306. Do Bronisława Trentowskiego
1848, 31 oktobra, Paryż
Z głębi serca Ci dziękuję, żeś wczorajszym listem na serce mi, jak na ranę otwartą, zlał balsam uspokojenia. Dopiero od Ciebie się dowiaduję, że Jerzy622 lepiej i że nie jest w domu onym okropnym, w domu tym, ku któremu tylu teraz zmierza. Dzięki Ci najserdeczniejsze!
Co do mnie, drogi Bronisławie, równością nienawiści wielką i miarową, nienawidzę i czarnych, i czerwonych, bo mara ich zupełnie za to samo. Tak dalece są tem samem, to jest złem szatańskiem, uosobieniem w ludziach, że jedni drugich wiekuiście płodzą i tak sobie koniecznie odpowiadają, jak akorda logicznie następne w generał-basie.
I ja też, jako Ty, czuję, czuję, że chciałbym się zamknąć, np. widnokręgiem Tebaidy jakiej i żadnego brudu się nigdzie nie dotknąć. Ale, ale, prawdziwie boże człowieczeństwo, to żyć śród brudu, działać śród brudu, i zbrodni, a nigdy samemu się nie skalać ni przerażeniem, ni wściekłością uniesienia. Jeden tylko Chrystus na tym planecie absolutnie tak żył, tego dopełnił; po tem poznaję, że bóstwo w nim! O partie! o fakcje! o brak poświęcenia! o pychy ludzkie! o próżności i krewkości koło władzy i sławy! o chciwostki i drapieżności! o ojczyzno zapomniana! o ludzkości nie postawiona jeszcze! o honor zapomnian a cnota nie powstała jeszcze! a więc i bez ojczyzn i bez ludzkości, i bez honoru i bez cnoty! To dzień dzisiejszy! Prawdziwie diabeł w człowieczeństwie, a to, powiadam Ci, wszystko dopiero początki boleści! Wierz mi, ludzie wołać będą do pagórków i skał: „Obalcie się na nas i dajcie zgon!” a nie będą mogli zginąć, i patrzeć będą, co to za skutki, gdy do królestwa bożego biorą się ludzie hipokryci, znający tylko imię królestwa tego, tem imieniem poruszający planetarne potęgi, bo na to imię wszech-stworzenie musi się wzruszyć, a nie umiejący potęg tych prowadzić i stroić, bo bez cnoty są sami, a tylko cnota temi potęgi rządzi. Obudzone więc te demony anielskie, widząc się zawiedzionemi, rozszarpią swoich obudzalników, jak para, źle w lokomotywie kierowana, wysadza i lokomotywę, i kierownika lokomotywy.
Za dni kilka będę, drogi, w Twoich stronach i wtedy Cię zaproszę do Baden, jeśli Ci milej w Baden. Przyjedziesz i wysiądziesz do mnie, więc gospody żadne imienia Twego nie powtórzą. Zastaniesz matkę Elizy, panię Branicką; tam przy niej, rozprawiać nie będziem, bo starzy lubią spokój i ciszę, ale na dole, u mnie, będziem mówić o sądach bożych. Do odzobaczenia.
Twój
Będę Cię prosił, byś mi przywiózł gazety polskie od 1-go oktobra do Baden.
307. Do Augusta Cieszkowskiego
1848, Bad-Baden, 8 decembra
Mój drogi Ty! Com życzył z głębi ducha dla Ciebie, spełnionem jest. Jużeś nie poseł623. — Dzięki Bogu wszechmiłosiernemu! Teraz pamiętaj, na czele Ligi624 stawaj, schwyć władzę silną dłonią, nie pochlebiaj demagogicznościom, nie dozwalaj mów i przechwałek i głupich wrzasków, ale czyń i prowadź i stwórz potęgę, lecz nie rozhuzdaną, owszem, ohuzdaną! A niemieckie Sejmy i głupie linki625, parodie dawnych, tęgich, choć piekielnych, porzuć! Widzisz sam — prócz energii mordu, nie ma innej w tem stronnictwie! Także i tego się naucz, drogi, jak to w politycznych sprawach nie należy wierzyć chwilowemu wzruszeniu, błyskowi wieczornych świec czy lamp, odbitemu na kilku bagnetach, i wrzaskom kilkudziesięciu demagogów, podatków odmowę głosujących626, w zapale, który to zapał nie miał podstaw w narodzie i nic nie sprawił. Wyszedłszy z tego zgromadzenia, myślałeś, Auguście mój drogi, żeś 1/290-tą całości tej olbrzymiej, która przemieniła w jednej godzinie światów postać i dobrała się nieśmiertelnej chwały. Takeś Ty czuł, myślał, sądził, a ja tymczasem czułem, myślałem, sądziłem, że to było błazeństwem albo wścieklizną; pierwszem, jeśli się nie opierało na oburzeniu tak powszechnem, że nazajutrz tron w drobne rozłaman kawałki padał na podłogę potsdamską; drugą, jeśli następowało takie oburzenie i taki rozkład społeczny, bo w tej chwili byłby się taki ruch skończył na rzeziach i mordach i komuniźmie, z których trzeba by znów mozolnie się wydobywać i łatać — więc znów strata czasu i strata życia dla tysiąców, czci dla bardzo wielu.
