. Pytam się, czy pisać do krewnych na Litwę? „Dziękuję, nie potrzeba, ja przecież dziedzic; gdy Ojciec Święty się dowie, każe tę intrygę ukarać, a mnie uwolnić”. Pytam się, wiele mu ukradli pieniędzy. „Nie liczę nigdy moich pieniędzy”. Pytam się, czy nie przysłać książek lub czego innego. „Niczego mi nie potrzeba, jeno wolności, zresztą za wszystko dziękuję”. I odszedł w ciemne korytarze, pełne wariatów, taki spokojny, taki swój, taki pyszny, jak gdyby w Kożangrodku szedł ze strzelcami i psiarnią na niedźwiedzia do boru. O biedny, biedny typie, typie doskonały szlachty naszej, coś tu się dostał do szpitala obłąkanych! Gdy patrzę na ciebie gdy słyszę ciebie, zda mi się, że widzę bagna mozyrskie, owruckie puszcze, i tego proboszcza, co cię namówił jechać po jedną mszę do Rzymu, i rogi twoje, zawieszone na ścianach drewnianego dworu, i niedźwiedzie skóry na podłodze, i wszystko, wszystko co cię w Kożangrodku otaczało! Czuję, że mógłbym być twoim Cervantesem, płakać z głębi serca nad tobą, kiedy złośliwi czytelnicy może by się śmiali z ciebie, ale nie ja, nie ja; bo, choć czasy twoje przeminęły, o biedny, o szlachetny dziedzicu, jednak tyle w tobie poczciwego i dzielnego, że każdy poczciwy i dzielny musi cię żałować i kochać! Lubecki jego wujem rodzonym; już postarałem się, by się o tym dowiedział i wdał się w to, to jest, by go stąd wyciągnął i przywrócił do Kożangrodka, gdzie będzie mu dobrze, i nikt nie powie, że jest wariatem.

„Panie — mówił do mnie — ja kawy nie piję; tu mi kawę dają, zagraniczne wymysły — ja zacierkę lub rosół piję, panie; panie, tortury mi włożyli na ręce, tortury panie, a ja nie prosty człowiek, ja dziedzic, panie. Niczego nie potrzeba mi, panie. Wiele ten robi, kto musi. Możesz dać wolność, daj, nie możesz, za wszystko dziękuję. Nie potrzeba pisać do nikogo. Ja dziedzic przecie. Ojciec Święty mnie uwolni, bo cóż złego popełniłem? Czyż nie wolno lubić wsi? Czyż nie wolno koni lubić? Płaciłem za wszystko: spałem w stajni, alem płacił za stancję; kto mi zabroni, panie? Ja dziedzic przecie. Chyba za język polski tu mnie wsadzili, bom nic złego nie zrobił”.

Cóż, Adamie? Nie tragicznaż powieść, ale w rodzaju Don Kiszota? Tragiczność w komiczności. A teraz pisz, kochaj i bądź mi zdrów i szczęśliwy!

Twój

174. Do Juliusza Słowackiego

Rzym, 19 grudnia, 1840 r.

Drogi Julu! I Lilla, i list Twój oddane mi są; o pierwszej już temu pięć tygodni długi a długi do Ciebie wyprawiłem artykuł. Iżeliś go odebrał? Przeczytałżeś skargę białej dziewczyny? Uznałżeś w głębi serca jej prawo do skargi i rozrzewniłżeś się nad nią? Oby Cię zły duch Szekspira nie popchnął do niesprawiedliwego sfuknienia się na klęczącą u stóp Twoich! Odpowiedz mi na to zapytanie, proszę Cię! Użyłem wyrażenia: „zły duch Szekspira”, i musiałem Ci się zuchwałym wydać kacerzem; ale kacerstwo moją naturą jest i iścizną mojej figury. Jest w starym Szekspirze i duch dobry, wzniosły, tytański, ale i zły jest również, i ten zły, czyli niedomiar dobrego, brak wielkości, brak pojęcia, na czym powszechność, ogół, harmonia wszech-życia zależy, piętno materializmu angielskiego, piętno specyficzne, narodowe wyciska na czole Szekspira, piętno charakterystyczne, ale nie piętno piękności. Nieporównany co do szczegółów, co do ich doskonałego wyrobienia, co do analizy życia — w tym nikt go nie prześcignie. Lecz właśnie dlatego, że nadto wyłączny i jednostronny, zanadto w same pojedynkowe rzeczy i części tylko zapatrzony: zewnętrzny mechanizm życia ziemskiego rusza się w nim, ale głęboki, wieczny jego organizm gdzie? Gdzie wiara życia, gdzie to, co wszystko rozsypane skupia, wszystko rozmaite jednoczy, wszystko sprzeczne w końcu godzi i tożsamuje? Wielki to mistrz na dysonanse — dysonanse są połową życia; lecz gdzie przejście w harmonią, w ogół, w nieskończoną prawdę i piękność, w tę drugą, wyższą życia zarazem i połowę i całość? Czym w stosunku do filozofii historii taki wielki historyk, jak Tacyt, tym w stosunku do pomysłu poezji taki wielki poeta, jak Szekspir: wielki zaiste, lecz niedorównywający całemu pomysłowi poezji. Wiele w nim jeszcze martwego, nierozbudzonego, nieprzypomnianego lub niewskrzeszonego, bo to na jedno wypada; i brak tego, czego nie ma w nim, a ku czemu dysonanse jego same z siebie się garną, czego dysonanse jego się domagają, brak ten właśnie nazywam złym duchem jego. I w naszym wieku, na stanowisku naszym, chcę i żądam, byśmy się strzegli takiego nierozwiązywania fałszywych akordów, takiej wyłączności w ostawaniu się w pośrodku szczegółowych partykularności, niepodwyższonych do właściwej im prawdy, tj. do pojęcia, że nie są rozsypką marną ślepego losu, ale że, owszem, podobne do żyjących członków jednego ciała, do żyjących części jednego organizmu, do płynących fal jednego życia. Poezja, tak, jak wszystko zresztą, rozwija się coraz wyżej, a gdy, mędrkując, krytyki bełkocą o jej upadku, ja nowy wschód jej przeczuwam, nową gwiazdę jej widzę. Dopóki ducha, dopóty poezji, bo jest formą konieczną ducha. Duch odbija się sam w sobie pryzmą poezji. Natura jest poezją przyrodzoną Boga, nigdy niepoczęta, nigdy nieskończona. A ta sama władza, która jest u Boga wieczną i jedną, u nas doczesną i rozmaitą się staje, tj. podlega coraz innym kształtom, a wyższym — piękności! Dziś dochodzim punktu, w którym duch nasz przechyli się ku nowemu poezji pojęciu, ku przybraniu świeżych form, nieznanych, nieoglądanych dotąd, a szerszych, niż przeszłe, a jednak tym czystszych, treściwszych, prostszych! Czym perystyl marmurowy grecki piękniał przy słońcu, i czym gotycka czarna katedra tęskniła przy księżycu, to i owo zleje się razem w wyższą potęgę, zawierającą całą rozmaitość i szerz katedry, całą jedność i prostotę świątyni; wprowadzim, że tak powiem, komy, punkta, rytm doskonale miarowy w ten las ogromny, szumny, rozrzucony gotycyzmu, na treść jego nieskończoną wynajdziem formę skończoną, która tę treść całkowicie odbije, a odbije marmurowo biało. I stanie się ogół piękności, w którym będzie i człowiek, i ta ziemia, i niebo, i Bóg razem, tak, jak są w wszechświecie, tak, jak są istotnie w duchu naszym, w tym jedynym „Ja”, które wszystko zawiera pod kształtem snu, coraz rozbudzającego się jawniej. Już słyszę, jak ptaszęta poranku gwarzą i jak kwiaty o wschodzie słońca wonieją. Szekspira stanowisko było jeszcze, że tak powiem, dzikie i dziecinne: stał w pośród rozmaitości świata, obserwował fenomena, w głąb przyczyn nie zachodził, podobny w tym do szkoły filozofii Locka lub Kondyllaka. Sens jego moralny, ogólny taki: „Ty płaczesz, tobie serce pęka, ty krzyczysz: „Ja nieszczęśliwy”! Spojrzyj, proszę cię, alboż to ty jeden? Patrz no: i tam łzy płyną, i owdzie, serca pękają wszędzie i zawsze; taki życia tryb od kolebki urodzenia do trumny zapomnienia, wszyscy się zżymają, i płaczą, i cierpią. Pomyśl no, czy to nie wielka bufonada tak rodzić się, nie wiedzieć skąd, tak żyć, nie wiedzieć czemu i tak sobie odchodzić, nie wiedzieć gdzie? Ja bym ci radził wszystko to za żart jeden przykry uważać; a kiedy żartują z ciebie, nie wiem, kto, czy los, czy Bóg, czy diabeł, czy traf, ej, wierz mi, i ty zażartuj z nich, kpiną płać kpinę, bądź aktorem komicznym, ty, dotąd tragiczny aktorze na teatrze świata”!

