183. Do Delfiny Potockiej

30 lipca 1841, Wildungen

Droga moja! Odebrałem Twój list 3-ci z Neapolu, w którym piszesz mi, że ogromnego konwusonisty szum Ciebie samą w konwulsje wprawił. Biedna Ty, Didysz moja! Wierz mi jednak, że tu gorzej jeszcze: nie ma fal, ale powietrze tak się trzęsie i podrzuca co chwila, jak ten żebrak straszny w Fondi, na którego galwaniczne ruchy Ty patrzeć nie mogłaś. Słońca ze szczytów tych wzgórzów nigdy nie dojrzeć — smutno strasznie. Zawczoraj ojciec mój przyjechał, ażem się przeraził, taki zmieniony od roku. Kiedym go ujrzał, wiesz Ty, co mi się przypomniało nagle? Oto litografia ta smętna cesarza, leżącego w trumnie, to czoło tak wyschłe i zmniejszałe, ta postać cała taka skupiona w siebie, nie wewnętrzną siłą, ale zewnętrznym form wszystkich opadnieniem. Tak wygląda mój ojciec, powiadam Ci, straszno wygląda, a przywiózł z sobą strzelca Niemca, który kropla w kroplę podobny do p. Mieczysława, tak, żem się na pierwszy widok aż cofnął, myśląc, że to on! Naturalnie, ta myśl tylko chwilkę błysnąć mogła mi przez mózg. Lecz nic na świecie tak dalece coś innego, różnego od siebie, przypominającego nigdym nie widział. Jedyna różnica na wyrazie twarzy zależy. Bo ten strzelec zdaje się dobrym i usłużnym człowiekiem.

Dotąd mowy o niczym nie było, — pokazywał tylko mój ojciec ślubną szpilkę z datą: 19 lipca, Frankfurt, i z napisem: Liv. Odes. i Zof. Br.259 — Zatem pobrali się już. Cała familia w Frankfurcie, i Aleksander. Odeschalstwo jedzie do Syrmii, a za dwa miesiące do Rzymu. Co zaś inni myślą robić, gdzie się obrócić, nie wiem. Mój ojciec w początku septembra musi być w Warszawie, potem myśli jechać do Dunajowiec260. Zresztą nie mogę się jeszcze ani jego projektów, ani myśli domyśleć. Rozmawiamy wciąż o obojętnych przedmiotach, jak to o minerałach, saletrorodzie, statystyce, ekonomii politycznej itd., — ale czarna krepa wisi w powietrzu nad nami, podejrzliwość i nieufność wzajemna krążą koło nas, stoją u drzwi pokoju, w którym siedzimy, jak żołnierze na straży, a gdy wstajem i wychodzim na przechadzkę, prezentują broń i idą za nami.

Smętnem życie takie, Dyszo najlepsza moja, — ale jakie życie nie jest smętnem? Są chwile piorunowe — lecz, jak piorun, ogromne światłem i znikome zarazem — szczęścia! Lecz każdy ciąg dni wielu gorzkim jest — miłością prawdziwą nie kochanie się w weselu, ale kochanie się i poleganie na sobie wśród smętku i goryczy. Czym się od nich bronić, czym się przegrodzić od myśli samobójstwa, jeśli nie taką miłością cierpliwą, stałą, wytrzymałą, zawsze jedną, czy w radości, czy w nędzy? Miłość nie winna się opierać na szczęściu, ale winna żyć sobą samą. Kształtem jej tylko przemijającym, raz ukazującym się, to znów rozmdlewającym się, jest szczęście — ale głąb jej jest ona. Bóg mówi: „Jestem ten, który jest”, a nie przydawa sobie żadnego przymiotnika, żadnego kształtu, żadnego opisu, albowiem nieskończoność nie opisuje się niczym. Tak samo dziać się winno i z miłością. Jest, bo jest, i jest ta, która jest. Może zaś być i tak i owak, i tu i tam, na ziemi i za grobem, w chacie i pod purpurą, na szczycie radości i na samem dnie przepaści. Dante doskonale to pojął, gdy Franceskę w piekle jeszcze obwiązał ręką kochanka i tak zawiesił ponad głowami złych duchów.

31 lipca — — — Z ojcem moim trudna rada — niepodobna rozmowa. Jest w zupełnej melancholii, — jęczy i wzdycha i gryzie się wewnątrz — nigdy o żadnym ważnym przedmiocie nie gadamy. Kiedy wyjdę od niego, żal mnie jego i strach o niego chwyta — gdy jestem z nim, męczę się, burzę się, czuję się złym i pełnym ukrytego buntu. Dialy, nieszczęśliwy jestem, i od lat już 15-tu z tego powodu wyrasta przepaść między mną a tym, który dał mi życie, i wychował mnie, i kochał mnie silnie niegdyś, między mną a tym, którego ja niegdyś ogromnie kochałem. Tej przepaści nic już nie zapełni, a most choćbym postawił nad nią, zaraz się załamie. To mnie gryzie, szarpie, zatruwa, ale czuję, że nic a nic temu stanowi rzeczy już nie zaradzi, tej wspólnej choroby serc naszych nie wyleczy: ja ciężkie rany dźwigam z jego przyczyny, i on głębokie też wziął ode mnie. Działamy i oddziaływamy zgubnie na siebie. Darmo, tak jest, być inaczej nie zdoła. To się zowie fatalnością, niechaj mi kto jej zaprzeczy, nie uzna w tym przypadku! O, wieczne przekleństwo, boskie przekleństwo tym, którzy pierwsi zaczęli nas rozdzielać, którzy pierwsi stanęli między sercem mojem a jego, żelaźnie silni, czarno-potężni, podobni szatanom, co kuszą, a, skusiwszy, naigrawają się z ofiar swoich, nie cofają się przed żadnym środkiem, dniem i nocą pchają ku nieszczęściu i rozbratowi tych, którzy by winni być w jedności i pokoju, używając ojca za narzędzie zguby dla syna, syna za narzędzie tortury dla ojca! Bóg widzi, Bóg słyszy, Bóg niech wysłucha przekleństwa mojego!

Tyś mi jedynem dobrem, jedyną osłodą była w życiu — ale życie moje w treści swojej już popsute, na dnie swoim już przeżarte jadem było, gdyś mnie poznała. Nie dziw się więc, o droga, żem nieraz i smutny wyglądał, i objawiał się gorzki. Rzadko się zdarzały zupełnego zapomnienia letejskie, nadziemskie, wolne od wspomnień rozdzierających i od strasznych przeczuciów chwile. Rzadkoś mnie widziała bezchmurnym, naiwnie radosnym, z sercem białem i wonnem, jak konwalia; a jednak serce moje tak się urodziło, lecz los z kwiatu niewinnego przetworzył je w ziele jadowite. Musiałem Cię martwić moim zmartwieniem, kaleczyć moimi rany, straszyć moim strachem, pozbawiać nadziei brakiem jej własnym, ale przez Boga wiernie i święcie i ogromnie Cię kochałem i kocham, gorzko wprawdzie — to nie ze mnie pochodzi — lecz ogromnie i głęboko przy tym, a to mojem jest.

Począł się dla mnie tutaj ciąg dni nieszczęśliwych. Na czem się skończą, przewidzieć nie mogę; to jedno wiem, ze Cię muszę wkrótce obaczyć nazad i rozpłakać się na piersiach Twoich wszystkimi łzami krwawemi serca mego. Proszę Cię o tyle razy już proszony list koło 25-go augusta z Munich. 1-go sept[embra] mój ojciec musi być w Warszawie, familia święta261 powędrowała do Karlsbadu. On by chciał, żebym tam kurę stroić262 pojechał, ja zaś na przykład chciałbym, żeby ludzie wynaleźli sposób polecenia do Słońca lub do Syriusza. Co niemożnym jest, tego nie można uczynić — to tylko można, co można.

Wczoraj w wieczór list Twój piąty z Neapolu odebrałem, gdzie mi mówisz o Luciolce i Luizie Strozzi. Tak, tak — pamiątki są jedynym rajem nie do wydarcia człowiekowi. W tem przeszłość świętą i potężną jest, w tem boska, że nikt jej zmienić nie zdoła — prawdziwie każda przeszłość jest na wieki! Życie, droga Dialy, jest dziwnym na tym planecie pojawem; tak prędko upływa wszystkimi falami, a tak nieznośnie męczy każdą z osobna. Spojrzyj wzad: dziesięć lat lśni Ci się i miga, jak dzień jeden. Spojrzyj naprzód: rok jeden wydaje Ci się równym, nie wiem, wielu, dniom długim, a tymczasem te dni długie przeminą, jak owe przeszłe krótkie lata przeleciały. Jeszcze jeden dzień, jeden lub dwa życia mi pozostało, mnie i Tobie — czegóż tak się frasujem, męczym, rozdzieramy, jak gdybyśmy tu wiecznie przebywać mieli? Już urodził się proch, już skłębiła się glina, która nas kiedyś okryje na cmentarzu, już wyrosło drzewo, co nad grobem naszym cień rzucać będzie i szumieć przy wietrze jesiennym. Darmo, choć wiemy o tym, nie przestaniemy się troszczyć.

Daj rękę więc! Bądźmy razem smutnymi, idźmy razem po tej drodze nieznośnej! Zlać dusze nasze w jedną jedyną będzie nam znośnością, jedyną ulgą na tym świecie. Przynajmniej Ty mi wierzysz, Ty mnie o zdradę, fałsz, chytrość, podstęp nigdy nie posądzisz, Ty wiesz, że we mnie coś szlachetnego bije, ja to samo wiem o Tobie, tak samo polegam na duchu Twoim. Na tem szczęście jedyne tego planety zależy — inne wszelkie dymem jest. Dysz, do obaczenia!

Twój nieszczęsny Zyg.

184. Do Adama Sołtana

1841, Wildungen, przy Kassel, 1 augusta

Wystaw sobie wzgórze z jednym domem na wiatrami ogwiżdżonym szczycie, z kopułą wiecznych chmur nad tym szczytem, z kałużami błota na całej swej powierzchni, i trzech ludzi na tym wzgórzu, z których jeden stary już i pełen smutku, drugi młody jeszcze a pełen smętku, trzeci młodszy daleko od pierwszego, nieco starszy od drugiego, a pełen smutku, jak pierwszy, i smętku, jak drugi, a będziesz miał Wildungen i nas: mego ojca, mnie i Konstantego263, jedynych tej puszczy mieszkańców, jedynych tego źródła pijaczy, błądzących po tych jarach, gdy słońce zabłyśnie, przechadzających się po tych małych i ciemnych izbach, gdy słota na dworze, rozmawiających z sobą od rana do wieczora, a zawsze jedną mową chorobliwą cierpienia itd., itd.

Mówiłem o paszport Marysin, odpowiedź ta sama co zeszłego lata: by księżna raczyła napisać prośbę do jenerała Benkendorfa, tę przesłać w liście do mego ojca na pierwszego septembra do Warszawy, a oddaną będzie i spełnioną. Zresztą, kto na rok otrzymał paszport, ma prawo siedzenia lat pięć i przed upłynieniem tego terminu nic mu zrobić nie można. W prośbie jej wyłuszczyć winna księżna, że jedyną jest opiekunką Marysi, i że Marysia jedyną z familii jej, siedzącą przy niej jakby córka, że zatem prosi Najjaśniejszego Pana przez jenerała Benkendorfa, by raczył pozwolenie siedzenia jej w Wiedniu dać. Teraz co do testamentu księżnej: nic niewart, jeśli się na nim podpis ambasady nie znajduje; jeśli zaś takowy tam się czerni, ma on moc prawną, jako każdy inny akt, nawet przybrania za córkę, w obcym kraju zrobiony a zaopatrzony takim podpisem, bo zagranicą ambasada używa władzy notariuszowskiej. Ambasada nie potrzebuje nawet wiedzieć, co zawiera testament, ona tylko ręczy i uprawnia podpis testatorki.

A zatem Brzozie się udało. Mam w tem maleńki udział, przybył albowiem do Rzymu znękany, przerażany, bez chęci ponowienia oświadczeń, źle już po kilka razy przyjętych. Gdy tak sechł i tęsknił, wsparłem go tym dowodzeniem, że kto się kocha, głupi, gdy wzdycha o trzysta mil od kochanki, i że trzeba, cokolwiek ma wypaść, próbować raz jeszcze losu z bliska, nie z daleka, do samejże panny, nie do jej braci, lub babki, lub ojca się biorąc. Zagrzał się moją wymową, jak kieliszkiem wódki, siadł w dyliżans i ruszył. Rad jestem, że mu się udało, dobry i poczciwy obywatel. Tak to na świecie! Alleluja! Amen! Fiat voluntas tua, Domine264. A jednak przy końcu życia, po wielu kwasach, nastaje mea culpa, mea maxima265, i tłuczenie się w pierś, i żal, bo jużci wolna wola jest w człowieku. Skądinąd jednak i to pewna, że każda droga do nieszczęścia i smutku i żalu prowadzi, bo dróg wiele, promieni moc od środka do okręgu koła: jednym tylko iść możesz, jakimkolwiek, ale jednym tylko, a wszystkie inne widzisz, znasz, pojmujesz, więc tyle żalów będzie w tobie, ile widzeń, znajomości, pojęć, słowem, ile innych dróg, ile promieni. Młodość jest staniem w samym środku koła, w tym punkcie idealnym, niezawierającym jeszcze przestrzeni, a zatem boskim, niezapadłym jeszcze w kał, brud i trud i mękę rzeczywistości. Słoneczna to pora, gdy spod stóp Twoich rozchodzą się wszystkie drogi świata, a Ty wszystkie trzymasz pod stopami, nie zstępując na żadną, mogąc być na wszystkich, — wtedyś prawdziwie jak słońce wśród systematu planet. Później sam musisz zostać planetą, czemsiś, cząstką, nie już być myślą czystą, ideą niewcieloną, wszystkich kształtów zdolną! Musisz pójść jakimś promieniem, i tym promieniem, coraz już bardziej wcielając się w realność i oddalając od środka, zbliżać ku okręgowi; a tam koniec Twój, tam granica zakreślona siłą, którąś z punktu środkowego zabrał. Zaczynasz zawsze od punktu, od ideału; kończysz zawsze na linii krzywej, na okręgu, na rzeczywistości! Początek Twój był orlim, wszystkie realności w nim, jak w pączku drzemały, i ten ich sen był Ci skrzydłem, nie ciężkością! Gdy staniesz na płaszczyźnie koła, realność się staje, wtedy zaczynasz czuć, żeś ciężki, bo ona ołowiem ciągnie Cię za nogi na dół: skrzydła młodości kostnieją, przemieniają się w garby, w krzyże pękate, w kłęby, w brzuchy wielkie itd., itd. Walki nie było wprzódy, bo punkt, nie zawierając materii, czysto idealnym będąc, nie mógł się sprzeczać sam z sobą; boskie nie walczy z boskim, ludzkie tylko bije się z nadludzkim, materia z duchem. Teraz jużeś wszędzie tą walką ogarnion, a im dalej się posuwasz, tym więcej świata, tym więcej rzeczywistości i płaszczyzny i cielska! Kto dotrzyma skrzydeł swoich na barkach wśród tej wędrówki, ten rodem z Boga, ten divus est. Najczęściej ludzie przy końcu podróży są tylko dives a nie divus266; rzadko który uniósł całą duszę z tych równin błotnistych, zwanych życiem rzeczywistym. Ale też na tym sztuka, na tym siła, na tym wielkość, by zarazem umieć być rzeczywistością i ideałem; w tym pogodzeniu dwóch sprzeczności zawarta cała godność męża — to się zowie harmonią, i takiej muzyki, chętniej niż śpiewu aniołów, Bóg słucha w niebiesiech. Odpisz mi tu jeszcze. Twój do zgonu.

185. Do Delfiny Potockiej

3-go augusta 1841, Wildungen

Droga moja, najlepsza Dyszo! Wystaw sobie to wzgórze ponure, potokami deszczu zalane, mgły kłębami zacienione i nas trzech, błądzących w tym czyśćcu, smutnych, cierpiących, rozdzierających się nawzajem. Co najgorsze, żeśmy w tej walce wzięli każden po połowie prawdy ogólnej, że oba mamy prawa swoje, oba słuszność swoją, ale tak wyłącznie, że jeden drugiego sfery ni przyjąć, ni pojąć nie chce, nie może, nie stara się. Waśń więc i sprzeczka i rozdział rosną coraz bardziej, miasto żeby do pogodzenia nachylić się miały. Każden z nas z innego środka wychodzi, każden z nas logicznie, wynikle swoją zasadę doprowadza do ostatniego końca, do ostatecznej wyłączności. Dzieje się z nami, jak z systemami filozoficznymi idealistów i empiryków. Wyszłe z przeciwnych źródeł, pogodzić się nie mogą, a jednak kiedyś zlać się muszą w jedno, bo jeden Bóg je stworzył! Konstanty jest Trentowskim między nami: chciałby moją niemiecką idealną filozofię pojednać z filozofią francuską, doświadczalną mego ojca. Lecz dotąd nikt w filozofii, kto się o to kusił, nie dokazał tego. Na ziemi wszystko podobnie się dzieje — w polityce, w religii, w życiu potocznym, publicznym, wszędzie rozdział, sprzeczności, walka, wszędzie płciowość. Walka ta dla Boga, co widzi wszystko i snuje z przeszłości całej przyszłość całą, jest zgodą wieczną, muzykalną, wywodzącą harmonię z dysonansów, ciszę z burzy, prawdę z fałszów, zdrowie z chorób, porządek z nieładu, trzecią doskonałość z podrzędnych niedoskonałości dwóch! Dla nas znowu ta zgoda boska jest nawałnicą ciągłą, ten pokój wrzącą wojną, ten układ niesfornym rozkładem, ta całość nieskończona objawia się nam pod pozorem cząstek skończonych. Sami jesteśmy tymi cząstkami, więc musim się burzyć i sprzeczać, bo z nas dopiero powstać może i ulepić się pokój, my nie jesteśmy ciszą, zgodą, my tylko narzędziem do niej. Z naszych mąk będzie wielka, wspaniała, mądra cisza kiedyś. Ty, kiedy siądziesz do fortepianu, względem nut pojedynczych masz się w tym samym stosunku, co Bóg do ludzi. Dla Ciebie powstaje melodia, i pogodzenie, i pokój muzyczny. Lecz klawisz każden innym się odzywa dźwiękiem, kłóci się z bliźnimi swymi na skali muzycznej, walczy i bije się; dla niego nie ma harmonii, bo on tylko cząstką jej jest, dla niego, gdyby czuł i żył, byłby ból tylko i walka. Ty zaś z tego bólu i walki tworzysz piękność bez końca i pogodę dźwięków.

W tem różnica zachodzi, że kiedyś ludzkość uczuje i pozna się na harmonii, którą palce boskie na niej wygrywają, a wtedy każden osobny klawisz zrozumie całość tematu i dobrowolnie przyłoży się do niej — wtedy prawdziwie obraz Boga zstąpi uzupełniony w ducha ludzkiego! Taka przyszłość — wróćmy teraz do teraźniejszości, do Wildungen.

4-go augusta. Miejsce to złowrogiem mi jest — nic bardziej ponurego w życium nie widział, nic bardziej radzącego płaczem deszczu, jękami wiatru, kolorem chmur, samobójstwo. Skryta jakaś rozpacz i beznadzieja unosi się w powietrzu tutejszem. To wzgórze całe podobne do jednego grobu. Te ulice niby do orszaku pogrzebowego, idącego powoli: księżyc, gdy wejdzie, przypomina mi widziane twarze umarłych — zgoła, na co tylko spojrzę, źle mi wróży. Czuję, że coś zgubnego spotka mnie tutaj.

Mój ojciec wciąż bada moje myśli, zamiary, uczucia — straszny jest — ogromną siłą woli i żądzy mnie przeraża, co chwila serce jego na pęknięciu, gniew na wybuchnieniu. Gdy przechadza się dużym, a stękającym krokiem po pokoju, lękam się zawsze chwili, w której zawraca ku mnie, zdaje mi się, że ma mnie przeklnąć. Jutro Konstanty rano mu zaniesie moją odpowiedź. Jak ją przyjmie, Bóg jeden wie; znowu zaczną się dni opłakane. Chciałbym uciec, skryć się w przepaść jaką. O Dialy, źle mi jest! Daj mi walkę z Tytanem, daj z katem, daj z wrogiem potężnym, nie przelęknę się kajdan, miecza, więzienia, będę gardził dumnie i spokojnie. Lecz te zapasy z ojcem, te tortury z ojcem starym, są mi męką nieskończoną, a, choćbym chciał, nie sposób mi ich uniknąć. Tego, co on żąda ode mnie, nie mogę dopełnić, bo nie mogę — nie ma we mnie siły na to, nie ma popędu, nie ma możliwości; przysiągłbym, a nie dotrzymałbym, zmusiłbym się, a nie podołał, zabiłbym się, a nie sposób by mi było! Darmo, są wewnętrzne niepodobieństwa, są konieczności wszechmocne w człowieku, silniejsze nad wszelki przymus zewnętrzny. Mogą gwiazdy padać, można widzieć spadającą i kark jej poddać i jeszcze się nie ruszyć. Czasem łatwiej lwu dać się zarżnąć, jak cielę, niż wstać i wstrząść grzywą, i skoczyć za zdobyczą. Mnie się marzy, że łacniej bym mógł zaciągnąć się do tureckiego wojska, niż pojechać starać się o pannę jaką. Co to będzie z tego?

O, ja Ci powiadam, że tyle tylko pogody miałem, ilem czasu przebył z Tobą, tyle tylko dobrego w życiu moim, reszta funta kłaków nie warta. Zagryzę się, zmaleję przez smutek, zbłaźnieję. Już i tak otruły się smutkiem wszystkie moje natchnienia, przepadły wzorem motyli, które znikają pod jesień. Do niczego jestem. Mieszczanin z Ciechanowa dzielniej by działał, dźwięczniej śpiewał ode mnie. Z potłuczonej harfy mojej nic nie zostało — zbierz wióry i drzazgi z niej i rzuć na kominek pierwszego lepszego jesiennego wieczora. W płomieniu może Ci się moja twarz pokaże, a jeśli wody kocioł przystawisz, może taką dziwną piosenkę kipiącą i gotującą się usłyszysz, jak owa, którąśmy, pamiętasz, słyszeli razem w Albano. Szczęśliwe, dobre to czasy były, gdy nam kotły i samowary nieproszone, same z siebie śpiewały i gdyśmy bez troski zastanawiać się czas mieli nad ich pieśni zwrotkami. Skąd teraz, o późnej nocy, przyszło do mnie to wspomnienie? Widzę ten pokój, widzę Ciebie, słyszę piszczący głosik gotującej się wody przy ogniu, mógłbym oznaczyć nuty owe trzy ciągle przez nią powtarzane — i tak chciałoby mi się przytulić głowę do rąk Twoich i skryć się za Tobą i szukać obrony, osłony, schronienia przy Tobie. W słabości chwili jestem, wpadłem w niemoc niesłychaną. Już od dawna wszyscy śpią w tym domu, ja czuwam i piszę, a brednie i dzieciństwa — nieprawda? Ah! Kiedyż Cię obaczę? Z diabłem bym ugodę zawarł, by prędzej z Tobą się obaczyć raz jeszcze, bo pewno nikogom nie kochał tak, jak Ciebie, na ziemi!

5-go augusta z rana. Szkoda mi mej młodości, Dialy, szkoda mi skrzydeł moich niewidzialnych, pieśni przedrgałych, marzeń prześnionych, żądz niedopełnionych i przeżądanych, świata mi mego całego nadpowietrznego z chmur, błękitu, promieni słońca i dalekich gwiazd, szkoda. Kopuła niebios, gdy dotknie się ziemi, przeradza się w szarą płaszczyznę, tak i z duszą niebieską człowieka, gdy wcieli się w rzeczywistą potoczność, a kto znowu nigdy przez ciąg życia nie dotknął czynu realnego, ten z dziewiczością swoją przestarzałą staje się podobnym w końcu do starej panny. Bo jest w życiu tajemna konieczność, każdego śmiertelnika zmuszająca, by przed śmiercią spróbował życia zewnętrznego, pokusił się o dopełnienie celu stworzenia, tj. o pogodzenie idei ze światem, ducha z materią, prozy z poezją, pieśni z czynem. W tej ciężkiej próbie, w tej trudnej czy do rozwiązania, czy do rozcięcia zagadce, po większej części ludzie nie umieją sobie dać rady, przepadają, jedni podle, przechyliwszy się na stronę materii, drudzy po szalonemu, przechyliwszy się zupełnie na stronę niewidomych myśli. Ten tylko wielki, piękny, dzielny, kto potrafi oba światy te sprzeczne z sobą pogodzić i tak umiarkować, by się ich okręgi w nim w każdej chwili przecinały, czyli spajały razem. Lecz szukaj takich, a znajdziesz kilku na planecie tym. „Wielu powołanych, mało wybranych” — to są bezdennie głębokie słowa, zawierające całą praktyczność historii. Zatem straszny strach ogarnia każdą duszę, gdy czuje, że ją losy gnają ku życiu rzeczywistemu, ku tej przepaści, pełnej ciemnych wód, nad którymi czasem tylko jakiś bluszcz lub kwiat szczęśliwszy zakwita. Kto nie rozumie życia i celów jego boskich, ten lekkomyślnie rzuca się w odmęt i, jak liść suchy, błąka się po nim, poddany każdemu wiatrowi, nieświadomy, kędy dążyć powinien, a zatem nie walczący, jedno porwany, nie czynny, jedno bierny ciągle! Lecz, kto siebie czuje i świat rozumie, ten wie, ten święcie wie, co winien czynić, ku czemu stąpać, o co się starać, ten, raz wstąpiwszy w zawód, już nie stawa, już nie odpoczywa, zatem walczy nieprzestannie, a walka męką jest, a męka bez przerwy piekłem! Pod tym warunkiem tylko, bycia w piekle na ziemi, człowiek unika warunku bycia w nicości lub podłości na tejże ziemi pod tym tylko warunkiem staje się twórcą, tj. ciągle z siebie snuje urzeczywistnienie myśli i obowiązków wewnętrznych — i nie przestaje być poetą, czyli po grecku „stworzycielem”, „działalnikiem”, wśród prozy, materii i realności. Łatwiej się pozbyć świata byłoby, zdaje mi się, niż własnej osobistości — łatwiej przełamać martwy porządek natury cudem, niż swoje wewnętrzne pojęcie, postanowienie, dumę, godność, słowem swoje własne ja, gdy to ja raz już doszło do przeświadczenia o tym, czym być powinno. Powinność jest dziwnym objawem w duszy człowieka — jedyne prawdziwe jego nie marzone absolutum. Jest to wola boska, napisana na jego sercu i tak z jego sercem zrosła w jedno, że już nie ma różnicy w tej cząstce jego serca między nim a Bogiem. Wszystko albowiem może się przemienić w duszy, myśli, sądy, domysły, namiętności, żądze, ale to, co dusza uznała, że winną jest sobie samej, to nieprzemienionym w niej. Jeśli odejdzie od tego, zgubiona sądem własnym na wieki, a nieraz jeśli się uprze i dotrwa przy tym, zgubiona sądem ludzkim na cały czas, który ma przebyć na ziemi. Stąd często się zdarza upadek duszy, ucieczka jej przed powinnością, gdy strach kary ludzkiej i potęgi zewnętrznej świata ją słabą, ją biedną, ogarnie. Prawdziwy tu bój następuje między Bogiem a Szatanem, a idzie w tym boju o godność i wielkość duszy, w której się ta walka odbywa. Wiesz, że po większej części ludzie płacą przegraną ozdóbkami i blichtrami, Bóg zaś pogardą! Wygraną znowu Bóg nagradza wewnętrznym zachwytem, egzaltacją, przekonaniem o własnej zasłudze, ludzie zaś prześladowaniem, nędzą, itd., itd.!

I tak się dzieje, i to się zowie życiem praktycznem — i to nie jest żadną bufonadą, chyba dla buffona267. Owszem, to jest tragedią, której bohaterowie giną od lat sześciu tysięcy prawie zawsze nieszczęśliwie. Nie umierając, ale raczej wstępując w życie, trzeba się zatrzymać i powtórzyć wiersz Hamleta: „To be or not to be, that is the question268. Nim go do krzyża przybiją, nie maszże człowiek prawa postania pod krzyżem, zmierzenia wzrokiem jego wysokości i porównania dłuży rąk własnych z długością ramion jego? Niech przynajmniej zważy w dłoniach ciężar gwoździ, któremi te dłonie przebite być mają.

Takie myśli krążą po moim umyśle, a teraz znów co innego Ci powiem. Najrzeczywistsze nieszczęście tej ziemi, to nie rozpacz, to nie śmierć, o Dialy, ale to starość! Starość albowiem jest najzupełniejszą niemocą przy najwyższej rozbujałości, żądz wszystkich. Nie namiętności, nie życzenia, nie sny, nie chęci opuściły starca, siła mu już tylko nie służy! A w miarę, jak siła maleje, żądze, owszem, się podnoszą, sny szerszymi się stają, gorętszymi pragnienia, mniej ograniczonymi cele. Daj młodzieńcowi harfę i kochankę, i dom jeden, choćby z dachem dziurawym, na którego wyłomach wiatr jakby na harmonijce gwizdać będzie, on więcej nie zażąda, na teraźniejszość dość mu — będzie kochał, śpiewał, szczęsnym i wielkim się uczuje w tym ustroniu, pod tym dachem, tym wiatrem otoczony. Ale w sercu starym, każdym, siedzi jak wąż, w kłębek zwinięty, przeklęte jutro i, jak rak, to jutro wszelką radość, wszystkie soki żywotne ze serca starego wysysa. Cudów boskich, ogromnych, cudów nie już wymarzonych, ale realnych, dotkliwych, potrzeba by na zadośćuczynienie pragnieniom starców. Każden z nich chciałby już przyszłe pokolenie, jeszcze nie urodzone, widzieć widomie, pieścić na ręku dotkliwie. Młodzieniec napotkaną rzeczywistość, już widomą, dotkliwą, wieńczy idealnymi kwiaty, stroi w przepaski tęcz. Tu nie ma tak wielkiego cudu — ale starzec chciałby w duszy własnej zatloną iskrę widzieć zaraz wulkanem na ziemi przed sobą, kwiatek, w głębi serca wyrosły, przenieść na zewnątrz i natychmiast doczekać się z niego lasu kwiatów, myśl co chwila w granitową skałę przerabiać, a do tego cudu trzeba tego samego, jakim Pan Bóg świat stworzył. W młodzieńcu jest nieskończona potęga, więc zewnątrz siebie poprzestaje na miernym. W starcu jest mierna potęga, co dzień szczuplejsza, więc zewnątrz siebie żąda nieskończoności realnej. I starzec pod tym względem, można by powiedzieć, że poetyczniejszą jest figurą od młodzieńca. Młody albowiem używa chwili danej szczęścia, gra na harmonice materialnych tworów świata, ma wszystko pod ręką, czuje! Starzec nic nie używa; nie pod palcami jego świat, ale w duchu jego, w idealności jego — nie pragnie już dla siebie, ale pragnie dla innych, choćby dla nieurodzonych jeszcze — teraźniejszością gardzi, ciągle sięga w wieki przeszłe. Słowem, choć o ziemi wciąż mówi i wszystko do niej stosuje, jednak sam z sobą raczej już w atmosferze nadziemnej, niż na skorupie ziemskiej przebywa i żyje, a co dzień pragnie nieskończeniej duchem, a ciałem rozwiązuje się bardziej. Ta nierówność, raczej nierównowaga między myślą, wciąż pracującą, podbudzającą, gryzącą, a siłą, coraz bardziej upadajacą, coraz mniej wystarczającą domaganiom się myśli tej, stanowi tryb bytu starego człowieka. Jest to robak ciągły, straszna to i co chwila gorzkniejsza trucizna! O, starzy są najnieszczęśliwsi z ludzi, dlatego przebaczać im wszystko trzeba, a modlić się do Pana o śmierć wczesną. Ten, kto umiera za młodu, ten jeden wygrał w walce świata!

Konstanty w tej chwili poszedł zanieść moją odpowiedź ojcu memu. W tej odpowiedzi zaś jest, że teraz nie sposób mi jechać do Wiednia starać się o pannę, której nie kocham, i że proszę o odłożenie tej fatalności do przyszłej wiosny. Wicher okropny gwiżdże, gną się stare lipy przed oknami, chmur ciemnych na niebie moc — przeczucie złe w sercu moim — chwila ta wyroczną jest. Powierzmy się Bogu, klęknijmy i pomódlmy się!

5-go augusta. Stał się słupem lodu dla mnie, — skałą nieużytą, pełną ku mnie — wiesz, czego? — pogardy! Nazywa mnie starym smarkaczem, tchórzem, człowiekiem imaginacji, nie czynu. Tak być musi. Ludzie idealni rozumieją praktycznych i dlatego nie gardzą nimi, owszem, uznają ich tęgość w tem, w czem oni są dzielnymi. Ludzie zaś praktyczni nie pojmują idealnych i czują ku nim wstręt i nawet pogardę. Niech i tak będzie — amen! Przyznaj tylko, że straszny to stosunek. Do mnie tylko o obojętnych rzeczach mówi, z Konstantym zaś o reszcie rozmawia; nigdy już, jak dawniej, się nie unosi; unoszenie się jest jeszcze znakiem kochania — władza nad sobą — obojętności lub zimnej nienawiści. Rad bym jak najprędzej wycofać się sprzed oczu jego. Znałem go kiedyś miłującym mnie, teraz nie mogę znieść widoku jego granitowego panowania sobie, jego powierzchownej ciszy, która, jak wód morskich niewzruszoność, kryje otchłań pod sobą. Ani ja, ani on temuśmy wszystkiemu nie winni, ale przeważniejsze od nas obydwu okoliczności, które, zastawszy go na drodze czynu, pchnęły go dalej, a mnie, spotkawszy na punkcie bezczynu, zatrzymały na nim, równie silnie, równie koniecznie. Jeszcze raz: amen. Może w innym świecie duch jego kiedyś mojego ducha spotka i przekona się wtedy, żem nie zasłużył na wzgardę. Na tym zaś świecie wątpię, by już kiedy dusza jego moją pokochała na nowo, bo to nie lekki ani słaby człowiek — z brązu odlany, zrodzony do czynów, i wielkich, zatem samodzielny, pełen zaciętości i woli własnej, a, gdy go piorun uderzy, jeszcze gotów w samym piorunie szukać lekarstwa na piorun. Jemu nie mnie trza było, ale Konstantego mieć synem. Na polu rzeczywistości ja mu nierówny, w sferach ideału on nie tak potężny, jak ja — on widomie ode mnie, ja niewidomie od niego dzielniejszy. Stąd rozbrat, rozdział, i gorycz, i smutek na wieki!

Ale dosyć już o tem! — Mam nadzieję, że będę w Munich ostatnich dni tego miesiąca i że list, o któren Cię prosiłem, tam zastanę. Chciałbym, gdyby to być mogło, przepędzić z Tobą czas jakiś w zupełnej samotności. Niechby tylko Pan Bóg trzeci był z nami gdzie u stóp Alp, w Varennie lub gdzie indziej. Niech Cię św. Matka Boska strzeże! Nieraz troszczę się o to, co Ty robisz tam. Już nie miałem listu od Ciebie od dni kilku; może dziś nadejdzie. Myśl o mnie i kochaj mnie, i nie myśl, żeby kto inny mógł był Cię głębiej kochać ode mnie! Zważ tylko losy moje i powiedz, czy się nie godzi przebaczyć dotkniętemu niemi gorzkie smutki jego? Nie na weselu, ale na przywiązaniu miłość stoi.

Twój na zawsze Z.

Myślę o Twoim piesku i o mojej miniaturze. Lecz jakże tu pierwszego dostać, a drugą odmalować kazać? Wszak będziesz wolała mnie samego in persona269 od obojga ich. Jeśli zaś swoją możesz kazać zrobić, każ, proszę Cię.

186. Do Konstantego Gaszyńskiego

Wildungen, w księstwie mikroskopijnym Waldecku, 7 sierpnia 1841

Drogi mój! Jedno wzgórze, domów dwa, wieniec z lasów naokoło, lip starych ulice, prowadzące do źródła mało głośnego mineralnej wody, ciągła słota i zimno, samotność, zaludniona tylko mną, Konstantym i trzecią ową osobą, dla której przed laty Jaxiadę pisałeś, przechadzki powolne, częściej długie siedziby, i rozmowy w pokoju poważne, rozumne a smutne, składają opis miejsca tego i pobytu mego w nim. Nie byłem w Kissingen, stamtąd odesłano mi oba Twe listy, ale sous-bande270 żadnegom nie odebrał.

Takim więc odczytaniem wszystkich listów dawnych nanizałeś jakby różaniec z pamiątek, ujrzałeś marę idealną tych dziesięciu lat rzeczywistych, już teraz pod prawo ideału, pod przeszłość podpadłych. Wszystko zmienne, powiadasz, prócz naszej przyjaźni. O, tak, mój drogi! Powierzchnia duszy, jej pojęcia, sądy, mniemania, muszą w ciągłym ruchu to raz postępowym, to znów cnotliwym, kręcić się około jej treści wiecznej, nieprzepartej, nietkniętej, jak wszystkie punkta kuli ziemskiej wirują około osi i biegunów niewzruszonych, nie wirujących. Człowiek, który by się w niczym nie odmieniał, byłby mumią; taki, który by we wszystkim się przeobrażał, byłyby tylko kombinacją chemiczną. Natura duszy zależy na ciągłej przemianie zewnętrznych kształtów jednej i tejże samej idei, stanowiącej rdzeń jej wewnętrzny, istotę jej niedotkliwą, a jednak twardszą, niż granit. Kiedy mówię „idea”, rozumiem przez to nie tylko czyste jakieś metafizyczne pomysły, łacne do przejścia w mrzonki filozoficzne, ale zarazem i uczucia, charakter osobny, indywidualny stanowiące, rozumiem wszystko, co życia źródłem bijącym jest w piersiach: wiarę, miłość, nadzieję. Taka idea nie martwa, nie logiczna tylko, ale pełna niewidomej krwi i niedosłyszalnych tętn, rzeczywista, wiecznotrwała, z świata duchów rodem, winna być iścizną duszy. Kto by w niej dał się przełamać, byłby nikczemnikiem. A koło niej, jak koło środka, niech sobie krążą planety, satelity, komety umysłu, co chwila innymi elipsami, raz pierścieniem zamkniętym, to znów rozwartym, sięgającym w nieskończoność. Taki taniec myśli znikomych koło myśli słonecznej, środkowej, wszystkie do siebie ciągnącej i odbijającej je znowu, powtórzeniem jest w duchu ludzkim układu wszechświata i przeto odblaskiem bożej mądrości i godnością pojedynczego człowieka. Kto zaś nie tak żyje, nie tak się rusza, kto nie ma słońca w sobie, kto tylko z księżyców ruchliwych złożon, lub przeciwnie, kto jedynie tylko jednym punktem niewzruszonym się stał i potracił wszystkie inne swoje ciała niebieskie, ten odpadł od podobieństwa ze Stwórcą, ten przekaprysił na głupstwo własny ideał bożej opatrzności, ten utracił godność ducha swojego. Jednak wolałbym jeszcze mumię egipską czarną, poważną, ponurą, zawsze tęż samą, niż mgłę wiotką, nieschwytliwą, ciągle przetwarzającą się, niewolniczkę lub pochlebniczkę każdego powienia, nie mogącą ani się dobrać kształtu starego, ani się rozejść w nicość i ćmiącą mi tylko błękit niebieski. Przynajmniej bym mógł, jeślim kochał mumię za życia, jeszcze się nad nią rozrzewnić po śmierci, jeszcze oblać łzami te rysy niezatarte, jeszcze dotknąć się tej ręki, w proch nie rozwianej. Doznałbym jakiegokolwiek wrażenia, uczułbym się, jeśli nie przy człowieku, to przynajmniej przy wspomnieniu człowieka. A z mgłą co? Nic.

Jeszcześmy wczoraj wieczorem, o rozmaitych scenach mówiąc z Konstantym, wspominali Ciebie. Opowiadał, jak Cię, już dawno temu, spotkał, sam biedny, zmęczony, opuszczony od wszystkich znajomych, w budzie z chrustu, siedzącego przy dobrym winie i z wybornym tytoniem, którycheś mu użyczył, za co wdzięczność Ci dozgonną chowa, bo nigdy w życiu nic smaczniejszego nie pił, nic doskonalszego nie palił — i tak mówi, że przebył pół dnia z Tobą. Potemeście się rozeszli, każdy z was drogą swoją poszedł i jużeście się więcej nie spotkali. Tyś wtedy dowodził podkopywaczom, szedłeś do krainy romantyczności naszej; on zaś zawracał ku klasycznemu mostowi, gdzie dwoma dniami później, dostał w udo ołowiem271. Jużeście się nie spotkali, i my także jużeśmy się nie widzieli, a od dawniejszej pory jeszcze; dawno, Konstanty, dawno już za nami leży dzień naszego rozstania! Nic nam tego szarego jesiennego poranku nie szeptało w duszy, żeśmy się już nie mieli zobaczyć. Przyszłość stała przed nami, jak brama zaryglowana, naweteśmy żadnym złowrogim przeczuciem nie podważali jej zawiasów. Zdawało się nam, że po czasie niejakim znów się na tej samej ziemi, w tym samym domu, w tychże pokojach spotkamy. Tyś nie myślał wtedy o zamkach prowanckich, o procesjach Bożego Ciała gdzie indziej, jak przed świętym Krzyżem odbywanych, o tych wszystkich, paniach południowych czarnookich, smagławej cery, którym Ci przyszło później składać kwiatów wiązeczki i nieswoją mową oświadczenia. Jam także nie przeczuwał dnia tego, owych szeregów miast, owych nieskończonych zakrętów dróg, owych mórz lazurowych i brzegów, nie ojczystymi drzewy i kwieciem najeżonych, wśród których zaniosły mnie losy i których widok tak przeważny wpływ wywarł na moje natchnienia. Sądziłem, żem przeznaczon do życia wśród ludzi żywych; nie wiedziałem, że ulice z grobów będą domem moim, umarli towarzystwem, kościół największy świata salą godową, posągi białe mroźnego blasku koleżeństwa dawnego zastępcami, równin mazowieckich Kampania Rzymska przypomnieniem, i że młodość moją tak bezczynnie strawię, tak chorobliwie zeżrę, tak nikczemnie utracę! O czym innym mówmy, bo mi się zbiera na ciężki płacz, nie łzawy, ale krwawy, nie z ócz, ale z serca kapiący.

Chcesz, bym prosił tego pana o napisanie rozbioru greckiej książeczki272; pytałem go o to, tak odpowiedział: „Łatwiej by mi było drugi taki poemat napisać, niż napisanego już rozbiór przedstawić. Jeśli osnowa tak dalece niezrozumiała, że idei, podszytych pod posągi działające, Twój przyjaciel nie może z pod nich wydobyć, przyznasz, że nie warto jej rozbioru pisać, w żadnym zaś razie mnie nie wypada tego się podejmować; nie tylko nie wypada, ale nie mógłbym, bo poema jest syntezą, krytyka zaś lub rozbiór analizą, jedno i drugie robić, jest w świecie idealnym na dwóch stołkach siedzieć — nie umiem”. Widzisz, że cerevisiam bibit, sententiam dixit273, uparta sztuka, jak Litwin; ciosaj mu kołek na głowie, a nie wskórasz nic.

Za dwa tygodnie lub trzy będę w Münich, tam mi odpisz poste-restante. Dalej gdzie się udam, tak, jak zawsze, nie wiem; risum ne teneatis, amici!274 Zapewne przez Alpy pojadę do słońca. Niech północną przyrodę Bóg ma w swojej opiece! Niebo tu niebem, kwiatem tu kwiat nie jest. Żeby nie rezeda, zapomniałbym, że są wonie na świecie, żeby nie zapałki fosforyczne, że światło świeci w naturze. Księżyc tutejszy ma się do neapolitańskiego, jak Jaxa do Danta, a w gwizdach wiatru coś złowrogiego się odzywa, rzekłbyś, że Twój; pogrzeb własny, niewidzialny przeciąga przez powietrze!

Drogi mój, niech Cię Pan Bóg i Najświętsza Panna Częstochowska strzegą! Konstanty każe Ci się kłaniać i za wino owe jeszcze dziękuje. Ja ściskam Cię z duszy całej.

187. Do Delfiny Potockiej

8-go augusta 1841, Wildungen

Droga moja! Znów wczoraj wieczór przysłał mój ojciec do mnie Konstantego z naleganiem, bym choć na dwa tygodnie pojechał do Karlsbadu, tylko grzeczność zrobił, atencję złożył, a potem pojechał sobie, gdzie chcę. Wszystko to bardzo logiczne, dobre, rozsądne; inny każdy potrafiłby to uczynić — ja nie umiem! Coraz czarniejsza melancholia mnie obarcza, coraz mniej krwi w żyłach moich, coraz mniej skier w mózgu. Ołowieję, kamienieję, nie wiem, co mi się stało, przerabiam się na błazna. Wytłumacz mi, czym jestem, bo sam siebie nie rozumiem! Czasem, gdy poczuję się do skrzydeł, rosnę, i rosnę, i wzlatuję, i rozcinam wszelką mgłę, i na skroniach gwiazdy czuję — a znów, gdy opadnę i skurczę się we dwoje, grzybieję co dzień gorzej, na wzór starca lękam się wszelkiego ruchu, rad bym, położywszy się, nie wstać. Wtedy sercu mojemu smętno nad wszelką miarę, a w głowie pusto mi, zupełnie, głupcem do niczego niezdatnym się czuję, pamięć tracę, wyzuwam się z natchnienia, żądzy żadnej nie mam, jak planeta, ściśnięty zimą, tak ja skuty jestem jakimś mrozem wewnętrznym. Gdy chodzę, nogi mi nie służą, gdy się kładę, zasypiam snem śmiertelnym, ile razy się budzę, przeklinam światło i jaw, przejęty wstrętem nieskończonym do życia. Ni pisać, ni rozmawiać nie zdołam, każda rozprawa mnie męczy, odwagi żadnej ducha już nie posiadam, wiara, miłość, nadzieja, jak trzy bogi, wyszły ze mnie — kłodą z drzewa, tlejącą próchnem, zostałem, nic mnie nie wabi, ni łudzi, ni uśmiecha się do mnie, żaden pomysł mi spleśniałej duszy nie rozrusza, żaden czyn nie drażni piersi moich, korony u stóp leżącej bym nie podjął, miecza, wiszącego u boku, z pochwy bym nie wyrwał, harfę w ręce wetkniętą bym na ziemię opuścił. Niemoc, to imię moje. A jednak w tym stanie zupełnego rozwiązania wszystkich potęg moich tęskne przywiązanie do Ciebie jedno ocalało, jedno żyje we mnie, kiedy wszystko reszta zasnęła granitowym letargiem. Wszystkich marzeń mi brak, prócz marzeń o Tobie. Raz zachciewa mi się popłynąć z Tobą do Sycylii, śni mi się o Palermie, o Etnie i skale św. Rozalii, rękę Ci podaję i wstępuję na nią, to znów Varenna się rozwija przede mną i czuję się tam z Tobą spokojnym, szczęśliwym na dni kilka jeszcze, aż tu nagle ku górom Szwajcarii podskakuje mi serce i pragnę wić się z Tobą razem po tych wężowych drogach, co się czołgają wieńcami koło przepaści św. Gotarda.

To, z czego dumny byłem, już zagasło we mnie — to z czego dumny kiedyś być miałem, na kształt umarłej mary dręczy mnie jeszcze, ale już sił moich nie rozbudza. To jedno, com kochał, to jest Ty, ostatkiem roztrwonionych skarbów zostało się w głębi duszy mojej i tam spoczęło na zawsze, a stamtąd jeszcze wschodzi, jak księżyc wspaniały nocy południowej, obwija mnie srebrnymi promieńmi i pociesza i osładza ból mój i nad ruinami mnie samego rozwodzi jeszcze barwę poetyczną, anielskie światło, ostatni boski blask, który się zleje na mnie na ziemi. Tak czuję, w takim stanie jestem; w opłakanym, nieprawdaż? Powiedz, czy to choroba? Czy to długich cierpień ostateczny skutek? Czy to rodzaj szaleństwa?

Niknę, jak mgła, jak para, maleję w oczach moich własnych, rozpraszam się. Gdzież idę? Ku czemu dążę? Jakaż siła mnie rozpręża, rozrywa? Gdzie moje ja się roztapia? Gdzie się podzieję? Nie sposób, żeby to starość być miała; mój ojciec 30-stą laty mnie ubiegł, a jeszcze dzielny duszą, przytomny umysłem, czynny w działaniu. Nie, 29 lat nie mogą człowiekowi liczyć się za głupstwo i niemoc. Daruj mi, Panie Boże, ale czasem na myśl przychodzi mi tego duńskiego księdza proroctwo, pamiętasz, Dialy, ową legendę? Czy Bóg mnie za pychę karze? Jednak w głębi serca nie poczuwam się do niczego, coby karę taką bożą sprawiedliwie na mnie ściągnąć mogło. Czystym duchem pragnąłem zawsze dobra wszystkich, kochałem piękno, a nienawidziłem zła, a teraz przyjdzie mnie ostatecznie pochylić głowę pod zatrutą koroną ołowianą i żelazną głupstwa, ciężką, jak kamień młyński i przeznaczoną mi już na zawsze. Ja wariuję, zda mi się. Nie przy zdrowych-em zmysłach. Lepiej bym poszedł do łóżka i zasnął, niż pisał do Ciebie.

Głupi jestem, głupi, stokroć głupi, że Cię zasmucam, ale, widzisz, melancholia taktu nie zna, gdzie może, tam szuka ucieczki, ratunku, schronienia. Tyś mi jedynym schronieniem, — biegnę zatem do Ciebie i głowę moją ociężałą, cierpiącą, skostniałą, kładę w dłonie Twoje. Do kogóż się tu obrócę? Konstanty patrzy się na mnie, jak na zwariowanego, mój ojciec jak na człowieka, co nie wart szeląga. Oba w tej chwili prawdę mają, — więc do tych lip starych się obrócę i będę im rozpowiadał żale moje, ale wiatr głośniej świszcze, deszcz szumi płaczliwiej ode mnie, lipy mnie nie usłyszą. Któż nakłoni ucha do mnie, kto zlituje się nade mną? Ty jedna, Ty — więc, choć daleko jesteś, obracam się w stronę Twoją i piszę do Ciebie. Szczęściam Ci nie dał — człowiek taki, jak ja, nikomu szczęścia udzielić nie może — alem dał Ci serce moje; com miał, com mógł, dałem Ci. Ty mnie pożałujesz, może pojmiesz, zrozumiesz, wtajemniczysz się w moją duszę, której ja sam nie rozumiem, staniesz się bardziej moim ja, niż ja sam, powiesz mi, jak się mam ratować, jak odzyskać straconą siłę. Bo, jeśli jej nie odnajdę, nędznym będę na wieki, stanę się mumią egipską za życia, zacznę sam sobą pogardzać i w łeb sobie strzelę!

Taki koniec mój, — przewidywany od dawna. Czułem, od kiedy żyję, że moja droga krzywi się pod moimi nogami, że nie prosto leci, jak strzała puszczona z cięciwy do celu, ale że zstępuje w dół, coraz bardziej w dół — w otchłań jakąś! Cząstkowe spleeny przychodziły mnie ostrzegać, jakby części ożywione grobu mojego, że ten grób mój leży gdzieś w niepoświęconej przepaści, wśród samotności wielkiej. Wyraz „nicość” zawsze nasuwał się pod pióro moje, mieszał i kaził najświętsze mi natchnienia. Koniec mój już zawarty był we mnie, jak owoc w ziarnie, tylko że to owoc pusty, robaczywy, pełen popiołów! Przebacz, najlepsza i najszlachetniejsza, że tak folguję rozhuźdanie czarnym myślom, które mnie toczą. Komuż, jeśli nie Tobie, je wypowiem? Kto będzie, jeśli nie Ty, wiedział, co się dzieje w piekle moim? Do aniołów modlą się potępieni. A może to wszystko czyśćcem tylko, nie piekłem jeszcze? Jak tylko się wydobędę stąd, popędzę do Munich; tam list Twój niech zastanę! Pisz ciągle do Munich.

Twój do zgonu Zyg.

188. Do Delfiny Potockiej

1841 Wildungen, 12-go augusta, 12-ta w nocy

Droga i najlepsza moja! Noc — burza wstrząsa domem, po szybach biegną konwulsje wiatru. Ja w nie mniejszych, ja w rozpaczy, a kocham Ciebie, kocham i rzewniej, i tęskniej, i gwałtowniej może, niż kiedykolwiek w życiu. A wiesz, co się ze mną dzieje? Dokąd mnie ta burza rwie? Gdzie jutro będę? O moja Dysz najdroższa, najlepsza, muszę jechać do Karlsbadu, by wlać trochę pociechy w duszę pękającą, mdlejącą, odchodzącą ojca mego. Obiecałem mu tam 14 dni przepędzić, bylebym mógł pewno po ich upłynieniu pojechać, gdzie zechcę. Walczyłem strasznie, by przemóc na sobie to postanowienie. Widok jego rysów zbolałych, odmienionych, gorzki jego smutek, wreszcie i to, że zaczął dobrze o Tobie mówić, jakby żałując, że się pomylił w sądach swoich, jakieś straszne do tego przeczucie, myśl potrzebna wrócenia jego duszy skołatanej trochę pokoju i lepszej otuchy, myśl, jak mówię, że kiedyś, w wyrocznej chwili, on mógłby z goryczą w sercu narzekać na mnie, żem nigdy nie chciał nic uczynić, kiedy mnie prosił o co, zniewoliły mnie do tej podróży. Ułożyłem się z nim, że pojadę do Karlsbadu, że przebędę tam 14 dni, że będę grzeczny, ale że nic więcej nad grzeczności nie powiem i że 30-go augusta wyjadę do Drezna, gdzie się z nim spotkam 31-go. On tego samego dnia pojedzie do Warszawy. Braniccy swoją drogą także i do Petersburga, a ja, kupiwszy Tobie Twego pieska w Dreźnie, do Munich i stamtąd do Varenna lub gdzie każesz.

Słuchaj, 15-go septembra moglibyśmy już być razem, gdybyś zaraz za odebraniem listu tego wybrała się z Neapolu i pojechała do Mediolanu lub Genui i stamtąd do Munich mi napisała, i czekała listu mego z Munich, za którego rzuceniem na pocztę zaraz bym wsiadł sam do powozu. Rób jak chcesz; gdzie chcesz, gdzie możesz, gdzie Ci lepiej, tam przybiegnę do Ciebie i zostanę przy Tobie. Moje serce, gdzie Ty — i czuję, że tak już na wieki. Nic nie poruszy, nic nie obali przywiązania, którem ja połączony z Tobą. Tysiąc kształtów los mój przybierze, a treść jego jednaką pozostanie, bo Cię ukochałem miłością, która nie mija ni na ziemi, ni na niebie — duchem całym!

Straszna to ta podróż dla mnie. Pojmiesz i uczujesz wszystko, co ja czuję; mąk Ci moich nie będę opowiadał, Ty je znasz, Ty je wiesz. Jadę wszechmocny wstrętem, a jadę, aby zostawić sercu starego ojca myśl, że go kocham i że nie zawsze tegom, czego on tak strasznie pragnął, nie chciał uczynić. Jadę tam — wierz mi, to najkrótsza droga jeszcze do Ciebie — jadę tam, by do Ciebie prędzej się dostać i oblać Twoje ręce łzami. Przyjeżdżaj, Dialy, do Varenna, tam siedźmy, póki nas zimno nie wygoni, a wtedy pomyślimy, gdzie się udać. Miastam znienawidził — chcę jeszcze frejburgowego ustronia z Tobą, chcę sam na sam z Tobą całą duszą i sercem raz jeszcze być przy Tobie, a w tych miastach wielkich tylko szpiegów mamy. Usuńmy się od świata, bądźmy jeszcze samotnymi, bądźmy jeszcze jako niegdyś, z sobą, bez nikogo trzeciego!

Com Ci miał oznajmić, oznajmiłem. Teraz to Ci powiem, że pewny jestem, iż tym wymaganiem ode mnie jechania tam do nich mój ojciec gubi wszystko, jeśli kiedykolwiek co z tego udać się miało. Powozem, końmi pocztowymi, ciałem moim, figurą moją albowiem mu posłużę, dopełnię jego życzeń, ale myślą, duszą, sercem czyż mogę? Pojadę i koniec — a gdy tam będę, będę jak trup, sama wiesz o tym, nie potrzebuję Ci gadać; ale trzeba było tym poświęceniem ratować Ojca, który codziennie sechł i słabiał, trzeba mu było poddać życia, siły, a zatem w tę fatalną wybrałem się drogę. Przejeżdżam przez Frankfurt, by paszport do Karlsbadu wizować; pojutrze będę w Frankfurcie, stamtąd napiszę do Ciebie, tj. ten list dokończę. Dysz, do obaczenia, do obaczenia!

Wiesz, że mam piersi rozpękłe, jak gdyby kat mnie na torturach uderzył w nie kłodą żelazną. Są chwile, w których czuję, że lodowacieję i blednę na twarzy, w innych gorączka rozpaczy mnie porywa.

Mówię Ci raz jeszcze, że kocham Ciebie, że od wypłynięcia z Neapolu nie było dnia, w którym bym nie płakał za Tobą, jak za najszlachetniejszą i najdroższą istotą ze wszystkich, którem znał na świecie, i teraz płaczę! Do obaczenia, Ty Dialy moja! Do obaczenia, Bóg da, za miesiąc!

189. Do Delfiny Potockiej

1841, 22 augusta, niedziela, Karlsbad

Droga moja! Siódma to niedziela już rozdziału naszego, — większa już połowa jego, bo niezawodnie nie dojdziem do 14-tej. Dopiero co przez godzinę wybierałem koroneczki dla Ciebie i szpilki, na pieska muszę, aż w Dreźnie będę, poczekać. Nudnymi, arcynudnymi torami upływa życie moje tutaj. Wąsowiczowa275, ta śmiertelna mego ojca i moja nieprzyjaciółka, tu przyjechała i siedzi, a łasi się Branickiej, jak garderobiana. Pamiętam czasy, w których p. Wąsowiczowa nie chciałaby była przyjąć do salonu swego pani Branickiej, wtedy była okrutną i podłą. Dziś jest miękką i podłą.

Ja tam zwykle wieczorem herbatę piję. Rozmawiam z Elizą276 o chemii, fizyce, sztukach pięknych i Paryżu, ale tak mi to idzie oporem, że ona to widzieć musi. Opowiem Ci dwie anegdotki, po których wniesiesz to wrażenie, jakie na mnie wywiera ona, i jakie ja na nią muszę wywierać. Zawczoraj wieczór przyprowadziłem tam pod rękę Wąsowiczową. Baba przez 2 godziny opierała się na ręce mojej i wlokła się, jak ranna hjena, po Wizie. Zasiedli wszyscy do okrągłego stołu. Fregata277 cukier każdemu odliczała do filiżanki i odmierzała śmietankę. Boreal278 bawił się końcami chustki swej szyjnej, kompletnie szczęśliwy temu, że żyje. Wąsowiczowa i ja przepatrywaliśmy owe wieczne albumy, które trzymała nam Eliza przed oczyma, przewracając z wolna ich kartki. Trzeba chwalić, ja nie umiem, więcem milczał. Wąsowiczowa za siebie, za mnie, za 3-ch i za stu chwaliła. Kartki jedne ubywały po drugich, wtem nadpłynęła jedna, a na niej była akwarela, wystawiająca kobietę samotną, siedzącą przy szerokim oknie, w białej odzieży, za oknem zaś jezioro smutne i świat dziki z borów i skał i nieba kawał, a ja zatrzymałem Elizę, która szła dalej i zacząłem, znęcony tą akwarelą mówić: „To się Pani udało, zupełnie udało, może nie tak ścisłość rysunkowa, jak raczej ukryta dusza rysunku. Jakiż to wyraz smętny w tej twarzy samotnej! Znać, że ta kobieta w więzieniu z trosk i boleści patrzy w przestrzeń i myśli, że trzeba niezadługo ziemię porzucić, ziemię, która jej tylko goryczą była, a mimo ten wielki wyraz smutku coś upajającego i jeszcze nęcącego jest w tych rysach zadumanych. Znać, że Bóg ją cudem był swoim stworzył, a tylko ludzie zabili. Nie przewracaj Pani kartki, bo to prześlicznym jest!”. Milczała p. El., nie przerywała mi pochwał, zatrzymała kartkę, jam patrzał i patrzał, coś z tej akwareli wołało na mnie; pierwszy raz wtedy zaczynało mi się zdawać, że El. ma talent, a kiedy tak mnie wytrzymała, a ja znów otwierał usta, by chwalić, rzekła dziwnym głosem, jakby zasmuconym, ale bez żadnej złości: „To nie moje, to Pani Delfina malowała i na pamiątkę mi dała”. Struchlałem. Darmo, gdzie duch mój napotkał ducha mu równego, tam w nim ozwało się życie. Struchlałem, a wiesz czemu? Oto dlatego, że mnie w tej chwili uderzyło przeświadczenie o konieczności nieodwołalnej, która moją duszę z Twoją spaja. Uznałem wyższą, jakby fatalną potęgę, wynikłą z głębi, z natury rzeczy, która mnie zmusza, gdziekolwiek co Twojego lub podobnego Tobie napotkam, podać się ku temu, to pojąć zaraz, roztkliwić się nad tym, znęcić się do tego, słowem to ukochać. Anim wiedział, że ten obrazek Twej ręki dziełem, a on jeden wśród tylu innych przemówił mi do duszy! Tak dalece, że kiedy p. El. przestała album przewracać, zamknęła go, uczułem konieczną potrzebę widzenia raz jeszcze mojej białej, marzącej przed tym wielkim oknem Dialy i rzekłem do niej: „Pozwól mi Pani samemu raz jeszcze otworzyć tę książkę”. A ona: „Dobrze, ale pod jednym warunkiem”. „Pod jakim Pani?”. „Że Pan mi wymyślisz przedmiot do rysunku”. „Zgoda, Pani” — i oddała mi album. Jam odszedł od okrągłego stolika i na uboczu znów rozemknąłem i szukałem mojej akwareli ażem ją znalazł i długom patrzał i łzy mi się kręciły w oczach, i to była dobra chwila.

Oto masz pierwszą anegdotę. Wieczór ciągnął się dalej, Józefa Kalinowska siadła do fortepianu. Słyszałaś Ty kiedy ryk krowy tyrolskiej, pisk rozkochanego kota, skomlenie psów zgromadzonych nad ścierwem? Prawda, Tyś mnie słyszała, ale przysięgam Ci, że lepiej śpiewam. Po tym okropnym głosie, który blasfemował279 Staendachen Schuberta, któreś tyle mi razy tak bosko śpiewała, przystąpiła do instrumentu klawiszowego p. Olga. Z Montechów wybrała pieśń jakąś długą, suchą, rulad pełną, pozbawioną wszelkiej idei muzycznej i kręciła ją gardłem swoim, jak szpagaty, z których powrozy urastają, lepiej jednak od siostry daleko, z pretensją olbrzymią, łamane sztuki wyrabiając, nic nie czując. I człowiek, co słyszał Malibranową280 i Ciebie, tam stał i słuchać musiał i nie plunąć! Wciąż głos Twój krążył mi nad uszami, jakby anielska obrona od tych ziemskich głosów, jakby tarcza melodii przeciwko tym nożom pisku. I tak, słuchając wspomnień o Tobie śpiewających w duszy mojej, zupełniem zapomniał Karlsbadu i Branickich i Kalinowskich. Tymczasem Stefan Potocki, syn Michała, umizgał się do Elizy — Fregata przy stoliku z Hjeną rozmawiała, Boreal zajadał poziomki, Kasia281, milcząc, obok mnie stała i dumała, a ja także milcząc stałem. Byłem coraz bardziej z Tobą, gdy nagle Wąsowiczowa, spostrzegłszy się, że jedenasta, wstaje i budzi mnie, wzywając mego odprowadzicielstwa. Pamiętasz z rana w Neapolu czasem osłów ryczenie, które śpiących tak mile do życia wołają? Zadrgnąłem, szukam kapelusza, p. El. zastępuje mi drogę: „A obietnica?”. Ja patrzę się na nią, nie przypominam sobie: „Co, Pani?” się pytam. — „A warunek, a przedmiot obiecany do albumu?”. Zgłupiałem, bo nic na podorędziu w głowie nie miałem. Naiwnie odpowiedziałem: „Zupełnie wypadło mi z pamięci, przepraszam”, i skrobię się w skronie. Hjena już na progu woła; panna stoi przede mną, domaga się. Naprędce spytałem się, czy zna Miltona — afirmatywą odpowiedziała. „Więc piekło całe Miltona” rzekłem i poszedłem za Hjeną. To druga anegdota. Z tych dwóch łatwo poznasz, w jakim tu wciąż położeniu jestem, i jak silnych doznałem wrażeń podczas teraźniejszego pobytu, i jak umiem się umizgać, gdy się nie kocham — nawet grzecznym być nie zdołam!!!

I tak dzień za dniem uchodzi i o krok dalej nie postąpiłem, czuję się z lodu, a nie ma kobiety na ziemi, coby się na tym nie poznała. Oddaję sprawiedliwość wszelką Elizie — szlachetna, dobra, gotowa na wszelkie poświęcenia, idealna, rozważnej myśli, cicho gromadzącej swoje materiały i cierpliwie gmach swój z ziarn piasku budującej, pełna niezłomnej woli w ważnych i stanowczych rzeczach, w małych zaś i potocznych wielkiej uległości. Wytrzymała do nieuwierzenia, w postępowaniu z Kalinowskimi pełna godności i miary, ale wszystko w niej jest namysłem i pracą, trudnym wyrabianiem się, że tak powiem: filozoficzną metodą, nie zaś darem bożym, natchnieniem, poezją, talentem. Ona pracuje na talent, stara się o poezję, bo pojęła w myśli, że talent jest pięknym, że poezja jest cudem cudów — ona prosi wciąż Boga o łaskę bożą, ale jej nie ma. Wszystko, co ona robi, jest zasługą, ale nie jest pięknością. U niej nurt ducha nie płynie z wewnątrz na zewnątrz, by tworzyć, ale owszem, z zewnątrz na wewnątrz, by skupić się i dopiero w tym skupieniu trafnie uważać, mądrze wyrokować. Myśl jej nie z ołowiu, dajmy, że ze złota — ale myśli powinny być z światła i z elektryczności! Ona ma się do młodszej siostry, jak Cieszkowski do mnie, a do Ciebie jak Doerianowa — dobra niemiecka aktorka, co przygotować się musi, by wygrać rolę i zawsze tak samo, do Malibranowej, natchnionej, nigdy nie przygotowanej, a zawsze doskonałej, co dzień odmiennej, żyjącej pięknością i sztuką, tak, jak kto inny powietrzem oddycha!

Oto przyszły karlsbadzkie harfiarki, grają mi pode drzwiami. Lubię te dźwięki strunne, ten prosty śpiew, wart zwanzigera, a lepszy, niż pretensjonalny a czczy i pusty Olgi. Gdy te harfy się odezwą, to przypomina mi się Neapol, i ten pokój w kwiatach, i ta harfa w kącie za fortepianem, którąś czasem trącała wieczorem, gdy księżyc na zatoce pod oknami srebrną swą, wiodącą w wieczność drogę wytykał i jacht lorda angielskiego obok niej czarno się kołysał. Już nic lepszego życie mi nie da. Zatem, by szczęścia chwilę uczuć muszę się oglądać, muszę w przeszłość całą duszę podać, obrócić się sercem i pamięcią ku tym nocom letnim pełnym woni, blasku, rozkoszy, upojenia i gwiazd i dźwięków i nieśmiertelności282.

Widzisz, Dialy, że harfy mnie do wierszów popchnęły.

Do obaczenia, droga — do obaczenia — niedługo będziemy razem! Wzdycham do Twojej twarzy i Twojego rozumu, jak do wolności więzień, jak dusza pokutująca do zbawienia, jak do ojczyzny góral, jak do Karlsbadu p. Kołomyjska, jak majtek do lądu, jak wędrowiec do fontanny, jak wygnaniec do domu, jak duch rozdzielony do powrotu w siebie! Do obaczenia!

Twój Z.

Nic a nic nie wiem, co się dzieje z Tobą, schnę z oczekiwania, a listy Twe nie przybywają. Może dziś co wieczorem będzie. Do obaczenia, Ty najlepsza moja!

190. Do Adama Sołtana

1841, Münich, 24 septembra

Wczoraj tu przybywszy, list Twój zastałem. Zapewnieś słyszał już o moich błędnych podróżach do Karlsbadu i Töplitz; niech Ci w tym względzie wieść publiczna gada o mnie, bo ja nie zdołam. Pomówić bym mógł, mową, w pobliżu wytłumaczyłbym Ci wiele rzeczy; pismem, z daleka, nie sposób, a przedmiot pełen wstrętu dla mnie. Pogadajmy lepiej, jak za dawnych czasów, o rozmaitych rzeczach. 1) List księżnej doszedł kogo należało. 2) Nie możesz pojąć, co to jest, przebywszy dwa miesiące w ciągłych kłopotach, wreszcie odzyskać nieco wolności; zda się, człowiek narodził się na nowo! Zdaje się niebo niebieściejsze i jesień zieleńsza od wiosny! O jedną łaskę Cię błagam: listy, które teraz będę pisał do Ciebie, na miłość Boga niech u Ciebie zostaną na zawsze w tece i niczyim uszom słyszalnymi nie będą. Jeźli mi tego święcie nie przyrzeczesz, stary a zacny przyjacielu, to nie będę Ci mógł serca pękającego wylać, obryzgami krwi jego Cię okryć, bo pełno uszów czyha teraz na każde słowo moje; lada jakie może zaszkodzić, wprawdzie nie moim celom, ale tym, które podzielić, których uczestnikiem być się podjąłem, a więc jak gdyby i moim. Rozpacz ojca, zwątlone jego zdrowie, zmusiły mnie! Nie miałem czym sił i życia mu poddać; jedyne to lekarstwo było dla niego. A więc? Cóż było robić? Czyż ojca zabijać? I tak już tyle rąk go zabija! Czyż i z mojej dłoni ostatnie, najgłębsze cięcie miało paść mu na serce? Nie, nie! Gdym ujrzał, że doprawdy tym tylko ratować i krzepić go mogę, westchnąłem ciężko, alem postanowił siebie zabić, jeśli mnie co zabić zdoła, a jego wskrzesić, jemu radością życia naddłużyć. Takie dzieje moje, nic innego w nich nie szukaj! Zresztą wszystko obmierzłem mi jest, wszystko tam, gdzie moje kroki stąpają, gdzie kształt persony mojej się obraca; a duch mój i serce, to są skryte własności moje, nieodebralne, nienakierowalne, wolne, swoje, które nigdy nie przestaną żyć, jak żyły, i być, czym je Pan Bóg stworzył. Przeczuwałem już to, co mi się stać miało, kiedym z wiosną z Rzymu, jakby z trumny, smętny do Ciebie list pisał; wiedziałem, że mi się życie łamie, że mi się droga z pod stóp wycofywa, i że dni przyszłości pełne są gorzkości dla mnie. Darmo, Adamie! Mógłbym jeszcze i tu powtórzyć, że przeczuwam koniec nieszczęśliwy; ale na co skarg tyle? Znasz mnie, i z tych słów kilku wybadasz całą iściznę duszy mojej.

Skąd piszę, tam odpisz. Dobrze się stało, że Brzoza dostał, czego pragnął, przynajmniej człowiek jeden szczęśliwy na czas jakiś na świecie. Z głębi serca Cię ściskam i kocham, mój Ty drogi i szlachetny.

191. Do Stanisława Małachowskiego

15 oktobra 1841, Münich

Mój drogi! Dopiero wczoraj, za przyjazdem tu z włóczęg moich po Niemczech, Twój list zastałem i zaraz Ci spieszę z odpowiedzią do Lukki, jakeś wskazał. Cóż Ci powiem! Oto nic dobrego, przez Boga! Tłukłem się safandulnie (nowym polski język ozdobion przysłówkiem) po Dreznach, Kaslach, Karlsbadach, Toeplitzach, Franfortach, po kolejach żelaznych — per Baccho! — żelaznych i dymem czarnym zamglonych, aż wreszcie tu przybyłem, i siedzę, i sam jestem z Konstantym, i jak długo tu siedzieć będę, nie wiem. Jednak coś mi się marzy, że się w Romie spotkamy znowu. Tam trochę więcej gruzów przybyło, te zastaniem na serca pociechę, prochu garści kilka więcej w Koloseum lub pod Kapitolem. Eccolo! Postęp! Eccolo283! Za powrotem do miejsca skąd wyruszyłeś, a gdzieś długo mieszkał, jedyna ulga! Brawo, panie Stanisławie! Życie jest wesołą piosenką, a krztusi się coraz lepiej człowiek, ją śpiewając, wreszcie go zadławi! Nawet już w mary, proroctwa, widzenia, od których mózgi ludzkie szaleją, bo kruchymi się stały od uderzeń powtarzanych gromu, wierzyć nie myślę. Memento mori284 jest jedynym słowem, które warte wyrzeczenia, bo śmierć wielką sztuką, tak, jak życie, i, kiedy dziarsko żyć nie sposób, przynajmniej godzi się i przystoi z dumą umierać. Gladiatory doskonale to umieli, a w starożytnych ludziach było coś olbrzymiego!

Drogi mój, odpisz mi tutaj, ale bladym atramentem, powiedz, gdzie będziesz i co myślisz robić. Zaprawdę tuszę, że się zobaczymy.

Ściskam Cię z głębi serca. Nie zapominaj o mnie!

Twój

192. Do Juliusza Słowackiego

Münich, dnia 27 października, 1841 r.

Drogi Julu! W cuda wierzę zawsze i wszędzie, w cudotwórców prawie nigdy; nie znam zaś próżności próżniejszej nad tę, która siebie uważa za konduktorkę płynu cudów. Nie pochodziż to nieco z tej urzędo-namiętnostki, tyle zawsze burmistrzującej w naszych sercach? W Piśmie, Księga Proroków następuje po Księdze Królewskiej, w dziejach bieżących to samo się objawiło: w sferze niby to widomej wystąpił tytuł, urząd, zaszczyt, nazwa miasto rzeczy, blichtr miasto istoty, słowem królewskość; w sferze niewidomej, w kościele poezji, awansowano na proroków. Jest tu także stopień, dignitas285. I znowu tu, jak tam, tytuł wprost rzecz samą skaził. Kształt obrócił się przeciwko treści, wyniknęła komiczność! Co za wiek, Julu, co za świat! Co za kolej zgubna, porywająca wszystkich do otchłani, nie dantejskiej, ale stokroć głębszej, bo stokroć dalszej od zmartwychwstań nieba, chcę mówić: do otchłani śmieszności! Za dni moich widziałem dzieci ponure, dzikie, jeszcze ssące pierś mamki, a już recytujące wiersze byrońskie i piszczące usteczkami, pełnymi mleka: „To piołun”. Widziałem piętnastoletnie dziewczynki, wołające Boga na usprawiedliwienie się przed nimi, jak Hiob niegdyś, jak Faust później, i szpilkami grożące gwiazdom. Widziałem olbrzymów ducha, przez czas jakiś zapełniających serca ludzi imieniem swoim, a potem idących na starość do św. Pelagii, i głupstwa, i brednie, próżnostki same drukujących; orłów, co w słońce patrzyli, spadłych w staw i przemienionych na pływające pośród pleśni kaczki. Widziałem za dni moich, acz niedługich, zbłaźnienie wszystkiego, i zaczyna mi smętno być w duchu. Tym się jedynie pocieszam, żem, zda mi się, doszedł ukrytej sprężyny tych wszystkich zjawisk: zowie się brakiem dumy, a przesytem próżności. Jak cud jest rodzajem pewnym niepracy w naturze, pieczonego gołąbka, co spada z nad chmur do gąbki, tak i w duchu ludzkim próżność jest wieczną żądzą chwały bez pracy; kiedy duma, wbrew przeciwnie, jest wieczną żądzą chwały, lecz za pomocą olbrzymiego trudu. Kto dumny, ten i pokorny zarazem, a duma połączona z pokorą, stanowi wielkość człowieka. Duma bez pokory, to próżność; pokora bez dumy, to podłość. Na pozór tylko sprzeczne te władze duszy, a w istocie wielkość prawdziwa bez nich obydwóch obejść się nie może. Pokora powinna zawsze objawiać się w środkach, a duma w celu. Tym, że duch nigdy nie zadowoli się tym, co uczynił już; tym, że dalej iść pragnie i piękniejszego czynu się dorwać; tym, mówię, pokorę swoją pokazuje, bo ciągle się ma z niższego do ideału: skąd tęsknota, smętek, czasem zwątpienie. Tym zaś, że dalej stąpa, że karmi się wiarą urzeczywistnienia w końcu piękna, którą pojął, że gardzi wszelką skończonością i poczuwa się do pobratymstwa z nieskończonością, że uznaje się niezwalczonym i wolnym od śmierci, tym jest dumnym i boskim! Lecz nie mógłby takim być, gdyby zarazem nie był ludzkim i pokornym, bo bez pokory duch stanąłby na pierwszym lepszym stanowisku osiągniętym i nazwałby to doskonałością wszystkiego, końcem i dopełnieniem, wiecznością, wielkością, pięknem i zaraz by tym samem okrutnie się zbłaźnił. Zatem bez pokory byłby poliszynelem, bez dumy także by się dostał do Bergamu natychmiast, bo padając na ziemię i bijąc czołem o dróg bitych kurz w lecie, a błoto w jesieni, w wiecznej fakirowskiej niewzruszoności oznajmiłby sobie samemu, że dalej kroku ujść nie zdoła i że stworzony jest na zwierzę lub roślinę. W naszej epoce brak wszelkiej harmonii między dumą a pokorą przeszkadza wszelkiej wielkości. Jesteśmy próżnymi, tj. albo mamy pokory śmiecie bez ognia dumy, albo rośniem w szum dumy, w pianę, w bryzg, w nicość, nie opierając się na głębi żadnej! Rozbite akordy gubią zawsze ludzi, podnoszą zaś ich tylko pełne i pogodzone: pierwsze są fałszem i piskiem, drugie tylko — muzyką! Otóż my nie w muzyce, ale w fałszu, w kwasie tonów żyjem, i dlatego przepadamy. Patrz tylko, na co wyszli Lamennais, Lamartine, Sandowa286 w ostatnich płodach? A wszystko przez próżność, przez serwilizm dla ludu lub dla urzędu, przez chętkę poklaseczków teraźniejszości, niepamiętni o poklasku wieków!

Teraz, mój drogi Julu, o Tobie słów kilka. Ucz się, patrząc, do czego wiodą rozmaite dusz słabości: unikaj wszelkiej, nie zapadaj w niemoc, bo niemoc nie jest pokorą; ni znów rośnij w dzikie przekonanie, że można jedną strofą wieki przewrócić, bo takie przekonanie nie jest dumą. Bądź dumny a pokorny! Lecz, kiedy się korzysz, to korz się przed Panem wiekuistym, lub przed wszechświata pięknością, lecz nie przed tą dziwną Madonną, której za podstawę dałeś piersi swoje. O Julu! Ja wiem, że to Ci wiele smutku rzuciło do serca i może wiele sił na czas jakiś odebrało. Szkoda Ciebie, byś z takiego zadraśnięcia miał się rozranić i osłabnąć, otrząśnij się! Gdzie Rafael nie malował, tam nie myśl o Rafaelu, marz raczej o Rubensie i duszy Twej całej nie kładź pod stopy aniołów rubensowych, daj im rękę, opiekuj się nimi, życz im dobrze, bądź im bratem, ale nie konaj dla nich! Bo Twój grób po takowej śmierci nie porósłby w bluszcze nieśmiertelne, poczciwe niezabudki, ładne gwoździki, małgorzatki i tulipany na nim by się nie urodziły — a o to idzie, by na grobie stał krzyż, w laury oplecion, nie kwiateczki rosły! Ty wiesz, żem Cię kochał zawżdy; Ty wiesz, że Cię kocham: może nie wiesz, ale się dowiesz, że nigdy nie przestanę. Julu, powtarzam Ci, nieśmiertelność jest w Tobie, od Ciebie zależy z piersi ją własnych wyrwać i uzewnętrznić. Nie kładź się więc na ziemię, taking the measure of grave287, nie chciej sobie samemu wmawiać, żeś tylko już mozaikowym artystą! Nie, tak nie jest. Artysta z Ciebie, mistrz! Lecz nie ufaj nigdy chwilowym ludzi poklaskom. Wszystko, co żyć ma i trwać, musi przejść wprzód przez walkę: od pieska, co na robaki umiera, od dziecka, co płacze, gdy mu ząbki się wykłuwają, aż do epopei Danta, aż do idei chrześcijaństwa. Co zatem zaraz zyskuje aprobację gminu, to nie długo pożyje, wierz mi, Julu! Tyś przeznaczony żyć, jeśli sam nie wyrzeczesz się wieczności dla znikomych ułudek. Bądź dumny a pokorny, a będziesz wielkim! Niech Cię Bóg strzeże! Myśl o mnie zawsze jako o istocie, mającej serce wiecznie rozkwitające i stulistne, gdy obraca się ku Tobie! Odpisz do Münich!

193. Do Delfiny Potockiej

26-go (listopada) 1841, Münich

O Towiańskim nowych szczegółów pełno się dowiedziałem. Był rejentem w Wilnie, słynął zawsze z poczciwości, ale wcale nie z rozumu. Kiedy Nowosilcow w Wilnie 1825 roku i wprzód jeszcze odkryte towarzystwo „Promienistych”, towarzystwo mistyczne, wierzące w wpływy magnetyzmu i w siłę wszechmocną czucia, a najlepiej w 4-tym tomie Mick, opisane, indagował, nękał i tłumił, był tam Mianowski288 doktór, który dość podle się spisywał, służył mu i braci własnych wydawał — powszechne przeciw temu człowiekowi oburzenie powstało. Był to materialista, anatomik, wiecznie nad trupami siedzący z nożem w ręku, nie wierzący w nic. Towiański jeden tego człowieka bronił przed innymi, a kiedy ten człowiek nagłą rażony śmiercią, co się w owe czasy cudem wydawało, umarł, on jeden tylko z całego miasta Wilna poszedł za jego trumną na cmentarz. Stąd zaraz urosła wonczas legenda, że przez wdzięczność, z mąk czyśćca dusza owa zawróciwszy, pokazuje się naszemu rejentowi. Rejent ni potwierdzał, ni zaprzeczał tej wieści, ale już wtedy zapadł w jakieś mistyczne usposobienie; później się ożenił, pierwsze trzy noce po ślubie przebył z żoną na cmentarzu i duchy wywoływał, by się małżeństwo nie tylko zmysłowo ale i duchowne dopełniło. Odtąd uważano, że się stał innym człowiekiem, potężnym w naukę, w rozum coraz wyższy i w urok wszechmocny nad ludźmi, magnetyczny, prawdziwie promienisty. Ile razy się rozłączył od żony, wracał do dawnego stanu mierności. Ile razy był z nią razem i mieszkał, odzyskiwał swoją potęgę, którą kilka razy wywarł na oskarżonych w sądzie, zmuszając ich czarowniczo prawie do wyznania zbrodni. Pierwszy połóg żony niebezpieczeństwem śmiertelnym groził, nadziei już nie było, wtem Mianowski z czyśćca przybywa, podaje sposób — żona Towiańskiego ocalona. Odtąd często Mianowski powtarzał odwiedziny swoje i uczył Towiańskiego o czyśćcu, o tamtym świecie i o zbliżającej się epoce nowej na tym. Wreszcie wybrał się nasz rejent, urząd i dom zostawiając na zawsze w Wilnie, wybrał się z żoną i dziećmi w świat. Jedni twierdzą, że zaczął podróż od Petersburga, gdzie mu urzędu odmówiono, drudzy, że zaraz zagranicę się udał i przez lat kilka po Niemczech i Włoszech rozmaitych się rzeczy i ludzi napatrzył. On sam twierdzi, że widział się z najwyższymi urzędnikami, rządzącymi losem państw po Europie i z nimi rozmawiał i przejmował ich miłością, zwiastując im przyjście ducha. Tymczasem, kiedy siedział w Dreźnie, gdzie długo przebywał, mówią niektórzy, co go tam znali, że uwiódł biedną dziewczynę i był ojcem dziecka jej, a to do królestwa ducha nie należy! Słowem, całe życie tego człowieka dziwną jest mieszaniną, nierozplątaną gmatwaniną, pokostem mistycznym pociągnioną. Wszyscy, którzy go widzą doznają, nim nawet przemówi i zacznie ich nauczać, wpływu niepojętego na zmysły swoje, który ich ciągnie k’niemu i podbija ich wolę. Taki wpływ należy do nieznacznej dotąd i nieobliczonej siły, coraz jednak mocniej za dni naszych objawiającej się w naturze i, moim zdaniem, poprzedzającej ogromne jakieś odkrycie, tyczące się nieśmiertelności duszy po zgonie — do siły magnetyzmu! Każda siła natury ślepa, konieczna, nim przez ducha ludzkiego odkrytą, z zasłon obnażoną i podbitą zostanie, ma się do niego po szatańsku, tj. wywiera na niego wpływy tajemnicze, niezrozumiane, wolę jego ujarzmiające, jest materią, jest naturą, występującą jako pani nad człowiekiem. Zrazu człowiek klęka przed naturą i zowie ją bóstwem — cała mitologia dowodem tego. Nie elektryczność, nie magnetyzm, nie to, co najwyższą jest idealnością materii, ale prosto rzeki, bory, skały, chmury w pierwszych czasach ludzkości tak były mało zrozumiane, że trwogą przejmowały serca ludzi i że je ludzie czcili jako bóstwa. Teolog chrześcijański Ci powie, że szatana to było dziełem, że szatan gadał przez usta pytonissek itd., itd. W istocie były to fałszywe bogi, — szatańskie, demoniczne wpływy, — bo celem człowieka jest być panem natury, — więc kiedy jest jej sługą i niewolnikiem, ona, której przeznaczeniem jest podlec jemu, tj. być niewolnicą jego, niby przybiera gest buntu, postawę zbuntowanego anioła, chcącego ducha ujarzmić. Szatana tak samo rozumiemy w stosunku do Boga wszechmocnego.