Zatem ani błazeństwu drugi raz nie zaufaj, ani wścieklizny nie admiruj! Exemplo monitus627 a, teraz porzucaj linki, porzucaj! Bóg chciał Ci dać naukę; na kurs nieszkodliwy, pełen przestróg i przerażeń, ale jednak nie niebezpieczeństw istotnych, Cię posłać, byś wymiarkował, że między ludźmi a ludzkością przepaść jeszcze, że między wrzaskami a czynem przepaść jeszcze, i że w końcu końców te linki, to szuja, to błazny, to tchórze, to i smarkacze nawet! Jeden tylko śród tych wszystkich byłeś człowiekiem i duchem. Nauczże się, Auguście, naucz i nie bądź uparty! Bo Bóg raz tylko takie nauki dawa, raz tylko pozwala człowiekowi tak gracko się wywinąć z takiej plątaniny, a potem go już puszcza, bo ma go za nauczonego i doświadczonego. Biada jemu, jeśli tak nie jest!
Twój ojciec i chory i smutny. Pisze do Ciebie inaczej, niż czuje, bo Cię nie chce ranić. Jeden tylko człowiek, co Ci prawdę mówi zupełną, to ja!
Co chwila na Jerzego czekam. Do Nicei aż po obiorze prezesa628 pojadę, nie wpierw. Odpisz tu, a jeśli możesz, przyjedź, odpocznij, wytchnij! Gdzie Pius IX? Zniknął — ani słychu629. Ściskam Cię i Bogu dziękuję raz jeszcze, żeś rozwiązany!
Twój na zawsze Z.
Czyś już dał te 600 fr.? Gdzie Ci je odesłać? Proszę Cię, odpowiedz!
308. Do Ludwika Orpiszewskiego
9 stycznia 1849, Baden
Drogi panie Ludwiku. Odebrałem Twój najukochańszy list wczoraj — dziękuję Ci, żeś nie chciał mnie zmartwić, zgryźć, do beczenia w duchu przywieść, odsyłając mi630.
Lecz tylkoś zawiesił, odłożył dla mnie smutek ten. Trzymasz mi go ponad głową. Doskonale pojmuję, drogi mój, że nie żadne „kukuryku”, jak mówisz... Lecz sam rozważ: czasy ponure, wszystkie tego świata akcje ukrzyżowane wiszą między knutem od północy, a gilotyną od południa i zachodu. Kto wie, gdzie kogo burza zaniesie i czy będzie czas wołać śród niej z dala na ukochanych. „Teraz, mówisz, jeszcze nie potrzeba”; dobrze, ale może niezadługo zjawić się, że potrzeba będzie! Więc niech lepiej u Ciebie leżą zachowane aż do tej chwili. Wtedy je wyjmiesz z pularesu i zupełnie tak będzie, jak gdybym ja był z Tobą i mógł Ci był w tej chwili się przysłużyć, tak, jak serce moje pragnie, a Twoje nie odrzuca. I ta myśl, że takim sposobem siedzę w Twoim pularesie, który znów siedzi koło Twych piersi i blisko serca, ta myśl, żem takim sposobem wciąż na rozkaz Twój i gotów wyskoczyć i rzec: „Otom ja!”, będzie mi szczęściem. Zatem nie odszczęśniaj mię przynajmniej w tem uczuciu. Bądź mi dobrym i nie odsyłaj nic, drogi mój! Wybieram się, wybieram ku Wam, a wszystko mi oporem: mróz, śnieg, wiszące wypadki, a jednak chciałbym jeszcze i Was ujrzeć, i słońce!