Na tem kończy się Szekspir, bo tylko obserwował fakta, doświadczenia robił z charakterami ludzi, jak fizyk lub chemik z ciałami: wie, że się męczą ludzie, że serca pękają, krew i łzy i pot ciecze, ale nie wie, po co, o co, na co, nie domyśla się, żeby ta cała męka ku czemuś wyższemu garnąć się miała. A płakać, męczyć się, krwawić się o nic, za nic, jest w rzeczy samej smętnem błazeństwem; dopiero tam prawdziwa i wyniosła tragiczność, gdzie jest cel męce, gdzie życie pokoleń ludzkich pojęte jako męka po szekspirowsku, ale jako męka serio, nie buffo, męka, wznosząca się coraz wyżej ku Bogu, męka, rozwijająca wszystkie siły natury ludzkiej na to, by kiedyś ustała i przeszła w błękit pogody, w pogodzenie i pojednanie ziemi, tej trumny, z niebem, tą kopułą świątyni. Śmierć i ból jest momentem tragicznym, ale o tyle tylko, o ile już w sobie ma zaród zmartwychwstania, bo życie tylko jest poezją, śmierć zaś zupełna, absolutna jest niczem jest głupstwem, jest nieduchowną rzeczą, jest oderwanem pojęciem, nie poetycznem, ale metafizycznem. Śmierć więc i ból, uważane jako część, ale tylko część realna życia, są najwyższym smutkiem, najpoetyczniejszą chwilą. Bogu tylko, duchowi tylko może być okropnie umierać, bo żyje, bo jest całością. Lecz stąd, że to Bóg, że to duch umiera, a nie kamień, koniecznie wynika, że ten Bóg, że ten duch z martwych powstać musi i że ta chwila tragiczna jest tylko przejściem; kto więc ją za ostateczny cel postawi, ten odejmie całości prawdę, a jej samej — jej właściwą tragiczność. Bo któż wtedy umierać i cierpieć będzie? Nie Bóg żywy, nie duch nieśmiertelny, ale ktoś, ale coś przeznaczonego śmierci, coś, czego prawem jest śmierć i ból, zatem nicość wielka. Mający umrzeć, umrze — cóż za tragiczność? Żadna, mój drogi. Ten tylko tragicznym jest, kto nieśmiertelny, kto boski, a jednak umrzeć musi i w chwili zwątpienia woła: „Czemuś opuścił mnie, ojcze”! Ten tylko tragiczny, kto łzy i krew leje, ale kiedy każda łza jego i kropla krwi policzona jest i zdała się na coś; inaczej byłoby to wszystko, raz jeszcze powtarzam, tylko smętną buffonadą, najniepoetyczniejszą, jaką tylko pomyśleć można, a takie właśnie stanowisko jest Szekspira stanowiskiem. Wszystkie obserwacje jego są doskonałe, jest to najwyższy z empiryków, ale do głębi życia nie dotarł i dlatego na nim zatrzymywać się jest błędem. Pozostanie on na zawsze drogiem Pismem Św. narodu angielskiego, bo tego narodu, który się nad myśl ostateczną wygody cielesnej nigdy nie podniósł wyżej i nie podniesie, tego narodu wszystkim potrzebom zadosyć odpowiada i czyni. Już Byron daleko wyżej stał duchem: może wierzył w to samo, co Szekspir, ale rozpaczał o to; rozpaczać zaś — jest nie chcieć czegoś, a nie chcieć czegoś jest już brać się ku odrzuceniu tego. Na co z pokojem greckiego boga patrzył Szekspir, na to samo spoglądał Byron z buntem wszechmocnym, z buntem szatana w oku; być zaś szatanem, buntującym się przeciwko śmierci, i nicości, i materii, jest to, zdaje mi się, poczuwać się do archanielskich skrzydeł, jest to czuć, że się jest synem Boga, i tem był Byron. Za to też Anglia, co pod poduszką tuli Szekspira, jak niegdyś Aleksander W. Iliadę, wygnała go i spotwarzyła. Lecz my dzisiaj stoim już daleko od Byrona, a od Szekspira jeszcze dalej: długośmy leżeli w grobie, lecz już z grobu wracamy do Boga. Taka wiara moja, taka logika moja.