Tyle co do samej rzeczy serio uważanej. Każde serio ma swoją sprzeczność, swoje buffo na świecie tym — otóż szarlatanizm tu wystąpi z czapeczką i dzwoneczkami bufona. Interes, chęć próżności, chciwość wyskoczą jak arlekiny, i ziemię obiegać będą w Boga imieniu. Prawdziwa historia pana Towiańskiego taka, o ilem mógł się o niej dwiedzieć, — lecz nie myśl, że od naszego poety, co krótkie miecze Rzymian rodzi za pomocą strof 8-mio wierszowych, — nie, skądinąd — od Witolda289. Ów prorok był urzędnikiem w Petersburgu, tam czworo dzieci zostawił, sam z żoną się wybrał i szedł przez Litwę, aż przybył w Poznańskie, tam osiadł na czas i opowiadał swoje słowo. Założył towarzystwo tajemne dam, którego celem być miało przyspieszenie przyjścia ducha, ale wymagał od nich, by się spowiadały jemu, jakby księdzu katolickiemu, i wszystkich tajemnic swoich go panem uczyniły. Stało się; wtedy zaczął sypać im zdradne słowa w uszy, grozić wydaniem tego, co się był dowiedział, słowem, za dotrzymanie sekretu żądał nagrody. To jego misje w umyśle owych dam w niezmierne podejrzenie, a wreszcie i ohydę podało. Więc ruszył dalej i przywlókł się z żoną do Paryża! Pamiętaj, że czworo dzieci jest w Petersburgu! Ta familijność, rozciągniona z jednego końca po drugi Europy, przyznasz nie jest linią matematycznie prostą, weź tylko mapę, a zobaczysz, że strasznie labiryntnie krzywo po niej! Eccolo, — i ja powtórzę: chi lo sa!290 Tak więc obudzone we mnie marzenie, tym, żeś Ty mi o nim napisała, musiało upaść pod szczegółami, o którychem dziś się dowiedział. Jednak trzeba na tym świecie zarazem i niczemu nie wierzyć, i wszystkiemu. Na tym świecie, mówię, bo nad tym światem, jedna tylko droga: wszystkiemu. Trzeba tu umieć nic za wcześnie nie odrzucać, a zarazem niczego łapczywie nie chwytać — mądrym być trzeba, szczególniej kiedy głos boży od bieguna idzie! Obacz tego człowieka, — przeniknij go wzrokiem, — wpij się w jego duszę odgadnieniem Twego ducha, ale nie polegaj na mimice jego i strzeż się!

194. Do Stanisława Małachowskiego

Münich, 1841, 7 decembra

...Ogniwko złote, w wielkim brązowym łańcuchu, tarte twardymi braćmi wreszcie rozkruszyć się musi, rozpłynąć się. Ale gdzież proszeczek ten, idealnie lekki a złoty, wiecznie osiada? Oto właśnie na chropowatościach, ostrzach, skazach, szczerbach tamtych ołowianych i żelaznych ogniw. I tak pracą powolną, wiekową, z brudu, z męki, wreszcie ze skonu szlachetnych, łańcuch cały głupich i niegodziwych się pozłaca. Bohatery, mędrcy, sprawiedliwi, ofiary, kochani mrą, roztapiają się, wołając: „Czemuś opuścił nas, Boże!?” Ale ludzkość ich myślą myśli, ich czynami się wzmaga, ich pięknością pięknieje; aż wreszcie, przez zaofiarowane i poświęcone wielkie osobniki urobiona, odpłacać się zacznie osobnikom, bo każdemu da byt duchowy, godność i rozum i szczęście — ale to na końcu drogi, drogi, u której wstępu stoimy. Indywidualność każda, czy chce, czy nie chce, poświęconą jest. Śmierć jest to nóż ofiarny, który ją zarzyna dla całej ludzkości. Ale to logika tego planety, to pozytywizm tej strony grobu tylko; za to, na tamtej, każda indywidualność nieocenionej wartości nabywa, bo jest nieskończenie nieśmiertelną i w duchu bożym, jako cząstka tego ducha, ale cząstka, mająca wiedzę, że jest cząstką, utrzymaną wiecznie przy wiedzy tej, zatem sobie samej już na kształt całości wyglądająca, i będąca istotnie całością!

Cóż to jest całość? Rzecz, złożona z innych, ściśle z sobą spojonych i pogodzonych! Dusza nasza taką jest, bo ma tę cudowną siłę rozkładania się przez sumienie na dwa, i łączenia się znów w jedność. Trójca boża w niej odbita. Co chwili myślą myślisz nad sobą, wiesz o sobie za pośrednictwem myśli: trzech was w jednym, zatemeście całości ducha! Cząstka tylko przepaść może, bo, spotkawszy się z drugą, trzecią itd. cząstką, wiąże się z nimi i w całości jakiejś, której była oderwanym członkiem, przepada. Lecz to, co już z siebie całym dopełnionym, wewnątrz siebie samego rytmicznie żyjącem jest przez wiedzę, jaką ma o tym życiu swoim, to nie może przepaść, to się tylko rozwijać dalej w nieskończoność może! Więc w istocie jako ludzie planetarni żyjem poświęceni w wielkim doczesnym panteizmie ludzkości; jako duchy, jako ja każdego z nas, żyjem znowu udzielni, nieśmiertelnie tym ja obdarzeni, poza grób przeciągnieni, jak promień, który wiecznie podnosi się ku Bogu. Na planecie więc jest miejsce pokory i śmierci naszej — za planetą miejsce dumy i nieśmiertelności naszej. Dwoma wiecznie kierunkami bieżym w jednego wszechpięknego Boga, w jedną Sprawiedliwość, w jedną Mądrość cudowną. Jako cząstka ludzkości, widoma i rozrywalna, posuwa się ku ostatecznym jej celom, a te są: rzeczywiścić na planecie królestwo niebieskie dobra, czy przez dalsze podbicie natury, czy przez dalsze rozgoszczenie się ducha miłości w piersiach ludzkich. O ile jesteśmy na świecie tym, o tyle się staramy, by ten świat stał się podobny bożemu, wszedł w stosunek ściślejszy z bożym, to jest z tym, z którym sojusz nieśmiertelności naszej indywidualnej nas sprzęga na wieki wszystkie nasze dalsze. Za życia więc tu nic innego nie czynim, tylko gotujemy sobie samym na później coś boskiego, punkt jakiś boski w przestrzeniach, by nam, umarłym i nieśmiertelnym, było na co spojrzeć i z czego się radować i w czym rozkoszować, by wszędzie nam niebo było. Lecz właśnie dlatego, że, będąc w sobie całością, niczyją inną, jedno Boga, wszechrzeczy cząstkąśmy, a nie planety tego lub owego, nie do tego punktu skuci lub tamtego, ale wszystkich panami; zatem musim przestać przez śmierć wygrywać rolę cząstki ludzkości, a zacząć na większej scenie wygrywać naszą prawdziwą, istotną, to jest musim my, nieśmiertelne całości, zacząć po wszechświecie mieszkać jako cząstki, ale tylko Wszech-Boga! Jako w pierwszym kierunku, nosząc ciężkiego ciała żałobę, musieliśmy służyć planecie, planetarnemu rozwijaniu się, tak w drugim to rozwinięcie planetarne nam kiedyś służyć będzie musiało; to jest: ziemia, doprowadzona do najwyższej przemiany swojej, będzie cząstką nieba naszego. Zatem my syny nieba, a zarazem na niebo nasze pracujem!

Pytasz, czemu wszyscy równo nadgrodzeni, a nierówno zasłużeni? Wiele zasłużony ma już w sobie nagrodę swoją, bo wzniosły duch każden wzniosłość własną musi mieć już w sobie za pyszny dar lub święty wyrób i w tym wyrobie lub darze już kocha Boga, już czuje Boga: więc, w tej miłości wyższej ku Bogu żyjąc, doznaje jej rozkoszy! Dalej, kto może opowiedzieć, jakim sposobem mniej zasłużeni jeszcze później się zasługiwać muszą. Eccolo ignorantes sumus291 w tym! Ale wiele tajemnic pryśnie, i myślę, że może jeszcze za dni naszych. Objawienie Syna Bożego, objawienie praw Ducha nie powtórzy się, już dopełnionym jest, i, co duch nasz tutaj, znamy; ale drugie potrzebne a nie dane, bo Ojciec niebieski nie umie opuszczać, a to się tyczy sfer natury, która, nim poznana, bywa zawsze szatanem, człowiekowi, a gdy on ją ściśnie w ramiona, i przymusi powiedzieć imię swoje ukryte, staje mu się wnet cudownym aniołem, i podbitym aniołem. Tak ogień, woda, para dotychczas; ale elektryczność, ale światło, ale magnetyzm, czyli cały system nerwowy natury? Zbliżamy się do wielkiego odkrycia magnetycznego, które nas połączy z wszechświatem przez widzenie w odległości, i może z światem dusz umarłych, a na tym planecie stworzy nowe źródła bogactw dla klas, które inaczej do buntu gotowe, pożrą wiek nasz z wewnątrz tak, jak barbarzyńcy pożarli Rzym z zewnątrz i duch ludzkości przez to objawienie w okręgu natury rozszerzy się, jakby drugi raz przemówiło słowo boże. Ale dość o tym, masz nad czym zabawić się lub zanudzić. Odpisz tu!

195. Do Juliusza Słowackiego

Münich, dnia 28 lutego 1842 r.

Pismu się nie dziw! Tak piszą ci, których głowa już w ciemnościach grobu leżała. Dziewiętnastego lutego, w samą chwilę dobijających mi lat trzydziestu, dwoma rażony apoplektycznymi w mózg piorunami, padłem, jak Ci powiadam, głową w grób. Dwa razy puszczona krew przywróciła życie, odtąd piszę tak. Jam ledwo co nie umarł, a Konstanty umiera na zgniłą gorączkę! Już od trzech tygodni leży i co dzień gorzej. Pomnij, Julu, jak mi dobrze jest, a to wszystko spadło na mnie wśród najwyższego stanu umysłowego ze wszystkich, których kiedykolwiek w życiu doznałem. Odkąd pisałem o regencie do Ciebie, życie moje jedną było godziną: lało się, płynęło, buchało, coś przemieniało się we mnie, czułem w sobie coraz głębszą głąb, coraz jasnowidniejszy ton, i garściami błękitu z tej przepaści mógłbym był rzucać w świat; ale to tragicznem w moich losach, że, ile razy duchem sięgnę w górę, grom z tej góry spada na ciało moje, i farewell, king292! Trudno mi pisać, bardzo, bardzo: za każdym słowem koło serca mdło, a tysiąc cieniuteńkich szponów zatapia się w mózg, jakby włos każden stał się ostrzem, rosnącym wgłąb i przenikającym aż na drugą stronę mózgu. Do tego smutek, rozpacz! Konstanty umiera, siedzę przy nim, już mnie nie zna, śpi ciągle; gdy się ocknie, błąka się myślą już nie po tym świecie. Forma jego leży zżółkła jeszcze w łóżku tym, ale on, gdzie on? Czy już w Bogu? Więc dobrześ uczynił, Julu, żeś sobie przypomniał tych dwóch, którzy Cię kochali, a z których jeden odchodzi, a drugi waha się, a przed tygodniem już był zupełnie odszedł i, przez trzy kwandranse gdzie był, sam nie wie, tylko to wie, że dostał toporem wewnętrznym w głowę, że to cięcie rozerwało mu na dwoje sen rajski, marzeń tysiąc, rozsypało całkiem grupy form, świat cały, planetę wnętrznego, nowo-narodzonego z światła i płomieni, rozbiło, i że padł, taking the measure of grave! Więcej nie mogę, musisz poczekać, aż wieczór przyjdzie ktoś do mnie, który pisać będzie pod moim dyktowaniem, bo, choć słaby i nędzny, wiele rzeczy chcę Ci powiedzieć, chcę Cię, jeśli zdołam, wyrwać z melancholii, bo nie czas na nią teraz, a więc do wieczora!

Dał Bóg chleb, zębów nie dał — dał potęgę, ale cóż kiedy palca ściągnąć do pióra nie sposób. Tu przybyłem po Sołtanowe serce, to szerokie, wielmożne serce, i sercu lepiej memu z nim. Pisz ciągle do Münich, bo, jeśli wyżyję, to wrócę tam, kamień grobów mu zostawić i pokończyć interesa, po nim pozostałe, a potem do Kissingen. Źle ze mną; jeśli zginę, co po moim duchu się zostanie, rąk Twych dojdzie, pamiętaj! A ostatnią wolą moją jest, byś nie tracił życia na nędzne zgryzoty, ale na wielkie gotował się bóle, a po nich na wielkie wzniesienie. Bądź mężem z białego marmuru! Zrzuć z piersi nogi rubensowych Madonn, żyj, a, gdy mnie już nie będzie, wspomnij mnie!

Zyg.

196. Do Stanisława Krasińskiego

1842, 18 marca, Münich

Mój drogi Stasiu!

Tysiąc dzięków Ci składam za Twoją przyjaźń i pamięć dnia 19 lutego. Pamiętasz — w rocznicę tych fortec, zdobywanych w dzieciństwie i tych kuglarzy, sprowadzanych na urodziny moje, uderzony zostałem dwoma apoplektycznymi rzutami krwi, które mnie mało co że o zgon rychły nie przyprawiły. Puszczeniem krwi uratowan — później wód Kissingskich piciem na nogi postawion i już daleko lepiej, doznałem najokropniejszych wrażeń moralnych i znów mnie one mocno zaszkodziły. Biedny Konstanty293 albowiem, który już od miesiąca leży w łóżku, 9 marca konać zaczął i doktorzy mu tylko kilka godzin życia dozwalali, więc nocą po księdza biegać musiałem i widziałem, jak olej ostatniego namaszczenia spoczął na tych, tyle kochanych przeze mnie, powiekach. Gromem mi w nerwy był ten widok. Znów się rozniemogłem cały — lecz dzięki Opatrzności wszechmogącej i której wyroki nie pilnują się rachub lekarzy, po trzech dniach ciągłego konania na tyfus snadź zwyciężył jego organizm i śmierć, już stojąca obok, odeszła od łoża jego — został się żywy na nim, ale strasznie osłabiony i nawet dotąd zupełnie podług prawideł sztuki, z niebezpieczeństwa nie wybrnął, lecz według nadziei serca mego zda mi się, że go Pan ocalił — i dzięki, dzięki Panu, bo z nim połowa i umysłu i serca mego byłaby zeszła pod ziemię, w zimno grobu! Piętnaście lat wspólnych myśli, rozumowań, uczuć byłyby odeszły ode mnie. Dzięki Panu, dzięki — czekam tylko, aż mi doktor powie, że zupełnie z niebezpieczeństwa wydobyty, by stąd natychmiast wyruszyć. Zaraza w tym mieście szeroka — umierają licznie, pogoda wściekła, jak żyję takich burz nie widziałem. Wyruszę zatem zaraz po świętach, jeśli Bóg pozwoli, ku północnym Włochom, lecz jeśli zechcesz do mnie napisać, pisz zawsze tu, a list mnie dojdzie bez chyby.

Straciłeś dziecię — aniołem jest w niebie. Co myślisz lepszego: czy nieszczęśliwym być człowiekiem na smętnej ziemi, czy sługą bożym w królestwie bożym? Za dziećmi umierającemi płakać, to płakać nad sobą, nie nad nimi, bo im życia los oszczędził — zatem próby ciężkiej, i dał zaraz to, czego my się dorywać musimy, trudem i bólem, niepowodzeniami, widokiem i doznaniem wielu złego i nikczemnego. Dziecię Twoje, Stasiu, dziś modli się o Ciebie w niebiesiech. Niech ta myśl żal Twój ukoi. Wierz mi; choć śmierć jest straszną chwilą, może życie straszniejszym jeszcze w pewnych czasach. Tobie osobliwie takowa strata bardzo dotkliwą być musiała. Pamiętam kiedyśmy dziećmi jeszcze bawili się po trawnikach ogrodowych, domowych, już wtedy w Tobie leżał zmysł ojcowski i do przyszłych, nieurodzonych dzieci Twoich przywiązanie. Raz, pamiętam, jakbym Cię dziś słyszał, gdym Ciebie się pytał, czemu sobie nie folgujesz po studencku po akademicku, słowem, czemu nie hulasz, jak to nasza owoczesna generacja cała, Tyś mi odrzekł poważnie: „Chowam siły moje dla dzieci moich”. Możeś miał wtedy lat 16 — nieprawdaż, Stasiu mój? Więc czuję i rozumiem, jak dalece to nieszczęście musiało rozranić Ci duszę, ale ufaj w Boga — mieć jeszcze inne będziesz, które wychowasz na ludzi i poczciwych, i zdrowych, i zacnych. Nie każda kolebka zamienia się na trumnę w domu Twoim — owszem, obaczysz, ród dzielny i siły pełen rozmnoży się z Ciebie, mam najgłębsze przekonanie tego. Od kiedyś się ożenił294. ni Ty do mnie, ni ja nie pisałem do Ciebie. Racz moje uszanowanie, choć nieznany jestem Jej, żonie Twojej złożyć. Powiedz mi, czy Karol szczęśliwy; on także oniemiał, od kiedy dostał tak rozumnej żony — uściskaj go serdecznie ode mnie i powiedz, że czasem napisanie listu do mnie z ufnością dawnych czasów w niczym by nie ubliżyło małżeńskiej wierności. Powiedz, co i Adaś porabia? Jedyna wieść o nim doszła uszu moich, to była, że niemiłosiernie upił się chłopak na weselu Karolowym. Lepiej by był uczynił, gdyby książkę jaką przeczytał. Pilnujcie wy jego, by nie wykierował się na reprezentanta nowej generacji, zakochanej w kartach szampanie, śledziach holenderskich i nicości umysłowej — szkoda by było duszy jego i imienia.

Kiedy mnie znaglasz do powrotu, nie zważasz na stan zdrowia mego; chciałem spróbować, czy mi się uda przezimować z tej strony Alp — patrz, jak mi się próba udała: mało, we mnie się krew tak nie uspokoi, na północne pogody narażać się nie mogę.

Raz jeszcze dzięki Tobie za pamięć. Wiesz, że Cię kocham, jak za dni wspólnych dzieciństwa; co u wstępu do życia w sercu ugrzęzło, tego nic później oderwać ni wygluzować nie zdoła. Tak i związki nasze — przyjaźń nasza; tym złóż uszanowanie moje i Matce.

Twój na zawsze Zyg.

197. Do Konstantego Gaszyńskiego

Bazylea, 9 kwietnia 1842

Od czegóż zacznę i na czymże skończyć muszę, o mój Konstanty! Już od imienia tego serce mi pęka. Słuchaj pogrzebowego opowiadania!

Trzech nas było przed dwoma tygodniami jeszcze, trzech dawnych, z dzieciństwa połączonych razem, teraz dwóch tylko — Ty i ja! List mój ostatni był do Ciebie, zda mi się, w decembrze. Przez cały styczeń ogarniony nadzwykłem natchnieniem żyłem tak, że mi jedną godziną, snem jednym, był ten miesiąc cały! Drogo losom zapłacić miałem za tę rozkosz ducha. Dzień cały nad stolikiem, a wieczorem u Konstantego mego drogiego, ah, pogrzebanego już! Nie uwierzysz, jaka w nim była się, szczególnie w ostatnich tych latach, ocknęła potęga; z uwielbieniem słów jego słuchałem. Rósł on na jednego z pierwszych w Polsce. Muzykę był porzucił, wziął się do pióra; co w duchu długich lat pracą nagromadził zewsząd, to teraz wylewał i świat tworzył, ogromny, nowy, pełen energii i niepomyślanych od nikogo pomysłów. Noce nam schodziły na wspólnych rozprawach. On mi czytywał w miarę, jak napisał, a często powtarzał: „Zobaczysz, nie skończę”, a ja zaś temu odpowiadał, przecząc; teraz wiem, że prawda i odpowiadam szlochami! On był mi aniołem stróżem, on siłą moją, rozumem rozumu mego, i tak kochał mnie, tak kochał, że, przez wszystkich opuszczony, byłbym jeszcze nie skarżył się, gdyby on jeden tylko mi został! A teraz, teraz co?

Zaczął się luty i on jakoś źle się czuł; mnie jeszcze nic nie było. Wtem i mnie krew strasznie zaczęła tłuc w głowę, jemu coraz gorzej; wreszcie się kładzie, woła lekarza. Lekarz mi oświadcza, że to tyfus i że on już ma wrzody we wnętrznościach. Dziewiętnastego lutego, w sam dzień i godzinę mych urodzin, sam dostaję apoplektycznym buchem krwi w głowę i padam, jak długi, krew mi puszczają; w wieczór raz powtórny padam na posadzkę, znów krwi upust mnie ocala. Przez kilka dni bardzo źle ze mną, wreszcie wracam do pewnych sił; zresztą i zapomniałem o sobie, w niego zatapiam się cały. Ta, która go kochała, jedna z najrozumniejszych i najmilszych kobiet na świecie, i ja, we dwoje, już od tego łoża nie odstępujem295. On wciąż prawie bez zmysłów, czasem jednak nas poznaje. W nocy z dziewiątego na dziesiąty marca już lekarze mu tylko sześć godzin życia dają. Biegnę w tę noc straszną, w burzę tę wściekłą, burzy nie słysząc, na drugi koniec miasta, po księdza. Przybył kapłan z Panem Bogiem. Konstantemu o tym mówię. „Czy już czas?” tylko się zapytał z uroczystą spokojnością. Klęczałem tam, widziałem, jak hostia, niezmiernie biała, zstępowała ku tym ustom kochanym, i olej ostatniego namaszczenia na tym czole ujrzałem. Pękło mi serce, i jej też, jej, co tam stała, nieodstępna, czujna, wierna, kochająca, piękna! Jednak śmierć sfolgowała, chciała nam przed ostateczną rozpaczą dać ironię nadziei: po konaniu trzydniowym zaczął się lepiej mieć. Do dwudziestego lepiej to trwało, nam już dusze lekko biły w piersiach z wesela; lecz znów choroba zaczęła swoje, z wnętrzności na gardło się rzuciła, gangrena wdała się, i dwudziestego siódmego marca, o czwartej z południa, w sam dzień Zmartwychwstania Pańskiego, otworzył oczy, zamknięte od dawna, spojrzał w górę, w niebo, w Boga, i westchnął lekko, bardzo lekko! Tym westchnieniem wśród nas, śmiertelnych, przemienił się na nieśmiertelnego, i wnet czoło jego, to piękne, myślne, szerokie, pamiętasz — opadło, i twarz stała się cudownie do chrystusowej podobną. I oto ja sam zostałem na ziemi!

Taki napis na jego grobie pod 85 arkadą cmentarza w Münich:

Konstantemu Danielewiczowi.

Wśród najwznioślejszych w Polszcze umysłów Wzniosłemu.

Wśród najszlachetniejszych serc Szlachetnemu.

Oficerowi ostatnich wojsk Polskich.

Przeszytemu kulą, gdy szedł na bagnety pod Ostrołęką.

W lat jedenaście później zmarłemu na obcej ziemi,

W 34 roku życia po długiej chorobie w Münich d. 27 marca 1842 r.

Towarzyszowi młodości całej,

przyjacielowi,

Więcej niż bratu,

Kamień nad zimnymi zwłoki

W rozpaczy położył

Zygmunt Krasiński.

Niech śmierć i stokroć tu zwłoki Twe grzebie!

Ty żyjesz, żyjesz! Pod zimnym kamieniem

Nie jesteś prochem, ni snem, ni milczeniem

I Ty wiesz w niebie, jak ja kochał ciebie!

III. 25. Ale dni moje prędsze były, niż poseł, uciekły, a nie widziały nic dobrego.

26. Przeminęły, jako prędkie łodzie, jako orzeł, lecący do żeru.

Rozd. 9 HIOB.

Oto wszystko, wszystko, co po nim pozostało. Niedokończony rękopis mam u siebie. Jeśli podołam, dopełnię, ale filozoficzniejszą miał inteligencję ode mnie, nie wiem, czy potrafię! Zresztą kiedyś, i jako ułamek, ogromnie ważny dla nas, można będzie to wydać. Tam jest duch żywy, a nie umarłe frazesa.

Teraz, mój drogi, wiesz wszystko, a że mnie znasz, więc wiesz, jak mi na duszy. Przed trzema dniami, pogrzebawszy go, uciekłem z Münich. Sroga tam epidemia tyfusowa, jak za cholery dni, ludzie mrą; alem wszędzie sam, i kto wie, czy już tak nie na wieki! Trzydzieści lat mam, przyjaciela już nie znachodzi się w takiej porze na świecie. O, żebym też mógł zobaczyć Ciebie!

Skąd piszę do Ciebie, do nikogo nie pisz i nikomu nie mów, na miłość bożą Cię zaklinam i proszę. Choć stąd wyjadę, list mi Twój odeszlą tam, gdzie będę, więc tu odpisz! Czy odebrano pod adresem danym Nieboską?

Za pięć lub sześć dni stąd w głąb Szwajcarii się zasuwam i tam do czerwca będę, w czerwcu do Niemiec, do ojca. Pisz prędko!

Ah, Ty mu już nigdy nie dasz wina w pochodzie na Ostrołękę! Gdzie on, gdzie on? Konstanty, płacz nad Konstantym!

198. Do Augusta Cieszkowskiego

Bazylea, 1842, 24 kwietnia

Mój Auguście! Źle ze mną. Po dwa, trzy razy na dzień napada mnie kształt konania: krew w mózg wali, a serce się zatrzymuje — nieznośny stan. Jeślim do czego nadal, to to przejdzie — jeśli nie, to nie. Tum zatrzymany tą chorobą — wody piję. Gdy mi lepiej będzie, ku Mediolanowi się puszczę. Moim zdaniem cała towiańszczyzna, dziejąca się w Paryżu i podparta wiarą Mickiewicza, jest mistycznym, magnetycznym stanem ludzi, bliskich nowej idei, a nie mogących rozumowaniem logicznie jej wywieść. Tej nowej, w sferze religii wymaganej, żądanej, pierwszemi sługi będą ci, którzy najogromniej do przyszłości tęsknią, teraźniejszości nie mają, a w przeszłości jako ciało usadowić się nie mogli, bo należeli już do 3-ciej epoki296. W niej być i żyć przeznaczeni, w przeszłości tylko mogli się objawić, jako próba bytu i życia, co prysła, niby skonała — ale takowe groby najświętszymi z kolebek. Ten naród będzie słynął w 3-ciej epoce, który pełen wiedzy o sobie umarł, pełen wiedzy śmierć czuł, pełen wiedzy z niej się wydostał. Oto nowe organizma socjalne z nim wychodzą na widownię historii. Nie już rodzące się i ginące, jak rośliny i zwierzęta, ale ginące i rodzące się, jak duch świadomy. By tak się urodzić trzeba było tak umrzeć, tj. w pełni świadomości, i ową zachować w trumnie, i być trupem wiedzącym o sobie, tj. duchem, przemieniającym się bez zatracenia myśli swojej. My tym. Rozwiązana zagadka w nas. Na ziemi dokażem (chciałbym powiedzieć: dokazaliśmy już bo to dla mnie jest widomo-jasnem, a zatem już przeszłem) tego, co każda osobna dusza, przechodząca z ziemi przez śmierć w wyższy świat. Sztuka nieśmiertelności narodowo-socjalnej od nas się pocznie — w tej samej chwili się objawi jako pewność natura nieśmiertelności pojedynczej duszy. Logika mnie to każe mówić, bo co na planecie narody i ludzkość, to za grobem każden osobnik czyni — i my tu w ludzkości, a tam ludzkość w nas. W obu kierunkach jest pełnia boża — dopełnienie — wspaniałość — pogodzenie. Więcej nie mogę — z tego dojdziesz myśli moich o wielu rzeczach. Wiele tu Twego: prawie wszystko.

Twój Zyg.

199. Do Adama Sołtana

1842, 29 lipca, Kissingen

Prawda, długom nie pisał, ale bom nie mógł, nie tylko oczy, ale i dusza nie służyła; nie uwierzysz, Adamie, jak mi źle i coraz gorzej od śmierci Konstantego. Czasem duch mój zerwie się na chwilę, wtedy jasne błyskawice snują się przed nim, a potem zapadam w melancholię nieskończoną. Tak, tak, źle ze mną, Adamie.

W dzień przypadku księcia Orleańskiego Towiański dostał rozkaz od rządu francuskiego opuszczenia ziemi francuskiej. Już miał wiernych swoich, brakowało mu prześladowania; wreszcie przyszło. Pamiętaj, że każda rzecz, co zasłuży na prześladowanie, tym samym uważana jest nie za kpiny ni słabość; siłę tylko siła prześladuje!

Stąd ruszam do Hajdelbergu, gdzie pojechał ojciec radzić się doktora sławnego; stamtąd podobno na kąpiele pojadę do Genui; o czasie rozstrzygnięcia doniosę Ci.

Wody dotąd mi nie pomogły, moje nerwy coraz gorzej. Odescalchowie tu przybyli. Pisać więcej mi nie sposób, dusza pełna rozmaitego bólu: wszystko, wszystko bólem, i jaka przyszłość? I jaki koniec? Nie mówię tu o ogóle, bo wiem, że wybrnie i że sąd Pański sprawiedliwy jest, ale mówię o sobie: ja podobno przeznaczon bardzo złemu końcowi; Ty wiesz, że od wieków to przeczucie mnie ściga, teraz wzrosło znakomicie.

Księżnie stopy ściskam, Marysi się przypominam. Módlcie się za mnie, a Ty kochaj mnie do końca i kiedy wpadnę w angustiae297 przypomnij sobie, ilem razy miał to second view298 przyszłości. Skoro będę wiedział gdzie jadę, napiszę do Ciebie. Ściskam Cię, Adamie. Twój do zgonu.

200. Do Augusta Cieszkowskiego

Heidelberg, 14 augusta 1842

Drogi Auguście mój! Byłem w Frankfurcie przez dwa dni. Nic mnie nie spotkało nemezyjskiego, choć był tam Jegomość. Wróciłem tu i siedzę do 20-go. Choć wstaję rano i zaraz biegnę w góry, Twoim nauczon przykładem, zdrowie moje coraz gorsze, a głupstwo coraz możniejsze. Antytetyczna299 nienawiść do własnych dzieł ogarnęła mnie — kochałem, a nie cierpię teraz! Jednak albo na wieki ogłupieję, albo swoje w tej mierze zrobię.

Nie mam nawet miejsca, gdzie bym Ci wskazać mógł, że mi odpisać możesz — zapewne jednak będę za dwa tygodnie lub trzy w Spezia; stamtąd Ci napiszę, nieprawdaż w Kałuszynie? Jerzy300, jak przewidziałem, nie przybył i pewno nie przybędzie. Dobrze, bo taka obrzydliwie nudna teraz ze mnie figura że nie warto się trudzić dla niej. Ciężko mi pisać — gorzko mi; dawniej umiałem coś powiedzieć. Patrz sam, jaki to list nikczemny, a dalibóg, nic mędrszego nie powiem — już koniec, to jedno tylko, że Cię z serca i na wieki kocham!

Czekaj-no! Ostatnia prelekcja301 oświadczyła, że literatury naszej cecha to mesjanizm, że czekamy wszyscy na nowe „słowo wcielone” — na Ideę widnokrężną, ale żywą, bo w postaci człowieka — i że ten wśród nas się narodzi. Tęsknota do niego, to wieczna Polski pieśń.

Tak kurs zamknął. Chciano mu katedrę odjąć, ale Villemain302 go obronił. Dziwny obywatel303 udał tylko, że ustępuje z Lutecji304 — w istocie zaś w niej pozostał i widuje się często z Thiersem — nieprzyjaciele mówią o nim, że 13-go dzięki Bogu składał. Quod vis credere, crede305! Ten list zastanie Cię z ojcem — mam nadzieję, że z dwoma. Złóż ojcu ode mnie najszczersze uszanowania, a co się drugiego tyczy, powierz mu ducha mego — niech zmartwychwstanę!

201. Do Konstantego Gaszyńskiego

Chiavari, 28 septembra 1842

Drogi mój! Wciąż słaby i zmelancholiczały ze mnie człowiek. Żadne kuracje mi nie pomogły, reumatyzmów się dokąpałem w morzu tym, w mózgu ciągłe rozdrażnienie nerwowe, imię moje „Ruina”!

Chciałbym, Konstanty, widzieć się z Tobą. Mam do proszenia Cię o oddanie mi ważnej przysługi; Tobie to łatwo przyjdzie. Ale trzeba, byśmy się rozmówili po tylu leciech rozdziału. Koło ósmego oktobra będę w Nicei, niech tam Twój list zastanę, w którym mi powiesz, czy możesz, choćby na parę dni, przyjechać z Aix do Nicei, lub tylko nad granicę samą, a ja wtedy z Nicei przejdę ją, by Cię uściskać. Musisz, nadgraniczny człowiecze, wiedzieć, jak się to w tamtych stronach robi. Skoro stanę w Genui, poszlę Ci do Aix fundusik na tę podróż. Proszę i obliguję, byś o tym nie pisał, nikomu z naszych w Aix o tym nie wspominał, bo już byś tym samym nie mógł uczynić dla mnie tego, czego po Twojej przyjaźni spodziewam się, że zechcesz uczynić. Do obaczenia więc, jeśli Bóg pozwoli. Twój od dawna i do zgonu306.

202. Do Adama Sołtana

Genua, 3 oktobra 1842

Z Heidelbergu pojechałem do Spezzii na kąpiele morskie, stamtąd tu. Coraz gorzej ze mną: melancholia w mózgu, kość pacierzowa bardzo rozbolała, ogólne nerwowe osłabienie; zawroty głowy ciągłe, niemożność czytania ni pisania, do tego samotność, do tego smutków tysiąc; czasem zdaje mi się, że niedługo już mnie być na ziemi. Mam podobno na zimę jechać do Rzymu.

O źle, źle jest bardzo ze mną; nie pisałem, bo nie mogę pisać, już z tych kilku liter głowa mi się rozpada. Zlało się na mnie od śmierci Konstantego tysiąc bied i trosk, przyszłość też amaritudinis plena307! Ale ze wszystkiego najgorsze, że zdrowie zupełnie mnie opuściło i duch upadł; zdechł pies, zdechł, Adamie!

Odpisz mnie tu zaraz, proszę Cię, bo przed dwudziestym szóstym oktobra nie myślę do Romy. Podobno tam się udał teraz prorok. Dziwne dzieją się rzeczy, Adamie. Zmartwychwstanie bliskie, przynajmniej duchem i w duchu, lecz ja umieram, ja schodzę z tej widowni. Odpisz, odpisz i kochaj tego, który Cię zawsze z całego serca kochał i kochać będzie ad finem.

Twój

203. Do Delfiny Potockiej

(Roma) 8 stycznia (1843), 3-cia popołudniu

Znów serce i mózg krwią zalane, a w duchu nieskończone cierpienie. Słuchaj, Dialy, co się stało! Poszedłem dowiedzieć się o zdrowie Aleksandra308. Zastałem tam Fregatę i Elizę, okropnie bladą i pomieszaną; gdy wyszły, Aleksander porywa się z krzesła i zaczyna przeklinać Montforta309, który dzisiaj napisał, prosząc o rękę Elizy, a Fregata każe jej, by go przyjęła, Eliza zaś nie chce się decydować. Fregata nastaje i Boreal też. Ja tej całej deklamacji słuchałem spokojnie, dodałem tylko, że wszystkie napoleończyki o siostrę się starają, bo i Walewski wraca do Rosji. Na to Aleksander zaczyna przysięgać się, że siostra nie kochała Walewskiego, ja zaś, że tego za złe bym jej nie miał, tylko radzę, by nie szła za Montforta. Wreszcie Aleksander tak zaczął blisko następować na mnie, że powiedziałem: „Słuchaj, potom przybył do Rzymu, by wiedzieć, czy siostra twoje chce mojej figury, lub nie chce. Jeżeli mogę się jej przydać na co, by za Montforta nie poszła, to jestem na jej usługi”. Na to Aleksander: „Chce, chce ona ciebie”, wykrzyknął, ale w tej samej chwili zbladłem, jak trup, serce mi się zatrzymało i padłem na kanapę.

To mimowolne moich uczuć wyrażenie wstrzymało jego zapał; ja po kilku chwilach rzekłem: „Każ się jej więc zapytać, lecz niech stanowczo odpowie. Nie dziwiłbym się wcale, gdyby mnie nie chciała, a wolała Walewskiego, lub innego. Bez ceremonii żadnej mówmy! Jeśli mnie chce, tom tu, jeśli nie, to życzę jej szczęścia, ale nie Montforta, więc pojmij dobrze, co masz jej powiedzieć ode mnie. Stoję za nią, by ją ocalić od Montforta. Wspólny cel może nas połączyć, tym celem Topolina310. Jeśli przystanie, to proś, bym na cztery oczy mógł się z nią rozmówić, bo w żadnych salonach nie będę ja kurmacherem311 żadnym. Wszystkie stare maniery i idee o małżeństwie nie są moimi”.

On wtedy mi obiecał, że jutro w wieczór będę miał odpowiedź i wyznał, że matka pragnie Montforta, mnie nie lubi — ojciec zaś mnie lubi, ale się boi mnie. Po takiej rozmowie wyszedłem, i jestem u siebie, i piszę do Ciebie, i konam, i proszę Boga, by Eliza mnie odmówiła. Zrobiłem wszystko, co mogłem, dla ojca mego i niby to dla praw rozsądku, ale serce, serce teraz buntuje się i gnie się w dziesięcioro i łzy mi płyną z ócz — i czuję, że Ciebie jedną tylko kochałem na świecie i kocham — i czuję, że na resztę dni moich oto nieszczęśliwy będę! O Dialy! Czemuś mi ten pierścień odesłała! Uczułem zaraz, że to zła wróżba. Pojutrze znów Ci go odeszlę — nie chcę, nie chcę jego — on Ciebie strzec winien, nie mnie. Ledwom go na palec włożył, już to straszne rozstrzygnienie samo z siebie, bez dołożenia się mego, tak zbliżyło się do mnie! O biedne serce, o serce moje, nie konaj tak! Żadna panna nie ma takiego serca na ziemi, a Ty je tyle razy posądzała i miała za nieczyste, za niedobre! Myliłaś się — myliłaś się, o aniele mój! O Dialy moja, powiedz, czy ta panna mnie odrzuci? O, niechby odrzuciła! Jeśli przyjmie, dopiero to wtedy ja nie będę wiedział, co uczynić. Mówią, że wola człowieka działa; pięknie tu wola moja działała, sam zbieg okoliczności wszystko zrobił i robi. Stałem, patrzałem, wreszciem jedno słówko wyrzekł, i klamka losu gotowa zapaść! Ale cokolwiek się stanie, prawda tylko prawdą być może — a prawdą jest, żem na wieki Twój, w każdym miejscu i położeniu Twój, tylko Twój! Ale kiedyż teraz Cię zobaczę?

Cokolwiek się stanie, o wyrwę się ja, wyrwę do Ciebie, choćby na dni kilka. Głowa mi się zawraca, — serce pęka, — do jutra, do jutra, a Ty kochaj mnie, jak ja Ciebie — na wieki!

204. Do Delfiny Potockiej

9 stycznia 1843, Rzym

Droga moja Dialy! Źle — źle, źle. Oto jak Eliza odpisała bratu: „Dis à ton ami, mon cher Alexandre, que j’accepte et dis »oui« de bien bon coeur, si mes parents y consentent, — mais je desirerais infiniment pouvoir avoir une conversation auparavant avec lui, car j’ai mille choses sur le coeur312, z których się muszę jemu wyspowiadać”, — tak brzmiał ten bilet, który mi Aleksander pokazał w tryumfie, a który ja przyjąłem jak człowiek, co bitwę przegrywa. Ostatnią moją nadzieją pozostało, że w tej rozmowie ją przekonam, że z innym szczęśliwszą będzie. Zatem spytałem, kiedy nastąpi. Aleksander odparł mi, że musi na to sam trochę lepiej być, by mógł wyjść z pokoju i przeprowadzić mnie jakimiś schodami i kuchniami, kiedy Fregata i Boreal wyjdą, i stać na straży, by, gdyby wrócili, wpaść i znów mnie wyprowadzić cichaczem, — gdyż niby tak rzeczy stoją, że Fregata i Boreal nie życzą mnie sobie, ale Eliza, jak widzisz, życzy. Moja Dialy, moja Dialy, widzisz jak mimowolnie pchany w to jestem i tak dalece mimowolnie, że krok każden dalszy zarzyna mnie.

Aleksander prosił mnie, bym w wieczór wczoraj był u nich, więc chciałem pójść; ubrałem się, wyszedłem raz i z ulicy wróciłem, bo mi nogi nie służyły, znów drugi raz i znów wróciłem, bo czułem, że mdleję. Kiedym wrócił do pokoju mego, gdziem Orcia i Małachowskiego był zostawił nad Napoleonem, kryzys nerwowa, niewstrzymana, niepohamowana wybuchnęła. Zzimniałem, jak trup, padłem w ich poczciwe ręce — i potok łez wylał mi się z ócz. Szlochałem, jak Ty w Fryburgu, czując śmierć zimną w głębi serca, i serce strasznie bolało. Wołałem wciąż w głębi duszy: „Dialy, Dialy”, potem zostałem na krześle niewzruszony i już nie poszedłem do nikogo. Zostałem z moimi dobrymi i wiernymi i z wielkim duchem Napoleona, dowodzącego, że Chrystus Bogiem. Darmo, niepodobne niepodobnem! Czemuż ta kobieta chce mnie? Czyż nie dosyć jej dowiodłem, że nic dla niej nie może dusza moja ni uczuć, ni uczynić? Żebym choć kiedy słowem miększem, choć jednem się jej przymilił spojrzeniem, — ale nigdy, nigdy. Jeszcze wczoraj bratu mówiłem, że doskonale bym pojął, żeby mnie nie chciała.

205. Do Delfiny Potockiej

12-go stycznia 1843, Rzym

Droga moja Dysz!

Ja wciąż znękany i coraz bardziej serca ból rośnie, — bo coraz bardziej ta panna chce mnie. — Zawczoraj na chwilę tam wieczór poszedłem, — Fregata, jak psa, mnie przyjęła, Boreal jak najuprzejmiej i najuniżeniej. Do panny to tylko powiedziałem: „Aleksander mi mówił, że w tych dniach będę mógł z Panią się sam na sam rozmówić”. — Okropnie się zaczerwieniła i odpowiedziała tylko: „Ah, si seulement c’était possible313”. Wtem ojciec grający w wista coś do mnie przemówił. „Widzisz Pani, rzekłem, jak tu niepodobna gadać; już by mnie był ojciec przerwał, gdybym był zaczął jaką do Pani perorę”. Uważaj, Dysz, ten klasyczny wyraz użyty przeze mnie: „perora”, który każdej kobiecie, mającej nerwów cokolwiek, powinien spaść na te nerwy, jak fałszywy akord. Lepszegom nie znalazł. Wtem matka o stół karty rzuciła, wstała i przyszła do panny, ja do ojca poszedł i, przez pół godziny o polityce nagadawszy się, wyszedłem, lecz, nim wyszedłem uważałem, że panna dostała nerwowego ataku, bo ręce jej skakały i blada była, jak trup. Czy to matki gniew, czy co innego, nie wiem. Poszedłem do brata i prosiłem, by siostrze ode mnie powiedział, że niech dobrze rozważy, iż ja: 1-mo chorowity, 2-do melancholik, 3-tio devoré d’ambition314, a że to nie są domowe cnoty. Wczoraj na te trzy pewniki te trzy mi przyniósł odpowiedzi od niej: „1-o Je sais qu’il est malade. 2-do S’il est triste, je tacherai de l’égayer. 3-tio S’il est ambitieux, je tacherai de partager cette ambition parce qu’elle est noble315”.

Wczoraj czytaliśmy Towiańskiego Biesiadę. Tak się zowie pisemko, powierzone Skrzyneckiemu, a przez Skrzyneckiego wydane partii ultramontańskiej. Jest to dość niezgrabnie, a nadzwyczaj niepoprawnie pisany zwój z trzech arkuszy, którego treść mniej więcej taka: „Wszechświat cały, czy fizyczny, czy moralny, jest zbiorem żywych duchów, stojących na rozmaitym stopniu ukształcenia, z których niższe są duchami ciemności, wyższe światła. Miłość Boga do wszystkich tworów taka, że stara się nieustannie, ale według praw nadanych, według konstytucji, im nadanej, by się wyrobiły i dobrowolnie zgodziły z Jego wolą, dobrowolnie Jego ukochały! Wszystko dąży ku takowemu ukochaniu Boga, ku powszechnej harmonii. Człowiek jest ostatnim punktem, ostatnią pochwą, przez którą objawia się świat niewidzialnych, a żywych i czynnych duchów. Chrystus, posłannik Boga, ojciec tego planety i wielu innych globów, pierwszy rozpędził ciemne duchy, niższe, zalegające planetę tego, bo do czasu Chrystusa jedynie tylko tych niższych duchów wola i potęga pracowała na planecie wraz z wolą i potęgą człowieka. Chrystus z sobą tu pierwszy przywiódł orszak duchów światła i, według prawa harmonii zapoznawszy z nimi duszę ludzką, ich do niej przywiązał. Lecz po zniknięciu Chrystusa z widomego świata ciemne, niższe duchy wróciły i pomieszały jego dzieło. Wszyscy święci, wielkie wszystkie dusze, co tu żyły, choć już doszły do stopnia cherubinów, choć już chciałyby glob nasz opuścić, by popłynąć do Boga, bo już z globem naszym nie mają nic wspólnego, jednak o tyle tylko mogą wyżej się wznieść, o ile ludzi przywiodą do postępu i miłości bożej, którą Chrystus przyniósł, — i aż do dnia tego muszą, przyczepione do globu, żyć na najwyższych kończynach jego atmosfery. — Pragną więc ogromnie, by dopełniły się czasy, a skoro wola ludzka nakłoni się dobrowolnie do Boga, one zaraz przyjdą jej na pomoc według prawa harmonii, które tylko wyższym z wyższymi pozwala się łączyć, by rozpędzić niższe, ciemne, nie wyrobione dotąd, które dzieło Chrystusa zagmatwały. Czekają więc i tęsknią, choć są już w chwale wielkiej. Sam Bóg czeka i tęskni, choć jest Bogiem wszystkich światów, bo sam Bóg nie może według praw własnych obejść się bez miłości człowieka, bez wyrobienia się w doskonałości jakiejkolwiek cząstki wszechświata. (To piękne jest). Otóż w konstytucji boskiej przewidziane, że będzie siedmiu posłanników, siedem gałęzi chrystusowych, które coraz wyżej ziemię podnosić będą, aż za siódmym złe wszelkie zniknie i ziemia stanie się niebem. Teraz nadszedł jubileusz łaski wtóry. Chrystus, który nigdy globu nie opuszcza, bo jest ojcem jego na wieki, gotuje się posłać zastęp białych duchów na pomoc ludziom. Duch Napoleona idzie na czele i ma wszystkiego dopełnić. Ogień, przez Chrystusa zapalony przed 2000 lat, teraz stanie się gwiazdą (przestrzeń — bryłą, myśl — czynem), która jednak nie na całej ziemi, tylko na punktach jej pewnych zajaśnieje, bo nie czas jeszcze, by cała ziemia była niebem — ale odtąd ludzie, te punkta widząc i znając, łatwiej będą mogli z niemi się łączyć, a tym samem je rozprzestrzeniać. — Te punkta zaś wybrane, to Polska i Francja!”.

Oto masz nieco jaśniej wyłożoną gmatwaninę tę. Znać, że Towiański widzi obrazowo, poetycznie, bo to samo, co tu się zawiera, można znaleźć we wszystkich nowych pisarzach, lecz pod czystą formą rozumowania. Jednak wcale nie chcę twierdzić, by forma nawet Towiańskiego mylną zupełnie była. Bóg jest Bogiem żywych, nie umarłych, zatem i te wszystkie prawa boże, czy natury, czy ducha, które zowiemy martwemi, lub duchem objektywnym, jak np. prawo ciężkości, ruchów ciała etc., etc., lub naród ojczyzna, dobre, złe, piękne, w sferach ducha, muszą także być żywe, tj. reprezentowane w wszechświecie przez nieskończoną ilość istot, nam dotąd nieznanych, duchów! A magnetyzm nam świat ten odkryje. Żona Towiańskiego jest somnabulką316. Ona wszystko widzi, nie on.

Generał Skrzynecki tak go opisuje w jednym z swoich listów: „Towiański nie ma żadnej nauki, ale ma bystrość ogromną i geniusz w rozpoznawaniu zaraz charakterów ludzkich. Sam dla siebie i familii oszczędny i skromny nadzwyczaj, lecz, gdzie idzie o dopełnienie celu sprawy swojej, uważa pieniądze za nic i szafuje nimi, jak podłem narzędziem, przy tym, gdziekolwiek idzie mu o dopięcie tegoż celu, rozwolnione ma sumienie — gotów wszelkiego środka użyć; zresztą człowiek uczciwy, ludzki nawet!”. Uważaj przyznanie nieprzyjaciela; mówi, że dobroduszny, a wypadało z tego, co wyżej, że chytry! To mi dowodzi, że szczególnego coś jest w tym człowieku, coś podobnego do charakteru Joanny d’Arc, która także, gdzie szło o sprawę, wszystkiemi ruszała sprężyny, a zresztą we wszystkiem innem pełna była prostoty i szczeroty.

Przepisuję Ci Napoleona, ale to powoli idzie, bo głowa i oczy nie służą. Chciałem Ci o Towiańskim napisać; straszniem się zmęczył.

Niech Twój palec Cię nie boli, proszę Cię. Ząbka Twego strasznie mi żal. Jabłka Twoje i cukry jadam, kamizelki i szpilki noszę, książki czytam. Leroux to Strauss317 drugi, suchy filozof, raczej krytyk! Svedenborg przybył. Pojutrze pakę Ci poszlę. Nanetta sama pakowała, wszystko, co warto, tam Ci zmieszczę, — reszta, to jest nuty i książki, tu zostaną, a gdy będę wyjeżdżał, złożę je gdzie. — Jakieś przeczucie w sercu mi gwarzy, że niedługo Cię obaczę, Diały moja. Bóg by dał! Do obaczenia, do obaczenia, — ale wprzódy jeszcze dzielnie się tu namęczy Twój — Twój

Twój na wieki Zyg.

Napisz mi, czyś zrozumiała wykład mój doktryny Towiańskiego?

206. Do Delfiny Potockiej

1843, 16-go stycznia, Roma

Moja Najdroższa!

Wczoraj widziałem się sam na sam z panną, kiedy Fregata o trzy pokoje dalej grała w wista w biały dzień z Borealem. Powiedziałem jej, o ile mogłem tylko, jak dalece nieszczęśliwą ze mną będzie. Z tegom zaczął, że, przeczytawszy w bileciku do brata jej przystanie, chciałem się z nią widzieć, by ją reflektować i zapytać, czyby nie mogła być szczęśliwszą z kim innym na świecie. Na to odpowiedziała, że nic nie żąda już teraz, że dawniej jej ideałem było kochać ogromnie i być kochaną nawzajem tak, lecz że teraz wie, że z nikim szczęśliwszą nie będzie. Na to wyliczyłem jej szereg moich wad. „Wszyscy, którzy żyli ze mną, w końcu zawsze przeklęli moje szatańskie niepokoje ducha, żądze nieskończone, nieopisane smętki; jestem z tych, których nic nie zadowolni nigdy, którzy zawsze wyżej i dalej chcą, a gardzą wszelką rzeczywistością, potocznością, spokojem, zaciszem domowem — jestem z tych, których żadne względy wstrzymać nie potrafią, gdy wybije godzina oderwania się od nich, choćby przyszło ściągnąć zgubę i na mnie, i na innych. Droga, którą idę, może powieść, i łatwo, do zguby — lecz, nim powiedzie, ja nieznośny na niej, bo, ilekroć co mi się nie udaje na tej drodze, wpadam w przepaść smutku, rozpaczy, zgryźliwości, a wtedy nic i nikt mi nie pomaga. — Od kiedym się urodził, pokoju ducha chwili jednej nie miałem. Pomyśl Pani, czy nie ma kogo, coby Ci mógł więcej szczęścia dać ode mnie?” Na to ona bardzo słodko i pokornie: „Et rien, rien ne pourra jamais vous consoler?” — „Rien318”, odparłem jej. Westchnęła i wpadła w zamyślenie, potem: „Comment, vous n’avez jamais été heureux dans votre vie?” — „Qui j’ai eu d’immenses phases de bonheur, mais cela ne reviendra jamais319”. Znów zamilkła. Jam dalej jeszcze tłumaczył jej, o ilem nieznośny i straszny, dodając, że żadne pociechy, jedynie tylko samotność i oddalenie się od przytomnych mnie zbawia, kiedy w spleen taki wpadnę. Powtarzałem jej na pamięć wszystko, cokolwiek Tyś w chwilach goryczy wyrzekła o mnie. „Że Pani musisz z tego salonu wyjść, to pewna, bo więdniesz i tracisz na nic pozycję socjalną, którą Bóg Ci dał, i którą możesz pomóc Topolinie. Na to, by jej użyć dla Topól, trza, byś znalazła takiego, który by umiał jej w tym celu używać. Więc to pewnem, że iść za mąż musisz. Lecz teraz rozważ, za kogo, wielu jest innych w Polsce — rozważ sama — może kto inny wszystko potrafi pogodzić razem i to użycie, o którem mówię, i szczęście Twoje”. Tak się bronił do tchu ostatniego Zygmunt. A ona znów: „Nie, nikt inny”. I podała mi rękę. Jam musiał ją, tę rękę, do ust podnieść. Kiedy się zobaczymy, opowiem Ci szczegół, który mnie mocno uderzył, a którego tu pisać nie chcę. Potem rzekła: „Et m’aimerez vous un peu, après la Topola320?” Jam stał oparty o fortepian ze zmarszczonemi brwiami, z oczyma na dół. Serce pękało, nic nie odpowiedziałem, jęknąłem tylko głuchym jękiem.

207. Do Juliusza Słowackiego

Rzym, dnia 12 kwietnia, 1843 r.

Julu mój! Przez dni czterdzieści nie było mnie w Romie, dopiero wczoraj list Twój odebrałem z 23 marca; zarazem powiedział panu Walerianowi, by na poczcie poszukał. Poszedł, był i wczoraj, i dziś, męczył urzędniki papieskie, ale nic dla niego nie znaleziono; smutny więc wrócił do mnie, skarżąc się na losy, że list ten Twój przepadł, skarżył się mnie także na podejrzenie Twoje, jakoby tego listu „wielka prostota” obrazić go była mogła: „Alboż, mówił mi, ja z tych, którzy nie wiedzą, że prostota jest pięknością aniołów?” Prosi więc Ciebie, byś mu powtórzył w drugim liście to, co się w tym zgubionym zawierało.

Ja znowu, z drugiej strony, nie jasno pojąłem, czym mogłem sobie zarobić na epitet starej dewotki. Zwykle te panie szanowne, najwierniejsze wyobrazicielki światów konających, światów litery umarłej, to mają do siebie, że wszystko niezmiernie ciasno, jednostronnie, karłowato pojmują: wraz z wyżywitami321, mistrzami swymi, miasto ducha żywego czcić, czczą tylko kształt tego ducha przeszły; miasto rozszerzać się w uniwersalną społeczność, kupią się w sektę i doktrynkę; miasto miłości, wszystko obejmującej i pojmującej, wrą fanatyzmem, jedne tylko stronę rzeczy ogarniającym i z tej to przyczyny tak okrutnym i nienawistnym. Cóż w moich zdaniach wspólnego z nimi? Ale mniejsza o to, bo to osobistość, a tu nie o osóbkę tę lub ową chodzi, ale o ideę świętą i wyższą od wszelkiej jakiejkolwiek osobistości.

Drogi Julu mój, od dawna mi drogi! Czemu sobie wymarzasz o ludziach, jak np. o Stanisławie Małachowskim, rzeczy, których nie ma? Dlaczegóż by on miał chodzić z puzderkiem filigranowem od zarazy? Dlaczegóż by w Romie miał się duch skupiać przeciwko duchowi? Któż by mógł być dość nędznie głupim, żeby marzył stać się protektorem lub sprzymierzeńcem idei, prawdy wiecznej! Każdy z nas jest sługą jej, a kto najwierniejszym i najprawdziwszym, ten dopiero drugim ludziom stać się może wodzem lub obrońcą. Czemuż podejrzywać? Czemuż domyślać się złych uczuć w kim? Czy to miłości jest cechą, czy to znakiem błękitnego spokoju ducha? Czy nie nadszedł już czas, by zaprzestały prawdy walką świat zdobywać, a zaczęły go ogarniać prostem siebie samych objawieniem, wyrzeczeniem, ukazaniem świetlanem, które przez moc swoją bożą i rozumną i serdeczną zarazem wszystko pogodzić musi i stanąć wyżej, niż wszystkie podrzędne sprzeczności, dotąd stanowiące rozterkę wieczną świata? Czyż brak nam na prawdach takich i na miłości takiej, byśmy się starym trybem udawać musieli do ukrytych dróg, do wstrętów, do niewytłumaczeń się lub utajeń, do ukazywania tylko połówek lub trzech ćwierci, słowem, do całej dyplomatycznej metody, jakiej używały wieki przeszłe, gdy pełno złych, nieprzygotowanych i nieodkupionych duchów jeszcze istniało na planecie tym?

Oto zadane pytania. W liście walerianowym zamknięte pytania zostały przez przepadnięcie odpowiedzi nierozstrzygnione. Twój zaś list wczorajszy te nowe obudził, widzę w nim albowiem jakoby kwas melancholijny przeciwko mnie: już nie czujesz sercem serca mego. Czemuż to? Przecież przez te wszystkie lata je czułeś, i w nim nic odmienionego, ono zawsze Twoim, tak, jak w Willi Róż bywało. Chrystus mawiał: „Przyszedłem świat rozerwać, syna od ojca oddzielić, brata od brata”, a znów w innem miejscu: „Przyniosłem pokój ziemi”. Niby sprzeczności, ale wrzekomo tylko, bo Chrystus zarazem był duchem, co ma wiecznie trwać na planecie, i osobistością, objawioną w danej chwili. Jako ta osobistość, będąca i żyjąca ludzkiem życiem przed 1843 laty, w istocie on przyszedł był rozerwać świat, brata od brata oddzielić; ale wiedział Pan, że w następnej epoce słowa jego nie już rozerwanie, ale pogodzenie wszystkich przez ono słowo nastąpi, i dlatego to mówił o nas, mówiąc: „Pokój przynoszę”. I wierzę, że dziś nadeszła pora owa: lecz, jeśli nadeszła, to jej pierwszą cechą u mnie być powinna wszechmiłość, która nic nie rozrywa, nic nie rozdziera i brata już od brata nie potrzebuje oddzielać. Ile razy patrzę w taką przyszłość, klęczę przed taką ideą, jestem! Ilekroć znów ogarnie mnie fałsz świata, wirujący koło mnie, gorzej mi, niż gdybym nie był, bo jestem, a nieszczęśliwie! I ten fałsz świata nie taki dobroduszny, żeby sobie osobnym, oddzielnym stanął taborem, miał obóz swój własny i tylko swoich napiętnowanych służalców: daleko on rozumniejszy, bo wszędzie się wkrada i krąży, czując, że krótki czas już jemu; znajdziesz go i tu, i tam, znajdziesz go śród pojmujących przyszłość, jak śród tych, co li tylko przeszłości się trzymają, a wszędzie znakiem, po którym go poznasz, to bezlitość, to brak miłości, to hiszpańsko-filipowe potępianie drugich. Ostatnia to pokusa szatana, bo wie szatan, że tylko siłą aspiracji, siłą miłości, wszech-westchnieniem ducha można zlać się z wolą i duchem bożym. Zatem pracuje na to, by ci nawet, co pojmują ową wolę świętą, miasto rozlać się na świat, skupili się w siebie, miasto pójść za przykładem ojczyzny polskiej, która się utrzymała oddzielną, służąc całej ludzkości i przelewając się w nią, poszli za przykładem żydowskiej, która się utrzymała oddzielną ojczyzną wręcz przeciwnym a niższym sposobem, tj. ścieśniając się w siebie i wypowiadając wojnę ludzkości i konspirując jako cząstka. Był to ideał starożytnych ojczyzn; chrześcijański, to nasz! Tak więc myślę, i nieraz rozpacz mnie porywa, jednak wiara moja niewzruszalną jest. Wszystkie błędy ludzkie nie przemogą przeciw bożemu duchowi, opóźnią tylko wstęp jego na stolicę.

Lecz znowu, żeby moją osobistość zrozumieć, jeśli się godzi o niej przyjacielowi wspomnieć, trzeba by wiedzieć, o ile ona od roku ciągłą a coraz gorszą znękana chorobą, i ile walk się jej zewsząd gotuje, i ile kielichów goryczy jej co chwila podawanych. Śmierć, gdyby tylko egoizmu swego słuchała, śmierć byłaby jedyną jej ulgą, i prośba o nią co dzień z ust jej wzniosłaby się do Boga. Ale trzeba ofiary. Zatem nie modli się ona o spoczynek lub inny kształt, mniej nieznośny, losów i kolei swoich, bo spoczynku i w grobie nie znaleźć, trwa i żyje i żyć będzie, dopóki jej naznaczone jest, i wierzy i kocha; ale darmo, sama w sobie aerumnarum plena est322! Aerumna, to pyszne słowo łacińskie, użyte przez Cezara, kiedy, chcąc ocalić spólników Katyliny, wystawił senatorom bezlitosnym Rzymu, że zostanie przy życiu, pełnem trosk, gorszą karą, niż śmierć. Twój imiennik prawdę mówił, Julu! Kocham Cię i jestem Twój.

208. Do Stanisława Małachowskiego

1843, Wielka Sobota, 15 kwietnia, Roma

Drogi Wojewodo! Ileż my już razy, przechodząc to dniem, to nocą z Jerzym przez Gregorianę krzyknęli: „Wojewodo!”, a nikt nam nie odpowiedział, i smutno nam się stało; lecz to pewna, że taki nałóg, iż musim zawsze tak samo się odezwać. Pytasz, co się dzieje ze mną. Patrzałeś przez całą zimę na mnie, otóż to samo się dzieje. Ja o tyle żyję, o ile mi się wydaje, żem jeszcze koło willi Geoffrey; trzeciego stamtąd wypłynąłem, ósmego tu byłem i już tu ojciec był.

Na wieki te dni ostatnie mnie pozostaną błękitnem wspomnieniem. Jeździliśmy konno po tych górach, co z Tobą; śliczne było niebo i w duszy błogo, spokojnie, wzniośle, bo ciągle mówiliśmy o świecie idei, o świecie ducha, o świecie przyszłości.

Dostań na moje słowo dzieła: Resurrection par Stoffels, Paris 1840, i przeczytaj! Czytaliśmy to w Nicei. Nic piękniejszego o przyszłości żadne pióro ludzkie nie napisało, a podobno i pan Antoni, czy Jędrzej raczej, nie pomyślał323. Masz prawdę, pan Adam, to olbrzym, pan Jędrzej to magnetyzer, co obudził olbrzyma; to zrobił, co robią kobiety, gdy iskrę, śpiącą w łonie mężczyzn, zapalają.

Słowacki do mnie list pełen kwasu napisał, ja mu odpisałem pełen miłości, wykazując, że nie powinniśmy skupiać się w sektę, fanatyzmem jednostronnym się skwaszać i że ludzie przyszłości i prawdy nie powinni metody starej przejmować, ale wszystko rozumieć miłością żywą, a nie potępianiem i judzeniem postępować; nie konspirować przeciwko ludzkości, jako cząstka osobna, ale wszystko ogarnąć, wszystko pojąwszy, wszystko wyrozumiawszy, i stać się tym samem najwyższym punktem ludzkości! Tak, on myślał, że Ty, przyjechawszy, padniesz krzyżem przed człowiekiem, a zapomniał, że od lat wielu leżym już krzyżem przed ideą!

Co się stanie, gdzie pojadę, nic nie wiem. Pisz tu do mnie, a stąd mi odeszlą, gdzie będę. Orcio trochę lepiej, ale zawsze niedobrze; gdyby nie on był tu teraz, tobym się obwiesił, bom nie przywykł żyć w takim świecie. Huk Polaków, nikogo nie widuję.

Proszę, że tej nocy ten kometa taki był bliski nas, ja coś czułem nerwami niezwyczajnego. Tośmy się wygrabali, Wojewodo!

Moim zdaniem, protestacja przeciwko temu samozwańcowi, co z przechrzty został księciem, a z księcia schizmatykiem, nie błahą rzeczą; myślę, że Władysław324 pięknie postąpił, łącząc się w wyższą, wspólną zgodę z przeciwnikami, i tym dowiódł, że idea wszystkich spaja i wiąże325. Materialne protestacje mogą być śmiesznymi, bo są sprzedażą skóry przed zastrzeleniem zwierza, ale takie duchowne są prawdą, są świętością! Mogłeś mieć powody osobiste do niepodpisania, i te rozumiem, bo oni by zaraz krzyknęli: „Nasz”, ale Władysław dobrze zrobił. Oskarżenie Semenenki o herezją przypomina mi podobne, zaniesione przez St. Simona na papieża, a które twierdziło, że papież stał się heretykiem od chwili, w której dał się wyprzedzić i zaprzestał być rzeczywistą głową postępu ludzkości.

Jeśli się machina powietrzna uda, to komory skończyły się i pasporta. Ilekroć w duchu gotowa idea, musi natura podać środki do jej wykonania; bo duch jest panem natury i ten planeta poddany jest temu, którego Bóg na obraz swój stworzył.

Pomysł pana Adama w dramacie szczególny; mogłoby to być rodzajem pewnym wystawienia dramatycznego, ale nigdy sztuki dramatycznej jedynym kształtem. Byłby to liryzm w dramacie subiektywny; lecz dramat wymaga obiektywności. Przyjdzie pora taka, że aktorowie, wielkimi artystami będąc, sami improwizować będą w pełni natchnienia; ogólna tylko treść dramatu będzie im podana, ułożona, a wszystkie środki, tyrady, ruch cały i postęp sztuki żywotnie improwizowany. Takim sposobem połączy się pomysł pana Adama z potrzebą obiektywności, która jest koniecznością dramatyczną! Czy też o Irydionie mowa będzie? Tam jest metempsychoza326.

List ten spal, albo zamknij, a nikomu nic o nim; im mniej o mnie, tym lepiej mnie. Panią Komarową i Delfinę wkrótce tam obaczycie, jeśli już nie oglądacie; donieś mi, jak się mają. Ludmile ode mnie serdecznie się kłaniaj.

Szczęśliwych świąt, Wojewodo! Kończysz list, mówiąc, że piszesz, jak umiesz, ale kochasz lepiej od drugich; a ja Ci powiem, że i piszesz ślicznie, doskonale po polsku. Co zaś do kochania, wierz, że całem sercem Ci wdzięczny jestem za serce i na zawsze będę; kiedyś przypomnimy sobie to wszystko na zagonach naszych, i wtedy jeszcze Ci powiem: „Dzięki za serce Twoje, takie poczciwe, szlachetne i polskie”.

Jerzy Cię ściska, Aleksander Branicki także; to dobry chłopiec.

209. Do Delfiny Potockiej

27-go kwietnia 1843

Cały dzień wczoraj byłem chory. Wieczór odbyłem pańszczyznę, alem się wcześnie wyniósł. O 10-ej byłem w domu i zastałem już u siebie Bohdana327, który przez 3 godziny najciekawsze szczegóły opowiadał o panu Andrzeju i Adamie. To, com na Righi mówił, i oni to mówią, lecz zwykle parabole tylko sypią nieprzygotowanym. Słowacki odmienił się nadzwyczajnie, roztkliwił się, płacze wciąż; inni, twardzi i próżni, to samo — lecz przy tym mnóstwo szczegółów jak najdziwaczniejszych, jak najdzikszych. Np. dusz ludzkich za karę przechodzenie w swojskie zwierzęta, koty, psy. Czekają na męża przeznaczenia, na Mesjasza, który w bitwie wielkiej zwycięży, a dnia onego duch Napoleona przy nim bić się istotnie będzie, a nad nim czuwać duch Chrystusa. Ten Mesjasz kuszony ma być na wszelki sposób, lecz duch Chrystusa, jak tarcza, broni go i przez nią te pokusy przechodzą i łamią się. Trzy narody, Francja, Polska, Żydy, przemienią świat i cieszyć się będą, każden tym, co ukochał: Francja wielkim człowiekiem, Polska wielką ojczyzną, Żydy wielkim Bogiem Jehową. Więc ci ostatni najwyżej stoją?!! Matka Boska jest patronką tej sprawy — i dotąd jest na ziemi. Cała Familia święta dotąd jest na ziemi. Schodzą do takich np. szczegółów, że nawet kolory sukien noszonych są przeznaczone temu, który je nosi. Np. kolor brązowy i barakanowy surdut p. Andrzejowi. Żona mu go szyła, jako i resztę ubioru. Fraka mu wdziać nie wolno. Dwóch jeszcze proroków zjawić się ma — Bieliński i Szyszło — lecz nie wiedzą dotąd, gdzie oni, tylko ich nazwiska im są przepowiedziane. Mickiewicz, na rok przed przyjściem Towiańskiego, razu jednego był wieczorem u siebie z Bohdanem i drugimi, a smętny, w rozpaczy i bez wiary — w tym nagle krzyknął: „Widzę het, het daleko, widzę Litwę i z Litwy kałamaszką jadącego szlachcica, w okularach, który więcej wie, niż my wszyscy”. Właśnie wtedy raz ostatni z Litwy pan Andrzej wyjeżdżał. Klękają przed nim i całują go w ręce. Pierwszym warunkiem przystąpienia jest wiara, że Andrzej od Pana posłany. Bez tego nic. Kto zaś kalwin lub luter, ten wprzódy na katolicyzm przejść musi, nim przypuszczą go do siebie. Oto masz, co opowiadał Bohdan!

Wszystkie tajemnice mają być uchylone dotychczasowe, a inne mają powstać. O małżeństwie taka nauka, że tam tylko jest prawdziwe, gdzie jeden w drugim potrafił ducha obudzić — i to dopiero sakramentem. Wielka prawda! T. wciąż pisze a pisze, foliały leżą u Adama, który wciąż je czyta, a czyta i przyznaje, że wiele rzeczy dopiero później zrozumie, np. o eucharystii i o przyszłym rządzie dotąd nie mógł nic pojąć. Jednak Adam teraz stał się naczelnikiem i już sam przyjmuje innych i słucha ich ślubów. Dał mu tę moc T. Ja myślę, że Towiańskiemu dał moc raczej Adam, a im obu idea, a idei Pan! Lecz co do teorii ich, słowo w słowo odgadliśmy, powiadam Ci słowo w słowo w missale Romanum328! Co do szczegółów, chwała Bogu, że nie, bo niektóre za bzikowate!

Moja Dialy droga, czekam na listy Twoje i pójdę tymczasem do ojca.

Wrócił Jan z poczty — listy nie przyszły z Toskanii dotąd, bo burza straszna trzy noce była. Więc muszę, nie wiedząc, do Ciebie pieczętować list. Odpisz mi zaraz do Genui, a potem do Lucerny i Bazylei. Odpisz, co, jak, gdzie, czy w Melun, czy gdzieś indziej, choćby Freg. pojechała do Paryża, to zawsze mnie najbezpieczniej i najskryciej pod samym obozem nieprzyjaciela. Co dzień słabszy jestem, czasem do szaleństwa smutku dochodzę, ale, gdy ujrzę Ciebie, Ty mi dasz chwilę spokoju, chwilę szczęścia, chwilę wzniosłości. Do obaczenia, zapewne koło 6. stąd z ojcem wyruszę. Do obaczenia, Dialy, Ty aniele mój!

Twój na wieki Z.

210. Do Augusta Cieszkowskiego

Roma, 30 kwietnia 1843

Drogi Auguście! To bieda, że trzeba Cię zawsze ścigać listami, gdyś już wyjechał stąd i że Ci nigdy listów tych nie odsyłają. Dwa duże, dwa ważne, pisane z Aquae Sextiae według Twego rozkazu do Berlina poste restante, ale może je masz w tej chwili. Właśnie w nich na Kurza listy Ci odpowiadałem i błagałem, byś dostał i przeczytał Resurrection par Stoffels (1840) z tym motto: Que votre règne d’amour arrive329 Zanadto mało ty dbasz o ruch paryski. Na jego czele stoi mens divinior330, połączona ze żelazną wolą i ogromną miłością. Taki duch nie ustanie, póki nie zginie lub swego nie dopnie, a potem podstawa ich prawdą jest. Idea ich prawdą jest, choć sami o tym nie wiedzieli. Siła więc tam, choć dotąd jednostronna, ale ona potrafi się lepiej zwszechstronnić, potrafi z sekty i doktrynki, ściśnionej na wzór hebrajszczyzny, wyrość lub wylać się na morze, rozlane na wzór potopu, co był pod piramidami, i w St. Domingo i w Hiszpanii, a nie o siebie tylko, o ludzkość falami bił. Miej k’temu wzrok bacznie obrócon! Mimo wiedzę niemiecką, wiarą moją, że nie ona zbawi, ale że to, co wiesz, zbawi świat. Ty chcesz przeczekać ich. Dobrzej ale przeczekanie nie jest odrzuceniem. Przeczekanie ludzi jest niejako na tychże samych ludzi liczeniem, bo nie inni, tylko ci przeczekani pod nowym wodzem wszystko czynią. Ale na to, by oddali mu się w ręce, trzeba, by do nich w porę przyszedł. Przyjść zaś w porę nie tylko się rachuje na zegarach bijącego czasu, ale jeszcze i na czymś innym, na usposobieniu dusz, Owoż trzeba przemieniać, a nie odmieniać takowe, dalej je pchać w wyżynę, a nie skręcać na prawo lub lewo.

Uważasz, Auguście, ja Ci często powtarzam to, coś Ty sam mówił; a dlaczego? Bo czasem się lękam, byś nie popełnił pomyłki, którą zarzucasz Heglowi, tj., że sam przystosował własną logikę nie dobrze, nie ściśle; skąd mu historia taka fałszywa wypadła. Proszę Cię i zaklinam o to, byś rozważył, czy nie my jedynem możliwem narzędziem? I czy nie Chrystus przemieniony nad nami?

Nie tak, jak dawniej, w cierniowej koronie,

Nie tak, jak dawniej, z gwoździami u ręki,

Pan bolu tylko i Bóg tylko męki!

Innym już wiekom inny Chrystus płonie!

Od ramion krzyża na zawsze odpięty,

Jak duch świetlany, wyzwolony, święty

Zawisł na Ojca wszechbłękitnym łonie,

I w światów nowych wschodzącej jutrzence

Macza wzniesione, wniebowstępne ręce!

Teraz co do mnie. Subiektywność, zarżnięta i pocięta, drga podobno, jak wąż, aż do zachodu słońca, tj. aż człowiek nie umrze. I drgam takim drgnieniem, i nieznośnie mi jest, ilekrociem nie w sferze idei, ilekroć muszę z ludźmi mówić, lub ich rąk się dotykać. Nie spokój, ale męka mąk zgotowana mi.

Słuchaj! Tyś mi Katylinę naznaczył przodkiem, ale wiesz, czym on był raz jeszcze w średnich wiekach, nim dostał się do piersi mojej? Zgadnij!

Oto Savonarolą! — Nie uwierzysz, jak życie tego człowieka pokrewnym mi się wydało żywotem — jak uczułem, że oto ja mógłbym, choć nie w mniszym stroju, i tak z mównicy wołać, i tak gardzić dumnemi, i tak zginąć, na trzy godziny przed zgonem zdjęty snem magnetycznym i powtarzający te słowa: „Renowacja331”...

1-go lipca mam być w Dreźnie. Jeśli o tej porze Ty tam możesz być, bądź, a ostatnią przysługę mi oddasz. Teraz odpisz mi do Bazylei, jeśli prędko ten list odbierzesz — jeśli późno, to do Heidelberga, a nikomu i nikomu o mnie nie wspominaj, proszę Cię i zaklinam na tę przyjaźń naszą, dziecinną zrazu, a później męską i świętą teraz, bo mającą się przeciągnąć aż poza grób i wieki!

Jerzy nieco lepiej. Ojciec mój dobrze zupełnie; odmłodniał, rozwiośnił się, rozzieleniał — lecz ja opadam i z liści i z kwiecia, bo co chwila czuwać muszę, strzec się, bronić — świat albowiem, w który wstępuję, skoniurowany332, sam nie wiedząc o tym, ale dlatego, że takim jest, jaki jest, powtarzam: skoniurowany przeciwko duchowi — rad by siłą bezwładności swojej przeciągnąć mnie na stronę gehenny, co po hebrajsku znaczy Nicość! Rozumiesz więc położenie wiecznie broniącego się od śmierci wiecznej! Mądrej głowie dość na dwie słowie — w tych kilku powiedziałem Ci wszystko333 — i to, przyznasz, warto nazwać męką mąk! O! Rozdwój świata nie nastał jeszcze, walka żywiołów trwa dotąd. Ideał musi się niepokalanym zachować wobec wcieleń teraźniejszych, by mógł sam potem się wcielić w piękną i nową formę.

Byłoby mi szczęściem, gdybym Cię w Dreźnie334 mógł obaczyć, bo wiele i wiele rzeczy mam do wyspowiadania Tobie —

Twój na zawsze

vale et ama!335

211. Do Konstantego Gaszyńskiego

Grenobla, 21 maja 1843

Mój Konstanty! Wczoraj przyjechałem i Twój list i wiersz Do Matki Polki zasiałem. Moim zdaniem, czwartą i piątą strofę trzeba żebyś jakoś przerobił na energiczniejsze: strzelby, kulbaki, lance i pałasze zanadto techniki wojskowej! „W imię boskich ołtarzy” słabe, przypomniało mi l’autel et le trône336; trzy zaś pierwsze piękne są. „Paryski akcent” tylko mi wpada w nietragiczność, chybaś to na Lola napisał; Te cztery wiersze: „Niechaj się dowie... wygnania przecieka!” pyszne są — wielki, majestatyczny obraz. O Korsyce dzielna strofa, tylko o odwecie nie dość dobija targu. Trzeba by na zakończenie tak energicznej strofy coś jeszcze energiczniejszego! Taką jest krytyka moja.

Od dawna Ty już marzysz o Kazimierzu Pułaskim; pamiętam, ukochany to był zawżdy bohater Twego serca, i w istocie homeryczna figura. Można by w pierś mu włożyć wszystkie teraźniejszości przeczucia, i gorzki żal, pochodzący z wiedzy, że te proroctwa markowe nie za dni jego spełnić się mają, choć pewno się spełnią; zupełnie, jak u Achillesa, który wie, że Troja upadnie, ale też wie, że sam przed jej upadkiem zginie, a pragnie tak całą duszą zwycięstwa i Trojan zaguby. Oto byłby prawdziwy zarys tragiczny w Pułaskim. Pamiętaj też, że się całe życie kochał szalenie w tej Krasińskiej, co była za Karolem Saskim, i chciał ją osadzić na tronie. Ta miłość była mu bodźcem indywidualnym. Koniecznie trzeba by naszej epoki myśli i przeświadczenia wetknąć mu w serce na to, by żywotną był figurą, nie tylko historyczno-rzetelną, ale i duchowo-prawdziwą. Przeszłość albowiem tym żyje, rośnie, nie umiera, że od każdej teraźniejszości nowej krwi do żył zastygłych dostaje. To jest, co stanowi następne wskrzeszenie umarłych przez żywych, na tym zależy umysłowe zmartwychwstanie tych, którzy przeminęli; a potęgą, co im w oczach ludzkich życie, wraca, jest poezja, zanim rzeczywiście, przez Boga powołani, do życia powrócą w obliczu Boga samego!

Proszę Cię, zaraz mi tu odpisz i, co będziesz wiedział, pisz aż do dziesiątego czerwca. Ja także będę do Ciebie pisał. Bądź co bądź, przekonanym teraz, że Przedświt nie głupstwem jest. Wieleż też kosztował ze wszystkiem? Ciekawym, czy zysk będziesz miał jaki?

Ściskam Cię z serca.

212. Do Adama Sołtana

1843, Drezno, 3 augusta

Daleko ode mnie wszystko, co kocham. Wracam do kraju za dni trzy, głęboko czuję się obalonym ręką... Czyją? Powiem, że losu. Słabym na ciele, pomieszanym i rozerwanym na duchu, co dzień mi gorzej. Wróblom lub kanarkom dobrze do klatki, gdzie dużo nasypano lnianego nasionka lub maczku; ja innego łaknę pokarmu. Wolę milczeć, niż rozwodzić skargi. Cokolwiek kiedykolwiek usłyszysz o mnie, niech Cię nie dziwi; prócz podłości, a tej nie uwierzysz, zresztą wszystkiemu wierz, nawet, żem się powiesił gdzieś na rozstajnej drodze pod figurą.

Bądź mi zdrów, módl się za mnie, i odtąd nie zwij mnie już Zygmuntem, ale wiedz, że się zowię: „Rozpacz”. Dopóki żyję, jestem Twój wierny i kochający

Zygmunt.

Przeczytaj nowo wyszły Przedświt Gaszyńskiego, a będziesz wiedział, co myślę.

213. Do Augusta Cieszkowskiego

Wierzenica, 1843, 14 sierpnia

Drogi mój! Chciałbym Ci rozkryć to całe gniazdo żmij i robaków: serce moje, bo może się nie spotkamy, a przez pocztę trudno! Siedzę w Twoim pokoju; list Twój Niemiec wysoki mi oddał — przeczytałem i jęknąłem, bo Ty nie znasz położenia mego, Tobie się wydaje, że można pokonać serce, że można... miłość puścić w niepamięć. Przeczytaj w Resurrekcji337, co to miłość, co to ce pacte scellé, où l’âme s’est incorporé une autre âme338. Możem dotąd nie wiedział, co miłość. Zmysłowy koloryt niegdyś miałem za nią, a to gruba pomyłka. Miłość, to płciowość dusz, nie ciał. Teraz wiem, co miłość, a wiem, bom w rozpaczy za duszą, a w pogardzie i wstręcie nad ciałem. Biada mi, żem Was słuchał mimo krzyk sumienia mego! Ja nie na wielkiego pana z 19 wieku, ja na trybuna raczej stworzon. Savonarolę czuję w sobie, a czemże się stałem? Czemże jestem? Człowiekiem w krzywem położeniu — człowiekiem, który sto razy na dzień przeklina chwilę, w której zrobił dla ojca to339, czego nawet Ojciec niebieski nie ma prawa wymagać; — człowiekiem, który musi w końcu po wielu mękach albo zabić, albo być zabitym!

O, nie, nie szaleniec ze mnie, Auguście, ale nieszczęśliwy człowiek. Biedna pani de la Haye340 pewno przebudziła się w grobie i płacze nade mną teraz! Samotność stała mi się jedyną ulgą, jedyną pociechą. Cały dzień mi się przemienił na sztukę uciekania od przytomności, która mnie zarzyna. Oto w tej chwili czuję się lepiej — chciałbym tu, w Wierzenicy, ot zostać i nie wracać do Poznania, ni jechać zaraz do Torunia, gdzie ojciec znów czeka, ni do granicy, na której komora czeka — ni do Warszawy, gdzie Paszkiewicz341 czeka — wszyscy czekają, ja tylko już na nikogo nie czekam! Nikt już nie przyjdzie mi duszy rozświecić — chyba Mesjasz Tryumfator. Oh, na tego czekam i porzucę dom i wszystko i pójdę za nim.

Zapewnieś czytał przeczucie Mickiewicza o Tobie342. Nikt takiego ducha, jak adamowego, nie oszuka. On odgadł Ciebie w przyszłości z kilku słów Twoich. Towiański posłannikiem jest, co obudza w drugich ogień, nic więcej — ale ten ogień będzie płomieniem! Ten ogień z nas wszystkich ma stosy swoje. O, spalmy się, spalmy i świećmy ludziom — Polszcze, a przez Polskę światu! Składam tu Przedświt, Tyś jego ojcem pierwszym — spod serca mi wybrzmiał i kocham go!

Przy tem zostawuję Ci „Polskę Chrystusową343”. Jeśli nie znasz, przeczytaj — wiele tam myśli wspólnych, choć jednostronnością spaczonych.