Mickiewicz z Rybińskim i Zaleskim (którego, podchlebiaiąc mu, że pierwszy poeta, przerobił na swego pazia i komerażnika) był u prezydenta i mowę rznął, namawiając do puszczenia się na awantury — prezydent odparł, że „jako Francuz dzieli przywiązanie do Polski z narodem całym francuskim, a życzy, by i inne narody ukochały tak samo Polskę”. Czyli, że odpowiedział nic. Widzę, że Mickiewicz się połączył z Rybińskim, którego sekretarzem i nosowódźcą jest J. B. Ostrowski. Pisał do mnie Rybiński przed trzema miesiącami list pełen pochlebstw, prosząc, bym się z nim porozumiał. Namyśliwałem się, jak grzecznie odpisać, kiedym się dowiedział, że właśnie pod dni one wraz z J. B. i kilką innymi łajdaki podpisał adres do króla sardyńskiego, w którym Chrzanowskiego i Władysława631 nazywał zdrajcami ojczyzny. Zarazem tej wiadomości udzielił ostatniemu, a na Rybińskiego plunąwszy w myśli, zachowałem pogardy milczenie. J. B. i Mickiewicz, piękna to będzie spółka!
Biedny Mastai — jaki złoto-dobry poczciwiec, jaki uprzejmy i pamiętny, ale jakżeż niedorosły do zdarzeń! I oni wszyscy tak samo! Szczęście ich, że ich przeciwnicy także smarkacze, skoro ze swoich piwnic wylezą na powierzchnię ziemi i, zrzuciwszy księżycową upiorowość, staną w świetle słońca politycznego!
Odpisz mi tu jeszcze, a zaraz proszę Cię, donieś o Władysławie, i o wojnie, i o sobie, co robisz? Norwida listy częste, ale coraz niezrozumialsze. To sztuka tak pisać, lecz sztuka, nikomu na nic nie przydatna. Biedny, biedny człowiek!
Ściskam Cię z głębi głębin serca,
Twój.
309. Do Bronisława Trentowskiego
1849, 10 stycznia, Baden
Dzięki Ci składam za gazety i przeglądy.
Dziś z Krakowa wiadomość odebrałem, że uniwersytet tamtejszy wezwał Mickiewicza na profesora literatury, albo też jakiej bądź katedry, której by sobie sam życzył — (gdyby np. matematykę lub filozofią obrał) — ale on nic nie obierze i odmówi z przekąsem, bo on marzył, że w Krakowie stanie na czele plemion słowiańskich, na czele krucjaty z żywych i umarłych, z apostołów i attylów, pomieszanych razem, i stamtąd ogłosi narodziny nowej epoki, nowej Słowiańszczyzny itd., itd., więc katedrę odrzuci z pogardą!
Dalej druga wiadomość taka: słyszałeś zapewnie, że jakiś zapaleniec strzelił do Bema, mianując go panslawistą i zdrajcą, lecz nie wiesz, że to wcale nie było szałem u tego zapaleńca, jedno dopełnieniem rozkazu. Otóż Wysocki, naczelnik legionu polskiego na Węgrzech, centralczyk, zebrał swoich i, oświadczywszy im, że Bem zdrajcą (zapewne sprzeciwiał się widokom centralizacji i żądał karności), kazał im na los ciągnąć, kto z nich dopełni na nim wyroku mordem. Los padł na tego młodzieniaszka, który jako urzędnik mordu poszedł do Bema, rozkaz wykonał i kulę mu wpakował w twarz, którą dotąd niewyjętą nosi wypukle Bem na licu, zresztą zdrów. Chcieli żołnierze rozsiekać zabójcę, ale Bem go zastawił sobą, uwolnił, wypuścił. Piękny czyn, ale znać, że morderstwo wchodzi w modę i u nas.
Małachowskiemu list Twój wręczyłem; dziękuje Ci zań serdecznie, jutro do Krakowa rusza.
Prezydent z głupstwa w głupstwo wpada, jest igraszką kobiet najgorszych i intrygantów wszelkiego gatunku. Jego kuzynowie biją się talerzami u niego u stołu, kłócąc się o pierwsze miejsce. Izba nowa, po tej rozpuszczeniu będzie reakcyjną do najwyższego stopnia; Vitel, dawny minister Karola X., Guizot i Duchatel wybrani do niej niezawodnie będą.
Miałem bardzo szczegółowe wiadomości z samej Gaety, od najbliższych krewnych Piusa IX. Zabójstwo Rossego632 pod koniec oktobra jeszcze ułożonem zostało między Guerazzim, Sterbinim i księciem Canino; oba ostatni potem pojechali do Rzymu i uorganizowali spisek najorganiczniej. Papież nie myślał uciekać, ale 23-go doniesiono mu na pewno, że 25-go mają porwać go i zamknąć w zamku Św-go Anioła, więc 24-go uciekł.