A teraz o czem innem: piszesz mi, że Ci mówili, żem smutny. Byłem tego lata bardzo, cholery dostałem w Karlsbadzie, od tego czasu już nie mogłem przyjść do siebie; zresztą co do smutku, nigdym wesoły nie był i znałeś mnie zawżdy prawie pod tym samym kątem umysłowym. Życie codzienne prawdziwie szekspirowskiem jest, pełno w nim ironii; same fakta, w miarę, jak płyną, stawiają się ironicznie w stosunku do człowieka. To, czegoś żądał niegdyś całą duszą, to, za co byś był życiem sypnął zaraz całem, jakby talarem jednym, to samo później ci się zdarzy, a ty nic nie uczujesz, ba, przykro ci nawet. Otóż szczęście, zdarzające się, kiedy przestało być szczęściem, lub ból, w duszy wymierający, ból, dziś prawie niedotkliwy, kiedy dawniej trząsł tobą, jak wulkan podziemiem, ta litera umarła szczęścia czy cierpienia, z której duch wyszedł, a której forma jeszcze się zdarza, oto jest ironiczny punkt życia praktycznego! W historii ludzkiej tem samem są pozostałe instytucje, w które już nikt nie wierzy.

Tak, pełno jest smutku na tej ziemi: ale poety powołaniem jest rozedrzeć ów kolor czarny i za nim posąg Boga czy ukazać, jeśli już stoi, czy wykuć przeczuciem i wolą, jeśli go dotąd nie ma.

Pisz, kochaj i wierz Twojemu

Z.

175. Do Juliusza Słowackiego

Rzym, 16 marca, 1841 r.

Skąd ten akord? Gdzie się ta harfa odezwała? Kto dał wieszczom wzrok sztyletowy, sięgający w głąb dusz ludzkich i odkrywający, co te dusze kryć chcą, pragną, nie zdołają? Czy tak z nimi, jak z księżmi? Każdy ksiądz, choć ma prawo słuchania spowiedzi świeckich wszystkich, musi znów księdzu drugiemu się spowiadać; tylko, że tu spowiedź bezgłośna, tu spowiedź nie wymyka się z ust grzesznika, bo grzesznik nie domaga się odpuszczenia win, nie żąda absolucji, ale rodzi się w zwierciedle duszy poetyckiej, która drugą w sobie odbija, chwyta, więzi, przenika, przejrzystem a gorzkiem światłem oblewa, i każe się jej kąpać w falach ubiegłych, niepowrotnych przeszłości. Słuchaj! Chciałbym na godzinę, na godzin dwie, byśmy, Ty i ja, stali się starcami; chciałbym, by nas sześćdziesięcioletnich ta sama znów Willa Róż otoczyła. A tam, siedząc na starościach cezarowych ruin, opowiadałbym Ci szczerze, zerwawszy symbol z prawdy, dzieje mej przeszłości; wtedy nie Ty już byś nożem wspomnień sięgał pod serce moje, ale ja bym tego serca ostatki rzucił, roztrząsł przed Tobą, tak, jak grabarze czynią z kościotrupami, przeznaczonymi do kostnicy. Są straszne prawdy, raczej rzeczywistości, wzorem lekkich motyli igrające po murawach tej ziemi, a pełne jadu wewnątrz, a rojące się z samej dłoni przeznaczenia. Istota, którą oczy Twego ciała ujrzały245, a na którąś oczyma już duszy był spojrzał od dawna, jest najsłodszą, najlepszą, najszlachetniejszą z dusz, którym ten planeta już czyśćcem i męką ciągłą. Ona nigdy a nigdy szczęścia nie zaznała: niesprawiedliwość, oto jej był pokarm ciągły, chleb powszedni. Nie umiała nigdy w jednę chwilę skupić wieczności na ziemi, a kto tego nie zdoła umieć, ten na ziemi niech nie pragnie szczęścia, bo w niebie chyba jest pogodzenie trwania i uniesienia, stałość i namiętność życia i niewzruszoność! Stąd też wszystkie jej smętki i boleści. Jej, nade wszystko teraz przyjaznej, męskiej, a jednak, że tak powiem, siostrzanej ręki potrzeba; bo zupełnie męska dłoń tylko by palce te białe i miękkie przełamała! Nam, powiadasz, zostawisz koniec zagmatwanej naszej tragedii, a sam odejdziesz. O, nie, Ty się mylisz, Ty zostaniesz i sam się zagmatwasz, sam, jeźli czasu Ci stanie. A nie myśl, Julu, by tu się odzywał ze mnie Furiis agitatus Orestes246; nie! Cichym teraz, jak dziecię, i martwym, jak trup, bo gotuję się na śmierć — nie na śmierć ciała, ale na powtórną duszy. Nim raz pęknie budowa zewnętrzna, żyły prysną, rozprószą się kości, wierz mi, kilka razy dusza wnętrzna może umierać i zmartwychwstawać, a zgony coraz cięższe, sny w grobie twardsze, zmartwychpowstanie krótsze i bladszem światłem owiane, aż w końcu ciało samo się rozłamie, rozkwitnie się błękitnym bławatkiem próchna, a duch na ziemi nie zmartwychwstanie już. Więc jestem spokojny bardzo i wdzięczny Ci z głębi serca za list Twój: sercu Twemu za list Twój i szczegóły w nim zawarte, duchowi Twemu za wzrok przenikliwy, który on rzucił w samą iściznę ducha mego, tam, aż tam, gdzie z niewidzialności zaczynają powstawać owe kryształki myśli, czucia, natchnienia, z których długie całkie zrastają się struny harfy wewnętrznej w człowieku. Dotknąłeś palcem każdego z tych wymoczków kryształowych, położyłeś dłoń całą, jako szeroka, na duszy mojej; tak, że dusza odjękła: „prawda”! i jedynąś może nagrodą, jaką tu wezmę, nagrodził mi za tyle cierpień, w jedną pieśń związanych. Ale teraz, o poeto, nie dotykaj rany śmiertelnej, którą krew nasza się wylewa wiecznie, aż kropla po kropli, cała z nas wypłynie i, w cudze serca się wcieliwszy, nas samych bezżywotnemi marami zostawi! Nie pytaj się, czemu, czemu inaczej brzmi ten sam kruszec, gdy naciągnięty i nawiązany do lutni, a inaczej, gdy obrócony w kolej pod parowe powozy! Nie pytaj się, czemu duszy Twej miękko położyć się myślą na chmurze, gdy gaz ten sam, z którego wykwita chmura w niebiesiech, tu, na ziemi, w skałę czarną i ostrą opadły, strącony, skupiony, rozkroi Ci podróżne stopy i własną Cię krwią omaże! Od chwili fiat lux247 o to samo cały się ten planeta pyta; ktoś odpowie mu kiedyś, ale nie dzisiaj jeszcze. Dlatego poezja jest formą najwyższą rzeczywistości świata, jest najwznioślejszym kształtem życia, że różni się w swoich rozwiązywaniach od rozwiązywań codziennych i potocznych: dla niej nie ma ślamazarnych przeciągań się, nędznych odgrzewań, w niej jest wieczne dopełnianie się, a w żywotach naszych świeckich następne niedopełnianie się! Poezja, gdzie powieje skrzydłem, tam musi albo na obraz ducha świat ludzi urządzić, i wtedy bohater zwycięża, albo musi z pogardą porzucić ten świat głuchy, niemy, ślepy i wrócić do siebie, do domu, do Boga — wtedy bohater albo idea umiera. Straszny to los mieć grób przedsienią życia i nie móc do życia życiem, jedno śmiercią się dorywać! Wierzę, że tak na dzisiaj i na tysiąc tysięcy „dzisiaj” innych jeszcze. Zatem nie kalecz wiecznie skaleczonych, Ty, sam krwią i ranami okryty, nie pytaj się krwawych i rannych: „Proszę was, mili, co to za purpurowe cętki u was na piersiach?” Niech Ci z jednej strony Bóg, z drugiej przepaść odpowie!