Wreszcie zostawuję i powierzam miłości Twojej dwie paczki z napisami: większą, w której mój pulares, a w pularesie pięcioletni dziennik; spalisz, jeżeli mnie kochasz, bez przeczytania, gdybym umarł, nie wróciwszy do Wierzenicy; — mniejszą, w której wstęp do 1-szej części Nieboskiej i cokolwiek wierszy, po śmierci mojej otworzysz i, co chcesz, przeczytawszy, zrobisz. Komisarzowi zaś przykaż, by spały tu te papiery i by nikomu ich nigdy, chyba Tobie, lub mnie za przyjazdem, nie oddawał.

Jeżeli Bóg pozwoli, jeżeli całkiem dusza się sama nie wygryzie, przez zimę będę kończył tę pierwszą część Nieboskiej. Ale trudno o natchnienie, gdzie zatrute zewsząd tchnienie, gdzie za domem ucisk i hańba, a w domu rozpacz! Pamiętaj o mnie, krzep mnie listami i kochaj mnie! Aż płaczę, ten list kończąc, płaczę, żem Cię nie zastał. O, kiedy będziesz w lepszych stronach z tymi, co pamiętają o mnie, mów o mnie, a mnie wtedy lżej będzie w grobie moim.

Veni Creator Spiritus344, niech się coś zacznie, niech grom uderzy, choćby pierwsza iskra miała serce mi rozsadzić, bo serce pęka! Ściskam Cię, Auguście, tem sercem.

Aerumnarum plenus345 Twój

Zygmunt.

Jakiż ten Poznań daleki od tego, czym mógłby i powinien być, jakżeż ideał Polski od Polski daleki! Ale musi on się zbliżyć.

Niech tu także zostanie Nieboska i Noc letnia.

(Na osobnej kartce:) Jeszcze słówko przy wsiadaniu. P. Adam346, przed miesiącem wybrawszy się do Brukselli, pisał przed 15-oma dniami do mnie do Drezna dwa razy, że bardzo by chciał się ze mną widzieć, że w Heidelbergu do 15-go sierpnia czekać będzie na mnie, że, jeśli teraz się nie zobaczymy, to może nigdy, i że ma wiele do pomówienia ze mną. W przeklętym tym położeniu nie mogłem pojechać, bo już byłem na wyjezdnem i ten księżyc piołuniowy347 świecił nade mną. Więc się z nim nie widziałem. Podobno razem z Towiańskim idą przez Szwajcarią do Romy. Ostrzegałem go w liście, jaka tam zgniłość w tych pobielanych grobach. Zetknij się z nim! Razem we dwóch zwyciężycie. To duch wzniosły i z żelaza ten człowiek.

Jeśli się z Tobą nie spotkam, to znak, że moja gwiazda nachylona ku upadkowi. Sam, sam będę! Sam, straszliwie sam, bo wśród istot ludzkich sam i samemu trza walczyć, samemu zwyciężyć. Kochaj mnie i z daleka pomagaj mnie — pomagaj, a jeśli przyjdzie do lochu i krat, nie zapomnij o Kissingen.

Twój Zyg.

Wiesz, że ludzie podli są! Bóg mnie strzeż od nienawiści, Bóg strzeż mnie od pogardy! Duch mój stworzony, by kochać! Auguście, Auguście, o, kochaj mnie i pamiętaj o mnie!

214. Do Delfiny Potockiej

14 augusta — Wierzenica (1843)

Przyjechałem. Tylko list od Augusta348 zastałem — jest w Królestwie — i usiadłem przy jego stoliku w pustym, polskim dworze i piszę do Ciebie raz ostatni przed granicą. Nie było żadnego listu od Ciebie na poczcie w Poznaniu. Boże, co to się znaczy? Ty chora być musisz, byłabyś inaczej napisała do mnie. Rozpacz mnie wciąż żre i przeje mi serce.

O Dialy, o aniele mój, pamiętaj, że umierający woła na Ciebie, byś wierzyła w niego, byś wierzyła, że dopóki dni mu na ziemi stanie, on Twoim w każdej chwili i na każdem miejscu. Co chwila duch mój cały wyrywa się do Ciebie. Tyś zawsze przy mnie, ze mną, we mnie. O, kiedyż powrócę do Ciebie, o kiedyż, kiedyż! Ale darmo. To jedynym celem moim, instynktownym nawet, bo wszystko, co robię, zmierza do tego, jak igła magnesowa do bieguna, każda chwila życia mego przepojona tym celem, mimo woli nawet każden ruch mój, każden gest to oznacza.

O Dialy, Dialy, Dialy! Przez piekło teraz dopiero idę. Wszędzie, gdzie stąpnę, pogardzam, albo nienawidzę. Straszny stan ducha, a w Tobie tylko, w myśli o Tobie, odpoczynek mój. Boś Ty wzniosła, dumna i dobra zarazem, bo teraz, teraz jasną tkwisz mi przed oczyma, i czuję, ileś mnie kochała, po torturach moich znam, ileś Ty tortur przebyła. O, u stóp Twoich leżę i błagam Cię, przebacz mi wszystkie łzy, któreś wylała! Patrz, równie gorzkie i krwawe ja teraz co dzień leję, a wszystko, co widzieliśmy i czuliśmy razem, wydaje mi się niebem, rajem jest tej ziemi, świętością, anielstwem. O moja, moja, zmiłuj się nade mną, niech wiem zawsze, co myślisz, co czujesz, co robisz, gdzie jesteś, wszystko, wszystko. Niech nasze duchy będą jednością, niech połączeni, choć dalecy, zawsze nachyleni ku sobie, w Bogu, który nas zapoznał i spoił, ufni, wierzący w siebie i mający nadzieję w dzień spotkania, niech jedni, nierozdzielni idziem oboje po tej smutnej drodze, wspominając niebo i nadziejąc się w niebo. Nadzieja to cnota nierozdzielna od wiary i miłości, ale miłość wyższa, niż wszystko. Miłość niech trwa, a przepadnie świat.

I miłości pełny i miłością ku Tobie natchniony, miłością, co wszystko pokonywa, miłością, co wszystko przecierpi w imieniu Twojem, miłością świętą i anielską przepojony idę na męki straszne, na życie wśród ciemności, na płacz i zgrzytanie, idę ciałem, ale duch mój zawraca, duch mój stąpa ku Tobie, duch mój z Tobą, tam gdzieś Ty. Myśl, że nie ma chwili, w której o Tobie nie myślę, każda chwila czasu jednem uderzeniem serca mego ku Tobie, jednem wyrywaniem się duszy mojej do Ciebie. Nie licz dni już odtąd na godziny i minuty, ale na tęsknoty i żale moje, a gdy wieczorem kładniesz się na spoczynek, pomyśl: „Tyle a tyle jego łez dziś upłynęło, a każda płynęła w stronę moją i to się dniem jego nazywa”.

W Bogu i przed Bogiem Twój jestem teraz i na wieki. Co Pan połączył w duchu jednym, tego ludzie nie rozplączą. Mogę umrzeć, ale nie przestać być Tobie, czem byłem od chwili, w której nasze zapoznały się dusze i, wiedząc, że się znały dawniej i że w wieczności się razem zleją, pobiegły ku sobie, jak dawne znajome, jak przyszłe siostry na wieki wieków.

Tak mi Bóg dopomóż na ziemi, a kiedyś za grobem! Do obaczenia!

Twój nieszczęśliwy

215. Do Augusta Cieszkowskiego

1843, 25 augusta, Opinogóra

Dzięków Ci błogosławczych tysiąc, żeś był tu — i za te godziny, przebyte razem na cmentarzu. Niegdyś z Termów Karakalli patrzaliśmy na podobnie widnokrężną równinę — ale i Tobie, i mnie lepiej było wtedy. Możesz wierzyć, Auguście, że dołożę starania pilnego, by 15-go października stanąć w Wierzenicy — dasz mi tam pokój i spokój — i będziesz dobrodziejem moim.

Śni mi się Wierzenica teraz, jak Nicea dawniej — wyrywam się ku niej, wyciągam ramiona. Gdy odjeżdżać będę, wezmę trochę piasku jej na pamiątkę. Do obaczenia więc! Raz jeszcze Cię ściskam i z głębi serca dziękuję.

Twój na zawsze

216. Do Delfiny Potockiej

27-go augusta 1843, Opinogóra, 10-ta w wieczór

W tej chwili odbieram sztafetę od ojca. Wczoraj umarł p. Branicki349, po obiedzie u Sapiehy apopleksją rażony; już go Eliza nie zastała dziś rano, gdy z ojcem moim przyjechała. Muszę więc zaraz jechać do Warszawy. Ojciec mnie wzywa, ale tu wrócę za dni kilka. Tak mi się nie chce jechać, że strach. Biedny człowiek, zawczoraj jadł obiad z ojcem moim, był zdrów, tylko smutny — jutro na pogrzeb przyjadę. List ten zaraz za przyjazdem rzucę na pocztę.

Odebrałem list od poczciwej księżnej Lubomirskiej — od tej samej, co mi ten nasz pierścionek dała. Ani powińszowań, ani nawet wzmianki o wszystkim co się stało w tym liście nie ma, tylko przesyła mi tę modlitewkę św. Bernarda do Najśw. Panny. Za to mi ona drogą jest, że tak delikatnie przysłana, a że mi droga jest, więc posyłam ją Tobie; włóż ją do książki czerwonej!

Konie zaprzągnięte. Czeka mnie jutro płacz i lament, a serca nawet do tego nie czuję w piersiach. Módl się za mną, bom znękany, jakbym sto lat życia dźwigał na plecach, i zazdroszczę temu, co wczoraj świat ten pożegnał i dziś już spokojny jest. Raz jeszcze dziś odczytałem te dwa Twe listy i tak mi się tęskno zrobiło, żem myślał, że zemdleję. Jeden dzień tylko dobry miałem, tj. dzisiejszy przed odebraniem tej wiadomości — niedługo trwał.

Módl się za mną, bo mi coraz gorzej! Możesz sobie wyobrazić, co się dzieje we mnie. Ja nic udawać nie umiem, ja nawet cieszyć nikogo nie potrafię. Módl się za mną, proszę Cię! Do obaczenia.

Twój teraz i na wieki Z.

217. Do Augusta Cieszkowskiego

Warszawa, 1843, 2-go septembra

Drogi Auguście! Może już słyszałeś, że Branicki 26-go sierpnia, wróciwszy na noc spokojnie i zdrowo do domu, w nocy przebudził się i skonał z pęknienia żyłki jednej w mózgu; owoż to mnie sprowadziło tu i zmusiło przytomnym być obrzędom rozlicznym pogrzebowym. Straszny ból odezwał się w córce — bliski zupełnego obłąkania. By ją wyrwać z tego stanu, za trzy dni wywożę ją stąd nazad do Opinogóry, potem jadę do Knyszyna, a 15-go oktobris350 będę w Wierzenicy.

Wzdycham do Wierzenicy całą serca tęsknotą. Więcej nie piszę, bo cóż nada351 pisać?

Najwyższym mistrzem ceremonii na tym świecie, to próżność i rozsądek, każden z osobna lub zjednoczone razem. Chorujem, my, wszyscy ludzie dzisiejsi, na przemianę litery — strach, ile litery po świecie — masy, ogromy jej — wszystko literalnie, nic żywotnie się nie odbywa.

Dzięki Ci składam za porobienie moich tu sprawunków, a czulsze jeszcze wkrótce, przyciskając Cię do serca, Ci złożę.

Twój in aeternum352

218. Do Delfiny Potockiej

14 sept[embra] 1843, Opinogóra

Aniele mój! Wczoraj pisałem pod kopertą Rotszylda do Ciebie. Czekam na kogokolwiek, coby jechał z miasta, może mi co od Ciebie przywiezie; już 7 dni, jak nic nie mam do Ciebie. Pani Arturowa353 tu wciąż, całe dni siedzi z siostrzenicą i o zmarłym mówią, więc mi lżej, bo ja całe dni to u siebie siedzę, to w polu, a gdy pójdę w pole, nogi ni ochota nie służą, więc psy puszczam, strzelca puszczam, sam się kładę pod drzewem lub kamieniem, bo rzadko drzewa na tych błoniach, albo, jeślim bliski Chrzanowa, zachodzę do tego Kocha, o którym Ci mówiłem, i tam kładę się na kanapę, trochę z nim pogadam o Napoleonie, potem umilkam i czekam zamyślony, aż słońce rozczerwieni się na szybach okien. Gdy widzę, że już na dobre zachodzi, wybieram się z powrotem, siadam w bryczkę, każę tęgo pędzić, skaczę pod gwiazdy i opadam w przepaść siana, wreszcie przyjeżdżam, u siebie jeszcze bałamucę, jak mogę, potem idę do salonu. Tam z tymi damy i ojcem siedzę, jak mruk, ubrany w kaftan nicejski i grenoblową burkę, bo już zimno, i tak do 10-tej, do 10½, a potem odprowadzam tę pannę ze dworku, gdzie mój ojciec, do zamku gotyckiego, gdzie ona mieszka — wtedy to rzadko się obejdzie bez gorzkiego uśmiechu lub łez moich. Nic odpowiedzieć innego nie mogę na jej się zapytania, czy admiracje, czy naiwności, czy oświadczenia, i dobranoc jej powiadam i odchodzę sobie, a gdy przyjdę do mego pokoju i zamknę się i zapalę cygaro i przez okno spojrzę w noc tę wielką, co mnie otacza, wtedy to wołam na Ciebie i przypomina mi się ta straszna strofa, zawierająca proroctwo straszne, którąm kiedyś Ci napisał, pamiętasz?

I dla mnie rozdział jest godłem kochania,

Bom ile razy w życiu nienawidził,

Los ze mnie wtedy połączeniem szydził, —

I, gdziem przeklinał, nie było rozstania.

Straszne to wiersze, straszna to divination poétique354. Czyż podobnie aż do bottomless perdition355 wszystko mi się sprawdzi? Podobno, że tak! O, módl się za mną, módl się, Ty, co jedna już na świecie znasz mnie, jakby anioł sędzia, i nie admirujesz mnie, ale wiesz, co dobrego i złego we mnie! Ty, na której sądzie więcej polegam, niż na wszystkich ludzi zdaniu, Ty, coś pełną goryczy, powagi i godności i wdzięku surowego, głębokiego, nadanego Ci przez cierpienie, rozum, serce i natchnienie, połączone razem, Ty, wśród kobiet jedyna i wielmożna duchem, Ty, przed którą czułem się nieraz małym, tak, jak przed Konstantym, choć nigdy przed innymi tego uczucia nie doznałem, Ty, której nic nie zwiedzie, nie przekona, o, módl się za mną!

Za tydzień zapewne pojadę do Knyszyna, tam przez 15 dni nie będę listów miał od Ciebie, bo się lękam, by nie zginęły. Dopiero za powrotem do Opinogóry je znajdę, a 12-go oktobra wyruszę do Wierzenicy. Z dni 10 tam bawić będę i robić interesa majątków moich pruskich, które są bardzo rozgałęzione i zagmatwane. Koło 19-go nowembra będę nazad w Warszawie, i zacznie się ta zima, może ostatnia moja zima na ziemi, bo czuję, czuję, że pękła sprężyna wnętrzna życia mego! A jeśli nie ostatnia, to wieczna przynajmniej, bo wiosny po niej już nie upatruję, chyba, że zdołam ku Nicei jak ptak polecieć — oh, to byłoby wiosną, wiosną, wiosną! Odżyłbym, odtrupiałbym. Nikt mnie nie rozumie, nikt nie pojmie, nikt nie wie, co się we mnie dzieje, czego mi potrzeba, by nie umrzeć. Przebaczam wszystkim, ale sobie nie przebaczę nigdy. Do obaczenia! Twój teraz i na wieki

Z.

219. Do Delfiny Potockiej

Opinogóra, 1843 12-go oktobra

,,Malheur à la mère qui”, — tak mi się trzęsie ręka, że ledwie pisać mogę, — „Malheur à votre mère qui vous a mis au monde, malheur à moi qui vous ai engendré, malheur à la femme qui vous a épousé, — malheur à vous-même356”. Dopiero co takie słowa słyszałem od ojca — już od kilku dni zbierała się burza. Wczoraj przed Elizą mi powiedział: „Vous êtes un egoiste qui, pour cuire son oeuf, brulerait la maison de son meilleur ami357. Jam tylko tymi słowy odpowiedział: „Czy papa w sumieniu swoim o tym przekonany?”; „Przekonany” odparł mi. „Więc nasze zdania się różnią” rzekłem wtedy. Rozgniewany, wyszedł i położył się w łóżko i dzień cały leżał. Dziś rano poszedłem do niego. Oskarżał mnie o niesłychane rzeczy, z czego wypada wszystkiego, żem lord Byron, szelma, gałgan, bez serca, kiep fizycznie i moralnie, a w końcu frazes, przytoczony na początku, mi powiedział. Lecz niesprawiedliwym byłbym, gdybym zostawił Ci najleksze dorozumienie, że do tego w czymkolwiek ta panna358 się przykłada. Owszem, za to prawie znienawidziła mego ojca. Wczoraj jeszcze jej tłumaczyłem, bo żądała koniecznie tego, że nie mogę jej kochać, że są chwile, w których nawet ona mi piekielne sprawia wrażenie i ból nieskończony, i że łzy moje te częste od niej pochodzą, — że nigdy nie myślałem, by w niej było uczucie najmniejsze ku mnie, iż sądziłem, że chce uwolnić się od Freg359., — nic mniej ani więcej. Wtedy smutną się stała i obiecała, że odtąd będzie starała się być dla mnie tylko, jakby być mogła stara, 80-cioletnia panna, a dziś po tej scenie oznajmiła mi, iż doskonale rozumie, iż mnie jest nieznośną i że była, choć mimo woli, mego życia całego nieszczęściem, że prosi mnie tylko o to, bym ostatecznie jej nie znienawidził i bym jak najprędzej do Prus jechał i tam odpoczął. Piszę Ci te wszystkie szczegóły, Dialy droga, tylko na to, byś wiedziała, w jakim ja położeniu, jak się życie moje odbywa, i z jednego dnia pobytu mego tutaj domyśliła się innych wszystkich. Rzeczywiście, dziś, słysząc, co mi ojciec mówił, tylko żal głęboki mi się jego robił, bo zdawało mi się, że w obłąkaniu mówi.

Co to za zima będzie, co to za zima! W końcu końców ta panna szlachetną jest istotą! Co za szał ją ogarnął, że chciała, chciała, chciała mimo wszystkie przestrogi i moje, i cudze, to zrobić, co zrobiła! Nic mi nie pozostanie, tylko względem niej być szlachetnym zawsze najszlachetniej, a co do serca, wie ona dobrze, że nigdy mojego nie może mieć i już przystała na to; serce raz się daje, nigdy więcej. Bóg widzi, że ten raz jeden, raz ten uroczysty, wiążący duchy na zawsze, stał się już dla mnie, stał się i trwa na wieki! Jeszcze czasu trzeba, czasu męki pewnego, nim znękany i osłabły i już konający przetnę to położenie. Konanie jest olbrzymią siłą, rozpacz jest potęgą, bo śmierć za nią przybywa, albo wraca życie! A śmierć jest dobrem, i życie jest dobrem, oba to dary boże! Tylko wahanie się między jednem a drugiem jest męczarnią! O moja Dialy, mój drogi aniele, biedny ja bardzo, lecz czasami śród najgłębszej rozpaczy staje się na chwilę poważnie i mądrze w duchu moim i wtedy z tej chwilki, jak z ganku, zawieszonego zewnątrz rzeczywistości dni moich, patrzę okiem umarłego już a wiele wiedzącego na cały żywot mój, i czuję, widzę, wiem, że tylko przy Tobie byłem istnie szczęśliwy i nim być mogę! Bo Ciebie ukochałem całym sercem i umysłem moim, przywiązałem się do Ciebie, jak do domu jakiego nieziemskiego, w którym na zawsze słodko i dobrze było. Co mi inni wszyscy dać mogą? Nic, żeby najpotężniejsi, to jeszcze nic, bo od nikogo nic nie żądam, nic nie przyjmę, nic nie chcę. Ty tylko możesz mi wszystko dać, tak, wszystko, boś dla mnie wszystkiem, bo kocham Ciebie! Bo razem chadzali my po drogach życia, bo razem byliśmy młodzi oboje, natchnieni, niebiescy! I nie w mocy już niczyjej na ziemi stworzyć sobie ze mną tę przeszłość, którąśmy razem mieli! Nie tylko serdecznie, uczuciowo, ale i logicznie, koniecznie, nieubłaganie przywiązanym do Ciebie. Jak zasługa po czynie dopełnionym, tak konieczną jest miłość moja! Jest, bo jest, bo musi być! Kto akord potrafi złożyć z innych nut od tych, które ten właśnie akord składają? Kto zdoła uczynić, by cztery nie następowało po 3-ech i nie składało się z dwóch do dwóch dodanych? Taką liczbą, takim akordem jest to, co na wieki połączyło mego ducha z Twoim!

Dokończę listu tego w Toruniu pojutrze.

Toruń, 14-go oktobra. Wyjechałem o 11-tej wczoraj, a tu o 3-ej z południa stanąłem, dopiero co. Drogi, o których straciłaś wyobrażenie! Kocz nieśmiertelny prawdziwie dowodzi nadziemskiej siły swojej; że nie pęka co chwila, to cud. Niektóre kawałki drogi z Uriage do Vizille, tam, gdzie zsiadałaś z Orciem, podnieś do potęgi setnej, pomnóż przez tysiąc razy, a będziesz miała owe piaski, błota, kamienie i korzenie, po których się tłukę od trzydziestu godzin. Po skończeniu listu tego pojadę dalej, jutro wieczorem zapewne stanę w Wierzenicy.

Stąd temu dwa miesiące, dzień w dzień, pisałem w nocy do Ciebie, a było to w miesiąc po pożegnaniu się w Sens! Więc jutro trzy miesiące mija. Bóg świadkiem, że rzadko człowiek na ziemi nieszczęśliwszym był ode mnie przez ten cały przeciąg czasu. Boże Wielki! Od 15-go lipca przez cóż ja nie przeszedłem? Gdy spojrzę na te dni wszystkie, zda mi się, że piekło otwarte widzę przed sobą. Zda mi się, że to nie sposób, bym dotąd żył. Czemuż ani śmierć, ani nerwowa gorączka, ani mózgu zapalenie lub serca dotąd mnie nie odwiedziło? Straszną walką walczę przeciw rzeczywistości od trzech miesięcy — od wieków trzech, bo te trzy miesiące wydają mi się nieskończonością cierpienia! Walczę z ojcem, który by chciał, bym przynajmniej udawał, tj. que je garde certaines convenances360, przeciwko tej pannie walczę, która prosi się przynajmniej o bez-wstręt, o jakąkolwiek przychylność, a ja dać jej nie mogę, nic dać, prócz łez i konwulsji i przekleństwa, jeśli nie głośnych, to buchających z ócz mi wzrokiem, z ust jękami; walczę przeciw światu, który ogłasza, że źle robię i w cnocie swojej mnie potępia w Warszawie, lub też plotki zbiera, mnoży, wynajduje, i nimi puginałuje mego ojca, skoro do Warszawy przybędzie. Tak, zewsząd tylko biję się, biję na zewnątrz, a rozdzieram się wewnątrz, tym wewnątrz, żem daleki od Ciebie. Nic bym nie żądał na świecie tylko procentu z 40 000 fr. na rok i chaty w Nicei i oglądania Ciebie co dzień, nic więcej, nic więcej już nie żąda ten, który tylekroć tyle żądał, śnił, chciał! Wszystko, prócz serca, jest kłamstwem, goryczą, trudem, konaniem! Gdzie serca nie ma, tam nic nie ma, choćby wszystko na pozór było, a gdzie sercu zadość się dzieje, tam niczego więcej nie potrzeba. Powiadam Ci, te trzy miesiące wydają mi się piekłem. I co będzie dalej? Kto pierwszy padnie ofiarą tej walki strasznej? Czuję, że ja, bo sił mniej co dzień, a co dzień więcej rozpaczy, wstrętu, bólu, nudy, braku życia! Żyję tylko w przeszłości, i nic, nic, nic już iskry żadnej nie obudzą we mnie, obalonym i zdeptanym! O, wierz mnie, Tobie lepiej, niż mnie, Ty sama jesteś!

Otom wyrwał się na dni kilkanaście, by wytchnąć, by odpocząć, ale ściga mnie to wszystko, do czego będę musiał wrócić, rozdłużyłem tylko trochę łańcuch mój. O, gdyby przynajmniej na miesiąc mnie byli dali paszport, kto wie, czybym nie był poleciał do Melun? Temu rok w Nicei byliśmy, temu dwa dni, jak byłem przyjechał z Genui, piechotą chodziliśmy po tych łączkach zielonych za domem, a dziś co? Oto Toruń zamiast Genui, chmury zamiast słońca, rozpacz zamiast Ciebie. Ty obaczysz, ja niedługo pożyję już, może to zima ostatnia moja, bo i nie chcę żyć, nie chcę! W tych dniach, przewracając stare, odwieczne papiery, znalazłem ten maleńki kajeciczek, który pisałem, mając lat 6. Wziąłem go i ślę go Tobie, bo wiem, że Cię roztkliwi serce Siżysa sześcioletnie, bonę swoją kochające i dedykujące jej un conte de Fée361 — ortografia Cię zabawi. Czasem zabawnie widzieć, od czego się poczynało to, co znamy rozwiniętem i dopełnionem już. Około tychże samych czasów tańcowałem z Tobą! Augustowi zaś oddam dla Ciebie Listy z Krakowa362 (tom 1), estetykę podług wyobrażeń niemieckich dzisiejszych zawierające, pięknie pisane, czasem za szumno, ale za to znów czasem doskonale. — Kazanie Trynkowskiego, Życie Kaliksty, moje kawałki angielskie i francuskie z Genewy, z „Biblioteki Warszawskiej” Libelta, znakomitego pisarza z Poznania, o Literaturze niemieckiej. Da Ci to wyobrażenie ruchu umysłowego w tej stronie Polski, zobaczysz, że rośniemy. Wiele jeszcze do żądania, bo mniej więcej estetyka na przykład cała ta jest naśladowaniem heglowskich teoryj, wszakże przy tym religijności pełna, co ją stawia wyżej od Niemców i barwę polską jej nadaje. Wszędzie, gdzie byłem od dwóch miesięcy, w Koronie i na Litwie, szukałem coś takiego, czem bym mógł obarczyć Augusta363 dla Ciebie; śniło mi się o futrze jakiem lekkim i ciepłem, coby zdało się Tobie w zimie, ale nigdzie nic nie znalazłem w tych puszczach, po których siedziałem, wilczury albo kożuchy, nic innego nie było; już chciałem kaszy Ci posłać, to znów kukurydzy, to znów kamyczków z pola, bo nic, nic innego nie było!

Tak, tak, temu dwa miesiące tędy przejeżdżałem. Jak mi sił stało tu powrócić? Co mnie utrzymało przy życiu? Pewno nie miłość życia. Zapewne to, że znów ujrzę Ciebie. Dziwna rzecz: skoro wyjadę od tej panny, staje się ona dla mnie, jakoby nigdy nie istniała, nigdy, aż znów ją obaczę, nie przychodzi mi myśleć o niej, czuję tylko w piersiach głuchą rozpacz ciągłą, bo moja dusza wie, że tam ona jest, gdziem ją zostawił, i że wrócić trzeba do tego miejsca. Lecz o niej samej, jako o istocie żywej, nic nie wiem. Tak i teraz, cały jestem w Sens, w Aix, Grenoble, Uriage, Paryżu. Wszystkie godziny drogi, w dzień, czy w nocy, upływają mi na fantasmagorii snujących się miejsc, nam wspólnych. Ciebie widzę i słyszę wciąż. Ileż to razy powtarzam wszystkie poczty nasze, lub daty, czasem wypadające z pamięci, chwytam nazad i stawiam w sercu! Wczoraj wziąłem „Debaty364” z sobą na drogę i czytając, że Nemury365 były u Najśw. Panny de Fourvières, rozpłakałem się w koczu. Prawie nigdy „Debatów” bez łez w oczach nie mogę czytać, to faktum, bo zaraz śnią mi się Champs Elisées lub Mathurins itd., itd. Łączę tu nowy anons autora Prodromu. Racz książkę tę przeczytać i zdanie mi o niej, o ile będzie można, powiedzieć. Podobno w całych Włoszech bandy polityczno-rozbójnicze, — nawet w Sardynii; — gdyby to potrwać miało, to odwlecz wyjazd do Nicei. P. Amorowski366 żałował, że mnie nie widział, i pojechał do dóbr swoich; mnie także bardzo żal, ale cóż robić? O! Twoja perła czarna, Twoja perła, jakże piękna i smętna! Już ją nosić będę zawsze teraz, choć w podróży, mam ją na chustce. O aniele mój, aniele, wszak Ty często myślisz o mnie? Wszak często przed Chrystusem modlisz się za mnie? Wszak Ty wiesz, o ilem nieszczęśliwy, i za to przebaczyłaś mi łez Twoich wiele? Całuję stopy z brązu Chrystusa, przed którym wespół z Tobą w Aix klęczałem 24-go czerwca w wieczór. Powiedz mi, wszak Orcianki nie rzuciłaś ubogim, wszak ją zachowałaś na pamiątkę najuboższego z ubogich, bo dalekiego od Ciebie? Ręce i stopy Twoje oblewam łzami. Kocham Cię, kocham, kocham, i teraz i na wieki Twój jestem. —

Biedny Zyg.

220. Do Delfiny Potockiej

16-go now[embra], 9-ta w wieczór, 1843, Warsz[awa]

Aniele mój! Jakby o 12-stej w nocy pusto i cicho w domu, dobra chwila, rozjechali się wszyscy, panna do chorego brata, mój ojciec do Sapieżyny, mnie na dziś był zaprosił Jan367 na wieczór — byłem się obiecał, ma grać u niego jakiś młody człowiek, zapowiadający talent, lisztowskiemu równy. Obiecałem więc, że będę, ale w chwili pójścia przypomniałem sobie, jak Dysza z takich wydobywa się trudności, osobliwie za moją poradą. Siadłem więc do stolika i napisałem bilecik, podobny tym, co krążyły między Geoffroy a domem Meszczerskich lub pani Bonghem, wymówiłem się bólem głowy, a to nie kłamstwo, bo szalenie boli. Mój Boże! Na grę fortepianową mnie zaprosili, — na muzykę, — nie wiedzą ludzie, że teraz dla mnie usłyszeć akord jeden, mistrzowską ręką z nut wydobyty, tyle, co rozbeczeć się i nerwowym atakiem rozśmieszyć przytomną publiczność. A potem wydaje mi się świętokradztwem nakłonić ucho do dźwięków, nie z Twoich ust, lub nie z pod palców Twoich wznoszących się. Zatem, gdy inni pojechali sobie, myśląc, że ja to samo uczynię, uczułem się panem w puszczy, przyszedłem do mojej ciemnozielonej jaskini, odsłoniłem białe widmo i postawiłem je przed sobą między dwiema świecami, jakby włoską Madonnę, i piszę do Ciebie, patrząc w ono widmo ukochane, piękne nad pięknemi. Nie znaleźć na planecie całym obrazu, który by bardziej czarodziejskie i czarnoksięskie na mnie wywierał wrażenie; to nie płótno, nie farby, to życie jakieś z poza świata, w „bożostanie” swoim, jak mówi Trentowski, pojęte i przedstawione. Jakażeś Ty blada w tej chwili, i jak dziwnie błękitnieją mgły wkoło Ciebie — dziwnie, smętno a ślicznie, cudnie błękitne, choć to nie szafir neapolitański, ale raczej niebo księżycowe, które duchy otacza. Włosy długie, ciemne, z niesłychaną, z arcydzielną powagą spływają Ci na ramiona, szaty Twoje z śniegu, przyprószonego przejrzystością powietrza, mglaną niebieskością. Lica blade, bardzo blade, bosko blade, a oczy obrócone ku mnie, pełne dumy, wyniosłości, natchnienia. Zdajesz się wyższa ode mnie stokroć, litować się nad nędzą moją. O Dialy, uklęknę przed tym widmem białym, przed Tobą. Dziwny to obraz. Nie rwą się k’niemu oczy śmiało, ale spuszczone, ni usta, by pocałunek choćby pokoju złożyć mu na czole, nie, ale duch cały rad by się wyspowiadać z wszystkich grzechów i nikczemności przed nim, rad by błagać o litość, o przebaczenie, i zawołać wreszcie: „O Pani moja, prowadź mnie w nieskończoność”. Ideał to zupełny, lecz zarazem nic nie może być podobniejszego do Ciebie. Twój chód, Twoje rysy, postawa, te same fałdy, co na sukniach Twoich, — kto by zgadł, że to pędzel angielski tę Beatryczę malował? Coś dantejskiego żyje i panuje w tym obrazie; ja Ci mówię, mówię, że chce mi się uklęknąć przed nim, przed Tobą! Oto mi piękność prawdziwa, ledwo że obleczona w cielesny kształt, a jednak widoma, dotkliwa, rzeczywista, innej piękności duch ni sztuka nie znają, znieść nie mogą. Wszystkie rubensady przy tem to trupy bez duszy, a to dusza prawdziwa: jest kształt cielesny, nie ma ciała koło niej! Ileż już ten obraz rozlał pociechy nad smętkiem dni moich, w rozlicznych okolicznościach, — ileż to razy mnie natchnął, pokrzepił, rzucił mi do pustej piersi ducha jakiegoś, do wyschłego serca świeżą i wonną rosę odmłodnienia! Jemum winien, żem z Tobą jeszcze, choć nie przy Tobie, jemu, że, gdy mgłą zachodzą najszlachetniejsze władze umysłu mego, skoro go ujrzę, aliści znów czuję, wiem, widzę, pojmuję, co ideał i to najwyższy, bo powtarzam, w tej postaci jest coś podobnego do owej surowości, wielmożności i czystości, którą znawcy czują, gdy słyszą wielkie, kościelne symfonie. Oto Requiem Mozarta i ta struga światła muzycznego, bijąca w kierunku Boga, w górę, z Westalki nasuwają mi się na myśl. Ta sama prostota, niepokalaność, czystość, pycha potęgi i piękności uderzają na mnie z tego obrazu — a idąc za tą postacią, czuję się nie przykutym, choć ciągnionym, bo nie żadna ziemskość mnie oplata, dusi, gniecie, ale duch wolny mnie porywa, i, lecąc za nim, nie przestaję być także duchem wolnym! Co to jest jednak prawdziwa piękność! Jaka jej wszechmoc! Jak pierś napełnia! Jak podbija skrzydłami ramiona! Jak poi nektarem i zdaje się wszystko, co twarde i okrutne, przeistaczać na chwilę w sen boski, w życie wieczne! Od wielu dni takiej chwili nie doznałem; dzięki Tobie, żeś mnie ją dała, dzięki Tobie i obrazowi Twemu, który niczem byłby bez Ciebie, on z Ciebie wyrósł, on Tobą, on tym, co wiecznem w Tobie, wdziękiem i duchem Twoim! Więc raz jeszcze dzięki Tobie, Dialy! Noc teraz, a czuję pierwszy słoneczny promień, ogrzewający mi pierś od czasu tyla, tyla, tyla! — Już pisać dalej nie mogę, — do jutra, — do jutra!

17-go now[embra]. Ah! Boże, za jednę taką godzinę wzniesienia się, ileż to innych zatrutych, zagorzkowanych. Nic koło siebie nie widzę prócz ślepych instynktów zwierzęcych lub podłości lub głębokiego głupstwa w ludziach. Rozmowy ich ciążą mi na powiekach, zamiary ich, choć ubrane frazesami, tylko do napełnienia kieszeni dążą, i kiedy obnażam je z tych strojów, naga tylko obrzydliwość zostaje.

Są straszne na tym planecie tajemnice, tkwiące w samym rdzeniu natury człowieczej; miałażby być istotnie przeklętą? Nie, ale oczyma ducha, gdy zapatrzym się w obiecaną Doskonałość i Piękność, którą także jako cel nasz ostateczny i dzisiaj już w sobie nosim, obecna niedoskonałość i brzydota, przez porównanie, przekleństwem nam się wydają, nie harmonia, dysonanse same brzmią nam w uszach, a w głębi ducha brzmi oddalona muzyka, co kiedyś spoić ma wszystkie dźwięki, więc ciągłym rozstrojem, rozdarciem się czuć musimy. Gdy myślim, nie tak jest, bo myślą możem wyrwać się z obecności, możem ją odrzucić i tylko całość, tylko niebo pojąć i usprawiedliwić wszystkie ścieżki Pańskie, lecz, gdy czujem, czuć możem tylko tę falę, która nam skacze do serca, to ostrze, które nam piersi rani, ten kolec, który nam w tej, a tej chwili stopy rozkrwawia, więc choćby w myśli i pojęciu najwspanialej było, może w czuciu być piekło, i czucie może dotykać się przekleństwa, mimo to, że myśl wie o ogólnem błogosławieństwie, łączącem ludzkość z Ojcem jej niebieskim. O, serce to dziedzina zarazem i raju i czyśćca i piekła, — przez cały ciąg żywota ono pielgrzymuje z jednego w drugie i trzecie i zawraca nazad i znów zapada w głąb. Jedna tylko moc je zbawić może, moc wielkiej, niezłomnej, świętej miłości, wyjętej już z pod praw ślepych i namiętnych doczesnej ziemskości i przeniesionej pod prawa Wiecznego Piękna, Nieskazitelnego Ideału. Taką miłość wczoraj Ci wyraziłem, patrząc w postać białą Twoją, taka miłość na wieki mnie kojarzy z Tobą, nikt do niej nie dochodzi bez przejścia wprzódy przez wszystkie drogi doczesne, nikt się nie wznosi do ideału, kto nie był w raju, a z raju wraz z ukochaną nie wyszedł i nie skosztował goryczy z pucharu żywota. Bo ideał, to koniec, to korona, to najwyższy, ostatni szczebel dla człowieka, choć pierwszym jest dla Boga. Kto pojął ideał, kto doszedł do niego, kto ukochał w ideale drugą istotę bliźnią sobie na ziemi, tego już żadne ułudy ziemskie nie poruszą, żadne ponęty nie przyciągną! Pod postacią kochanej wieczność w nim żyje i ta wieczność zarazem mu bronią i puklerzem! Lecz za tem spokój nie idzie, bo kto rozdzielony od wieczności swojej, ten wiecznie tęskni, za tem tylko idzie potęga i świętość i nienaruszalność miłości. I knew the perfect Beauty and therefore I am alone on the earth368, to tylko na dzisiaj powiedzieć mogę. Wielkąm pogardą zdjęty ku wszystkim życia nikczemnościom, co się w kwiaty i blichtry i szychy stroją, — a wielką litością nad sobą samym, żem oderwan od tego, co pięknością mi nieskazitelną i nieskończonem przywiązaniem jest, od Ciebie! Bom z Tobą wstąpił już do nieba, już do krain Ducha, do krain Majestatu, z Tobąm już przeszedł życie, już owędrował wokół planetę i zostawił go pod sobą, za sobą. Takiej wędrówki potrzeba, by poznać, co jest wiecznem, a doczesnem co, lecz drugi raz nikt jej nie odbywa na ziemi, chyba poliszynel lub błazen. Stąd zarazem i nieskończoność tęsknoty mojej i nieskończoność miłości mojej, bo kochać tylko rozumnie i serdecznie białą postać mogę, a z tą, którą kocham, nie jestem, ale Bóg da, że będę!

Ah, żebyś Ty wiedziała, jak kocham, jak kocham, tak, jak Rafael Madonny swoje, tak, jak Michał Anioł Boga, kiedy ostatni sonet swój pisał, tak jak Dant ową postać z światła, na najwyższych stropach niebios!

Słuchaj — wróćmy do zdarzeń pielgrzymki, bo i pielgrzymka święta, która dowiodła do takiej miłości. 6-go now. 1839 wszystkie gwiazdy paliły się na szafirze nieba, a śniegi widmiły się biało na skałach Splugenu, gdyśmy późnym wieczorem do la Spluga dojeżdżali. Dopiero 9-go w wieczór Mediolan nas powitał. W rok później, już od 3-ech dni w Rzymie byliśmy i konno przy ślicznej pogodzie z Wojewodą po Kampanii błądziliśmy, w rok jeszcze później, pokój Twój czerwienił się firankami, ogień palił się na kominku, dwunasta dobijała między 5-tym a 6-tym dniem tego samego miesiąca, a ja płakał, a Ty mówiła: „Nigdy nie ujrzę już Ciebie”. Przeczucie to Twoje nie na mnie, ale na Konstantym biednym się sprawdziło. Działo się to w Melun, a jeszcze rok przydaj, oto Nicea, i Biribi pewno pod Tobą, i konna przejażdżka i pospiech, by na obiad trafić do Mamy.

Wszystkie szóste nowembra Ci wyliczyłem. — The shiver of unhappiness369 równie w moich kościach, jak w Twoich; okropnie głowa mi się rozdziera, rozpada, kończę już, do obaczenia. Proszę Cię, ten list dwa razy przeczytaj i pomyśl, że w nim jest prawda święta. Niech wszystkie anioły Pańskie Cię strzegą. Zostań, zostań się i owszem, tem lepiej, listy prędzej dochodzić będą, zostań się, a z wiosną Rey ujrzysz, gdy porośnie rezeda!

Twój teraz i na wieki.

221. Do Adama Sołtana

(z Warszawy, pod koniec 1843)

Zdarza mi się sposobność przesłania Ci pamiątki po dwóch umarłych, co niegdyś żyli z nami razem. Gdy Otto Rajecki umarł w Nicei 1838 roku, wierny Grześ jego wrócił na Litwę i tu, w Warszawie, Konstantemu kij ten po panu odstąpił — odtąd Konstanty tej laski używał. Niechże Ci na pamiątkę po drogim nam wspólnie i dzielnym duchu będzie! Lepiej on, zaprawdę, zaprawdę uczynił: Meliorem partem elegit370, odwrócił twarz od tej piramidy podłości, zwanej światem i odszedł! Jam się został i żyć muszę śród podłych.

Nie uwierzysz, zacny mój i ukochany, do jakiego stopnia poniżenia doszły tu serca; jak płyn, co w nich krąży, krwią już nie jest. Powiadam Ci, błogosławieni ci, którzy o głodzie wędrują po drogach bitych świata, błogosławieni, którzy jej na oczy nie oglądają swoje! Im może niewygodnie, ale za to godnie; im głód dokucza, ale nie hańba, wstyd; im nie przychodzi co dzień pogardy łzami krwawemi płakać nad gnijącemi gruzy serc ludzkich. Męczeństwo poniżenia jest najgorsze z męczeństw. Adamie mój! Ty mnie rozumiesz, nie mam co pisać dalej! Módlmy się tylko do Boga o to, by zwiał śmiecie podłości z dusz wielu — i Ducha Świętego tchnął w piersi żywe a umarłe, by przestały wierzyć, że dobro ciała ostatecznym jest celem na tym planecie!

Reszta rzeczy, które Ci przesyłam, niech się dostanie Czajce, do własnych rąk jego; dla niego to samego jest, więc tak uczyń, by on to dostał371.

Pozdrowiłem Cię krótkim liścikiem i żegnam. Com Ci radził, pamiętaj przeczytać, przeczytaj, poznasz głos przyjaciela, daj Boże, by nie na puszczy wołający372. Pamiętaj o mnie, bo nieraz tu myślę o Tobie, ilekroć marzą mi się postacie pełne dumy, godności i cnoty, z których czoła nie starło się piętno ducha onego, co ożywiał przeszłe wieki, i zwał się Duchem Rzeczypospolitej! Vale et ama373.

222. Do Delfiny Potockiej.

23 dec[embra] 1843. Warsz[awa]

Consuelo374! Strach, jak mi smutno, smutno — smutno! Dopierom zapieczętował list do Ciebie i znów piszę, smutno mi, smutno. Tak mi samotnie, — tak mi nie u mnie. Niebo szare — nie takie było, gdyśmy wigilie razem jadali, biedni my oboje! Ten sztych, któren mi dziś przysłałaś, taki czarny, zda mi się, jakby to duchy nasze po śmierci patrzały na obraz ciemny, zamglony stron świetlanych, gdzieśmy bywali za życia. To nie Sassenage, to nie Aix na wiosnę, ale to czyściec jakiś, mający kształty Sassenażu, rysy Aixu, bez światła, i my tam oboje, jak za życia, Ty wyższa, Ty wysmukła, z kapelusikiem i suknią konną, ja niższy, ręką podpierający Ciebie, i patrzym na tę wodę tak bladą, na te wzgórza tak ciemne. Ale dobrze nam, bośmy razem, lepiej tysiąckroć, niż gdyby każden z osobna stał w okolicy nadobnej, gdzie pełno światła, a gdzie nie ma duszy jego. I w istocie zważ, czy tak nie z nami teraz? To, co moja fantazja tu kreśli i przenosi poza grób, czyż właśnie nie stanowi położenia obecnego naszego? Czyśmy nie razem, Consuelo? Strasznie się mylimy, gdy myślimy, żeśmy nie razem, tylko my nie w raju razem, my razem w czyśćcu, a czyśćca dla nas by nie było, gdybyśmy nie byli dalecy jeden od drugiego! Więc tem samem, że my nie razem w raju, jesteśmy razem w czyśćcu naszym. Kiedyś musimy być w niebie, bo żaden czyściec końcem nie jest, ni celem ostatecznym, tylko przejściem z raju do nieba, tak dla każdego, jak dla wszystkich, tak dla serca jednego, jak dla całej ludzkości. Lecz trzeba umieć przetrwać czyściec, bo, kto zwątpi, idąc przez pustynię, nie dojdzie jej końca i ziemi obiecanej nie obaczy. Wieczne to prawdy. Rozpacz jest konieczną w życiu, lecz i ze dna samego najgłębszej rozpaczy można się podnieść własną pracą, własną zasługą. Miłość właśnie jest tą potęgą, co cierpliwsza od złego i silniejsza od śmierci. Dla miłości próbą śmiertelną, próbą grobu, czyśćcem, pustynią, pracą, zasługą (bo te wszystkie wyrazy jedno znaczą), jest rozdział. Kto go przetrwa, ten wróci do połączeń nieba, i to na ziemi, tu, tu, gdzie był i raj jego serca i czyściec!

Tak piszę, a zbliża się noc, a zjadą się wkrótce goście i będzie wieczerza, lecz 23-go dziś, a nie 24-go, zważ na ten szczegół. Losowi wdzięcznym za niego. Jutro o prawdziwej rocznicy spotkania duchów naszych na ziemi sam jeden będę, a samotność dla mnie to Ty, bo pełna Ciebie, bo nigdy niczem nie zaludniona, tylko Tobą. Więc, o ile można być z kim, gdy się jest w czyśćcu, będę z Tobą jutro o 6-ej z wieczora.

24-go dec[embra]. Dziś więc św. Delfina. Neapol, Neapol, gdzie Neapol? Strach mnie chwyta, gdy wspomnę, żem mógł w takim żyć raju i nie umrzeć — nie umrzeć! Czy Ty widzisz tę wyspę Capri, ostatni raz widzianą przez nas oboje z wierzchołka Righi? Czy Ty ją widzisz, jak stoi na środku błękitów? O tej godzinie temu lat pięć patrzałem na nią, bezwiedny tego, co mnie wieczór spotkać miało. Stałem przed Vittorią długo, długo, — ciche morze jak spokojne szkło leżało. Smutno mi było, myślałem o śmierci tej biednej Rozpędowskiej375, rozmaite widzenia ze snu dantejskiego wiły mi się po głowie. Byłem bez przeszłości i bez przyszłości, zobojętniony, znudzony, jednak jeszcze pełen życia, nie domyśliwałem się, że za godzin kilka przyszłość cała moja rozstrzygnie się, że spotkam istotę, bez której żyć, czy w szczęściu, czy w nieszczęściu, czy w przytomności, czy w rozdziele, już nie potrafię nigdy. Że spotkam duszę mi przeznaczoną, z którą wszystkie losy moje przedgrobowe i pogrobowe odbyć się będą musiały. Że spotkam biegun ducha mego drugi, połowę konieczną i dopełniającą mnie samego, z którą układać się będę do jedności i spójni przez lata, przez stany wszystkie mego ja, przez wieki, na tym planecie i na innych. Pamiętam, żadnym sposobem jechać nie chciałem do Palazzo Valle. Wahałem się instynktowo, jakby duch mój się lękał tej chwili uroczystej, która miała zawrzeć w sobie wszystką przyszłość serca mego. Dopiero uproszony pół-gniewnym smutkiem ojca, poszedłem się ubrać i wstąpiłem do powozu z nim, z strasznem biciem serca; wiedziało, wiedziało dobrze serce, czemu bije. Już nigdy na ziemi tak bić nie miało na progach edeńskich. Chyba podobnie uderzy, gdy do nieba zbliżać się będzie, gdy, wygnane, powróci do domu. Kto nie doznał wspólnych, wszystkich naszych losów, ten nie wie, co miłość, ten nie domyśla się, co to kochać. Kto tysiąc razy rozdarty, przebity, konający, tysiąc razy nie ożył, nie wrócił, nie odzyskał szczęścia i znów go nie stracił, kto nie doznał wszystkich najtajemniejszych natchnień namiętności i najświętszych uniesień przywiązania, kto nie ryczał, jak lew wściekły, i nie płakał zaraz potem, jak dziecię, jak anioł niebieski, kto nie przebył wszystkich okręgów zdarzeń i uczuć, a zawsze jedną myślą, ideą, miłością wiedziony, — kto w najrozmaitszych położeniach, okolicach, smutkach i weselach nie kochał zawsze równie, zawsze tak samo, z woli i mimo woli zarazem, z natchnienia i z rozumu zarazem, jeden i ten sam wiecznie sercem, choć różny chorobą, nerwami, okolicznościami, różny ciałem i duszą, lecz duchem zawsze ten sam, ten nie kochał! Ten dzieckiem w kochaniu, ten, choćby posiadał wszystką wiedzę, ten, choćby był dopełnił wszelakiego czynu, ten, choćby błysnął najwyższym geniuszem, darmo, ten nie wie, ni czuje, co to jest miłość, co to jest kochać, i tego mu nikt nie wytłumaczy!

6-ta w wieczór! I nadpłynęła ta mistyczna duchowi mojemu godzina. Sam jestem, pożegnałem wszystkich, zamknąłem się na klucz, zapaliłem świece, i witam Cię, o postaci dialowa, witam Cię tak, jak wtedy wyglądałaś, kiedyś weszła do tego salonu neapolitańskiego: w trumnie jeszcze śnić mi się będzie ta chwila. Na sądzie planety jeszcze Ci o niej będę gadał. I gdzieś jeszcze dalej i gdzieś jeszcze wyżej, anioł ją przypomni aniołowi, ja Tobie! Jakżeż rozrzuceni ci, którzy wtedy byli razem. Już jedna umarła, biedna ciocia Pelagia, pokój i światło duchowi jej! Ty i Lusza gdzie indziej, Matka gdzie indziej, ja tu, o, ja nie tu! Alboż ja nie z Tobą teraz? O Boże! Z tej jednej chwili, co się wysnuło? Ile szczęścia dla mnie, ile łez dla Ciebie, jednemu i drugiej, myślę, że cały dalszy ciąg życia! Nie tylko szczęście, nie tylko łzy, nie tylko to albo owo, ale wszystko, słowem życie całe w swoich wszystkich kształtach, jedną wielką mocą kierowane i rządzone! Ani Ty, ani ja w tej chwili brzemiennej obojgiem nas nie wiedzieliśmy, że na zawsze ona nas połączy i z nas utworzy to, czym później byliśmy, to, czym teraz jesteśmy i czym będziemy jeszcze. Ale teraz z ubieżonej części życia możem resztę wymiarkować, możem już po nitce dopełnionej przeszłości przyszłości dojść, możem sobie powiedzieć, że, jako nas ta chwila połączyła, tak już żadna inna nas nie rozłączy, i że stało się naszem fatum być razem, pod wszelkiemi kształtami połączenia czy rozdziału, szczęścia czy smętku, nadziei czy rozpaczy, życia czy śmierci! Jużeśmy to wypracowali, wyrobili, wysłużyli u nas samych. Już staliśmy się nieodzowną zawisłością jedno od drugiego, i wspólnem nam wszystko!

Jakżeś Ty dumno wyglądała wchodząc, z tym półpłaszczykiem na ramionach. Zarazem pokłócił się z Tobą, ale nie byłbym się pokłócił, gdybyś już nie była na wskróś poruszyła wszystkich strun ducha mego, byłbym milczał lub same bladostki i nicostki plótł. I cały wieczór siedziałem; ojciec wyjechał, ja został! Ach, ja tam zostać miałem na wieki! Czy pamiętasz? Czy widzisz? Czy czujesz tak dobitnie, tak jasno-widnie, tak cudownie to wszystko dotąd, jak ja? Mnie się wydaje, żem w tym pokoju i że pierwszy raz Cię widzę, mnie się wydaje, że siedzę przy stole obok Pelagii, a naprzeciwko Ciebie, a ten głupi Noailles przy Tobie. Jestem tam, jak somnambulka jest w przeszłości, teraźniejszym sposobem.

Znać straszniem osłabły na nerwach, bo tylko wstałem przed godziną od stolika, chciałem przejść się po pokoju, trąciłem o łóżko, padłem na nie i zasnąłem, snem wyczerpnięcia, snem boleści i widziałem Ciebie, lecz jakoby za chmurą, za mgłą, nie jasno. Teraz przebudziłem się, patrzę, wpół do 8-ej już; wróciłem do stolika. Twój obraz wyjąłem z szuflady, postawiłem przed sobą! O mój duchu biały, niech pomodlę się do Ciebie, — święta moja, błogosławię Ci! Nie wyglądasz mi srogą ani zagniewaną dzisiaj. Idziesz, jakobyś szła ku niebu dalekiemu pełna wiary, mocy, potęgi, i spozierasz na mnie z nieskończoną tkliwością, mgieł nawet mniej, niż zwykle, na płótnie tym, góry lepiej widać, i niebo jaśniejsze! Włosy Twoje czarniejszemi, twarz iskrą życia bardziej, niż zwykle, natchniona. Wierz mi, Dialy, ja sobie nie tworzę, nie wyobrażam dowolnie wszystkich tych szczegółów, ilekroć opisuję Ci Twój obraz, ale wiernie opowiadam wrażenie, w tej chwili doznane. O, Ty piękna, piękna jesteś! Bóg Cię pięknie pomyślał! Znów mnie osłabienie chwyta; jutro listu dokończę; siły moje niszczeją w miarę, jak się rozdział przedłuża. Nie, nie, ja dobrze się nie czuję. Oto przyszły mi te wiersze Petrarki na pamięć, nagle, w tej chwili:

O serce moje! Wszak siła jest w tobie,

Z ziemią, z wszechświatem, z Bogiem samym styczna!

Siła przed grobem, w trumnie i po grobie,

Niepokonalna, żywa, magnetyczna!

I czas i przestrzeń daremnym rozdziałem,

Od drugiej duszy oddzierają ciebie!

Wszak ty w mych piersiach kwieciem wiecznotrwałem...

Zwiędłe w twym raju, odkwitniesz w twem niebie!

Lecz między rajem a niebem żywota

Snuje się droga, gdzie gęsto — bezmiernie,

By krew pić twoją, bolu rosną ciernie!

O krew tę nie dbać, to anielska cnota!

I przez tę cnotę w końcu moc twa zmienia

Ziemię rozdziału w niebo połączenia!

Czy przez sen przyszły mi na pamięć, że tak doskonale mogłem je napisać, nie czytawszy ich już od tak dawna? Ale słabo mi, słabo, przestać muszę, do jutra, o Dialy moja! A dziś ostatnie słowo moje niech będzie: błogosławię Tobie!

25-go grudnia. I wczoraj i dziś poczta mi nic nie przyniosła, złą noc przegorączkowałem, oczy bardzo mnie bolą. Dziwna rzecz: na Boże Narodzenie sześć stopni ciepła. Dotąd futra nie wdziałem, chodzę w surducie lub w burce. W Rzymie, gdy pochmurny czas, to nie cieplej o tej porze, tylko, że w Rzymie i Nicei słońce świeci, a tu chmury płaczą. K[sią]że Henryk Lubomirski376 miał przypadek: upadł, stłukł sobie mocno kolano i musi na kulach chodzić, ale chodzi tak po wszystkich salonach i dobrej myśli jest. Niechże Jerzy mi adres swój przyśle — pisać do niego nie mogę inaczej! Gr. jeszcze nie przybył, podobno dopiero po Nowym Roku się zjawi i ptaszek z nim — a leć, a leć!

Czy bywasz czasem na jakich kursach, Quineta na przykład lub Micheleta? Tego ostatniego wyszedł szósty tom historii francuskiej, przeczytaj, Dialy! Bouchera czytam. Pełno trafnych inspiracyj i uwag, lecz przy tem i niedołężnych bałamuctw, grubych pomyłek, materialnych nazbyt wyobrażeń. Wszystko, co on mówi o światach i istotach żywych, dobrem, trafnem jest, ale Boga nie pojmuje. Nie wie, że Bóg zarazem i osobą i wszystkiem, początkiem i końcem, że my wszyscy w Nim, a zarazem zewnątrz Jego. Nie wie, że wszystkie sprzeczności pogodzone w Bogu, rozumuje o Nim jakby o silnym i genialnym człowieku. Powiada, że materia oddzielna od Boga i niestworzona nigdy, a Bóg tylko jej organizatorem; w tym myłka. Materia i myśl to są obie tylko ducha bożego cząstki rozczłonia, narzędzia, ani jednej, ani drugiej osobno nie ma, wszędzie są razem, bo wszędzie jest duch! Powiada, że stworzenia są także niestworzone (incréés), że Bóg tylko je przebudził i pchnął do rozwinięcia się. W tym to prawdą, że wszystkie wyszły, wypadły z Boga, jak krople, ale długo jeszcze potem nie wiedziały o sobie, więc jako byt początku nie mają, ale jako osoby wiedzące i wolne mają początek. I o to właśnie chodzi, by, wypadłszy z Boga pod kształtem snu, wróciły do Niego wolne i wiedzące o sobie na wieki! Na to im nieskończoność przejść i przepracować trzeba. — Jeśli czytać będziesz to dzieło, to nigdy z uwagi nie spuszczaj tych uwag moich, bo inaczej byś wpadła w dziwaczny sposób zapatrywania się na Boga, bez którego nic nie ma, w którym wszystko jest, i który miłością do niestworzonych stworzył wszystkich, a miłością do stworzonych prowadzi wszystko.

Niech On Cię otacza i strzeże, niech Jego anieli będą wkoło Ciebie. Stopy Twoje oblewam łzami. Strach, jak mi słabo i nędznie, ale kocham, i to siłą moją. Do obaczenia, do obaczenia, do obaczenia, do obaczenia. —

Twój teraz i na wieki

223. Do Delfiny Potockiej

4-go stycznia — 1844, Warsz[awa]

Drogi, drogi Consuelo mój! Wczoraj ledwom mój był posłał na pocztę, Twój list przybył, i serce mi napełnił błogosławieństwem. Jakżeż Ci podziękować, żeś raczyła okiem rzucić na te biedne kwiateczki, na tę biedną, przejrzystą, podłużną karteczkę, na której niezgrabnie napisałem był przed trzema tygodniami moje imię. Jakżeż Cię w ręce i stopy pocałować za to, żeś napisała taki pełen światła i ciepła list do mnie i nim mi serce ogrzała tak dalece, że to serce zbolałe od dwóch dni nagle przestało cierpieć po przeczytaniu Twoich słodkich i dobrych wyrazów. Jeszcze gdym zdzierał pieczątkę, czułem w głębi jego sztylety elektryczne, ale, gdym duszą wypił duszę Twoją z tego listu, ucichło płaczące dziecko piersi moich, ukołysało się pod tchnieniem Twojem, Consuelo. Zdało mi się na chwilę, żem silny, wielki, bo na chwilę byłem szczęśliwy anielską dobrocią Twoją! Mógłbym Jerzego w rękę pocałować za to, że mi taką chwilę sprawił, taką pociechę przyniósł. Łączę tu do niego bilecik, bo dotąd jego adresu tu nie mam. August także swego nie przysyła, a chciałbym mu podziękować za przewiezienie łabędzi. Bouchera de Perthes wciąż czytam, już piątego tomu dochodzę. Pełno prawdziwych, ale nieharmonijnie pojętych rzeczy, nie może, choć się często doławia, trafić na pojęcie ducha — i to go bałamuci, ale wszystko, co mówi o następnych kształtów przemianie, o rośnięciu osobistości każdej w świat i w Boga, o niepodobieństwie śmierci, o jej pozornych złudzeniach, o ciągłej nieśmiertelności, utrzymującej się właśnie temi pozorami, arcypięknem i arcyprostem jest, choć dziwacznem wydać się może tym, co nie nawykli do myślenia własną, jedno cudzą myślą. Pojmuje on także, że mogą gdzieś, kiedyś, zdarzyć się istoty, lub że są już takie po innych światach, które nie potrzebują śmierci, odpoczynku, bezwiedzy, bezwoli, letargu chwilowego, słowem jednem śmierci, dla przemienienia się w kształt swój dalszy, że wolą własną i wiedzą własną, z boskiemi zrządzeniami zgodną, mogą, wciąż żyjąc, zmartwychwstawać bez skonania, iść dalej bez siadania na drożnym kamieniu, który się grobem nazywa, a to właśnie, co ja stanem anielskim nazywam po rozwiązaniu losów naszych człowieczych w dniu sądu Chrystusa, przemieniać się, nie umierając, przeprowadzać się z jednego stanu w następny, nie tracąc przytomności, wiedzy, woli, to właśnie jest Żywot Wieczny! Będziem my kiedyś o nim mówili z sobą, na jego skrzydłach niesieni!

Tam, gdzie wzrok mój dzisiaj kona,

Śród iskierek twych bez końca,

Wyżej planet, wyżej słońca

I Syriusza i Oriona,

Tam my będziem!

12-ta w nocy. Z rana mi ten list przerwano. Potem musiałem wyjść, by widzieć się z Ptaszkonośnym, który jutro wyjeżdża. Nie zastałem go, wróciłem do domu. Ledwom był wrócił, on przyjechał. Gdy mnie go anonsowano, zacząłem trząść się cały, gdy wszedł, małom mu na szyję nie skoczył, co mogę uprzejmego nagromadzić w oczach i na twarzy, tym go przywitałem. Miły jest i grzeczny człowiek. Usiadł i zaraz zaczął mówić o Twoich interesach i konferencji, już w tym względzie z Jerzym odbytej. Z godzinę rozmawialiśmy. Wszystko, co on mówił, muszę Ci wypisać, bo o to mnie prosił, a potem ważne to jest i jednego prawie z nim jestem zdania, gdyż on prawdę mówi.

O moja droga, droga Dialy! Najdroższa istoto w życiu mojem! Ty, której tyle bolu przyniosłem i której radzić jeszcze muszę, by nie poszukiwała krzywdy własnej na niegodziwych, Ty Consuelo mój, Ty aniele mój, wszak Ty wierzysz, że tylko, co za prawdę mam świętą, co za dobro Twoje uważam, Tobie mówię. Wszak nie wątpisz o mnie, wszak nie zwątpisz o mnie tak, jak wielu zwątpili? Smutnem mi było o tem się dowiedzieć, a dowiedziałem się. Wiesz, kto zupełnie zwątpił o mnie i już za nic mnie nie ma? Oto ten sam, który przeszłej zimy tak pięknie o mnie gadał, choć karcił i zarzucał, że nie lubię Żydów. Otóż z Drezna list rozpaczy pełen napisałem do niego; list ten zgubił mnie w jego opinii! Taka to niesprawiedliwość sądów ludzkich! Ale jest wyższy sędzia nad ludzkie rozumy bez serca. U Boga jest serce, takie wielkie, jak świat. I On kocha tych, których sądzi, a ludzie zwykle sądzą tych nawet, których kochają. Oh, i Tyś wiele razy zwątpiewała o mnie, ale nigdy ostatecznie! Proszę Cię, nie wątp, proszę Cię, a gdy Ty nie zwątpisz, mało dbam o drugich zwątpienie. Ręce i stopy Ci całuję. Do obaczenia, Dialy, do obaczenia. August mi pisze, żeś tych ostatnich dni trochę lepiej na zdrowiu. Bogu dzięki, dzięki! Oto lecę do Ptaszkonośnego. Niech Cię Bóg strzeże, i natchnie mądrością Duch święty. —

Teraz i na wieki Twój

224. Do Delfiny Potockiej

9 stycznia — 1844, Warszawa

Drogi, drogi Consuelo mój! Noc dziwnie jasna wczoraj z księżycem i gwiazdami wszystkiemi rozmroziła się nad miastem tym. — Śnieg bielił się na ziemi, — szafir na niebie lśnił, — ja siedziałem koło 11-ej przy fortepianie, sam jeden, w zupełnej ciszy, w sali wielkiej, bez świec, — tylko przez okien trzy wysokich noc świecąca wmykała się do otaczających mnie ciemności, — i grałem, jak grywam, kiedy zdaje mi się, że za pomocą nut, których nie znam, mogę powiedzieć coś do Ciebie. Rękoma przesuwałem po klawiszach, a głową, odwróconą w bok, patrzałem w niebo, — i w jedną gwiazdę, która samotnie na tym kawałku nieba, przez szybę zajętym, iskrzyła. Zdało mi się, że znana, kochana, przyjacielska, — że w innych krajach, w tysiącznych miejscach my razem ją spostrzegali, znali, lubili. — Tak, to był Mars, ale bez giermka, — i palce moje zaczęły gadać (o ile zdolne) do Marsa. — Potem łzy z ócz zaczęły kapać — łzy, choć milczące, także swoje mówiły do Marsa — a światło księżycowe lało się na całą długość komnaty przez tych okien trzy, i znów tknięta struna, co się Iles Britanniques377 zowie, zadrnęła w duszy mojej. — Ot, tam morze, — tam jacht lorda angielskiego czernieje się i kołysze na kotwicy — a niebo, to neapolitańskie — a ta noc, ta majowa!... O ścian dwie dalej Konstanty i Serey mieszkają, palą cygara, rozmawiają o tym Zygm., na którego przez wieczór cały nadaremnie czekali, — a ktoś nie wrócił jeszcze, ktoś bawi długo na Chiatamone. Dużo się łez, dużo wylało z ócz moich, a palce wciąż bez wiedzy mojej grały; słyszałem dźwięki, ale jakoby pochodzące od kogo innego, dźwięki, śród których może czasem niezupełnie fałszywy się akord zdarzał, — bo nie sposób, by serca natchnienie absolutnie fałszywo się czymkolwiek, choćby zupełnie nieznaną mową, wyrażało. — Właśnie wstałem i poszedłem do siebie, do zielonej jaskini, chciałem zaraz pisać, — lecz tak mi ręce drżały, że nie sposób mi było.

Wczoraj i dziś nic od Ciebie. — Czarki pełne perfumów wciąż wysychają przed czarą brązową, której symbolizm coraz bardziej mnie uderza, bo pełen Alby. — Myślałaśże Ty o tej stronnicy tego pomniczka, kiedyś natrafiła na niego okiem? Sosny także i kaplica w serce mi wnikają, ilekroć się koło stolika mego obrócę. — Wczoraj z kwadrans przebyłem niewzruszony, jak słup, trzymając w ręku ową oprawę z aksamitu czarnego, do której Lafontaine nicejski haftki dorabiał, a w której spoczywa św. Janowa postać Twoja przez pana Alixa zarcydziełowana. — Piłem ją oczyma i duszą — piłem każden rys jej — ah, podobieństwo żywe, — a wyraz taki idealny, taki powagi pełen i bolu i rozumu i spokojności, że nie mogę pojąć, jak Natalia, matka i Ty sama, obruszyłyście się na ten dagerotyp; — powiadam Ci, pyszny — eximius378!

225. Do Delfiny Potockiej

13 stycznia — 1844 Warszawa

Consuelo drogi! Owszem, owszem, posłuchaj mnie, przeczytaj Bouchera, ale piąty tom tylko, bo w tym 5-tym wszystkie poprzednie zawarte i jasno wyłożone. Pamiętam, nieraz chodząc z Tobą po cyrku Flawiana, nieraz po Kampanii lecąc konno, przepowiadałem Ci, że jeszcze za życia ciekawości Twojej stanie się po części zadość, że śmierci tajemnica straci zasłon swoich przynajmniej połowę, i że przeto stanie się łatwiej ludziom umierać, i oto proroctwo moje staje się, zaczyna się dopełniać. Pierwszym dopełnienia się jego zarodem niezawodnie dzieło Bouchera. Nigdy i nigdzie nie spotkałem tyle dowodów ścisłych na nieśmiertelność duszy, a z wielką prostotą i wzniosłością stylu wyłożone. Coś świętego, coś spokojnego, jak prawda, wszędzie przebija; owszem, przeczytaj 5-ty tom, a zobaczysz, że wiara nie tylko że się nie osłabi, ale wzmoże się, spotężnieje w Tobie, wszelkiemu odejmie się zwątpieniu. Wiara pełna wiedzy, wiara z przekonania, wiara rozumu, gdy oparta na czuciu serca, wyższą jest potęgą, niż jezuicka, nakazana, wtłoczona na duszę, jak jarzmo na wołu. Właśnieś takie dzieło przeczytać potrzebowała; znajdziesz tam tysiąc rzeczy podobnych tym, o których tylekroć rozmawialiśmy; znajdziesz taki wywód, taką konieczność, taką pewność nieśmiertelności, że żadna myśl nie zdoła się jej w Tobie oprzeć. Gdy skończysz, nie pojmiesz już, jakim sposobem kiedykolwiek wątpić mogłaś o tak jasnej, wszechobecnej, co chwila widomej prawdzie. Zresztą nic tam nie ma sprzecznego z dogmatem katolickim — rozszerzony tylko na wszystkich, na wszystko, na wszechświat! Co dotąd samemu człowiekowi się należało, należy się wszystkim istotom, — bo duch jeden i ten sam. Ja tożsame od najniższego szczebla formy dźwignąwszy się z łaski bożej, żyje na wieki, coraz wyższem strojąc się życiem i według uczynków swoich karę niższości względnej, lub wyższości następnej odbierając. Dogmat kościelny tą samą ideą jest, zupełnie tą samą, tylko nie rozbiera sposobów szczegółowych, któremi się ta idea odbywa, nie wdaje się w anegdotę jej, bo zostawia tę anegdotę pracy umysłu ludzkiego, czyli zasłudze ludzkiej, do odkrycia. Bóg objawia ideę, całość, a praca ludzka, opierając się na tej łasce bożej, zdobywa coraz bardziej oznaczone i dotykalne dzieje, szczegóły, kształty, które są cochwilnem tej idei wcieleniem się. Zapewne jest jeszcze wiele niedostatków w tem dziele, Boucher myli się nieraz, osobliwie, gdy uważa, że wszystkie dusze, niezależne od Pana, współwiecznemi z Nim były. Były współwiecznemi z Nim, ale zależnie od Niego, bo z Niego wyszły, wypadły, bo je życiem udarował przed wiekami i życiem na wieki obdarza, pomaga im w każdej chwili, prowadzi je, pielęgnuje, słowem kocha miłością bez granic i miary i one w tej miłości istnieją i postępują coraz wyżej, rozbierając się z ciał i ubierając się w ciała coraz giętsze, piękniejsze, wznioślejsze. Lecz co wielkiego i prawdziwie świętego w tej książce, to ta niezbita pewność nieśmiertelności — to wykazanie wszelkiemi rozumu dowody i serca potęgami, że śmierć niepodobnem jest marzeniem, — złudzeniem złudzeń, — marnością marności, — nie żadnym końcem osoby, ducha, jaźni (du moi), tylko zrzuceniem całej szaty jednej, by drugą przybrać, zrzuceniem tej szaty, której części zrzucasz przez całe życie, jako na przykład włosy itd., itd. Jako pukiel włosów, tak kiedyś całe ciało zrzucisz, ale duch twój, to nie ciało twoje. Duch twój to najwyższe, najściślejsze pojednanie pierwiastka myśli i materii w tobie, ciało zaś twoje tylko objawieniem na zewnątrz pierwiastka materii, tak, jak dusza twoja teraźniejsza przeciągnieniem tylko, objawieniem na wewnątrz pierwiastka myśli w tobie, ale duch twój wyżej od nich obojga stoi. Im objaw ciała twego piękniejszy, im duszy twojej wznioślejszy, tem lepiej poznajesz, czem sama jesteś, czem duch, bo ty duchem jednym, tym samym, nieśmiertelnym, ale rozmaicie, postępowo objawiającym się samemu sobie, świadczącym sobie, wiecznemu, za pomocą przemijających w czasie kształtów myśli i ciała. O to idzie, byś coraz głębiej poznawała siebie, tj. ducha Twego, byś coraz jaśniej objawiała się sobie samej, a na to potrzeba Ci zrzucać sterane, zestarzałe kształty, już nieodpowiednie stanowisku, do któregoś doszła, a przybierać nowe, dogodne duchowi Twemu. Tu śmierci konieczność, ale dwa są jej rodzaje: jeden, jak w nas wszystkich, trochę gwałtowny, zabierający nam od razu całą zewnętrzną odzież naszą, to śmierć niższych duchów, to śmierć ludzka, bo jeszcze duch nasz dość się nie poznał, dość nie rządzi sobą, nie panuje sobie, dość woli bożej nie zna i z nią się nie jedna. Więc Bóg sam za nas robi, czego my dotąd nie umiemy robić, jak matka rozbiera i ubiera dziecko swoje. Ale dziecko wyrośnie i samo się nauczy sztuki przemieniania strojów swoich, wtedy śmierć będzie tylko szczęściem, bo czynnością rozumną, aspiracją serca anielską do wyższego, piękniejszego kształtu i urzeczywistnieniem zaraz tej żądzy. To się pocznie dla nas w dzień sądu Chrystusa. Pamięć całej przeszłości, nam przywrócona, objawi nam, czem duch każdego z nas, który przez powolną pracę wieków (choć my myśleli, że to sen wieków, — przeczytaj koniec Irydiona!) doszedł do stanowiska, na którem wyczerpnięte zadanie ludzkości, a zaczynające się anielskie życie. Wiedza objawiona przeszłości stanie się nam potęgą przyszłości. Nie będziem już ciał naszych wiecznych zrzucali od razu, bez wiedzy, bez woli. Te ciała i dusze nasze będą żywym, co chwila ruchomym objawem, wyrazem, prawie słowem duchów naszych, będą one się przemieniały, lecz duch nasz sam tą przemianą stopniowaną, harmonijną, kierować będzie, w niej rozkosz, a nie ból będzie. Śmierć wtedy stanie się najsłodszem uczuciem wzbijania się coraz wyższego, coś na kształt ruchu ptaka, gdy skrzydła podnosi, by lecieć, znajdzie się w każdej śmierci takiej, czyli raczej, śmierci nie będzie już, tylko ciągłe życie, żywot wieczny, ciało pełne chwały, przemieniające się, jak gra farb światła na tle zawsze jednem, tem samem, nieśmiertelnem ducha naszego!

Boucher tego wszystkiego nie mówi, jak ja, bo nigdzie nie dotyka dogmatu kościelnego, by pogodzić go z swoją teorią, ale wszystko, co on pisze, doprowadza koniecznie do tego wniosku, do konieczności sądu chrystusowego i przybrania przez nas ciał już więcej niepodległych śmierci całkowitej, lecz tylko przelewających się rozkosznie w coraz wyższe kształty, rozwijających się w coraz piękniejsze kwiaty. Jeśli o panteizm Ci chodzi, to dowiedz się, że nie tylko on nie grzeszy nim, ale, przeciwnie, grzeszy brakiem jego, bo nie dość głęboko pojmuje wszechobecność Boga we wszystkich i we wszystkiem, nie dość miłość, spajającą wszystkie duchy z Bogiem i z innemi duchy, nie dość możność, jaką każden z nas na wzór boży posiada, nie tylko bycia wewnętrz siebie samego, ale i bycia zewnątrz siebie, w drugim, w drugich, w wielu, we wszystkich. Zajęty głównie pojęciem osobistości, nie zwrócił uwagi na wspólność, na odpowiedzialność jednych za drugich, na tę przedziwną władzę miłości uniwersalnej, która, pozwalając każdemu być nieśmiertelnem Ja, każe mu zarazem to Ja własne stwarzać, kształcić, przez rozlewanie się zewnątrz siebie na drugich. Panteizm albowiem jest tylko błędem, gdy za jedyną, jednostronną prawdę miany, ale jest ścisłą prawdy połową, kiedy go uważać będziesz za drugi, konieczny przymiot Boga osobistego. Bóg zarazem jest w sobie, u siebie i wszędzie, bo nie ma nic za Bogiem, nic, coby w Bogu nie było, nic, coby nie żyło w Nim i przez Niego, a zarazem nic nie ma takiego, coby było Bogiem. On jeden jest Nim. I człowiek też każden i duch też każden nie tylko u siebie jest, sobą się zasklepia, jak ślimak, ale właśnie tem żyje, że, będąc sobą, zarazem współcześnie może być w drugich. Miłość — to być w drugich, nie przestając być sobą. Życie tem samem. Miłość i życie to — jedna myśl. Życie absolutne — to Bóg. Bóg więc — to miłość absolutna! A my, pojedyncze miłości, coraz wyżej stąpamy ku absolutnej! Kochamy się w niej, jak ona w nas, i temu kochaniu końca nie będzie nigdy — to miłość na wieki, bez przerwy i bez granic. Proszę Cię, 5-ty tom przeczytaj!

14 stycznia z rana. Consuelo mój drogi! Poczciwy, dobry August z kwiatami swemi, wiem, gruszkę zjadł. Pisał o tem do ojca swego, który mi list przyniósł. Nie zważaj na nos, ale na umysł i serce człowieka, a przekonasz się, że oba wielkie! Bo pierwszy jak u anioła potężnego, a drugie jak u dziecka niewinnego! Czemu też Jerzy taki niełaskaw na mnie? Od kiedyż to już wciąż go proszę, by pisał do mnie, a ani się odezwie? Czyż natura Radziwiłłów, co woleli pojechać, niż napisać, w niego wstąpiła? Słowo daję, zażalonym na niego; wie, że mi listy jego są ulgą, pociechą, a nie chce mi jej dawać! Żebym wiedział, że czemsiś niezmiernie ważnem zatrudniony, nie narzekałbym, ale wiem, że nie, wiem, że czas traci. Czemuż go nie woli tracić przyniesieniem ulgi komuś, który go kocha, niż milczeniem uparłem? Daj mu to przeczytać, niech się w pierś uderzy i poprawi!

Co mam z listem, pisanym do Zeneidy, robić? Czy go Tobie odesłać, czy zachować u siebie, czy Ptasznikowi posłać, by z niego wyrozumiał dokładnie położenie Twoje? O moja Dialy, moja Dialy ukochana, zawczoraj, idąc ulicą właśnie z Tym listem do tego jegomości, ujrzałem do rogów kamienic przybity afisz teatru z napisem: „Pierwsza wyprawa młodego Richelieu”. Jakby kto iskrą ze stosu Volty pchnął mnie w mózg i w serce. Stanąłem, odczytałem wszystkie osoby, Macon mnie otoczył, ujrzałem ten bulwark nad rzeką, uczułem rękę Twoją na moim ramieniu. Cukiernia wstała z ziemi przede mną, gruba cukierniczka wyszła z niej, szklankę z orszadą śród palców uczułem, potem wszedłem do sali pustej, my jedni tylko i dwudziestu bluźników na dole, Ryszard III wystąpił, Richelieu później — i to wszystko w jednej chwili, w jednej, na ulicy Miodowej w Warszawie, przy dziesięciu stopniach mrozu! Takim obrazem, jakby atmosferą, okrążon, szedłem dalej list Twój oddawać. O, Boże, Boże! Wspomnienie jest najwyższą potęgą człowieka. Wszelka przeszłość, chęć, żądza, wola, z niego się rodzi, ono światy stawia i światy obala w duszy indywidualnej, ono zarazem nektarem bogów i zjadła trucizną, lecz bardziej nektarem, bardziej; gdyby nie ono, tobym już nie żył, w nim czerpię ostatnie siły moje, i przez nie zbawiony będę, i przez nie stworzę sobie jeszcze nadzieję i uczynię przyszłość! O, prawda, prawda, miłość serca tem podobna do potęgi Boga, że dla niej nic małego, nic drobnego nie masz. Wszystko dobre, piękne, kochane równą opatrznością, tak teatr w Macon, jak katedra mediolańska, jak podróż pocztą do Sens, jak żegluga łódką w Neapolu, lub konno na Righi! Czyż to nie omnipraesentia379 serca?

Do obaczenia, do obaczenia

Twój teraz i na wieki.

226. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego

Warszawa, dnia 14 stycznia, 1844 r.

Mój drogi Edwardzie!

List Twój kochany i taki dobry wczoraj odebrałem, ale powodu milczenia Twego nie pojmuję dotąd. Od roku 1839 w lecie, kiedyś był łaskaw mi pieniędzy przysłać, ja pewno z piętnaście razy do Ciebie pisałem, a nigdym odpowiedzi nie odebrał. Wreszcie przed trzema miesiącami, odsyłając Ci owe tysiąc rubli, także pisałem i pisałem, jak do tego samego zupełnie, z którym na łódce pożegnałem się wśród błękitów morza i nieba 1835 roku.

Widzisz stąd zaraz, że ani przestrzeń, ani czas najlekszej odmiany nie przyniósł do serca mego, i żem wiecznie tak samo Cię kochał i ufał Tobie; lecz i na ten list nie odpisałeś nic, tylko rewers z podpisem Twoim bankier mi przysłał. Wtedy coś gorzkiego wstąpiło mi do duszy; nie myśl, by jaka gorycz przeciwko Tobie, o nie, ale sroga przeciwko losom moim; bo wydało mi się, że nosisz w samej głębi serca jakiś wyrzut ku mnie, i że on przeszkadza Ci mówić ze mną. Wtedym oznajmił Skibickiemu żal mój i prosiłem go, by do Ciebie o nim napisał!

Nie porozumiemy się, Edwardzie drogi, aż się obaczym i głosem żywym, nie martwą literą, się pojednamy! Ten wyraz nie znaczy, jakobyśmy poróżnionymi być mieli, ale tylko to, że przez martwy papier dojść nam nie sposób do wyższej, świeżej jedności duchów naszych! Mogłeś i słusznie bardzo mieć przyczynę pewnego żalu do mnie, do ducha mego. Słyszałeś o mnie, nie dotykałeś się mnie; nie możesz łańcucha ogniwów, zwanych zdarzeniami zewnętrznemi i uczuciowo wewnętrznemi, a z których żywot ludzki się ogniwi, obliczyć dokładnie w piersiach moich. Ale, jeślim dbał o czyj sąd, to o Twój, bo Ciebie szanuję i kocham. Sąd ten kiedyś wydasz o mnie, mnie samemu, gdy się spotkamy i gdy się połączym grą wspólną myśli, gdyby grą światła! Do tej godziny, przeze mnie upragnionej, polegajmy jeden na drugim — wierz mojemu przywiązaniu, jak ja Twojemu wierzę.

A co, panie Edwardzie, czy stanowisko Hegla nie przekroczone w jednym kierunku piekielnie? Bo osobistość boża i ludzka zaprzeczone przez szkołę wielkiego mistrza, a w drugim kierunku anielsko — bo są ludzie, którzy dalej rzecz powiedli; wsparli się na logice jego, ale wykazali, że ona prowadzi do innych wyników, niż jego własne, bo do czynu opatrznego, bo do uznania konieczności religijnej, bo do nowych wieków ludzkości.

Czyż sądzisz, że Chrystus nadaremno obiecywał Pocieszyciela? I czyż epoka tego pocieszyciela nie nadchodzi? Trzecia, ostatnia na planecie, — korona historii — dopełnienie się proroctw i żądzy nieskończonej ducha człowieczego?

Napomykam tylko o tym, bo tomy, nie ćwiartki, o tym pisać, jeśli pisać; — jeśli uczuć, to i ćwiartki nie potrzeba — jedno trzeba w własną spojrzeć głąb i spojrzeć w wewnętrzny świat.

Przyszlij mi Twój dokładny adres, żonie, proszę, złóż moje uszanowanie i najserdeczniejsze ukłony jej, jak sobie samemu od jej siostry ciotecznej, od Elizy. Do obaczenia się, Edwardzie drogi! Twój na zawsze

Zygmunt.

Każ tam czasem u siebie mszę odmówić za duszę Konstantego.