Austria silnieje, Węgry jak krowy, co ryczą dużo, a mało mleka dają. Sami się Polacy tylko tam bili, Węgrzy nigdzie, wszędzie się cofali, tylko pełno morderstw popełniali, szczególniej na Słowianach. Słowianie też z swej strony Węgrów wieszają i zarzynają. Paskudztwo: abominatio desolationis. Kossut, der Hauptagitator633, teraz już sam nie wie, co począć; wprowadził lud swój, ale go nie wyprowadzi, tak, jak wszyscy gwałtownicy, wprowadzają, ale nie wyprowadzają. Na wyprowadzenie narodów, tak wprowadzonych, trzeba innego rodzaju duchów! Trzeba geniuszów, trzeba Napoleonów, a tylko Francji raz się zdarzyło, że, gdy ją Robespiery i spółka wprowadzili byli w otchłań krwi, błota, nędzy, zepsucia, i duchowej upadłości, że, gdy Europa już na wszystkich granicach groziła jej rozbiorem, pokazał się człowiek wieków i wybawił ją. Ale innym narodom się nie zdarzają takie Deus ex machina634, i teraz Węgry nad przepaścią.
Nie wiem jeszcze, kiedy wyjadę, chorym i smutnym, jak Ty. Tyle klęsk widzę przed oczyma, tyle szyderskich śmiechów szatańskich słyszę, poprzedzić mających uśmiech anielski na ustach wybawionej ludzkości, tyle dni i lat spostrzegam, dzielących nas jeszcze od królestw bożych na ziemi, taki wiew mroźny zalatuje mnie od lodów Sybiru, taki znów krwią przepachły od zachodnich rozstrojów — że czasem, by nie rozpłakać się łzami ócz, muszę klęknąć i rozpłakać się łzami duszy — to jest modlić się do Boga!
Ściskam Cię serdecznie.
Twój
August „liguje” w Poznańskiem.
310. Do Cypriana Norwida
12 lutego [18]49 r.
[...] Więc w Babilonie! Ach, strzeż się, to otchłań! Zrazu się nią gardzi, depta się po tym bruku, a powoli bruk tak się przypodchlebi podeszwom, tak zacznie szeptać dziwnych pełno powieści im, że przylgniewają coraz bardziej, i wreszcie zlepią się z asfaltem — człowiek cały stanie się niby rośliną, gdyby drzewem tego wszechpotężnego bruku. Tak do oceanu słonego, co z piersi serce mu wymiatał z początku, później przywiązuje się marynarz. Ach, strzeż się tego oceanu kamieni i serc skamienionych lub rozwściekłych! Tam ludzie stają się albo katami z niemiłosierdzia, albo katami z miłosierdzia.
Pierwszymi, bo tyle oglądają podłości i wszeteczeństw potocznych, i fałszu, i sprośności, i przewrotności ducha — a wszyscy, wszyscy egoistami!
311. Do Stanisława Koźmiana
14-go lutego 1849, Bad Baden
Drogi Stanisławie! Co do Klaczki prawda historyczna się ma tak: przed dwoma laty, po owym sławnym spacerze naszym w ciemni mgieł i przy salamandrze po górach, list odbieram w Heidelbergu: „Chcąc poznać tego, który tak wieszczy i proroczy itd., itd. (komplementów ciąg itd.), proszę o wyznaczenie mi godziny, a przyjdę, jednak ostrzegam, że moim zwyczajem, gdy do jakiego Polaka się udaję, zawsze wprzód mu oznajmić, żem Żyd, na to, by miał zupełną wolność przyjęcia mnie lub nie, gdyż, w istocie pojmuję ja Żyd, że Polacy mają prawo nas nie lubić itd. — itd.”. Taki był sens listu — podpisano: Klaczko. Anim wiedział, skąd, kto, jak — mógł być i szpiegiem, mógł mnie wynęcać na jakie odpowiedzie. Z drugiej strony, przypuszczając, że poczciwy chłopiec, dziwnie wdzierał się w ufność moją, ale znów rozrzewniało mnie, że tak przyjmuje na siebie pariostwo. Odpisałem wtedy tak: „Zapewnie mnie za kogo innego bierzesz i nie mnie chcesz Pan, ale tamtego poznać, bo ja nigdy w życiu żadnych wieszczb, ni proroctw, ni wierszy nie wydawałem. Zatem, skoro się dowiesz, że to nie ta osoba, której pragniesz, tem samem zaniechasz pragnienia zapoznania się z nią, któremu to zapoznaniu skądinąd