Jeśli macie tam z Księstwa dzienniki, tak, koło kwietnia, maja i aż do pół czerwca, pilnuj, czy w nich nie znajdziesz pewnych myśli bratnich a szczerych, a już nie w biurku zatęchłych, lecz wolnym okąpanych powietrzem248. Gdy je czytać będziesz, nie myśl o ich treści, bo to, co w sobie masz, znasz przecież, a tam o tym tylko mowa; ale pomyśl, że w Willi Róż było niegdyś dwóch ludzi, co ślubowali przyjaźń i dochowali jej, a wtedy to może rozwidni Twoje niektóre marzenia o niestałości uczuć ludzkich.

Nie próbuj też zanadto niezgłębionych serc: gdy puścisz w morze kotwicę, nie widzisz, gdzie poszła, bo głąb morska ciemna; ale czy wiesz, czyś tam czasem na co żyjącego żelazem nie trafił i tego nie rozdarł, nie rozranił, nie przebił? Długo czekać musisz, aż krew z przepaści wzniesie Ci się aż nad fale i krzyknie: „Okrutnyś!”. Może nie doczekasz się jej nawet, odejdziesz wprzódy, nigdy nie dowiesz się o ranie, którąś zadał. Wierz mi, bądź raczej jak anioł światła i dźwięku, a eksperymenta zostaw staremu Wilowi i anatomikom! Rozwiedź tęczę cichą a promienną nad tymi, którym życie gorzką było rzeczą! Ściskam Cię z głębi duszy; każdy list Twój będzie mi smętnym a białym gołębiem.

176. Do Konstantego Gaszyńskiego

Rzym, 20 marca 1841

Drogi mój! Gdym list Twój przedostatni odbierał, byłem po prostu jak święty turecki. Nie odpisywałem zatem zaraz, czekałem, aż mi się uśmiechną lepsze losiki. Gdy cośkolwiek teraz od bisurmańskiej świętości odszedłem, co mogę, przesyłam Ci. Dzięki Ci za wszystko, co mi piszesz; rad bym, by o rzeczy, nie o przyczynie rzeczy, tyle mowy było, bo to wszystko może się kwaśnym katarem skończyć.

I oto znowu marzec, wiosna! Światu z łaski bożej 1841, mnie trzydziesty rok! Czas, to najokrutniejszy z archaniołów. Ten, co u bramy raju z mieczem gołym, przynajmniej stoi na miejscu — ale Czas, z podobnym żelazem w obu dłoniach, goni nas i ostrza tych mieczów w plecy nam wtyka. Przez plecy wskróś na tamtą stronę piersi się przebijają, i tak po tej kuli ziemskiej, wiecznie skaleczeni, wiecznie krwawi, z sercem stąpamy przeszytem. Oh, życie gorzkiem jest, bo trzeba zapominać o przeszłości, bo trzeba oddzierać ją od ciała, jak koszulę Dejaniry, za którą mięsa kawały idą. Mój drogi! Kiedyś, kiedyś, kiedy będziesz wspominał o mnie, pomyśl, żem ogromnie wiele nieznanych cierpień wytrzymał i że czasem w ciągu życia chciało mi się śmierci. Coby Ci wiedza faktów pomogła? Wieczne faktum moje, oto ból, i ból, i ból jeszcze! Znasz mnie, są chwile, w których nawet pisać nie zdołam. Niech Cię Bóg strzeże i błogosławi.