227. Do Augusta Cieszkowskiego

4 lutego 1844, Warsz[awa]

O spowiedniku! Mniej kamienny, mniej drewniany byłbyś, gdyby Ci mniej kwaśną była atmosfera, którąś spotkał — gdybyś vulgi cingentem coronam380 był znalazł gotowszą do rozkwitu wiosennego, gdyby większa równowaga zachodziła między Twoim ideałem, a rzeczywistością, u stóp Twoich piszczącą i pełzającą po bruku, po błocie, po jockey klubach, kawiarniach, restauracjach, polach elizejskich itd., itd.! Czyż myli się serce moje? Czyż także i nie stąd pochodzi twarda nieużytność, której używasz, tykając serce, o którem wiesz, że po ojcowskiem najszczerzej i najmocniej kocha Cię ze wszystkich, co otaczają Twoje? A tykasz świętych uczuć w nim okrutnie! Wiesz, czemu okrutnie? Bo rozsądnie tylko! Rozsądek zaś, sam jeden, okrucieństwem jest; połączony z miłością, zbawieniem! Zresztą takżeś napadł o rzeczy, o których nie myślę. Zanadto kocham, bym nie miał cochwilnego instynktu, bardziej, niż wszelkie rozumowania, nauczającego mnie, czym mógłbym szkodę, a czym potrafię ulgę i dobro przynieść ukochanej! Nie lękaj się, by mnie kiedy w tym zawiodło jasnowidzenie serca. — Wiem, że miłość ciężką cnotą (jak mówi Daniel), pełną cierpliwości, a zatem cierpienia, muszącą dowieść siebie samej, nigdy nie cofającą się przed żadnym sposobem dowodzenia siebie, choćby ten był poświęceniem bez miary i końca. Wiem, że, według tego prawa tylko stąpając, można świętość własną uświęcić przed ludźmi i zmusić ich plotki do przemienienia się w admiracją i poszanowanie. Siostra moja nie dozna ode mnie żadnej lekkomyślności. Mnie trzeba ludzi zmusić do tego samego uczucia, jakie ja czuję względem niej. Szanować mi ją trzeba i czcić i strzec jej ducha nade wszystko. Nie lękaj się szkolnej popędliwości! — Marzyć nie przestanę o dniu szczęścia, który mnie kiedyś z nią połączy pod cieniem tych samych drzew, nadbrzeżnych śródziemnym błękitom, pod któremi już z nią przechadzałem się, śpiewny, jak słowik. Lecz by to marzenie, by ten serca ideał urzeczywistnił się, na to ciężko pracować, na to wzniośle i święcie, a wiele cierpieć potrzeba. — Do tego, nie jak Attyla, ale jak O’Connel zmierzać. I jej dopiero tym samym, że ją kocham, dowiodę. Gdy dowiodę, bom dotąd nie dowiódł, zapewne duch jej uczuje, co szczęście. A dać komu uczucie takie, uczynnić to, by ktoś uczuł, że kochan jest miłością anielską, wielką, nieziemską, a na ziemi, to to samo, co siebie i jego w anioła przemienić. Wątpię, byś mnie wzbraniał takiej subiektywności.

Teraz słuchaj! — Młodem sercem człowiek motyluje i za każdą nową tęczą żywota, byleby w niej koloryt był zmysłowy, się puszcza. Starym zaś, co ukochał, kocha na zawsze i coraz wyżej za Beatryczą się wznosi. — Stare mieć serce nie znaczy u mnie nie mieć serca!

Teraz i to posłuchaj: Legi satisfactum est381 — niech lex382 abstrakcyjna z tego się cieszy! Indywiduum, wątpię, bo nic nie zyskało prócz przekonania, że ostatnią kartę postawiło i przegrało — ostatnią! Rada Twoja, rozkaz Twój spełnion, choć siły nie dałeś z rozkazem. Zapisz to w archiwum spraw społecznych, ale nie w sercu Twojem, ni w mojem, ni w niczyjem. Bo wszystko jest obrzydłą, trupią literą tam, gdzie ducha żywego nie masz!

O anegdocie za widzeniem się, albo może nigdy, bo straszna, bo okropna, bo nieludzka, ale za to ściśle legalna. Winszuję prawu!

Teraz bądź mi przyjacielem — bądź mi i oświeć mnie w niepojętych rzeczach. Co się z Jerzym dzieje? Gdzie tak czas traci, że już nie miał chwili od 2-ch miesięcy do napisania do mnie, choć prosiłem go o to nieraz i z rozpacznem błaganiem. Powiedz mi, w czyje wpadł ręce? Jakieś złe przeczucie mnie oblega. Wkradł się wąż, wkradł się między nim a mną. Taką awanturę słyszałem: O 12-tej w nocy kareta zajechała i porwała go z domu — w niej siedziała zamaskowana kobieta, która mu tysiąc infamii powiedziała na mnie — oskarżyła mnie, żem jego nigdy nie kochał, wciąż zdradzał etc., etc. — ale on sam mnie o tym nie doniósł, nic a nic nie napisał, już nigdy nie pisze. Ta kobieta to zapewnie pani z Kissingen (nie pani Hill), ale owa druga, pani B. Jeśli możesz, ocal Jerzego; mnie się wydaje, że on na złej drodze, na lekkomyślnej, na brukowej bardzo. Odpowiedz mi, co myślisz o tym wszyskiem, bo Twój wzrok przenika w głąb dusz! Co zaś tyczy się pani Bóbr, to złóż jej tysiąc ukłonów ode mnie i powiedz, że tuszę, iż kiedyś i wewnętrzną sprawiedliwość mi odda. Więcej dziś nie piszę, bo ledwo widzę. Strasznie oko boli i mózg. Co dzień gorzej nerwy moje się psują. Schnę w szpiku kości — nie ma dnia, bym nerwowego ataku nie doznał i nie pił w nim własnych łez moich.

Ojciec Twój zdrów, zawczoraj byłem u niego. Bóg Cię strzeż i błogosław! Ja Ciebie kocham na zawsze.

Twój Zyg.

O tym liście żadnej nikomu na świecie wzmianki nie uczynisz.

228. Do Delfiny Potockiej

1844, Warsz[awa], 7 lutego

Najdroższy Consuelo! „Wszystko wolno, tylko nie wolno być niewdzięcznym i okrutnym”. Prawda, kiedy z własnej woli, zemsty, rozmysłu pochodzi okrucieństwo. Lecz kiedy mimo woli ono być musi, bo je położenie samo rodzi, kiedy zresztą w kolizji tej każden z działających równe ma prawo i znów nie ma żadnego oskarżania drugiego o to samo, bo jeden i drugi równie zarżnięci, wtedy nie o okrucieństwie już mowa, ale o bezecnej fatalności stosunku, zdarzenia, okoliczności. Czyżbyś na przykład uznała, że p. Souza ma prawo skarżenia się na Twoje okrucieństwo? Czybyś uczuła w głębi serca, żeś mu okrutną i niewdzięczną była? Nie, choć i to by mogło być, by on męki piekielne przecierpiał, odnoszące się do Ciebie. Szlachetność najwyższa, oto co mi pozostaje, ale nic innego. Zresztą teraz ustały trochę katalepsje, zdrowia dość w głębi tej istoty, może się łatwo zdarzyć, że nie ona wyschnie, zwiędnie i zgaśnie, ale ja. O, ja schnę, ja więdnę, myśl mnie toczy, jak robak, myśl pada i kapie mi w serce, jak kropla, co kamień przebija. Nie chcę wspominać, nie chcę odwracać się ku temu, com od sześciu miesięcy przecierpiał, przekonał, bo to jednem, temżesamem wciąż konaniem było. Nigdy, nigdy ku tym dniom strasznym nie kieruję myśli. W Sens, przerywa się żywot mój — tylko dzień obecny, chwilę w której żyję, łatam do Sens, a zawartą między nimi przestrzeń rzucam w otchłań, deptam jakby płazy jakieś okropne, obrzydłe, których widok i zimne dotknięcie przenikają dreszczem szpik pacierzowy człowieka. O, Boże, Boże mój! Jeśli ta istota prawdziwie szlachetna, to ona uklęknie kiedyś przede mną i błagać mnie będzie sama o przebaczenie, błagać i zaklinać sama, bym ulgi szukał w tej strasznej męczarni. Wiem, i ona cierpi, i ona przeszła przez najokrutniejsze bole, których doznać może niewieści duch, bo wszystko, co stopniami, jak gracz, stawiała na kartę, wszystko, wszystko do ostatniej karty przegrała, i nie obudziła nic we mnie, nic, nic, ale też za to nigdym ją o nic nie prosił, nigdy do niczego nie przynaglił, nigdy nie próbował nawet jednym jej krokiem, jedną jej myślą rządzić. Dałem jej wolność, niepodległość wszelką; prawda, że i przy tym samotność wielką, ale czyż ona nie widziała moich wszystkich mąk? Czyż nie karmiła się codziennym widokiem moich konwulsyj i łez? Czyż bez nich dzień jeden się obszedł, od dnia tego otchłannego, bezdennego, horrorycznego w Dreźnie383? Czyż i teraz dzień choćby jeden mija bez nich? A jednak nigdym się nie uniósł do przekleństwa, nigdy do wyrzutów. Piłem łzy moje i upiłem się nimi, ale godnie milcząc, zimny jak posąg z lodu, lecz nie gwałtowny ni złośliwy, czasem prawda gorzki i szyderski, ale raczej światu, instytucjom ludzkim, fatalności, niż osobie. Czyż to wszystko zowie się być okrutnym? Nie, to zowie się nieszczęśliwym być! Tak dalece to prawda, że istota, która to niby tu skrzywdzona, sama dojść musi do podziwu przed uczuciem wiecznem, które mną całym się stało, przed nieobalalną miłością, która żyje we mnie! I nie tylko musi, ale już doszła. Ona wie, wie nieodzownie w głębi, w samej głębi serca swego, że niewzruszona, niczem nieobalalna, nieskończona siła spaja mnie z Tobą, ducha mego z Twoim, i że darmo by się kusić o naruszenie tego, co wiecznem jest z natury swojej. Oddam tu jej świętą sprawiedliwość, nie wiem, czy jej mądrości, czy jej szlachetności: nigdy się o to nie kusiła, nigdy! I za to tylko czuję wdzięczność dla niej! Za to jedno tylko! Cóż byś do niej pisać mogła? Z początku trzeba było zręcznie się do tego wziąć, ale teraz cóż napisałabyś? Listu mi Twego nigdy nie pokazała, musiał się tam kwas jakiś przebijać, ale ilekroć wspomina o Tobie, to zawsze spokojnie, przywiązanie, dobrze, rzadko jednak do tego ją puszczam, — bo dla mnie, ilekroć słyszę Twoje imię, to mi w sercu i mózgu staje się zalew krwi i zda mi się, że się rozpadnę jak Cuverclum! Potem świętych imion nie nadużywa się, o tem prawie wie miłość! Powiadam Ci, powtarzam Ci, obaczysz mnie w Rey, obaczysz, a bez szkody najlekszej dla siebie, obaczysz wracającego, obaczysz konającego, i Ty mu życie oddasz!

Mówisz, że marzec brzydki tam. O Consuelo, co Ty mówisz! Czyż zapomniałaś? Czyż nie widzisz? Za miesiąc rok temu będzie! Czyż nie widzisz siebie i mnie pędzących, jak strzały, na koniach, a wkoło wszystko kwiatem, zielonością, błękitem! O, nie, to był boski marzec! Czyż nie świeciło słońce południowe, gdyśmy przez most Varu doganiali odjeżdżającego Taktaka? Czyż brzydko było na niebie, gdyśmy ponami się przesuwali po żwirach potoków? Czy nie ślicznie dzień zachodził, gdyśmy w willi Cesolles, zsiadłszy z koni, piechotą chodzili? Czyż nie błękit lśnił nad wąwozem tym ciasnym, w którym marzyłem, że zasyp skały oddzieli mnie od Ciebie? Czyż w St. Barthélémy, czyż w domu astrologa nie pogoda nas witała na ziemi i niebie? Ale dobrze robisz, że się nie ruszasz. Zazdrościłbym willi Rey Ciebie beze mnie, i wiem, pewno podróż by Ci zaszkodziła. Niech powóz kwiecisty śpi jeszcze, niech odpocznie!

U Jegomości znów byłem, nie przyjął, ale jeszcze będę. Trudna to sprawa z tymi panami! Proszę Cię, Dialy, ufaj i polegaj na mnie. Życia mego celem „przynieść ulgę i pociechę temu drugiemu życiu”, o którem wspominasz! Gdybym mógł, śmiercią własną bym się o to postarał, wierz mi, to nie frazes. Żyję tylko myślą tą, żądzą tą, wiarą w to, inaczej bym nie żył! Raz jeszcze Ci mówię: Tyś prawdą mego bytu, prawdą serca mego, zatem życia celem! Być aniołem Tobie, stało się ideałem moim, a wiem, że takim być nie można, lekkomyślnie działając. Lekkomyślność nie jest sposobem na odsunięcie cierpienia drugich, własne tylko nią się odsuwa. Nie lękaj się egoizmu mego, bo ja Cię kocham! Czy Ty rozumiesz to słowo: kocham! Bezdenne, jak niebo, a, jak niebo gwiazdami, tak ono zasłane dobremi i szlachetnemi czyny! Nie lękaj się Twego Zyg.

Twój teraz i na wieki

Do obaczenia, do obaczenia, do obaczenia.

229. Do Delfiny Potockiej

18 luty, Warszawa

Najdroższy Consuelo! List Twój z 9-go taki dobry, taki tkliwy, przyszedł w sam czas, kiedy już pękało serce i serce obalsamił. Rozlał po nim spokoju trochę. Tysiąc razy za niego stopy Twoje całuję. Niezawodnie, co dzień jest chwila w dniu, w której doznać muszę wzruszenia olbrzymiego, wstrząśnienia całą moją istotą, ale to wzruszenie bywa albo gromem bolu, albo li też egzaltacją pociechy, błyskawicą jakoby szczęścia. Domyślasz się łacno, że mówię o chwili, w której list Twój odbieram. Lecz przede wszystkiem, jakie bądź on z sobą przynosi wrażenie, pełny list smutku, czy też mniej niebłękitny, świetlańszy trochę, pierwszym on warunkiem bytu mojego, pierwszą karmią życia mego! Gdy już blisko do tej chwili wieczornej, do tej szóstej lub pół do siódmej, opanowywa mnie dreszcz oczekiwania. Niespokojniuję się, jak owe ptaki przed runięciem szczytu góry owej, co naprzeciwko Righi, jak owe konie neapolitańskie przed wybuchem Wezuwiusza, jak owady przed burzą w atmosferze — i trwa stan taki, aż się dowiem od Jana, czy briefträger384 co przyniósł lub nie. Gdy go wołam i pytam, zawsze czuję, że blednę na twarzy, a że w sercu dwa razy krwi tyle. Jeśli odpowie: „nic”, to jakbym zimną siekierą dostał w kark. Jeśli wyjmie z kieszeni i odda list, tedy dreszcz się podwaja. Pierwszem spojrzeniem oglądam pieczątkę, ona mi zwiastuje barwę wewnętrzną skarbu, któremu za klucznicę służy. Potem palcami, latającemi na skrzydłach nerwów, rozdzieram kopertę i zaczynam żyć dawnem życiem, żyć życiem, rozpaczać, płakać lub uśmiechać się z błogiego uczucia, wyciągać duszę, jakby rękę lotną, przejrzystą, ogromną ku Tobie i błogosławić Ci. Kilka razy już mi się zdarzyło, żem upadł, come corpo morto cade385, na dywan. To znów zdarzyło mi się, żem pomimo woli, nagle, zaśpiewał, ja, który nigdy już nie śpiewam. Ot, śpiew buchnął z rozszerzonej piersi i o sufit uderzył i zmilkł. Wczoraj powolne łzy zaczęły mi kapać z ócz, słodkie łzy, łzy, z których każda była modlitwą o Ciebie i zarazem wdzięcznością dla Ciebie, łzy lepsze, niż wszelka radość, niż uśmiech wszelki! Bo uczułem, że wiara niezniszczona w duchu Twoim, uczułem, że jeszcze polegasz na mnie i kochasz mnie! Uczułem, żem nie stracił Ciebie.

Co do Jerzego, nie mogę zrozumieć, czym pachnie mi jego milczenie. Zapewne Tyś w samą prawdę uderzyła, twierdząc, że jeszcze z niego młody chłopiec bardzo, wrażliwy i drażliwy, któremu trzeba łechtania przytomności, by w równem utrzymał się przywiązaniu. Jeszcze duchem, jeszcze osobistością się nie stał. Trzeba mu ran dotykać, by w rany wierzył, trzeba mu na oczy widzieć kogo, by kogoś kochał. Młodość bywa zwykle straszną zmysłowością, a że zmysły zapominalskiemi są, co chwila innemu wrażeniu gotowe się poddać, stąd młodych lekkomyślność, — powiedziałbym: lekkozmyślność! Duch tylko jeden umie być wiecznym! Umie równo kochać, czy przy zmysłowej przytomności, czyli też bez niej, bo duch to człowiek wszystek, — to osoba cała, to nie część, to nie połowa nas samych, ale my sami, całkowici już, a co my całkowici ukochamy, jakżeżbyśmy bez zaprzeczenia siebie samych, bez zniszczenia siebie samych to mogli przestać kochać, o tym zapomnieć, kiedy to stało się nami, a my tym się stali. Dopóki zaś to, co kochamy, jest tylko cząstką nas, to jest, albo zmysłów tylko dotyka naszych, albo też myśli naszej tylko, póty można twierdzić, że nasze kochanie łatwe do przemiany, lekkomyślne, choćby na pozór najszaleńsze. Lecz z drugiej strony i to uważać potrzeba, że człowiek żaden od razu duchem nie został ni jest, ale duchem sam się wyrabia, częścią przez moc własną i zasługę, częścią przez okoliczności i cierpienia życia! Dlatego bardzo młodzi uniewinnionymi być muszą w lekkomyślności swojej. To się w nich prawie fatalnie dzieje, jednak i to pewna, że każden może owładnąć sobą, rozpoznać pokusę zawartą w fatalnych, w nim rządzących prawach i wyrozumieniem tej konieczności samąż tę konieczność znieść, zniszczyć. Jerzy już dzieckiem nie jest, myślałem o nim, że już wyrósł na ducha. Dotąd nie pisałem nic do niego — ale wczoraj kilka słów napisałem poważnych, serdecznych i zażalonych. Szczególnie o to, że mi nie doniósł o potwarzach, rzuconych na mnie i na to, co najdrożej i najświęciej kocham na świecie. Te słowa kilka dni jeszcze poleżą w moim stoliku; jeśli nie doczekam się listu od niego, poślę je! Teraz żegnam Cię krzyża znakiem i polecam aniołom. Do obaczenia, do obaczenia —

Twój teraz i na wieki.

230. Do Delfiny Potockiej

12-sta w nocy, 1844, Warszawa, 6-go marca

Najdroższy Consuelo! Wiesz, co to był gnostycyzm, gnostycy (od słowa gnosis, to znaczy nauka po grecku) w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Oto wszystkie podania kabalistyczne Żydów, wszystkie zoroastrowe perskie wyobrażenia i filozofia grecka, spotykając się z chrześcijaństwem i przyjmując je, i ze swego też nieco do niego wprowadzały, to walcząc z jego czystością, to układając się do niej, to chcąc ją przerobić, to znów pochłonięte przez nią. Stąd szkoły gnostyków później za heretyckie uznane przez kościół rzymski — ale wszystkie rozprawiające aż do 6-go wieku o wszystkich dogmatach, o naturze Chrystusa, Boga, świata itd., itd. Spomiędzy wszystkich mistrzów tych szkół jednym z najsławniejszych jest Bardesan386, tak dalece z początku katolik apostolski, że bronił ortodoksji przeciw innym heretykom, tak dalece chrześcijanin, że naraził się na męczeństwo, odmawiając cesarzowi Verusowi wyrzeczenia się wiary. Otóż jego gnosis tak jest osobliwa, tak dziwnie wdzięku mitologicznego pełna, tak fantastycznie mieszająca chrześcijańskie podania z podaniami wschodniemi, a skądinąd tak filozoficzna i tak całym składem swoim dowodząca, ile to przejść musiał dyskusyj i trudów kościół ortodoksyjny, by swoją prawdę postawić, a wszystkie inne systemata obalić, że chcę Ci tu przytoczyć ten pomysł dziwny i poezji pełen. Słuchaj — to na chwilę oderwie Cię od interesów i od paryskiego turkotu, który obrzydł Tobie. Następnym sposobem rozwija się stworzenie u Bardesana:

Na początku początków, przed wszystkiem istnieniem, był Pater agnostos, Ojciec nieznany po grecku — imię Boga przed wszelkim ruchem i objawieniem się — ten sam, który Starcem wieków zowie się w Kabale, a Czasem bez miary i końca w Zendawesta Persów. Ten Pater agnostos stworzył nasamprzód Sofię (mądrość), córkę i zarazem małżonkę swoją, pierworodnym synem z niej jest Christos, dalszą emanacją Sofii, dalszem stworzeniem Boga jest siostra i małżonka Christosa, — domyśl się, kto? Oto Pneuma albo Sofia-Achamoth, czyli Duch święty, po żeńsku tu pojęty. — Pneuma to duch po grecku. To pneuma, ten Duch święty, ta Sofia-Achamoth tem samem, że jest córką Sofii pierwszej, a nie prostym, pierwszym wypływem Ojca nieznanego czyli Boga, niższej jest natury od matki swej i od Christosa, brata i męża swego. Jednak należy do pleromu (pleromem zwali gnostycy pełnię niebieskich sił, okrąg, zawierający wszystkie czyste, niewidzialne, duchowe emanacje Boga. U nas Trójca tylko byłaby pleromem). Jej powierzono świat widzialny, ziemię i ciała niebieskie stworzyć, urządzić. Pamiętasz, w Genesis pneuma boża unosi się nad wodami. Otóż u gnostyków to była ta Sofia-Achamoth. Lecz gdy zetknęła się z materią, gdy zgubiła myśl czystą w praktyce, że tak powiem, stworzenia, gdy z niebios pierwotnych zstąpić musiała na ziemię i wionąć w człowieka cząstkę ducha swego, stało się, iż zamgliło się coś w niej, i tęskno, strasznie tęskno było jej, uczuła się poniżoną, oderwaną od męża i brata, niepewną, wzdychającą, już nienależącą do pleromu, i zaczęła biedna wołać: „Czemuż, o Boże i królu mój, opuściłeś mnie?”. Tęsknota do wyższego świata wnet uniosła ją na drogę ku niemu, ale trzeba było, by zasłużyła na powrót swój do pleromu. Mąż i brat jej, Christos, którego porzuciła była, zbiega jej na pomoc, jednak wolną jej wolę zostawia, nie zmusza do niczego, tylko wpływa na nią. Wnet ona w nim poznała doskonałe światło, skoro przypomniała go sobie, pokochała go znów nieskończenie. On ją więc poprowadził drogą oczyszczeń, na której końcu znów się z nią połączył, jako z pierwotną oblubienicą. Gnostycy w modlitwach do boskiej matki, tej Sofii-Achamoth (do tej pierwszej Sofii, małżonki i córki Boga) przepowiadali sobie: „Kiedyś przytomni będziem twoim godom w niebie, tam anioły twemi gośćmi, a twoja córka na twoich kolanach, i ty pieścisz ją i śpiewasz jej”. Tak zaczynała się teoria Bardesana. Później dla ratowania ludzi, którzy także mieli kiedyś połączyć się z pleromem, schodził Christos na ziemię w ciele nie rzeczywistem żadnem, ale niebieskiem, wiotkiem, jak ciała aniołów, rodził się przez Marię, ale nie z Marii, i ludziom objawiał przyszłość i sposób powrotu do pleromu. — Z tego możesz poznać, jak świat marzył i filozofował, świat chrześcijański początkowy, koło tradycji apostołów wyrastającej w opokę kościoła, bo to nie byli niechrześcijanie, którzy tak twierdzili, ani też oni co do litery martwej temu wierzyli, ale taką alegorią tłumaczyli sobie Trójcę i rozwinięcie się Ducha Boskiego w stworzeniu. Uderzyło mnie podobieństwo Psychy, szukającej Erosa z Sofia-Achamoth tęskniącą za Christosem. Tak dusza każda tęskni do niebios, do przyszłości, do nieskończoności, i pojęcie takiej siostry odwiecznej Christosa, którą on ratuje, gdy ona zatęskni ku niemu, wydało mi się pełnem orientalnej piękności. Czegoż już wyobraźnia ludzka nie przemarzyła? Czegoż serce ludzkie już nie przeczuło? Czegoż umysł ludzki już nie dotknął i nie starał się odkryć na tym świecie! I pięknie i dobrze tak, w tem leży zasługa, bo w tem jest praca duchów śmiertelnych, stających się nieśmiertelnemi! Lecz przyznać należy, że Trójca trzech osób, zupełnie sobie równych, jednego Boga składających, jest nieskończenie wyższą, prostszą i rozumniejszą ideą nad wszystkie genealogie rodzących się z Boga jestestw niższych, a Trójcę kościół ustalił. Pierwsi to ojcowie kościoła, koniecznie, boskiem natchnieniem zdjęci, koniecznie, mówię, zażądali utrzymać w Trójcy pneuma, czyli Ducha Św., o którym, jak widzisz z Sofii-Achamoth, takie różne i dziwne krążyły wyobrażenia, wszystkie wynikłe z najdawniejszych podań wschodnich i filozofii platońskiej. Kościół przeczucia, domysły, teorie ludzkie rozstrzygał stanowieniem dogmatów. A teraz nadchodzą czasy, w których dogmata zawsze te same rozszerzyć się powinny, z cienia się wychylić, wszystko, co w nich ukrytego leży, wyjawić, i tem jeszcze bardziej stać się prawdami. Natchnął je Duch św. i Duch św. je rozświeci, roztworzy, objawi na jawie! Zapisałem się — już 2-ga — pomodlę się za Ciebie i pójdę spocząć.

7-go marca. Co szczególnego w tej formie, którą opowiedziałem Ci wczoraj, to żeńskość jej, to przerobienie ducha na istotę kobiecą. Otóż w tem masz wytłumaczenie tego Ewig-Weibliches na końcu Fausta, za którem idzie Faust i zbawion jest.

Twój omeopata nieźle gwarzy, — w istocie w każdem ciele martwem (my zowiemy je martwemi, bo nasze zmysły za martwe na dostrzeżenie w nich życia) jest siła specyficzna, jemu właściwa, tak dalece charakter jego stanowiąca, że działa na nas zupełnie inaczej od drugiego ciała. Trucizny szczególnie tego dowodzą, bo każda ma sympatię właściwą do tej, a nie innej części ciała. Np. zażywszy jedną, trzeba będzie później szukać jej w wątrobie, drugą w sercu, trzecią w śledzionie, a jednak każda zrazu do żołądka się tylko jedynie dostała, a stamtąd dopiero poszła ciągniona atrakcją wyłączną do tego organu, z którym tajemny ma związek. Rozprawy pana Orfila i Raspail szczególnie to wyświeciły. Któż by wątpił, że wszędzie jest duch i życie? Więcej powiem, duch tylko, tylko duch jest — ale duch się składa z dwóch kierunków, z jednego widomego, który zwiemy materią, z drugiego niewidzialnego, który zowiem myślą. Myśl i materia, razem połączone — (a gdzież są nie razem połączone?) są duchem; w jednych istotach jedno, w drugich drugie przeważa, stąd wszystkie nieskończone kształty duchów! W ciałach np. martwych materia tylko zrazu się objawia nam, jednak w nich jest to niewidome, które, choć niewidome, niedotykalne, jednak działa, a ta myśl w nich zowie się ich siłą. Kto kiedy siłę widział, kto siły w naturze się dotknął? Kto okiem zmierzył, kto palec położył na atrakcji, na sile ciężkości, na elektrycznej sile, na magnetycznej itd., itd., itd.? Tylko skutki ich widzimy, tak jak w człowieku tylko skutki woli i myśli i żądzy jego, — więc i w ciałach jest duch, złożony z siły niewidzialnej i z objawu widzialnego. Duch żywy, choć niepojmujący siebie, choć senny jeszcze, nierozbudzony, ale mimo to działający według woli bożej w tym śnie swoim. Teraz, jakim sposobem omeopata przykłada się do podwojenia jego działalności przez rozdrabnianie na cząstki ciała jakiego, to tego jasno nie rozumiem, chyba, że przez to ciągłe tarcie obudza magnetyczną siłę, w każdem ciele ukrytą, a magnetyzm niczem innem, tylko przyprowadzeniem ducha jakowego, życia jakowego, siły jakowejś, do wyrażenia zupełnego na zewnątrz wszystkich władz, wewnątrz siebie spoczywających, czyli do objawienia się cudownie. Bo cud czemże innem, jeśli nie całą niewidzialnością myśli, siły, intencji, objawioną widzialnie, dotkliwie, na oczy, tak, że to, co było tylko ukrytą wolą lub chęcią lub pomysłem, staje się czynem realnym! W takiem skojarzeniu się zupełnem myśli wewnętrznej, woli wewnętrznej, z zewnętrznym światem, ciałem, objawem, cóż widzisz? Oto znów ducha widzisz, który, powtarzam, jest najwyższą zgodą materii i myśli. Cud to jest właściwa władza, przymiot naturalny ducha, ale ducha zgodnego z wolą świętą ducha duchów wszystkich — Boga. W naturze wolą tą świętą są wieczne prawa natury. Jeśli trafi na nie uczony, czy lekarz, choćby ich sam nie rozumiał, muszą wtedy ciała, jak zaklęte duchy, mu służyć, i tak w omeopatii służą, przynajmniej można przypuścić, że nie jest niepodobnym, by służyły. Alem już musiał Cię znudzić, moja droga Dialy, i gnostykami i omeopatią. Nie byłbym tego czynił, gdybym nie był z Twego listu spostrzegł, że Cię już serdecznie znudziło wszystko, co Ciebie otacza, — do munichowskich więc wróciłem czasów.

Perthesa czyś kazała szukać? Jerzy szuka zawsze czegoś w zewnętrznym świecie. Wielką prawdę mu powiedz ode mnie: o tyle tylko da komu co świat, o ile światu ten ktoś co da z siebie. Trzeba wiarę, nadzieję i miłość mieć wewnętrzną, a wtedy ożywi się świat zewnętrzny. „Według wiary twojej stanie ci się”. Jerzy się rozbałamucił, choć nieskończenie wyższy od tej młodzi, co siedzi po kawiarniach i klubach lub faetonuje na Elizejskich Polach, jednak stał się podobnym do niej tem, że wymaga wciąż od samej materii, tj. od samych zewnętrznych miejsc, ulic, towarzystw, życia, zajęcia, odnudzenia. Niech w siebie zstąpi, coś w sobie stworzy, a wtedy dopiero spotyka się z światem, walką, czy pokojem! Nie mogę się odpowiedzi doprosić od niego. Czyż to nie dowód szalonego rozbałamucenia się, zlazzaronienia się? Kogo rozpacz przyprowadzi do bezżycia, ten prawie świętym, bo życie bolem bolów, ale kto sobie z wolnej woli obiera taki stan deptania po bruku, ten lepiej by uczynił na lokaja pójść, przynajmniej byłby komuś usłużnym! Gorzkiem mi to wszystko, i nieufność jego i zślamazarnienie! Do obaczenia, do obaczenia, stopy Twoje całuję. Nie przeziąb się!

Twój teraz i na wieki

231. Do Augusta Cieszkowskiego

1844, Warszawa, 9 marca

Drogi Auguście mój! Nędzna byłaby to miłość, która by w chwili danej uniosła się porywczością chłopięcą, mającą ujmę lub szkodę przynieść ukochanym. Nie posądzaj mnie nigdy o takową tam, gdzie wiesz, że kocham. Dla siebie samego gotówem tak porywać się i czynić, bo siebie nie kocham, bo o siebie nie dbam, lecz nawet w rozpaczy spokojnym, kiedy idzie o Siostrę, przed drugiemi! Ty mnie, choć znasz, nie poznałeś jeszcze. Serce pełnią przywiązania przejęte — wierz mi — mieści w sobie natchnionym sposobem całą logikę rozumu. Roztropnem jest, bo mu trzeba opatrznością być względem tych, ku którym się ma. Zatem i silnie i zręcznie, a beznamiętnie, zatem gorąco działać, lecz nie występować. Właśnie takiemi były cechy, piętnujące sposób, który obrałem. Takowy obrać, bo przeciwny mojej entelechii387 całej, było ofiarą — było poświęceniem. Alem się ani nie zawahał, gdym ujrzał, że tylko taki pozostał mi, a żaden inny. Długo zaś by czasu zabrało donosić Tobie, albo jej, z jakich ogniw łańcuch ten pleciony, dość na tem, że 1-mo: w niczem ona do niego nie wciągnięta, żadna na nią odpowiedzialność nie spływa. Nigdzie jej imię, ani chęć, ani wola nie występują. Wszystko ode mnie się poczyna i na mnie się kończy, a przy tem jednak żadnego objawu wystąpienia mojego tam nie masz; 2-do: Cel zaś do osiągnienia zupełnie ten sam, jaki wyraziłeś, że żądany przez nią — bo w istocie wszystko już teraz na tem się opiera388. — Żadne procesa ni procedury prawne nic nie pomogą ni przyniosą. Sam akt już się nie odrobi, ale o to idzie, by się coś uratowało z ruiny tej całej, a ratunek tylko z góry389 może przyjść. Za trzy miesiące wszystko rozstrzygniętem być powinno. Zatem uspokój się i ją też uspokój. Zresztą dalsze listy moje już musiały ten wpływ na nią wywrzeć, bo z nich się przekonała, że właśnie użyłem tego modus in rebus390, widząc, iż wszelkie pieniactwo niemożebnością się stało, a zatem, że ta γνώσις χατ’ έξοχήν391 moja nie jest żadnym procesem ani osobistym pugilatem392 z owym panem, z „cnotliwych i wolnych” pochodzącym!

Powiem Ci rzecz, która winna Ci dowieść, o ile factum widome więcej ma siły nad logiki pisane i o ile siła magnetyzmu, jako siła żywotna, rozbudzająca się u przedsionka trzeciej ery, dziwnie umie walczyć przeciwko nieosobistości czy w Bogu, czy w nas samych. Temu trzy miesiące tędy przejeżdżał Rogierek393, oddychający nieosobistością — dający słowo honoru, że duch obiektywny jedynym jest absolutem i że osobistości nigdzie nie masz. Teraz wraca wierzący w osobistość Starca wieków, jak zwali kabaliści lub πατρός άγνώστον394 jak mówili gnostycy, i w ciał zmartwychwstanie w dzień rozwiązania się losów planety. Kto go tak przeinaczył? Kilka tygodni przy Jadwidze Lubomirskiej, o której wiesz, że umiera, a ciągle jasnowidzi. Pytał się ją o katolicyzm. Nic nie odpowiedziała, kiedy się jej spowiadał jej samej, że we wszystkie punkta ortodoksji wierzyć nie może, ale rzekła: „Religijności miej więcej! — Religijnego ducha nie masz” — i to słowo niewieście wszystkich Feuerbachów i Baurów zwiało mu z duszy! Patrz, co to słowo w porównaniu z kazaniem! O, kazań już dość było! Słów teraz trzeba!

Czyś odebrał muzykę moją? Proszę Cię, pisz do mnie częściej — pisz szczegółowiej — pisz mi o Siostrze395 — jak jest, jak wygląda i jak wiele cierpi? Jerzego ratuj, bo gubi się lazzaroństwem.

Twój ojciec przybył z Surowa nazad, był chory na nogę. Dwa dni nie wychodził, — ale to nic nie było — dolor artriticus ambiens et volalilis396, który znikł. Dziś jest tu na obiedzie — więc widzisz, że zdrów.

Twój na zawsze Z.

232. Do Delfiny Potockiej

12 marca 1844, Warszawa

Mój Consuelo! Trzeci to już dzień bez słówka od Ciebie! Czy znowu grypa Cię ogarnęła po tej przejażdżce po Bulońskim lesie? Czy też dzielę los wspólny donosicielom złych nowin, do których niechętnie odpisują ludzie? Nic na pewno nie wiem i darmo suszę głowę, a serce drę rozmaitemi przypuszczeniami, to jedno wiem, że mi smutno piekielnie.

Wczoraj nową edycję, prześliczną, Marii Malczewskiego przepatrywałem i odczytałem najsmętniejsze tego arcydzieła smutku wiersze. Nikt nic podobnego ni wprzód, ni później, ni nigdy nie napisze już po polsku, i sam Byron tak nie umiał pisać, bo nigdy do rozpaczy olbrzymiej nie domieszał tej słowiańskiej, anielskiej tkliwości, jaka tam wszędzie łzami wonnymi, a zatrutymi przebija i świeci. Płakałem, czytając, bo dopiero teraz ocenić mogę całą duszę Malczewskiego, tę duszę wędrowną po Włoszech i Montblanie, tę duszę czynną, a ściganą losem, jak Konstantego duch, tylko że Konstanty nie wyśpiewał, jak łabędź, bolu swego przed śmiercią, — duszę tę wreszcie kochającą namiętnie, ale i czysto, święcie z dziecinną czułością i tytańską mocą, jak dusza moja. Co tam półcieni przywiązania, co tam drobnostek wysmukłe ładnych miłości, a ileż łez, tęsknic, gorzkiego cierpienia, jaki do świata żal, jaka wrogiem dusz kochających! Wiersz, choć wzgarda melancholijna nad tym wiecznym nie kształtowany, choć często dziki, szorstki, niepoprawny, jednakże piękniejszy, niż wszystkie inne innych wszystkich, bo po przeczytaniu zostaje w duszy nie jako wiersz, nie jako słowa, ale jako muzyka i domaga się nazad siebie samego, zmusza cię, byś wróciła do książki i znów otworzyła ją i znów czytała, a płacząc. Nic muzyczniejszego w języku ludzkim nie znam; mówię tu o dźwięku zmysłowym, mówię o duchu muzyki, duchem zaś muzyki jest: wyrażać to, czego słowa nie potrafią — czucie! Czucie najskrytsze, najnamiętniejsze, najuroczystsze, które leży w siódmej głębi serca. Otóż wiersz Malczewskiego jest takim duchem śpiewającym; zdarza się, że nie zrozumiesz nawet jasno wyrazów, a jednak zostaje po nich czarująca tęsknota. Czujesz je, jakbyś śpiew ponury, śpiew głęboki usłyszała była na fortepianie i nie mogła się ukoić, uspokoić przed usłyszeniem go znowu. O, proszę Cię, odczytaj to poema, które niegdyś czytaliśmy razem!

Co to za wiersz np.:

A gdy się troski do duszy wkradną,

Hucząc w niej chmury czarnemi;

A gdy nieszczęścia na kogo spadną

I postać wzniosłą, szlachetną, ładną

Smutek nachyli ku ziemi:

O, niech na chwilę złość się już schowa,

Rany sztyletem nie cuci...

Niech choć przy zgonie zabrzmią te słowa:

„Wróci spokojność, wróci!”

Bo na tym świecie śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie!

A gdy kto chętny w drugich obronie

I sam się w przepaść zagrzebie,

Krótka stąd radość w Zawiści łonie!

Choć złe i dobre w grubej zasłonie,

Sąd ostateczny jest w niebie! —

Może w kłopocie i silna głowa

Posępnie kiedy się rzuci...

Niech z ust życzliwych brzmią wtedy słowa:

„Wróci wesołość, wróci!”

Bo na tym świecie śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie!

A gdy kto, dążąc z dalekiej drogi,

W mieszkanie przyjaźni zajdzie

I już w uściskach topić ma trwogi,

Lecz ciche, puste przebiegłszy progi,

Twarzy kochanej nie znajdzie —

Więc drżąc, czy się co złego nie dowie,

Spuszczone czoło zasmuci...

Niech choć gościnność, kręcąc się, powie:

„Wróci gospodarz, wróci!”

Bo na tym świecie itd. itd. itd.

A te cztery:

Tam Wacław raz ostatni posłanie Jejmości,

I czułem wyręczeniem bezwładnej skromności

Jej członki, szaty, włosy w porządek układa,

Bo ciekawa Złośliwość i w śmierci ogada!

Czy to nie niebieskie, a tak ziemskie zarazem!

Jakaś posępna słodycz w jej każdem ruszeniu,

Ani łzy, ani żalu w jej mglistem spojrzeniu!

O, nie! — Przeszłych już zgryzot nie widać tam wojny,

Tylko znikłej nadziei grobowiec spokojny,

Tylko się lampa szczęścia w jej oczach paliła

I zgasła, — i swym dymem całą twarz zaćmiła!

Kto z wszystkich poetów naszych kiedy pojął tak kobietę? Nikt, nikt! Bo inni żyli z szynkarkami, a ten jeden żył z niewieściemi duchy!

233. Do Kajetana Koźmiana

Warszawa, dnia 23 marca 1844 r.

Przyznaję prawdę całą: zrazu z uprzedzeniem, dalej z zajęciem, później z rosnącym uwielbieniem, wreszcie z miłością słuchałem i czytałem Czarnieckiego397. Bo miłość, to stosunek ducha do piękności, a Czarniecki pięknym jest. Oto ogół wrażenia. Teraz jeżeli pozwolisz, łaskawy Panie, wspomnę o niektórych szczegółach i, całość ukochawszy, dlatego właśnie, że ją kocham, drobnostkom pewnym, ją nadwyrężającym, opierać się będę. Ani myślę sprzeciwiać się zdaniu czcigodnego Pana, że w naszej Rzeczypospolitej rzymska i chrześcijańska cnota, rzymskie i chrześcijańskie wyobrażenia harmonijnie się zespoliły. Oryginalność nawet charakteru polskiego wynikła z zawarcia w sobie, zgodnego i niewymuszonego, dwóch tych różnorodnych światów, ku pojednaniu i zespoleniu których dopiero teraz reszta europejskiego świata dąży. Ale racz uważać, że każdy Polak, ni sztucznie, ni matematycznie, dodając jeden do drugiego, te dwa pierwiastki w sobie mieścił, ale żywotnie! Był jako Rzymianin, był jako chrześcijanin, ale nade wszystko był Polakiem, tak, że w nim rozdzielić się nie dadzą te składowe części, ale muszą żyć przepojone sobą — jak żyją w trzecim ciele dwa inne, co je chemicznie złożyły, stały się niem, nie są już sobą, a jednak owe trzecie, tylko z nich się składa. Dlatego Czarniecki choć miał Godfryda w sobie, nie był Godfrydem, choć Scypiona, nie był Scypionem, ale czymsiś trzecim, inszym, zwanym duszą żywą Stefana Czarnieckiego, duszą polską! Stąd to wynikła krytyka moja ostatnich o nim wierszy, przesłanych w liście do Jędrzeja398. Przecudne jest jako efekt i jako prawda, zdaniem mojem, zaprzeczenie, którem wieszcz odrzuca Achillesa i Hektora, wprzód postawiwszy ich posągi za miarę Czarnieckiemu; ale podobnie powinien uczynić z Godfrydem i Tankredem i ich postawić na chwilkę, i ich też obalić, a dopiero wtedy zawołać:

To on, to szlachcic polski, wódz sarmackich wieków.

Gdybym śmiał ręczyć, tobym ręczył, że w tym uczuciu mojem jest prawda, że w tem pojęciu Czarnieckiego jest życie, że on właśnie tem, a nie czem innem był na ziemi, że mu takie zostawić lice, jest na nowo go stworzyć. Zresztą spostrzeżenia względem tego miejsca, rozciągnąłbym do całego poematu, do całości Polski, która w tej epopei objawić się i odsłonić powinna. Wcale więc a wcale nie sprzeciwiam się wspominaniu Rzymian i Greków, jednak sądzę, że raczej osoby, mówiące w epopei, ich wspominać powinny, niż sam wieszcz, bo osób tych to było obyczajem. Wieszcz zaś obyczaju swego własnego w epopei mieć nie może, jedno całkowite życie epoki; jej lice, schwytane we właściwej barwie, jego obyczajem. Jak stwórca, wyższym on być powinien od stworzonych i pojmować ich wszystkich razem i ich wszystkość całą, kiedy oni, to jest każdy z nich, tylko siebie pojmuje. Z tego stanowiska właśnie krytykując, pyszną mi się wydała rozmowa między królem szwedzkim i Wąsowiczem; obie strony mówią każda swoje, a ponad niemi znać wtedy ich stwórcę, który jest sine ira et studio399, jako sama prawda.

Epopei wieczną wymagalnością, celem ostatecznym jest takiego pokoju osiągnienie, a osiągiwa się wymierzeniem każdemu sprawiedliwości. Sprawiedliwość zaś na niwach sztuki, zdaje mi się, że to właściwe lice, właściwy życia koloryt, oddany każdemu z tych trupów wielkich, o których ona wspomina. Gdyby na przykład Spartakiem Chmielnickiego nazwał był jaki pan polski, tobym całem sercem na to się zgodził, ale zdaje mi się, że w inwokacji początkowej bardziej czytelnika każdego przeszyje pierś zatrute imię Bogdana, aniżeli Spartaka nazwa. Dzwon Zygmuntowski jak rozbrzmiał się w duszy mojej, tak coraz potężniej grzmi; takie wiersze przeciągają dźwięk takich dzwonów w najodleglejszą przyszłość, one same są żywemi sercami, bijącemi nad dusz słuchających poziomem; i owe, któremi Kazimierz tłumaczy czoła swego wypogodzenie, arcypięknemi mi się wydały. Ośmieliłem się „śmiertelnych” na „śmiertelnej” przemienić. Czy nie czujesz, łaskawy Panie, że tę śmiałość moją trzeba mi przebaczyć, bo majestat wiersza przez nią się podniósł.

Dalej nie chcę mojemi nudzić uwagi, czuję i wierzę, że Czarniecki wielkiem dziełem będzie, za każdą pieśnią więcej Ecce Deus400 w piersiach wieszcza znać; taki wzrost, taki postęp, taka potęga znamieniem jest wszelkiej prawdziwej piękności, i przyszło mi na myśl, czytając te pieśni, że w Tobie trzecim, łaskawy Panie, za dni moich powaga starości cudnie się zmięszała z młodzieńczym natchnieniem i energią. Dwaj inni są jeszcze, choć w innych okręgach ducha. Com uczuł, to piszę, prawdę mojego uczucia. Jeśli w czem błądzę, racz mi łaskawie darować i przyjąć z głębi serca mego wynikłe dzięki za tkliwą i powtarzaną wciąż pamięć. Serdecznie przywiązany i wdzięczny

Zygmunt.

P.S. Co zaś do dalszej osnowy, czyby nie warto dać Stefanowi conscientiam401 przyszłości Polski, której zapewne nie miał w myśli swojej, choć ona koniecznie z czynu jego wytryska? Nie można by niektóre prorocze chwile, błyskawice przelotne przeczucia ogromnego, wlać w serce tego człowieka, tego pierwowzoru wszystkich, mających kiedyś skupiać rozebrane części i ratować kraju całość? My dziś już możem widzieć, ku czemu Polska, na świat ten zesłana, stąpa. Możemy, krzyża chrystusowego oświeceni światłem, pojąć, co znaczy podobny krzyż, wystawiony na przejściu z jednej epoki do drugiej, krzyż, na którym nie już Bóg-człowiek, ale naród jako jeden człowiek kona. Czyż to nie święta tajemnica także? Czyż to nie znak wielkiej przemiany, powszechnego zmartwychwstania? Czyż na polu śmierci naszej, na politycznem polu, przez tęż śmierć nie mamy się spodziewać wykupienia także i dla nas i dla całej ludzkości? Czyż w piersiach Polski, tej drugiej Matki Bolesnej, nie ma także się urodzić duch wszelkiej miłości i sprawiedliwości w stosunkach świeckich, którym dotąd panował tylko książę świata tego, Machiavel? Więc bohater, więc ideał zbawicieli kraju niech to przeczuwa! Bo Czarniecki epopei dziś pisanej, jest nie tylko Czarnieckim dni już przeszłych; ponieważ wieszcz drugiem go obdarza życiem, już poniekąd on należy i do tej epoki, w której zmartwychwstaje. Poezja znaczy tworzenie. Niech ten wielki umarły z rąk Twoich, Panie, weźmie część i naszego życia, tem i nam jeszcze lepiej będzie, bo uwierzym w to, i jemu, bo doskonale i zupełnie odżyje w nas. W tem anielskie posłannictwo poety, że wskrzesza, lecz niezupełnie by wskrzeszał, gdyby nic więcej przebudzonemu nie dawał, nad to, z czem on położył się w trumnę. Przeszłość i przyszłość cała powinny zetknąć się, ściąć się w takim ideale, a wtedy o nim wyrzeknie potomność, żeś go także przed ludzi oczyma:

„...wskrzesił

Między niebem i ziemią w powietrzu zawiesił”.

234. Do Adama Sołtana

(Warszawa) 12 maja 1844

Dzięki bożej opatrzności, że spotykają się wreszcie myśli nasze, że jeszcze rozmówić się możem, mój drogi! Kiedy list Twój przeczytałem, gęsto z ócz łzy kapać zaczęły: wszystko, cośmy przeżyli i przesercowali razem, stanęło żywo przed pamięcią. O mój Adamie, dawno, jakeśmy się nie widzieli, a nie odmieniło się nic u nas, tylko, żeśmy starsi i smutniejsi oba, i oba z tych samych powodów: to jest, że sercom, co biją w naszych piersiach, nie udawa się życie, że spokoju znaleźć nie mogą, bo dręczone srogo, okrutnemi losu żartami sprzecznościami, rozdarte tą wieczną bójką, jaka zachodzi między chęcią a spełnieniem, pomysłem a rzeczywistością. Wiesz: i u Ciebie, i u mnie rzecz rzadka dziś serce jest; więc nam śród tłumu hucznego zawsze opierać się trzeba na wspomnieniach, na uczuciach! Żadna rzeczywistość, nieodpowiednia naszym pragnieniom, nic prócz bólu nie przynosi.

Więc Ty tak chodzisz po świecie, trzymając w ręku trzech umarłych, bo i druga tarcza z napisem marzy się być także nadgrobkiem402. Nieraz albowiem czuję, jakobym już umarł; stan zdrowia mego opłakany. Dodaj do tego całe moje usposobienie umysłowe, dodaj, że nieraz rozpacz taka mnie rozdziera, że modlę się o prędki zgon, jako o jedyną ulgę. Dodaj, że mury tebańskie podłości, poniżenia, i gwałtu i ucisku wkoło mnie się mnożą, że w dzień słyszę jęk ofiar i patrzę na naigrawanie się katów; lecz to jeszcze nie tyle boli, co podłość własnych. Zmaterializował się nad miarę ten kraj, potworzyło się mnóstwo hipokrytów, którzy zwą się „ludźmi rozsądku”, głoszą w mnogich kazaniach, że jedyną teraz sprawy podporą jest to, by oni gęste intraty do własnej kieszeni zbierali, że o niczem innem myśleć niepodobna, ale że takie sprzysiężenie się na intrat coraz większych wybieranie podniesie godność człowieczą, zniepodlegli ich i masy na drogę oświecenia i przeświadczenia o sobie wprowadzi, a stad kiedyś powrót życia. Na stu, którzy tę ewangelię roznoszą, dziewięćdziesięciu dziewięciu faryzeusze, a jeden tylko prawdziwie dążący do celu za pomocą wzwyż wspomnianego środka, to jest gospodarczych postępów. Drugą cechą tego kraju, coraz bardziej ciążącą na nim, to strach. Divide et impera403 w całej szatańskiej roztropności piekła dopełnionem tu zostało. Wciąż tworzą sami i wynajdują i wywołują jakieś niby jakobińskie spiski miedzy młodzieżą, na to, by właścicieli, gospodarzy owych, owych intratą walczących przerażać i odrywać od klas mniej zamożnych a cierpiących tak, jak się cierpi w piekle. „Was chcą wyrżnąć” — oto sposobiczek, użyty na kapuściane serca i skórzane wory. Stąd niesłychany strach to swoich, to znów rządu, bo lękają się terroryzmu, o którym rząd im plecie, i terroryzmu istotnego, który sam rząd w każdej chwili wywiera. W Rzymie za cezarów podobnie się działo.

Młodzież w najopłakańszem położeniu. Uczą ją kłamstw i bluźnierstw historycznych, nękają na wszystkie sposoby, smagają rózgami za najlekszą winę, za guzika brak lub za chustkę na szyi białą zamiast przepisanej czarnej, wiodą do więzienia za lada książeczkę; słowem ci, którzy zaczynają życie, daleko tu nieszczęśliwsi od tych, którzy je kończą — starość zgrzybiała jest złotym wiekiem na tych równinach. Stąd w młodzieży niesłychany smutek, pełen niepokoju i nawet wyrzutu przeciwko losom, czyli bezreligijności. Serce ich nawyka skarżyć się sobie samemu na Boga, bo nikt ich nie oświeca, kto jest Bóg, a wciąż w imieniu religii i rządu doznają nieopisanych mąk. Wzrasta więc pokolenie smętne a bezbożne, z pogmatwanemi wyobrażeniami, skwaśniałe i zgorzkniałe w kwiecie lat, ale przy tem pełne nienawiści i hartu, nie owego jednak dawnego, naszego, które nigdy rachuby nie znało i czystem poświęceniem było. Ich hart, to niewolników energia, nie wolnych i wzniosłych: o środki nie dbać, byleby celu dopiąć; konieczny to wynik zaciemnionej duszy, czy zepsuciem, jak u Jezuitów, czy nieszczęściem i bólami, jak u niewolników. A dusza taka nie wie, że środkiem złym nigdy celu wielkiego, potężnego, trwałego, osiągnąć nie sposób; bo leży w naturze harmonijnej wszechrzeczy, że złe chwilowym tylko zagrzmieć może wybuchem, ale nie zdoła nic wybudować na wieki. Oczywiście, takie moralne systematyczne zabijanie młodzieży jest potężnym środkiem na zobojętnienie naszych sił. Piekielny to wymysł na zgubę, nie tylko obecności, ale i przyszłości, wymierzony! Zamordować dziecko w łonie matki jeszcze, oto cel!

Duchowieństwo niewiele warte, piją biskupi i, pijani, łamią sobie nogi, inni, krzyżakami orderowemi ozdobieni, zdradzają krzyż Chrystusa, wielu się boi utraty chleba. Religijnego fanatyzmu w masie kleru nie ma, w niektórych tylko indywiduach wre: na dowód czego piękny list chełmski — musiałeś odebrać, czy tak? W istocie, polityka dworu watykańskiego uniżona, chytra, opuszczona od ducha, nie wzbudza już wiary ani nadziei; nie umie już Rzym iskry miłości i męstwa siać w serca ludzi!

Jednak Adamie mój, nie smętnij zanadto, obraz ten, tu skreślony, czytając. Ten obraz, te szczegóły, to męka nasza, to próba nasza, ale nie koniec, ale nie ostateczna prawda! Trzeba i przez to przejść. Czyż Chrystus, mimo bóstwa, nie doznawał ostatecznego zwątpienia? Czyż nie przeszedł przez gorycz goryczy wszystkich? I na to, by mógł zmartwychwstać, trzeba było mu nie tylko przez śmierć przechodzić, ale w chwili śmierci samej najokrutniejszej męki moralnej doznawać: zwątpić, czy zmartwychwstanie, zwątpić, czy zbawi ludzkość! Ten krzyk jego ostatni do Ojca był zarazem najwyższym szczeblem bólu i zasługi, a zatem i poświęcenia. Nie byłby inaczej do ostatniej kropli wychylił kielicha, a trzeba ostatnią kroplę wypić, by nic nie zostało. Wtedy dopiero śmierć w życie, ból w radość, przegrana w zwycięstwo się przemieniają: non est saltus in natura404! Otóż i my, patrząc tylko na fakta zmysłowemi oczyma, moglibyśmy nieraz zwątpić; ależ wiedzmy, że i zwątpienie jest tylko bólem najwyższym a nie żadnym dowodem, nie żadną prawdą, owszem, w tak świętych i bożych dziejach, jak nasze, znakiem, że już bliska odrodzeń godzina.

Mimo wszystko, com napisał, jednak po całej ziemi tej unosi się Pański duch — duch, wlewający oczekiwanie i zapał uniesienia nawet w najbardziej zcieleśnione dusze; gromadzą się materiały w cieniu, wzrasta przekonanie, że cały lud i włościan uczłowieczyć, zobywatelić trzeba; nieporządek, hulatyka, pijaństwo ustają. Prawda, że przedajność wzbiera, ale to tylko śród urzędników. Po miastach wszystkiego po niej się spodziewać można, najostatniejszych podłości; ale po wsiach inaczej jest; mnóstwo książek krąży po dworach szlacheckich, ruch umysłowy posetniony od 1830 roku, księgarnie przepełnione drukami po polsku. Duch, pozbawiony ciała, niesłychanych wysileń zdolnym się okazuje w dążności do odzyskania formy utraconej. To miasto zewnętrznem licem nie wydaje zarodku śmierci, toczącego mu serce, owszem, pełno żywotnych rumieńców nosi, jako to: sklepów, fabryk, teatrów, widowisk itd., itd., itd. W końcu końców i to znak siły, która w każdej chwili od błahych do ważnych celów odwrócić się może. Ale co opłakanem jest, co doszło do najuniżeńszego poniżenia, to historyczne imiona: młodzież, która niemi obarczona, zupełnie pozbawiona potrzebnej siły do ich udźwignienia; nawet wyobrażenia nie mają, co godność jaka bądź, a dopieroż co szlachetność najlepszych i najdzielniejszych (αριστοσχρατος)! Szynk z jednej strony, a kameriunkrostwo z drugiej i ślepa bezwiedza z trzeciej ignorancja nieskończona — oto ich piętna! Wszyscy ożyją, da Pan, co w niebie, ale oni, i to mi łzy wydziera, oni nie!

Rozradowało mi duszę, że Tobie znikomą choćby mogłem przynieść pociechę — tę, o której mówisz, że w szufladzie Twojej leży405. Ta idea moją wiarą, moją nadzieją, moją miłością! Bez niej zdechłbym, z nią żyję! Ani myśl, by żywot nasz przeminął, a my nie oglądali bożej sprawiedliwości; choćby jej zaczątek ujrzymy! Wszystko, nad czem tu płaczę, to ostatnie łzy. Może indywidualności nasze, przecierpiawszy mąk tyle, zniszczeją, rozłamią się, ale nie rzecz sama, nie opatrzny jej koniec. Indywidualność, czując, że sama w proch się rozsypuje, nieraz smętnym wzrokiem pociąga po świecie i marzy, że to nie ona, ale świat! Jednak idealny duch, co w jej piersiach żyje, upomina ją i mówi: „To ty, nie miłość twoja, umierasz”; a wtedy dobrze się robi, wtedy nieba przyszłości się roztwierają. I ona, ta, którąśmy kochali, nieśmiertelna, stoi tam, z łez i krwi dusz naszych świeża, młoda, piękna! Przecież i my nieśmiertelni za grobem, więc i my spojrzym w jej oczy niebieskie, kiedy i świat w nie patrzyć będzie! Boży duch nas nie opuści za grobem, jak nieraz opuszczał tu, porwie nas i postawi przed ukochaną naszą, a Ona nam powie: „Dziękuję wam, żeście żyli i umierali w miłości mojej”.

Bez takiej wiary, bez takiej idei życia nie ma, a z taką i śmierć sama nie przestaje być życiem. Więc jakżeż nie wierzyć?

Musim być smętni, bośmy ludzie, bo ciało mdłe, ale zarazem będziemy niekiedy uweselonymi: bo duch ochotny, choć ciało mdłe, a duch boży w nas i w naszych i w sprawie naszej, która nie przypadku trafem zdarzyła się przy końcu jednej z epok ludzkości, a początku drugiej. Trup nasz, to most przejścia dla ludzkości. Gdy na drugi brzeg się dostanie, wstaniem żywi A wiecznie wiedzmy i czujmy, że, gdzie niesprawiedliwość piekielna, tam musi boża sprawiedliwość się objawić; gdzie ludzie nie umieli kochać, tam Bóg pokocha — inaczej pękłoby universum406!

17 maja. O mój zacny i drogi na zawsze Adamie! Nam się dostał kielich podobny temu, który do ust chrystusowych na Oliwnem wzgórzu anieli przynieśli, kielich, przed którym cofnął się Syn Boży, bo kielich nieskończonej boleści! Jednak nie czarty, ale anioły go przynosiły; i z nami to samo: anioły też i nam go podają, bo, gdy ostatnią kroplę jego wychylim, zbawieni będziem i my, i człowieczeństwo tej epoki nowej. Zwątpienie o wszystkiem, oto ostatni znak, najwyższy ból męki naszej! Rozdzielili nas ci, których imię przekleństwem: brata od brata, syna od ojca i ojca od syna; rozdzielili, rozdzielili i ciała ich, i serca ich, i dusze ich! A to wszystko jedna wielka męczarnia, którą musimy świat i ludzkość ocalić, zbawić, podwyższyć, w nowe okręgi wznieść! Znam, o, znam to wszystko! Ale bądź pocieszon, Adamie! Wszystkie ofiary, czy po tej, czy po tamtej stronie, wszystkie jedno mają znaczenie: wszystkie cierpią i cierpieniem dokonywają bożego zamysłu o nas, przyśpieszają rozwiązanie walki olbrzymiej. Wszystkie, wszystkie odnajdą się; pokaże się, że wszystkie, miano pozór zewnętrzny, były narzędziami do jednego dobra, do jednej piękności. I na mogile tych, co pod Kaukazu górami legli, napisze kiedyś anioł polski: „I oni też za mnie”, bo bez nich nie byłoby tam apostolstwa duchowego Polski, idea Polski nie rozchodziłaby się i wszystko by martwem zostało! A tak od północy na południe, jako świat wielki, wszędzie w żyłach świata krąży krew, myśl nasza — i pora się zbliża i będzie świt!

Pamiętasz słowa boże: „Kto zachowa duszę, straci ją; kto ją straci, znajdzie ją”. Otóż Austria ją zachowała, Anglia zachowała itd., itd. — stracą ją, a my ją stracili, więc odnajdziem ją. Przyszedł czas już nie tylko do indywiduów, ale do narodów też i do całej ludzkości stosować słowo i przepis chrystusowy. Jeden Bóg i jedno prawo i prawda jedna! Dwóch nie ma ni być może. Przyłączam Ci tu w tej wierze, w tej nadziei, w tej miłości napisany Psalm; schowaj go do szuflady, niech leży obok siostry407.

Przyłączam też i weksel ten: racz tysiąc franków przesłać tam, gdzie wprzódy, ruchomej łódce kozackiej; resztę zaś, proszę Cię i błagam, zachowaj na wszelki przypadek w tejże samej szufladzie, a to, by mi ulżyć troski i strapienia, bo niedawno przez niemałe przeszedłem, myśląc, że będziesz musiał wyruszyć z miejsca, a nie mając żadnej sposobności przesłania Ci czegośkolwiek. Chwała Bogu, żeś się utrzymał na Kolmarku, ale takie „chybił, trafił” może się ponowić, a ja znowu będę niepokoić się sercem całem; pozwól więc, by moja niespokojność leżała u Ciebie. Szpilkę też niedawno z kilku słowy Ci przesłałem; jeśliś jej nie odebrał, to odbierzesz. Tłumaczenie też Dziewicy Orleańskiej tu przyłączam. Żaden język europejski podobnego nie ma; pomyślisz, że Szyller pisał po polsku, a wiem, że lubisz tę tragedię, i kto by z nas jej nie kochał, kiedy jakby dla nas pisana, dla nas na dziś! Niech Marysia ją przeczyta408!

Jeszcze tu przydam uwagę, Adamie. Racz tak uczynić, by Czajka409 do własnych rąk dostała te tysiąc franków, nie zaś przez innych, którym się wydaje, że mogą zmieniać przeznaczenie przesyłek. Zrozumiesz mnie łatwo!

19 maja. A zatem już trzeba list zamykać, bo odjeżdża ten, kto ma go wziąć. Żebyś Ty wiedział, jak mi rzewnie, smętno na duchu, jak mi wszystkie moje przeszłości z wami, o ukochani, tu i owdzie po zielonym świecie młodości, po Apeninach i Alpach, morzach i jeziorach, śnią się i wołają, z grobu teraźniejszego wołają mnie nazad do siebie. Rok temu jeszcze, o tej porze wiosennej, byłem z Jerzym Lubomirskim w Szwajcarii i w Sabaudii, żyłem od dnia do dnia śród przepychu stworzenia, śród gór niebotycznych i kwiecia, u stóp kwitnącego, i słowików, śpiewających wszędzie naokół. Piłem po raz ostatni uniesienie życia z kielicha natury, zda się, całe widnokręgi błękitu wychylałem, a teraz wiosny już nie ma dla mnie, nie ma, nie ma! To straszne uczucie — bezwiosenność na ziemi. A gdy obok tego braku wiecznego zaczną wracać wszystkie wiosny zbiegłe i tańcem zakonnic w Robercie410 otaczać ducha, skrępowanego w grobie, kiedy życie rwie się i rwie i pierś nadaremno rozrywa — o mój Adamie, nie wiem, jak to nazwać, ale to męczarnią!

Owa pora i Tobie niegdyś wiosennością się przymilała. Pamiętasz ten karnawał? Widzę Cię jeszcze kroczącego śród rzymian z tą ochotą młodzieńczą, z tym zapałem, którego braku nic nie wynagradza piersiom ludzkim! Jest to tchnienie życia skądsiś, z niebios, które ciało i duszę jednym duchem potężnym, lekkim czyni. Zdawałoby się, że się nigdy nie umrze, a teraz zdaje się, że się już umarło. Do obaczenia, mój drogi, drogi i raz jeszcze drogi Adamie! Wierzmy i miejmy nadzieję! Kiedy zdarzy się sposobność, pisz! Ściskam Cię z wszystkich sił serca, które Twojem jest na zawsze. O Konstanty! Meliorem, meliorem elegit411! to też umierał z wolą wyzdrowienia!

20 maja. Jeszcze słów kilka, nim pojadą te kartki. Pomyślałem, że ten brązowy pomniczek miłym Ci będzie. Jest tu ktoś, co tak wszystkich książąt i królów naszych groby rytuje412. Spomiędzy leżących na moim stoliku ten wybrałem, bo najlekszy i najmniej trudny do przewiezienia. Ostatni to dwaj mazowieccy książęta, jak napis pokazuje, a na chwilę niniejszą te dwie bliźnie postacie rycerskie uśpione mogą Ci Koronę i Litwę wystawiać; uśpione koło jednego, tego samego drzewca, bez sztandaru, ale gdy się przebudzą, i sztandar z niebios zleci, i przyczepi się do drzewca!

Raz jeszcze Cię ściskam i ściskam; myśl o mnie, pamiętaj o mnie, kochaj mnie, jakeś kochany!

Twój na zawsze

Tadzio biedny i chory, kłaniać Ci się każe. Księżnie moje najserdeczniejsze złóż uszanowanie ode mnie! Skoro co się dowiem o synu Twoim, doniosę Ci zaraz.

235. Do Stanisława Małachowskiego

1844, 5 novembris413, Warszawa

Mój drogi! Niedawno pisałem i przesłałem Ci karteczkę dla pani naszej, którą sam nazwałeś Sylfidą414; już musiała Cię dojść i Ty ją posłał dalej — teraz słuchaj. Niestworzone tu rzeczy się dzieją w tych czasach. Posłano kawalerią, infanterią, armaty do Radomia, twierdząc, że tam chłopi mają humańszczyznę zacząć, mają, spiskiem poprzysiężeni komunistowskim, chcieć panów swych zarzynać. Więc protekcja orężna poszła bronić szlachtę polską od włościan sandomierskich. Prawda, że zabawnie? A wiesz, czego to początek? Oto zakrój, by niezadługo, gdy kto, nasadzony i zapłacony, kogo z nas pchnie nożem, zarżnie gdzie na wsi lub w mieście, można było powiedzieć, że to komunizm, że to chłopy nasze, że to przepowiadał ojcowski opiekun nad nami, że my słuchać nie chcieli itd. A tymczasem trup trupem będzie i, kogo zechcą, pozbędą się tym sposobem arcymądrym, bez wielkiego zachodu i trudu. Oto sposób wypolszczenia nas! Więc na zasadzie tej fantastyczności aresztują, gdzie mogą, aresztują dniem i nocą studentów, księży, zakonnice nawet.

Wiesz, że Minister Sekretarz Stanu tu jest i przeprowadza swój kodeks, chcąc Napoleoński wyrugować. Prawnicy tutejsi się bronią, jak mogą, zastawiając się rozumem wieków, rzymskim, francuskim, wykazując, że nie sposób szalonej gmatwaniny, przezwanej nowym kodeksem, wprowadzić. Więc wiesz, jakim rozumowaniem odpowiadają ich rozumowaniu? Nadesłane przyboczne figury przychodzą do nich z radą, by się nie narażali, siebie, i dzieci, i żony, by ustąpili, bo kto wie, zajadą kibitki lada dzień i Sybir będzie! Tak ich straszą, jak Kimbarów, jak Rejtanów, jak Sołtyków, jak Załuskich niegdyś, kiedy szło o miliony ludności i o całe krainy; a teraz ani oni Rejtanami, ani idzie już o tak wiele, a straszą również. Wyobrazisz więc sobie, co to za stan, co to za położenie. Szpiegów, prowokatorów więcej, niż czego. Co chwila w sieci ciągną się, kłamią, imaginują spiski, których nie ma. Towarzystwo wstrzemięźliwości zakazali w krakowskiem, bo jakżeby podatek z gorzelni wybrać, gdyby pić przestał lud, a potem i to — asocjacja.

Widzisz, drogi mój, że się złe szybkim krokiem już przesilać zaczyna. Jeśli będziesz pisał do Sylfidy, wspomnij o tych szczegółach, by wiedziała, jak lubem i miłem życie tu i co grozi każdemu z nas. Tymczasem od strony biegunowej głucho; mówią, że tam spleen i smutna furia i zamknięcie się od oblicza ludzi. Drogi mój, złe się przesila, bo dochodzi takiej miary, że wkrótce przeleje cierpliwość Boga, który najcierpliwszym jest, póki nie dojrzeje ból ludzki, co miłość jego obudza; a wtedy, jako był wprzódy najcierpliwszym, staje się z Chrystusa ukrzyżowanego Jehową, przed którym „przepaść ze strachu siwieje”. Gdy ona siwieć zacznie, nam obu włosy poczernieją, białe włosy nasze!

Ściskam Cię. Zawsze mi dochowaj i serca, i ostrożności wszelkiej! Do obaczenia.

236. Do Delfiny Potockiej

1844, Warszawa, 8-go novembra415

Najdroższa Dialy! List Twój z 29-go mam. Zarazem odebrałem i z przeciwnego krańca świata list Aleksandra416, dość zawiły, nic nie tłumaczący jasno, broniący się osobliwie pod tym względem, że nie mógł ukryć rzeczy, zapisanej w aktach czarno na białem, wciąż ręczący, że wszystkich dokłada starań, skarżący się, żeś nie chciała przeszłej zimy układu z nim zawrzeć, jak Ci ofiarował, i że stąd wszystko złe pochodzi.

Anim myślał o Tobie, przesyłając Ci kawałeczek o faryzeuszce doskonałej. Nic faryzeuszowskiego w Tobie nie masz, moja Dialy. Chciałem Ci tylko wykazać, co to jest praktyka bez inteligencji, litera umarła bez ducha i serce suche! Faryzeuszów pełno koło Ciebie i pełno w świecie. Dlategom ich charakterystykę Tobie posłał. Nie dzielę zdania Twego, by duch francuski coraz bardziej ubożał — owszem, bogacieje, wysysając z niemieckiej piersi mleko gęste i mętne, a ożywcze, i przerabiając je na płyn świetny, przejrzysty, jasny. W baronie niemieckim zgadzam się, że więcej rozumu, niż w księciu francuskim, niż w lordzie angielskim, ale nie więcej, niż w Lapradzie, niż w Leroux, niż w Sand! Umysłowość francuska stara się o głąb germańską, — przepaść germańska zaczyna porastać kwieciem i trawą francuską. Obu dobrze z tem. Duchy, dopóki odosobnione i sprzeczne, słabymi są, ale, gdy się zapoznają, pokochają, przepoją jedne drugiemi, wtedy ich prawdziwa zaczyna się potęga. Potęga wspólnej miłości.

Świat starożytny dopiero wtedy stanął na szczycie umysłowości swojej, gdy Rzym wszystkie zapoznał narody, gdy proroki hebrajskie, wschodnie teozofy, greckie sztukmistrze i mędrcy zeszli się duchami pod jeden portyk i ręce sobie podali na wskróś przez wieki i kraje. Wtedy uharmonizowały się przeciwne dążenia i uderzyła wszechzgody, wszechwykwitu godzina w starożytnym świecie, razem koniec jego i nowego początek, chrześcijaństwo. Ale jest coś dzisiaj na świecie, co może prześciga już dążeniem i duchem i francuskie i germańskie idee, słowiańska filozofia się podnosi, pełna zarazem wiary i rozumu, miłości i inteligencji. Ona to występuje przeciw sceptycyzmowi i panteizmowi germańskiemu i obali go. Jej zasadą fundamentalną jest, że Bóg nie oceanem rozlanego światła tylko, ale też i osobistością, o sobie wiedzącą, jednostką, wszystkiem rządzącą z góry swojego ja, i że człowiek także nie tylko odbiciem znikomem Boga, przemijającem, jak tchnienie, odpadającem w nicość, jak liść suchy od gałęzi w alpejskie przepaście, ale osobistością, jednostką nieśmiertelną, duchem, przerzynającym wieki wieków dwoma skrzydłami, duszą i ciałem, zsypującym z siebie i tę duszę i to ciało, ilekroć mu przychodzi umierać na to, by wdziać piękniejsze i silniejsze, ilekroć mu przychodzi odżyć!

Nie uwierzysz, ile dzieł w takim rodzaju wychodzi; jest ruch ogromny filozoficzno-religijny na łonie Słowiańszczyzny. Wszystko, o czem tylekroć mówiliśmy przy gwiazdach Koloseum, niezawodnie się wypracowywa i wyrabia, nie w jednym, ale w wielu nieśmiertelność ducha, osobistość Boga — oto dary, które ludzkiemu rodowi, które wątpiącej Europie przyniesie duch słowiański. Przypomnisz sobie, że znałaś człowieka, który o nich nigdy na chwilę nie zwątpił, gdy był czas, że wszyscy wątpili, i który Ci przepowiedział, że, nim pomrzemy, będą to prawdy nie tylko wiarą wierzone, ale dowodem dowiedzione, filozoficznie uznane, matematycznie pewne. Do tego dochodzi już zewsząd dążność tej filozofii, która, przejąwszy od niemieckiej doskonałą metodę logikowania, odrzuca wszystkie jej wnioski i rezultaty, po ich gruzach sama wyżej się wspina i otwiera przyszłości widnokręgi, dotąd nieznane.

Pogodzenie się wiary z rozumem, inteligencji z miłością, religii z nauką, nastąpi na słowiańskiej niwie. Prawdziwie odbędzie się tym sposobem zlew Ducha Św., który wytłumaczy wszystko i uwielbi wszystko. Lecz jak mówię, to się odbywa w wielu, w mnóstwie duchów, nie w jednym. Zewsząd do tego materiały znoszą, ale wszędzie to samo dążenie i jedna idea. Nawet wtedy, kiedy się sprzeczać zdają, kiedy jedni z drugich żartują lub krytykują się. Dziwnie to zastanawiający i przepyszny widok, znać w nim opatrzne rządy Boga! Kiedy godzina jakiej prawdy wielkiej bliska, zdawałoby się, że prawdziwie natchnienie o niej spływa w piersi oddychających ludzi przez powietrze, że każdemu liście i kwiaty polne szepcą o niej, że na falach rzek i strumieni ona płynie, że pomieszana z światłem słońca i z gwiazd światłem, na jawie i we śnie, wpaja się w głowy i serca! Oto strona boska dziejów wszelkiej idei. Znasz jej stronę ludzką, przekrzywienie, — głupstwo, — komiczność, fanatyzm! Więc dziś o nich mówić nie będę. Bóg bądź z Tobą i zawsze i wszędzie — wspominaj czasami tego, który sercem czuł przy Tobie tyle razy, żeś Ty i on nieśmiertelne duchy i wzywał na świadectwo gwiazd Kolizeum. Do obaczenia — do obaczenia. Stopy ściskam Ci.

Twój teraz i na wieki Z.

237. Do Delfiny Potockiej

1844 Warszawa 22-go grudnia

Najdroższa Dialy! „Kto ma, temu więcej jeszcze danem będzie, kto nie ma nic, temu wszystko odjętem”. Zastosuj te słowa do natury ducha, a zrozumiesz. Któż śród duchów ma co? Oto ten, który się wypracował, wyzasłużył, wyrobił na coś, ten, który wciąż siłą twórczą siebie stwarza dalej na podobieństwo Ojca niebieskiego. Więc, na tej drodze podwyższeń, on coraz bardziej i bardziej rośnie. Im więcej nazbierał, tem nazbierze więcej, co silniejszy, świętszy, płodniejszy, rozumniejszy, lepszy jest. Kto zaś nic nie ma, tj. wcale nigdy nic nie wyrobił z siebie, nie wypracował żadnej potęgi z serca swego, zgnił sam przez się, umarł przez brak woli, uczucia, pojęcia, temu i Pan nic nie da, temu i stopień, w którym jest, odjętym będzie, tj. że się niżej cofnąć musi, że w coś podobnego do nicestwa wpaść może, rozletargować się, więc i dar życia w nim uśpi się, zagasieniczy się! Oto słów tych głębokie, duchowe znaczenie. To prawo wieczne pochodzi z tego, że duchy wolnemi są, że muszą własnowolnie z bożą wolą się zgodzić, czyli, co wszystko jedno, z łaski bożej korzystać, bo wola boża tak już w sobie doskonałą i piękną, że dla nas łaskę stanowi. Otóż, jeśliś wolą korzystała z tej łaski, przystąpiła do niej czy tu, czy na gwieździe jakiej, czy jako człowiek, czy jako anioł, czy archanioł itd., tem Ci łatwiej wciąż do niej przystępować, z nią się we wszelkiem uczuciu, rozumie, czynie jednać i takim sposobem coraz wyższej nabywać potęgi. Im wyższą jesteś, tem jeszcze wyższą być możesz, im piękniejszą, tem jeszcze piękniejszą, a coraz bardziej, rozleglej, wspanialej, bo widnokręgi Twoje coraz rozemkniętsze, olbrzymiejsze. Cały postęp nieskończony ludzkości i światów wszystkich zawarty w tych słowiech Pana, w ziemskiem nawet, najniższem, najodleglejszem od właściwego znaczenia znaczeniu jeszcze się prawdzą. Weź cokolwiek na ziemi, potęgę polityczną, handlową, majątkową, co chcesz! Im więcej kto ma, tem z tego samego wypada, że więcej mieć może. — Rotschild zyska Ci miliony w jednym dniu na giełdzie, bo obraca ogromnemi kapitałami, które już pracą od lat wielu nabył. Praca wszelka, dodana do siebie, zmnożona przez siebie, staje się zasobem, fundamentem, podstawą. Imię świetne nabyte jest łatwością, której nie ma człowiek bez imienia, — on dopiero o takowe musi się starać. Piękność lica nawet jest potęgą, i stąd przychodzim do mniemania, że ona musi być nabytą, wyrobioną, przez zasługę życia przeszłego, innego! Na tem spoczywa idea metempsychozy wszelkiej! Ale dotąd ziemski świat rozdzielon od duchowego, od niebieskiego. Religii i Boga dotąd w handlu, w ekonomii politycznej, w rozdawnictwie i układzie bogactw nie znajdziesz, zatem nieraz szachraj ma więcej i może przez to jeszcze więcej mieć, niż poczciwy i ubogi. Jeszcze nie stało się na tej kuli pojednanie woli ludzkiej z bożą wolą w okręgach świata. Stąd tak na pozór razi nas i kaleczy to prawo wieczne, ogłoszone przez Chrystusa, a które jest naturą samą rzeczy. Nie prawo temu winne, nie logika boża, ale wola nasza, jeszcze dziecinna, co nie przystąpiła do wiekuistej woli i łaski. Gdyby i w rzeczach świeckich była religia, była wszech-przytomność i obecność boża, gdyby i handel, i bankierstwo, i wszystko podobne było kapłaństwem, było uważanem jako sakrament, wtedy ten tylko miałby więcej śród ludzi, kto by i miał więcej przed Bogiem, tj. duch wyższy moralnie, świętszy i piękniejszy posiadałby tem samem wyższą potęgę, więcej pieniędzy nawet, bo jedynie tylko miłosierdzie, rzetelność, sprawiedliwość, pomoc i usługa miłościwa, drugim wyświadczona, stałyby się celem handlu i podobnie wszędzie, w każdej sferze ludzkiej. Wtedy by to słowo Chrystusa i w ziemskiem swem znaczeniu już nas kaleczyć nie mogło. Wszak pojmujesz, Dialy moja? Nieraz dawniej to miejsce także i mnie ubodło, ironią mi się wydawało i byłoby niezawodnie nią, gdyby Bóg-człowiek był mówił tylko jako człowiek, ale on mówić także musiał jako Bóg, a zatem odsłaniać prawa, które czy tu, czy tam, na ziemi czy w niebie jednakowemi są, prawa wszelkiego postępu. Bez owego nie byłoby postępu żadnego nigdzie, praca żadna cielesna czy duszna nigdy by nic nie przyniosła. Weź najprostszą rzecz — ucz się czego: im pilniej się uczysz, tem więcej posiadasz przedmiotu, którego się uczysz, im więcej grasz, tem lepiej grasz na fortepianie! A skądinąd, im bardziej leniwiejesz, temeś leniwsza — tem zapominasz bardziej, coś umiała, i niezręczniejesz! Życie nigdy nie stoi: albo się wznosi, albo opada i cofa się. Niech Bóg Cię strzeże, moja Dialy! Unikaj czadu i źle opalanych kaplic, a módl się za mną, a módl, Dialy najdroższa. Do obaczenia!

Twój teraz i na wieki Z.

238. Do Augusta Cieszkowskiego

25 marca 1845, Warsz[awa]

Mój drogi Auguście! Dzięki Ci za wszystkie listy. Ostatni pani D. bardzo był pomieszany — czuła się chora mocno i w głębi ducha wzywała mnie. Głupim, żem się dał podbić chorobie i że teraz muszę się pasować z łóżkiem, które mnie nie puszcza.

27-go. Myślę, chyba chory będę, jak pies, wyruszyć stąd i do Ciebie prosto jechać. Jednak jeszcze Cię listem ostrzegę; potem zobaczymy, co mamy do uczynienia. Chciałbym Jerzego widzieć, choćby przez dzień, a potem do Wiednia, a stamtąd nie wiem gdzie, czy za Alpy, czy nad Ren. Ja wciąż myślę, że pani D. chora, coraz chorsza i że z Włoch nie ruszy. Bóg widzi, żem się tej zimy rozszarpał i rozgryzł nad wszelką miarę; już ciało teraz dziękuje za taką służbę i nie chce słuchać ducha.

Ściskam Cię z wszystkich mi pozostałych sił, Auguście, za Twoją dobroć i to, że chcesz ze mną razem jechać. Niech Bóg Ci odpłaci!

Tak mi spieszno być z Tobą, a znów tak mi trudno podnieść się i stanąć na nogi! Wycieńczyło się życie, nerwy, jak nicie pękające — myśl, jak gąsienica łażąca, bezskrzydlna — serce, jak czara, w której grynszpanu wiele. Co chcesz? Straszliwe bywają stany ducha! Eli, Eli, Lama Sabachtani417! Ściskam Cię raz jeszcze z serca całego.

Twój Zyg.

P. S. Eliza kazała mi koniecznie, bym od niej podziękował Tobie, że chcesz ze mną jechać — dopełniam rozkazu.

239. Do Adama Sołtana

Wierzenica, 1845, 21 kwietnia

Krótko będę pisał, a za zobaczeniem się, za dni kilka, długo będę mówił. Wiesz, żem przebył tygodni kilka z Marysią i żem syna Twego widział. Alfons jest najpoczciwszy, najszlachetniejszy człowiek, pragnie tylko tego, byś się do niego przeniósł i żył z Marysią razem418. Wiozę Ci rozmaite, przez Alfonsa zasięgnięte wiadomości u prawników, tyczące się tego, co księżna powinna uczynić, by zapewnić Marysi urzeczywistnienie swych chęci dla niej. Jadę przez Wiedeń, żeby Cię uściskać, żebyś przestał się gniewać na mnie za to, żem nie pisał przeszłego lata, i żeby księżnę, jeśli Bóg pozwoli, namówić do tych formalności, których interes Marysin wymaga. Wkrótce się uściskamy, mój drogi Adamie! Odmienionego na włosach zsiwiałych i twarzy zmarszczonej obaczysz, ale nie na sercu. Tymczasem o następną łaskę Cię upraszam, ale pod warunkiem, że, co kosztować Cię będzie, bez ceremonii mi powiesz za moim przyjazdem — inaczej wyrządziłbyś mi dolegliwą przykrość. Proszę Cię więc, Adamie, byś, zaopatrzon tu przyczepioną karteczką, odebrał z poczty wiedeńskiej wszystkie listy, których zapewnie niemało na mnie czeka, i u siebie je trzymał, bym zaraz za przyjazdem mógł do Ciebie polecieć i je przeczytać. W Lipsku będę koło ostatnich dni miesiąca, a u Ciebie koło pierwszych maja; skoro przybędę, zaraz do Tuchlauben 556 przylecę i uściskam Cię, od tak dawna myślą już tylko ściskanego. Proszę Cię, nikomu prócz księżnej nie wspominaj o mojem przybyciu, bo nie chcę nikogo widzieć; mam do tego ważne przyczyny. Los mi zdarzy tę ciągłą przyjemność, ten wygrany bilet na loterii, że ciągnę wszędzie za sobą kometowy ogon z komerażów ludzkich, aż mi już obrzydło wszystko, więc nikomu nic o mnie nie mów. Z Tobą się widzieć i narozmawiać chcę przez dni kilka. Mnie potrzeba spokoju i serca Twego, Adamie, a nic innego, bom chory i wcale nie wesół i nienawidzę ludzi.

Twój

August Cieszkowski, u którego w tej chwili bawię, każe się Twojej przypomnieć pamięci.

240. Do Augusta Cieszkowskiego

24 maja 1845, Nicea

Mój drogi Auguście! Od altenburskiej kolei przez wiele jużem przeszedł kolei (masz, co lubisz igranie słowami); smutno mi bardzo było z Tobą się rozdzielać, mój Ty dobry Auguście, taki arcy-dobry dla mnie zawsze! Ale teraz wziąłem nagrodę za to, żem się przemógł i wyruszył wtedy, choć zostać z Wami chciało serce. W Wiedniu siedziałem od 3-go do 14-go — w wieczór 14-go na kolej wsiadłem i jużem nie spoczął aż 20-go z rana tu. Snem mi były te wszystkie miasta włoskie — Verona, Mediolan, Genua — przelatywały i znikały. Jak farys, wśród nich pędziłem, tylko jak cywilizowany farys, bo w nowym koczu, kupionym w Wiedniu. Przepaść pod młynem Twoim ostatnią była odwagą i wygraną starego nieśmiertelnego. W Wiedniu rozsypał się, gdy go naprawić kazałem. Tak, jak stare ustawy, wiary, państwa, które na pozór jeszcze twardy żywot zaschły mają, póki ich nie dotkniesz, a gdy jaki kowal lub stelmach, nazwiskiem Ronge lub Czerski lub inaczej, chce je sprostować i podłatać, wnet w proch się rozpadają. Otóż powiadam Ci, te miasta włoskie, te jeziora, te morza, dawniej znane, teraz jak wspomnienie senne lecąc koło mnie dniem i nocą odprowadziły mnie aż do Nicei. I jak generał, pierwszy konsul Bonaparte, wymiarkował doskonale na dzień i godzinę, że, opuściwszy się św-tym Bernardem, zastanie wojsko g[enera]ła Melasa koło Marengo i tyły mu przetnie — tak mój geniusz prywatny odgadł, że w Nicei zastanę jeszcze cel mojej podróży419 i — zastałem, i jestem tu z nią, i kilka dni jeszcze przebędę. Mieszka w willi swojej, nie ozdobnej w „stropy złociste”, ale oblanej błękitami niebios i mórz, ale wonnej wonią pomarańczowych kwiatów, ale oświeconej wieczorami przez latające luciole. Bardzo smutna, bardzo sposągowana, bardzo chora na serce i przekonana, że początek anewryzmu ma. Jednak, co można było w niej wskrzesić życia, zdaje mi się, że wskrzesiłem moją przytomnością i przywiązaniem. Przynajmniej ma z kim płakać po matce, ma komu mówić o tej kochanej, straconej — wie, że serce, które jej słucha, nie jest jako inne wszystkie serca, które dotąd ją otaczały; a choć bardzo, bardzo znękana, bardzo zwątpiała, tyla nieszczęściami skamieniała, przekonanym, że nikt nie mógłby tyle ulgi jej przynieść, co ja, i że dobrze zrobiłem, bardzo dobrze, przyjeżdżając, że może tym przyjazdem i tym cichym tu z nią pobytem przyniosłem jej pierwszy raz w życiu rzeczywiste, prawdziwe dobra. Z tego przekonania i mnie lepiej, rzeźwiej, choć smutno bardzo, gdy patrzę na tę postać, znaną w pełni żywota, a teraz tak przełamaną pod ciosami losu, a jednak dumnie prostującą się pod niemi. Wszędzie tu cień matki jej za nami chodzi, po wszystkich tych ścieżkach. I dziesięć razy na dzień znać na pani D[elfi]nie, że duchem kona, choć chce walczyć z boleścią. Powtarzam, jeśli kiedy co dobrze zrobiłem i trafnie, to to, żem teraz tu przyjechał.

Pusta Nicea — nikogo a nikogo, — nawet de Mestry wyjechali do Turynu. Dzień cały siedzę w willi, to rozmawiam z nią o matce, o śmierci, o nieśmiertelności, to ją wyprowadzam na wolne i odżywcze powietrze, to znów czasem staram się ją dzieciństwami rozśmieszać, odrywać od rzeczywistości.

To wszystko, mój drogi, zachowaj sobie, nikomu o tem nie mów, nikomu, nawet G-łowi prorokowi. Gdyby do Księstwa przyjechał, bo podobno tam jedzie — pamiętaj, Auguście! — dla wszystkich niech będę kamieniem, wpadłym w wodę; powiedz, żem utopił się pod Twoim młynem — łatwo uwierzą. W Wiedniu wszystkim oświadczałem, że do Kissingen jadę. Jerzego, wyjeżdżając z Wiednia, prosiłem, by Tobie tylko doniósł, gdzie się zaganiam. Odpisz mi do Heidelberga poste restante, wyraźnie: poste restante, bo inaczej list przez sto rąk będzie przebrudzał się; niedługo tam będę.

A więc byłeś w Dreźnie z Jerzym; świadczyłeś przeciwko świadectwu plotkarskiemu R...! Dzięki Ci — tem zbawiłeś Jerzego, a mnie takżeś ważną przysługę wyświadczył. Mówiłem Ci, że Rogier przyjechał starać się o Kasię420 — i teraz wiem pewno przez Elizę, że tak jest.

Pani D. każe Tobie czule dziękować za listy Twoje i ciągłą o niej pamięć. Ja zaś jeszcze dziękuję za to, żeś mi wszystkie listy, i jej, i innych, wciąż płacił — a gniewam się dotąd za szampańskie w Köthen. Napisz, co zamyślasz robić i co robisz w Wierzenicy? Guano — irygacje itd. Napisz też co o małym. Św. Jan się zbliża — czy ząbki pokazują się wciąż małemu, czy też znikły? Wracając w auguście, będę przez Wierzenicę jechał, jeśli w niej będziesz. Teraz przez Turyn i Mon-Cenis ku Heidelbergowi, a potem po wypiciu kissingskich wód w Heidelbergu do Wildbad lub Hagi, jak przeszłego lata, na morskie kąpiele. Bóg Cię strzeż! Ściskam Cię z serca głębokiego.

Twój na zawsze Zyg.

Pisałem do Ciebie z Wiednia o pannie K. Pojedź, pojedź do Elizy! Wierz mi, Auguście, ja mam instynkt dobry dla tych, których ukochałem. Zaufaj instynktowi memu! Sercem wącham przyszłość. Ignasia nie było w Wiedniu — nikogo nie było, tylko w wigilię wyjazdu, wieczorem do domu wróciwszy, zastaję kartkę wizytową: Leo Graf Thun i ołówkiem poniżej te słowa: „Kochalby se seznati pana Krasinskeho421”, ale, żem wyjeżdżał, nie byłem u niego, tylko prosiłem Sołtana, by za mnie odwiedził go. Kopersztychy doszły; jeszcze i za nie winienem Ci coś, Ty, przekupujący mnie człowiecze!

241. Do Konstantego Gaszyńskiego

Nicea, 7 czerwca 1845

Odpisz mi, czy możesz, do Heidelberga poste restante, wtedy jeszcze może przed przybyciem poproszę Cię, byś na miesiąc gdzie najął parę stancyjek, np. na Champs-Elysées, tam koło Rond point, gdzie stał Jerzy, bo jeszcze lepiej wysiąść w gotowem mieszkaniu, niż do gospody. To wszystko tylko za pomocą Twojej dyskrecji udać się może, bo, gdyby się ktokolwiek dowiedział, to Crasne422 nie przybędzie. Jest tam teraz mnóstwo znajomych, jest towianizm, jest monarchizm, jest demokratyzm, jest co tylko komu się podoba! Mnie zaś nic z tego się nie podoba, bo zanadto dobrze wiem i głęboko czuję, żeśmy doszli do wigilii wielkiego czynu, wielkiego przesilenia, którego wszystkie znaki dają się rozpoznać na niwach naszych, koronnych i litewskich. To gdy się stanie, w tem oczywiście, że przepadną, zaginą, przeobrażą się, siłą samej natury wypadków wszystkie dzisiejsze stronnictwa; bo zawsze i wszędzie stronnictwa giną przez swoją jednostronność, wyłączność, fanatyzm, ślepotę, a rzecz sama, sam czyn pozostaje, niepodobny do tego, co każde z osobna marzyło, ale podobny do summy zbitej i skupionej ich wszystkich, na miazgę rozbitych. W czasie zaś, już bliskim końca i wypadku, stronnictwa to mają do siebie, że szaleją, twardnieją w swej dumie i zarozumiałości, stają się fanatycznemi nad miarę. W takiem usposobieniu ducha, bez chęci zaszkodzenia, ale przez samą ślepotę i wyłączność i namiętliwość gotowe zgubić człowieka, wydać go, rozkrzyczeć, czy chwaląc, czy ganiąc, czy uwielbieniem, czy potępieniem nadto głośnem z nóg go ściąć i ścieżkę zamknąć przed nim przyszłości. A potem pomnij na zgubny żywioł paplarstwa, rozlany po naszych piersiach! Pomnij, żeśmy z ludów najgadatliwszym, a że mamy do czynienia z ludem z ludów najskrytszym, najmilczniejszym. Zatem pojmiesz, Konstanty drogi, że Crasne nie może inaczej, jak za pomocą absolutnej Twej dyskrecji i absolutnego alibi przybyć uściskać Cię.

Odpisz o tej nowej negocjacji, co myślisz Ty i Twój deputat. Jeśli można, to zaraz dostań aktu potrzebnego i miej go w kieszeni, najlepiej do Bad-Baden dany paszport z Paryża Crasnowi. Do obaczenia; kilka kawałków nowych Ci się odda. Ściskam Cię serdecznie; skoro mi pomyślnie odpiszesz, dalsze Ci przyszlę moje zawiadomienia i prośby423.

242. Do Delfiny Potockiej

1845, 12 lipca

Najdroższa Dialy! Twój list z 9-go wczoraj odebran, w głęboką mnie wtrącił melancholię. Te 12 godzin samotnych zatrudnień, po których opadają Ci ręce, przedzwoniły po sercu mojem pogrzebnie, i płakać zacząłem. Czułem tak okropnie, że Ty sama, że Ty się rozdzierasz, męczysz, nudzisz, walczysz, a upadasz na duchu, i umrzeć mi się chciało, widząc, że nie przynoszę Ci pociechy więcej, że nie jestem Tobie podporą, że Ty nie czujesz mnie przy sobie wiecznie, że ledwo zniknę Ci z przed oczu, znikam i jako siła z duszy Twej. Takim pierwsze było wrażenie. Okrutnie smętne, bolesne nad miarę, tak dalece, że, co Ty mówisz, że czujesz wciąż, tj. niezdatność Twoją do niczego, właśnie to ja a nie co innego uczułem w tej chwili, — niezdatność moją w stosunku do Ciebie, niezdatność, nieużytek mój, jałowość w sprawieniu świąt jakichsiś lepszych duchowi Twemu, i ogarnęła mnie rozpacz szeroka, jakby krąg z mgły nicejskiej, pod którą więdnie kwiat i owoc umiera, aż w szpiku kości przejęciem się galwanicznem Twojej natury i tego, co w niej się dzieje, aż w miazdze mózgu uczułem Twój stan, Twoje zwątpienie, nudę, osamotniałość. I chciało mi się paść twarzą na ziemię i lizać kurz, prosząc Boga, by spuścił promień pociechy do Twego serca, bo, gdy konasz, i ja konam, gdy umrzesz i ja umrę na duchu! Nieraz wydaje mi się, że się staram Ciebie unieść przez powietrze nad przepaściami. Gdybyś się w nie stoczyła z objęcia idealnych skrzydeł moich, o, bądź pewna, Dialy, że i ja w przepaść bym się rzucił. Upadłbym za Tobą, ciężarem miłości na dół ciągnięty. Oto pierwsze wrażenie i wylanych łez cichych, niewidzianych przez nikogo, wiele. Ale potem rozjaśnił mi się duch i ujrzałem błękit wkoło Twej postaci i pojąłem, że Ty się mylisz, Dialy, twierdząc, iż nie masz czem się zająć i że nikomu na nic się nie przydajesz. Bóg świadkiem, mylisz się, aniele drogi mój!

O sobie nie będę mówił, bo powinnaś już wiedzieć i za żart tego nie uważać, żeś mojem życiem lub śmiercią moją. Masz wszystkie losy ducha mego i te, co za grobem, w rękach Twoich. Duch, choćby jednego człowieka, jest zawsze rzeczą nieskończonej, nieśmiertelnej wagi. Masz dwie siostry i jednego brata do poprawienia, do wykształcenia, do nakierowania, do zbawienia. Z nich Polki, z niego Polaka musisz uczynić, bo zbliżają się dni, w których Polska potrzebować będzie wszystkich córek i synów swych bez wyjątku, a znów oni Jej, gdyż bez Niej zostaną wygnańcami gorszymi niż ci, co przez wroga wygnani, wygnańcami przez własną matkę wyrzuconymi! Czy pojmujesz, jaki święty masz wtedy obowiązek oddania ich Polsce i znów przez to samo obudzenia w sercu Polski miłości ku nim i opieki nad nimi. — Wigilia, wigilia to już dnia, w którym nie na brak pracy i zatrudnienia, ale na naddatek trudów skarżyć się będziem. Rozwinie się i przed Tobą obszar działalności, do których, Dialy, duch Twój przygotowan. Nie, ni życia ni czasu nie straciłaś, skoroś przygotowana do pojęcia ważności tego dnia religijnej, historycznej, moralnej! Wierz mi, wielu go nie zrozumieją i zginą duchowo przez to. Lecz Ty z onych, którzy zrozumieją i żyć będą właśnie przez drugich i dla drugich. Tak, Dialy, masz przed sobą dwa niezmierzone błonia otwarte. Jedno, dobrych uczynków, drugie, pomysłów piękności. Sztuką władasz, dobrem możesz owładnąć, dobro możesz robić i zlewać na drugich, to namową, to przykładem, to czynami miłosierdzia i miłości. O tem wszystkiem pomówimy, i wskażę Ci anegdotyczniej, co byś mogła uczynić, co działać; dobrze, wskażę Ci grunt do kopania i przyniosę Ci znów rydel, jak w Nicei, z drzewa oliwnego. Co do mnie, wiarą moją gorącą, jak rozpalona stal, mocną, jak żelazo, to to, że nasze życia i zdarzenia tych życiów, tak ściśle powiązane razem, że Ty ani się dziś domyślasz, ile razy będziesz mogła mi pomagać, ratować mnie, podawać mi rękę czy duchownie, czy istotnie, materialnie. Widzisz, że nie próżne słowo Twoje: Lolo, choć wstrętnie, jedzie. Patrz, gdybyś oparła się była na zwątpieniu Twem jak na opoce i opuściła ręce, przesądzając o nieskuteczności rad Twoich, byłby on, nieporuszony, tak jak kamień, został siłą bezwładności przykuty do miejsca, a teraz jedzie.

Co do Natalii, to i powiem, że powinien by Lolo koniecznie ją z Włoch na brzegi Renu przeprowadzić do Chiliusa, koniecznie, a niechby potem wróciła do Nicei, kiedy Paryża nie lubi, ja nikomu Paryża radzić nie będę. Ale D.or niemiecki, oświecony i głęboki, niezbędny dla niej. Włosi — to zwierzęta w medycynie, Francuzi zaś o duchu w sztuce lekarskiej nic nie wiedzą. Empirycy, Doświadczyńscy, materialiści a wreszcie ignoranty, bo o Vichy tylko słyszeli, natur północnych, naszych, nie znają, leczą sposobami obrzydłemi naturom naszym, Niemcy zaś, osobliwie nadreńscy, wszystko znają i wiedzą. — Na środkowym punkcie wszechnauki i wszechdoświadczenia stoją. Widzą wciąż romański, germański i słowiański szczep, przesuwający się z chorobami swemi przed ich oczyma, Chilius niezawodnie genialnym jest lekarzem. Heidelberg by w niczem Natalii nie obraził. Katolickie są kościoły, powietrze dobre, cudna natura. Lolo powinien ją tu przywieść w septembrze, Chiliusowi pokazać, potem odprowadzić do Nicei. To jego psia powinność. Inaczej Natalia, coraz gorzej ślamazarniejąc, zostanie w kraju głupstwa medycznego i może tak się rozchoruje, że nic już jej ciała nie ocali, tem osobliwie znękanego, że mu duszę odebrali jezuity. Powiedz, chcesz, bym do niej list medyczny napisał, zalecając Chiliusa? Ale nic, cobym radził, nie udałoby się, bo ona mnie nie dowierza, jak zwykle opętani. Ty wbij to w głowę Lola. Niech on na to pracuje, a jeśli chcesz, to Ci napiszę rozprawkę o głębokiem głupstwie lekarzów włoskich, o świetle wysokiem niemieckich, którą wsuniesz w swój list. — Jeśli jej z okolic ischijskich i rzymskich nie wyprowadzicie, ona tam przepadnie na duszy i na ciele, bo to słaba z najsłabszych. Wody wciąż mi dobrze służą. Zmiłuj się, zacznij, ale pilnując się przepisu Siżysa, który żywcem od Chiliusa wzięty. Dotąd Greczynki tu nie ma. Dziękuję Ci, żeś nie dała jej listu, usprawiedliwiającego to, przy czem nie byłaś. Bóg tylko tak występować może, bo jest wszędzie. Rączki Ci całuję za Glawany, biedny pielgrzym się ucieszy. Spytaj się, proszę Cię, gdzie farby najlepsze, o farbę malachitową, tarty na proszek malachit i w oleju rozpuszczon. Dostanie tylko w Paryżu. Suchodolski mnie prosił, i kup mi z 15 lasek. Nie nudziłbym Cię temi komisami, gdybym dwóch celów nie miał: 1. zyskania czasu do bycia z Tobą, gdy będę tam; 2. dania Ci celu w przechadzkach do odbycia, przy piciu wód. Mark nie może mi się pomieścić w głowie. — Patrz, co to za puch-kobieta, kiedy w pozytywiźmie zasklepiona.

Pozytywizm jest zgubą kobiet, a niby ma być ich zbawieniem. Ideał tylko zbawia na wieki. Pozytywizm na dni parę tylko, a potem ruina. I to naturalnem, koniecznem, logicznem. Bo pozytywizm jest stanem rzeczy, nie zaś uczuciem serca, ni ideą ducha, trwa więc, dopóki trwa, trwać nie może wciąż, bo podstawy głębszej nie posiada, ale przyzwyczaja wciąż do mierności, odbiera duszy wrodzone westchnienia ku pięknemu i wzniosłemu. Cóż stąd, że, kiedy pęknie, lada błaznowi oddaje się kobieta, omylona optycznem sfałszowaniem perspektywy, bo jej delikatność źrenicy odjął pozytywizm! Wtedy, byleby na nerwach co zadrgnęło, choć nic w sercu, nic w głowie nie zadrgnie, już puszcza się zmierniona i skarłowaciała pozytywizmem za pozytywizmu szranki. Głupstwo, długo ssane, zabiera z sobą, a opuszcza ciasne pole, na którem głupstwo wystarczało. Leci na burzę, płynie w ocean, a siedzi na taborecie, z salonu zabranym. Nie dziw, że bałwany ją zaleją. To stanowi gęsiowatość kobiet na świecie, — rozepną skrzydła orle, ale nie wzlecą ku słońcu, owszem na dół lecą i dziwią się robakowi świecącemu (nie lucioli), odbitemu w kałuży, i to próchno adorują, bo w próchnie żyły od początku, bo nie miały wyobrażenia, co piękność, ideał, boży kształt światów, co miłość, ojczyzna, religia. Za miłość uważały brudy małżeństwa i zdawało im się, że Lamorala kochają. Za ojczyznę miały salon, lub kocz elegancki, lub szubkę sobolową, za religię kilka ceremonijek, których treści nie dochodziły. Co dziwnego, że im potem Mark się podoba, że płaczą za Markiem? Przecież Mark czystszy, w stosunku do Lamoralowej, niż Lamoral, bo się nie myje przy niej. Kocz ma może bardziej elegancki i może wolno-myśli, raczej wolno-gdyra o ceremonijkach, bo o nich zupełnie nic nie wie, zatem optycznie wyższy od Lamorala. Masa kobiet dotąd tak jest, a o mężczyznach Ty powiedz wszystko, co trzeba. O głupi i brudny świat! Padnijmy na kolana w pokorze i wdzięczności, bo przecież czujem się, bez próżności żadnej, wyższemi istoty od nich, a mogliśmy być, jak oni, gdyby Bóg nie był nas inaczej poprowadził. Do obaczenia, do obaczenia — do obaczenia. Rączki i nóżki owstęgowywam Ci pocałunkami.

Twój teraz i na wieki Z.

18-go z rana wyjeżdżamy, w St. Disier niech 19-go list zastanę od Ciebie. W kraju bardzo źle, głód i nędza okropna, — nowe prawa Jegomość wprowadza. Okropny kodeks karny, co moment za małe rzeczy po 500 kijów. Za lada doniesienie, że ktoś mówił przeciw rządowi, oskarżają go o zbrodnię zdrady stanu, a kara na to: śmierć lub Sybir; jeden świadek wystarcza. W gazecie kolońskiej wczoraj to wszystko było. Im gorzej, tem prędzej będzie, co będzie...

List, rzucony o 11-tej w nocy 16-go lipca 1845 roku.

Na miłość Boga, Dialy, błagam Cię, miej miarę, miara to godność, miara to piękność ducha. Nie miej się ku temu człowiekowi, jak Julietta, co skacze w łódkę Liona Lioni424, ale jak wzniosły chrześcijański duch, co mścić się nie chce, ale też nie myśli pomagać zbrodni. Jeszcze raz Ci powtarzam, inne biedaki, nie taki biedak, tam za Boga i Polskę zginęli, a kto wspomniał o nich? Miłowałaśże się nad nimi? Zmiłuj się, miej miarę! Bez miary nawet i szlachetności nie ma. Dialy, ja Ci dobrze, święcie, sumiennie radzę. Nie spiesz się do Wielkiego Księcia. Wierz mi, Kis[ielo]wa chce Cię wciągnąć, skompromitować, na sztych wydać, to wariatka i bez delikatności żadnej, bez czucia, bez pojęcia, o ile Tobie miara i godność potrzebna, konieczna w tym razie. Zresztą nie troszcz się tak o pana Mieczysława. Wierz mi, ma dobre łóżko i jadło w więzieniu. Dwa miliony jego są z nim. Szczególnie z Thurneyssenem się nie wdawaj, ni radź, co ma robić. Widzisz, to tak infamiczna sprawa, że ktokolwiek się z jakiegokolwiek boku jej dotknie, ten nie wyjdzie, ni czysty ni cały. Wierz memu przeczuciu, nie spiesz się, nie leć na oślep. Nie dorzucać mu kamienia, to kres najwyższy Twej szlachetności. Wszystko, co więcej, nie wznosi się w górę, ale owszem już z drugiej strony nazad idzie w dół. Czy Ty to rozumiesz? Czy Ty to czujesz? Chroń się wrażliwości Twojej. Listy tych bakkantek z zimną krwią czytaj, inaczej one Cię porwą na drogę, której później Ty będziesz żałowała, i ja też wraz z Tobą.

Lepiej, święciej, szlachetniej a zarazem rozsądniej matka by Ci radzić nie mogła. Nie pisz zbyt tkliwych listów do Olg i Zofii, bo świat cały je czytać będzie i komentarze robić. Czekaj aż zobaczysz się ze mną.

Piszę wieczorem, bo chcę, by jak najprędzej Cię doszło. Cały zgrypowany jestem, zdaje mi się jednak, że 18-go wyjadę. Kissingska woda zawsze z początku jest prawie chorobą. Trzeba chodzić przy niej, ale nie po deszczu, i trwać, a po dniach kilku lepiej Ci będzie. Lecz jeśli deszcz, to nie pij, bo tak się przeziębisz, jak ja. Co do wyprawy, to odpowiem Ci:

Gdym z Alp niedawno tak spadł gracko, tęgo,

I zwiódłszy wroga, wygrał pod Marengo,

Czemuż bym teraz, gdy znów w wojnę zagram,

Nie miał zwyciężyć cesarsko pod Wagram?

Nię lękaj się tylko! Bilecik Aleksandrowi oddaj! Do zobaczenia — do zobaczenia zapewnie 20-go popołudniu — najdalej zaś 21-go.

Twój teraz i na wieki Z.

243. Do żony

Haga, 1845, 3 augusta

Widziałem wczoraj coś tak pięknego, że muszę Ci o tem kilka słów napisać. Przyjechał tu malarz, Ary Scheffer sławny, ten sam, co zrobił Franceskę; zaprowadzono mnie do niego i obaczyłem obraz, który on królowi holenderskiemu sprzedaje: Monikę, nad brzegiem morza nawracającą do światła wiary chrześcijańskiej syna swego, jeszcze nie świętego, Augustyna. Dopiero wczoraj wróciłem i dowiedziałem się, co jest sztuka malarska; wprzód nie wiedziałem, bo przed żadnym obrazem nigdy mi łzy nie szły do oczu i dreszcz podziwu, uwielbienia, miłości, nie przeszywał pleców i piersi. Syn z ręką, złożoną na ręce matki, siedzi przy niej, niżej od niej, na brzegu morskim. Ona trochę wyżej, cała morza i powietrza błękitem oblana, na tle tego błękitu bez żadnej chmury, jakby spoczywająca na piersiach Ducha ś[więte]go. Jej twarz i oczy podniesione w nieskończoność. Wlepiona twarz... i oto nie żadna przesada, w twarz niczyją inną, jedno Boga, bo to znać na jej twarzy wyraźnie, i w tym wyrazie nic innego się nie odbija, jedno Bóg. — Jej lica, jej oczy stały się pod tym pędzlem cudownem zwierciadłem twarzy bożej, doskonałej piękności ducha. Darmo bym słowami opisywał tę miłość bez miary, to zupełne stopienie się z bóstwem, to szczęście pojednania już duszy ludzkiej ze wszechmocnością, które stanowi piętno twarzy tej; mojem zdaniem ideał Rafaela niższy od tego ideału, i trzeba było 2 000 lat po Chrystusie, by tak wgłębić się, wprzepaścić się, że tak powiem, w całą głąb chrześcijańskiego uczucia, w tę otchłań rajskich uniesień i pokoju niebieskiego zarazem, która stanowi zlanie się serca stworzonego z nieskończonem, kochającej ziemskiej istoty z ukochanym niebieskim Wszechduchem. Nic bardziej miłością i zachwytem tchnącego nie widziałem, nie obaczę już — i ten obraz przez całe życie stać będzie koło mnie. Gdym patrzał na tę twarz matki, syna za sobą ciągnącą do niebios, na tę twarz, już niemłodą, niekwitnącą, a tak odmłodniałą przez uczucie, tak rozwitą, jak słońce błogości, przez zetknięcie się z boskiemi promieniami, na tę twarz, tak zupełnie duchową, że w niej piękności śladu nie pozostało, tylko rys każdy czoła, oczy, usta, włosy, wszystko, wszystko, zdaje się w niebo wstępować, choć stoi na miejscu, płynąć do Boga, choć się nie rusza, całe niebo na sobie nosić w odbiciu, choć nic prócz niej samej nie ma na obrazie — gdym patrzał na to, uczułem smutek, że nie widzisz tego arcydzieła, bo więcej, niż moje, niż czyjekolwiek słowa na ziemi ono by Ci powiedziało, co duch, co Pan, co piękność wiekuista na ziemi. Błazny, co wyrzekli, że wiek nasz bez ideału! Idealniejszego nic nigdy w przeszłości nie było, i Rafael materialistą przy tem. Dziś mi już lepiej; może mi pomogła ta piękność, bo dla mnie piękność, to zbawienie. Chciałem Ci tylko to napisać; wczoraj pisałem o innych rzeczach. Niech Bóg Cię strzeże!

Twój Z.

244. Do Delfiny Potockiej

1845, Builar, 23-go augusta425 z rana

Najdroższa, najdroższa moja Dialy! Chcę, droga, byś miała wyobrażenie ruchu tego niemiecko-katolickiego (tak się sami przezwali), który przez Czerskiego i Ronge426 poczęty, tj. raczej objawiony dotykalnie, (gdyż poczęty był w umysłach od dawna i popierany co dzień nadużyciami jezuitów), teraz coraz bardziej się rozszerza, wszystkie miasta niemieckie napełnia i, mieszając się do polityki, przywiódł do tego, co się stało w Lipsku. Zupełnie to to samo, co w Szwajcarii, co we Francji, co w Towiańszczyźnie, oburzenie przeciwko jezuitom, przeciwko martwej literze. Dążenie do podstawienia jej ducha żywego, konieczne przedsięwzięcie, by religia nie była, jak dotąd, oddzielona od polityki, i by księża stali się obywatelami działającymi, czynnymi, zwołującymi meetingi ludowe i przez te meetingi obieranymi, jak niegdyś w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. W sferze hierarchii duchownej zupełnie to samo przejście, jak w sferze wyobrażeń politycznych od monarchii absolutnej Ludwika XIV do 89-go roku. Masz tu wyznanie wiary tych niemiecko-katolików, złożone i objawione w Schneidemühl — podobne zupełnie do nicejskiego Wierzę w Ojca itd. z następującemi jednak różnicami: opuścili pod Duchem św. „wierzę w obcowanie świętych” — opuścili najszerszy, najpiękniejszy, najwspanialszy, najbardziej humanitarny dogmat Kościoła rzymskiego, bo na nim zasadza się jedność światów wszystkich, jedność wiążąca umarłych z żywymi, jedność czyniąca, że umarłych zasługi wpływają na losy żywych. Towiańszczyzna to utrzymała owszem i bardzo się nad tem rozwiodła, lecz oni opuścili, czemu, łatwo się domyśleć, bo na tej zasadzie oparte były wszystkie nadużycia papieskich indulgencji, które spowodowały Lutra reformę i protestantów dotąd oburzają, więc, dążąc do przyciągnięcia do siebie protestantów wszystkich, ten punkt odrzucili. — W tem znakomitego dopuścili się głupstwa jako rozum, bezsercowatości jako uczucie. Wszystkie 7 sakramentów przyznają, tylko w sakramencie pokuty nie chcą mieć spowiedzi usznej; przytomność rzeczywistą ciała i krwi Pańskiej wyznają, ale wzorem husytów chcą, by lud, jak ksiądz, pod obiema postaciami Pana przyjmował. Dalej, czyśćca według nauki rzymskiej nie przypuszczają, ale wnet dodają: „Ale wierzym, że znajdzie się w domu Ojca naszego niebieskiego wiele mieszkań, zarazem wiele stopni, wiodących następnie do doskonałego widzenia Boga”. O piekle ani wzmianki, zatem czyściec i piekło już tem samem przemienione w owe stopniowe pomieszkania, których wiele w domu Ojca niebieskiego. Stąd do metempsychozy uznania i pół-kroku nie masz. To im się udało. Dalej, jak obaczysz, twierdzą, iż modlitwy żywych mogą się zdać umarłym, bo: „wyznajem, iż ci, którzy nie zasłużyli na ziemi na zupełne zaraz po śmierci oglądanie Boga, będą musieli przejść przez te wszystkie stopnie, wspomniane wyżej”. Lecz zarazem dodają, iż umarłych modlitwy nie mają żadnego wpływu na żywych, czyli po drugi raz w tem miejscu niszczą dogmat obcowania świętych i najwyższe głupstwo bredzą, bo, jeśli my, żywi, niedoskonali i ułomni, możem prosić za umarłych, czemuż by umarli, choć jeszcze nie doszli do widzenia Boga, nie mogli prosić za nas i za ludzkość, w końcu czemuż by ci, co doszli do Boga, nie mogli sobie nas przypomnieć u stóp Jego i kochać nas i prosić za nas. Ten, za którego ja mogę się modlić, może się i za mnie, bo modlitwa, to spotkanie się rozdzielonych we wspólnym pozostałym im środku słonecznym, w sercu Boga, i na tem właśnie miłość wspólna światów wszystkich zależy! Co zaś do urządzenia świeckiego duchownej hierarchii, żądają zupełnego oderwania się od biskupa Romy, zgromadzeń ludu ciągłych i obioru na nich księży i biskupów, a od tych księży i biskupów, przez lud obranych, żądają, by wychowywali lud do coraz wyższych celów, by zrozumieli, co tryumf Chrystusa na ziemi, co Królestwo Boże, co narodowość wielka niemiecka, by stali się przewodnikami narodu swojego do bram przyszłości, słowem, żądają, by dopełnili wszystkiego, czego Quinet się domyśla i chce, co twierdzi, że żołnierze Rzeczypospolitej apostołowali i wybagnetowali po świecie. We Francji żołnierz to uczynił, dopełnił, w Niemczech ksiądz, kapłan prawdziwy, ma tego się podjąć i to dopełnić bez rozlania krwi. W tem najlepiej odbita różnica duchów obu tych narodów, francuskiego i niemieckiego. W Niemczech naturalnie, że to się podobało niezmiernie. Wzywanie do zgromadzeń, mających obierać księży swych i takich księży, z których każden ma być według tego pojęcia O’Connellem, poruszyło wszystkie umysły. Mnóstwo katolików i protestantów na tę wiarę przechodzi, bo ta wiara niesie z sobą ich życzeń wszystkich, życzeń, wspólnych i katolikom i protestantom, dopełnienie! Ta wiara jednoczy religię z polityką, każe księżom, by obywatelami i trybunami się stali, by przestali brać pieniądze za msze, chrzty, pogrzeby, itd., itd., by się utrzymywali tylko ze składek, by mowy miewali do zgromadzonego ludu, jak w Irlandii O’Connell, by się zawsze trzymali strony postępu i wszelkim sposobem walczyli despotyzm i jezuityzm! A cóż to wszystko, jeśli nie dążenie wieku, wpojone w religię? Dlatego to Ronge i Czerski, choć słabe indywidualności, stali się bohaterami, noszonymi na rękach tysiąców, i w ich imieniu już zaczynają się bunty, hałasy, ruchy rozmaite, których końca trudno się domyślić. Cała rzecz Lipska z tego poszła. Książę Jan wychowuje dzieci swe u jezuitów, sam strasznie ich kocha. Rząd saski niedawno, za jego wpływem, zakazał zgromadzeń nowokatolicznych. Wtem książę Jan na przegląd wojska przybywa 12-go au-gusta do Lipska, wieczorem serenadę mu lud daje, 30 000 ludzi na plac przed jego mieszkaniem się zgromadza, zaczynają muzykę, — wtem ta muzyka niby na cześć jego się przerywa, jednym głosem te 30 000 zaczynają śpiewać Lutra pieśń, podobno tę, co w Hugonotach. Żeby byli przestali na tem muzycznem ducha swego oświadczeniu, nic by złego nie było, ale niektórzy, śród śpiewu tego tysiąców, zaczęli szyby pałacu tłuc kamieniami. Wtedy to do nich strzelono, 9-ciu zabito, wielu rannych padło, a w nocy książę uciekł do Drezna. Całe miasto odprowadziło te 9 trumien na cmentarz, — i dotąd trwa wielkie poruszenie w niem, nie tylko w nim, ale w Prusiech całych. Rząd zakazał Rongemu i Czerskiemu ruszać się z wyznaczonego każdemu z nich miejsca. Zatem widzisz, jak ściśle ta reforma religijna złączona z politycznemi myślami i ruchami. Powtarzam Ci, zupełnie to samo, jak to, co się dzieje we Francji i Szwajcarii przeciw jezuitom. Najumiarkowaniej dzieje się we Francji, bo tylko mocą słowa, najszaleniej w Szwajcarii, bo mocą karabinów i mordu, średnio w Niemczech, bo dotąd mocą reformy religijnej, ale przyjść może do ruchów niemałych. Cóż tymczasem Roma i jezuici czynią, by się ratować? Rząd papieski spodziewa się nowego wylądawania koło Ancony Giovine Italia i znów gotuje sądy, galery, rusztowania i rozstrzały — w Lucernie Padri nie myślą ustępować, w Niemczech grzmią klątwy i ekskomunikacje przeciw rongistom, i starań pełno jezuickich, by rządy zakazały im wolności obrzędów! Nie tak, nie tak działa, kto zwyciężyć ma, nie takiemi sposoby się zwycięża. Duch, wiara, miłość zwyciężają, ale nie opór i zaślepienie i okrucieństwo. Wszędzie, wszędzie dwa te stronnictwa gotują się do boju. Żadne z nich całej prawdy nie ma. Prawda wyżej, prawda zstąpi, gdy one się wysilą i przesilą w nadchodzącej walce. Smutno, smutno mi nad światem, co się zbiera do boju.

Zapomniałem jeszcze o dwóch punktach rongowego wyznania. Ogłasza bezżenność księży za podstawę najgłębszego ich zepsucia, żąda ich żenności, po wtóre wygluzowania języka łacińskiego, niezrozumiałego ludom, i przyjęcia języka niemieckiego i innych narodowych do obrzędów religijnych. Chce, by się Powszechny Kościół składał z narodowych kościołów. W czem jest słaby i stronny, to w ciągiem krzyczeniu na wszystkich papieżów, jakby niektórzy z nich nie byli świata ocalili. To samo republikanie czynią, gdy krzyczą na Napoleona. — Jednostronność, a ona wszystko psuje i gubi!

245. Do Delfiny Potockiej

Halla, 24 augusta 1845

Jeszczem w Gotha dostał innych broszurek nowokatolickich, i z nich kilka nowych szczegółów Ci przytoczę. W dalszym rozwoju rzeczy uznali tylko dwa sakramenta, chrztu i ciała i krwi Pańskiej, za rzeczywiste sakramenta, wszystkie zaś inne za symboliczne tylko znaki, nie zawierające żadnej siły nadnaturalnej, ale potrzebne do obrzędu Kościoła. Takim sposobem wszystkie zachowali, te pięć pozostałe, jako ceremonie. Co mówią o małżeństwie, Ci przesyłam, bo tam kilka myśli pięknych; usznej spowiedzi nie nakazują, jako nakaz ją odrzucają, dodając jednak, że, kto chce tak grzechy wyznawać przed kapłanem, niech czyni, i mówią, że tem daje piękny przykład pokory chrześcijańskiej. Uznają za rzecz naturalną, godziwą, dobrą, używać imienia świętych jako wspomnienia wielkich duchów, ale za pogańską, czcić ich jako bogów. Relikwie tyle zachowują wartości, co pozostałe nam przedmioty po drogich osobach, lecz pogańską rzeczą wierzyć, że same przez się mają moc cudowną. Przy spowiedzi nie zewnętrzna moc księdza rozgrzesza, ale własny, wewnętrzny, wzbudzony żal. Przyjmujący Przenajświętszy Sakrament: amalgamiert sich mit dem Herrn nicht körperlich, sondern indentificiert sich mit Ihm geistig427. Nie idzie im już o to, by była hierarchia księży, von Priestern, ale żeby cały lud chrześcijański stał się priesterlich428. Zatem każda gmina obiera radę z starszych złożoną, presbyterowie pierwszych wieków, bo po grecku presbyteros znaczy „starszy”. Zarazem gmina obiera sobie kapłana, którego nazywają Duszostróżem, Seelsorger! On chrzci, bierzmuje, poślubia, namaszcza ostatniem pomazaniem itd., itd. Starsi ostrzegają go, jeśli źle się prowadzi, i upominają. On i starsi radzą z gminą o religijnych potrzebach, układają obrzędy itd., itd. On żyje ze składek gminy, a za obrzędy i msze, i sakramentów udzielenie nic nie bierze na to, by „rzemiosłem przestało być kapłaństwo”. Widzisz z tego wszystkiego, że co do dogmatu poszli średnią drogą między katolickiemi a protestanckiemi. Wiele zachowali z katolickich, a od protestantów wzięli odrzucenie papieża i uznanie pisma świętego za podstawę wszelkiej wiary. Tak jeszcze mówią: „Jedynym naszym Panem uznajemy tylko Jezusa Chrystusa i na ziemi zastępcę Jego, Ducha Świętego”. W innem miejscu głośno wyznanie wiary z ołtarza przez Rongiego czytane zawiera następujące słowa: „Wierzym w panowanie Ducha św. na ziemi”. Oto wszystko, com mógł tylko nagromadzić Ci o tej nowej reformie katolickiej, która zrazu wyglądała mnie na nic nie znaczącą i nikłą, ale która teraz coraz bardziej się rozplenia i, osobliwie poparta swą demokratyczną formą, może wydać skutki niepowszednie i rozłożyste. Jezuici najwięcej się przyłożyli do jej obudzenia niesłychanem zaślepieniem i ujarzmianiem coraz cięższem ducha w niższem, katolickiem duchowieństwie. Czyś nie uważała, droga Dialy, jak w Perezie Migneta429 charakter Filipa II-go i czyny jego w Arragonie podobne do charakteru Ferdynanda V i do czynów jego w Tunis. Takie same najście Arragonu, taka sama amnestia, złożona z samych wyjątków itd., itd. Perez zaś sam trochę do Jegomości podobny, wszak prawda? Jegomość pokłócon z Filipem II, uciekający od niego, po zamordowaniu Escovada z jego rozkazu. Chciałbym był to własnemi oczyma oglądać.

Otóż wczoraj rano z Butlar, dziś rano z Halli piszę do Ciebie, a przybyłem za późno na kolej żelazną, muszę czekać do jutra do 7-mej z rana, o 12-tej będę w Berlinie, i do Wierzenicy zaraz wyruszę. Lipsk ominąłem. Zmęczonym strasznie podróżą; już to szósta noc od Bouderot, przebyta w koczu. Znów biednemu Janowi nogi popuchły. A Ty gdzie? Co Ty robisz, Dialy? Ty pewno w Dieppe teraz! O Boże mój! Boże mój! Niedawno tak razem, a dziś tak daleko nam do nas! Dziwna to rzecz ta przestrzeń! O moja Dialy, moja Ty najdroższa, żebyś Ty wiedziała, ileś mi szczęścia wpoiła do serca tym listem Twoim zawczorajszym. — Jak Quinet mówi, że rządca powinien dać się en pature spirituelle430 rządzonym, tak ja bym chciał Tobie się dać, chciałbym, by duch Twój pożarł ducha mego, wszystko moje, byleby Tobie było spokojniej i lżej, i mniej łzawo, i nie tak to serce Twoje chorobnie uderzało. Na wszystkie strony modlę o Ciebie do Boga, do ducha matki Twojej, do Ciebie samej. Moja droga, najdroższa Didysz, czy Ty się nie znudzisz piciem tej wody, czy nie za mało jej wypijesz? Dotrwaj, jeśli skutek dobry, jeśli nie czujesz pogorszonego stanu kongestii sercowych. Wszystko będę czynił, by jak najprędzej być znowu z Tobą. Mnie życia ni spokoju nie ma, gdy nie z Tobą. Wszystkie moje umysłowe potęgi zdychają, a w sercu, w sercu taki brak, taka tęsknota, taka bojaźń, by się Tobie co złego nie stało! Do obaczenia, do obaczenia, do obaczenia, o Ty najdroższa, Ty. Mógłbym się podpisywać Tobie nie „Zygmunt Twój” ale „Twoja św. Teresa”, bo czuję, że tak ogromnie, tak wiecznie, tak nieskończenie Cię kocham. Niechbym tylko mógł przynieść Ci spokój i pociechę. — Ręce i stopy Twe całuję i zarazem włosy Twoje, które mam przy sobie. Do obaczenia.

Twój teraz i na wieki Zyg.

246. Do Delfiny Potockiej

1845, Opinogóra, 4 septembra

Najdroższa, najdroższa Ty, Dialy moja! Od kiedym tu przyjechał, wciąż chory jestem, wciąż z migreną. Pókim był z Tobą, ilekroć wieczorem odchodziłem i przychodziłem do siebie, prosiłem się nocy, by prędzej przeszła, by ranek prędzej zawitał, by znów wstać i żyć — bo życie było dobrem. Teraz, gdy się kładę, proszę się nocy, by długą, długą była, by światło nie za wcześnie mnie w oczy przyszło zadrasnąć, bo kaleczy mi źrenice. Taka to różnica, i różnica konieczna, różnica wewnętrzna, różnica fatalna, mojego istnienia tamecznego i tutecznego. — Tam, gdzie Ty, to moje super-naturalne, zaświatowe życie, jakby powiedział Trentowius, a tu to moje naturalne, ziemskie, światowe. Więc melancholia już staje u progu ducha mego, u progu tej świątyni, co tyla ogniami i lampami i pochodniami jarzyła, dopóki z Tobą i przy Tobie. Więc i ciało zaraz moje zaczyna z sił wszelkich opadać, bo ciało moje, jak roślina „Sensitiva”, tkliwa na wszystkie ducha mego zmiany i koleje, i nigdy nie słabnę prawdziwie, jedno przez ból lub odrętwienie poczęte w duchu. To wszystko zawiera się w jednem słowie tem: „kocham Ciebie”, ale dość o sobie mówić, Ty wiesz, kto ja i co we mnie. Ty wiesz, że dwóch jest na ziemi, dwóch mnie. Jeden ten, co przy Tobie, żywy duch, drugi ten, co nie przy Tobie, martwa litera tego ducha żywego! Żywy człowiek jeden — drugi umarły — raczej umierający wiecznie, ale dość powtarzam, dość o tem, bo przed Tobą rozwodzić się mnie nie trzeba z bolami śmierci mojej. — Tobie tylko chciałbym przynosić życia mojego uniesienie, moc, prawdę i światło, jeśli światłem wykwita życie we mnie, a myślę, że wykwita, gdy się w Twojej przytomności rozradowywa. Ale to pewno, że mało kto na ziemi przechodzi przez te same koleje, co ja, mało kto tyle w głębiach samych swej istoty cierpi, mało kto tyle kocha. Czemuż św. Teresa tyle mnie zachwyciła, uniosła, zajęła? Oto dlatego, że stan jej ducha przypomniał mi wiele stanów mojego, i że siła jej uczucia pokrewnie się odbiła w sile mojego. Gdyby była szczęśliwą i spokojną w swej nieskończonej, boskiej miłości, żadnego by na mnie wrażenia nie wywarła. Zostawiłbym ją śród grona aniołów, ale że powieść jej boskiego serca, tyle ludzka, a anielska zarazem, tyle rozdarta, rozerwana, tyle pokrajana na przepaści i szczyty w świetle kąpane, tyle słowem podobna do życia mojego, dlatego to, dlatego prawdem żywą uczuł, gdym ją czytał i ukochałem wspomnienie świętej przez pewien rodzaj samolubstwa. — Do darowania samolubstwo, bo oparte na wspólności dwóch niesamolubnych uczuć, nieskończoności ukochania i w pewnych chwilach nieskończoności bolu, tak jak znów w pewnych nieskończoności szczęścia i żywotnych uniesień! Opowiedziała mi święta w swoich medytacjach to, co ja doznał i co doznaję. Wieki nas rozdzielają, a duchy nasze tak samo czuły, a to właśnie, co najsilniej uderza w dziele jakimkolwiek pióra człowieczego na serce czytelnika, gdy się serce odnajduje żywe w sercu, co z tego planety zniknęło. Gdy w umarłych głoskach uczuwa własne uderzenia, wtedy uznaje jakieś braterstwo rodu ludzkiego przez wszystkie czasy i miejsca, na przekór czasowi i przestrzeni, wtedy rozumie, co obcowanie świętych, co związek umarłych z żywymi, co magnetyczna spójnia, łącząca wszystkie duchy razem. Że Ciebie kocham, pojąłem św. Teresę — a św. Teresa wywarła na mnie wrażenie, bo wiele kochała, bo kochała ideał wieczną, nieznikomą miłością. Gdybym ja Ciebie znikomą, czasową kochał, nie byłbym zadrgnął, jak harfa, trącona niewidzialnym powiewem, na głos świętej. Byłbym powiedział: „Wariatka”, jak wielu czytelników, — lub: „Nie rozumiem” jak wielu innych, — lub: „To zapewne tylko Boga, przez łaskę osobliwą, tak się kocha i to super-naturalna rzecz”, jak wielu suchych, ślepych ortodoksów. Lecz ja nic z tego wszystkiego nie powiedziałem — jam tylko to powiedział sobie: „Tak duch kocha, — nie, inaczej, — i ona kochała”.

5 septembra, Opinogóra. Mam list Twój z 26-go z Dieppe. Przewidywałem wszystkie przykrości, które spotkać Cię miały w tem miejscu i tak się stało, jakom widział okiem serca, że się stanie. Na teraz Luszę zostaw, opamiętają ją nie słowa, nie rady, ale wyniki rzeczywiste z własnych jej czynów, i przyjdzie chwilka, gdzie w Twojej duszy będzie szukała ratunku. Błagam Cię, Dialy najdroższa, skup całą siłę swoją, wolą, tym balsamem na nerwy, spokój nerwy i powstrzymaj od zapadnięcia na nowo w tę przepaść, w której widziałem Cię, gdym przybył do Nicei. O moja Dialy, moja Dialy, pamiętaj, że życie Twoje to życie moje, że rozum Twój to rozum mój, że nerwy Twoje to nie Twoje tylko, to i moje, że melancholia w Tobie, to śmierć wieczna we mnie. Dbaj o tego ducha, przypiętego do Ciebie, który się mną zowie. Zmiłuj się, najdroższa Ty, nie giń znowu ciałem i duszą. Ah! Dialy, Dialy, żebyś Ty wiedziała, ile sił potrzeba na oparcie się, na wytrzymanie, na wywalczenie, na ciągnienie dalej życia. Są męskiego życia także okręgi, w których olbrzymem siły być potrzeba. — O Dialy, Dialy moja najdroższa, proszę Cię i błagam, staraj się być silną, wkrótce się zobaczymy, ale siła nie tylko na teraz się przyda, przyda się na wszystką resztę żywota. Nie giń mi, nie zapadaj fizycznie, o moja, moja Ty, moja! Słów nie mogę dobrać, słów nie mam. To, co chciałbym w Ciebie wrazić, żadnemi słowy nie da się wyrazić. Kiedy mówisz, że dziwi Cię i cieszy zarazem, że wpół umarła Dysz może jeszcze być życiem mojem, nie wiesz, co mówisz! Czemu to Ciebie dziwi? Czyż nie wiesz, czyż nie czujesz, że kocham Ciebie, czyż w tem słowie świętem nie wszystko zawarte? Czyż to nie sakrament ducha, dziwne i cudowne łaski zlewający w tajemniczości swej na ducha, w którym się odbywa? Nie, Ty dla mnie nie jesteś wpół-umarła, — Tyś dla mnie życiem i sprężyną życia, bo chciałbym umrzeć na to, byś żyła. Więc Ty, która możesz takie żądanie, taką chęć, taką wolę we mnie obudzić, czyż tem samem nie obudzasz najszczytniejszych potęg życia, a kto budzi w kim życie, ten życiem temu. Nie dziw się, o Dialy, ale kochaj mnie, a kochając myśl, że moja moc, inteligencja, wytrwałość, odwaga od Ciebie zależą, żem niczem, gdy Tobie niedobrze, wszystkiem, gdy myślę, żem choć trochę Ci dobra przyniósł. O, kocham Ciebie, Dialy!

Ten list zawiezie do Warszawy i zaraz na pocztę odda Eliza, która jutro do matki wyjeżdża. Ja tu jeszcze z parę dni z ojcem się zostanę, potem do Warszawy, gdzie będę aż do wyjazdu Elizy, który zapewne za dni 10 lub 12 nastąpi. Już zawczoraj Ci pisałem, jaki jej zamiar: jeśli czas nie nazbyt zimny jej pozwoli, to przez Heidelberg i Darmsztad pojedzie, wtedy by mogła z Tobą razem do Nicei, ale ona się spieszy, bo się tak lęka o zimno dla dziecka i niepogodną porę, że ten strach w rodzaj monomanii w niej się przemienia. Wydaje się jej, że już mróz na świecie i że w oktobrze już zima nad Renem i w Darmsztadzie jest. Proszę Cię zatem, moja najdroższa Dialy, każ ojcu „Moniki431”, by się spieszył, skoro wrócisz do 38, i jeśli Elizę ujrzysz, to, proszę Cię, z ojcem tym ją zapoznaj; ona mu powie, że właśnie to dla niej obraz, przez brata wyproszony. Ja, po wyjeździe Elizy, pojadę na Litwę i do Rodnia, potem wrócę do Warszawy i albo sam, albo z ojcem wyjadę ku Nicei. Zapewne w drodze z nim się rozdzielę, bo on do kuzynka pojedzie, a ja prosto. Tak dotąd stoją zamiary — ale wiesz, co to ludzkie zamiary. Z Tapanowiczem432 z Hieronima Patur. bardzo źle jesteśmy, szczególnie Gen[er]ał Ornano, — tak mi piszą z Wiednia, to tak Ci mówię nawiasem, bo mi teraz list z Wiednia przynieśli. Wracam do zamiarów, myślę, że się udadzą bez przeszkód, i że znajdę fundusze potrzebne. Zatem byś obaczyła naprzód Elizę, jeśli byś z nią chciała spotkać się nad Renem i dalej zstąpić z nią ku Nicei. Jana jej daję. Skoro przybędę do Warszawy, skoro, jak Hegel mówi, owładnę stanowiskiem całem tego położenia, tj. się dowiem, skąd wezmę funduszów na drogę, czy pojazd skończony, czy paszport otrzymany, będę dzień w dzień Ci donosił, co się dzieje, i kiedy ona i jak, którędy wyjeżdża. Spotkanie się z Tobą, ku któremu ona się garnie, byłoby dla niej ratunkiem w tej drodze, i może dla Ciebie także byłoby lepiej towarzystwo mieć, niż samej jechać tą drogą smętku. Nikomu, proszę Cię, i Eliza Cię prosi bardzo, byś o tem nie wspominała nikomu.

Bogu Wszechmogącemu Cię powierzam, znów mam Twój rewers w pularesie. Hipotekę Ci posłałem. Eliza, nie zrozumiawszy mojego listu, rewersów kopię Ci posłała, zamiast hipoteki. Pomyłka, nic więcej, posłała Ci kopię tego, co już masz w swoim biuwarze z tasiemkami. Pamiętaj Monikarza spieszyć, pamiętaj, bo za ten obraz odstąpiłbym lat wiele życia mojego. Te, które by mnie pozostały, potrójnie silnie bym przeżył z tym obrazem. Ręce i stopy Twe całuję i łzami serca oblewam. Do obaczenia, do obaczenia.

Twój teraz i na wieki Zyg.

247. Do Delfiny Potockiej

1845, Opinogóra, 6 septembra

Najdroższa Dialy, najdroższa moja! Eliza wczoraj w wieczór o 10-tej wraz z Aleksandryną i małym wyjechały do Warszawy, przy ogromnym komecie, świecącym, jak biała mara, śród czarnych chmur. Ja tu zostałem przy ojcu. Biedny ojciec. Zapada czasem w melancholie głębokie i rozmowami swemi przypomina mi rozmowy, którem miał nieraz w Nicei z tą ukochaną, która odeszła od nas. Wczoraj przez półtorej godziny przynajmniej mówił ze mną o nieśmiertelności ducha, rozmaite przypuszczenia i domysły przywodząc o innych światach i innem życiu. Jam mu dowodził, co zwykle, że nigdy nie spoczniemy w Bogu, ale coraz wyżej, dalej ku Niemu, Nieskończonemu, zbliżać się będziem. Wtedy wziął mnie za rękę, życiem zmęczony, i zapytał z dziwną tęsknotą: „Jak to, myślisz, że nigdy nie przyjdzie chwila spoczynku, le moment de quiétude433”. To słowo francuskie przypomniało mnie książkę, którąśmy razem czytali, zstępując z wyżyn San Laurentowych, i dowiodło mi, że, choć wiele w niej przesady, jednak i prawdy niemało, bo oczywiście żądza de quiétude rodzi się w znękanych duchach żywota trudami, więc skądinąd przyprowadzić duszę do tej quiétude jest to samo, co ją zanękać, i jezuity w tem mistrzami są. Przypomniało mi też to uczucie ojca, ta żądza spokoju, ten wstręt przed ruchem, postępem, wzrostem dalszym, nawet w innem życiu, Twoje nieraz boleści i słowa, kiedyś zdawała się według pysznego wyrażenia Byrona: shrink away from immortality434! Ale darmo, to są momenta w duchu, to są stany ducha znikome, to nie jego całość, bo całość jego to nieśmiertelność jego, to wszystkich jego żywotów życie. A zrazu nie pojmuje przemian swoich, każden z żywotów osobnych bierze za żywot cały, nie za część. Później dochodzi do tej wzniosłości, z której patrzy na ciąg swoich żywotów, jak na łańcuch ten sam, nieprzerwany, i wtedy sobą owłada, wtedy wyrzeka: „To Ja”, i odtąd takiem Ja anielskiem, ogromnem, nie potrzebującem już umierać, jedno rosnącem przez życia coraz wyższe, pozostaje na wieki, ciągle przestrzeń i czasy odmieniając, w nowe byty i nowe myśli, idee, światy wkraczając, a coraz prędzej i głębiej zapoznawając się z twarzą swego wiecznego ukochanego, z twarzą Boga. Twarzą tą jest wszechświat! I z Jego myślami — myślami temi są wieczne idee. I z Jego osobistością — a tą osobistością jest On Sam, On, wyższy, niż wszelki świat, niż wszelka idea — On, wszystkie światy i wszystkie idee skupiający w jedną pulsację życia, bytu, chwały, dobra, piękności, On, ten, na którego słowa nie ma prócz tego, które nie oznacza Jego, ale tylko nasz stosunek do Niego, a tem słowem „kochać”, bo jako historią serca każdego pojedynczego na świecie jest miłość tego serca dla tego, co ono najwięcej ukochało tu, tak historią wszystkich światów i duchów wszystkich nic innego, jedno rozwój ich miłości do Boga. I nie umiemy Go nazwać tak, jak On jest, tylko tak, jak Go kochamy — im głębiej, wznioślej, szczytniej, goręcej zakochujem się w Nim, tem Go prawdziwiej przybliżonym sposobem mianujemy. I dlatego, w miarę rosnącej ludzkiego rodu miłości, odmieniają się Pana historyczne imiona. Gdzieżem się uniósł, o moja najdroższa? Jeśli cokolwiek masz przenikliwości, uczujesz, że, pisząc o miłości wiecznej ku Bogu, mimo woli, mimo wiedzy, a niezmiernie naturalnie, piszę zawsze o miłości mojej wiecznej ku duchowi Twemu — ależ bo i duch Twój z Niego, z tego samego Żywego, Nieśmiertelnego i Wiecznego! I miłości dwóch nie ma na świecie, kocham Go w Tobie. Im wyżej, im święciej, im nierozerwaniej Cię kocham, tem wyżej, tem święciej, tem nierozerwaniej i Jego. Miłości k’Niemu bez miłości k’Tobie bym nie rozumiał, bym nie przenikał. Dwóch miłości nie ma. Jest jedna tylko, a coraz wyżej rosnąca, a On, pamiętaj, wszędzie jest! Wszędzie Go napotkasz, wszędzie Go się dotkniesz, więc muszę Go napotkać, więc muszę się Go dotknąć w Tobie, jeśli Ciebie w prawdzie, w całej głębi i w całej wzniosłości ducha mojego kocham! Bo, gdziekolwiek piękność, bo, gdziekolwiek dobro, tam i On!

Wczoraj przed wyjazdem długo ze mną mówiła Eliza o Tobie i wykładała mi swoje wszystkie bojaźni, żeby Ciebie nie zanudziła, bo powiada, że się czuje nudną istotą, że się boi, by na Tobie nie wywrzeć wrażenia nudy i przykrości. Pytała się, co lubisz, jak trzeba być z Tobą. Na to jej odpowiedziałem, że przede wszystkiem Tobie, smutnej nad wszystko i samotnej, potrzeba rozgrzewającego ciepła serca i starań, że niech się nie lęka Ciebie zanudzić, skoro Ci pokaże, że gotowa Cię kochać, że owszem, samaś pierwsza tę myśl podała, by ona z Tobą spuściła się ku Nicei; że z Tobą, gdy Cię spotka, niechaj tak będzie, jakby znała Cię od wieków, niech się nie przymusza do mowy, gdy się jej chce milczeć, ni Ciebie do niej ciągnie, gdy widzi, żeś zadumana lub chora, niech kocha Cię i pilnuje, jak siostra, a wtedy Ciebie nie zanudzi. Wtedy się rozpłakała i mówiła, że wszystko będzie robiła tak, byś Ty myślała, że Ci skądsiś Bóg siostrę nową zesłał, ale że jednak zawsze się lęka, by nie wywarła wrażenia nudy na Tobie, bo czuje, że wszystkich nudzi. Mówiłem jej, że w razie, gdyby jechała przez Bourder., a nie odebrała w Heidelbergu np. Twego listu z wyrażeniem nr najętej stancji, toby mogła śmiało do Ciebie, choć z całym patoklanem na pierwszą noc zajechać, że niech się nie boi, że ją przyjmiesz gościnnie i serdecznie. Potem obiecałem jej, że ją zaprowadzisz do ojca „Moniki” i po wtóre, że z nią do Amerykanina ząbnika pójdziesz, bo powiada, że nie rada by sama pójść. Zatem widzisz, Dialy najdroższa, jak stoją rzeczy dotąd. Pojechała do Warszawy starać się o paszport dla siebie. Zapewne nie potrafi przed 17-tym wyruszyć. Dopiero zapewne koło 10-go oktobra mogłaby być z Tobą, jeśli drogą nadreńską pojedzie. Trzeba by więc jej wtedy nie więcej, jak 15 dni w Bourder zabawić, jeśli, jak sama sądzi i Ty osądzisz, dla malutkiego za zimno. Prawdę jednak mówiąc, tam tak zimno nie jest, a skoro się wyjedzie, we dwa dni już ciepło. Wtedy byś, moja najdroższa Dialy, już z nią pojechała ku willi Rey. Bądź więc do tyla łaskawa, by rzucić wzrokiem na jaką stancję, którą byś, gdy pewność będzie, mogła kazać na miesiąc nająć przez Twych znajomych heidelberskich, bo pojmiesz, że lepiej, by jak najmniej o tem gadano, a szczególnie, by nie przychodzili żebracy. Ha capito vostra Eccelenza Illustrissima? Co do tego ostatniego, powiem Ci, najdroższa, że straszliwe położenie tego roku właścicieli ziemskich, pomór bydła, głód, zboża nie ma, jednego grosza dochodu nie mam, nie 5000 ale 6000 owiec mi na zarazę wymarło i konie najlepsze. Muszę się zapożyczyć. Żeby Eliza nie miała swego grosza u Thurnesseyna, nie miałaby za co kroku zrobić; z tym ostatnim także ją zapoznaj.

248. Do Delfiny Potockiej

10-ta w wieczór, Opinogóra, 6-go septembra

Najdziwniejsze niebo — patrzaliśmy teleskopem z ojcem. Wkoło Marsa naszego jakieś dziwne promienie, i w samym środku jakoby dziura ogromna, a wkoło Wenus jakby kometowe włosy. Co to się znaczy? Czyś słyszała o teleskopie lorda Ross w Irlandii, dwa razy od Herszelowego ogromniejszym, który przed miesiącem ukończono, i z którego sobie obiecują najpotężniejsze odkrycia? Wróciłem teraz do zameczku mego, w tym rodzaju435, na wzgórzu nad ogrodem, a z jego okien widać równinę, równą Kampanii Rzymskiej. W sali mauretańskiej, gdzie teraz piszę, pamiętam, z Konstantym biednym mieszkałem. Sam zupełnie jestem w tych sześciu pokojach, bo Jan sypia we dworze. Wiatr okręca się poświstami wkoło tych murów, nad kominem, pod arkadą, przebitą na wskroś przez mur, tak jak z bilaru do salonu Luszy, (pamiętasz, tam, gdzie tafla szklana) stoi popiersie z marmuru Napoleona i patrzy się we mnie, za mną fortepian, ten, na którym grywał Konstanty przed laty. Rysunek, widzę, wcale się nie udał, jutro we dnie postaram się zgrabniejszy wypracować. Leży na stole moim list Pelagii Czackiej, w którym przepisany list Jarosławowej opowiadający, że była u Miecz., kiedy siedział jeszcze w Kijowie w więzieniu, i że za jej ujrzeniem rozpłakał się i długo beczał. Na Szweykowską tą okropnie Jarosławowa wygaduje, zresztą nic takiego, czego byś nie wiedziała. Odczytałem dziś list Twój znowu i im go więcej odczytuję, tem mi żal większy do tego Dieppu, który tak bezecne wywarł na Tobie wrażenie. Biedna Lusza, która myśli, że się bawi, która sądzi, że żyje i używa życia! A ten Cavaliere che puzza436, a tożbym go dopiero tłukł, gdyby się dostał w ręce moje. Gdzie Ty jesteś o tej chwili, Dialy moja najdroższa? Możeś już wróciła, nie wytrzymała takiego społeczeństwa. Mnie strasznie dziś artretyzm męczy i takie boleści krytyczne, jak te, które niedawno miewałem. Wziąłem dziś strzelbę i chciałem pójść na kuropatwy. Wyszedłem, strasznie mnie zmęczyło chodzić i znudziło chodzić za zabójstwem podrzędnych duchów, kuropatwami zwanych. Więc, strzelcowi torbę i fuzję oddawszy, sam i bezbronny z pola poszedłem ku kaplicy. Kaplica na wzgórzu, ale z tyłu z pod niej wysuwa się podziemny kościół, w którym matki mojej zwłoki spoczywają, w trumnie, na łańcuchach zawieszonej u sklepienia lochu, nad którym kaplica. U drzwi tego lochu ukląkłem i modliłem się do niej i o nią i przebyłem z kwadrans zupełnego zatopienia w obcowaniu z światem umarłych. Klęcząc tam, zamknąwszy oczy, czułem się w innym świecie, czasem mi tylko widok Nicei i kościoła nicejskiego w głębiach mózgu się przesuwał, i wtedy modliłem się za matkę Twoją, potem znów wracałem do mojej, a wstawszy, stamtąd udałem się na przyległy cmentarz, gdzie leżą wszyscy ukochani lat moich dziecinnych: pani de la Haye, która mnie i Augusta wychowała, ta biedna Rozpędowska, którąm trzymał, gdy jej skir z piersi wyrzynali, co nie przeszkodziło jej śmierci dwa miesiące później, Girardot, Chiarini, co mnie uczył po grecku i arabsku, i wreszcie ostatni z przybyłych, Wyleżyński. Nad każdym grobem zmówiłem Zdrowaś Maria z łzami w oczach. Słońce zniżało się ku zachodowi, szum jakiś smętny żałośnił się po akacjach, nad pomnikami, i myślałem: „Czy też Dialy domyśla się, gdzie jestem w tej chwili?”. Biedni umarli, żyli wszyscy razem w jednym okręgu, co dzień do siebie mówili, śmieli się, kłócili się czasem z sobą, co dzień u jednego zasiadali stołu, i ja z nimi w dzieciństwie, a teraz leżą obok siebie pod tą samą murawą, temi samemi brzozami i akacjami, a ja chodzę po ich mogiłach, ja, którego widzieli rodzącym się i którego tak pielęgnowali, tak kochali. Potem wróciłem do ojca i z nim chodziłem po ogrodzie. Oprowadzał mnie po oranżerii i kwiaty pokazywał i rozmaite rośliny, — gadałem mu o genet d’Espagne widzianym na Jura, blisko St. Cergues, i o krzewie tabacznym, widzianym w Rey, a gdym mu te rośliny wspomniał, dusza moja marzyła Twą postać to w Rey, to na górze, zbliżającą się ku St. Cergues, i owe długozwiśne żółte kwiaty, któreś zatknęła na włosach i kapeluszu!

7-go septembra, Opinogóra. Wiesz, nie porzuciłem tego biednego, Twojem zdaniem już nad miarę starego kaftana, który Cię obwijał w St. Laurent, mam go z sobą, wczoraj w nim na polowanie chodziłem, tylko podszewkę inną mu sprawię. Zapomniałem Ci powiedzieć, że sukienki dwie admiracją się stały Elizy i ojca mego, gdy w nich malutki wystąpił. Aksamitny kobierzec także, i El. go do Warszawy zabrała. Wczoraj, gdym skończył pisać do Ciebie, czytałem trochę St. Martina. Wrońskiego mi przypomina obietnicą wieczną i wiecznem niedotrzymywaniem, udaje, jakoby wszystko znał i wiedział, tylko nie mógł tajemnic swych użyczać ludziom, zanadto jeszcze na ich pojęcie małoletnim. Oczywiście należy do illuminatów 18. wieku, o których tyle w „Hrabinie Rudolstadt”. Zawsze się tak dzieje, że zmysłowa część człowieka upatruje raj w przeszłości, bo raj był niebem dla ciała ludzkiego, a umysłowa część człowieka upatruje niebo w przyszłości, bo niebo jest rajem dla wiedzy i myśli człowieczej. Duch zaś cały, jaźń cała ludzka, powinna się starać, by ten ideał przeszłości i przyszłości zlał się w jedno teraźniejsze życie. Owa teraźniejszość zarazem rajska i niebieska zacznie się przy ciał zmartwychwstaniu, to to, co ja zawsze zowię anielstwem. W St. Martinie przeważa zawsze idea raju, przeszłości, upadku człowieka, tak, jak w filozofii idealnej Niemców przeważa zawsze idea przyszłości doskonałej. St. Martin wiele zmysłowego jeszcze i mistycznego ma. Raj, czyli doskonałość ciała, zlej z niebem, czyli doskonałością myśli ludzkiej, a będziesz miała doskonałość ducha ludzkiego, czyli jego przeanielenie, czyli taki stan, w którym już każda chwila teraźniejszości jego będzie wielką, świętą, wielmocną! Raj był apoteozą ciał, niebo dusz, duchów zaś przebóstwieniem będzie żywot wieczny, nieskończony, co chwila wyższy, miłośniejszy, piękniejszy, świadomszy, głębiej uczuty, głębiej pomyślany, śliczniej kształtowany! Te myśli nasunęło mi czytanie St. Martina, który, powtarzam, wielce jednostronnością raju nacechowany, ale w którym świetlane są błyskawice. — Żargon Generała Michała składa się z St. Martina i Svedenborga, — taką bym formułkę ułożył: St. Martin + Svedenborg — geniusz = Myciel (+ znaczy plus, — znaczy minus).

249. Do Delfiny Potockiej

8-go septembra, Opinogóra, 11-sta w wieczór

Jutro jadę do Warszawy i, skoro przybędę, list ten na pocztę rzucę. Przybyła Fregata z czółnem, jadę, a wolałbym jeszcze tu kilka dni z ojcem zostać, ale trzeba interesa Jerzane ułożyć i wynaleźć gdzie i skądsiś list kredytowy na wyjazd Elizy, trzeba służących poodprawiać niepotrzebnych, o paszporta prośby pisać itd., itd.; czyli nudzić się wszechmocnie. Dziś Gloza św. Teresy z rana przyszła mi na pamięć, ale miasto po hiszpańsku, po polsku:

Nie śmierci czuję, ale życia trwogę!

Bo taki żywot widzę tam przed sobą,

Że mi ten ziemski grobową żałobą,

I tem umieram, że umrzeć nie mogę!

Zastanę pewno od Ciebie listy w Warszawie; mam przeczucie, żeś Ty w Dieppe niedługo bawiła, i żeś już z powrotem. Ile razy wracam do Twego listu, nowy żal mnie zdejmuje. Rózgą bym dał Luszy, ale proszę Cię, o tem nie wątp, że przyjdzie chwila, w której ona potrzebować Cię będzie i w prośby uda się do Twego serca. Jeszcze w Warszawie kawałeczek dopiszę, a teraz, kładąc się, wzywam opieki Pańskiej nad Twoją głową najdroższą, wzywam spokoju i potęgi zarazem Ducha św. nad nią. Nie uwierzysz, Dialy, jakbym pragnął, by wszelkie złe mi się stało, a Tobie wszelakie dobro. Trzy dni przebyłem prawie na ciągłej rozmowie z ojcem, czułem, że go cieszę i rozrywam; wolałbym tu zostać, niż tam jechać, ale, gdybym nie pojechał, nic by się nie stało, a przecież trzeba pomyśleć i o bursztynie i o bulionie, o tych dwóch moich pocieszycielach. Trzeba drugi nakazać, by był gotowy. Pamiętaj kazać wysypać z wielkiego woru kaszę i raz ją na słońcu rozłożyć w Rey, potem znów wsypać, bo inaczej zupełnie stęchnie. Tak mi tu mówili znający się na tem doskonale! Bóg Cię strzeż, najdroższa moja!

10-ta z rana, Warszawa. Przybyłem w nocy i straszną noc przebyłem w zielonej jaskini. Nie mogę Ci opisać okropnego wrażenia, jakie sprawił ten pokój na mnie. Listy Twe z 28-go i 30-go zastałem u siebie na stoliku. Przeczytałem je, zmartwiły mnie, zmartwiły. I Natalia i Lusza zgryzły mnie, bo gryzą Ciebie, a potem przewiduję, że się gubią i zgubią, a gdy się dogubią, wiem, jak Tobie smutno będzie. Więc, zmartwiony, położyłem się, ale, gdy Jan wyszedł, gdym sam jeden został w tym samym grobie, który mnie opasywał przez całą zimę, zaczęły się snuć przede mną samym widziadła moich boleści niesłychanych, tu wycierpianych, i wpadłem nagle w stan zimy przeszłej, jak człowiek, co ze szczytu skały spada w morze lodowate. Tak nagle, tak nagle uczułem wkoło siebie śmierć, zimno, galwanizm fal duszących. Te same ściany wysokie, ogromne, surowe, pogrzebne, te same makaty śmiertelne, te same połyski świecy palącej się z tyłu, przy oknie, jak onych nocy, gdym tu szalał i przestał był być człowiekiem, otoczon marami nieszczęścia, śniąc, że mój ojciec ginie, i czując w każdej chwili, że Ty się posuwasz ku Nicei, ah, ku Nicei, i nadaremno. Wiosna, Ty, podróż cała, duch rozbudzon, wszystko to jakby nie było, a tamto wróciło, tamto ogarnęło. Dowiedziałem się jakoby na nowo, że matka Twoja chora, że Ty musisz wyjeżdżać, ujrzałem Jerzego odprowadzającego Cię do kolei, Luszę, księcia starego. Potem zdało mi się, że wchodzi ta dantejska figura Stadnickiego i donosi mi, że już po wszystkiem, i wszystkie noże, które mnie wtedy przeszyły, znów mnie przeszywały, uczułem w sobie zmartwychwstającą rozpacz, obłęd, głupotę, beznadzieję, odrętwienie, śmierć wieczną! Uczułem, co to ja, gdym daleko od Ciebie, jaka przepaść mnie dzieli od drugiego mego ja, co przy Tobie, lub co niedawno ożył przez Ciebie. Tak, jakem modlił się wtedy za matkę Twoją, zacząłem się modlić, modlić się i za Ciebie, tak, jak wtedy, gdym nie wiedział, gdzie jesteś, między Paryżem, Avignonem, Niceą. Słowem myślałem, najdroższa Dialy, żem pomieszany na rozumie, — a taki ból świeży, młody, nowo narodzony darł mi serce, gdym myślał o nieszczęściu 6-go stycznia, żem nie wiedział, gdzie duszę podziać, by nie myślała i przestała cierpieć. Co to za władza miejsc? Promień świecy jednej może tak pomieszać ducha człowiekowi. Jakżeż wiecznie wszystko, co składało życie nasze, obecne w nas jest i drzemie tylko, przeszłe nie przechodzi, — draśnij tylko czem, a żyje, wstaje, rozdziera. Okropną noc przebyłem. Piszę jeszcze pod zmory tej wrażeniem. O Dialy, jakżeż ja kocham Ciebie, jakżeż ból Twój wiekuje we mnie z przykrościami wielą, takiemi właśnie, które najbardziej drą serce, bo z serca ich nie sposób wyjąć, wypowiedzieć, więc zostają w sercu, jak ość rybia w gardle, jak muszki zdechłe w oku, jak ów kłos ogrodu jezuitów w płucach moich, czy rękawie, już nie pamiętam, gdzie był zalazł. Pij, pij wodę żelazną, niech Ci sił przyda, sił, sił. Dziwne to cudowności Aleks, opowiada o Besarabii. Ja jeszcze bardziej zwątpiłem o rzeczywistości tych dóbr, kiedy takie fantastyczne, pełne wersalskich szpalerów, narzędzi do tortur, napierśników srebrnych, tureckich szat i ludzi, o Bogu wyobrażenia nie posiadających. Przyznasz, że mieszanina Guliwerowa, ale to wszystko się rozjaśni za kilka dni, skoro do hipoteki się dostanę. Ręce i stopy Twe całuję. Grypa Twoja musiała była zwolnieć nazajutrz, bo nic mi o niej już nie mówisz. Bóg Cię najwyższy strzeż. Do obaczenia, — do obaczenia.

Twoja teraz i na wieki św. Teresa

250. Do Delfiny Potockiej

1845, 28 septembra, Warszawa

Najdroższa Ty! Eliza dziś się jeszcze nie dopakowała, ale jutro niezawodnie wyjeżdża, 30-go będzie w Poznaniu, 2-go w wieczór w Berlinie, 10-go lub 11-go w Heidelbergu, tam spodziewa się listów Twoich, zapewne koło 17-go najdalej zjedziesz się z nią. Kazała mnie, bym Ciebie bardzo o to prosił, byś raczyła z nią pójść do Amerykanina ząbnika; dopełniam jej żądania.

Przesyłam Ci przez nią:

Z rzeczy krajowych złożon upominek,

Trzewiki, bulion, kaszę, bursztyn, kminek.

Bursztyn i kminek w skórzanej szkatułce,

O jednej wewnątrz dzielącej ją półce

Z cyframi Twemi i czarną koroną,

Przy czem i chustkę znajdziesz Twą złożoną,

Którąm Ci zabrał przypadkiem w Budero,

A teraz znalazł w rzeczach swych dopiero

I wnet odsyłam. Przy tem San Martyna

Odsyłam także, którego godzina

Przeszła już w świecie; dobry był przed laty,

Lecz dziś już pisarz starej z niego daty,

Choć go w swej myśli potężnej rozbierał

I ma za mędrca M...437 i generał!

Wszystko to oddanem Ci będzie, a mam nadzieję, że bulion znajdziesz idealnie dobrym. Sam Ci drugi transport przywiozę jako i innych wyliczonych tu przedmiotów. Wczoraj od Ciebie nic nie miałem. Proszę Cię, niech tu do 6-go nowembra odbieram od Ciebie wiadomości, a później w Wiedniu poste-restante. Monikarza nie zapominaj, proszę Cię i błagam.

Smutno, nader smutno mi jest stąd wyjeżdżać na Litwę, a smutno dlatego jedynie, że dłużej listy Twe iść będą, bo zresztą niczego tu nie żałuję w Warszawie; ale to jedno, ponieważ moje wszystko stanowi, więc znowu wszystkiego tu żałuję. Wyjadę zaś dopiero 3-go oktobra, a 4-go będę w Knyszynie; pisać będę, o ile będę mógł, ale smutno mi, smutno, że tak te listy leźć będą, bo Ty wiesz, że one powszednim chlebem moim. Niedobrze mi na zdrowiu, przeklęta grypa znów się odezwała we mnie, kaszlę, i piersi bolą. To szalonego uporu jest choroba — od kiedym przeszłej zimy jej dostał, dotąd się jej pozbyć nie mogę, powraca za lada odmianą powietrza, a potem melancholia mnie znowu pożera. Gdym nie z Tobą, gdy z Tobą nie przechadzam się, gdy Tobie nie czytuję, gdy nie jeżdżę z Tobą, gdy, rano się budząc, nie czuję, że wnet mogę Cię obaczyć, to mi niemiłym wszystko i nie potrafię do niczego się wziąć, a z latami, w takich porach mojego osamotnienia, osierocenia od Ciebie, rośnie gorycz głęboka, coraz głębsza w duszy mojej głębiach. Tak mi się czasem płakać chce, że aż strach, a gdy, przy tem usposobieniu, jeszcze opadną mnie interesa, gdy trzeba myśleć o wydobyciu skąd pieniędzy, o zaradzeniu najnudniejszym wymagalnościom położenia, dobrach, owcach, kupnie zboża na zasiew, o głodzie bliskim, o procesach itd., itd., tak to dalece z moją naturą się nie zgadza, że mi ręce opadają, że mój duch ginie i, jak zając pod kapuścianym liściem, przepada pod pozytywizmem tych zatrudnień. Jedne tylko Twoje interesa to mają do siebie, że mnie zawsze napotykają gotowym, obudzonym, żwawym, bo one tem samem, że Twemi są, natychmiast kolorytu idealnego, kolorytu krwi serca mego nabierają i rozpłomieniają iskrę we mnie. Muszę się na Litwie z Grodzkim widzieć, który przybywa do mego ojca, i jeśli powierzę kwit Twój komu, to jemu do rąk własnych i z zastrzeżeniem, by go nie wydał, aż mu napiszę. Tymczasem od Stadnickiego odpowiedź przybędzie, a Grodzki wszystko mi wytłumaczy i objaśni, bo z gruntu poczciwy i bardzo biegły człowiek. Niech Bóg Cię oosłania, zasłania, owiewa wszechmiłością i wszech-opieką swą. Chciałbym Ci krwi mojej spod serca, mózgu spod czaszki dać, gdybyś mną karmić się mogła i rość w siły, które bym utracał, ależ podobno nawzajem karmimy się sobą i, wyższym sposobem, karmimy się duchami naszemi, i wtedy żaden z nas nie słabieje, owszem, oboje się podnosim i wzmacniamy. Lecz najdzielniej tak się karmim, kiedyśmy razem. O to chodzi, by i z daleka ta komunia równie żywotną i silniącą nas była. Wtedy nastałby pomiędzy nami ciągły cud! O wierz mi, wielka, nieskończona miłość jest ciągle cudem, jest rodzicielką cudu tak w ludzkości, jak w indywiduach, i nic cudownego nie stało się ani na niebie ani na ziemi nigdy, jedno przez miłość. Chciałbym modlitwami uprosić Boga, by Cię jak dziecię swe kołysał w życiu, uspakajał i koił. Chciałbym, byś dostąpiła ulgi, spokoju, ciszy, by to serce, by ta krew, by te nerwy się urytmiły i, jak pieśń brzmi miarowo, tak krążyły w Tobie. O, Ty nie wiesz, jak nieskończenie pragnę, by Tobie choć nieco lepiej było. O siebie o tyle dbam tylko, o ile mogę się do tego przyłożyć, a zresztą nic. Do obaczenia, do obaczenia, Dialy.

Twój teraz i na wieki Zyg.

251. Do Adama Sołtana

1845, Genua, 5 decembra

Otóżem i tu już: otwarte okno, morze i maszty okrętów, trochę księżyca, stuk młotów pracujących w porcie — przypominam sobie Fieska. Zatrzymałem się tu przez dziś, od wczoraj przyjechały, bo mi lepiej jest samemu zupełnie, niż tam, kędy jadę. O, Ty nie wiesz, Adamie, w całej rzeczy i rozciągłości, jakie ja mam życie, Ty nie wiesz, że np. przystałbym tu, w tej gospodzie, nikogo nie znając, ni z kim mówiąc, przebyć zimę, i że bardziej byłoby mnie tu w domu, niż tam kędy jadę. Ale nie lubię o tem mówić, dajmy temu pokój.

Już przyjechała Eliza z panią D., tu listy zastałem. Sobolewskich nie ma, oba w Rzymie, stary ojciec tylko tu438. Z Rzymu listy widziałem. Podróż odbyłem szybko, przeczytałem Thiersa i Bülowa i kilka innych tomików; zimno mi tylko było nazajutrz wyjazdu.

Ten sam Zichy, któregoś mi pokazywał, gdzieś wieczorem, już koło Bruck, zaczął mi gadać o Warszawie, że tam był w jesieni, opowiadać, co widział, wreszcie chwalić się, że zna wiele pięknych Polek, pomiędzy innemi bardzo piękną hrabinę Krasińską née Branicką, dla której miał listy od swego beau frère Odescalchiego etc., etc., etc. Jam go puszczał; poznałem, że to ten sam, który niegdyś o nią się starał w Wiedniu. „Wiesz pan — zapytałem niby z niechcenia — jaka ta pani Krasińska?”. On znów: taka a taka, z domu tak, na chrzcie Elżbieta. Wtedy powiadam mu: „Mais dans ce cas c’est bien ma femme439. Podskoczył aż Niemiec w karecie, tak się zdumiał i zdziwił. Ogromne mi zaczął palić grzeczności, ściskać za ręce, zapraszać w Wiedniu do klubu itd., itd. Dość komiczne było to spotkanie, osobliwie zdziwienie Niemca, iż człowiek w tak niesutej burce i furażce pomiętej może mieć tak bliską styczność z ową sławioną z posagu panną. Nic wyśmienitszego od uszanowania jego, kiedy się dowiedział. Reszta drogi zupełna nicość. Antosiowi440 tylko memu ogromnie się Włochy, katedry, marmury podobają. Sprytny to chłopak. Dałem mu czytać Kitowicza; dziś mi mówi: „O, JW. Panie, jaki to podły król, ten król polski, jeśli to prawda, co tam napisano”. „Prawda, moje dziecko, podły” odpowiedziałem mu. Jutro wyruszę do Nicei, pojutrze tam stanę i zacznie się życie, od którego gdy uciekam wtedy tylko mi lepiej, a ilekroć wracam doń, gorzej i coraz gorzej. Cóż chcesz, tak jest. Są pewne rzeczywistości na świecie, przeciwko którym żadne teorie ni rozumowania nic nie nadadzą. „Tak jest” jest słowem wszechpotęgi pełnem. Cóż można więcej powiedzieć, że to słowo mocne, jak Jehowa. Nieszczęśliwy jest ze mnie człowiek, i to sam wiesz, z ilu różnych stron! Otom osiem dni dobrych przebył przy Tobie i z Tobą, jakżeż prędko minęły! Proszę Cię, ręce i nóżki księżnej drogiej uściskaj ode mnie, powiedz jej, że niezmiernie mi smutno było ją odjeżdżać i że, gdybym tylko chęci się był, a nie konieczności radził, to jeszcze bym długo przy niej się był pozostał. Niech Bóg ją wszelkiem dobrem darzy i obłogosławia! Pisz do mnie, pisz, a tem przyniesiesz pociechę temu, który Cię na zawsze kocha, a któremu piekielnie smutno.