177. Do Stanisława Krasińskiego

1841, 2 kwietnia, Rzym

W tej chwili nie masz czasu na czytanie listu czyjegokolwiek — kochasz — więc tylko czytać umiesz w oczach ukochanej, ale zawsze jednak stanie Ci cierpliwości na przeczytanie tych słów kilku, szczerym Ci przesłanych sercem. Bądź szczęśliwy dziś i jutro, teraz i na zawsze.

Zygmunt K.

178. Do Augusta Cieszkowskiego

Roma 1841, 8-go kwietnia

Drogi Auguście mój! Zawszem się domyślał o tem, że jedyną widomą i dotykaną nieskończonością na naszym planecie jest głupstwo ludzkie, alem nie przeczuwał, że tak się Tobie da we znaki i oskarży Ciebie — Ciebie o bezbożność! Zapewnie nie pojęcie pewnych wyrażeń gramatykalnych przywiodło ich do tego — sprzeczają się o lana caprina249 o literę zdechłą, a w treść, w ducha się nie wgłębili. Mnie, który znam Twoje myśli, mnie, który Ciebie odwodziłem od zbytnich pokut i mortyfikacyj i praktyk, moim zdaniem zabobonnych, śmiesznym się nade wszystko wydaje, kiedy słyszę teraz, żeś popadł zarzutowi antyreligijności, bo nie znam na ziemi tej ducha bardziej, niż Twój, przepojonego do głębi religijnem uczuciem. Staraj się ich przekonać, że się mylą, by się nazbyt nie gorszyli — nie z winy Twojej, ale z własnej — obłędnem pojęciem, jakie się w nich wyrobiło o Tobie, a ufaj w Pana, który sług swoich nigdy nie opuszcza, jedno czasami próbie kwoli wypuszcza na nich, gdyby psów szczekanie, ludzi kłamliwy wrzask; ale w borze świata prędko giną te grania ogarów, a prawda się zostaje, jak szum nadpowietrzny a wieczny sosen wielkich, modlących się konarami drżącemi do nieba!

Czyś czytał Trętowiusa250 Vorstudien zur Wissenschaft der Natur? Jest to malarstwo, następujące w filozofii po posągowatości Hegla. Wszystko, co tam ócz nie miało, co tam białe i marmurowe było, to patrzy, spogląda, zrzenicuje i płonie kolorytem weneckim: polskie życie, śmiałość, napad, rąbanie, rzutność zastąpiły jędrność bez stawów i kości bez mięsa olbrzymiego, suchego, li metafizycznego szkieletu germańskiego, pojęcie Boga jako zarazem osobistego i nieosobistego, tj. będącego wszystkim, czem tylko być można a realnie wielkiem jest. Ale też materia wtrącona w skład Jego — co u Germanów Geist, u Trętowskiego Dasein, Wirklichkeit. Jeśliś nie czytał, przeczytaj! Nie tak wspaniale mu się udało z nieśmiertelnością: Wystawił sobie świat pogrobowy na kształt płaskowypukło-rzeźby uwiecznionych postaci i duchów, dopełnionych a niewzruszonych, leżących na łonie przeszłości, jak po katedrach granitowe posągi rycerzy na grobowcach średniowiecznych. Ależ dotąd same początki jego systematu wybrnęły na jaźń — może w ich rozwiedzeniu i rozwinięciu pojęcie nieśmiertelności także się ożywi i nóg dostanie. Co zaś do natury, tej wszystkie kategorie prze-logicznie, a zarazem prze-rzeczywiście już przeprowadził; w tym pokazał się mistrzem. Jasność jego stylu i dowodzenia ogromna; czytając go, zdawało mi się, że zorza jakaś stepowa wschodzi w Czarnolasach niemieckich i że nareszcie duch się wydostaje z okręgów ciemności a riveder le stelle251 — każda nauka albowiem przechodzi następstwem koniecznym przez owe trzy dantejskie sfery, zaczyna żyć w wnętrzu ziemi jak ziarno, wyrasta z tego piekła czarnego w czyściec powietrza, tam, gdzie jeszcze szaro od brył gliny, a już biało od światła atmosfery, i, coraz bardziej się oczyszczając, rośnie, rośnie, aż jej korona całkiem rozkołysze się w czystym błękicie nieba!

Od powszechnego zacząwszy, przechodzę do jednostki, tj. do siebie. Choć nie warto i dwóch słów o niej wyrzec. Schorowana i bezsilna to jednostka już, parta zewsząd nasuwającą się powszechnością i gotowa dać się rozwiązać, nie bez pewnego oporu jednak, nie bez sercowego buntu — bo w tej jednostce wre i żyje także całość, tylko, że bezpotężna.

Ani anonimowo, ani autonimowo, ani heteronimowo252 owa jednostka nie pragnie żadnej wzmianki i nigdy i nigdzie, zupełnie się takowej opiera — k’temu słuszne ma powody.

Czekam z najżywszą niecierpliwością listu Twego obiecanego. Zastanie mnie na via Sacra253 — ruina stoi wśród ruin i nie rusza się, a niedługo rozsypie się w proch. Pisz więc, dopóki jeszcze iskra czeka na Ciebie, zdolna Cię zrozumieć, bo później proch tylko list Twój odbierze i, przysypawszy go sobą, a może nie pojąwszy już, wraz z nim leżeć będzie wśród gruzów i bluszczu aż do dnia, w którym słowa apostoła się ziszczą: „Inne niebo i ziemię nową”.

Ściskam Cię z głębi serca.

Twój na zawsze

Zyg. Kr.