Twój.

252. Do Stanisława Małachowskiego

1846, Nicea, 4 stycznia

Drogi mój Wojewodo! List Twój odebrałem z dwudziestego dziewiątego grudnia i serdecznie zań Ci dziękuję. Bądź łaskaw zawarty tu zaraz oddać Gaszyńskiemu, który mnie prosił, bym na ten raz na Twoje ręce go posłał, bo niepewny mieszkania, ile że w tym liście drzemie i weksel.

O Królestwie nic a nic nie wiem. August i principino441 umilkli. Czy im się wydaje, żem ja bardzo szczęśliwy? Nie mogę pojąć — tymczasem nic a nic. Biedny Henryk! Przyszła kreska! Hodie mihi, cras tibi442. Prawdziwie tą razą Markiz Scapavia pokazał się godnym markizowstwa swego. Co tylko wiesz, mój drogi, napisz mi, nawet zaczynam się mocno niepokoić o Augusta; łatwo w dziurę wpaść, choć na drugiego, nie na Ciebie czyha w tamtych stronach.

Te panie443 dziękują Ci serdecznie za przesłane życzenia. Mój ojciec w wigilią nowego roku dostał straszliwej gorączki, przeziębiwszy się na spacerze, odbytym z synową. Przez trzy dni męczyłem się nieznośnie w okrutnem przerażeniu, by to nie była zgniła gorączka; ale dzięki Bogu lepiej się ma, choć jeszcze w łóżku leży. My wszyscy, ilu nas tu, niedobrze się mamy. Jam kompletnie się roznerwował i zgłupiał. Nie ma, jak być z Tobą, Wojewodo, w Ο Campów Elis444, lub sześcioma końmi udawać króla pruskiego w bramach Strasburga, ale nie tych, co wiodą ku Kehl, bo wtedy znowu źle!

A więc papież widział papieża i uścisk dwu-papieski widziany był w Watykanu sali445! Dziwny to potwór stanął przed oczyma patrzących: z dwóch papieżów jeden kształt związany i zwikłany razem, jakby dwóch braci Syjamczyków, nienawistnych sobie, a spojonych tą samą arterią: władzy świeckiej. Zobaczysz, co się stanie: oto będzie zbliżenie się tych obu, i Piotr pochyli się jeszcze bardziej w mniemaniu ludzkiem przez ten związek, i u nas, gdy przyjdzie napomnienie od stolicy apostolskiej, by szanować władzę, odpadnie ostatecznie serce od kopuły pękniętej446. Anti-Christa przybył do Romy, by w przepaść, dla się zgotowaną, i starca447 pociągnąć. Wszystko, co ma się skończyć, kończy się tak.

Co tam się dzieje, co, na równinach, kędy niedawno byłem? Ile to płaczu i zaguby i mąk niedosłyszalnych za grubemi ścianami twierdz! Gdy się rzeczy zbliżają do zamierzonego końca, powstaje coś okropnego w świecie! Noc, poprzedzająca wschód nowych słońc, zwykle bywa niewymownie straszną i czarną!

Mowa pana Adama do księcia Adama, o panu Andrzeju448 w dzień św. Adama, nie pocieszyła mnie wcale. Coraz bardziej słychać, że pan Andrzej, nim się wyprawił na proroczkę, natchnienie wziął w stolicy lodów. Bądź co bądź, koło zaczarowane nie pękło dotąd dla pana Adama, a póki nie pęknie, duch się jego nie wyzwoli i na nowo nie zacznie działać. Gdy się znowu wyzwoli spod jarzma, o to się bardzo lękam, by nie podeptał zarazem i fałszu odkrytego, i wielu prawd, do których się dostał podczas trwania tego snu magnetycznego. Czy nic nie wspominał ci o Ps.449? Jeśli się z nim widzieć będziesz, nawiedź na to rozmowę.

Powiedz mi, czy mam do Juliusza450 napisać? Jak sądzisz, czy mi odpisze? Może stałem się dla niego mikroskopicznem żyjątkiem, niegodnem przerywania mu jego medytacyj. Jednak rad bym listownie się z nim rozmówić. Izydora451 uściskaj! Jeśli hypertrofią serca ma, mogę mu służyć tem samem; długo to trwa, nim zadusi.

Do obaczenia, mój Wojewodo najdroższy. Dzięki Bogu, żeś rad z władysławowej przemiany452; oby transfiguracja nastąpiła, a wtedy zda się, i na niemało, tam, skąd my wszyscy rodem. Ściskam go z serca, a Ciebie jakbym serc trzy miał i wszystkiemi Cię kochał.

Twój.

253. Do Konstantego Gaszyńskiego

Nicea, 15 stycznia 1846

Drogi mój! Masz prawdę, nie tylko Ciebie to przeraża, ale i mnie; ależ przyznaj, że ten autor szalonym był453. Pamiętasz, jakeś Ty pisał do niego, a jam sam ustnie tylekroć mu powtarzał, że głupstwo robi, że nikomu nie pomoże a siebie łacno zgubić może, że wierszykiem się nie uspakaja zagorzalców, ni sprowadza z drogi zamierzonej konspiratorów; ale skądinąd, że wierszykiem można karku sobie nadkręcić pod rządem despotycznym i tak dalece czuwającym, jak rosyjski. Tem bardziej mnie teraz to przeraża, że on jest w kraju, biedny chłopiec! Zrazu powiedzą, że to Słowacki, że to inny, że to ja wreszcie, a w końcu wykryją prawdę, sami Polacy rozplotą ją i jego wezmą i zaszlą daleko; ależ kiedy to takie, jak jego charaktery nigdy niczego słuchać nie chcą. Poczciwy, dobry, utalentowany chłopiec, ale bez rozsądku, bez wszelkiej znajomości i praktyki żywota, myślący, że mur można głową przebić. Strzeż go Bóg, a niech go ludzie nie wydadzą, niech najlepsi jego przyjaciele nie przyłożą się do jego ruiny, bo to u nas tak bywa!

Dziękuje ci bardzo Jan za zaprenumerowanie, które już odbiera. Powinszowanie też od pana Globów i Ducha ziemi na Nowy Rok odebrałem; nadzwyczajnie styl Towiańskiego podobny do stylu Lelewela. Smutne to życzenie na rok nowy, wezwanie do męczeństwa! A cóż, czy trzeba wzywać do rzeczy, która się na każdym z nas ciągle odbywa?

Bądź łaskaw, nim mi przyślesz L’Homme p. de Loërne, wywiedz się, czy dobrze pisane, czy w nowem pojęciu nauki pomyślane. Musiałeś od pana Stanisława list odebrać i weksel, który na jego ręce przesłałem. Co to są dwa akty niby Juliusza? Czy to Juliusza? Czy pisać do niego? Czy odpisze? Bo ci panowie nie odpisują już śmiertelnikom. Co za myśl poematu Laprada? Bądź łaskaw, jak najczęściej pisuj do mnie i, jeśli się wywiesz, powiedz, co demos myśli o naszym szalonym a poczciwym znajomym. Książki odebrałem od konduktora. Choro mi i smutno, widnokrężnie mi źle; wkrótce trzydzieści cztery lat mi przedzwonią, a życie coraz podobniejsze do czarnego lochu. Pisz często, Konstanty drogi, i donoś, co wiesz!

Cyprian, nie Leopold, Robert kurs454 zaczął; Leopold sobie w łeb strzelił. To samo myślę o Cyprianie, co Ty.

254. Do Augusta Cieszkowskiego

1846, Nicea (maritime), 27 lutego

Mój drogi, drogi Auguście! Żebym Cię miał pod ręką, tobym Cię bił — bił, powiadam Ci, za to, że nie piszesz. Raz napisałeś z Poznania przed nie wiem wielą tygodniami i umilkłeś — ani wiem nawet, czyś przybył do Berlina. A tak mi markotno, smutno, rozdrażniono na ciele i duszy, że wciąż teraz o samych klęskach, utrapieniach, nieszczęściach, chorobach marzę. Cóż się Tobie stało? Czyś chory? Co Tobie jest, Auguście? Na miłość Boga, pisz do mnie, pisz! Wczoraj z panią D. cały wieczór przepędziliśmy na myśleniu i mówieniu o Tobie. Eliza także wspomina Cię ciągle i pyta, czy listu nie odebrałem od Ciebie. Lepiej było rady mojej posłuchać, przyjechać do Nicei, niż w zimnym klimacie i ponurem mieścisku zostać. A ojciec Twój gdzie? Czy w Królestwie, czy w Berlinie? Pisałem list bardzo długi do Ciebie, odpisem na Twój — czy doszedł Cię? Do wszystkich moich utrapień i boleści a srogich, wierz mi, przybyło teraz niepokoić się o Ciebie.

Wiesz? Jerzy Sobolewski umarł przed miesiącem w Rzymie. Odchodzą zacni i dobrzy. Iluż to w tych czasach umiera, i rozmaitą śmiercią. Napisałem mu nagrobek zawczoraj; a mnie kto pisać będzie? Mój Auguście, czy zostanie kto do napisania nam? Przede wszystkiem proszę Cię, błagam, zaklinam, odpisz mi, gdzie jesteś, co robisz i jakie Twe zamiary na wiosnę. Tu czekam w tęsknocie nieopisanej Twej odpowiedzi. Ściskam Cię z wszystkich sił serca.

Twój na zawsze Zyg.

Ten miesiąc prawdziwie luty. Jerzy z Michalskim podobno we Lwowie — udało mu się otrzymać pozwolenie na zaciąg długu. Nie mogę pojąć, czemu Ty do mnie nie piszesz?

Jestem tak rozdarty wszystkiem, co mnie dotyka, czy subiektywnie, czy obiektywnie, że, prawdziwie, życie moje tu ciągłem zdychaniem. Subiektem, obiektem prawdziwie jestem, absolutnie smutnym — powinien bym się rozwinąć jako idea nieszczęścia na ciąg stworzeń ujemnych, wyobrażających coraz większy brak, rosnącą próżnię, kształtujące się bez-życie, a najwyższe stanowisko, osiągnięte w rozwoju takiej logiki, byłoby: nie duch, ale co? Oto Ci opowiem: myśl, w całej swej potędze pojęcia, a w całej niemocy urzeczywiszczenia. To albowiem najgorsze piekło. Śmierć fraszką przy tem. Ale śmierci nie ma. Stan pośmiertny, między dwoma żywotami zawieszon, to to właśnie. Myśl przy ubytku bytu i czyn żaden nieudający się. Dusze umarłych, nim się narodzą na nowo, w takim stanie są.

255. Do Konstantego Gaszyńskiego

Nicea, 1 marca, 1846

Drogi mój! I ja jak wariat chodzę, od kiedym przeczytał we wszystkich gazetach, co się stało455; myślę jednak, że nie koniec na tem, zobaczysz, że nie, i ja czuję, jakobym konał, ale nie tak, jak Ty, bez nadziei w przyszłe życie. O sobie wiem, że skonam, i to może w mękach, ale wiem też, że idea zwycięży! Przegranemi zwycięża ona! To, co ma na wieki zwyciężyć, musi przed dniem tryumfu cierpieć, w bólu się kształcić, męczeństwem się wyrabiać. Prawda, że u nas nie tylko czysty ból i czyste męczeństwo, głupstw rozmaitych domieszanie wielkie; ale któż w świecie kiedy oglądał masy rozumne i subtelne? I kto widział naród nieszczęśliwy, który by potrafił być jednym człowiekiem stanu?

Proszę Cię, pisz i pisz do mnie wszystko, co tylko dojdzie Cię. O Auguście456 nic a nic nie wiem, gdzie on? Czy nie słychać o nim? Przyznasz, że jest opatrzność nad psalmistą, kiedy dotąd nie powiesili harfy na wierzbie płaczącej: harfą zaś jest sam człowiek. Ściskam Cię z głębi serca.

256. Do Stanisława Małachowskiego

1846, Nicea, 6 marca

Od dni kilku, jak na piasku ryba zdychająca za wodą, tak ja tęsknię za listem jakim od Ciebie; wreszcie przybył z drugiego marca, ale mało w nim szczegółów o stronach naszych. Gazety pełne nowin różnorodnych. Szlachtę polską wiążą chłopy polskie i wydają! Ojce synów chwytają i wydają! Spiskowi, co chcą piekło obalić, nie jak anioły poświęcenia wstają, ale piekarzów namawiają do zatruwania chlebów! Chcą wyrzynać wszystkich Niemców itd., itd. Dowódcą olbrzymio rozgałęzionego sprzysiężenia kto obran? Młody szaleniec, szarlatan, fraześnik, Mierosławski!!! Boże mój, Boże! Krwawe łzy mi z serca ciekną, ilekroć gazety czytam. Żal chwyta za serce, że choć się tych dwóch czy trzech godzin, podczas których bito się o ideę polską, tych godzin, mówię, kilku tam nie było; to znów wściekłość porywa duszę, że frazesa nikczemne jednego stronnictwa, wymysły śmieszne, sekreta na wytrucie wojsk nieprzyjacielskich, rzezie, marzone na skalę ogromną, a nie mogące udać się nigdy, bo natura rzeczy dziewiętnastego wieku nie dozwala już takich anti-ludzkich głupstw — że to wszystko spadnie na cały naród. Boże mój! A mimo to wszystko dzielne jednak to serca, dzielne i odważne, tylko brak wiary w ducha, co światem rządzi, brak wiedzy o prawie wiekuistem, które temu tylko daje zwycięstwo, kto siebie poświęca, a nie temu kto drugich. Otruwać i wyrzynać, oto mi wynaleziony sposobiczek, oto mi lekarstwo specyficzne z apteczki nierozumu i bez serca. Jedynym warunkiem udania się powstań jest gotowość w każdym oddania gardła za sprawę, a przed oddaniem go bronienia sprawy do upadłego. Tak gotowi, mogą zwyciężyć. Nie siła specyfików żadnych, nie siła proszków, nie siła zwierzęca, ale duchowa, zwierzęcą deptająca, nas zbawi! O mój drogi! Dusza moja grobem. Czyś się spodziewał, by chłopi wiązali szlachtę, by ostatnich obrońców idei własny lud, ów lud, tyle pod obłoki podnoszon, wydawał! Przeklęte gadaniny, frazesy, głupie niedojrzałości smarkaczów demagogicznych! Smutne proroctwo ktoś im wypsalmował przed wybuchem, zaklinając, by celu wieków nie cofali, znów nie spóźniali457! Wiesz, w krew rozpływa się serce moje, rozpływa się, jakby miało zniknąć, z bólu się ulotnić i nie być już nigdzie! Ah, czemuż takie przeklęte głupstwo ma oburzyć znów niemiecki świat! Szlafmyca zadrżała na głowie Niemców wszystkich; tchórze, ogłoszą nas za antropofagów458!

Zmiłuj się, co tylko wiesz, pisz, proszę Cię, szczególnie o imionach. Co August, co Jerzy? Nie tak o pierwszego, jak o ostatniego się lękam. Łatwo w takiej mieszaninie dostać kulą w łeb, choćby tylko za to, że się przez ulicę idzie. On miał był w one czasy pojechać do Lwowa. Wszystko, co tylko wiesz, napisz!

O przedłużenie paszportu w tych dniach się postaram, kiedy nieco się to wszystko rozświeci, bo dotąd to wszystko jakby za kurtyną dymu wielkiego.

Przybywaj tu! Mój ojciec podobno koło pierwszego kwietnia do Turynu pojedzie. Ty pamiętaj o mnie w każdym razie. Nic przewidzieć nie można. Mówią, że i w Litwie, na Podolu, na Wołyniu krew się leje, każden dzień nowe może przynieść wieści; zatem niech wiem co chwila, co czynisz i co zamyślasz czynić. Jednak myślę, kiedy logicznie myślę, że na teraz wszystko już zduszone, a co spadnie grobowych, olbrzymich kamieni na grób, co się na chwilę, na godzin dwie chciał roztworzyć! Tak, to nowego męczeństwa, i okropniejszego, niż wszystkie poprzednie, początek, ale też ono ostatniem już będzie! Za list od Scheffera459 Ci dziękuję.

Miło mi jest, że na cokolwiek zdałem się Juliuszowi; zostaw mu myśl, że on mnie dźwiga, jeśli ta myśl jego wydźwignąć może.

Kłaniaj się Konstantemu, a odpisz mi prędko i często pisz, bo jestem jak raniony człowiek, a list Twój jak opatrzenie rany. Z serca i na zawsze

Twój

257. Do Augusta Cieszkowskiego

1846, Nicea, 16 marca

Mój najdroższy! List Twój z 5-go marca odebrałem i w tej samej chwili list od Jerzego ze Lwowa z 1-go marca, mówiący, że „dotąd żyję, ale los okropny spotkał wielu. Druga koliszczyzna, a z tych samych źródeł płynąca, co pierwsza. Tu sąd doraźny zaprowadzon i pod jego opieką żyjemy, szczęśliwi, że nikt z familii nie przeszedł przez katusze nie do opisania, które drugich tylu spotkały — chociaż nie wiedzieć jeszcze, czy im zazdrościć nam nie będzie trzeba?”.

Otóż na kopercie data 2-go marca — Lemberg. Czyż to list z aresztu? Nie sposób — naprzód zasadą austriackiego rządu: Iusticia regnorum fundamentum460, więc nie aresztowałby zupełnie niewinnego, który się wiecznie zdaniem swem i czynami opierał wszelkiemu brudowi, szaleństwu, zaślepieniu, świństwu. Zdaje mi się, że to zupełnie fałszywa nowina.

Twoje listy tę mają przewagę nad mojemi, że mnie w dziesięć dni dochodzą, bo z układu poczt pruskich nie wypada im przez Wiedeń iść. Moje przeciwnie: z układu poczt sardyńskich, dość nielogicznego, koniecznie przez Wiedeń przechodzić muszą, więc dopiero za dwanaście dni lub trzynaście Ci się dostają. Jednak, skorom Twój list i tę nowinę przeczytał, natychmiast pomyślałem, co należy czynić w najgorszym razie i do tego się wziąłem ochoczo, choć niezmiernie chory jestem i, jak Ci już mówiłem, z łóżka nie wstaję.

W tych dniach o przedłużenie paszportu się postaram. Wolę jednak ten list posłać przez Paryż. Trzeba go do Wojewody zaadresować — zatem, jak Ci mówię, napisałem dziś zaraz do pana Adama461 w Wiedniu, by, jeśli prawda, że Jerzy zatrzymany, poszedł zaraz do kobiety pewnej, co uchodzi między nami za wszeteczną i szpiega, ale wielki wpływ ma, i działał na nią, jak się działa w podobnych okolicznościach. Jednak, sądząc z listu Jerzego, niepodobna myśleć, że aresztowany. Mój drogi, drogi, drogi mój! Dzika to bestia lud rozpasany, a do tego schizmatycki. I Tyś przewidywał — tak, ale i mnie tego nie zaprzeczysz, żem także przewidywał i przewidział to wszystko. Okropnie, okropnie! Trzeba się nam koniecznie obaczyć, Auguście. Czy tu nie przyjedziesz? Ja taki chory, że się ruszyć nie mogę. Pisałem do Ciebie niedawno, przed 3-ma czy 5-ma dniami, a przez Wiedeń. Mówiłem Ci wtedy, że Emmy wybiera się za mąż, ale podobno jej mąż przyszły zabity przez chłopów w Galicji, więc jeszcze panną zostanie i może starą panną. Boże mój! Byleby tylko nic z obrzydliwości tej wielostronnej nie spadło na Jerzego!

Czy Ci się podobały te 10 reńskich za głowę? — Po turecku. — Robert Cyprian by powiedział: Ideé orientale462.

Mój Ty najdroższy! Pisuj jak najczęściej! Wszystko, co tylko dowiesz się o Jerzym, pisz! Jest u mnie gotowych 100 000 fr., gdyby trzeba je dać na ratowanie jego. Pamiętaj Auguście, w złym czy dobrym losie, że zawsze i wszędzie jestem Twoim. Kochaj mnie i wierz, że Cię kocham. Dziś więcej pisać nie sposób. Pisz, czy możesz tu przyjechać!

Twój Z.

258. Do Stanisława Małachowskiego

Nicea, 20 marca 1846

Mój drogi! List Twój z piętnastego marca odbieram w tej chwili. Donoś mi o wszystkiem z rozwagą! Tu może pod despotycznym rządem nie czytają, ale tam, pod konstytucyjnym, niezawodnie czytają. Eksprofesory, gdy uchwycą panowanie nad państwami, a do tego za pośredniczki przybiorą księżne wielkiego świata, nie wątpię, że się umieją puszczać na takowe figle.

Rad jestem temu, że Cię doszła moja Hierozolima463. Wątpię, by teraz zdała się na co; jeśli jeszcze by zdała się na co, to i owszem: klęknąć i pomodlić się u tego świętego grobu było zawsze marzeniem mojem.

Dziś przez odjeżdżającą stąd Sapieżynę Leonową przesyłam Ci mały pugilares nicejskiej roboty, bo musisz mieć teraz dużo papierów do chowania i układania. Jutro lub pojutrze prześlę Ci list, z którym postąpisz wedle mojej prośby. Dziś dołączam list do Augusta464, który raczysz rzucić na pocztę, nic nie płacąc, bo do Berlina nie potrzeba. Jeśli ujrzysz Konstantego, do któregom pisał wczoraj, powiedz mu, że papier Macquet wczoraj wieczór odebrałem.

Zdrowie moje zaczyna się diablo rozstrajać, od dni dwudziestu żyję w ciągłym ukropie, krew moja zmieniona w ołów roztopiony, ciężka a w piekle gotowana zarazem.

Czyś udzielił siostrom listów Orcia465? Oczywiście, że August mylną wieść powtórzył, i że wcale nie aresztowany.

Od dni kilku co dzień piszę i po dwakroć nawet pisuję do Ciebie.

Co mnie zagryza, to to, że emigracja tak się swarzy. Czyż demokraty pozbawieni pojęcia narodowości? Czyż tak już zaprzęgli się w małpiarstwo doktryn francuskich, że nic ich odwołać do czystej myśli polskiej nie zdoła? Doktrynery takie wolą teorię swą, niż życie i życia wypadki żywe. Miękkość to słowiańskich umysłów, naśladować tylko umiejących, a nigdy tworzyć. Kto nigdy nie tworzy, kto nigdy z własnego natchnienia samoistnego nie działa, ten nie żyje, ten nie zwycięża. Doktryny nie ma absolutnie zbawczej. Trzeba umieć w pewnych razach uchwycić konieczność położenia i według niej postąpić. Biedne głowy, przerobione na karb francuskiej rewolucji, jak gdyby jedna tylko rewolucja mogła być na świecie, zawsze ta sama, nigdy w innych kształtach. Głupi oni dotąd. Ale, jeśli przeszkodzą jedności emigracji i wydadzą ją tem samem na pośmiewisko i wzgardę świata w bieżącej wyrocznej chwili, to winnymi się staną, ciężko winnymi, i historia o nich powie, że zmarnowali jedną z ostatnich sił zbawienia, pozostałych Polsce.

Twój.

259. Do Konstantego Gaszyńskiego

Nicea, 20 maja, 1846

Odebrałem list Twój z szesnastego maja. Cieszę się bardzo, widząc, żeś znalazł kogoś, z którym Ci miło i po przyjacielsku. Lepsze we dwóch przechadzki pod drzewami, niż klub, pełny dymu i różnorodnych opinii.

Smutne wieści z Krakowa Cię doszły. Co za rozstrój w Polsce! Co za oskarżanie się wieczne, wzajemne! Okropnie mi, gdy się nad tem zastanawiam, i czuję, że w tej chwili olbrzymie dwie, a sprzeczne niby to, ale na pozór tylko, grożą narodowi apostazje: demagogia i Moskwa. Obie żądają od niego, by zupełnie zerwał z przeszłością, to jest, z wiekami, które jego zasługę ziemską składały i wyrobiły mu na ziemi ciało widome. Gdyby lud z jednej strony uwieść się dał i w rzezaczy uwierzył, a z drugiej mający być wyrznięci, owi morituri, rzucili się w objęcia, obiecujące im ochronę, w objęcia, Moskwy — powiedz, czyby to nie gorszy był finis, jak na maciejowskiem polu? To w tej chwili grozi nam, niechaj Bóg nas ochroni, on jeden może! O mój Konstanty! Czuję, że umarłem. To strach, strach położenie obecne! Patrzeć na nich wszystkich, samobójczących się przez nierozum, głupstwo, a niektórzy świadomie, przez podłość, gorszą, niż owa judaszowa.

Dziwne tu biegają pogłoski: mówią, że źle między austriackim a tutejszym rządem, że tutejsza szlachta cała chce koniecznie, by Lombardię przybrać do siebie i ogłosić włoskie państwo, a Niemcom odprawę poza góry dać. Rozmaite w tym duchu manifestacje zaszły w tych dniach ostatnich. W stanach świątobliwych, księdza, co kazanie miał przeciw Francuzom, gdy zeszedł z ambony, tak rozdarli i rozsiekali, że prawie kawałka po nim nie zostało. Będzie jeszcze wielki zamęt na świecie tym! Ściskam Cię z głębi serca, mój drogi.

260. Do Konstantego Gaszyńskiego

Nicea, 9 lipca 1846

Drogi mój Konstanty! Witam Cię z pych bruku paryskiego powróconym na spiekłe prowanckie równiny! Już August musiał Ci napisać, że w niebytności pana de Maistre nie mogę Ci żadnego pozwolenia wyrobić i przewieść z St. Laurent do Nicei. Ja zamierzam wyruszyć około pierwszego sierpnia do wód nadreńskich, ale August, który jakoweś dobra kupuje w Basses Alpes, pojedzie do Ciebie po pierwszym sierpnia i weźmie Cię z sobą do onego partykularza, położonego gdzieś w okolicach Digne. Może i ja tę drogę obiorę, by się dostać nad Ren, wtedy byśmy się uściskali. W każdym razie wrócę tu w jesieni; jeśli zatem do Paryża nie pojedziesz, u de Maistra wtedy wyrobię Ci przejazd i obaczym się. Na teraz zaklinam Cię w interesie Augusta, pamiętaj, że, co czytać i przepisywać będziesz, powinno pozostać świętą tajemnicą w Twych piersiach. Oczywiście, gdy przyjdzie do druku, będą domysły i wypytywania. Ty je z daleka zbywać będziesz, a czasami, gdyby Cię przyparto, powiesz, niby tajemnicę odsłaniając, że to pośmiertne Danielewicza papiery, a przy tem błagać będziesz słuchacza, nie słuchaczy, bo chyba we cztery oczy takie wyznanie uczynisz, błagać go będziesz, by nikomu nie powtarzał; powiesz, że przed zgonem, Danielewicz przesłał Tobie, czując już bliską śmierć, zeszyty owe i żądał, by dopiero po kilku leciech wydanemi zostały i że tego dopełniłeś teraz. Sam gdy przeczytasz owe rzeczy, przekonasz się, że koniecznością niechybną tak się z niemi obchodzić, i że wszelka nieostrożność w tym względzie byłaby zgubną, śmiertelnie zgubną! Rad jestem temu, że to wszystko czytać i zgłębić będziesz musiał, (bo bez istotnego zgłębienia i przejęcia się, anibyś zdołał przepisać, ani też wydrukiem pokierować), bo pewny jestem, że wielką korzyść i pociechę z tego odniesiesz, korzyść umysłową, bo to Cię przeniesie w okręgi, dalekie od potocznego życia, które Cię już znudziło, i serdecznie zarazem, bo to obudzi nową siłę w Tobie! Nie ma tam mistycyzmu ni gmatwaniny, jest to, czego trzeba, czego serca wyglądają i rozumy, jest prawda jasna! Autorze Przedświtu, spotkasz się ze Świtem466 teraz! Niemało zgryziesz piór nad nim, lecz, skoro przeczytasz, urośnie w Tobie przekonanie, że Ty, przyjacielską usługę wyrządzając Augustowi, a zatem i mnie, który go tak kocham, wyrządzasz jeszcze ważniejszą komuś ważniejszemu, to jest krajowi Twemu! Zatem gotuj się drogi mój Konstanty, do podróży onej niedługiej i do długiego pisania i do długiej korekty.

Confession wczoraj przybyło. W Królestwie źle się bardzo dzieje. Wszystką młodzież, wylegitymowaną na szlachtę, synów obywatelskich, którzy mieli prawo dania zastępcy, teraz, mimo ten przywilej, biorą do wojska na Kaukaz. Nie wszystkich należących uwięziono, ale takim sposobem wszystkich się pozbędą i pewniej, niż więzieniem, bo nożami Czerkiesów i pałkami Moskali; dzień teraz sądny w Królestwie! Takie to skutki prowadzi: powstać, a nie bić się i nie umrzeć na obranem stanowisku. Śmierć jednych przeciąga walkę drugich, walka przeciągnięta sprowadza nowe wypadki; ale porwanie się, a po porwaniu oddanie się, wydaje naród cały spętany w niemiłosierne ręce. Kto nie chce dziś zginąć, ten jutro zginie gorzej stokroć. Oto sens moralny krakowskiego głupstwa! Bóg Cię strzeż!

261. Do Bronisława Trentowskiego

3 nowembra 1846. Heidelberg (Bad-Hof)

List Twój odebrałem, drogi panie Bronisławie, a mówię „drogi” do Ciebie, bo, od kiedy Cię znam, a jużci i po polsku i po niemiecku znam, drogim mi jesteś dla potęgi umysłu i śmiałej serca prawości: pierwszą podziwiałem na każdym wierszu dzieł Twoich, drugą ukochałem szczególniej w Cybernetyce, i w słowie przeszłoletniem O wyjarzmieniu ojczyzny. Kto prawdę mówi najnieszczęśliwszemu narodowi, ten go najgłębiej kocha, ten najszlachetniejszym jego ziomkiem, bo mu żywot przynosi, a stara się od fałszu, tej śmierci, na wieki wybawić. Może większą zasługą i duchowo wyższą odwagą nie pochlebiać nieszczęśliwym niż nie pochlebiać szczęśliwym! Otóż widzisz, żem Cię znał, uwielbiał i kochał od dawna. Skoroś się do mnie odezwał, natychmiast byłbym pospieszył na głos Twój do Ciebie, zapewnie, by wiele się od Ciebie nasłyszeć i nauczyć gdybym tu nie musiał, jak przykuty, dosiadywać w oczekiwaniu cochwilnych wiadomości, które natychmiast za przybyciem swojem włożą na mnie obowiązek ruszenia do Frankfurtu i puszczenia się stamtąd w dalszą podróż z żoną i dzieckiem. Oczekiwanie to jednak kilka dni trwać może. Niepodobna mi stąd się wydalać, ale podobna, że dni jeszcze kilka tu przebędę. Jeśli jakie natchnienie chwilowe cię popchnie, zaniesię aż na kolej, a kolej cię żelazna porwie, zdarzyć się może, i bardzo nawet prawdopodobnem, że mnie tu jeszcze byś zastał. Jeśli zaś tak się nie stanie, dołożę wszelkiego starania, bym za powrotem z Frankfurtu, przesuwając się tędy ku Włochom, gdzie na chwilę towarzyszów drogi porzucił i wpadł do Ciebie.

Spotkamy się w posępnej chwili: sunt lacrimae rerum et mentem mortalia tangunt467. Rzeź humańska niczem w porównaniu z galicyjską: w pierwszej nierównie więcej ciał zginęło, ale w drugiej dusz przepadło wiele, i w jej przeciągłem wrażeniu przepada co dzień jeszcze. Jaźń Polski w niesłychanem rozdarciu, dusza narodu zaczyna się ciała narodu lękać, ciało nie ufać duszy, a nam tak pojednania obojga, tak potrzeba, by jeden tylko był harmonijny duch narodowy! Ciemnota i rozpacz, dwie najpiekielniejsze poradnice u młodzieży naszej; a to z łaski wroga, którego kwestią żywotną, najżywotniejszą: odnarodowienie ludu polskiego, przez ścięcie z jego karku głowy jego, w której to głowie jedynie przemieszkiwa zmysł narodowości, zmysł, pojmujący, że trzymanie z Zachodem i oświeconą ludzkością było i jest pod rozmaitemi kształty, ale w duchu i tradycji zawsze jednej, zasługą, zatem i powołaniem polskiej ojczyzny. Zetnij głowę narodu, o której mówię, wyrznij szlachtę, a zostanie lud bitny, ciemny, rozpasany na chwilę, który, nie mając przeszłości, nie znając przyszłości, obecność swoję za pewien byt dobry odda w ręce pierwszego lepszego Attyli, metodę mającego, to jest kadry wojskowe, i wtedy dopiero w całem znaczeniu rzeczy dopełni się bluźniercze Bogu i ludziom, a tak namiętno-płatne życzenie owego piszczyka, który do Metternicha list o tem napisał468.

O drogi i czcigodny Bronisławie! O tej porze wiele czartów moralnych grasuje u nas: przerażenie, zawiść, zła wiara, niby nowe obiecują życie, a w zapasie nic nie mają do dania prócz śmierci drugiej, pociągniętej pewnym życia pokostem na chwilę. Kto z grobu chce zmartwychwstać, ten niech wie, że tylko w świetle się zmartwychwstawa: bo światło i dobro i wszechmiłość wszelkiego życia warunkiem, cóż dopiero powtórnego żywota, żywota zmartwychwstań. Ni wola nasza, ni rozum, ni zasługa nie odpowiadają powołaniu naszemu, powołaniu najwyższemu, jakie dostać się mogło narodowi jakiemu na planecie tym ziemskim; bo jako od Chrystusa poczęła się jaźni jednostkowych ludzkich nieśmiertelność i godność, tak w nas i przez nas powinna by się począć narodowości ziemskich nieśmiertelność, a zatem i godność przedmiotowa, zbiorowa! Wszystko nas woła głosem przeznaczeń, tchnieniem woli bożej do owładnienia całą Słowiańszczyzną, na przekorę piekłu widomemu, ziemskiemu, które nas nęka, do obalenia siłą duchów żywych tego piekła, li z cielesnych środków chuci, niesprawiedliwości złożonego. Od nas mógłby się rozpocząć trzeci wiek, najwyższy dziejów ludzkich! Ale do tego trzeba, żeby z wolą bożą, z rozumem bożym nasza wola i rozum się zeszły do jedni, trzeba nam niepokalanymi być: bo, kto przeznaczon Chrystusa prawo wnieść w świat widomy z idealnego, kędy aż dotąd na uboczu zostawało, ten winien mieć w sobie chrystusową moc. Próżność i lenistwo naszymi katami: lenistwo czyli bezmoc, próżność czyli szalbierstwo, chcące bezmoc udać za moc jaką. I naturalnie, nie bez wiekuistych szwanków zapada się do grobu pomiędzy trzy piekła. Zmiłuj się, ratuj, jak i gdzie możesz, tę jaźń narodową, tak rozpadłą, tak zanękaną w tej chwili; grzmij głosem prawdy niebieskiej i ludzkie kłamstwa rozganiaj!

Rozpisałem się do Ciebie jakby do dawnego przyjaciela; wierz, że nim jestem! List Twój mi drogą pamiątką, którą zachowam, jakby świadectwo jakie, chlubne mi. Jeśli Bóg da, do obaczenia.

262. Do Bronisława Trentowskiego

Aquae Sextiae, 1846, 16 decembra

Różnym zbiegiem okoliczności stało się, że dopiero przedwczoraj odebrałem oba Twe listy, owe tak nagle po sobie pisane, z których następny poprzedzającego rozświeceniem. Dzięki Bogu, że oba razem dostały się do rąk moich, bo ostatni prawdziwie mi był ulgą i pociechą po przeczytaniu pierwszego, który niepomału mi po całem sercu się był rozszedł niewymownym bólem. Dziwiłem się albowiem fatalności nieporozumienia, która mnie przed Twą myślą przemieniała w tej chwili na bezserdecznego Twego serca kaleczyciela i obraziciela, na grubianina duchowego, kiedy właśnie, pisząc do Ciebie, byłem się czuł jaźnią żywą, całkiem ku Tobie podaną, kochającą Cię sercem a rozumiejącą umysłem, że możesz potężnie przyłożyć się do zbawienia ducha ogólnego, i dlatego też polecającą go opiece Twej myśli, opatrzności Twej cnoty, działaniu Twoich czynów! Otóż na chwilę, pókim Twego drugiego listu nie przeczytał, doznałem gorzkiego wrażenia, lecz nie myśl by przeciwko Tobie; nie, owszem, wszelkie w Tobie zaraz uznałem umiarkowanie i powściągliwość. Dziwiłem się nawet, że gorzej na mnie nie napadasz, jeśli już, pomyliwszy się, z tej pomyłki dna do mnie się odzywasz. Powtarzam, nie przeciwko Tobie ale przeciwko losowi, przypadkowi, dziwaczności zdarzeń, przeciwko temu wszystkiemu, co na świecie harmonią psuje, właśnie wtedy, gdy ona nastaje, kształci się i najwyższego stroju dochodzi — a Tobie owszem wdzięcznym był, że tak mnie jeszcze oszczędzasz, mimo to, że mnie za takiego masz. Drugi Twój list ukojenie mi przyniósł zupełne. Piszę to wszystko do Ciebie, byś był przekonany, żem ukojon zupełnie i że śladu najlekszego nie pozostało we mnie po tem nieporozumieniu. Znikło ono, jak chmura, co się rozpływa, jak śnieg, co taje w cieple i świetle. Światłem i ciepłem był drugi list Twój, i teraz dziękuję Ci serdecznie za oba; bo pierwszy był warunkiem wesela, którego doznałem przez drugiego odczytanie. Przywiodłeś mię do głodu, aleś nakarmił mnie; do pragnienia, aleś napoił mnie; do braku, aleś zdodatnił mnie: więc dzięki Ci raz jeszcze, i wierz już na zawsze, żem takim, jakim mnie zrozumiałeś drugim owym listem Twoim!

Śmierć Marcinkowskiego nieodżałowaną klęską. Było ich dwóch na całe Poznańskie, choć pod kształtem sprzecznym, lecz wiadomo, że jednia tylko z sprzecznych kształtów się wyradza. Dwóch ich było: jeden się zastrzelił, drugi się zagryzł, oba zsamobójczeni, pierwszy materialnie, drugi dusznie; i teraz pusto po nich, teraz już nie ma żadnej wzniosłej zacności tam, a za dni naszych trudniej o serce, niż o rozum, trudniej o poczciwość i niepokalaność, niż o zdolności. Goethe już wiedział o tem, kiedy małgorzatniemu sercu kazał zbawiać faustową genialność.

Kiedyśmy się raz ostatni ściskali, jeszcze była piędź ziemi polskiej, niby to niepodległej, na karcie europejskiej — dziś żadnej już nie znajdziesz. To początek końca, to przesilenie! Ostatnie złe musi w istocie być ostatniem. Przekonanym głęboko, że, jeśli własnoręcznie się sami dobijać nie zechcemy na chwałę naszym wrogom, od dnia zejścia Krakowa rozpoczyna się nasze polityczne odmartwychwstanie. Duch wieku, duch historii, Bóg, jednością w onej cyfrze, a my dziś przemienieni w zera zupełne, zaczniem w istocie wyobrażać to, co zera wyobrażają, gdy od jedności zaczynają... miliony! Lecz trzeba, byśmy się od tej jedności, a nie od czego innego poczynali, np. nie od znaku minus, nie od teoryj negacyjnych ujemnych, które sławnie umieją odciągać od życia to, co zgniło w świecie, ale nie potrafią nic a nic przydać do budowy świata i nowe życie wywieść z ruin. Więc bardziej jeszcze, niż kiedykolwiek, o duchu Bronisława, Ty przedziwna i wyborna części ducha ogólnego polskiego, ratuj i wspomagaj Twego wielkiego rodzica; unieś go na barkach z Troi pomieszanych wiar, wyobrażeń, przesądów! A pamiętaj, że, jako są przesądy z przeszłości, tak i bywają przedsądy z przyszłości, równie kłamliwe, okrutne, ciemnoty pełne; deptaj po pierwszych i deptaj po drugich nieznużonym, niezmęczonym żadną przeciwnością umem, przedzieraj się na przebój przez znikome a marne i ludowi Twemu pokazuj, co wiecznem i wielkiem.

W końcu końców wielkość tylko wielką, wieczność tylko wieczną jest i pokaże się tryumfującą oczom ludzkim, z których łuski zawsze nareszcie spaść muszą. Chrystus, Cezar, Napoleon! Przed takiemi postaciami wieki klęczą, choć miesiące, dni, lata mogą im bluźnić, prześladować je, nie pojąć ich. Darmo, mylniki żadne nie zagłuszą prawdy: pora studenctwa i burszostwa przejdzie dla niedojrzałych namiętności i rozumów, byleby z tej pory nie pozapadały w letarg, w szlafmycowość, podłość; bo, kto wiele krzyczał, ten później ochrypieje, umilknie, gotów się z jednej ostateczności przerzucić na drugą a stanowisko prawdy w tym salto mortale469 ominąć. Kobiety przebrane i idące rznąć nie zbudują rzeczpospolitej Platona! Nienawiść nic nie stworzy, miłość tylko twórczą jest, bo jest samą istotą ducha, duchem samym, a jeden duch tylko na równi z sobą samym, w najwyższej składni potęg swych wiednych i wolnych twórczym jest! Wszelka inna nadzieja tylko dzieciństwa piętnem, oznaką słabego mózgu i dobrego serca. O Bronisławie! Nasze zbiorowe powołanie najwznioślejszem na ziemi. Nigdy nie było narodu w tak szczytnych okolicznościach, przy tak pomyślnych warunkach, któremu by tak blisko było od krzyża, na którym wisi, do nieba, do którego powinien by wniebowstąpić. Żadne dzieje ludzkie nie przedstawiały dotąd, w żadnej porze rozwoju historii, takiego zbiegu zdarzeń, ułatwiających przejście ze śmierci do życia i tryumfu! Ale darmo duch absolutny roztwiera pierś wieków przyszłych ludziom skończonym, jeśli oni nie umieją się krwią tej piersi świetlaną nakarmić, jeśli zasługą, pracą, poświęceniem i pojęciem, nie przypadną do jedni z powołaniem wskazanem! Na miłość więc Boga pokazuj im, co stracić przez niedbałość, a co osiągnąć przez rozum i cnotę mogą!

Pisz do mnie i kochaj mnie, jak ja Ciebie!

Zygmunt

Uwaga. Szpetnym i potwornym poczt układem badeńskich, wszelki list do Nice, Etats Sardes, jeśli nie oddasz go w Szwajcarii lub Francji na pocztę, nieodzownie musi przez Austrią przechodzić. O to więc idzie, by Twoje do mnie i moje do Ciebie takiego nikczemnego losu nie doznawały. Mnie łatwo, bo o pół łokcia mam granicę francuską; Tobie trudniej, ale konieczna. Więc, ilekroć piszesz do mnie, do Nice maritime. Etats Sardes, staraj się, by Twój list rzucony został na pocztę w Strasburgu. Poszlij go tam komu, by go rzucił na pocztę. Inaczej albo nic szczerego nie możesz do mnie pisać, albo, co napiszesz, przepisanem będzie lub nie dojdzie mnie. Pamiętaj o tym praktycznym szczególe!

Czytam Chowannę i uwielbiam wszystko, co o jaźni i Bogu, choć się na dalsze losy jaźni nie zgadzam, myśląc i czując, że wciąż są żywemi a nieśmiertelnemi, nie zaś wiecznemi. Pisz i pisz, Ty części zbawienia ludu naszego! Mam nadzieję, żeś się obronił i że protestantyzm, obyczajem już u katolików nie praktykowanym, nie zinkwizycił aż do płomieni stosu drugiej tej edycji; w takim razie trzecią by trzeba zrobić.

263. Do Stanisława Koźmiana

Nicea, 1846, 18 decembra

Kochany Stanisławie!

List Twój wczoraj odpieczętowałem. Tysiączne dzięki Ci zań. Lecz przecież Bogdan pojechał do Rzymu i Neapolu na miodowe księżyce czy marcepanowe słońca. Tak Konstanty mi zaręczał jeszcze temu dni trzy. P. Adam470, o którym miałem wiadomość niezachwalnie pewną, coraz bardziej odbiega od pana Andrzeja471, zawsze go za znamienitego bardzo ducha uważa, lecz już nie sądzi go bezpośrednio natchnionym. Wątpię bardzo, by miał oną konferencję z Guizotem. Innym, którzy przypuszczeni zostali do jej mienia, wciąż odpowiadał eks profesor: „Mais que Diable voulez vous que j’y fusse472? Ten wyraz diable kwitł co chwila na ustach jego. O Bogu ani wzmianki nie było, bo też Bóg jej nie potrzebuje. Gdy zacznie sam o sobie wzmiankować, posłyszą mowę jego narody od bieguna po drugi biegun — a szpicruta wyśliźnie się z rąk Palmerstona a Liewenowa się nie przyda już radą na nic Guizotowi. Piędź ta ostatnia ziemi, nam wydarta, ten czwarty rozbiór, dokonany w 19-tym wieku, więcej, niż cokolwiek innego, posunął naszą sprawę. Każda rana, zadana czemuś świętemu i dobremu, staje się daleko głębsza przez odbicie sprawiedliwości bożej, rządzącej dziejami, raną temu, który ją zadał. Mordercy pchnęli siebie. Wcześniej czy później, kwestia ta już tylko o godzinę, a o niej tylko Ojciec Niebieski wie według słów Syna; wcześniej czy później z tej dokonanej absolutnie zbrodni wyjdzie nasze zmartwychwstanie czyli raczej zewnętrzna okoliczność, która nam pozwoli z grobu się wychylić, bo prawdziwe nasze zmartwychwstanie nie za nami, tylko w nas. Nadanie mu kształtu tylko od Europy zależy. W danej porze korzystać będę z Twoich rad w stosunku do p. Adama. Jednak on tak jest ze mną, że, gdyby chciał mnie widzieć, bez czekania na moją odezwę i żadnej ogródki, natychmiast by mi dał znać o tej chęci swej; przecież nigdym nie zaprzestał obcowania z nim i związki nasze trwały nieprzerwane.

Ten Adam473, ten jednooki, co w Romie, oto pierwowzór judaszowy! Oto człowiek! Jak jaźń ludzka może wytrzymać w takiej piersi, nie uwolnić się od niej, nie wytrysnąć z niej, nie uciec w głębię wszechświatu od hańby, w którą się zaskorupiła na ziemi, tego nie pojmuję. Żebym był nią w nim, dawno już by był on pękł, a ja wyleciała i, wyleciawszy, uciekałabym w nieskończoność nieskończenie, coraz dalej od ziemi i trupa mojego, dniem i nocą, przez mleczne drogi i mgławiska, za słońce, za Oriony i Syriusze, i tak przez wieczność całą. Nieszczęśliwy człowiek, nieszczęśliwy! Jeszcze przyjść potwarzać naród swój, świętość swoją ziemską, u stóp ojca kościoła! Przed zastępcą Chrystusa oskarżać męczenników, oskarżać to jedyne, co chrystusowego zostało w świecie dzisiejszym! Nieszczęśliwy człowiek — tak głęboko rozstrojony i upadły, że pogarda jakby w litość się przesila nad nim. Wiesz, co Lear o kobiecie, to o nim ja czuję i mógłbym krzyknąć: „Ciemność, brud, zgnilizna, pfuj! pfuj! pfuj!”. To mi przypomina, że w Romie jest druga podobna istota, ale płci odmiennej, warto się jej na wszystkie boki strzec, żona I. S. Mówią, że ona tego roku, w Czechach przesiadując przez lato u rządzącego Austrią zgrzybielca, namówiła go, nie bez oporu jego, do zajęcia ostatniego zakątka naszego. Cave474! Tysiąc dzięków za Henryka Ci składam. Gdy masz czas i chęć po temu, przypomnij sobie, że tu każdy list Twój będzie mi pociechą. Druś paszportu nie dostał i ruszył do Galicji. Ogromnie sprawą chłopską zajęty, utył niezmiernie, zresztą zdrów. Na nowy rok urządzenia w stosunku do chłopów będą ogłoszone w Królestwie, ale zupełnie nic nieznaczące. Że zwiną Królestwo, także słychać. Nikt nie zmartwychwstaje jedno z grobu — gdy grób absolutnym będzie, pocznie się odżycie! Na zawsze, kochany Stanisławie, pamięć dni heidelbergskich należeć będzie do lubych wspomnień życia mego. Niegorzkie to dni były — a więc szczęsne.

Twój Ruinowy

264. Do Augusta Cieszkowskiego

Nicea, 1847, 15 stycznia

Pęka serce, gdy wglądnie oko w tassowanie się tych kart, w zawiązywanie się tej gry. 1814 r. już Napoleon im powiedział, takiej samej izbie, pełnej prywaty: „Nie bądźcie jako bizantyńskie rozprawiacze, którzy jeszcze prawili i krzyczeli, gdy już wróg taranem rozbijał bramy miasta!”. Twój Thiers475 to obrzydliwa bestia — rad by ludzkość zbawić, by obalić Gu-a476, ale, gdyby trzeba ludzkość zgubić na to, rad by ją zgubić. Błazen! Bez wielkich charakterów nie ma Rzeczpospolitej: kramarze milczący, drobne dumy krzyczące, lub rozprawiające eleganty, oto skład izb. I co z tego być może? Serce pęka! Losu kaprysikom wszystko powierzyć trza, jak za średnich wieków, jak za napadów barbarzyńskich. Do dziś dnia tak samo w historii. Z pokłócenia się dwóch żbików na trybunie może wypaść wielki jaki przypadek! Oto wiara nasza, nadzieja i miłość! Pfuj! pfuj! pfuj! Biedna Francja! Prowadzą ją prosto do losów Polski. Czem Sasy i jezuici byli u nas, w niej dziś przemysł, handel; doktrynery! A katy te same zewnętrzne stoją, czekają — a te błazny się będą sprzeczali o mariaże hiszpańskie! I powiedz sam, czy bruk paryski nie nikczemny to bruk?

Rysunek nie podobał się Kiprowi. To mi pachnie dziwnemi teoriami w Kiprze. Pamiętasz, jak się unosił nad manifestem Krukowieckiego i niby bronił go od zarzutów komunizmu — on wykarmion w słowiańskich gronach, kędy o komunizmie niedowarzenie marzą. Uważaj dobrze: nie potrzeba by sobie żmiji wyhodować na piersiach! Zresztą powiem Ci, że on może Bułgarów i Serbów ideę, tj. bezideę, pojął, ale Polski nie zna, nie uczuł, ni przeczuł. Co do Polski, ani mu można dać samowolnego postępowania. Trza by go wprzód wyuczyć. Tylko pytanie, czy chciałoby dziecko się uczyć i czy już od dawna nie należy duszą i ciałem do owej szkoły pragskiej, którą i Jerzy niegdyś był nieco zarażon w dzieciństwie. A więc tak trudno znaleźć miejsce jakiekolwiek, gdzie by przyjęto obronę tej biednej szlachty polskiej!

Węzeł gordyjski, drogi Auguście, rozcinam. Bądź łaskaw 1500 fr. panu A477. oddać. Mniejsza, na co, druk czy nie druk, ale on w szkaradnej biedzie i bieda mu przeszkadza do jasnego widzenia rzeczy. Ulżyć biedzie, a będzie coś. Do tego dzieci dorastają itd., itd. — nie ma czem ich wychowywać; zatem odeszlij mu 1500 fr., a owszem nadal nic nie przyrzekaj! Mojem prawidłem: wiecznie dotrzymywać, ale nie obiecywać nigdy, bo z obiecanek pierwszy lepszy przypadek, pęknięta żyła w czaszce, z konia upadek, wreszcie szpiega donos cacanki robi. 500 zaś fr. zachowaj na pierwsze Kyprowe zawołanie; skoro o więcej będzie szło, natychmiast daj znać, a znajdziesz co potrzeba u Th478. — Sieraw-mu479 już przez Wojewodę posłałem.

Masz prawdę — w tej chwili potrzebniejszyś tam, ale to w tej chwili i może przez miesiąc jeszcze. Potem pomyśl o słońcu! Czekam na obiecany Twój list, a wtedy szerzej odpiszę. Ciągle mi bezmocnie i gorzko.

Twój na zawsze

Furiis

Wybornyś z zapytaniem, czy nie powinieneś do Berlina jechać, tam być na sejmie i zarazem być w Paryżu na izbach, i zarazem kończyć w Nicei np. i zarazem cynkować480, co skończonego w rue Royale, i zarazem może jeszcze podróż odbywać w Oriencie!

Nauczże się, mój Auguście drogi, raz na całe życie ziemskie — bo w wiecznym żywocie inaczej będzie — że to tylko się udaje i do końca doprowadzić można, czemu się razem wszystkie władze osobistości naszej poświęcają. Napoleon nigdy nie marzył jednym korpusem stawiać czoła od razu wielu korpusom, ale, niezmiernie szybko się posuwając, każdemu z osobna się w danej chwili przeciwstawiał i następnie, uważaj, następnie je pobijał, nie zaś współcześnie. Ty zaś zawsze marzysz o współczesności i wszechobecności. Prawem ludzkiej jaźni jest móc ruch swój swoją wolą przyspieszyć, ale nigdy niech nie marzy o osiągnieniu wszechprzytomności bożej, bo wtedy nie zrobi nic, nic, nic!

2-do: choćby zebrali się w Berlinie i otrzymali 1/100 konstytucji, tego roku jeszcze nie będzie można wpłynąć na żadne dyskusje, bo wdzięczność za łaskę upoi ich serca!

Konstantego ściskam — niech pamięta o litografii!

265. Do Bronisława Trentowskiego

Nizza, 1847, 29 stycznia

Jak lew ryczący, że użyję wyrażenia Pisma, skąd i „robak nieśmiertelny” wzięty, obszedłeś jaźń moją chorą dokoła, szukając, która to strona najbardziej boli. Wszystkie — oto moja odpowiedź. By ją usprawiedliwić, życie by moje całe Ci opowiedzieć trzeba; słuchaczowi byłoby nudno, opowiadaczowi zaś nad miarę gorzko, nawet by się nie podjął. Przydaj do tego, że mój dziad, Radziwiłł, umarł na melancholią, i biedna matka moja też na tę samą, powoli wszystko w organizmie wyniszczającą chorobę; wszystko, w ciele i w duszy, nie mówię o jaźni, bo jaźń, choć ciało zgnije i zgłupieje, dusza może jeszcze bohaterskiego, świętego, boskiego czynu dopełnić; jaźnie nie chorują, tylko ciała, dusze. Otóż duszy, której przymorzyły się w życiu pewne chwile wzniosłe, porywające, potężne, nie móc do nich wrócić, czuć, że koniecznie potrzeba jej, bo drugim potrzeba chwil takich w niej, a nie móc — to, wierz mi, do gehenny idealnej podobne! Powiadam Ci, choć rumianym ci wyglądałem, od kolebkim na najrozmaitsze chorował i ciała słabości, i duszy smutki, i fałszywe niesłychanie położenia, a Bóg widzi, że z ostatnich wydobyć mi się nie łatwo. Gdyś tej strony dotknął obrzydliwej losów moich, to jest tej zależności podmiotu, trafiłeś w samo serce prawdy. Może gdzie skończę kiedy daleki od was wszystkich, co światłem się zachodniem karmicie, od was znanych, kochanych, niepodległych, choć także nieszczęśliwych, ale przynajmniej nie zagrożonych zezwierzęcenia możliwością w więzieniu zapomnianem gdzieści! Wtedy wspomnijcie o mnie!

Serdeczne Ci dzięki za tkliwą troskę, za chęć przyniesienia ratunku. Powtarzam Ci, i wierz, kiedy mówię: rozplątać gmatwaniny, zbiegiem zdarzeń, koło mnie zawiązanej i plątającej się coraz gorzej, nie łatwo, bo na to bym musiał kaleczyć pewne serca, które mi drogie, i deptać po pewnych wolach, które mi świętemi. Co się zaś modlitwy tyczy, nie taką mam rogatą duszę, jak Ty. Gdy grom mnie rozbije, albo wcale się nie mogę modlić w dziwnej a gorzkiej serca suchości, albo, jeśli zdołam paść na kolana, to już łzawo proszę Ojca, który w niebie, by pomógł tym, których ukochałem, i nowych im uskąpił klęsk. Dla siebie zaś tylko o to proszę, o to jedno, by mi dozwolił zdać się im na coś, być im sługą niestrudzonego serca i niezanękanej myśli. Na cóż bym wzywał nowych na głowę mą nieszczęść? Powiedz mi, nie próżneż to nadskakiwanie losom, i tak zawdy gotowym cię prześladować, jeśli w losy trafunkowe i dzikie wierzysz, a puste igranie z opatrznością, jeśli na jej wszech miłości polegasz? Tak Prometeusz na Kaukazie, tak Encelad pod Etną! Ale oni z naturą tylko się znali, oni ją nieubłaganą i ślepą, bogiem swym mieli. Do Wszechducha duchów możnażże tak się odzywać logicznie? Odpowiedz mi na to, a jeśli nie chcesz w liście, to po prostu we własnem sercu, na samem dnie jego! Z Fryburga aż dosłyszę Cię tu, tej odpowiedzi, w mojem!

Mówisz, drogi Bronisławie, że na kurzy skok mi od granicy szwajcarskiej. Co Ty gadasz! Spojrzże na mapę; pięć dni i nocy mi jazdy ciągłej do Szwajcarii, czy przez Francji nizinę, czy przez Alpy Piemontu. W istocie, takim skokiem graniczę z Francją: o pół godziny stąd jest graniczna, nikczemna wioska, zwana St. Laurent du Var (Dment du Var), w której komora tylko i poczty odłamanej szczątek, nie nadzwyczaj wierny w oddawaniu nieraz trudno doń dochodzących przesyłek. Nie śmiałbym na moją odpowiedzialność zachęcać Cię do przesłania rękopismu do owego oderwania ogólnej administracji poczt francuskich. Potem wynikłoby straty czasu ze trzy tygodnie. Wreszcie dyliżansem tylko mógłbyś z Strasburga posłać. Poszłoby na Lugdun, Avignon, Aix, od Aix skręciłoby się w bok i przyszłoby, albo by też nie przyszło do St. Laurent. Nie malle-pocztą481 gromką takie idą rzeczy, ale prywatnego stowarzyszenia dyliżansami, wlokącemi się nieraz, i nieraz przewracającemi się, zagubiającemi powierzone im paki. Drżę o ten rękopism, bo przeczuwam, że w nim dobro kiełkuje dla niw polskich. W liście mi więc ogół odrysuj, a nie posyłaj na możliwą zgubę, lecz wydawaj na pewny skutek. Dołączam Ci tu środek, przydatny do celu owego; zda się, że 800 fr. wystarczą — gdyby nie, natychmiast dalsze przyszlij rozkazy482. Ale wyświadcz mi łaskę, nim zupełnie dzieła dokończysz: dostań wyszłą przed dwoma miesiącami, a przez żyda Salvadora po francusku napisaną Historię ostatniego powstania żydowskiego i wzięcia Hierozolymy przez Tytusa; 2 tomy, przeczytasz w dzień jeden. Tam nauczyć się można wielu a wielu rzeczy o nas. Strach, strach, mówię Ci, jaka tożsamość położenia, a co gorsza, postępowania, niezręczności, rozstroju, niezgody, zapału niebotycznie marnego, bo pijanego wyobrażeniem, że „rzeź zdrajców” jest najwyższą sztuką bronienia ojczyzny i pokonywania postronnych wrogów. Odnajdziesz tam wszystkie nasze świętości i biedy, do joty te same stronnictwa: targowicę, Wersal, adamszczyznę, towiańszczyznę — niczego nie brak. Wreszcie wszystko kończy się na wersalczyków zwycięstwie śród murów miasta, to jest na rzeziach radykalnych, a w następstwie koniecznem zaraz potem, na tytusowem wejściu do miasta i ostatecznym Romy tryumfie, upaństwionego miasta jednego nad najprawdziwszą narodowością starożytnego świata! Wiem dobrze, że zaopatrzonemu ze stanowiska wieczności zwycięstwo to tylko pozorem jest, bo po 1700 leciech upłynionych gdzie rzymskie państwo? A lud żydowski dotąd trwa w Polsce, starą wiarą uparty przeciwko rządom znów tytusowym! Ale taka pociecha pociechą mi nie będzie, dopókim nie Bogiem absolutnym, wiekami jak chwilami rządzącym; sercu mojemu ludzkiemu potrzeba, by koniec, zdarzony okopom Hieruzalemy, nie zdarzył się naszym. Nas, wiesz, co zgubi? Niesłychana próżność! A wiesz, co to próżność? Oto dziwne usposobienie do pokory tam, gdzie dumy potrzeba, a do dumy znów tam, gdzie pokora nieodzowną koniecznością. Człowiek powinien dumnym być w celu, swoim, dla celu, do którego dąży, dla idei ojczyzny, ludzkości itd., pokornym zaś w stosunku do środka, za pomocą którego cel ten przeprowadzić ma; a że tym środkiem on sam, więc pokornym w stosunku do siebie, to jest nie żądającym egoistycznie, by od razu i wyłącznie sam wszystko przeprowadził, innych ćmiąc sławą swoją! Na tem uczuciu pokory zależy poświęcenia moc: bo poświęcić się, to przystać na to, by się ziarneczkiem było wapna w budowie, pojętej i widzianej na oczy duszne. Gdy zaś wszyscy tacy dumni w ostatecznym celu swym, a tacy pokorni co do środka, to jest poświęceni, zgoda jest, i nie ma rozstroju. My zaś zwykle dochodzim do straszliwych zwątpień, to jest pokory obrzydliwej pod względem końca, naszym zgotowanego usiłowaniom. Rzucamy się na ślep, w wigilią powstania honorem i szampanem zagrzani, sposobim się na śmierć honorową, a wiary nie czujem w zwycięstwa możność, lub tylko paplem o tej wierze głośno, a w głębi ducha bladycheśmy myśli! Ale mimo to, każden z nas ministrem lub feldmarszałkiem zaraz! Otóż bym chciał wpoić w piersi ich wszystkich tytańską dumę, dumę świętą dla ojczyzny, dla wygranej w końcu dumę, będącą właśnie świadomością zlania się uczucia polskiego z pomysłem Boga samego o losach przyszłych Polski; a znów co do ich indywidualnostek osobniczych pragnąłbym, by się nieco roztopiły w szerz, nie zaś tak jądrowo ześrodkowywały się same w siebie i dla siebie. Duma bez pokory jest szaleństwem, pokora bez dumy podłością, harmonia obu, żywym ducha pędem. U nas zaś samopasem luźnym chodzą te dwie rozkładnice. Patrz też, co się dzieje i czy już wielu, i to najdzielniejszych, fatalna próżność nie przedzierzgnęła na wariatów albo też na przewrotnych niegodziwców! Pamiętaj więc, przeczytaj Salvadora! Jakby wczoraj sam się bił na okopach Hierozolimy przeciw legionom, tak pisze. Jeszcze krew rzymska nie ociekła z jego piersi, rzekłbyś, że zamiast pióra, pryśniętą klingą miecza ryje opowiadanie swe na miedzianej tarczy. Żydem byłem przez 24 godzin, gdym go czytał, ale strach mnie zdjął, gdym nazad uczuł się Polakiem; strach, powtarzam Ci, bo powtarzam: to, w czem wersalczyki i ostatnie sprzysiężenie pokładało nadzieję, zgubiło Hieruzalemę! I w końcu końców, co dziwnego, że rozstrój nie może nic wystroić, że mordowanie swoich wroga nie zamordowywa, owszem, używotnia. W XIX wieku dopiero zaczęli ludzie o tak dziecinnych prawdach wątpić i dyskutować nad niemi. To zjawisko mnie nie dziwi, są albowiem wieki w historii, którym koniecznie potrzeba wątpić o wszystkiem, by następnie w coś uwierzyć zdołały. Lecz mnie, co do Polski, to przeraża: zbrodnie, przemienione na logikę i teorią, srogiem są głupstwem, a lubieżnie bałamutnem lub niegodziwie podchlebnem dla każdego, tylko do zbrodni usposobienie mającego. Przecież najłatwiejszą rzeczą być zwierzem, a najponętniejszą myśleć, że za zwierzęctwo historia da nieśmiertelność. Oto kanar i miód, jak mówisz! Bij więc, o duchu mi drogi i przyjazny, duchu silny i ojczyźnie zaślubiony, bij w to, co ojczyzny onej raną i rakiem. Nie miej jej za kobietę próżną, której mus jest grzecznostki gadać, bo, gdyby taką była kobietą, nikt by jej nie zdołał ratować. Są chwile rozpaczne w dziejach narodów: w takich chwilach tylko prawda wiekuista zdoła im pomóc; ona tylko, nic innego; przecież ona Boga jest zstępującym na ziemię tchem. I zaprawdę, tchu bożego dziś trzeba Polsce na to, by pokonała wszech-złego azjatycki pierwiastek. Patrz, co się dzieje na Zachodzie! Moralnie już taranem walą w konstytucyjne izby Mongoły: izby siedzą, drzemią, sypią powinszowania oratorom, ostrzegającym je, i znów siadają i drzemią. Czytałeś mowę Montalemberta483? Płakałem, czytając ją: serce polskie bije mu w piersiach, on zaczął żywot od kochania się w Polsce, a choć nieszczęśliwie się kochał, odtąd się spolszczył duszą całą. Dwie stare baby, dwie akuszerki, Francją i Anglią rządzą, bo tylko o małżeństwach wspominają i kłócą się o nie, a Kraków przemija. Zatem, jeśli my potężnemi sami nie staniem się duchy, Zachód niewiele, w swoich pantoflach i szlafroku zniewieściały, nam pomoże. Nasze takie powołanie, że nie tylko siebie, ale i Europę i cywilizacją zbawić możem, tych zbawić, od których nadaremno zbawienia czekaliśmy od 1773 r. Ale na to musim porzucić głupstwa nasze, nierozumy, próżności, lekkomyślności, zawistki, prywaty, zgoła dzieciństwa. Bohaterom i świętym pozwolono obalać mocarstwa piekielne, ale nie dzieciom lub pijanym niedowarzoną myślą! Musim stać się bohaterami i świętymi, lub zginąć! Powiedz im to, powiedz! A kiedy kto komu zaszczyt czyni, że go woła na bohatera i świętego, może przy tem sobie pozwolić pewnych przestróg i karceń. Sat est484 na dzisiaj, drogi Bronisławie; głowa mi już pęka i zapadam w chorobliwy dreszcz. Nie wyobrazisz sobie, jak dalece mój organizm schorobliwion i przepsuty. Bóg z Tobą i z książką Twą. Błogosławię wam obojgu, i ojcu, i córce, a chciałbym pierwszej lice oglądać na oczy, drugiego zaś pierś przycisnąć do piersi. Twój

Heidelbergski.

266. Do Augusta Cieszkowskiego

1847, Nicea, 8 marca

Mój drogi! Niezawodnieś zgadł. Mnie od kilku dni lepiej. Dziwne to między nami krążenie ducha. Ale wierz mi, mnie diabli wezmą, a Ty zostaniesz, wierz mi! Bo mam na świecie do roboty z potęgami, które mnie gubią, a którym tylko mogę ręce i stopy całować, bo mnie gubią z dziwną naiwnością, z dziwnem, wiecznem błogosławieństwem, kładzionem mi na głowę, i to najszczerzej. Jedno z dwojga: musiałbym albo siebie samego się wyrzec, tj. tego, czego się nigdy nie wolno człowiekowi wyrzec, dopóki jest — albo walczyć okrutnie. Że zaś i to drugie byłoby wyrzec się siebie, tj. serca, rozumu zaś także skądinąd niepodobna, więc, drogi, chyba mnie Bóg zbawi! Ja rzadko o tem mówię, ale głęboko czuję. W każdym liście, co odbieram od ojca, tylko skargi na samotność — i prawda, on samotny! Nie ma co mówić, samotny i wiecznie spodziewający się, że wreszcie zadzwoni godzina rozsądku, to jest, że żywy duch przystanie na śmierć swoją485. Taka jego nadzieja. Smutne to wszystko koleje w piekle na ziemi! Nim wyruszysz, jeszcze przeszlę Ci więźnia486; przeczytasz, osądzisz, zostawisz Konstantemu. Na sąd Twój Celina487 się zdaje. Co do pieniędzy, to je także powierz, gdybyś odjeżdżał, Konstantemu.

Na mózgu nieco mi lepiej, ale oko prawe dokucza, dolega, kiepsko dowidzi. Nie wiem, co to jest. Zmartwienie mam okrutne: sam okpit, okpiłem — i to złote serce okpił J-go488. Panna Katarzyna489 formalnie idzie za pana Adama Potockiego. Biedny Jerzy! Wściekłym. Nigdy od kobiety żadnej nie był oszukan, jedno od tej panienki, i to nie ja jeszcze, jedno przeze mnie mój przyjaciel, i do tego ginący przyjaciel! Pojmiesz, co mi się dzieje! Może plunąć w oczy nie serca mego, ale rozumu, ale przenikliwości! Scena w nr 38490 także mocno mnie zgryzła. Mało przyjaźni czuje dla kobiety człowiek, który się u niej tak zapomina; jeśli więc nie przyjaciel, to srogi nieprzyjaciel! A jeśli tak, to narobi wcześniej czy później harmideru.

O Adamie491 nie mówię — zdziczał od biedy i przechrzcijaństwa. Zresztą nigdy nie dbał o maniery swe, jest sui generis492. Ale G-ał493 kiepsko się spisał, i ja na ludziach rzadko się mylę, panny wyjąwszy. Pisz do mnie częściej, proszę Cię! Ściskam Cię serdecznie i obłogosławiam sercem całem. O eter się nie lękaj — ani myślę. Mówisz, że o wojnie gadki? Bóg by dał, by to nie cacanki były!

Twój na zawsze Z.

Na wszelki wypadek każ, by w Wierzenicy była zawsze gotowość do przyjęcia botanicznego zielnika494 mego jakiego, czy teraz, czy później, czy kiedykolwiek. Myślę, że tu do połowy maja będę.

Panna Beaupré umiera w Romie na nerwową gorączkę.

Kocio Br. żeni się z córką Hermana495 — to ostatnie dobrze.

267. Do Stanisława Koźmiana

21 kwietnia — 1847, Nicea

Kochany Stanisławie!

Aż serce pęka krytykowi, gdy rozważa, jaka nędza i małostki jakie na wszystkie strony, np. list Vice-Marszałka, owa wymowa heliodorowa — z drugiej strony ów cywilizowany liberalizm Ulrycha, taki juste-milieu496, taki rozsądnicki, taki martwy! Co chwila niby doławia się czegoś, ale tylko, jak ogar, oszczekuje miejsce, nie trafia na zwierza. Uznaje, że cementem, co ma spoić zawzięte stronnictwa, religia, — ale, trafiwszy na tę wiekuistą prawdę, bo właśnie dlatego i zwie się religią, że jednoczy i spaja wszystkie rozmaitości światów, trafiwszy, mówię, na tę prawdę, natychmiast całość jej żywotną zatraca, przemienia na martwą literę, myśląc, że można bez wiary, to jest bez wiedzy, czem religia, bez ognia, płonącego w sercu, religijnego, bez przeistoczenia aż miazgi i szpiku swego w miłość do Boga poradzić co ludzkim stronnictwom i w istocie je zjednoczyć — czem? — Tem, czego sam jednoczący je — nie posiada! A głupie byłyby dać się przez takiego jednoczącego połączyć. Prawda tylko jest prawdą, nie żadne udanie, nie żadna szarlataneria, nie żadne świeckie przystanie na użytkowalność i korzyść religii, co zdoła sprawić na świecie. Od takiego właśnie pojęcia, które jest hipokryzją, wszystkie rządy zginą. Miłość tylko żywa, prawdziwe ducha zjednoczenie z bożym duchem, rozlewa się w świat i koi ból wieków, i nowe wieki spładza! Ja myślę, że Ulrych na bardzo jeszcze niskim stopniu duchowym stoi — na znamienitym już świeckim — bo jest tolerant: już nie wyje, już nie woła o gilotynę, nie pochwala ni wielbi rzezi galicyjskiej, choć nie przyzna, że dołożyła do niej centralizacja nauk i podszeptów nikczemnego głupstwa swego. Ale skądinąd żadnej wiary nie ma, a jednak żyć nie można bez żadnej. Trzeba żywemu duchowi, na to, by był żywym, mieć w głębi swej coś, co sacrosanctum497 jego jest — a nic, jedno coś opartego na Bogu, coś zakorzenionego w Bogu, coś dłuższego od trumny, głębszego, niż grób, taką świętością być może.

Świętość wszelka ziemska musi na niebieskiej się opierać, bo inaczej skądże by logicznie i prawdziwie była świętością na ziemi? Naród, nie wiedzący, że jest tajemnicą bożą, że jest sprawą bożą, że do piękności myśli bożych należy, wcześniej czy później przeminie. Wszystko, co nie od Boga, a w myśli ludzkiej jest, przypadkiem tylko być może, nigdy zasadą — namiętnością, nigdy celem. To znowu, co niby tylko do Boga dąży, a nic wspólnego nie ma z ludźmi, z ojczyzną, z ludzkością, także chrome. Człowiek każdy powinien pamiętać, że jego Bogiem Chrystus — to jest usprawiedliwienie natury ludzkiej przez boską, a znów poświęcenie tej natury ludzkiej dla boskiej, czyli, że obie natury w ciągłej i nierozerwanej komunii. Demokraty, tak samo jak jezuici, psują ten wyborny i żywy nastrój. Przymierza, między miłością Boga a ludzi, zawartego na wieki w słowie chrystusowem, równo przykazującem kochać Boga i ludzi, niech nikt, kto chce żyć, nie rozrywa! Bo, skoro rozerwie ową całość, natychmiast śmiertelny zaród wkradnie się w jego naukę, czyny, marzone teorie, gmachy polityki, instytucje! I wcześniej czy później śmierć się w nich objawi, a wreszcie i pochłonie! List Ulrycha pełen śmierci zarodów. Jeśli się wyżej nie podniesie demokracja, to po niej! Jakżeż nie cierpię takowych frazesów, studenckich jeszcze: „Nim się przeistoczę na twego politycznego, tj. najzażartszego nieprzyjaciela itd. itd”. Frazesa z dawnych lat! Ale oczewiście, że muszą trwać w umysłach i sercach, nie pojmujących, co religia, która w sobie religuje wszystkie nieprzyjaźnie, i właśnie tem przemienia je w miłość! W religii występuje ludzi, powaśnionych i krwi chcących, najwyższy rozjemca, jedyny ludzi rozjemca, Bóg — i on im podaje właśnie tę wyżynę, ten szczyt, ten punkt, który wspólny jest wszystkim ich sercom i umysłom, choćby od siebie rozpryśniętym aż po drogi mleczne odległości i przeciwieństwa! Tu się liberalny Ulrych nauczyłby, że polityczny, najzażarłszy nieprzyjaciel jest głupstwem lub zbrodnią, dzieciństwem lub hańbą! Bo dopóki trwać może taka zaciętość, Rzeczpospolita bańką mydlaną, marzoną, wydmuchiwaną, ale i rozpryskującą się wciąż! Kiedy mówię „Rzeczpospolita”, to nie rozumiem republiki, prosto rozumiem całość państwa naród wszystek! Z nieprzyjaźni tylko dalsza nieprzyjaźń, rozterka, rozstrój i rozsyp. Z miłości jedynie życie i gmach. Ale kończę, jakem zaczął; miłości nie ma bez Boga. Tylko ów Rozjemca ją dawa!

Teraz powiem Ci, mój drogi, że tłumaczenie Danta498 jest dobre, a przydałbym: miernie dobre. Pierwsze dwa wiersze, mojem zdaniem zmienić trzeba. Po co to „Jak”, które drugi wiersz rozpoczyna? W Dancie tej formy zapytawczej nie ma. To zupełnie barwę zmienia i nic potem. Zresztą dobre. Trudność, jedna z najnieprzezwyciężeńszych, więc żądać więcej nie można. Kłaniaj mu499 ode mnie i powiedz, że bardzo żałuję, iż nigdy się z nim nie zeszedłem, ale żem czytał wiele jego wierszy — że mam go za mistrza w robocie zewnętrznej wiersza, ale że mniemam, iż nieraz zanadto tej robocie poświęca wewnętrzną treść, która nie dość jasno wygląda spod tej dźwięcznej i ślicznie utoczonej powłoki, że zresztą w tłumaczeniu Danta tego zarzutu mu nie czynię, bo jasne — żądałbym tu zawsze trochę więcej energii zewnętrznej, w wierszu samym. Uważasz, szczere zdanie tu mówię. Znasz człowieka lepiej ode mnie. Jeśli to ma go obrazić, to nic nie mów — tylko, że bardzo dobre.

I ja smutny, mój Stanisławie, i mnie zewsząd dochodzą smutne wiadomości. Biedny pan Stefan500, ale w Bogu nadzieja, że nic mu nie będzie gorszego. Co do matki M.501 od dawnam to uczuł, coś Ty w dniu procesji — jeszcze wtedy, kiedym poglądał na idącą prawie pieszo z księdzem Jełowickim po nadbrzeżu morskiem z Genui do Romy, w tej właśnie chwili, kiedy po tem Morzu Śródziemnem płynął na złoconej i mahoniowej „Kamczatce” książę świata tego502, a za ogromnym statkiem onym na barkach pomniejszych króliki i książątka, odprowadzające go aż do Palermo — on i owa biedna, nędzna, pokaleczona i niemocna — oboje ku Romie zdążali, oboje tam stanęli, oboje tam śmiertelną walkę rozpoczęli, on w potędze Nabuchodonozorów, ona w ubóstwie i prześladowana nie tylko od okrutników, przyrodzonych wrogów swych, ale i od rzymskich faryzeuszów. I zdawało się, że książę tego świata przegrał przed światem całym, a męczennica w chwałę prawdy się ubrała i głowę zdeptała wroga — i może zaśpiewać Super aspicum et basiliscum503.

Co do tych 150 fr. tak się rzecz ma — zupełnie nie tak, jak się domyślasz. Konstanty poszedł, wyprawion do Wielogłowskiego spytać się, wiele potrzeba, by zapobiec opóźnieniu ceremonii. Wielogłowski, wcale nie wiedząc, że Konstanty przybył z sukursem, drapał się w głowę, mówiąc, że nie ma za co wykupić, ale że w tych czasach Ty nadeślesz z Romy 150 fr. i że się wykupi. Wtedy Konst. owe złożył 150 fr. od bezimiennego, a ja, wiedząc o tem, ostrzegałem Cię, byś Ty już nie posyłał — oto prawda cała. Kiedym rady Twej chciał zasięgać to owszem w rzeczy, gdzie byś był bardzo nią mnie oświecił — byłbym się zupełnie na mnie oświecił — byłbym się zupełnie na Twój sąd zdał. De litteratura res erat504. List Ulrycha Ci odsyłam.

Najdziwniejsze wieści krążą — o przyjeździe Mik. do Paryża, o amnestii, o wicekrólestwie Michała, o łaskach, o restauracji statutu organicznego — nie konstytucji naturalnie, przez wpływ Guizota. Wszystko głupstwa, a gdyby nie głupstwa, to gorsze jeszcze szkody i hipokryzja głęboka! Wszystko, co mi piszesz o Piusie, serce mi rozszerza. Przynajmniej jeden duch, wierzący w Boga i kochający ludzi, na świecie! Tak to ciasne serca ludzkie! Ale on ma szerokie — świetlane — i dobrze człowiekowi choć z daleka na takie spoglądać, bo się rzeźwi i nadzieję ma. Niech Pan mu błogosławi i pośle aniołów do odsuwania kamieni z dróg jego, bo czarty mnóstwo ich tam nagromadzą. Dzięki Ci za Twe listy, Stanisławie, i za wypieranie się — dzięki — dzięki!

Twój z serca

Heidelbergski.

Zaraz pisz, bo może wkrótce wyjadę. Edward to najszlachetniejszy duch — nie bój się, nie zapomnę.

268. Do Adama Sołtana

1847. Nicea, 22 kwietnia

List Twój z piątego kwietnia, z łaskawym przypisem Marysi, odebrałem wczoraj. Wszystko, co mi radzisz najdoskonalszą radą, najwyborniejszym pomysłem; to jedno by rozciąć mogło, raczej rozwiązać, nie rozciąć, węzeł gordyjski moich losów. Bo co do rozcięcia, rozciętym być może aż nadto łatwo i każdochwilnie; ale straszliwe znów przeszkody tego pomysłu wykonalności mieszczą się w innych okręgach tychże losów moich. Trzeba na nowo walkę wznowić i to już z sędziwym, znękanym, wielu walkami otrutym i coraz w gorszy humor wpadającym ojcem. Darmo, ja nie mogę dni mu starości zatruwać i niepokoić, wolę kiedyś wszystko znieść. O mój Adamie! Całe życie moje było tylko rozdarciem, tylko jednem długiem a smętnem fałszywem położeniem, i tak już zgorzkniałem, że aż strach! Czasami chwyta mię taka melancholia, że w istocie zaczynam powątpiewać o rozumu całości w czaszce. Uciekam od widoku ludzi, trochę spokojnieję tylko, kiedym zupełnie sam, gdzie na jakiej ścieżce górzystej, śród skał, śród natury milczącej, która mi nie kraje serca żadnemi ni wyrzuty, ni odpowiadaniami, ni nowinami, ni proroctwy, ni wspomnieniami! Lecz, skoro wracam między ludzkie duchy, wnet czuję się jakby prowadzonym na stracenie, gilotyną mi się staje moralną każdy bliźni mój. Szalony stan, przyznasz! Skwaśniałem, zgorzkniałem, roztrzaskałem się i osłabłem nad miarę. Stąd wynika, że mi determinacji brak do wszelkiej rzeczy, która by mnie w nowe walki wprowadziła i kazała drugich kaleczeniem siebie samego kaleczyć przez odbicie. Ale, że masz najświętszą prawdę w tem, co umyśliłeś dla mnie, to pewna. Będzie z tego, co Bóg zechce i rozstrzygnie. Zdaje się, że wkrótce będę wracał ku Królestwu, postaram się jechać nieopodal od Ciebie i wstąpić lub Ci dać znać i poprosić, byś kilku milami się do mnie zbliżył. Jednak pewny niczego nie jestem.

Najrozmaitsze pogłoski się rozchodzą o jakiejś amnestii, o jakichsiś restauracjach. Gwałt, przybierający lica uprzejme, zowie się obłudą; za to Chrystus tak ganił Faryzeuszów, i sam Chrystus był zdania, że hipokryzja jest gorsza od gwałtu. Więc w gorsze zstępujem. Ale to wszystko wygląda mi na baśnie. W Romie naszej starej trwa zapał niesłychany ku Piusowi i edykt cenzury go nawet nie ostudził. Makryna505 już dostała pozwolenie założenia bazylianek: odstąpiono jej, obok klasztoru Trinita del Monte, drugi gmaszek, niby klasztorek, co w ogrodzie, jeśli pamiętasz, na ten koniec. Procesją po onym ogrodzie, złożoną z naszych księży, wielu cudzoziemców i dwóch kobiet, Polki i Włoszki, co już rozpoczęły nowicjat, inaugurowała odnowienie wytraconego zakonu. Szła przodem, trzymając w ręku prosty z drewna krzyż, podobny do tego, który trzymała, gdy na czele prześladowanych sióstr wychodziła z Mińska. Pius przed ostatecznem zezwoleniem wyszedł do pobliskiego pokoju, kląkł i wezwał Ducha Św., potem wrócił i rzekł: „Kiedy taka wola boża, niech będzie”. A jeden z kardynałów wtedy: „Ale co powiedzą potęgi?”. A on znów: „Nigdym, od kiedym wstąpił na tę stolicę, nie zważał na to co one powiedzą, jedno na to, co mówi Pan!” Pamiętasz, Adamie drogi, broszurkę Marcellinianę, jak to my wtedy się zastanawiali! Dziwne losy nad tą kobietą a opiekuńcze: pomnij tylko, przez co przeszła, jak nadbrzeżem morskiem szła ku Romie, w tej samej chwili, kiedy po morzu onem płynął na pysznym statku jej wróg; jak się oboje spotkali w wiecznem mieście; jak on zrazu zdawał się wygrywać, jak prawie się jej zaparł nieboszczyk Grzegórz506. A jednak w końcu ona zwyciężyła moralnie i dźwignęła swój zakon wytracony, i odnowiła go, i do nóg jej padają, i głoszą jej cuda! Angliki nawet, i wszyscy ją uwielbiają, a ano dotąd żadnym językiem niewypowiedziana, jedno po polsku! Jużci palec boży na jej czole leży!

Co się zaś dotyczy spod deszczu pod rynnę, nie sposób odmienić ducha tysiącletniego w tem, co stanowi jego wieczne podstawy, bez zatracenia siebie samego. Wyjmij serce człowiekowi, żyć przestanie; są pewne organki, konieczne do żywota potrzebne dla społeczeństwa jakiego: takim organem jest idea, którą żył wykonywał w każdej chwili życia; paznokcie, włosy, skóra, ręce, nogi itd., itd., mogą odpaść, przemienić się — mózg i serce nigdy, pod karą niebytu!

269. Do Konstantego Gaszyńskiego

Nicea, 11 maja 1847

Mój drogi! Wstrzymaj się do przyjazdu Elizy, który wnet nastąpi, z kupnem francuskich rent; dopiero po rozmowie z nią zobaczysz, jaki bankier lepszy. Staś nie tylko wyzwoleńca, ma i co innego, na oba zapewne i w tych dniach przeszle konsens. Chwała Bogu, że tak po Turczech i Ameryce latasz, i pływasz, i z Franciszką się widujesz507. Piękna była nad pięknemi! Tylko się nie leń w wyrobieniu. Nieraz Ci powtarzałem, że Twoją misją wycerwantesować nam lechickiego Don Kiszota, coś podobnego, to jest epopeję, pełną śmiechu a łez! Najwięksi komicy to mają do siebie, że zawsze pod komicznością ich tragedia siedzi, jak wąż pod kwiatami i zielem. Cerwantes, Molière, ze szczegółów śmiech chwyta, ale wrażenie ogólne powstające — smutek! Pamiętaj i o tem, bo to sztuki prawo. Wszelka tragedia winna się rozwięzywać we wyższe wesele, wszelka zaś komedia musi być podszyta smutkiem, inaczej nie ma całości i harmonii. Bo tak jest w rzeczywistości, tak jest na świecie bożym. Ale wpychać tragiczność gwałtem pod komiczność nie należy; nic łatać, nic zszywać nie sposób, to samo z siebie wyniknąć powinno. Jeśli komiczność prawdziwa, jeśli się agituje szeroko, jeśli żywą jest i chodzącą i krew ma w żyłach swych, to fatalnie się taki w niej znajdzie wypadek. Pisarz wiedzieć o tem winien, czuć to, ale nie powinien o to się pocić.

Życzę Ci szczęśliwych podróży aż pod Sawanah! Tam wszelka komiczność w hymn się zamienia śmierci, a znów ten w nieśmiertelności pieśń, i z ust bohatyra konającego może wyjść proroctwo, które tę całą komiczną sferę wnet rozświeci anielskiem światłem, bengalskim ogniem wiary, nadziei, miłości! Ściskam Cię z głębi serca.

Napisz do Augusta, że wolałbym, by rzeczy Danielewicza były w Wierzenicy, niż w gospodzie. Napisz, że Eliza wkrótce przez Berlin jechać będzie i że proszę, by wtedy opiekował się swoim chrzestnym synkiem. Napisz, że i ja zapewnie we dwa miesiące później tamtędy pojadę.

Pisz często! Smutno mi nad miarę. Już głód i u nas, coś okropnego idzie na świat ten! Obaczysz!

270. Do Bronisława Trentowskiego

Nicea, 20 maja, 1847

Był tu Rogier508, bawił dzień; mówiłem mu. Teraz jedzie do Księstwa; obiecał, że się rozmówi z tymi panami i z Potworowskim itd., itd. Że przez kilka miesięcy będzie próbował, czy można wskrzesić to, co ze zgonem Marcinkowskiego skonało, że po tym czasu upływie mnie uwiadomi o skutkach negocjacji, a w każdym razie sam pozostawa na odwodzie i gotów pospieszać na odsiecz. Zatem się nie troszcz, czy tak, czy owak będzie rzecz, owe 1000 talarów rocznie, skądkolwiek płynąć będą, będą płynęły. Przyszła Wielkanoc udowodni Ci to moje twierdzenie. Piszę jeszcze z Włoch. Myślę, że tak za miesiąc będę przejeżdżał koło Kiehl; wolałbym Cię w Kiehl oglądać lub gdzie zechcesz między Kiehl a Fryburgiem, niż w samym Fryburgu. Skoro albowiem przybędę do Fryburga, natychmiast o tem wiedzieć będą; a nie trzeba, by się domyślano, że się znamy i żeśmy ściśle spójni z sobą. Zatem gdziekolwiek zechcesz na tej kolei, między Kiehl a Fryburgiem. Doniosę Ci zawsze, na kilka dni przed przejazdem, o sobie. Odpisz mi raz jeszcze do Nicei! Ściskam Cię z głębi serca.

Rogier nigdy żadnego listu od Ciebie nie odebrał, a nikt mu nie był wspomniał, że jego szukasz, dopiero ode mnie tu, wczoraj się dowiedział.

Nie dobrze mi na zdrowiu, dlatego krótko i piekielnie niewyraźnie piszę, bo drgam nerwowo od stóp po łeb! Mam nadzieję że już będzie wcielony w druk ów Ojczyźniak, kiedy spotkam się z Tobą i że mi go dasz. Bóg Cię strzeż, drogi Bronisławie!

Zygmunt

Taka przyczyna urwanych dochodów: owi ludzie, przekonawszy się, że z dzieł drukowanych cudem magicznym, jak się spodziewali, nie wyrosły pułki i legiony zbrojne, alboli też, że same książki nie zaczęły latać po powietrzu i przemieniać się na pękające granaty, tryumfujące, powiedzieli sobie, że literatura na nic się nie zda. Oni myśleli, że literatura o dniu naznaczonym, o danej chwili, jak mina prochu leszczyńskiego, buchnie i wysadzi, nie figurycznie mówiąc, ale realnie, świat. Dzień naznaczony minął, książki z półek księgarskich i z bibliotek po dworach nie ruszyły, nie porosły w nogi, ręce, więc zdradziły, więc nic nie warte. Czy nie godni głębokiej litości? Ale teraz sam powiedz, czy można z takowemi duchy obchodzić się, jakby z pełnoletniemi, i czy często gęsto nie wypada nakręcać wyrażenia własnego do ich pojęć dziecinnych? Pamiętaj zawsze o tem! Bo o to idzie, by ich zbawić, przede wszystkiem o to! A możnaż kogo zbawić tem, do czego nie dorósł? Owszem, wtedy go się gubi, a nie zbawia; to jakbyś dawał roślinie, miasto powietrza, wody i gnoju, gotowane mięso i pulpety — zwiędła by.

271. Do Bronisława Trentowskiego

Aachen. 1847, 15 septembra

Musisz już być z powrotem z Regensburga. Piszę tak olbrzymio, bo, od kiedym tknął się tutejszych wód, ciągle zawrotami głowy nękany, cierpię okrutnie i co chwila mi się wydaje, jak gdybym konał. Już dwa razy na ulicy padłem bez zmysłów. Jednak ciągnę dalej, ale z przynależną ostrożnością. Dzięki Bogu, że są ludzie u nas i że ten Dymsza tęgi. Niedawno był w Paryżu, na klub polski uczęszczał, tam się nikt nie domyślał odkrytych w nim przez Ciebie przymiotów.

Może się zdarzyć, że dopiero w listopadzie wrócę, może znowu że za tydzień będę musiał, bo, jeśli cholera, już w Odesie przed 18-tu dniami zjawiona, pomaszeruje ku Warszawie, natychmiast tam pojadę, by przy ojcu się znaleźć o takiej chwili. Zatem zależę teraz od marszu cholery. Zawszeż będziesz o mnie wiedział przed mojem odgraniczeniem się od Europy.

W Rzymie pięknie się dzieje: nie tylko legacje, ale i całe Włochy trzęsą się od ducha piusowego. Po Włoszech zacznie się trząść i świat, bo wszystko zogniwione z sobą za dni naszych.

August509 pisał mi, że się zatrudnia Twoim interesem i rozmaite ku temu kombinacje marzy. Rogier w Księstwie, milczy i ze mną, ale o danem przezeń słowie ani wątpię. Krótko piszę, bo każda litera stara się mnie pod stół obalić. Wszyscy, którzy czytają „Ojczyźniaka510”, odchwalić się nie mogą, tylko się marszczą i frasująza napotkaniem onych dwóch frazesów, które im chwilowo niesmacznemi się wydają, i dopiero ochłonąwszy, dalej ciągną i znów im dobrze i miło! Ściskam Cię sercem całem, przywiązanem w pełni. Wkrótce znów posłyszysz o mnie. Powiedz mi: a co z Chowanną się stało? Czy uniknęła stosu?

Twój

Heidelberski

Augustową myślą jest, by utworzyć ze składek, ale już znakomitych, pewnych, corocznych, licznych, jakoby zakład, mający zastąpić brak uniwersytecki. Dopiero by z tego środka opłacane bywały rozmaite rzeczy, wieloliczne, a śród nich i owe 1000 talarów, o których wiesz. Czy się uda? Bóg wie! Lecz czy tak, czy owak, licz na Boga, który nigdy zacnych nie opuszcza.

Doskonaleś powiedział, że katolicyzm nie idealny, ale transcendentalny. Zaślepieniem prawie wszystkich katolików jest go mieć za idealny. Platoński idealizm, w poprzek rzuciwszy się katolicyzmu, taką barwę mu nadał, a z tą barwą własne jego dogmata (np. zmartwychwstanie ciał) wciąż się sprzeczają. Ale cóż zrobisz z ludźmi, którzy ci wiecznie o katolicyzmie prawią, a sami go nie umieją? Nieśmiertelność myśli oderwanej, czystej, nigdy nie była ni jest w katolicyzmie, raczej u protestantów; tymczasem najzażartsze katoliki zawsze z nią występują. Biedni ludzie! Wiesz, Twój całokształt filozoficzny jest arcykatolickim, tylko, że w tonie filozofii, nie religii.

272. Do Stanisława Koźmiana

Lipsk, 1847, 10 novembra

Mój drogi! Dieu dispose511. Oczewiście myślałem, że będę w Heidelbergu dziś — a tymczasem, otom w Lipsku a za cztery godzin w Dreznie. Eliza mnie tam wezwała, kiedym ją wzywał do Heidelberga. Lecę koleją od Akwisgranu od 3-ch dni i zabitym na nerwach i muskułach. Trudno bardzo mi było fanty wieść Tobie, bo ich jeszcze nie było wypranych — dopiero ścierki ich512 są u mnie, i to jedna, ale pewno ono zwierze, co kuzynkiem zająca513, a które zajadają Francuzy, nie omieszka ojcu dzieciaczka zaraz przesłać. Odpisz mi zaraz do Drezna, mój drogi, poste restante. Nic nie wiem, ale przewiduję, że tylko do 15-go najdalej zabawię, że potem trza się będzie puścić ku Włochom, odprowadzić Elizę aż do Romy — i wrócić na cholerę, która w one czasy zapewnie już sobie z Petersburga do Warszawy przypochodni. Mój ojciec nie chce wyjeżdżać, a zakazuje mnie do siebie przyjeżdżać — ale takie zakazy ojcowskie nic synom nie znaczą. Mam prośbę do Ciebie, drogi. Zawiadomię Cię za parę dni, gdzie i jak jadę — i będę Cię prosił, byś mi donosił jak najpewniej i najpilniej, co się z cholerą dzieje i czy pochód rozpoczyna ku Warszawie. Na tych albowiem wiadomościach serce moje będzie wisiało i obowiązek. Zatem nic mi nie kryjąc, jak najserdeczniej i najprawdziwiej ostrzeżesz mnie, bym zawsze miał czas powrotu. Z gazet człowiek albowiem późno się dowiaduje o pierwszych objawach gdzie zarazy, a ojciec będzie taił przede mną. Ty w Berlinie doskonale zaś wiedzieć będziesz, jaką drogę ta fatalność obiera.

Zdaje mi się: że Adasia Szczęśliwego, jak piszesz, jeszcze spotkam. Więc powiem mu, coś kazał, byleby szczęście go głuchym nie uczyniło. Jeszcze raz Scapa i Erofajkarski każą Cię zaręczyć, że nie oni, ale przy tem, że im mniej gawędy, tem i dla nich lepiej. Zawczoraj 8-go Krucyfiksus i kontent wyjechał do Chatauneuf le rouge près d’Aix. Tam do stycznia bawi w styczniu wraca; melodie Ci tu łączę — więcej ich nie ma. Śliczny wiersz francuski przez Lesguillon wyszedł, którego pierwsza część kończy się l’ordre regne à V... a druga l’ordre regne à hôtel Praslin514. Dostań, jeśli możesz — kartka tylko jedna, a wiersz siły pełen. Zwie się L’Echo du Ciel515, a motto: A Domino factum est istud516. Ogromnie wraził mi się ten wiersz w nerwy. Vado wciąż 8 Chaussée d’Antin. Choruje często. August w Suchej koło Kałuszyna. Ja zaś aerumnarum plenus, mający za chwilę wpaść między Romcia, Aleksandra, Adasia itd., itd.; niepewny, co uczynię, gdzie się udam — kiedy wrócę — bardziej koczujący, niż ten Arab, do tego wcale niezdrów, womitami wciąż prześladowan. Odpisz mi natychmiast — masz czas, bo pewno tylko dzień jeden list idzie. Słyszę, że Cię żenić zamyślają — pamiętaj rozważyć rozważnie! Bóg Cię strzeż i ubłogosławiaj. Ventury kazanie o O’Connellu dziarskie — i dobrze Jełow. przełożył. Kartka 93 pełna mniszej energii. Odpisz zaraz!

Twój na zawsze Heidelberski

Napisz mi, czy gdzie w Dreźnie ostatnich „Przeglądów” bym mógł dostać? Wyobrazisz sobie, że Praslina wszystkie na wsi sąsiady żałują i opłakują, jak najlepszego człowieka i nie mogą pojąć, co się stało jemu, jak go szał napadł. Wszystkim albowiem był dobry, tylko tej ofierze jednej swojej zły i okrutny517, a okrutny nad miarę cochwilnemi okrucieństwy. Do Dieppe ze wsi nie chciała ruszyć — złudził ją obietnicą, że nazajutrz, przejeżdżając przez Paryż, zaprowadzi ją na obiad z dziećmi do restauratora. Ona, która z dziećmi i z nim obiadu od wieków nie jadła, uradowała się, upatrując w tem znak zbliżenia, jakąś pożycia dawnego powracankę — i obiadowi temu kwoli pojechała na śmierć własną, bo przed godziną obiadową, już z rana, padła pod nożem i kolbą pistoletu. Raz ją pierwszym był tak poczęstował, że wyszedł, myśląc, iż zabita — w pół godziny wraca, by otworzyć okno, strzelić w ogród, strzałem rozbudzić dom i oświadczyć, że strzelił do zabójców uciekających. Wtem trupa zastaje stojącego i dzwoniącego na gwałt — wtedy kolbą dobił. Umierając, spowiadał się i dzieciom zalecił, by nigdy nie ufali dziadowi, Sebastianiemu. Zresztą nic więcej nie powiedział. — Jaki łgarz Aleks. — powiedział Elizie, że przez dzień cały szukał mnie po Heidelbergu a nie mógł znaleźć. Rozśmiała się, wiedząc, że przeleciał i tylko Ciebie widział.

273. Do Stanisława Małachowskiego

1847, 9 grudnia

Odebrałem oba listy Twoje. Widzę, że Ci choro i smutno wciąż — mnie ani zdrowo, ani wesoło. Ilekroć przez jakiś czas dużo ludzi widzę, głupieję, zmieniam się na kształt ich, i robi się w sercu niepociesznie na widok głupstw i miernostek tylu. Zresztą czasy ponure, ponure! Na wszystkie strony drży i chwieje się świat, a kto wie, czy my, którzyśmy całe siły wyniszczyli w oczekiwaniu, potrafim jeszcze jakie zebrać i skupić na godzinę stanowczą. Darmo, oczekiwanie przez lat siedemnaście zniszczyło i przetrawiło nas; brak życia i powietrza uczynił nas schorzałymi. Ci, którzy długo siedzieli w więzieniu ciemnem, w chwili wyzwolenia światła już znieść nie mogą, i wyzwolenie staje się im ślepotą lub śmiercią. Smutne to wszystko bardzo, ale jakżeż się oprzeć tym myślom, które wkraczają w duszę i w niej się rozgaszczają i gryzą, jak grynszpan? Jakoś stary się zaczynam czuć, wszystko mi obmierza i ohydnem się staje. Stronnictwa, świat rozrywające, nic mi dobrego nie wróżą. Srogie zapamiętałości staną się paniami Europy. U nas dezorganizacja moralna ogromna, jednak szlachta o włościanach myśli i czynnie się bierze, czują, że w tej kwestii życie lub śmierć leży. Ale trudna, bo należy ubiec nieprzyjaciół dwóch: rząd i komunizm, należy chłopów usamowolnić, by stali się ludźmi, a skądinąd wpływ polityczny nad nimi zachować, by nie przestali być Polakami. Od rozwiązania tej zagadki, straszniejszej, niż wszystkie sfinksowe, zależy nasza przyszłość. O mój Wojewodo! Smutno i smutno! Za zobaczeniem więcej o tem. Tymczasem Ci powiem, żem tu Cię nie prosił, bo wiem, żeś chory, bo czuję, że zimno, bo wreszcie wolisz sam być ze mną gdzie indziej, niż w tych okolicach; zatem do obaczenia się w Romie. I tam nie z wesołem ja sercem jadę, nic tam mnie nie wzywa ni woła takiego, coby mi miłem indywidualnie było. Dla mnie Rzym mój mi przeszedł; zanadto niegdyś w nim młodo mi było, by on teraz nie miał mi jakby wyrzucać, żem się podstarzał, i to z goryczą grobową! Cóż chcesz, życie diablo smętnem. Jadę, bo muszę, ale, jak Radziwiłł do Hieruzalem: trzecim każdym krokiem w tył. Napisz też, co słychać o koźmianowym Dniu dzisiejszym518.

Teraz mam prośbę do Ciebie i tej prośby wysłuchaj. Nie mogłem znaleźć sposobu szybkiego doniesienia bratu Twemu o tem, coś chciał, musiałem to powierzyć Kasi; ona dopiero w tych dniach to siostrom Twoim powiedziała, siostry dopiero bratu mają donieść, a nim stamtąd skutek zawróci, to i ujdzie dni jeszcze wiele zapewnie. Zatem proszę Cię, pożycz ode mnie tu przyłączone tysiąc franków! Jeśli będzie Ci ich potrzeba, użyjesz, jeśli nie, to nie, ale mi spokojniej będzie myśleć, że leżą u Ciebie, niż, że u mnie gnuśnieją odłogiem. Uczyń to dla mojej spokojności, a wdzięcznie Ci w duchu podziękuję, mój Wojewodo, bo najsroższą troską w oddali troska o kochanych. Proszę Cię, nie gniewaj się na mnie za to, a kiedy będziesz mógł, to przybywaj i wierz, że Cię kocha na zawsze

Twój Scapavia.

274. Do Stanisława Małachowskiego

1848, 21 stycznia, Rzym

Mój drogi Wojewodo! Odesłałeś mi franki papierowe a przysłałeś na dobitkę kosztowną, arcy-ładną, absolutnie doskonałą cygarnicę. Dzięki Ci składam za drugą, pierwsze zaś z rezygnacją odebrałem, myśląc w duchu, że się na mnie gniewasz, gdy nie możesz wycierpieć, by leżały u Ciebie, ale przez lądy, góry i morza nazad mi je ślesz. List Twój, wczoraj z cygarnicą przybyły przez Aleksandra Potockiego, przekonał mnie, że się nie gniewasz, ale żeś smutny, tak jak ja. Dzięki Ci z głębi serca za list ten; schowam go do tych, które chowam, które skarb składają serca mego i w których odczytaniu szukam pociechy czasami, gdy mnie nieznośną się stawa każda chwila życia. W istocie wpadłem w melancholią, po prostu w chorobę, bezwładność umysłową a rozpacz serca, w hypokondrią ku ludziom a zwątpienie zupełne o sobie. Czasami nachodzą mnie myśli obrzydliwe519; pojmujesz, że je odganiam, deptam, pluję im w oczy — niemniej nadchodzą, to faktum psychologiczne. Choroba, choroba, przeciwko której nie mogę nic, kiedy jej napad mnie schwyci. Nikogo nie widuję, zamknąłem się, wszyscy mnie ranią, kaleczą, obrażają. Cóż chcesz, sam czuję, że to nikczemnienie taki stan, ale cóż począć, kiedy mnie opętał tak, jak reumatyzm, jak febra, jak tyfus. Przyjeżdżaj, kiedy możesz, zastaniesz zawsze dom swój u mnie. Pisać mi nawet trudno, każda litera mi idzie oporem, czuję, że z niej tylko głupstwo i smętek płynie. Wolę Cię uściskać sercem kochającem całem, niż dłużej nudzić umysłem znędzniałym, chorym, upadającym. Do widzenia, drogi. Kiedy zdołasz, przybywaj.

Twój

Czyś o koźmianowym Dniu dzisiejszym nic nie słyszał?

W mieście wiekuistem spokój. Tu nie będzie nigdy gwałtów ulicznych. Dwór, jak dawniej, taktyką opieszałości zastępuje moc istotną. Boga reprezentujem, a ludzi się boim!

Znów August przez dwadzieścia cztery godzin, i już tą razą w cytadelli, przytrzyman, potem wypuszczon i grzecznie przeproszon, jak pierwszą razą.

275. Do Stanisława Koźmiana

25 stycznia, Rzym, 1848

Mój drogi Stanisławie! Czekałem na Twój list, jak kania deszczu. Pytałem się ks. Hieronima, czy nie pisujesz — odpowiadał, że milczysz. Już mnie sroga zdejmowała obawa — zdawało mi się, żeś chory, albo też nadzwyczaj smutny. Wreście z 13 stycznia Twe słowa dziś mnie rano obudziły i pierwszy raz nie przebudziłem się w melancholii, od kiedym tu, bo Twój list ją rozgonił. Ja zaś, drogi mój, nie pisałem, bom od kiedy tu wstąpił pierwszym krokiem, uczułem się pchniętym w mózg — po prostu fizycznie pchniętym, czy przez wpływy atmosferyczne, czy przez dalszy rozwój choroby, której ni Akwisgran, ni żadne Chiliusy pomóc nie mogą, która co roku powoli postępuje, a tego roku doszła tu do objawów bardzo mi gorzkich, bo takie ciągłe mózgu i serca drganie, taka rozdraźń tych dwóch organów myśli i czucia, że aż organa ruchu, to jest ręce i nogi, dostały od nich drgania ustawicznego, i ja, niegdyś πόδας ώχύς520, jak Achilles u Homera, muszę teraz wlec nogi za sobą i stąpać krokiem starcowatym. Widziałbyś mnie co dzień popołudniu tak wlokącym się po żebracku, zawsze jedną drogą, przez Maria Maggiore i Lateran do Koloseum i nazad — a zawsze samotnie odbywam tę pielgrzymkę, samotnie, jak człowiek, uciekający od ludzi, bo czuje się pękniętą machiną, bo czuje się umarłym, i to w miejscach tych samych, kędym niegdyś tak był pełnym życia. W tem mieście, po tych drogach wiosna moja była mi — a teraz! Więc słuchaj, rozpaczy tak głuchej, jak od kiedym tu, nigdym jeszcze nie doznał w życiu. Tak Ci się długo tłumaczę, byś pojął, czemum milczał; milczałem, bom nie istniał.

Teraz słuchaj stanu rzeczy tutejszych. Jest Wład., jest Orpisz., jest Kajs.521, będzie za kilka dni niezawodnie Mickiewicz. Co sobie rokujesz z tej mieszaniny zetkniętej rozmaitych żądz, chęci, wól, zamiarów? Każdy ciągnie na swoje, stara się, każe, podchwytywa — aż tu śród tej cichej niwy usiłowań milczących spadnie piorun, pana Adama głos nieparlamentarny. Twierdzą jednak, że jedzie w skrusze i pokorze. Mnie znękanemu nowem będzie donękaniem to spotkanie. Dam tutejszych anim widział, nikogom nie widział — uciekam od wszystkich. Haeret lateri letalis arundo522. Nie znam nic podobniejszego do duszy mojej od wiersza tego — a wiersz jakżeż dźwięku rozpaczliwego pełen! Z Norwidem zapoznałem się — to nie z kaleczących ni raniących — owszem. Skarb mu wielki dan od Boga — byle go umiał użyć — to najtrudniejsze. Kolory i światło, to nic — ale tęcza uwita, rozpostarta na niebie z nich, foremna, rytmiczna, istna przepaska niebios, to wszystkiem — to trudnem i w każdej sferze ludzkiej, nie tylko artystycznej! Miły i uprzejmy duch ten norwidowy, ale zdaje mi się, że jeszcze sam siebie nie stworzył. Nie wyrzekł w głębiach swych własnych fiat lux523, ale przyjdzie ta chwila i stanie się on potęgą!

Jak to, fantów nie odebrałeś? A Adaśże ich Ci nie oddał, pod pieczątką, w kopercie, przeze mnie mu powierzonej? Zdaje się, iż Ci niemi najnikczemniejszą-m z przysług wyświadczył — bo zupełną obojętność, a żale, o których mróz, mówisz, że je skrysztalił, może by Ci przyniosły co innego, niż obojętność ludzką. Nic zaś gorszego od obojętności; przebacz mi, ale cóż chcesz począć z pękniętą machiną, którą już należy pod strych gdzie rzucić i zostawić pyłowi i szczurom na pastwę! Tu zaś wszystko harmonijnem dotąd, nie ma żadnych scen ni gwałtów. W Neapolu zmusi powstanie sykulskie rząd do przyłączenia się do Ligi Włoskiej. Pius ukochan przez lud — serce wielkie, dobra żądające i dobro dające. Wiesz, jak takie serca kończą w dziejach? — Na krzyżu — nie mniej ich idea zwycięża! Lecz one same pękają pod niewdzięcznością ludzi udarowanych i u-błogosławionych. Taki i jego koniec! Utinam sim falsus vates524! Co do Włoch, niezawodnie wygrana ich. Lecz droga, po której wyprawa owa wygrawać się będzie, może być bardzo rozmaitemi ścieżkami, potokami, awalanszami i prądami lawy poprzerzynaną. Jednak, bądź co bądź, nie obejdzie się to wszystko bez dalekich wpływów i drgań, udzielonych z pierścienia do pierścienia w łańcuchu ogólnym. O liście obłudy mówią u nas, że wszeteczne kłamstwo! Pewno Hieronim Ci już doniósł. Co mnie boli, to guizotowe postępowanie. — Quos perdere vult, prius dementat525. Więc p. Kajetan526, już i skądinąd mnie doszło — rozgniewał się na mnie, żem obowiązku dopełnił, żem nie chciał, by sam uszkodził w czymkolwiek dziełu swemu. Źle chyba mnie zrozumiał i nie uważał, że ofiarę robię! Wojewoda dotąd w Paryżu ale ma tu wkrótce się zjawić. Castelbianco pracuje nad Chrystusem, fale uśmierzającym. Ściska Cię serdecznie — dobry, poczciwy, milczący. Dzięki Ci za doniesienia o cholerze. Brat Elizy, Potocki Przemysław, przez nią wzięty.

Wiem, czuję, tam Tobie smutno bardzo od mrozu i nerwowo źle, a mnie tu słońce nie ożywia. Brak nam czegoś, czego dotąd nie ma na świecie, co dopiero w łonie bożem urodzone spoczywa i nie zeszło — ale zstąpi — a wtedy lepiej będzie nerwom! Biedny August fatalne godziny miał do przebycia. Jeśli go ujrzysz, powiedz mu, że mi bardzo źle na mózgu — że Konstanty 20-go miał stanąć w Paryżu, i żeby pisał do mnie. Więc u nas o stosunkach nie myślą włościańskich? W nich jednak kwestia życia lub śmierci. Jeśli szlachta nie wynajdzie kombinacji, nadającej godność ludzką i możność podniesienia się chłopom, a zarazem jednak nie wysuwającą ich, jak w Księstwie, spod wpływu tradycji, spod zależności moralnej od tejże szlachty, to źle, to bardzo źle, to fatalnie źle!

Pisz częściej, drogi Stanisławie, daruj mi ten list smętny — uważaj mnie za chorego, uważaj za jakiegoś Hamleta, co się zbliża ku piątemu aktowi — może ukoją się nerwy, może wróci siła — wątpię — ale cóż? Nie wielka szkoda ze straty jednego. Pal go diabli i niepamięć. Serce tylko swe zachowaj sercu memu! Pisz i pamiętaj, że Cię kocha

Twój Ruinowy istotnie

O Komir. towiańszczującym słyszałem, że wielki szałaput, że znakomity gaduła, że niedyskretny do najwyższego stopnia. Gdzie się podziała ta kamfora?

276. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 8 lutego 1848 r.

Pierwsza w nocy. Dotąd Weyssenhof527 mnie trzymał, opowiadając o widzeniu się z Panem Adamem528, co dziś przybył i stanął w Minerva. Pan Adam nic szczególnego mu nie powiedział, tylko, że Włochy nie spodziewają się klęsk, które na nich spadną, i że może żal im będzie patriarchalnych rządów papieskich, gdy przyjdą ciężkie trudu i bitew i rozdarć godziny. Ale Gierycz, uczeń i sługa brata Adama, który zawsze, jak Cerber, stoi u drzwi jego i wpuszcza i wypuszcza lub broni progu, wciąż przez cały dzień mu o mnie gadał. Twierdził o Henryku529 zaś, że wielki, wielki prorok cytował wciąż z jego dzieł wiersze; dziwił się tylko, że ten wielki prorok życia swego nie stosuje do wielkich ducha swego myśli. — „A jakże ma żyć? — zapytał Weyssenhof. — Na to odpowiedzi nie było. Nigdy inaczej nie wyrażał się, tylko: „Brat Adam”, a o Towiańskim „mistrz” — i mówi, że brat Adam blednie i truchleje przed mistrzem, ale że go mistrz ukochał wśród innych wszystkich najbardziej i dlatego też najwięcej odeń wymaga. Lękam się, lękam, by do scen nie przyszło; wszelkim sposobem będę ich unikał. Jutro wieczór pójdę Mickiewicza odwiedzić.

277. Do Delfiny Potockiej

9 lutego

...Rozpacz żarła serce — z rozpaczym poszedł do Minerva. Zastałem tam na trzeciem piętrze pana Adama. Wchodzę — był z nim uczeń Gierycz — zrazu nie poznał, ale wnet rzucił się na mnie i ściskał do zaduszenia i rzekł tonem mongolskim do Gierycza, z którym grzecznie się chciałem przywitać i zapoznać: „Ruszaj precz — zostaw nas samych”. Ten, jak niewolnik, nie śmiejąc się nawet mi odkłonić, znikł.

Zostaliśmy sami. On zaraz do mnie o wielkościach mego ducha i że z naszego spotkania się dobro dla wszystkich wypłynąć musi. Ja, nie poczuwając się do wielkości onych, coś skromnie zaprzecznego odpowiadam, że blask sam na mnie on rzucił... On wtedy natychmiast w gniew. „A, to żarty, zawsze żarty, tylko kpiny! Czy się nie czujesz? Czy nie wiesz, kimeś? Tu nie o skromność lub pychę chodzi, ale o dary zlane, które trzeba uczynnić... Zawsze żarty, nic serio nigdy, to, jak Mycielski generał, doskonały, zacny, ale rozstrzelał siłę całą na żarty, nie skupi się nigdy — to, jak Pani D.530 (tum uszy natężył) — wyższy duch, tak, wyższy, niepospolita kobieta, ale co z tego? Przychodzę do niej, z najgłębszem uczuciem jej mówię: »Jadę do Rzymu« — a ona: »Ah! comme je voudrais aller avec vous531«. Więc ja mówię: »Biorę z sobą« — a ona wtedy: »Je ne puis pas532«. Więc na co mówić, że chciałoby się, kiedy nie może; na co kpić?... Takim to mi tonem powiedziała lekkim. Szczere, głębokie, chłopskie uczucie inaczej by się odezwało!”.

Natychmiast reflektować go zacząłem: „A, to chciałbyś, drogi Adamie, tyranią niesłychaną obarczyć każde słowo, każden ruch, każden wykrzyk ludzki. Jakżeż? Nie wolno już krzyknąć: »Chce mi się!«. Na miłość Boga, co to znaczy? Nie wolno pani Delfinie oświadczyć chęć jakąś, a potem wyznać, że nie może jej wykonać? To był krzyk naiwny jej ducha. A potem powiedziała: »Nie mogę«. To był znów okoliczności mus — co tu dziwnego? To potoczne życie; szczegół najdrobniejszy — czy warto o nim mówić?” — „Ale chłopskie uczucie inaczej by się było odezwało. Jakoś by powiedziało z westchnieniem: »Ach! żeby to do Rzymu mnie!«” — ale nie takim sposobem: »Emmenez moi avec vous comme je voudrai533« etc., etc.”. Na to ja: „Zapominasz, że całe wychowanie włożyło na panią Delfinę jako powinność, obowiązek nie wyrażania się nigdy po chłopsku!” — „Ah, ah, prawda i to — masz racją. O czem innem mówmy!”.

Pierwszą tę walkę stoczywszy i nie ustąpiwszy, zacząłem w mnóstwie rzeczy co chwila walczyć, przystawać, kiedym mógł, opierać się, kiedym nie czuł, że prawda. Kiedy on głos podnosił, ja głośniejszy jeszcze wydobywałem z piersi. To wywierało specyficzne na nim wrażenie. Ale, wiesz, w dyskusji kogo mi najbardziej sposobem łamanym, a despotycznym jej prowadzenia przypomniał? Wiesz kogo? Ot, ojca mego — i to nie tylko w metodzie, ale i w wielu zdaniach swoich, skoro mówi o wadach narodu. Nic przykrzejszego, jak rozmowa z nim, bo ciągłą bójką na noże: nigdy go w ciągu logicznym rzeczy nie utrzymać. Skacze przez otchłanie rozumowania, z brzegu na drugi. Jednak, jak każdy despota, skoro poczuje opór silny i z prawdziwego przywileju wolności pochodzący, zmieszan się cofa. Ból wtedy okropny maluje się na jego twarzy.

Ranę, którą ci wciąż zadaje, ty mu wtedy zadałaś na odwrót.

Choćby i prawda wiekuista była w towiańszczyźnie, jeszcze bym powiedział, że go opętała. Bo, chcieć nie rozlewać prawdy, jak światło się rozlewa, ale wciskać ją tak, jak nakłada się kajdany, to być opętanym, a nie oświeconym przez prawdę!

Myślałem, że doznam wpływu mistycznego, wiesz, onego, który, w mózgu zadrgawszy, spływa mrozem przez kość pacierzową, zaiskrza się łzami w oczach roztkliwionych... Nic takiego, wcale nic nie doznałem; owszem, rzeczywistą tylko uczułem energię, we mnie się budzącą, twardą stal ducha, stającą oporem przeciw stali drugiej; świętej wolności dar mi od niebios dan w stosunku do wszelkiego ludzkiego, drugiego ducha, odzywający się w piersi, przez ucisk obrażonej. I tom mu zaraz wypowiedział, z najtkliwszą prośbą, by pamiętał o tem i w rozmowie nie chciał mi być tyranem: „Możesz być duchem wyższym stokroć ode mnie i myślę, że takim jesteś, lecz przed Bogiem, przed owym Trzecim, przytomnym, oba równości zażywamy jednej co do wolnego, niepodległego myślenia. Ja mam święte prawo mówić i oświadczać, co myślę, czuję, w co wierzę, lub co odrzucam”.

A on wtedy:

„Prawda, prawda!” — i znów, jak raniony się cofa i marszczy czoło i przymyka oczy, i nozdrzami chwyta więcej powietrza. Z rozmów moich tyloletnich z Augustem i z wiedzy o tylu myślach, powszechnie za naszych czasów po świecie kołujących, wynika, że nieraz to, co on myśli, że mi objawia, ja uprzedzam — i, nie czekając wypowiedzenia, trafiam w konieczny ciąg jego wiar i, co miał mi oznajmić, sam ja jemu oznajmiam. Wtedy oko jego spocznie na mnie z podziwem: „Prawda, prawda” — i westchnie, i jęknie, i przejdzie się po pokoju.

Czasem znów muszę odpierać pewne, jak mi się wydaje, bałamuctwa, gmatwaniny, błędności w pojęciu istotnem, ale nierozdzierzgniętem. Tak np. o duchu — co to duch? Zerwałem się, mówiąc mu, że to, co powiada o duchu, wygląda mi na chaos. Okrutnie zrazu, tym wyrazem ranny, wstrząsł się; ja mu wtedy się wytłumaczyłem; znów zaczął chodzić i powtarzać: „Prawda, prawda, masz rację”. Lecz, jak w Władysławie534, jak w Kaysiewiczu, jak w każdem stronnictwie, jak w każdej pysze, jak w każdym kierunku jednostronnym, idea-gwoźdź tkwi mu na czole — z tą różnicą, że Władysław i Kaysiewicz dobrze wychowani, miarowi, nie gwałtem rzucający się, światowi — a on ze światem zerwał, to zerwanie ma za cnotę, więc gwałt ciągły, jeśli nie wywarty, to czyhający przynajmniej. Stąd bolesne wrażenie walki, stąd, kochającemu nawet, do serca ciągle wtykany bunt i opór przez oddziaływanie ducha. Niezawodnie, on jako narzędzie poddał się pod Towiańskiego. Tylko niewolnik może być takim despotą — i wierzę w jego całką, dobrą wiarę, wierzę, że nim trzęsie Towiański, wierzę, że się jego lęka, że go uwielbia. Ale wszystko, wszystko w końcu końców z Polski, z miłości świętej i tytańskiej do Polski, z żądzy nieskończonej wydobycia Jej na światło żywota.

Bardzo wiele rzeczy pięknych mówi; zupełnie to samo mistycznie, co August535 logicznie i historycznie, ani źdźbła różnicy. O Chrystusie pięknie mówił — nie mówię, że prawdę, ale pięknie: „We wszystkich duch, czystość, cnota, poświęcenie budzi się przez podniety zewnętrzne, duszy lub ciała dotykające, przez żądze lub nieszczęścia, w Nim jednym obudził się duch przez absolutną miłość dla ludzi. Chciał, by było lepiej na ziemi i tylko to go wiodło — i o to zniósł najsroższe walki duchowe w sobie, a śmierć za sobą, jeśli tak można się wyrazić. Już w dzieciństwie, w ośmiu latach, odbył był pracę ducha, na którą innym kilku żywotów potrzeba. On był Bogiem...”.

...Tu mu przerwałem, mówiąc: „Był — ale, schodząc na ziemię, by dopełnić warunków człowieczeństwa, o tem, że był Nim, zapomniał i dopiero własną usilnością ludzką, trudem i pracą dostąpił przypomnienia i wiedzy tej” — oczywiście to wypadało ze stanowiska, z którego uważają losy duchów w stworzeniu.

Ogromnie się zdziwił Mickiewicz, żem mu wyrwał to słowo z ust. — „Prawda, prawda!” — I spojrzał na mnie zdziwiony, zaciekawiony.

Do 12-tej takeśmy mówili. Odprowadzając mnie do drzwi, oznajmił, że ma mi gadać o stanowisku, jakie mą powinnością zająć w kraju, a którego hasłem dojść do tego, bym, ani dostając się tam, gdzie August był, ani znów tracąc na godności, mógł poważnie i spokojnie przed samym Paszkiewiczem mówić o Polszcze, jako Polszcze — jako rzeczy istniejącej i niepokonalnej! Obaczymy, jak mi to on wyłoży.

278. Do Bronisława Trentowskiego

13 lutego, 1848, Roma

Przebacz i daruj tak długie milczenie, tak długi nieodpis na Twój list ostatni z 6-go grudnia. Lecz nie wystawisz sobie stanu, w który zapadłem, skorom stanął tu. Nie wiem, co mi się stało: choroba i to mózgowa mnie opętała, pióra-m w palcach, myśli jednej w głowie-m utrzymać nie mógł. Jakaś posępność nieskończona w serce mi się wdrapieżyła, więc nie pisałem, bo po prostu nie sposób mi było. Skoro dzień jakiś lepszy mi wrócił, natychmiast odbracam go na pisanie do Ciebie. Z gazet pewno wiesz, że konstytucja w Neapolu, że za kilka dni w Sardynii, że nawet może tu już będzie, gdy ten list dostanie się do Twoich rąk. Szybko biegną wypadki. Stary duch klasyczny się zerwał i miarą, której się nauczył, przypatrując się arcydziełom sztuki, dotąd wygrywa na polu politycznem. Jakby Ducha świętego wylanie się w masy; dotąd mas nie bywało takich, jak owe włoskie. Nie możesz sobie wystawić, co to rozruch, zbiegowisko ludu, słowem emeuta536 w tych błogosławionych od przeznaczenia krajach. Oto tak się odbywa, jak poema, jak dramat, wystawion na scenie, w którym najgwałtowniejsze namiętności skandowanym wierszem się wyrażają i wywierają tem samem na widzach wrażenie pewnego spokoju. W istocie, klasyczny pierwiastek, miara, trzyma się tego ludu, i ta miara, której nam brak zawsze, wszędzie, jego zbawia, prowadzi, zwycięstwo do rąk mu podawa; miara jego instynktem. Austria, czyhająca ze 125 000 barbarzyńskiego wojska na pograniczach, wścieka się od złości, że nie może schwytać pozoru do wkroczenia, bo nigdzie nieporządku, nawet w Palermie bijącem się, a wszędzie konstytucje wyśpiewane, wydobyte, wyklaszczone rytmicznie. Jednak, drogi mój, niedługo potrwa taki polor sztuki w politycznych objawach. Despotyzm przelękły, o zgon mu grożący sam zaczepi; niezawodnie wojna buchnie, i pokaże się jeszcze, że Twój furman, widzeń pełen, odgadł na dobre, czem zasłynie rok 48-my.

Pan Adam537 tu przybył przed kilku dniami. Dwa razy-m go już widział. Istotnie, przejęty potęgą mistrza swego, jest u niego w niewoli; z czego płynie, że sam często w stosunku do drugich wygląda na despotę. Ale zawsze to ten sam, żadnem cierpieniem niezużyty duch, duch tytański, Prometej, przykuty do skały czy nieszczęść narodowych czy wiar własnych, ale piersią podnoszący kajdany i ludu swego, nałożone od bogów, jedną myślą, co gwoździem wrosła mu w czoło, chcący przewiercić świat, myślą o zbawieniu ojczyzny!

Pytasz się, drogi, na jakie Rzym mnie naprowadza myśli o chrześcijaństwie. Widzę oboma oczami, że, przez wieki kazawszy o niem, dziś zaczyna je wykonywać, i być inaczej nie mogło. Chrystus przyniósł prawo wiekuiste rodzaju ludzkiego. Wiedzą tego prawa miłości rodzaj ów musiał się przepoić wprzód umysłowo, nim miał zacząć według niego budować i stwarzać i snuć dalsze twory z siebie. Chrześcijaństwo było wskazaniem drogi, przyszłość będzie nią pójściem. Pogaństwo było realnością, chrześcijaństwo idealnością historii; pozostawa rzeczywistość, duch, jaźń, ludzkość, zlana z bożym pomysłem w jedno, a więc żywa, a więc nieśmiertelna, i kiedyś po tej drodze, w coraz wyższe wstępując rozwoje, dojdzie ludzkość do przemienienia się w wyższy ród. Lecz to już pozahistoryczny wiek, kędy żywot śmiercią więcej niekrajany jest!

Skoro w Paryżu wyjdzie dzieło o Modlitwie Pańskiej, proszę Cię, sprowadź sobie i zaraz przeczytaj538. Nie myśl na chwilę, że ze mną to styczność jaką ma; ja bym tak nie potrafił, ale, proszę Cię, przeczytaj, przeczytaj natychmiast, skoro się ukaże. Do „Bożycy” więcej Ci się ono przyda, niż wszystko, cobym ja mógł pomyśleć lub napisać. Pamiętaj, dopełnij tej prośby mojej! Pisz zaś ciągle przez Strasburg, ja aż przez Paryż piszę, by uniknąć austriackich poczt. Tu zabawię do połowy kwietnia, potem zacznę się ku Tobie kierować. Zdaje się, że naszych tu wojskowych do pomocy zawezwą i sprawdzi się Sen539 o szlachcie polskiej, przybywającej szablami podpierać kopułę pękającą Piotra.

Dobrze, że, choć skaleczona i ranami okryta, wydobyła się z absolutnej zagłady Chowanna.

Ściskam Cię z głębi serca i dziękuję Ci za wszystkie, za wszystkie drogie mi słowa Twoje.

August540 mi pisze z swej strony, że usiłowania nasze dobrze idą, owe, co mają na celu i Ciebie.

Twój

279. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 14 lutego, 1848 r.

[...] Pisałem Ci w liście ostatnim, że p. Adam mi oznajmił, że moje stanowisko istotne w Petersburgu, że tam powinienem reprezentować Topolinę541. Więcej i szczerzej nie chciał mówić, obiecał na drugi raz. — Dziwny duch! Taki twardy, taki rewolucjonista w gruncie, a taki despota na powierzchni. Taki konwencją i Piotrem Wielkim przepojon. Taki sam niewolnik, a taki tyran! Powiedziałem mu w oczy ostatnią razą, com go widział, kiedy mi wielkiemi przysięgi dowodził, że, co mówi, nie z siebie mówi, że to prawda boża. „Wierzę, wierzę, że nie z siebie mówisz — bo dawniej, uważasz, myślałem nieraz, że wszystko z siebie snujesz, z siebie tylko, a używasz drugich imienia, jako pozoru ułatwiającego. Alem odkąd Cię spotkał, czuję w głębi serca, czuję nerwami, że to nie Ty, ale cudza w Tobie potęga przez Ciebie mówi. — Chcesz prawdy? Oto czuję, żeś w niewoli! Na to słowo, co mi się wymknęło, na ten wyraz „niewola” zmarszczył się i zachmurzył. Ale nic nie odgwałtownił na to, tylko rzekł: „Prawda — jeżeli to się zowie niewolą”.

Główną jego ideą, czuciem jego zażarłem: stworzyć siłę taką przez świętość, która by mogła od razu wziąć górę tonem swej potęgi nad tonem mongolskim — i zburzyć budowę złego! — Całe działanie powszechne Polski przez wieki i w historii, to, co w istocie ona czyni, czego dokonywa, chce on skupić w piersi indywidualne, wyciągnąć, że tak powiem, filtr magiczny ze swego narodu i nim zwalczyć magicznie drugi naród. Chce świętych, musztry wyuczonych, chce świętych, kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników. Śni mu się metoda moskiewska, a w Nowej Hierozolimie!

Myślę, że w tem błąd, bo są pewne sprzeczności niepogadzalne — a to owe sprzeczności, z których obie nie połowicami wyższej prawdy zarówno (jak np. arystokracja i demokracja, dające się ściągnąć do jednego narodu), ale z których jedna prawdą, jak np. Nowa Hierozolima, a druga czczem kłamstwem, wszelkiej prawdy zaprzeczeniem, jak np. metoda moskiewska! Połączże fałsz zupełny z prawdą! Powstanie nie wyższa, trzecia prawda, ale, owszem, prawdy pierwszej kalectwo!

15 lutego. [...] Był wczoraj u mnie pan Adam. Cały wieczór siedział w moim pokoiczku; mówił otwartszem, wolniejszem sercem, niż dotąd. Rysy tej kolosalnej natury mimo wszystką jednostronność, w którą wpadła, wolniej się odznaczały, niż zwykle. Odnalazłem tego, któregom znał. Wiele mi przywiązania i serca pokazał. Jest wielkość rodzima w tym duchu, coś na kształt rozmiarów Michała Anioła. Otóż mówił o mojem położeniu i rozważał, że dwie tylko drogi wielkie i szerokie dla mnie; inne wszystkie fałszywe, połowiczne, pokrzyżowane, nie drogi, ale ścieżki, a w końcu przepaść. Więc albo Petersburg, i to mistycznie pojęty: trza by przemówić do — wiesz, kogo542, duchem proroka, duchem wyższej natury, która tak się wyrobiła i podniosła, że pełna już tylko zbawczej miłości ku dobru świata, a litości ku złym — i żeby w istocie tak to się prawdą tej natury było już stało, żeby źli na jej widok uczuli, że granit ich serca pęka i przemienia się na wosk topniejący — więc rozumiesz, pojmujesz, co za ideał wysoki jako ideał, a co za śmieszność bezdenna jako praktyka, kiedy się nie jest Chrystusem samym, lub przynajmniej prorokiem, Mojżeszem, Isaim itd., itd.

I ten człowiek tak pewny swego, tak wysoko ceniący potęgi, zawarte w człowieczym duchu, że mi przez chwilę radził to i chciał namaszczać na takie kapłaństwo! Jednak z wielkim rozsądkiem pojął, że niepodobna — i wnet wtedy drugą drogę, łatwiejszą wskazał: wyniesienie się i służenie z tej strony granicy — to samo, co August radził... zupełnie to samo. — „Bo inaczej, obaczysz — dodawał — zamiesza się świat, Ty zaś, nie oparty tam, ni już ocalon tu, przepadniesz, a przynajmniej żyć będziesz w ciągłej fałszywości położenia, w kłamstwie wiecznem, w trwodze nieustannej...”. Na to odpowiedziałem mu opisem mego położenia i dni stroskanych onych i sędziwych543, z któremi boju nie chcę. Głowa wtedy wieszcza pochyliła się na piersi, zamknął oczy, jakby uderzony ciosem — ani jednem słowem się nie sprzeciwił, wziął tylko za rękę mnie i rzekł: „Prawda, prawda, szkaradne, arcytrudne położenie. Nie ma co robić, tylko Bogu Cię polecić”.

Ta wyrozumiałość mnie uderzyła w tak straszliwie niewyrozumiałym. To wszelkie odstanie wnet od rozprawy, to nieprzyłożenie do rany żadnego jadu, to milczenie i opuszczenie rąk, dowiodły mi, że jest wielkość i nim — bo niezawodnie piętnem wielkości dla ducha potężnego jest umieć się wstrzymać przed pewnemi zapory, jest umieć mieć serce i uczuć serca cudzego uczucie w pewnych, wyrocznych razach.

O komunizmie potem się zgadało — a on: „Ot, widzisz, jest pewien jednak święty komunizm ducha; przecież i Tyś w stosunku do mnie go tyle razy sprawował z ducha, z serca, z uczucia — nie z musu, nie z prawa, nie z obowiązku, kiedyś mi przysyłał pieniądze”.

Pod takim kształtem wspomniał i podziękował. To także podziękowanie na rozmiar posągów Michała Anioła... Znać było w tej chwili wielkość w nim... A potem się zbliżył do mnie, znów za rękę chwycił: „Pamiętaj — rzekł — (i to z bolem i wstrętem przychodziło mu mówić) proszę Cię, nikomu o tem, com Ci o Petersburgu wspominał, nie mów! Bo Ty wiesz, jak oni to fałszywie rozumieją”. — Nie mogę oddać tonu, z którym to oni wyrzeczonem zostało. Głęboka w tem boleść, ale jakaś litosna zarazem, choć piołunna była... Przyrzekłem mu święcie i „właśnie dlatego, że wiem doskonale, jak oni to rozumieją...”.

280. Do Delfiny Potockiej

17 lutego, 1848 r., Rzym

[...] Z panem Adamem zawsze to samo. Strach, strach, w jaką niewolę się dostał ten duch granitowy; jak go mistrz jego okuł w kajdany i rozbił prometejsko na Kaukazie jakimś ślepej wiary, ślepego posłuszeństwa — i tylko duchy poezji, co go dawniej znały, jutrzenki, gracje, nimfy, zefiry wiosen natchnienia i niepodległości, płyną przez powietrze po nocy i, otoczywszy więźnia, płaczą nad nim łzami tkliwości, żalu, ukochania. Lecz on nie słyszy tych sióstr dawnych swych, jedno trzęsie łańcuchami, nie, by je zerwać, ale, by niemi świat cały rozbić i zdruzgotać — oto obraz jego! Zdaje się w istocie, że ogromna potęga w Towiańskim, że umie obwiązać duszę tak, jak karność mongolska umie ciało, że nakazuje uczniom swym ofiary straszliwe, i że oni, jak Araby przed Mahometem, jak Araby przed Omarem stojący, gotowi palić aleksandryjskie biblioteki! Wszystko, co p. Adam uczynił na katedrze postradanej, wszystko, co mu poczytali za szaleństwa, wszystko, domyślam się, było z rozkazu: takie posłannictwo mu dano, taką drogę mu wskazano, bez pozwolenia miarkowania kroków swoich na niej.

Opowiada tu Łopacińska, Litewka, granicząca dobrami z wioską Towiańskiego, że już od lat dwudziestu on założył „swą sektę”, że na wieść o wzięciu Warszawy cieszyli się i tańczyli noc całą544; bo zawsze odmawiali od iścia do rewolucji, mówiąc, że czas nie przyszedł i że na niczem się skończy; że Gut, jeden z pierwszych uczniów, nienawidził na śmierć panny jednej w Wilnie; wtedy mistrz kazał mu się z nią ożenić, żądając tej ofiary, jako dowodu, że się duch jego potrafi przełamywać. Posłuchał rozkazu, jak fakir. Dalej, straszniejszy jeszcze szczegół opowiada Łopacińska — czy można wierzyć? — że Gut, będąc doktorem, leczył kogoś — pyta się go Mistrz: „Czy prędko wyzdrowieje?” — a Gut: „Lekko chory — wyleczy się za tydzień”. A Mistrz: „Znam dzieje tego ducha, wymagają pokuty dłuższej dla podniesienia się i ekspiacji” — a Gut: „Mogę mu lekarstwami sprawić zatwardzenie wątroby, wtedy pociągnie choroba ze sześć miesięcy”. A Mistrz: „Niech się stanie tak”; a Gut: „Dobrze”. — I usłuchał rozkazu! Czy to być może?

Ślepa wiara, ślepe wszelkie posłuszeństwo, zdanie się na łaskę sumienia cudzego, kiedy Bóg każdemu z nas udzielił się sam pod postacią sumienia jego, wiedzie do okropnych zjawisk. Zaprzedać wolność sumienia komu bądź, nawet wyniosłemu czemuś, to jest: po diabelsku dążyć do piękna i dobra. Wolność złotym przywilejem ducha ludzkiego; skoro ją kto w nim zaćmi, to go opęta — i bywają czarty o twarzy anielskiej ze skrzydłami ze światła.

Duch polski odpiera taką niewolę.

Ale, że jest namiętność szalona, że jest potęga ogromna, że jest życie ponure, pogrzebne, skazane, fatalne, ale życie wrzące w panu Adamie, to pewno! 49 lat, a jak młodzieniec krzyczy, skacze, zapala się, wierzy, stąpa! Wszystkie mury głową by rozwalał — wszystkie piersi ludzkie targał rękoma, by po meksykańsku serca z nich wydobyć i na ofiarę poświęcić woli mistrza! Jakby mu płynem magicznym kto żyły ponapajał i odstarzył. Włosy mu się jeżą, gdyby siwe promienie — oczy iskrzą, jak żądła diamentowe. Czerwienieje, jak purpura królewska. Przeciw takiemu człowiekowi trzeba być bladym, zimnym, poważnym, spokojnym — a to wszystko jednak od głębokiej miłości. Kto się miłością nadeń nie podniesie wyżej, ten będzie musiał paść w konwulsjach na ziemię przed nim!

281. Do Stanisława Koźmiana

1848, Rzym, 20 lutego

Mój drogi Stanisławie! Wczoraj list Twój odebrałem. A więc i Ty jak ja! Rozwiązujem się oba. Potęga po potędze wychodzi nam z duszy — gdzież zapadamy? Czy to nie przeczucie chwili stanowczej, uroczystej, bliskiej, a nie pieśnianej już, lecz innej, twardej? Może tracim władze, służące do myślenia i rozumienia, bo tu trzeba będzie nam czego innego? Tak Cię pocieszam, o drogi mój, sam niepocieszony, sam pożerany wciąż głębokim jadem, nagromadzonym przez wszystkie boleści i zawody żywota. Czasami sam już nie wiem, co się ze mną dzieje — schylę skroń nad papier, a pod skronią tak myśl się plącze i gmatwa, że aż komicznie, jak gdyby mózg z siadłego w płynny się przemienił i ciekł już, a nie siedział w czaszce. Módlmy się i prośmy Boga o ratunek! — Pytasz się o Ad. i Władysł. — Adam545, mojem zdaniem, dostał się w najsroższą niewolę. Spotkał się z ogromną potęgą, zawartą w człowieku indywidualnym. Ta go opanowała, i opanowała tak, jak karność wojskowa opanowuje żołnierzy. Duch jego wzięty w kamasze, kajdanami skuty — i on te kajdany trzęsie nad głowami innych i zowie to najwolniejszą wolnością. Nigdym takiego niewolnika nie oglądał, nigdy też i takiego despoty. Żeby nie ten pierwiastek niewoli, wszystko, co mówi byłoby pięknem i prawdziwem, przynajmniej większa część, jeśli nie wszystko. Lecz przyczepione jarzmo, lecz przypięty bicz, bat, knut moralny do każdej idei, do każdego słowa, gwałt w ruchu każdym, a osobliwie przekonanie najgłębsze, że ten gwałt jest obrządkiem wiar onych, wstępujących w świat, przemienia je w tyranią srogą, nieużytą, w fanatyzm arabski. Najwyższe idee, gdy się do takich środków udają, tracą z rodzimej bieli, Boga się córkami narodziwszy w niebie, odcórkiwują się Jemu na ziemi i, wdziawszy szaty poplamione niewiast ulicznych i włos rozczochrany ich, i zazdrość, i zawiść, i gniew, stają się nie zbawicielkami świata, lecz jednych nałożnicami, a drugich Herodiadami, żądającemi, by im na talerzach głowy świętych Janów noszono. Zdaje się, że wszelka idea takie momenta przebywa, czyli, że dla wszelkiej idei znajdują się tacy posługacze. Smutek zdejmuje, a często i bunt, widza i słuchacza — lecz, co pewnego, to to, że niesłychanie potężny duch z Towiańskiego samego i że tak ich wszystkich okajdanił, że albo Duch Boży ich odkajdani sam, albo już w jasyrze tym pozostaną na wieki — w sferze duchowych reform i wskrzeszeń i zmartwychwstań z siebie koniecznych, to samo, co niegdyś na polu wolności politycznej konwencja i Comité du Salut public546. Fatalna wiara, że dobro i światło można duchom ludzkim wgnieść w piersi, wgwoździć w skroń, wwiercić w serce — że można, tratując po nieśmiertelnej duszy, ją unieśmiertelnić, do niebios przyszłości i do niebios wszech-życia zagnać, tak jak Furie zaganiają do Erebu! Dałem Ci wyobrażenie metody — co do dogmatów, nie udzielają mi ich, ani pragnę ich udziału, bo ni zdradzać nikogo, ni też nikomu wprząc się w jarzmo nie chcę — a u nich tak rzeczy stoją, że byłby zdrajcą, kto by, w jarzmo głowy i karku nie oddawszy, dogmata posiadł! Mimo to, Ad. zawszeż kolosalnym michał-aniołowym duchem; nieskończona żądza, z rozpaczy wynikła a gotowa do wszystkiego, byleby sprawiedliwość zajaśniała światu, wpędziła go w tę jednostronność. Męczennik to sprawy, która tylu męczenników liczy! Ma się w tych dniach widzieć z Ojcem św. Ojciec św. jeden warunek położył, by przy świadku jednym. Makryna jedna mogłaby, mojem zdaniem, silny wpływ wywrzeć nań, bo dąży jego duch sztucznie do wszystkich supernaturalizmów547 — które jej duch posiadł naturalnie — tak, naturalnie i logicznie — gdyż zasługa i męczeństwo drogami są logicznemi do krainy cudów i widzeń. Broń, której się jemu chce, ona ma już w ręku — nią by mogła może wyleczyć ranę jego serca wieczną.

Co do Wład.548, dopełnia obowiązku, który sam na się włożył, pilnie — stara się wszelkim sposobem, gdzie tylko luka się zrobi, ją zaludnić, zapełnić swojemi, a nie mówię „swojemi” w znaczeniu partii, jedno w szerszem daleko. Przeciwko niemu nic nie powiem. Jest coś bohaterskiego w tej naturze, także rozwiązującej się już, ale i upartej i walecznej aż po ostatnią chwilę. Co do orlikowego oka norwidowego, nie lękaj się. Spadł wzrok jego w pracowni Castelbianca na leżące broszurki — wziął w palce, koniuszkiem palców samych kilka kartek przewrócił a oczyma w sufit patrzał, potem nazad położył i wyszedł. Nader uprzejma natura, bez namiętności żadnej, bez stronniczości. Brat jego się stowianił i tu przyjeżdża w tych dniach. Vado549 przybywa też, bo 15-go wyruszył z Paryża. Konstanty wciąż się dopytuje, kiedy każesz sobie odesłać to, co on Ci winien. Nie wiem, jak uspokoić jego sumienie, pod tym względem niespokojne...

Może przyjść do tego, że za winę jednego wielu wisieć będzie — bo u ludzi wręcz przeciwnie jak u Boga — u Boga albowiem jeden niewinny wielu winnych zbawia! Plączą się myśli — w sercu ból — pióro z rąk wypada. Co się tu dzieje, wiesz z gazet. Jakby wylew Ducha św[ięt]ego nieznany dotąd, na polityczne obszary — w zgodzie i bezgwałcie dotąd. Harmonii przykład pierwszy w dziejach, pierwszy po konstytucji 3-go maja. Pisz do mnie, drogi mój — i mnie potrzeba głosu Twego współsmętnego — pisz, proszę Cię — módlmy się — a z daleka błogosławię Ci całym duchem moim, kochającym Cię.

Twój Heidelberski

282. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 20 lutego 1848 r.

[...] Wczoraj w wieczór poszedłem do księży. Jełowicki i blady Hube mnie przyjęli — o potędze piekielnej Towiańskiego mówili. Jam im twierdził, że nie wiem, czy piekielna, że wiem to tylko, że potęgą jest niechybnie, niezawodnie i że przeciwko niej tylko jedną znam do postawienia, jeśli chodzi im o rozkucie więzów Adama, a tą jest potęga Makryny, nabyta zasługą męczeńską550... Pan Adam więc musi ukłon oddać w niej swojej własnej zasadzie, a jeśli ona wtedy, natchniona, powie mu, że służy potędze złej, toć go to wzruszyć powinno.

Tak mówiłem księżom. Dziękowali za radę. Zresztą-m o żadnym szczególe rozmowy z p. Adamem żadnej mojej ani wspomniał. Ale wiesz? To dziwnem: Makryna nie może się modlić o niego. Skoro zacznie, powiada, że w kamień się język jej obraca, że wszelka tkliwość ducha w kamień, wszelkie natchnienie w kamień. O Towiańskim zaś samym mówi, że ogromna, niesłychana potęga, ale zła — i że wielu ludzi zwiedzie, wielu księży nawet przeciągnie do siebie. Adam żądał posłuchania od papieża; przystał papież, ale pod warunkiem, by przynajmniej jeden świadek był przytomny. Adam zaś żądał, by nikt. Jużci, że to wszystko dziwne, to pewno. Osobliwe to kamienienie duszy w Makrynie, to niepodobieństwo pomodlenia się za człowiekiem, o którym sama mówi, że go kocha za to wszystko, czem się narodowi przysłużył.

Od księży poszedłem do pana Adama, który zaraz obok mieszka. Jemu, naturalnie, anim wspomniał o księżach. Rozmawialiśmy do pierwszej w nocy. Nie wprowadzał na scenę mistrza. Gadał o rządzie francuskim — o eks-profesorach551, o królu, wybornie, malowniczo i głęboko... O Sandowej552 się zgadało. Ja mówię: „Wszystko zanegowała, jest tylko krytyką samą i burzeniem. Lecz iskry bożej żywota harmonizującego i stawiającego coś na miejscu gruzów poczynionych — nie ma!” — „Wielki duch — powiada on, — ale nie umie tak żyć, jak pisze”. — „O, tak — odpowiadam — wszędzie w pismach ideał miłości stawia, a sama rozpustnicą obrzydliwą”. — „To nie to — odpowiada — mnie nic do tego; ale wszędzie głosi, że się z ouvrierami553 trzeba łączyć, a czemuż córki za robotnika nie wydała? — Albo nie pisz, albo tak czyń, jak piszesz; albo nie stawaj wodzem w bitwie, albo giń i gub się z wojskiem, które prowadzisz”.

Tak pojął u Sandowej nieurzeczywistnienie ideału!

22 lutego. [...] Wczoraj p. Adam przyszedł do Makryny. Na jego widok wstała ku niemu i nic mu zrazu powiedzieć nie mogła, tylko westchnęła ogromnie. To westchnienie tyle prawdziwej boleści w sobie wyrażało, że p. Adam mówi, iż jak nożem serce mu przeszyło. Potem, jak w epopejach, wymieniali sobie swoje nazwiska: „Ja jestem Adam Mickiewicz, wygnaniec z Litwy”. — „A ja jestem ona mniszka, przerzucona przez świat cały z Litwy na tę ziemię włoską”. — To bardzo śliczne! Jakby chronika lub poema średniowieczne! Trzy godzin siedział Adam. Co mówiła mu, nie wiadomo, ani co on jej; bo ona mówi, że w natchnieniu wszystko mówiła i zapomniała. Dość na tem, że się z krzesła obalił pan Adam, spłynął do nóg jej, płakać, szlochać zaczął okrutnie i wołać: „Wszystko uczynię, co każesz, wskaż drogę, a tylko duszę moją zbaw, zbaw duszę moją, bo bardziej skołatana i zmęczona, niż ciało tułacze!”.

I kląkł obok niej — i ona modliła się z nim — a wśród modlitwy wyrzekła, na to, by on powtórzył za nią: „Wyrzekam się Towiańskiego”, a on powtórzył, może mimo woli. Wczoraj w wieczór poszedłem doń, alem zastał u niego Norwida; więc wyszedłem. Później Norwid mnie dognał na Piazza di Spagna i, nie wiedząc o tem, co się było stało z rana, opowiadał mi, że zastał p. Adama jakby rażonego jakimś nadzwyczajnym wypadkiem i często monologującego z sobą samym: „Strach, strach, jaka to mniszka. Spojrzeć tylko na nią — strach!”, a to mówiąc, garbił się i pochylał ciało całe. Dziś o 6.30 z rana był na mszy u niej i siedział z nią do 10-ej; płakał, w piersi się tłukł — mówił jej, że go wszyscy ścigali, prześladowali, słowa dobrego nie dali, że on był bardzo biedny, że tylko u niej miłość znalazł, że wszystko, co każe, uczyni.

Więc odgadłem, że na tem polu ona tylko jedna z nadzieją jakiejś wygranej przeciwko niemu wystąpić mogła, a raczej przeciwko jarzmu niewoli tej olbrzymiej, nałożonemu jego duchowi przez mistrza. Doskonale się jej udało wprzód jeszcze o towiańszczykach: „Ci ludzie psują język polski. Mistrz po polsku to kat”.

Pamiętasz, ilekroć w tym samym Rzymie mówiłaś do mnie: „Ah, żeby Chrystus był za dni naszych gdzie — jakżebym poszła do nóg Mu się rzucić”. I nie Ty jedna tak czuła — świat podobno wszystek tak czuł. Gdy jakie czucie w świecie powszechne, zawsze się zdarza, że pojedynczy jakiś człowiek to czucie na siebie jednego przemieni i wystąpi krystalizacją tego czucia. Wielu nawet pojedynczych ludzi o to się kusi i stara — i wielu przepada w tem kuszeniu się o wyrażenie sobą powszechnej żądzy ludzkiej. Jednym z takich zapewne Towiański. Ale musiał do wysokiego stopnia doprowadzić panowanie sobie, moc ducha, potęgę skupienia się w sobie.

Niebezpieczna to droga, straszna, reprezentować Boga na planecie, kiedy już tak trudno powiat jeden na sejmie, naród jeden w Europie!

Bądź co bądź, to sobie zachowaj w pamięci, że twierdzę, iż w tym człowieku niesłychana jest siła! Myślę zaś przy tem, że niezupełnie czysta. Na Mahometa wygląda.

283. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 25 lutego 1848 r.

[...] Wczoraj wieczorem byłem u Adama. Czytał mi list Aleksandra Chodźki, pisan do Mikołaja554, a dyktowan przez Towiańskiego, z dymisją, posłaną przez Chodźkę, który był w Persji konsulem. O ten to list, zaniesion do ambasady moskiewskiej w Paryżu, Kamiński wystąpił555 i oskarżył ich o dążenie panslawistyczne. Oczywiście Kamiński inaczej tego listu nie potrafił pojąć i żaden z Polaków, niewysubtilizowanych wielu myślami i nieprzywykłych do gimnastyki umysłowej wieku naszego, nie zdołałby inaczej go pojąć. Trzeba mi było, gdym słuchał jego czytania, wszystkiej siły subtelnej mojego umysłu, by usprawiedliwiać co chwila nadarzające się w nim frazesa. Po prostu myśl główna, pokusa niebieska, którą kuszon przez Towiańskiego w tym liście Mikołaj, taka, żeby, zrozumiawszy Chrystusa, który dotąd jeden tylko na ziemi umiał i zdołał być Panem i Mistrzem — stał się na czele szczepu słowiańskiego, w którym jedynie się zachowała iskra Chrystusa, Panem wszechwładnym świata, a zamiłośniona wtedy w nim ludzkość odda mu rządy nad sobą. Pojmujesz? Pojmij, jak oni pojmują: wyzew posłany sumienia do Mikołaja, do potęgi ogromnej w świecie, by pierwsza śród wszystkich przechrystusowała się, a wtedy w istocie stała się tryumfem chrystusowym, ogarniającym planetę, rządzącym planetą.

Oczewiście rząd moskiewski żąda tego samego, ale ku temu zdąża piekielnemi sposoby; — oni556 mu powiadają: „Piekielnemi nie potrafisz, ale anielskie przybierz, a stanie się prawdą sen twój”. Taki sens główny całego listu. Nad szczegółami się nie rozwodzą; dają do zrozumienia, że, jeśli chcesz zostać wszech-carem świata, to się z nami zapoznaj, my ci damy tę władzę, ale ty nas słuchaj, bo człowiek, który ci ten wyzew posyła, jest organem Słowa, kiedy Chrystus był Słowem samem.

Jest tam taki frazes: Dans ces temps, Sire, de miséricorde du Seigneur, la dure limite, établie entre les vivants et les morts, s’est radoucie et les Esprits des morts, entre autres l’esprit de l’empereur Alexandre, entourent le trône de votre Majesté557.

Cette limite radoucie bardzo mnie uderzyła, bo nieraz takem mówił, że przyjdzie do tego za dni naszych jeszcze. Zresztą rozumiem, że każdy Polak, który list ten przeczyta, odbierze wrażenie zmoskalenia się towiańczyków. Inaczej być nie może — a rząd, do którego ten list pisany, niezawodnie dość subtelny i przenikliwy, by pojąć, że mógłby wielu pomiędzy niemi, udając, że przystaje na ich mistycyzm, zyskać sobie i sługami swymi obłąkanymi uczynić. Jednakowoż wszystko to pochodzi z tej zasady, że Towiański, wciąż się stawiając na stanowisku Chrystusa, całkiem przybiera ruchy i postawę rozkazową Chrystusa; nie tylko przepis chrystusowy chce wprowadzać w czyn, ale zupełnie drapuje się jako drugi Chrystus. Pojąć by można, że Bóg tak wzywa Mikołaja — rozumiesz? I dlatego Bóg by nie był Moskalem.

Lecz Polak, który tak wzywa Mikołaja, musi niechybnie wpaść w pewną barwę moskwicyzmu. Pojmujesz? Że go zaś słuchający i czytający za Boga nie uznali wszyscy, więc tym, którzy go nie uznali, musi koniecznie w optyce ludzkości swej wydawać się nieco zmoskwiczałym, a raczej ku Moskwie nakłonnym! Chciałbym, byś to dobrze zrozumiała.

[...] W głębi ducha adamowego niezawodnie wre dla Polski wulkan i dymy tylko tego wulkanu czasem mogą zmylić wzrok, szukający jego wrzących płomieni; nie ma na tej ziemi ogni bez dymu.

Makryna ogromne wrażenie na nim wywarła. Wciąż o niej mówi. Między jej potęgą, w istocie nadzwyczajną, i potęgą Towiańskiego, w istocie niezwykłą, odbywa się rozdzierający bój w sercu tego człowieka.

Jednak myli się, kto myśli, że Towiański pobity, pokonany. O, nie! Wczoraj mi mówił:

„Jeden tylko był Chrystus na ziemi, który to samo czynił w każdej chwili, co myślał i mówił; myślał zaś i mówił po bosku. Drugi zaś był człowiek, Napoleon, który najwięcej się zbliżył do tego pod tym względem, że także wciąż działał, jak myślał i mówił. Ton jego czynów ten sam, co ton jego biuletynów; i to wielkości znamieniem (wielka prawda!). Jednak nie myślał i nie mówił bosko — ale dość na tem, że ciągle równy był działaniem swem swemu myśleniu. Otóż znałem człowieka, który tę sztukę doprowadził do najwyższego stopnia doskonałości, który całym sobą jest tem samem, co myśl w głowie jego, co słowo na ustach. Inny każden duch, coby tak trzy dni przeżył, jak ten człowiek żyje, dopełniając w każdym postępku, za każdym krokiem, całkowitości swojego pojęcia — nie wytrzymałby, zginąłby, poderwałby się. Otóż nie wiem, kiedy zdarzą się przeczucia tego człowieka, ale wcześniej czy później — może za kilka wieków — duch tego człowieka... tak, być nie może inaczej — duch tego człowieka świat przebije!”

Na te słowa pomyślałem sobie w smutku, gorzkim, jak piołun wieczności: „Czyż znów to samo? Czyż znów po wiekach tylu oblężona Hierozolima? Rzymianie podsuwają się z taranem pod bramy, bronią się zelatory wściekle, a bramą jakąś tam boczną wychodzą pierwsi chrześcijanie, gardzący obroną miasta świętego, idący obalić Rzym i pogaństwo — ale dopiero za wieków trzy lub cztery!”.

Jak błyskawica, ze stopionych sztyletów płynna, przeleciała mi ta myśl przez mózg.

Wiesz, wszystko, co widzę, wszystko, czemu się przypatruję, raczej wiarę moją obala (nie bój się — nieobalalna), niż podpiera! Wydaje mi się, że ten planeta mgłą czarną oddzielon od Boga, że czasem po mgle tej okrężnej rozlewają się czerwonawe połyski, odbicia świateł wiekuistych z oddali — ale nie samo światło. Wygląda mi na to, jakby nie było obcowania duchów naszych ze samem światłem, jedno z temi czerwonawemi na mgle odbłyski.

Moment Ci jeden duszy mej rozpowiadam, smutny bardzo, ale nic więcej, moment tylko. To mistycyzm ma do siebie, że duszę upaja, ale nie uspokaja — on wstrząsa, obala o ziemię lub porywa w niebieskie lazury, ale nie koi! Nie koi!

Jednak jest, jednak żyje, istnieje. Kto mu zaprzeczy? Jest! — Smutno mi.

Widok takiego boju między potęgami dwiema mistycznemi — jakby na ziemi, duchów bój nieziemskich!

[...] Wielu z nas nie ujrzy, chyba z zaziemskich przestrzeni, dnia tryumfu! Iluż to poginie jeszcze wprzód po lochach, twierdzach, Sybirach — ilu na polu rzezi, na polu bitew! Bo wszystkiego tego pod dostatkiem będzie. Będą po pewnych miejscowościach rzezie, w innych bitwy wielkie. Ah, co ofiar, mąk, prób, łez, krwi, nim wola boża zwycięży ludzką zszatańszczoną wolę.

Ja z tych, którzy nie wejdą do ziemi obiecanej.

284. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 27 lutego, 1848 r.

[...] Dziwnie, dziwnie wszystko tu się odbywa. Wiesz, pan Adam, gdy tu przybył, dziewięć pawłów558 wszystkiego mu pozostało w kieszeni. Jednak nikomu ani słówka nie mówił — w wierze najsilniej stał, że Bóg mu przyszle. Dowiedziałem się o tem wczoraj z boku.

Ktoś mu zadawał to pytanie: „Ale jakże? Toż trzeba było powiedzieć; jakże dalej by było poszło?”

„Alboż to pierwszy raz? Tak zawsze się dzieje. Ileż to już razy w domu ani grosza, i ani kawałka chleba. Dzieci wołają jeść, a nie ma za co im dać. Lecz ja się nigdy nie troszczę o to. Pan Bóg zawsze nadeszle”.

Kuty duch na michał-anielskie rozmiary. Co dzień z rana u Makryny mszy słucha we łzach, biciach się piersiowych, nikogo z otaczających nie spostrzegając, czasem w nerwowych podrzutach. Potem idzie do Scala Santa, tam kilka godzin przepłacze, przemęczy, przemodli, przeklęczy, przeduchni... Koniecznie, koniecznie chce z siebie wydobyć oną potęgę świętości, która zdoła wygrać we wszelkiej walce na planecie. Tytany dawniej chciały wszturmić się do Olimpu — on dziś wżyć się, wkonwulsyjnić się do nieba.


Do pierwszej siedziałem u p. Adama. Dziwne, dziwne rzeczy mówił, prawdy wiele, a przy prawdzie niestworzone czasem połyski czegoś takiego, czego i nazwać nie sposób; bo jakżeż chcesz nazwać opowiadania o człowieku, który, nie będąc szpitalnym, związanym wariatem, o sobie mówi: „Ja Bóg”, a niezawodnie z opowiadań i słów p. Adama to wypada o Towiańskim. Wierz mi, który śmie taki ciężar podźwignąć, który śmie takie słowo wyrzec przed bracią, przed bliźnimi, przed ludźmi drugiemi, a nie jest wariatem, powtarzam, ale po wyrzeczeniu tego słowa, po daniu sobie takiego świadectwa jeszcze żyje, chodzi, spokojny jest — taki człowiek jest duchem niezmiernie silnym i okropnej może, lecz ogromnej potęgi.

„Znałem i widziałem, znaliśmy i widzieliśmy człowieka takiego, który chrześcijańską siłę pierwszy w świecie władnącą siłą, siłą rozkazu, siłą panowania, siłą strachu uczynił. Widziałem i znałem, widzieliśmy i znaliśmy go jedzącym, pijącym, nawet tańczącym (i to słowo całą piersią krzyknął)”.

„Zaprosił do poloneza nas i poszedł w pierwszą parę, a wszystko to odbywał nie po ludzku; coś tam niebieskiego, nadludzkiego było w każdym ruchu i kroku: taka powaga, godność, zacność, takie chrześcijaństwo żywe. I po polonezie rzekł: »Dopomnę się po wiekach u Polaków takiej zabawy«”.

Na tom się zapytał, niby nie dosłyszawszy: „Dopomną się? Kto? Jacy dopomną się po wiekach?”

„Dopomnę się, nie dopomną się — odrzekł — co znaczy: dopomni się Bóg po wiekach u Polaków takiej zabawy, dopomni się, czyli doszli do takiego wykształtu przyzwoitości i zacności w zabawie”.

I Gierycz, uczeń przytomny, wstał, bo był tam i rzekł:

„Strach co jest, znam. Kiedy wściekły książę Konstanty rzucał się na nas, drżałem, jak przed psem wściekłym, ale to nic, nic, nic w porównaniu z strachem doznanym, gdy Mistrz przemówi, a nigdy jednak się nie gniewa ni unosi”.

„Na cóż pierwiastek strachu zawsze — odrzekłem — ludzie śladów bożych na ziemi w strachu nie mogą odnaleźć, szukają ich w miłości”.

Wtedy p. Adam: „Jak to? Strachu nie potrzeba na złe, przeciwko złemu, przeciwko Moskalom? Alboż kawał Moskala w tobie, we mnie, w każdym nie siedzi? Jakże go wyrzucisz?” — „Jednak to pewno — odparłem — że was o gwałt i sianie tego strachu oskarżają najwięcej i pojmuję, że gniew i gwałt nie trafia do serc ludzkich za posłanników Boga”.

„O nas mniejsza — odpowiedział — my ludzie, my nieraz przewinili i zbłądzili, my nawet i apostołami jego nie będziem, nie jesteśmy — prawda, my nieraz przewinili gniewem i uniesieniem — ale, żebyś był widział, jak nas prześladowali, ścigali, jak odpierali Polacy, jak wołali: »Szpieg i oszust!« — Ah, tego na zimno wytrzymać nie można! A wszystko faryzeusze, wszystko za to, że im spokój ducha przychodzimy mieszać, o Bogu mówić. Polacy Boga nade wszystko nie cierpią — wszystko przebaczą, darują, zapomną, tylko wspomnienia o Bogu nie!”

Na to ja: „Są i tacy, prawda! Lecz ja znałem innych — słuchaj, znałem takich, którzy pewni byli, a pewni przeczuciem, ową siłą ducha, przekonani, wierzący tak, jak wy — wiesz w co?” — „W co?” — „Oto w to, żeście z piekła — że wasza potęga piekielna”.

„A więc dobrze, dobrze! Dawaj mi takich, a szczerych! Niech więc duch na ducha pójdzie, niech się odbędzie walka duchów i niech się pokaże, kto zwycięży!”

I znać w tej chwili było w nim, że chciałby nieskończenie gorąco prawdy prawdziwej — i w istocie walki takowej, by się przekonać, kto zwycięstwo otrzyma.

Makryna nim wstrząsła ogromnie, ale... ale — ale... on wciąż Mistrza ma... sama widzisz, za co!

Mnóstwo w Mickiewiczu augustowych559 rzeczy, tylko że pod kształtem czucia rozgorączkowanego, a nie spokojnej rozwagi i dowodu myślnego — ale mnóstwo! W końcu końców moralność zupełnie ta sama — w dogmatyzmie także zasady jedne. Jakżeż oni, ci dwaj ludzie, tak mało się zrozumieli?! Forma ich tylko przedzielała. Tu uczucie, tam inteligencja. O Boże, sam rozstrzygnij! O Boże, na pomoc, na pomoc!...

Biedna Polsko moja, co się dzieje w Twojem łonie!? Jak żeś ty rozdarta i rozbita! O Boże, na pomoc! — Kto by mózgu nie miał à trois rubis560, jak dobre zegarki, toby mózg mógł mu stanąć. Wciąż o duchach słyszeć, wciąż o cudach, wciąż widzieć ślady potęg nadzwyczajnych na twarzach i w gestach ludzkich!

Ale dość już o tem. Co bądź się stanie, myślę, że w tym wieku, że o tej godzinie dziejów człowieczeństwa trzeba umieć być zarazem i zelatorem na okopach i pierwszym chrześcijaninem. Pod tym warunkiem pogodzenia wszystkiego, wszystko utrzyma się!

285. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 1 marca, 1848 r.

[...] Wczoraj z rana Adam się spowiadał tam, gdzie mieszka Makryna, a wiesz komu? Śmiertelnemu nieprzyjacielowi: Jełowickiemu księdzu. Eliza561, która była u Makryny podczas tej spowiedzi, w przyległej sali się odbywającej, mówi, że słyszała jakby krzyki rozpaczy, jakby ryki krajanego nożem. Wystaw sobie, że jakaś siła nadludzka zmusiła posąg Mojżesza562 wstać z kamiennego siedzenia w kościele św. Piotra in vinculis i pójść przez Corso do Hojera (tego, co medalion Twój robił) i prosić go o to, by mu kształty poprawiał — posąg michał-anielski ten, wystaw sobie pod dłutem poprawczem otyłego Saksona — albo Wenus medycejską żywą pod nożem, chirurga jakiegoś, co jej pierś rozkrawa i chce ją przemienić na takiego varnished gentleman563 — a będziesz miała wyobrażenie mąk adamowej duszy, spowiadać się zmuszonej takiej miernostce złośliwej i małej, staropanieńskiej i cierpkiej, karlanej i suchej, jak Jełowicki! Tytan w więzach u karła, jak w Eddzie skandynawskiej bywa — lew konający pod łapą lisa lub borsuka... Bo jużci Jełowicki przez lata ścigał za tym ideałem, by on, mierny i próżny, dostał w moc swoją urzędniczą pychę i geniusz adamowy, który jego próżność złajał, podeptał, skaleczył. I stało się!

Urząd doprowadził mesjanizm do zgięcia kolan przed sobą. Ryczał też z bólu mesjanizm. Lecz rozważ także, jaka to pycha, chcąca szturmem zdobyć władzę cudowną, niebieską — u Adama. Tą żądzą bez miary miotan, to u Towiańskiego sił nabiera, to znów padnie do stóp konfesjonału Jełowickiego. Czy tak, czy owak, chce celu dostąpić.

Zapewne myślał, że, gdy dopełni takiej nieskończonej ofiary, gdy tak się przegnie w dziesięcioro, tak się poniży i upokorni duchem, toć zaraz potem wstanie z pod tego konfesjonału, jak olbrzym w obliczu Boga, że nieskończoność pokory da mu nieskończoność potęgi. Szturmem wziąć Boga! Boga, czy tak owak, zmusić! Oto myśl, oto zamiar!