179. Do Konstantego Gaszyńskiego

Rzym, 12 czerwca 1841

Drogi mój! Tysiąc Ci dzięków składam za mozolny trud, któryś zadał sobie dla mnie, przepisując ten artykuł254, który już tutaj mnie był doszedł sub propria specie255. Ślicznym stylem pisany, ale złośliwie i stronniczo. Gdzie z duchem dziennika nie zgadza się duch pisarza, tam potępiony, bez uwagi na artystyczność rzeczy. Twierdzi np. krytyk, że Sen wyższy nad Legendę. Czemu? Bo w Legendzie zadraśniony mur, który według nich stoi na opoce. Wspomina też krytyka o rafinerii romansowej, o galanterii, której w średnich wiekach nie było u rycerzy. Prawda, ale galanterią romansową zowie się uciec z cudzą żoną i skryć się gdzie i żyć z nią; zabić zaś ją w przekonaniu, że dopiero w świecie duchów można ją odzyskać, nie jest galanterią żadną. W średnich wiekach zdarzały się takie rzeczy: samobójstwo Romea jest poświęceniem wszystkiego dla miłości; u nas pan Żółkiewski, synowiec hetmana, gdy mu jakiś wojewoda córki odmówił, porwał za nóż, pchnął się i zabił w oczach wojewody i córki jego. Wreszcie położenie tego, który się zabija tam, tem usprawiedliwione, że gdyby się nie zabił, musiałby własnego stryja zamek zburzyć, a jego pod sąd poddać. W tym zbiegu okoliczności leży możność pojęcia, że on musiał od swoich odstąpić i, swoją zabrawszy, odejść do Pana Boga, na ziemi albowiem nie było już miejsca dla niego. Wśród partyj politycznych często zdarzają się podobne stany umysłowe, podobne konieczności, podobne fata; kto ich nie czuje, ten dzieckiem jeszcze co do historii rodu ludzkiego. Nie każdemu być wielkim człowiekiem, wielki człowiek albowiem jest ten, któremu się uda wszystko pogodzić, siebie i zewnętrzne okoliczności zlać w jedną chwilę, w potęgę jedną; ale bohaterem być można bez zwycięstwa, wśród najopłakańszej przegranej. Poezja ceni wysoko bohaterów, nie pyta, czy im się udało, czy nie, pyta tylko o to, czy byli dzielnymi; a gdy muszą w pół zawodu, nie dokończywszy dzieła swego, umierać, skrzydłem ich swojem okrywa i mówi: „Przypomnę was ludziom i ludzie rozpłaczą się nad wami”. Taka różnica poezji od historii: w pierwszej jest miłość, w drugiej rozum tylko. Co zaś krytyka słusznie zauważyła i wytknęła, to nieraz napotkane napuszenie, niby pretensją; to prawda. Ale proza poetyczna jest trudem trudów, i w niej szum prawie warunkiem koniecznym się stawa. Tyle o tem.

Za Twoje inne doniesienia tysiąc Ci dzięków także. Prześlij mi do Kissingen tłumaczenie Snu, niezmiernie będę go ciekawy czytać. Zapewne do pierwszego augusta tam zabawię; stąd za dni kilka wyjeżdżam.

Ciąglem chory, a co najgorsza, że na duchu: nic czytać, nic pisać nie zdołam; wszystko mi obrzydło, ludzie i rzeczy, pieśni i mowa, sny i rzeczywistość. Wątroba serce mi zabiła i mózg; sama jedna, rozpuchłszy się, pierś mi zalega. Módl się za mnie, Konstanty, i kochaj mnie!

Oto biedny Ursyn256 poszedł do Ojców! Muszą się cieszyć umarli, bo coraz więcej żywych ubywa.

180. Do Juliusza Słowackiego

Rzym, 18 czerwca, 1841 r.

Bóg jeden tylko dotyka się umarłych i wskrzesza ich; kto śmiertelny, ten galwanizuje ich tylko i sam się zabija. I ja tak zginąłem, i Ty teraz w taki sposób omdlałeś. Ależ można, Julu, kilka razy przed ostatecznym końcem martwieć i odżywać na ziemi; prawda, że zmartwychwstanie coraz leniwsze, a sny, ospałość, smutki coraz cięższe: kilka prób śmierci przed śmiercią człowiek odbywa, coraz to bardziej opadając na siłach, uczy się wiecznego pokoju. Zapewne na odwrót, gdy poleży w trumnie, uczy się w niej życia innego, niewzruszonością i ciszą krzepi się do ruchu i nowej wrzawy jakiejś. Świat sprzecznościami stoi: gdy zasypiasz, dążysz ku obudzeniu się, gdy się budzisz, w tym znak, że masz zasnąć. Rad nie rad, muszę Szekspirowi złożyć hołd, przyznać prawdę. Ironia gości w tym życiu. Ironia, to praktyka świata! Teorią zaś jego jest wiara i szczęście. Cóż powiesz? Otom znikczemniał i dusza mi się rozwłókniła na wzór spalonej rośliny; cierpię, a głosu mi brak na wydanie cierpienia, głuchym, oniemiał śród życia: ni świat zewnętrzny już odbija się we mnie, ani też ja nie odedrgiwam już światu zewnętrznemu. Dziwna też pora: czy uwierzysz, że włoskie niebo zniemczało, ni wiosny, ni lata nie widzieliśmy, wciąż bure chmury, zimno, plusk, deszcz, błoto; planeta chłodnieje, planeta choruje. Dobrze umierać, ale źle jest być młodym w takim zbiegu okoliczności kosmicznych. Coraz się bardziej wszystko anhelluje, od bieguna rozszerza się białe widmo Anhella i zasępia ziemię, przez równik przechodząc: gwiazdy w górze gasną, w dole więdną kwiaty, wyschną zdroje i źródła wreszcie, spleśnieje morze, ognie pogasną, będzie ciemność, przepowiedziana przez Byrona. Spotka się dwóch wrogów przy lampie, palącej się przed Madonną, przy ostatniej iskrze na ziemi poznają się i zabiją się.

Za dni kilka stąd wyjeżdżam, jadę tą samą wieczną drogą moją: naprzód mokrą i parową do Genui, następnie suchą i górzystą przez Alpy, wreszcie równą i nudną przez Bawarię do Kissingen, gdzie mineralne wody, pite przy odgłosie muzyki freischützowej o piątej z rana co dzień, mają zdrowiu mojemu pomóc!!! Napisz tam parę słów do mnie! Dotąd Beniowskiego nie odebrałem. Tassowi nie mogę powiedzieć tego, coś żądał, bo nie będę już w Neapolu; ale, jeśli Ci chodzi o to, by obłąkany i smętny człowiek wiedział o tym, to sobie samemu to powtórzę, a stanie się Twojej chęci zadość. Szczęśliwi ci, co biją się w pierś i mówią: „Tu wiara i potęga jest”; szczęśliwi, którzy lekkomyślności pełni; szczęśliwi, którzy miłością własną do purchawek podobni, bo nim pękną, dobrze im jest po wszystkie dni żywota ich, a gdy ich silniejsza noga roztrąci, już nie czują nic; szczęśliwi, którzy się kochają w koniach, powozach, powozikach, frakach kamizelkach i infantkach hiszpańskich; szczęśliwi głupcy i durnie i nikczemni wszelkiego gatunku, bo ich królestwo ziemskie, a nam niebieskiego czekać trzeba. Kto wie, czy nadejdzie? A kiedy nadejdzie, może już odechce się jego, jak wszystkich długo żądanych rzeczy bez skutku. A tamtym dobrze będzie i z królestwem niebieskim, jak z każdą nowością: dostaną na progu w skórę za głupstwo i amnestią, bo gdzie by się Pan Bóg mógł na głupców wiecznie sierdzić? Lecz z nami inaczej; nuda i tam zeżre nam zmartwychwstałe serce. Wiesz, co piekło? To nuda w niebie, to pragnienie wieczne sławy i wielkości śród demokratycznego tłumu zbawionych i wybranych, świętych i aniołów. Ta sama chwała, to samo dobro: jednym niebem, drugim będzie piekłem!