A małe serce Jełowickie jakżeż musiało się rozpuszyć z radości, z odniesionego nadymać się tryumfu! Bo ono nie czuło, że Adam w tejże samej chwili ma je tylko za narzędzie do swojego celu, że używa jego, jak kleszczy brudnych i twardych do brania z niebieskiego pożaru węgli rozżarzonych! Ono pewnem było, że w tej walce zwycięstwem się już cieszyć może — a to pewno próba tylko adamowa: czy pokora najgłębsza dobrym jest sposobem do najwyższej potęgi!?

Dramat to cały: Makryna, Adam i Jełowicki. Błogosławiona a prosta, Tytan szturmujący do sztucznych cudów — i prozaiczny, mierny, próżny człowieczek. Tragedię bym mógł z tych trzech osób napisać. Tymczasem nie napiszę jej!


Dowiaduję się w tej chwili, że wczoraj spowiedź adamowa 2 ½ godzin trwała i jeszcze niedokończona, bo dziś znów tamże poszedł i spowiada się, a wczoraj oba, on i spowiednik, wyszli z konfesjonału łzami zalani. Jednak po południu w jakiejś kawiarni Norwida napotkanego złajał pan Adam i tak spojrzał nań, gdy ten mówił, że kościół ma prawo wymagać cierpliwości od ludzi i nie spieszyć się na drogach swoich — że aż struchlał i powiada, że już nigdy nie przemówi do p. Adama.

2 marca. W tejże chwili dowiaduję się, że p. Adam wczoraj się jeszcze spowiadał od 10-ej do 2-ej temu karłowi moralnemu, zwanemu Jełowickim — i dziś ów karzeł napuszony głośno oświadczył po mszy osobom przytomnym, że p. Adam poddaje się decyzji kościoła i papieża. Dał mu zaś absolucję wczoraj z pełnomocnictwa papieskiego, po które był się udał, nim przystąpił do spowiadania tak wielkiego heretyka!

Bądź co bądź, karzeł trymfuje. Pana Adama nie widziałem. Biedny, rozdarty, walczący duch! Skała granitowa, miotana na wsze strony jak trzcina, trzęsieniem ziemi! Płacząc zacząłem, płacząc ten list kończę.

286. Do Augusta Cieszkowskiego

1848, Rzym, 2 marca

Mój drogi Ty! List Twój z przebrzydłego mi dnia urodzin mych odebrałem. Dzięki Ci drogi! Nie mam sił już do odpisywania na wszystko, co mi piszesz, bo wszystko mnie się tyczy, a jam obmierzł sobie samemu. Okropnie mi choro, Auguście. Nie lękaj się! W życiu nikomu złego nie zrobię umyślnego, ale też nie mogę nie czuć, jak czuję w chwili, w której czuję. Płacz nade mną, bo ze mnie mógł być posąg paryjski564, a jest gruz i ruina, a jest ból i rozdarcie, a będzie wkrótce nic! Wolę o czem innem, Auguście mój drogi! Żebyś wiedział, jak mi trudno litery te budować! Jak mularz cegły nosi na 5-te piętro, tak ja te litery. Palce skaczą, nogi skaczą pod stolikiem, mózg chyba mięknieje. Ah, trudno, trudno mi pisać.

Chcę ci opowiedzieć co się stało z Adamem. Makryna go zwyciężyła. W łzach i krzykach padł naprzód przed jej jednem westchnieniem, ale jeszcze potem przez dni kilka bił się olbrzymio przeciwko wszelkiej oficjalności. Wreszcie do tego przyszło, że zgodził się na spowiedź przed karłem, Jełowickim księdzem — i kląkł ten posąg Mojżesza michał-anielski przed karłem, — a ryczał, spowiadając się, tak, że w gmachu całym go słychać było. Zawczoraj przez 3 godziny, wczoraj przez 4 się spowiadał. Wreszcie, oblan łzami, wstał, poddał się pod sąd oficjalnego kościoła i papieża, a karzeł Jełowicki dał mu rozgrzeszenie, mając już na to pełnomocnictwo papieskie; bo uważaj, z straszliwą herezją ów ksiądz miał do czynienia, gdyż ta herezja towiańska twierdzi, że Chrystus nie Bogiem przyszedł od Ojca na ziemię, ale się na ziemi dopiero wyrobił własną mocą duchową Bogiem, a wtedy dopiero poszedł do Ojca, i że każden człowiek może się Bogiem wybóstwić tak samo. Ksiądz Jełowicki to, co piszę, oznajmił dziś przytomnym na mszy u Makryny, i Eliza to słyszała. Ja zaś, sądząc z urywkowych słów Adama, myślę, że oni myślą, że przyszedł Bogiem już od Ojca, i synem i 2-gą osobą Trójcy, lecz że, skoro przyjął ludzkość, poddał się po bosku, to jest absolutnie i szczerze pod jej wszystkie warunki, więc zapomniał koniecznie o swej przeszłości wiekuistej i na ziemi, bywszy i będąc Bogiem jeszcze do tego i własną pracą duchową, walkami, zasługą stał się Bogiem. Więc znów absolutnie Bogiem jest i wtedy wrócił do Ojca. Ja myślę, że oni tak pojmowali. Lecz Jełowicki oświadczył dziś, że tak, jak stoi wyżej.

Pamiętaj, drogi, że dziś koniecznie trzeba wiedzieć, kto był Chrystus, trzeba dostąpić zupełnej wiedzy o Chrystusie. Trzeba jasno, jak na dłoni, wykazać obie strony bóstwa i człowieczeństwa w Nim, a wtedy ono trzecie zaraz wybłyśnie. Dotąd misterium było to pogodzenie obojej natury. Dziś misterium musi się w światło zamienić, ale i to pamiętaj, że nie wolno, jak oficjalni565, li bóstwo tylko ogłaszać — i nie wolno, jak towiańczycy (według Jełowickiego), li człowieczeństwo; trza w harmonii oboje! Pojmujesz, do czego dążę? Gdzie brak, chcę odbrakczyć. Do kogo przemawiam w tej chwili? Bo, widzisz, cała ta walka tutejsza pana Adama z Makryny potęgą, nabytą przez męczeństwo, i z oficjalnymi wiele mnie ciekawych nauczyła rzeczy. Nauczyła, że w istocie jest świat mistycyzmu, w którym zdarza się, iż mogą się zetrzeć potęgi duchowe. Czemuż tak drżała Makryna na imię Towiańskiego? Czemu, prosta i niewiedna, czuła, że niesłychana moc w tym człowieku, ale zwodna i mająca uwieść wielu? Czemu jej westchnienie przeszyło od razu serce Adama? Czemu on, taki tyran i niewolnik, zmiękł tak? Towiański, to metoda tatarska w nowej Hierozolimie, to 93-ci rok, wprowadzający równość, braterstwo, chwałę. Moralnie zdaje mi się, że tem jest Towiański, ale niezawodnie ogromnie potężny. Wszystko co w Ojcze naszu, odnajdywałem w nim, w rozmowach z Adamem, ale przy tem ciągłe omarostwo566, nic wspólnego z Duchem ś[wię]tym nie mające, bicz i kajdany jezuicką musztrę Iwana Groźnego (do którego Stefan Batory pisał jeszcze: „Ty Boże moskiewski, jak się tam podłym poddanym każesz nazywać”) — w sferach najświętszych, najwyższych ideał — i stąd poemat ów Króla-Ducha!

Otóż ta niewola, przychodząca oznajmiać wolność, tak, jak politycznie od 93 r. cofnęła wszędzie wolność, aż pod łapy Guizotowe ją na ostatku poddając, tak samo i w teozoficznych okręgach upadła teraz, w osobie Adama, przed kościołem! Na pomieszanie jej stało się jej, że Jełowicki ksiądz ją skuł do konfesjonału swego i rozgrzeszył, i mógł ją rozgrzeszyć — i miał prawo — i trzeba było tego, bo niezawodnie przed Bogiem, choć Ludwik 18-ty, to więcej wart, niż Robespierre. Rozumiesz Ty, Auguście, ciąg moich idei? Może ciemny, bom biedny i skołatan, a chciałbym, byś pojął doskonale, co mówię i czego chcę. Że duchy ludzkie pełne przeczucia i magnetyzmu cudownego jakiegoś, o tem przekonałem się bardziej, niż kiedykolwiek. Takoż i o tem, że nigdzie i nigdy dobra złem, wolności niewolą nie sposób wprowadzać. Tylko światłem światło, tylko miłość miłością.

Możesz Ty sobie wystawić, o Auguście, ból olbrzyma tego u stóp tego karła! Aż ryczał, powiadam Ci. Ależ oczywiście nie karzeł podbił olbrzyma. Karzeł tylko dopełnił nad nim ceremonii. Co go podbiło, to potęga niewieścia prostej szlachcianki polskiej, co stała się świętą i pełną widzeń i proroctwa za pomocą poniesionego męczeństwa. Towiańszczyzna prawowierna zbiła towiańszczyznę extra muros567. A, wiesz, dziwna to mniszka! Rusza się wolna, jak dech stworzenny, nic a nic pedanckiego w niej. Naród tak ściśle spojon z religią, że jedno stanowią. W każdej chwili natchnienie, a w innych, nienatchnionych, dowcip i rozsądek Paska. Dziwne! Wyobraź sobie Paska i aniołów — i zlej razem, otocz Paska Nową Hierozolimą i zrób, by Pasek się wnowozhierozolimił — a będziesz miał Makrynę. Więc pierwiastek szlachecki polski w Nowej Hierozolimie obalił do stóp swych pierwiastek moskiewski w tejże! Pojmujesz? Samem Makryny nie oglądał, ale Eliza tam co dzień, od kiedy w Rzymie jest, bywa, więc wiem do najdrobniejszego szczegółu i doskonale mogę ocenić tę postać. Taką jest, jaką Ci ją przedstawiłem. Naturalne w niej te przeczucia i potęgi duchów wysoko wyświęconych, o których sztuczne nabycie starają się towiańczycy. Bronią ich własną ich zbiła! Jednak nie widziałem po tej spowiedzi dotąd pana Adama i tylko mówię z usłyszanego.

Nie wiem też, o tej chwili co się dzieje w Babilonie568. 22-go zaczął się rozruch569. Kto przemógł? Więc Ty o tej godzinie już tam, i nazad za miesiąc jedziesz do Księstwa. Żal mi, że Grab. niepięknie się spisał. Nikomu ani pisnę; żal mi wszystkich, wszystkich. Ah, kto dotrzyma, ten wybrany, bo dni straszliwe, bo ziemia sroga na dzieci swe, bo obrzydliwość spustoszenia moralnego już się zaczęła, szczególnie w Księstwie. Piszę na ręce Konstantego. Zapłacisz mu franka lub dwa za list ten, bo nie chcę poste restante pisać do Ciebie; wiem, co to za męka.

Sorr.570 trochę lepiej było; nożem go mi nie rozdzieraj, proszę Cię o to duchem całym, nie puszczaj słóweczek, na nic nie przydatnych, sztylecików, o których sam nie wiesz, a które wrzynają się w serce. Piszże mi, jaka całkowita morale de la fable571. — Jużci koniecznem mi poznanie, dowiedzenie się o tej moralności. Wojewoda tu, tetryczeje coraz bardziej, tak jak ja. Wszystko, co tu się przydarzyło, wygląda na cud Ducha św[ięte]go, rozpoczynający się w okręgach politycznych. Tyle konstytucyj od razu, a tylko kilka kropel krwi! Lecz co dalej będzie? Ja Ci powiem. Bóg zabrał się do sądu już i będzie sądził świat i wiek ten. Wcześniej czy później, wojną powszechną odmłodnieje wszystko, tak, odmłodnieje, ale po wielu obrzydliwościach. Czuję nerwami, że idzie na epokę sąd. W tej chwili od karnawału całe piszczy korso; jeszcze cukiereczkami i kwiatkami rzuca lud rzymski, jeszcze, jeszcze! Ostatnie cukierki! Ostatnie kwiateczki!

Widzieć bym pragnął Cię ogromnie, o mój drogi, drogi, drogi Auguście! Pisać mi tak trudno! Już cały pierwszy tom572 u mnie. Dobrze! — Ale błagam Cię, a jeśli trza, na kolanach, byś skupił ducha i zaczął rozmyślać, a rozmyślać o Chrystusie — bo, czego w pierwszym tomie nie ma, to konieczność, by w następnych się znalazło. Więc myśl, a, myśląc, proś Veni Creator — tylko proś, nie wrzeszcz, jak Adam, co myśli, że można nastajaszczo mówić do Boga. Proś i módl się o jasną myśl pod tym względem — i wymódl!

Dzięki Ci, Auguście, dzięki, że tak dbasz o mnie, że tak mnie kochasz, że tak truchlejesz, bym się nie skaził. Ah, Auguście, myślę, że się nie skażę, ale i to myślę, żem zabity, żem bezsilny, żem gruz! Auguście mój drogi, nie uwierzysz, jak mózg mój napadany osłabieniem dziwnem i ciągłą drżączką. Wszelka moc twórcza wyszła zeń. Ale dajmy pokój! Mówić o sobie mi jest zgubą i martwicą!

Wiesz, przez te dni wszystkie ostatnie, w których patrzałem na walkę adamową, na tego ducha rozpad i rozdarcie, a z drugiej strony na zachody jełowiczczane i tryumfy, nieraz przyszło mi na myśl Twoje dalsze życie wszystkie, Twoja przyszłość. Lękam się o Ciebie, Auguście. Niezawodnie potęgi, a srogie, napotkasz i z niemi przyjdzie Ci do boju. Nie wymieniam, kto, co, jak. Nie wiem, ale wiem, że dni Twe pełne będą może niebezpieczeństw i klęsk. Więc, pamiętaj, jedna tylko rada na to: czystym bądź wewnątrz siebie i świętym jako cel, jako zamiar, jako miłość do Boga i ludzi! To Cię wyniesie przed Tobą samym ze wszelkiej otchłani, bo nie mówię już o cytadelach, mówię o własnych, wewnętrznych przepaściach. Od tych albowiem ni Cię uchronić, ni też nie mogę dzielić ich z Tobą, a tamte mogę. Dlatego raczej o pierwszych wspominam. Jednak czuję, że i drugie Ci grożą. Nie uwierzysz, Auguście, jak instynkt ludzi (jak np. Tomasze Lubieńscy, a takich krocie), nie lubi Cię — jak ten instynkt czuje, choć nie wie, że coś jest w Tobie, co im przeciwne, co ich rządy mogłoby skruszyć, gdyby wystąpiło. Auguście najdroższy! Gotuj się i wiedz: masz wielu nieprzyjaciół! Niczem więc nie dawaj im usprawiedliwienia! Strzeż się pewnych drobnostek! Drobnostki stają przeciwko Tobie nieraz, i świadczą przeciwko. Wytrać tę broń z ręki niepoczciwej wrogów! Nie dawaj się drobnostkom! Ty jesteś cały, jak twarz..., jużci piękna zupełnie, ale na nosie i jagodach brodawek dwie i to ledwie dojrzalnych; otóż, kto wróg, ten brodawki widzi — ja, np. zawsze je widzę u...! Rozumiesz Ty mnie? A wierz, że kocham i że z miłości mówię, ah, ze serdecznej, z wielkiej, z ogromnej, bo kocham Cię, kocham i bardzo, mój drogi Auguście i chciałbym, byś zawsze błyszczał paryjsko! Dopókim chmur nad Tobą nie spostrzegał gromadzących się, nie ostrzegałem; ale widzę chmury, widzę niechęć ludzką, więc mówię: „Pilność i baczność!” A teraz Ty wiedz: co Tobie się zdarzy złego kiedy bądź, toć i mnie, drogi! Przekonasz się!

Ściskam Cię, mój drogi! Proszę Cię raz jeszcze: Sorrenta niczem a niczem nie rań! Ran pełna, a dobra i kochana. Ściskam Cię.

Pisz!

Twój Furiis

więcej niż kiedy.

287. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 17 marca 1848 r.

[...] Co do towiańczyków, myślę, że podobnie radykalnych ludzi świat nie znał dotąd — nie myśl ich jest radykalną, bo myśli nie mają i gardzą wszelką, ale ich wiara, ich chuć jest radykalną i to w najwyższem znaczeniu. Lubią każdemu wróżyć nieszczęście, chorobę, nędzę. Gdy co się gdzie stanie, choćby olbrzymiego, nigdy im nie dosyć; zawsze dalej ducha pchać chcą i natychmiast; — gdy co harmonijnego się odbywa, to ich dręczy i korci. Harmonii cierpieć nie mogą, chcieliby od razu wszystko obalić. Koniecznie chcieliby powtórzyć małpiarsko dzieje barbarzyńskich chwil, które państwo rzymskie rozbiły i kilką wiekami zamętu zaćmiły rozwój ducha ludzkiego. Marzą o takowym stanie rzeczy z lubością. Tęsknią do barbarzyństwa, jakby do sielanki. Improwizacja z Dziadów, wykonywana pedancko i co do joty — to ich ideał! Gdyby się im udało, zawróciliby świat wstecz, miasto go naprzód posunąć.

Nie lękaj się o mnie, by mnie usidlili — raczej się lękaj, by mnie kiedy nie zgubili, nie osądzili za to, żem nie chłop i nie głupi dość, i nie wymazali na takiej zasadzie z rzędu żyjących. Do tego wszystkie u nich wady towarzystw tajnych, pod blechtrem prostoty: zła wiara, i kłamstwo dozwolone i uświęcone, byleby podkopać przeciwnika i obalić. Zmysł święty Makryny się nie myli, gdy czuje piekielność w samym Mistrzu! To wszystko dla siebie zachowaj... i nikomu nie mów, bo powtórzą zaraz nasi i zawróci to do uszów p. Adama i śmiertelnego wroga sobie nabędę. Hr. Henryk Pankracego swego dostanie natychmiast! — W istocie oni dotąd tylko na stanowisku Pankracego stoją, nie wyżej — i wiele zburzą rzeczy, nie postawią nic.

By co postawić, trzeba kochać; w nich nie masz miłości... Pierwiastek religijny w świecie zbawiać trzeba przez sprawiedliwość, wymierzaną ludziom, ludzi zaś zbawiać przez pierwiastek religijny — nierozłączalne to dwie potęgi. I Boga i ludzkość należy kochać ludziom, bo Bóg sam to za podstawę wszelakiego żywota i religii wszelakiej ogłosił — przecież sam kocha ludzi i ludzkość aktem stworzenia i ciągłem czuwaniem nad stworzonemi.

288. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 22 marca 1848 r.

[...] Świat się wali na wszystkie strony. Wczoraj tu lud ze wszystkich pałaców, kędy wisiały, zdarł austriackie herby i z ambasady też, powlókł po Corsie i spalił na Popolo pod obeliskiem...

Pan Adam był u mnie wczoraj, gdy dym spalenizny z orła austriackiego wchodził do mnie przez okno otwarte. Wyrzucałem mu okropnie radykalizm bez granic, nienawiść, brak miłości i chrześcijaństwa — ale okropnie; mówiłem mu, że on Pankracym. Zmiękł natychmiast i złagodniał. Roztkliwił się nawet. Przysięgał, że tylko ma miłość w sercu, że mnie kocha, że chciałby mnie zbawić i każdego; że jego obowiązkiem jest chodzić i ostrzegać, bo bliska godzina i wola boża znaną mu jest. Rzucił mi się w objęcia i ściskał mnie — ściskał!

25 marca. [...] Wszyscy Polacy tu będący, a jest ich do stu, i wielu między nimi demokratów — złożyli sejmik, radzą, chcą tu legią zacząć formować, która by z krzyżem i chorągwią z Najśw. Panną, błogosławioną od papieża, poszła do Polski...

Publiczność polska wybrała Mickiewicza, Jełowickiego, Postępskiego (demokratę wielkiego), by szli do papieża w delegacji. Dopiero com spotkał Gierycza, owego towarzysza p. Adama, który mi rzekł:

„Teraz Adam ostatnie wysilenia czyni, by zbawić arystokrację i szlachtę polską. Jeśli stąd wyjdzie ruch, to zbawiona. Jeśli nie, to do Francji wszystko się przeniesie; stamtąd wszystko wyjdzie, Polak rządy nad Francją otrzyma, a gdy z Francji pójdzie ruch, to i Rzym i arystokracja i szlachta poginą”.

Jest coś prawdopodobnego w tych słowach.

Ale powiem Ci, że świat ten stał się światem niepojętym od jakiegoś czasu; wszystko w nim dzieje się mistycznie. Niezawodnie potęgi anielskie i czartowskie walczą w tej chwili o to, czyje będzie zwycięstwo na ziemi; o to, czy świat przeobrazi się chrystusowo i majestatycznie, czyli też spłynie krwią i klęskami, które go zawrócą wstecz, wrzucą w otchłań piekła i ciemności na długie lata. Módlmy się, módlmy się! Ja czuję walkę aniołów z czartami w powietrzu i w każdem zdarzeniu ziemskiem. Pamiętasz, co Wroński nazywa la bande infernale573, której przypisuje, że zrzuciła Napoleona — wszystkie towarzystwa tajne, których ostatecznym celem, pod powłoką wielu szumnych frazesów: ateizm!

Otóż Moskwa cała niemi podszyta, i słowiańskie kraje wszystkie. Jeśli się im uda wytracenie szlachty, poniżenie pozostałych do siermięgi, a nie podwyższenie siermięg do światła, to znów zaczną się barbarzyńskie czasy! Boże, zmiłuj się nad nami! Ja czuję, że coś w świecie dzieje się kosmicznego, coś kosmicznego w ludzkości!

27 marca. [...] Tymczasem tu formuje się legia z przytomnych Polaków. — Sejmik i niezgoda. — P. Adam wszystkich za łeb weźmie i pod Towiańskiego rządy pociągnie. Widzę to jasno. Makryny zacny duch walczy, jak może, przeciw temu. O chorągiew już kłótnia. Jednak ona przemogła: będą herby polskie, nad niemi twarz Chrystusa z chusty św. Weroniki z podpisem: „Chrystus zwycięży”, a na drugiej stronie Najśw. Panna Częstochowska. Za tydzień mają zanieść papieżowi do pobłogosławienia i wyruszyć. Mickiewicz okropnie się opiera temu, by Władysław574 dowództwa nie objął. Kilku żądało Władysława. On powstał i ryczeć zaczął, że Władysław człowiekiem partii (jak gdyby sam Mickiewicz nie był straszliwie i straszliwiej daleko tem samem); że powinien jak prosty żołnierz wejść do tej legii, że nigdy wodzem być nie może — a sam już pisze proklamacje do wszystkich ludów słowiańskich; każe je drukować w propagandzie wszystkiemi dialektami słowiańskiemi — powtarzam, stara się o to, by ten sztandar święty (pamiętasz przeczucie moje o Najśw. Pannie, za którą duchy ojców idą — i to z włoskiego jeziora), przez Makrynę prowadzon, poszedł za nim, a nie on za sztandarem. Myśl zaś tego sztandaru jest taka: zbawić Polskę od rzezi i by zmartwychwstała w imieniu Chrystusa i Najśw. Bogarodzicy tak, jak narodziła się niegdyś.

28 marca. [...] Wczoraj już na sejmiku tutejszym najokropniejsze zgorszenie: z Mickiewiczem przyszło do otwartej bójki. Dwudziestu porwał za sobą, którzy towiańczykami zostali. Reszta odstąpili go i czekać będą na Władysława, by ułożyć rzecz legionu. Okropnie. Zawszem to przeczuwał. Rad jestem, żem od początku samego się odstrychnął i ani stopą na ten sejmik nie wstąpił. Ale p. Adam przeprowadza towianizm pod oczyma kościoła i chciałby wykraść papieżowi błogosławieństwo i sztandar w ręce swoje dostać ten.

Najdziksza z potęg przebywa w tym człowieku; zbiera młodych, nic nie wiedzących, a poczciwych, zbiera służących, kucharzy, podchlebia im i przeciąga pod władzę swoją. Chce władać, chce carować!... Władysława powrotu co chwila czekamy. Jeśli jemu się uda uformować legię, to do niej będę należał... Augusta ściskam z duszy całej. Wszystko mu powiedz. Niech wie, jak tu stoją rzeczy. Niech wie, że mu towiańczycy wrogami strasznymi.

289. Do Stanisława Koźmiana

1848, Rzym, 28 marca

Mój najdroższy Stanisławie! Dzięki Ci za Twój list, za dni i pod dniami sądu pisany bo to wielką miłością, pisać list o takiej porze trzęsiennej świata. Tu niesłychanych dokazuje wysileń p. Adam, by wyrwać błogosławieństwo i sztandar z rąk piusowych, a za pomocą tego uświęcić towiańszczyznę. Walka między nim a duchem Makryny rozpoczęta. Dużo zgorszenia — dużo nieładu, niezgody. 60-ciu jest naszych, a wszystko między nimi wre wojną cywilną. Nieboska już i tu. 20-tu p. Adam przeciągnął na swoją stronę. Jest w towiańszczyźnie ono piekło, o którem w Apokalipsie: „Ma rogi, podobne barankowym, ale mówi, jako smok”, bo nienawiść wre w ich sercach, a wielkie prawdy mówią. Bóg od ich zwycięstwa Polskę strzeż — rosną w potęgę i liczbę.

Wszystko, co mi piszesz o obywatelach poznańskich, rozdziera mi duszę. Karteczki, w imieniu papieża porozsypywane pod kształtem modlitw, to zupełnie taki sam koncept, jak adamowy tu. Mało zacnych i poczciwych ludzi na świecie, mało szlachetnych — wszelkich środków użyć gotowi, by swojego dopiąć, by władzę i tyranię posiąść. Módlmy się, ufajmy! Spowiadałem się zawczoraj i komunię św. przyjąłem na intencję ojca mojego. O mój najdroższy, dni to sądu nad epoką całą, sądu to dni. Słowa Chrystusa zaczynają się urzeczywistniać — figowe drzewo puszcza listki na wiosnę. Kto z nas odzobaczy drugiego? Tu dotąd spokojnie. Kilka tysięcy ochotnika poszło do Lombardii. Miasto wieczne pozostało bez nich spokojniejszem. O Rzeczpospolitej zamyślają i tu. Pius prawdziwie crux crucis575 — przez co on przejdzie jeszcze! Król sardyński wszedł z wojskiem do Lombardii. Zda się o tej godzinie już Lombardia cała niepodległa. Od dni 12-tu zupełnieśmy przecięci od wszelkich nowin paryskich, lądową drogą przybywalnych — ni listów, ni gazet — więc nic nie wiem, ani o Auguście, ani o pani D. Straszliwie mi tęskno, czy się myślą obrócę ku Paryżowi, czy ku Warszawie. Nie wiem nawet, czym wszystkiego nie stracił w Paryżu. Zgoła nic a nic nie wiem. Żyję w ciągłem oczekiwaniu. Wojewoda tu, ale chce do Paryża jechać. Castelbianco wybiera się na oficera do Bolonii. Norwid dotąd tu. Ach, prawdziwieś napisał, kiedyś pisał, że „gromowym nawałem” spieszą wypadki. Sameś nie wiedział, że o tyle prawdę piszesz w chwili onej! Ale Twego głosu nie usłuchają, nie uderzą się w piersi, będą pchali naprzód, a to „naprzód” będzie naprzód w otchłań. Jednak Makryna mówi, że Chrystus zwycięży, że nie będzie u nas abominatio desolationis576. Módlmy się, ufajmy! Ja wyczekuję wiadomości jakichciś pewnych. Gdy ta kurtyna dymu, co mnie dzieli od Europy, opadnie, obaczę, co tu jest do roboty. Bóg Cię strzeż i ubłogosławiaj — prowadź i przeprowadź! Kocham Cię na zawsze, mój drogi. Odpisz mi zaraz jeszcze tu! — Ah, dni sądu nad światem!

Twój Heidelberski

Pamiętasz cichy Heidelberg, tę ciszę natury? Ah, ciszej już nie będzie nam! Wieści głuche się rozszerzają, że w Paryżu bójka straszna. Boże, zmiłuj się nad tymi, którzy tam!

290. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 29 marca 1848 r.

[...] Lękasz się dla mnie pana Adama pod względem towiańszczyzny; lękaj się go, ale pod innym zupełnie, to jest, by we mnie uczuwszy koniecznego nieprzyjaciela, kiedy mnie nie zwyciężył i głowy z karku nie zdjął; — bo niezawodnie nigdy nic piekielniejszego-m nie znał na ziemi od tego człowieka. Gengiskan i Pankracy w nim połączeni i sharmonizowani. Wszystko zniszczyć i obalić i swoje postawić — oto popęd, który w nim wiecznie żyw. Już tu zaczął okropnych scen się dopuszczać. Dwunastu młodych ludzi schwytał i oświadczył im, że się wcale Towiańskiego nie zrzekł. Na apostołów ich swoich obrał. Koniecznie żąda, by w ręce mu oddano chorągiew, z którą chciano iść do papieża i której miał papież błogosławić. Zamoyskiego, którego nie ma, zmieszał z błotem na posiedzeniu, księży zarówno przytomnych. Kilku odstąpiło wtedy. Dwunastu się zostało. Dziś ich zgromadził u siebie i tak mówił do nich:

„Kto nie z nami, ten przeciwko nam. Albo dostaniem chorągiew i błogosławieństwo papieża, albo się obejdziem bez niego — i w marsz! Na Moskwę się nie targać, bo potrzebna nam. O Francji nic nie mówić, bo jej służę — a teraz powiem sekret jeden i będzie przysięga”.

Na to oznajmienie, stary jeden oficer i drugi, służący Odeschalkowy, wyszli. Zostało tylko dwunastu — i idą do Makryny, by im chorągiew dała. Makryna im nie da jej. Będą najokropniejsze rzeczy. Lękam się, by p. Adam nie chciał do tego i Włochów wmieszać i przeciw księżom podburzyć. Wczoraj Kis-wą577 złajał okropnie, że się cieszyła z wieści, jakoby admirał młody do rządów się był dostał. Mówił jej publicznie przed dziesięcią Polakami, że wszyscy, co z takiej wieści się cieszyli, znani i zapisani w księdze, i że ich odnajdą na polskiej ziemi, i że pod sąd poddani będą, i że krwi potoki spłyną, że raz trzeba dramat zakończyć. Oczywiście, jemu tylko chciało się błogosławieństwa, od Piusa za pomocą wrzkomej zgody z księżami osiągniętego, by stąd siłę tę wykradłszy, oddać ją w ręce Towiańskiego. Okropny człowiek!

Już u mnie od dni dziesięciu nie był; ani sobie go już życzę spotkać, bo, skoro spotkam, przyjdzie do walki — i to do ostatecznej! August niech wie o tem wszystkiem, ale nikt więcej — nikt więcej!... Moskalów pełno u niego bywa. Czekają nań w przedpokoju Tołstoje i Urussowy. Powiadam Ci, wszystko okropne, bo w tym człowieku jest dzika nienawiść taka, że w istocie, na nią patrząc, nie sposób pojąć, że tylko ludzka, że serce człowiecze tylko taką może oddychać. On chyba się ma za kata, naznaczonego przez Boga samego! Powtarzam, lękam się, by tej sprawy polskiej nie sprowadził aż na bruk uliczny i nie podjudził namiętności włoskich przeciw księżom i papiestwu.

Widzisz więc, że mnie towiańszczyzna nie schwytała, ale przyznaję, że coś piekielnego w niej czuję. Więcej czuję piekło w towiańszczyźnie, niż duchy niebieskie w Makrynie. Ona jedna tu trzyma jeszcze pana Adama. W tej chwili ze swemi dwunastoma poszedł do niej. Zobaczym, kto wygra w tej walce. Wszystko mi to Apokalipsis przypomina niezmiernie.

[...] Powiedz Augustowi, że ilekroć p. Adamowi o nim wspominałem, to się wzdrygał, jakby od nienawiści przeciwko Augustowi. Niech wie August! Zarówno nienawidzi wszelką filozofię jak wszelki kościół. Inteligencja mu wszelka nieznośna, światło mu gorzkiem — kochankami ciemności! Wszystko, co tajne, skryte, pod ziemią, wszystko, co nie pod słońcem, serce jego rozradowywa — ku wszelkiej klęsce, nieszczęściu, męczarni, mogącej spotkać człowieka lub wielu ludzi, wytęża nozdrza i chwyta w powietrzu zapach idealnej krwi, jeszcze nie rozlanej! Tak jest! Niech te jego znamiona zna August, bo i August z nim niechybnie się spotka. Lecz niech August zachowa dla siebie.

30 marca. Mickiewicz tu coraz gorzej dokazuje. Wypowiedział wojnę otwartą księżom. Co z tego będzie, przewidzieć nie można. W tej chwili wzywa mnie Makryna, abym jej radził!!! Tu się okropne sceny rozpoczną. Lękam się, by ludu nie wmieszał p. Adam do tego wszystkiego, i o kopułę by nie poszło... Augustowi powiedz wszystko.

291. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 31 marca 1848 r.

[...] Wszystko, co się dzieje, apokaliptycznem. Wszystko przepada. Zda się, że stare wszystkie kształty w proch się rozsypią. Ale nim do harmonii augustowej się dojdzie, jeśli trza będzie przejść przez rządy Mickiewiczowej i Spółki, to abominatio desolationis. Zupełnie takie samo wrażenie, jak na Tobie Mickiewiczowa, na mnie Mickiewicz sprawił i sprawia, coraz okropniejsze. Ten człowiek ma się w głębi serca i ducha za kata, posłanego z góry, by karać świat. Wszystko, co August pojmuje miłosiernie i kryształowo, on pojmuje krwawo, mistycznie, obrzydliwie, a Towiański u nich niezawodnie ten, o którym w Apokalipsis, że laską żelazną będzie rządził narody. est opętanie w tem wszystkiem, bo jest chytrość, fałsz, podstęp, kłamstwo wieczne, okrucieństwo, a przy tem niesłychana potęga. Jednak na imię Chrystus zawsze ócz spuszczanie i tchórzostwo moralne, jak u czartów.

To Pankracowie wszystko. Dziś poszedł znów walczyć z Makryną...

Jużci za p. Adamem do jego hufcu, tu zebranego, nie pójdę; chybabym gardło chciał sam pod nóż poddać. Co zrobię, nie wiem jeszcze... Odpoczynkiem by mi była bitwa, huk armat, zapach prochu; bo żyć z takiemi postaciami, jak p. Adam, patrzeć na takie konwulsje piekielne, to przechodzi siły człowieka. Ledwo pióro trzymać mogę... Co tu się dzieje w duchach ludzkich, nie wyobrazisz sobie. Wszyscy Polacy się kłócą. Rozbrat i miecz przyniósł im Mickiewicz!... Eliza578 ściągnęła na siebie gniew pana Adama za to, że walczyła przeciwko niemu, za to, że on czuje, że jej nie może oszukać. Ja zapewnie takżem już zapisan na księdze tych, co mają być zatraconymi w nowej epoce.

Ściskam Augusta. Niech się zbyt nie cieszy, niech wie, że będzie abominatio — i niech wie, że towianizm już liczy ze 2000 adeptów. Niech tej potęgi się strzeże! Powiedz też Augustowi, że Towiański Żydów ogromnie nawraca, a p. Adam ogromne wrażenie sprawia na Moskali! Ledwo go jaki Moskal posłucha, lata jak szalony i wielbi proroka.

292. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 5 kwietnia, 1848 r.

[...] Pisałem Ci wczoraj, że p. Adam u mnie trzy godziny przesiedział, ślicznie, układnie, miłosiernie mówił — a ledwo wyszedł, dowiedziałem się z rozmaitych stron rozmaitych krętanin jego i dwuznacznych słów i czynności. Obiecał był matce Makrynie, że chorągwi ze swymi dwunastoma nie poniesie do papieża, a tymczasem na łeb na szyję kazał jakąś uszyć, a bez twarzy Chrystusa, i dziś ze swymi dwunastoma ma się rzucić do stóp papieża podczas procesji na dziedzińcu Piotra.

Towiański podobno przybył, a mówił Makrynie p. Adam, że już nie przybędzie. A oni dwunastu chodzą po ludziach i grożą. Z tajnemi związkami włoskiemi narady mają, zwiastują, że nadchodzą rzezie w Rzymie, straszą innych Polaków itd., itd.

Tymczasem u mnie p. Adam barankiem słodyczy i miłości! Masz prawdę; grunt tego ducha to Israël, a Israel znaczy: „Ten, który walczy z Bogiem579”. Masz prawdę! Dobrze go znasz! Ale nigdy bym nie był pomyślał, że chytrość i fałsz do tego stopnia dojść mogą, jeżeli prawda, że na dziś on taką scenę publiczną z chorągwią swą odbyć zamierza i za pomocą tej chorągwi lud porwać. Śni mi się zawsze Legenda... — bo niezawodnie Towiańskiemu się wydaje, że jemu naznaczono kościół obalić rzymski i na jego gruzach drugi postawić! Okropne czasy, okropne, okropne! Kto wytrwa i przetrwa, ten zbawion będzie!

Manifest mi swój przyniósł p. Adam z 15 punktów, które jako słowa są niebem na ziemi, a jako czyn mogłyby się przekręcić w piekło na ziemi. Między innemi, obywatelstwa wszystkie prawa nadane kobietom, każda rodzina chłopska gruntem uposażona własnym, każda gmina gruntem gminnym, wspólnym. Polska podaje dłoń Russowi i Czechowi i całej Słowiańszczyźnie. Ewangelia staje się prawem politycznem i społecznem Polski. Na pomoc każdemu chrześcijańskiemu ludowi uciśniętemu Polska zawżdy bieży — słowem, jak gdybyś Przedświt zamieniła w kodeks.

Powtarzam: jako słowa na papierze, to niebo; jako wykonanie, może być piekłem. To zależy od wykonania! Pod tem wszystkiem coś leży, jest jakaś krętanina. On chce koniecznie stąd błogosławieństwo papieskie, albo Makryny te wynieść. Na to, by to otrzymać, gotów rozruch wszcząć między ludem.

Mówiłem mu wczoraj, że wciąż stawiając się na stanowisku Chrystusa, nie staje się Chrystusem, ale owszem uzewnętrznia się jak szatan. Z wielką pokorą przyznawał. A tymczasem adeptami swymi burzy Włochów! Bóg wie, co będzie na procesji dzisiejszej.

Ukradziono z św. Piotra głowę św. Andrzeja. Długo ją szukali. Wreszcie papież kazał pod bramą św. Pankracego kopać w pewnem miejscu ziemię i tam złożoną głowę tego apostoła Słowian odnaleziono o pięć stóp głębokości. Sam papież mówi, że nie może nadzwyczajnych ogłosić okoliczności, które mu dopomogły do tego odkrycia. Dziś procesja z tą głową. Czyby się nie chciało Towiańskiemu tę głowę odzyskać lub zdobyć, by na niej kościół słowiański założyć? Wszyscy wczoraj Polacy tu przerażeni byli w wieczór: zdawało się im, że coś na dziś gotuje się nadzwykłego. Ja pełen przeczuć nadzwyczajnie czarnych. Ciężkie czasy!

6 kwietnia. Wczoraj postawił na swojem p. Adam. Procesja wielka była do św. Piotra — odnosili ukradzioną głowę św. Andrzeja, apostoła Słowiańszczyzny. Z dwunastoma swymi szedł za papieżem Mickiewicz, a Gierycz niósł chorągiew, naprędce ukleconą: orzełka białego, srebrnego, na szczycie drzewca zatkniętego, a na płótnie czerwonem i białem dwa krzyże. — Nikt o podobnej nigdy nie słyszał. Ciceruacchio580 stał zaraz obok Gierycza, pilnując wszystkich jego ruchów; był im zaś oznajmił, że, jeśli chcą, mogą sobie pójść wraz z chorągwiami klubów innych rzymskich, ale że biada im, jeśli zechcą zatrzymywać pochód i krzyczeć lub mówić do papieża. Więc odbyło się cicho. Ci dwunastu tylko byli, żaden inny Polak. I tak wystąpił sztandar polski, zamieniony w znak jakiegoś tajnego towarzystwa słowiańskiego, niesion przez najzaciętszego towiańczyka, przez Gierycza.

Tak to wszystko u nas w kłótni, w niezgodzie, w rozdarciu się rodzi!...

Jeśli prawda, że wojna wydana Rosji, to natychmiast ruszę i karabin na plecy wezmę. Do żadnych nie chcę się mieszać teoryj i rozpraw. Com miał teoretycznego w piersiach, wylałem już. Teraz do czynu, i to najprostszego, i na śmierć, bo czuję, żem nie ze zwycięzców, ale z umierających.

Co do p. Adama, niezawodnie wielka w nim przewrotność. Dobrześ go osądziła, doskonale. Gdy do Paryża wróci, jeszcze tam narobi hałasu i pchać będzie do coraz straszliwszego zniszczenia. Doskonały niszczyciel! O, Boże mój, Boże!

7 kwietnia. [...] P. Adam wybiera się do Krakowa ze swoimi, by tam dzieło zacząć i panslawizm ogłosić. Gdy wracał zawczoraj z procesji z chorągwią swą, do odwachów gwardii narodowej posyłał swych uczniów z rozkazem, by broń prezentowali. Jeden odwach nie usłuchał. Wtedy sam p. Adam zbliżył się do żołnierzy i rzekł: „Przed dwoma miesiącami, gdyby chorągiew austriacka tak szła, bylibyście jej cześć złożyli, a dziś polskiej nie chcecie? Zaraz mi prezentujcie broń”. Włochy osłupiały i uczyniły zadość rozkazowi.

Jest w tym człowieku zewnętrzna ogromna odwaga, wszystkie jej pozory, ale tylko pozory; bo w gruncie ducha samym, ostatecznym, on się lęka piekła dla duszy swej ogromnie — i wyroku niczyjego wytrzymać nie zdoła. Celem niezawodnie jego jest: powrót do barbarzyństwa, i to zowie świata uchrześcijanieniem. W istocie czartowski to pomysł, a przed żadnym środkiem się nie cofnie, by go doprowadzić. Takich to duchów potworzył Towiański! Makryna o nim mówi: „Pycha, pycha, tchórz, plaśnie, jak marna mucha i nie zrobi nic!”

W oczy to mu powiadała — a on spuszcza wzrok i u stóp jej konwulsjonizuje, ale w końcu końców wszystkich zwodzi i podstępną chytrością ołudza; każdemu co innego mówi. Z Moskalami ogromnie się zawdaje i wciąż o panslawizmie im kazania prawi. Ma jednak wpaść do Paryża, nim do Krakowa pójdzie.

293. Do Augusta Cieszkowskiego

9 kwietnia, Rzym, [18]48

Mój drogi Auguście! Odebrałem z Paryża Twe przypisania się wszystkie. Już byłbym ruszył k’Tobie, gdyby nie Eliza, którą nie wiem gdzie zostawić, która chce koniecznie jechać także do Drezna, do matki — a napadły mnie zdarzenia bezpieniężnym. Listów kredytowych ni wekslów już nie wypłacają. W szalonem położeniu jestem. Sam rad bym polecieć k’Tobie — ależ jakże zostawiać ją tu, kiedy tu mówią o rzeziach, o abominacji, desolacji581 w świętych miejscach. Jednak w tych dniach rozstrzygnę mojemi losy i przez Frankfurt będę zdążał k’Tobie. Napisz tam do mnie słówko!

P. Adam tu niesłychanych dokazywał rzeczy: zebrał kupkę z 12-tu ludzi, prawie wszystkich nic wartych — chciał dla nich wymusić błogosławieństwo u papieża. Dotąd mu się nie udało. Z sztandarem niby to polskim, a w istocie Towiańskiego, bo z orłem srebrnym na spisie, a krzyżami dwoma białemi na polach białem i czerwonem sztandaru, pokazał się na procesji, która miała miejsce, gdy ukradzioną głowę św. Andrzeja, apostoła Słowian, odnaleziono w ziemi, pod murami miasta, i odnoszono do św-go Piotra. Kto był ją ukradł? Zapewnie ci, którzy nowy słowiański kościół zakładać zamierzają. Panslawizm przebija we wszystkich dążeniach pana Adama. Germańskiego plemienia nienawidzi.

Mój najdroższy! Wszyscyśmy pod sądem bożym o tej chwili. Gdzie Twój, gdzie mój ojciec? Czuję, pisząc, że piszę z nogami nad otchłanią jakąś, która nas jeszcze przedziela od królestwa bożego, od królestwa miłości. Czy abominacji już tam także nie masz, kiedy piszę te słowa? Pamiętasz, ile my razy o niej mówili! Biedne Sorrento w Paryżu, i nie wyjeżdża. Biedny mój ojciec w Warszawie, i nie wyjechał. Biedna Eliza tu i schudła, jak szkielet, i najczęściej bez zmysłów. Mnie zaś od stóp do głów dzieje się uczucie, żeśmy wszyscy pod sądem bożym. Ledwo piszę, jak widzisz. Skoro ściągnę ostatni grosz, ruszę zaraz. Może Elizę w Nicei zostawię. Pisz mi do Frankfurtu nad Menem. Radzisz mi teraz kupować dobra ziemskie — gdzie i jak? Gdzie czas? A zresztą od Thurneyssena kto wydobędzie co w tej chwili? O! Bodajby tylko abominacji nie było i Bóg zmiłosierdział nad nami! Przyciskam Cię do serca i błogosławię Ci, mój najdroższy, najdroższy Auguście!

Twój Furiis

O sobie nie myślę ni przewiduję innego coś, jedno karabin na plecy i dalej! Czy cicha dotąd Wierzenica? Kto mi odpowie? Ściskam Cię, ściskam, ściskam, jakbym czuł, że niedługo koniec mi, że może ostatni to uścisk Ci przesyłam. Pamiętaj o Chrystusie! Jakżeż św. Jan wszystko przewidział w tym poemacie proroczym, pisanym przed 1 700 laty!!!

Opasaniśmy wojną zewsząd — w Lombardii wre, na drodze z Tryjestu do Wiednia powstanie słowiańskie, w Genui 200 rodzin angielskich czeka dla braku koni, wziętych pod zaprzęgi wojenne. To wszystko niczem dla mnie, ale dla Elizy! O, nieszczęśliwy, kto w dniach takich musi się oglądać na kobiety i dzieci — winszuj sobie, żeś nie poszedł za ojcowskiem życzeniem! Winszuj sobie też, że Campotertio masz. Gdzie ją zawieść? Gdzie ją zostawić? Norwid wybiera się ze mną, innych kilku także, ale wszyscy, tak jak ja, zaskoczeni wypadkami, bezpieniężni. Jakoś jednak to będzie, bo być musi. Ah! Kiedy patrzę teraz na Twego synka chrzestnego i na Adzia, to mi się wydaje, żem ich zdradził, wprowadzając ich w życie.

Ledwo mogę nogami ruszać, tak mi choro i osłable. O ojca się troskam dzień i noc. Ah, czy odzobaczym się kiedy na ziemi? Będzie dużo cierpienia i dużo pocieszenia, mówisz? I jam tej myśli, ale przy tem myślę, że ja tylko cierpienia oglądać będę. Daj Ci Bóg oglądać pocieszenie! Wiedziałem, com pisał w Akwisgranie, kiedym błogosławił, umierając!!!

P. Ad.582 powiada, że przeczyta Ojcze nasz, skoro będzie w Paryżu. Tak mi kazał odpowiedzieć, ale pod warunkiem, że Ty z wiarą go odmówisz. Choć tak odpowiedział, w nim Chrystusa nie ma. Jest tylko Jehowa; miłości za grosz nie ma. Bucha tylko zawiść i nienawiść — coś piekielnego! Strzeż się ich — w każdym pychę rozbudzają — na tem zależy ich potęga; a w adeptach pijaństwo ciągłe. — W tem są χατ’ έξοχήν583! Cel ich ostateczny zawrót do attylowych czasów!

294. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 10 kwietnia 1848 r.

P. Adam przyszedł mnie pożegnać wczoraj. Był jak człowiek zabity. Od kilku dni wszystko, co tu chciał robić z Włochami i Niemcami, mu się nie udało. Ostatni raz wczoraj widział się z Makryną, która mu powiedziała: „Porwałeś się jak lew, a upadniesz jak mucha. — Odtąd same upokorzenia zbierać będziesz i nic Ci się nie uda, aż do Boga się nawrócisz”. Był po tem pożegnaniu się u mnie — miękki, tkliwy — ściskał mnie i żegnał ze łzami, przysięgał, że gdyby czego Ci było potrzeba, to on Ci usłuży i obroni Cię w Paryżu. Ściskał mnie do zaduszenia. Wyglądał na człowieka zupełnie przełamanego. Mówiłem mu jeszcze, by siał miłość, nienawiści nie krzewił. „Masz święte prawo tak mi mówić” — odrzekł i jeszcze ściskał mnie bardziej, jak dziecko, jak pół-obłąkańca, jak starzec rozbity. Wszystkiego tego cechy były na nim, a szczególnie jakby strach przyszłości i w własne losy nieufność, jakby zwątpienie o towiańszczyznie. Niezawodnie w gruncie ten ryczący czasem tygrys ma serce, pełne niepewności. Pycha je nadyma, a źdźbło słomy, napotkane na drodze, obala; w godzinę później znów pycha podnosi i nadzieja, że Towiański posłannikiem z góry, aż znów w kwadrans przychodzi mu do myśli, że on się czartowi oddał i że zaginie duszą w piekle. Z takich żywiołów złożony ten człowiek, i on szczerze jest najprzewrotniejszym i stąd też najniebezpieczniejszym z ludzi.

Rozstałem się z nim jak najlepiej. Jeśli go więc odzobaczysz, nie mów nic jemu, coby go mogło rozdrażnić. Guarda e passa584... Żegnając mnie wczoraj, rzekł: „Dziękuję Bogu, że się tak rozstajemy, a nie inaczej”. — Jeszcze, nim przyszedł mnie pożegnać, namawiał pannę Łopacińską, by szła z nim i z tymi dwunastoma, obiecując jej, że będzie ministrem, kiedy matka gniewała się i stawiała opór entuzjazmowi córki!

Mówił mi też, że Paryż niebezpieczny, ale Rzym stokroć niebezpieczniejszy, że tu będzie rzeź księży. Ku księżom pała piekielną nienawiścią.

Butieniew wczoraj mówił Kisielewowej, że sprężyną tego co dziś ma się stać, Mickiewicz i jego dwanaście uczniów, czy towarzyszy. Prowadzi ich on do Mediolanu, a sam do Paryża jedzie. W Poznańskie mu się nie chce.

Dogmat towiańszczyzny twierdzi, że przez Moskwę Polska wstanie, więc, że nie według reguł sztuki, nie chce jej przyjąć od Niemców.

Gdyby wojna była, natychmiast, gdzie pierwszy pułk w mundurze polskim wystąpi, tam idę; ale mieszać się do rozpraw komitetowych nie myślę i nie radzę nikomu...

295. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 13 kwietnia 1848 r.

[...] Wczoraj papież mówił Elizie, że za dni kilka wyjdzie potępienie towiańszczyzny jako najsroższej herezji w stosunku do kościoła. Mówił też, że ostatni fałsz, jakoby im błogosławił; że już go nie widział585 od chwili, w której stanął przed nim w deputacji od sejmiku tutejszego i tak krzyczał i za ręce go chwytał... Pamiętaj, że towiańczycy to okropni ludzie, przekonani, że Bóg im kazał być katami wieków! Nie krzycz na nich, nie wydawaj się przed nimi, bo najprzewrotniejsi z ludzi; u nich przewrotność świętością. Papież zalecał, by, o ile można, starać się walczyć przeciwko nim.

[...] Koniecznie chciał Mickiewicz kokardę czerwoną, ową przez Lamartina586 z wielkim jego żalem odepchniętą, przywiesić do chorągwi tej polskiej, z którą tu wystąpił, ale oparli się sami jego uczniowie. Czerwona chorągiew jest ideałem Mickiewicza. Pamiętam, wściekał się w kłótni ze mną, gdym twierdził, że bohatersko spisał się Lamartyn, opierając się jej. To wiedz, że błogosławieństwa żadnego od papieża nie wziął, że papież go już nie widział, od kiedy z Orpiszewskim i księżami był u niego przedtem, nim zawiązał w towarzystwo tych trzynastu swoich, że papież potępia towiańszczyznę, że powiada, iż powinni Polacy i Polki kongregację założyć przeciwko niej taką, której by obowiązkiem było modlić się co dzień i wzywać łaski bożej przeciwko ich wpływowi. To są słowa samego Piusa, wyrzeczone wczoraj. Ręczę Ci, że prawdziwe, i przysięgam. Gdyby więc kłamać chcieli, to możesz prawdę oświadczyć. Zresztą jutro, czy pojutrze wyjdzie Towiańskiego potępienie. Przeciw zaś Mickiewiczowi nic nie wyjdzie, bo papież ufa jego słowu, gdyż przysiągł u stóp papieskich, że odstąpi mistrza, skoro mistrz potępionym zostanie. Pewny-m, że nie dotrzyma przysięgi. Ale powtarzam Ci, słowa: Chrystus i miłość zabijają go, spuszcza oczy i truchleje, skoro je wymówisz. Na polu daleko niebezpieczniejszem wystąpić mi przyjdzie przeciwko niemu i dopełnię tego obowiązku.

[...] Okropni są ludzie, okropni na planecie tym! O, jeszcze czas królestwa bożego nie nadszedł. Lękam się, by noc zezwierzęcenia się ludzkości jakowegoś nie następowała na świat. Bande infernale Prodromu587 wciąż mi na pamięć wraca.

Dzielny, arcydzielny Twój list do mnie z 31 marca, gdzie mi wyrzucasz, żem nie wystąpił przeciwko Mickiewiczowi. Powiem Ci jeszcze jedną rzecz. Lękam się, by w losach moich zapisanem nie było hrabiostwo Henrykostwo. Dziwnie mnie, ale jak najsprawiedliwiej zamęt niesłychany dziejów ludzkich mógłby do takiego położenia doprowadzić... Ah, chciałbym moich ocalić, ale ocalić na zasadach sprawiedliwości i szlachetności, przyszłość zapierścienić o przeszłość, nikogo nie gubić, wszystkich pojednać... Świętość i piękność i światło kochałem, a spotkam się z piekłem; a piekło mówić będzie: „Jam w imieniu przyszłości”. Cóż wtedy serce uczyni? Oczywiście odpowie: „A jam z przeszłości rodem, ja piekła nie chcę, ja piekło wyzywam”.

296. Do Augusta Cieszkowskiego

Wielkanoc — 1848, 23-go kwietnia, Rzym

Drogi i najdroższy! Mam nadzieję, żeś wciąż w Berlinie — żeś w zamęt i odmęt nie zapadł, żeś cały i zdrów, żeś na czasy bliskie a organiczniejsze zachowan. Wieści z Księstwa okropne — rozdzierające a błędne. Wojną przegrodzeni od Niemiec, od 10-ciu dni i więcej „Allgemeine” nie mamy. Tu zaś na każdy dzień zapowiedzian rabunek, rzeź, abominacja w świętych miejscach. „Śmierć Piusowi!”, piszą po wszystkich rogach ulic. Życie stało się udręczeniem. Miejsce każde drży pod stopami. Co chwila mi przed oczyma ojciec. Ah, i w Tobie także musi się choć 10-ta część dziać moich udręczeń. Okropnie — okropnie!

Wczoraj przyszło doniesienie, że i biedny Thurneyssen pękł. Miałem jeszcze z 800 000 fr. leżących u niego, powierzonych mu, więc będę musiał wpaść do Paryża na likwidację i inne interesa. Grosza nie mam, nie wiem, skąd pożyczyć na podróż, gdzie Elizę zostawić, co zrobić? Ah, dzieci i kobiety! Mówiłem Ci, zabierz owe 10 000 fr. a Ty natomiast swoich zastawnych zostawiłeś 12 000 fr. Czego mnie nie było usłuchać? A ja także głupi, pani D-ny instynktu nie posłuchałem, gdy radziła przed dwoma miesiącami moje, ze Śliwna pochodzące, umieścić w 3%. — Teraz zapewnie-m wszystko — to jedyne moje na świecie — stracił! Eh, zostało Chamtercier i Rey588 do sadzenia kapusty, kartofli i zbierania oliwek!

Mój najdroższy, najdroższy! Od kiedym przez Mickiewicza dojrzał szczelin społeczeństwa, a na wskroś przez nie otchłani, nad którą w tej chwili stoi ludzkość, stało się coś we mnie okropnego: jakby uroczyste przerażenie, ale nie człowiecze, kosmiczne raczej, ogarnęło mną. Ten człowiek pomieszał mi mózg i serce. Ah, jaki okropny, jakie jego cele, dążności, zamiary, te same, co wszystkich tajnych świata piwnic, tych ludzi podziemnych, których zowie Hoene la Bande Infernale589. Strzeż się ich! W wielkiem niebezpieczeństwie i Europa i Polska. A Polska tylko zbawi Europę, jeśli będzie czystą i mądrą.

Nic a nic wymiarkować nie możem z wieści poznańskich, galicyjskich i moskiewskich. O Leuchtenbergu590 twierdzą, że niezawodna. Oszaleć trzeba dziesięć razy na dzień! Donośże Sorrentowi o sobie, bym wiedział, gdzie Ty i co robisz. W tych dniach wyjeżdżam, Elizę nad Ren odwiozę. Stamtąd puszczam do Drezna, sam zaś poskoczę do Paryża, by, jak Marius, usiąść na ruinach kapitałów roztrzaskanych i coś urządzić i komuś powierzyć interesa. Dziś wielki dzień, nie tylko noc, bo wybory we Francji: od nich los świata zawisł. Tu od tygodnia dni i nocy opłakane pędzim. Co chwila grożą nam rabunkiem i zgonem, papieżowi śmiercią. Powiadam Ci, że, jeśli kiedy w życiu jeszcze zejdziem się na kilka godzin ciszy i rozmowy spokojnej, bądź u Muellensa, bądź na cmentarzu, jak w Opinogórze niegdyś u grobu biednej pani de la Haye, to, padłszy na kolana, podziękujem Bogu i uznamy, że te kilka godzin ciszy i spokoju to niebo na ziemi. Co chwila, co chwila marzyć, że ktoś z ukochanych na ziemi w tej chwili ginie: ojciec — Sorrento — Ty. Albo znów, że dziś w wieczór, że jutro rano, że oto za godzinę Elizę zarzną i Adzia — i Twego chrzestnego!

Mickiewicz przyłożył się ogromnie do tutejszych rzeczy zgubnych. On i jego zwolennicy pracowali śród ludu, a nie tak ludu, jak śród sektarzy rozmaitych. Ah, to okropni ludzie! Ah, to zdrajcy absolutne, zdrajcy wieków! Zawrót świata do stanu dzikich ludzi — oto ich cel, oto miłość i piekielna otucha! I to wolą bożą zwą! Strzeż się ich! Strzeż! I jeśli Bronisław gdzie blisko Ciebie, ostrzeż go także! Jam pewny, żeś: w Berlinie; musi być i Konstanty z Tobą. Uściskaj go ode mnie i siebie też. Wciąż Ci do Berlina będę pisał. Kocham Cię, i kocham, i kocham na zawsze, mój Ty drogi Auguście! — Bóg Cię strzeż od nieprzyjaciół!

Twój Furiis

Norwid Ci się kłania — ze mną jedzie. Rogierowi się przypomina. Wstaję z łóżka, by Ci to pisać, bo od dwóch-em dni leżał.

297. Do Stanisława Małachowskiego

1848, Rzym, 15 maja

Drogi mój! Z listu pani D. i z „Nationala” dowiaduję się, żeś z Quicorain zawrócon do Paryża. Podziękuj Belgijczykom, bo cóż byś pojechał robić czy do Księstwa, czy do Krakowa o tej chwili, w której trzech rozbójników znów nas dusi, a my sami wewnątrz siebie samych się zarzynamy! O, emigracja centralizacyjna odpowie przed Bogiem i sądem historii za powtórny grzech! Już po raz drugi skutkiem jej zachodów wrzucenie nas w ręce Moskwy. Co list do Metternicha zapowiadał591, to teraz kształt na się wdzieje i rzeczywistość. Najokropniejsza to z dróg, któremiśmy mogli zdążać do zmartwychwstania, bo zmartwychwstaniem, ale jakimże kosztem, po iluż łez, krwi i sumieni, a to najgorsza, wylewie; tak, sumieni, oczywiście albowiem, że nadchodzi chwila, w której nie tylko los od nas łez i krwi, ale jeszcze sumienia naszego zażąda. Germanów szkaradne krzywdy, wywołane po części szkaradną naszych demagogią, walka, wszczęta w Księstwie między organizującymi się a organizatorami, poprowadzi tok naszej sprawy prosto w ręce czyhającego Moskwicina. Przyjdzie do tego, że będziem musieli, by odżyć, pobratać się z plugastwem chuci słowiańskich, a my powinni panować z góry im, i wyczyścić je, i zlać z zachodnią światłością i wiarą. Lecz ludy w rozpaczy nie rozumują, pędzą choćby w otchłań, skoro do ruchu się zerwą. Widzę to wszystko z goryczą niesłychaną serca, widzę. Chyba, że się Germany upamiętają. My ich i siebie i Słowiańszczyznę zbawić mogli, taki był nasz los niebieski, a teraz przyjdzie do tego, że my ich i Zachód tępić będziem. Módl się, módl się, stary szlachcicu polski, módl się do Boga, by się to nie ziściło, by się sny towiańczyków nie sprawdziły; bo, choć odżylibyśmy takim sposobem, toby pochłonęła nas Słowiańszczyzna, a nie my ją podnosili i nauczali być narodem.

Odpisuję tak późno, bo sił, palców, myśli-m nie miał do pisma, a potem dni te straszne nastąpiły. Rzeź i rabunek co chwila zaglądały przez bramę, przez okna. Czuwaliśmy po nocach z Norwidem i Orpiszewskim, otoczeni dubeltówkami i pistoletami. Lojola592 ściśle się powiązał z Mazzinim, oba starali się o anarchią i upadek Piusa. Biedny Pius, dał sumienie święte i czyste uwieść pierwszemu, a wtedy pierwszy rzekł do drugiego: „Obal, a zemścij mnie!”. Taka prawda dziejów tutejszych. Lękam się o kopułę593, by, porysowawszy się, nie runęła.

Jeszcze dni kilka tu zabawię, po czem pośpieszę do Paryża i mam nadzieję uściskania Cię tam.

Owe dwa tysiące franków zostaw księciu594 i ostrzeż o tem Władysława595, któremu je winienem z powodu niewypłacenia pewnego innego wekslu.

Pan Adam596 pojechał z Mediolanu do was. Lękam się, byście ciężkiej biedy tam z nim nie doznali, bo, jak tu, tak i tam będzie się starał o zaburzenia.

Dzięki Ci za dowiezienie zegarka i medalionu. Wkrótce, mam nadzieję, że będę z Tobą. Upadek Thurneyssena srogiego mnie figla spłatał, osiadłem na koszu. Z Królestwa ani grosza przysłać nie mogą.

Twój brat zdrów, był w Warszawie trzydziestego kwietnia i u mego ojca jadł święcone.

Ściskam Cię z serca całego, drogi Wojewodo.

298. Do Ludwika Orpiszewskiego

1848, Turyn, 22 czerwca

Mój drogi! Odebrałem wczoraj z rana w Genui na wsiadanem Twój list i wszystkie inne z Rzymu, któreś mi był łaskaw przesłać. Jeszcześ mojego z Civity znać nie odebrał. Napisać do Władysława byłoby na próżno — on sam nie musi bardzo dowierzać Aaronowi597 — ale z drugiej strony będzie próbował tego pojednania, które się nie uda; nie bój się, trafiła kosa na kamień. Oba się spodziewają, że jeden drugiego zobojętni, tymczasem wkrótce oba poznają, że nic sobie nawzajem zrobić nie mogą. Laissez faire598. Ani Breański z Kamińskim, ani Władysław z Aaronem nie potrafią się zgodzić. Z instrukcyj zresztą, danych Breańskiemu przez Władysława, przekonywam się, że Władysław wcale a wcale nie ufa Aaronowi, tylko przez grzeczność zaleca Breańskiemu, by mówił przed nim o podniesieniu ducha. Możesz sobie wystawić, jak to poczciwemu pułkownikowi wyglądać będzie na farsę, oświadczenia takie metafizyczne i towiańskie czynić przed Aaronem! Myślę, że niedługo będzie pokój zawart. Lecz myślę, że, jeśli kiedy, to teraz gołąbki599 (wszyscy trzej razem) powinny wziąć municypałów, że, jeśli po Vicenzie ich nie przyjmą, to już chyba tak zaślepieni, że niczego się po nich nie spodziewaj. Otóż widzę tu, a nie tam, stanowisko gotowe Władysławowe. Zresztą, jeśli spotkam Władysława, to jemu o tem wszystkiem powiem moje zdanie. Że przestrzeżon co do Aarona, to wierz mi — wszystkie listy, które od trzech miesięcy pisałem do Paryża, udzielanemi mu bywały, więc doskonale wie, co się działo w Rzymie — w końcu instrukcyj duchowych dla Breańskiego zaleca mu, by nigdy się nie pisał na przyjęcie sztandaru kłamanego, któremu papież nie pobłogosławił — w każdym razie Ty znów pamiętaj, gdzie leży ów drugi sztandar, któremu gołąbek600 zapewne nie odmówił pobłogosławienia, a który mógłby się Władysławowym zdać kiedy: obok Twoich papierów leży. Jutro ruszam dalej. Kongres słowiański już rozproszon przez Windischgrätza — cztery dni bójka w Pradze trwała. Zdaje mi się, że i sejm frankfurcki nie potrwa; zdaje mi się, że i w Paryżu coraz gorsze pretendenctwa ze wszech stron objawiać się będą i do wojny domowej wieść.

Ściskam Cię z serca całego i Twojej powierzam pamięci.

Kochaj kochającego Cię

Zyg.

P.S. Żywot nieznośniejszy mi coraz!!!

299. Do Adama Mickiewicza

1848, 1-go lipca

Kiedyś nie wiedział wprzód, teraz, po dniach czerwcowych, dowiedziałeś się, Adamie, czego wyobrazicielem sztandar czerwony, za którym tak tęskniłeś w marcu. Raczej, zdaje się, nie chciałeś wiedzieć. Dziś chcesz li, nie chcesz li, musisz. Sam albowiem ten sztandar rzecz swoją wypowiedział swemi napisami światu, sam wystąpił przez czyn, rzucił się do mordu, łupieży, wszeteczeństwa, pragnął zniesienia nie onych rzeczy, co przemijalne i przemienialne, ale owych, co wiekuiste tak na planecie tym, jak po wszystkich światach — bluźnił bożym prawom, arcybiskupa zamordował. Gdybyś miał siostrę, siostrze by Twojej nie przepuścił, gdybyś miał syna szesnastoletniego, byłby Ci go na wieki, zostawując mu życie, zesromocił. Kwasem siarczanym, zatrutemi kulami, kłamstwem i zdradą, od piekła zapożyczonemi sposoby darł się — a do czego? Do rozkoszy episjerów, do zbytków, które przeklina, póki ich nie osiągnie! Takie dzieje czerwcowego sztandaru, o którym takeś się ze mną sprzeczał. Upamiętaj się, człowiecze, i już nigdy nie powtarzaj, że takie czasy dziś, iż Bóg samych łotrów dobiera do sprawy swojej. Takich czasów nigdy na świecie ni było, ni będzie. Bóg nie dobiera łotrów do dzieł swoich, ale taki piękny, że, choć łotry wmieszają się w sprawę ludzkości, On z ich szkaradzieństw jeszcze umie piękność jakąś wiekuistą wyratować — taki dobry i miłosierny, że, choć łotry zwyciężą dnia pewnego, zwycięstwo samo ich gubi i zabija, a dobroć wiekuista w wyższe jeszcze okręgi świat porywa. Nie z łotrami więc trzyma Bóg, ale z ludzkością, którą stworzył przeciw łotrom, którzy się odstworzyli. Taka jest prawda, Adamie; mówiłem Ci ją w Rzymie. Teraz koniecznie uczułem sumienie, na mnie wołające, bym Ci ją powtórzył. Podziękuj Bogu, żeś tu się nie znalazł podczas tych dni, bo byłbyś duszę swą aż na samo dno piekła strącił. Opatrzność i dane Ci od niej natchnienie wyratowały Cię. Podziemie Cię paryskie schwycić i wycisnąć ze siebie, jako jedną z iskier swych, nie zdołały, choć taki miał być los Twój. Dziękuj, dziękuj Bogu, byłbyś Polskę w sobie odzacnił, a nad zacność nic wyższego, a szałem mniemać, że może być świętość i sprawa boża bez zacności. Wygraj mi pieśń bez dźwięków.

Bóg Cię prowadź i pobłogosław, Bóg strzeż ducha Twego!

Zyg. Kras.

Izrael w Poznańskiem dowiódł, o ile Polszcze przychylny. Książkę-m Ci Twoją oddać kazał, jakoś był zalecił. Za ostrzeżenie z Bolonii dziękuję, nie ruszyłem się jednak wtedy, bom ciekaw był widzieć w Rzymie czerwonego sztandaru powianie.

300. Do Ludwika Orpiszewskiego

1848, Babilon601, 14 lipca

Mój drogi! Kilka słów tylko. Dotąd-em tu — odwlekany termin strasznego rozruchu mnie wstrzymał od dnia do dnia. Na dziś naznaczona zguba Babilonu. Myślę, że nic nie będzie, alem się został. Zawczoraj Tow-go602 i Guta zaaresztowano — o tej samej godzinie cud się zdarzył, bo o tej samej zjawił się tu brat Adam i wziął znów rządy i zastępstwo. Wierz teraz tym ludziom i ich wyznaniom, legiom, itd. Oczewiście, com twierdził milion razy, oczewistem się pokazuje. Towianizm w ścisłem połączeniu z podziemiami, w których się knują spiski szatańskie przeciw ludzkości. Nigdy wyobraźnia nie zdoła wymarzyć okropności, tu się dziejących po pewnych lochach. Są teatra, gdzie upajają ludzi, by się bili na noże i od tego bilet się płaci; są zgromadzenia, na których tańcują koło jakichsiś bałwanów itd. Mitra i wschodnie czary wróciły. Do trzydziestu już naszych przytrzymanych, co się bili na barykadach; co będzie z M-czem603, to zobaczym, ale przyjechał, jest i duszę może aż na samo dno piekła strąci, jak i sam mówił i sobie proroczył. Towiański, gdy go brano, rzekł: „Gdybym nie chciał się dać wam, toby i 30 000 mi rady nie potrafiło dać”. Parodia nędzna Chrystusa!

Odpisz mi do Heidelbergu. Tam już Eliza. Adzio wciąż bardzo chory. Jutro tam pojadę. Adam Pot. tu był — wyjechał. Ksawery604 jest dotąd. Pierwszy tęgi, tylko jeszcze nie wyszumion z przesad języka — drugi nie wyszumion, a nie tęgi przy tem. Nie widziałem żadnego — ściśle incognito się trzymam, co mi łatwem, bo nikt o mnie nie myśli śród takich trzęsień ziemi. Dziś ma być znów bójka i na zabój. Gdyby mi się co stało, pamiętaj, że Cię z serca kochał

Twój Romanus

Coś i w Romie były krzyki, ale teraz znów ucichło. Czy prawda, że Ojciec św. miał napad apoplektyczny? Chyba nerwowy? Jest tu i Lubiński rzymski. Skoroby tu się udało, Rita605 czerwona przeszłaby przez całe Niemcy — i byłoby voeh mundo606! Okropnie Polacy rozdrażnieni, szczególnie z ostatniej emigracji — zdaje im się, że się zemścić na Europie to obowiązek i rozkosz, a nie wiedzą, że z zemsty tylko zemsta, a nie żywot żaden.

Udziel tych wiadomości Norwidowi — Pani Kalerdżi stąd jedzie do Niemiec zdrowiusieneńka!

301. Do Stanisława Małachowskiego

25 lipca, Heidelberg, 1848

Mój drogi! Jeśli cholera w Królestwie, to mnie tu nie zastaniesz, do Królestwa ruszę zaraz; ale zastaniesz w Baden, przez cztery tygodnie jeszcze, Elizę i małych. Podobno i August tam (do Baden) pośpieszy. Jeśli zaś cholery nie ma w Warszawie, to w Heidelbergu, Badischer-Hof, Ci służę. Widzisz z pisma, żem chory.

Nikt pismem nie wstrzyma tego, co się dzieje teraz. Dziecko, jak się sparzy, staje się doświadczeniem rozumniejsze; tak samo z ludami, tak samo z narodami, z stronnictwami zaś nie; nie zmądrzeją, póki nie poginą. Daremne do nich przemowy, Bóg je pokarze i nauczy.

Dopiero zawczoraj wróciłem z Babilonii i list Twój tu zastałem. Zakład przegrałem co do litery zdechłej z Tobą, co do ducha żywego, nie; bo jużci w Babilonii nie lada podrzuty i szkaradziejstwa. Wolę ich jednak od Niemców.

Wiesz, że Towiański i Guttry w Conciergèrie607. Mickiewicz w dziesięć minut po ich wzięciu się zjawił, z Włoch przybywający. Znów oszukuje Bohdanów i katolików, chwali Piusa IX, mówi, że z Towiańskim nic wspólnego nie ma. Zwykłe sztuki. Tymczasem zaraz notę do Cavaignaca608 napisał, ręcząc za Towiańskim i prosząc o jego wypuszczenie. Miał do Włoch wracać, dokąd Władysław609 pojechał. Książę w Lambert wciąż610. Mickiewicz tam był i cały wieczór rozprawiał ze starą Sapieżyną; wyobraź sobie takie colloqium.

Więc do obaczenia, drogi, lub też do nie obaczenia, ale zawsze obaczysz Elizę i małych, to jest dom swój, przejazdem choćby w Badenie.

302. Do Cypriana Norwida

30 sept. 1848

[...] Wiedz, co świata rzeczywistość: z kryształu ideał, zdarzenia z błota, czyn ze cnoty diamentowej. Oto są trzy integralne części wszech-dziejów. Jak w zwierciadle, duszę w pierwszym odbijać, jak z potworem, walczyć z drugim, a w Bogu zaczerpywać sił do trzeciego! Szczególnie dziś i teraz to prawdą, gdy Germanie wstąpili na scenę działań. U nich albowiem między kryształem a błotem, ideałem a wydarzeniem przepaść. Z drugiej strony i to trza wiedzieć, że nieraz, kto w samym zwierciadli się krysztale, ten przywyka być sam marą i wszystko za marę uważać — a gdy przyjdzie mu do czynów na skalistych i zwinnych drogach planety tego, nie dorównywając siłą potrzebie, jak najłacniej stacza się w burzę i wir i kip wydarzeń. W imię idei przystawa na zupełnie nieidealne środki i sposoby, ją widzi w oddali, dla niej gardzi potocznością; a jednak czynem istotnym: w potoczność ją, tę ideę, cochwilnie wcielać, nie skakać dla jej miłości gorętszej, odczerniać te pomyje dziejów złotemi jej blaski! To zwie się cnota — tego nigdzie nie ma dzisiaj, i dlatego źle i dlatego jeszcze gorzej będzie!...

[...] We wszystkiem, co się stało w Romie, widzę absolutne błazeństwo, błazeństwo, posunięte aż do szczytności. Nikt nie uczynił tego, co był winien sobie, wiekom, nawet stronnictwu swemu, nawet pasji swej, nawet zbrodni swej. Jeden tylko Rossi — bo upadł i skonał przy dokonywaniu swej myśli, swej powinności, a upadł i skonał, jak żył: z pogańską ironią i spokojem. Lecz Pius IX z krucyfiksem w ręku nie wyszedł do zbójców ostrzeliwujących Kwiryna!, nie rzekł do nich: „W imieniu Boga, nie!” — nie zatryumfował w nich czy obaleniem ich przed sobą na kolana, czy też własnem obaleniem się ciała swego przed nimi, przebitego od nich kulami męczeństwa. Wtedy byłby zmartwychwstał potężniejszy daleko — a teraz acz żyw, czy też zmartwychwstanie?

Książęta i szlachta rzymska warta Gemonii611. — Ani się jeden nie opowiedział przy papieżu, a niektórzy, strachem gnani, szpad dobyli przeciwko niemu. — Kazałbym bosych, w śmiertelnej koszuli, z powrozem u szyi zaprowadzić przed własne herby, gdzie bądź sterczą, z murów, czy pałacowych, czy cmentarzowych, czy kaplicznych i lizać bym im kazał te herby własnemi języki, ażby wylizali, choćby przez rok cały lizać przyszło — a potem zaprowadzić na szczyt Kapitolu i jednego po drugim przywiązać do ogona konia brązowego Marka Aureliusza, z napisem na czole: „Tak zwał się jeszcze 15-go nowembra 48 roku”. Przekonanym, że się w Rzymie wszystko rozlezie. Może przy tem będą zawieruchy uliczne, mordy, rabunki, lecz nic wielkiego nie powstanie. Mamiani pedantem — pedanty nigdy w dziejach nie znaczą nic. Lepszy najprostszy jenerał, co umie brygadę prowadzić, niż najuczeńszy i frazesów najpełniejszy, a bez ducha erudyt. Sterbini zaś tchórzem — mógłby wygrać rolę Robespiera, jak każden tchórz, ale czasu nie będzie miał ni materiału. Że Zucchi przywróci papiestwo — wszystko smutnem! U starych żadnej idei, u młodych żadnego charakteru. Epoka nikczemna! Z robaków jej dopiero, gdy przestaną się wić i rozgniją, wiosna jakaś tchnieniem z góry wyprowadzi kwiaty!...

303. Do Augusta Cieszkowskiego

1848, 22 oktobra, 38, Math. neuve (Paryż)

Mój drogi! Niech Ci Bóg daruje troskę, którą nas napełniasz. Od wyjazdu ani słówka! Żebyś wszechświatem rządził, tobyś mógł był jeszcze od dni tylu znaleźć chwileczkę do napisania jednego: zdrowym — i więcej się od Wasana Dobrodzieja nie żąda.

Śród cholery i zbiegowisk ludowych jesteś, a konstytucji nie wotujecie.

Napiszże do pani D. albo do pani Elizy do Baden, bo tam za dni kilka będę wraz z Konstantym. Już Ci doniosłem, że ostatnia o włos co się nie otruła. Trzeci to mój list stąd do Ciebie.

Stasiowi Koźmianowi powiedz, by pisał do mnie i nie zapominał o mnie. Już mi nie odpisuje nigdy. Czy się gniewa? I za co? Tu cicho i będzie cicho jeszcze przez czas jakiś.

Co z Wiedniem? Tam waga Rzeszy w tej chwili. — Oto Colluvio nationum, sentina gentium612!

Bóg Cię strzeż i obłogosławiaj! Cholery już nie ma w Warszawie.

Twój ojciec zdrów, podziękujmy Wszech-miłosiernemu za ojców naszych obu, a ja w dodatku za ocalenie Elizy.

Pisz-że choć słówko! Pisz tu jeszcze do 38.

Twój Furiis

Jakżeś się zaciął nie pisać! Czy się mścisz? Doskonały sposób obrałeś, bo w istocie serce rozdzierający!

304. Do Augusta Cieszkowskiego

(Paryż) 38, 1848 r., 28 oktobra

Drogi mój! Dzięki Ci za list — a bez daty, jak zwykle — domyślam się, że 25-go lub 26-go. Razem i list, przez Kasię613 pisany, dziś odebrałem. W pomieszaniu zmysłów chciał sobie w łeb strzelić614. Do tego dowiodły go potwarze demagogiczne naszych wariatów. Bóg im zapłać! Ale zbawiony. Adam615 był przy nim i nie dał mu się zabić. Prawda! Bogu kornie czołem uderzyć o ziemię za drugie ocalenie — a kiedy mówisz „drugie” kto wie, czy nie dziesiąte? A Twój ojciec — a mój? Zgasła cholera już w Warszawie i wkoło Warszawy — a Ty, a ja, kto wie, ilekroć śmierć koło nas krążyła? Słabym, jak pies, na nerwy mózgu. Wszystkie te gromy mnie rozwiązały. Zda mi się, że co chwila z zawrotu padnę! Dziwna rzecz, konania, a do śmierci nie dochodzi; apokalipsy, a do zniszczenia Babilonów nie dochodzi! Czy to czasem nie ostrzeżenia Pańskie pod figurą o rzeczywistości. co nastąpi niechybnie, jeśli jedni i drudzy grzesznicy pozostaną w grzechu? Mój drogi, i o Ciebiem się natroskał niepomału. Dzięki Bogu, żeś zdrów. Lękam się jednak wciąż i co chwila, bo Berlin mi wygląda na paskudnie zarumienić się mającą knajpę!

Mastai616 mi pisze z Rzymu, że Austria sieje pełną ręką anarchie najokropniejsze wszędzie po Włoszech i że stąd pójdzie Włoch ruina. — 5-go lub 6-go nowembra będę w Baden — wraz z Krucyfiksem617. Vado618 tu jeszcze. Dzięki Ci, mój Auguście, za Twoje kochanie, dzięki temu kochaniu, żeś kląkł; dobrze i klęknąć czasem, w tych czasach! Ściskam Cię, a więcej nie mogę pisać, bo głowa drga, jak galareta. — Pani D. jak najtkliwiej Ci dziękuje za pamięć.

Bądźże mi zawsze cały i ocalon i zdrów i natchnion i wierz, że kochasz kochającego Cię na wieki.

Furiis

Pamiętaj, każ do gazet niemieckich przetłumaczyć list mój z Debatów o Jerzym. Ten list będzie mu pociechą! Kasia pisze, że będzie musiał się wydalić na czas od wszelkiego zajęcia. Już Eliza pisała doń, prosząc, by przybył do Baden. Co za rok Auguście! Co za rok! Co za ręka sądna!

305. Do Ludwika Orpiszewskiego

Brzeg Oceanowy, 1848, 29 oktobra

Drogi mój Ludwiku! Co za fatalizm ścigający! Wiesz zapewne, że temu 4 tygodnie pani Krasińska konno pojechała z Leopoldem Krasińskim na przechadzkę, a gdy wracała po niej, zślizgnął się Leopold z konia, legł u kopyt i umarł rażony gromem apopleksji. Więc Pani Krasińskiej to nie pomogło na zdrowie. Teraz znów inny a jeszcze dla niej gorszy przypadek. Bona się pomyliła — o 7-ej z rana 8-go oktobra miano jej nalać do szklanki lekarstwo na nerwów uciszenie, nalała drugie, dane do zewnętrznego tarcia. Morfiny pół szklanki tak wychyliła od razu Eliza. Natychmiast uczuła piekło w piersiach i gardle. Szczęściem organizm sam odparł zaraz część trucizny — ale przez 18 godzin nie wiedzieli przywołani lekarze, czy wyżyje — przez 18 godzin jej łóżka nie odstąpili. Dali jej gran 12 emetyku, dali 120 ipekakuany, wreszcie trucizna zupełnie wyrzuconą została — i ocalała, ale bliska już była grobu i ksiądz przez czas ten cały stał w przyległym pokoju. Pojmiesz, że i to na zdrowie jej nie pomogło, ni mnie, a teraz mój biedny, kochany Jerzy Lubomirski dostaje w Wiedniu chwilowego pomieszania zmysłów, z rozpaczy przez potwarze naszych czerwonych sprowadzonej, i podczas tego obłędu w łeb sobie strzela619. Szczęściem Ad. Potocki, przytomny, ocala go; podobno tylko lekko ranny na twarzy, a na umyśle już zupełnie przytomny. Czy nie fatalność tego roku! Wszędzie, zewsząd, ach, to strach! Za dni kilka będę w Bad Baden, zabawię tam do decembra, a w decembrze do ojca, który nie może wyjechać, pojadę, zachowując Elizę zagranicą, by tem potem łatwiej samemu się wydobyć.

Lecz któż wie, jakie czyje losy? Może się i nie wydobędę tak łacno. Posłałem Ci sous bande to, coś lubił; nie mów nikomu o autorze, a o rzeczy, jeśli chcesz, mów — udziel też i Norwidowi. Mickiewicz jest w Babilonie wciąż, wziął na się wychowanie Ksawerego620. Biedny chłopiec — mówią mu, że „W. Duch”...

Wiedeń się jeszcze nie poddał, ale to go nie minie — póki demagogii, póty nas nie będzie! Lecz też póki w Rzymie nie pojmą dni obecnych, póty Rzym nie będzie siłą. Ogromny o tem list pisałem do Sig. Luiggi zawczoraj, o to przez niego zaproszon.

Siedź Ty w Rzymie, nie wyzieraj na bałwany pieniące się niemieckiej zaalpejszczyzny, kiedy nic Cię nie woła rozkaźno tam. Tam albowiem jednych mordują, drudzy siebie samobójczą, inni wariują. Zostań w Romie, Ty, coś już dość się napił słonej wody żywota i czekaj, aż się umysły nieco odburzliwią — wtedyć może błyśnie tęcza! Jełowicki (dziś Jał. w Wiedniu) broszurę napisał i — incredibile dictu621, wcale do rzeczy, jakby Pasek był pisał przeciwko Demagogii.

We Francji sprawdzą się Towiańskiego proroctwa. — Ludw. Napoleon 10-go decembra będzie prezesem Rltej obrany — a wiesz czemu? Bo nikt go nie zna, a wszyscy znudzeni tem, co jest, więc X im najmilsze! Ściskam Cię serdecznie i proszę, byś, nie zapominając o mnie, zaraz mi odpisał pod kopertą Elizy.

Twój z Babuina