Lecz darmo, gdzie płyną fale, tam poniosą nas; my idziemy dalej, a pieśni nasze krzepną i zostają z tyłu, jak baba owa, w solny posąg przemieniona za to, że chciała boskiemu dziełu zniszczenia się przypatrzeć. I nam, i pieśniom naszym także się dostało: patrzeć na same dzieła gniewu i zaguby. Bądź zdrów! Czym zdołasz, krzep się i nie daj, a ile razy będziesz na czyim pogrzebie, pomyśl, żem umarł i zmów Zdrowaś Maria za mnie, bo zaprawdę na sercu i umyśle strupiałem już i nie jestem tym, czym byłem niegdyś. Dłonią umarłych wciągniętym do dołu. Szukaj żywych, Julu, z żywymi przestawaj! Igrać nie można ze śmiercią. Twój

Z.

181. Do Adama Sołtana

Rzym, 1841, 21 czerwca

Cóż Ci powiem? Od czego zacznę i na czym skończę? Dotąd z Rzymum nie ruszył, dopiero za tydzień jadę do Civitty, i siadam na statek parowy i płynę tą samą, tyle razy przepłynioną już drogą, do Genui. Dowiesz się z gazet, że przed kilku dniami „Pollux” w nocy około jedenastej, niedaleko od Elby, spotkał się z „Mongibellem” i dostał tak przeważnie w pierś, że od razu roztrzaskał się na dwoje i w dziesięć minut się zatopił; szczęściem jeden tylko z ludzi, na nim będących, zginął, resztę „Mongibello” ocalił, ale pojazdy, rzeczy, wszystko, co tylko było na i pod pokładem, poszło w głąb Śródziemnego Morza. Gdym się o tym rozbiciu dowiedział, żałowałem szczerze, żem nie wypłynął z „Polluxem”, tak, jak zamyślałem, i żem nie był właśnie tym jednym, co się tej nocy utopił. Sądź po tym wyznaniu, jak mi różowo w duszy i lekko na sercu! Choroba straszna mnie pochyliła, zgarbiła do ziemi, uczyniła rzeczą martwą a smętną. Tę chorobę zaś sprawiły od lat wielu ciągnące się wewnątrz mnie samego walki, zapasy i trujące mnie zgryzoty. Pókim mógł, opierałem się czarnym, robaczywym myślom, którym się chciało zawsze i którym się nareszcie udało przeważyć nad siłą ducha mego. Teraz doszedłem do takiego stanu, że mi świat, jako szeroki, wydaje się pustynią, a światło słoneczne krzywdą, obrazą, pośmiewiskiem. Nie chcę wytykać po szczególe wszystkich okoliczności i przyczyn, czy to prywatnych, czy szersze koło od domowego zajmujących, które z wolna takim mnie jadem zapełniły, taką rdzą przedwczesną serce pokryły; po większej części wiesz o nich, ale czego nie wiesz może, to do ila zawsze mnie one rozdzierały. Od lat dziesięciu, od kiedym począł być młodym, ciągle czułem się w podwyższonej drażliwości nienaturalnym stanie. Żyłem, jak galwanizowane trupy, życiem z zewnątrz zaciągnionym, bo wewnątrz zawsze śmierć była, śmierć mi znana, dotykalna dla mnie, a drugim niewidoma, ukryta przed nimi maską żywości, której elektryczne nurty w końcu się przebrały, i teraz nie ma nade mnie nędzniejszego stworzenia! Reszty życia mego, przyszłości mojej nienawidzę. Bóg mnie do niej nie stworzył, a ludzie mnie w nią wpychają. Brak mi zupełny cnoty, największej wśród chrześcijańskich cnót, rezygnacji; pod tym względem poganin jest ze mnie i zbliża się, jak pogrom, chwila, w której właśnie przez brak takowej pokory i submisji257 będę musiał się rozbić, zaginąć, jak ów biedny „Pollux”, który nie potrafił ominąć na morzu, choć tak szerokim, „Mongibella” i wolał prosto płynąć, nie zbaczając, dostać śmiertelnym ciosem w bok, niż się zrezygnować do obrania drogi nieco dłuższej i krzywszej. Co tylko więc stanie się ze mną teraz, Ty, o tym słysząc, bądź pewny w głębi serca, że to się na moje nieszczęście i zgubę dzieje; niech Cię pozór ni blichtr żaden nie łudzi. Odtąd droga moja wikłać się i gmatwać zaczyna pod moimi stopami, odtąd nie będę już w zgodzie z sobą samym, ale rozdwojony i przy poczuciu się do tego rozdwojenia dążący, by jak najrychlej to tragiczne fatum zakończyć. Wszystko, co tu mówię, głębi duszy i rdzeni serca Twego poruczam; nikt inny niechaj nie wie o tych moich bólach i o srogich przeczuciach. Od dwóch miesięcy co dzień Boga gorąco o śmierć błagam, bo chciałbym umrzeć przed dotknięciem się świata; rzeczywistość albowiem jego taka brudna i skalana, że ten tylko białe ma ręce, kto zdołał się na niej nigdy nie opierać. Unieść bym chciał siebie samego niepokalanym stąd do wieczności.

Bądź zdrów, napisz co do mnie do Kissingen, piętnastego lipca tam stanę. Bądź zdrów i kochaj tego, który, umierając, będzie jeszcze kochał Ciebie.

Zygmunt

Oh, stary Ursyn już poszedł! Konary i kwiaty i liście opadają z drzewa, sam pień się już tylko wkrótce zostanie, sam pień, tysiącami siekier i pił, do pół weń zanurzonych, okryty; i dzieci nasze, chcąc dotknąć się kory, chcąc drzewo stare rączkami objąć, dotkną się tego żelastwa i okaleczeją na wieki!

182*. Do Delfiny Potockiej

Wildungen, księstwo Waldeck — szczyt góry, 2-gie piętro gospody — 26 lipca poniedziałek 1841

Droga moja! Prawdziwie z pustyni wołam do Ciebie. Wystaw sobie wzgórze z miasteczkiem na szczycie, podobne do owego gniazda orlego z domów ludzkich w Itri258, któremu nieraz dziwiliśmy się razem. Wystaw sobie, że naokoło inne są, to mniejsze, to wyższe od tego środkowego wzgórza, a tak ułożone, że z jednej strony od południa nagie, zbożem tylko żółknieją, a z drugiej, od północy, roślejsze, dziksze, lasami okryte, rozdzierają się na wąwozy i parowy, które obwiązują wkoło ową górkę, na której wierzchołku stoi Wildungen, miasteczko o niewielu domach, o jednej tylko ulicy, długiej, brukowanej gwoździami z kamieni, a pełnej błota, brudu, słomy i stosów śmieci, tak, jak u nas po miasteczkach żydowskich. Wszystkie domy wysokie, czarniawe, z ostrokątnymi dachy, krzyżackim, pruskim obyczajem stawiane. Kościół jeden stoi, niby to gotycki, z resztą ostrołuków rozbitych i odartych, niegdyś katolicki, dziś przeprotestantyzowany, i widzisz koło niego, oparte o mury jego, powyrzucane z jego wnętrza groby i nagrobki dawnych rycerzy katolickich. Obok lipa szeroka: wzdychają pod cieniem jej rozłożystym owi kamienni, pozbawieni wiecznego pokoju, na deszcz i powietrze z głębi przybytku wyciągnieni rycerze. Te głazy grobowe, ryte w napisy i postaci ludzkie, dowodem są, jak mało protestantyzm wszelką sztukę i tkliwość uczuć rozumie. Kto rusza prochy umarłych? Kto znieważa dawnych wieków pamiątki? Zwykle barbarzyńcy to czynią, gdy na Rzym napadną, zwykle lud ślepy i kapryśny jak dziecko, a wściekły jak tygrys, to czyni, gdy rozwala rządu jakiego lub formy dawnej socjalnej budowlę; ale protestantyzm, który przezywał się dumnie Aufklärung, to jest rozświeceniem, nie powinien był się dopuszczać takich grubiaństw i głupstw, powinien był przeszłość uszanować i pojąć, że nie ma możnej religii bez sztuki, bez czci umarłych, bez grobów dla tych, co zniknęli, i bez obrzędów dla tych, którzy żyją. Niemałej ponurości dodają temu miasteczku owe nagrobki zeświętokradzione, że użyję słowa tego przydługiego na wyrażenie myśli mojej, bo w istocie ukradła je Reforma z głębi świętej kościoła, by je wyrzucić na świeckie zewnętrze tegoż kościoła. I owe posągi w zbrojach i średniowiekowych szatach zdają się, klęcząc nie tak, jak dawniej, poziomo, ale prostopadle do ziemi, gdyż oparte są o mury, nie zaś leżą nad trumnami, zdają się, mówię, czekać dnia sądu i oń do Boga się modlić w nadziei, że w tym dniu, za długie z ostatniego pomieszkania, z podziemnej ojczyzny, wygnanie, Bóg im wynagrodzi. Prócz tego kościoła nic nie ma w tych stronach coby myśl jakąkolwiek obudzić mogło w duszy; wszystko chłopstwem jest, grubiaństwem, niemieckim prostactwem, kartofladą. O wiorstę od miasteczka, w pobliżu źródła mineralnej wody, wznosi się jedyna w tej puszczy gospoda, podobna z położenia na wierzchołku góry i z nędznej powierzchowności do gräfenbergskiej. W niej dwa mamy pokoiki. Od tej gospody dwie ulice lipowe się w dół rozchodzą przeciwnym kierunkiem: jedna ku miasteczku dąży, druga zstępuje do źródła, pod drewnianą altaną bijącego i opatrzonego parodią kurhauzu, ulepioną z drewna i gliny, w której jest sala, a tam co niedziela, wczoraj tego oczywisty dowód mieliśmy — zgromadza się okoliczna szlachta, to jest ekonomy, komisarze z dóbr okolicznych, niektórzy mieszczanie z Kassel z żonami, z córkami — piją, jedzą, śpiewają, wrzeszczą, tańcują, nawet w ruletę grają: tutejszy gospodarz, korruptor całej okolicy, trzyma ją, ale tylko w niedzielę, kapitałem z 500 talarów ją podścielając. Z tego możesz pomiarkować, jakie tego Badu przepychy i wygody. Na tej pierwszej drodze, co ku miastu zmierza, o pięćdziesiąt kroków od gospody, skąd piszę do Ciebie, stoi dom o kilku pokojach, niezamieszkany, samotny zupełnie, bez ogrodu, bez sztachetów, słowem nagi zupełnie, w którym ojciec mój będzie musiał mieszkać; kazałem go meblować na ten koniec.

Masz więc, droga Dysz, opis geograficzny i statystyczny tego obrzydliwego miejsca, kędy będzie trzeba miesiąc august cały mi przebyć. Wczoraj, ponieważ pełno było niedzielnych gości (polski kalembur), wsadzono nas za przyjazdem do małej ciupy z Konstantym, gdzie stało łóżek cztery i wisiała na kółkach cała garderoba (po staropolsku: całe ochędóstwo) gospodarza. Wśród pcheł miliona noceśmy nie przespali, ale przedrapali, a dopiero teraz dwie nam osobne celki dano, i w jednej z nich, siedząc przy kiwającym się stoliku, piszę do Ciebie.