żadną by przeszkodą być nie mogło i nie powinno, że należysz do plemienia, które śród dziejowych losów ludzkich niezawodnie najarystokratyczniejszem pochodzeniem znaczy synów swoich, bo jest najstarszem, a niegdyś wielkich czynów plemieniem na ziemi”. Pytam się teraz, co w tem było tak niegrzecznego, niemiłosiernego, niedobrego? Owszem, w przypuszczeniu, że poczciwy i szlachetny, chciałem mu serce podnieść, chciałem wspomnieć o chwale rodowej hebrajskiego narodu, i dziwno mi, że Żyd tego nie uczuł i za to wdzięcznym mi nie był. Prawdziwy Żyd, pomny Machabeuszów i oblężenia Hierozolimy, nie byłby szukał szyderstwa w tak orzeczonej prawdzie historycznej. Lecz Żyd, na poły nie Żyd, nie chrześcijanin na poły, z duchem zmiękczonym i rozcywilizowanym, pełen pretensyjki nie żydowskiej, ale europejskiej 19-go wieku, tj. żądzy wybłyśnięcia i pychy, źle ukrywanej, rozgniewał się. Już od dawna mi różni donosili o jego monomanii skarg na mnie. Zaręcz go słowem mojem sumiennem, że, nie znając go, a widząc z listu szlachetność, chciałem mu się odpłacić i tom napisał doń, co wydawało mi się w przekonaniu mojem, że powinno wywołać w duchu jego dumną, narodową pamiątkę. Taki był mój cel, taki, a nie inny. Krzywdzi mnie niesłychanie, kto przypuszcza, że, nie znając kogo, że, nie wiedząc na pewno, że niegodny i zły, gotów bym chcieć go upokorzyć i za chleb kamieniem odrzucić, przekleństwo narodowe mu w oczy ciskając. Na miłość Boga! Kto tak sądzi, ten chyba w dniu zwycięstwa sam by mnie, zwyciężonemu, gotów taki cios zadać. Mnie tak postąpić nie sposób by było. Powiedz mu, że, gdym mu to odpisywał dopierom co był czytał dzieło Salwadora o wojnie hierozolimskiej, i że jeszcze chrzęst pancerzy i szczęk mieczów na okopach Hierozolimy brzmiał mi w uszach! Oto masz nerwy młodzieży, nade wszystko jakóbińskie, rozdrażnione, sentymentalno-wściekłe usposobienie. Tak mnie Czarnomski ścigał z gruba materialnie, tak Klaczko z lekka moralnie! Nieszczęśliwy kraj, gdzie każdy ma się za obrażonego, o obrazie swej tylko pamięta, gdy właśnie czas taki, że Bóg wszystkimi obrażon jest i sąd swój gotuje. O tem myśleć, a nie o pysze swojej!
Myślę, że dobrze widzisz rzeczy, kiedy myślisz, że Libelt gotuje upadek Potworowskiemu przez Augusta, o tem ani domyślającego się, a Augustowi znów później przez siebie. Ostrzegałem tysiąc razy Augusta. Bardzo się lękam o Ligę. Moskwa wszystkich środków jakich bądź użyje, by się jej pozbyć, wmiesza do niej swoich, by ją przebękarcić w konspirację i wybuch! Na to, co mi piszesz o kapitałach na wykupienie gruntów w księstwie, odpowiem Ci, że łatwo wyrzec milion, ale trudno go znaleźć. Ani ja, ani Eliza nie odebraliśmy dotąd od Thurneyssena straconych przeszłorocznych, a choćbyśmy i odebrali, to tam i połowy nie ma miliona. Wszystko w zawieszeniu. Co mogę, czynię, ale jak mogę — tj. miernie. Proszę Cię, mój Ty drogi, powiedzże mi, czy Erof. Ci winien co. O to tylekroć Cię zaklinałem już, byś powiedział, ile, a milczysz, jak zaklęty. Nie pojmuję, o kogo Rogier się tak ujął kartoflanym sposobem? Pierwszy raz od Ciebie słyszę; czy żal mu sławy Słowackiego?
Morawski się myli, kiedy twierdzi, że lirycznej polemiki nie ma. Jeśli co zdatnego do polemiki, to liryzm — i liryzm wieczną bywa polemiką. Nim człowiek swarzy się ze skończonością, sprzymierza się z niebem przeciwko doczesności — nim walczy wciąż, jak ostrą klingą światła i zapału, z serca wyrastającą i rąbiącą na wszystkie strony krzyżowym młynkiem świat. Wreszcie bywają epoki, w których klinga ta powietrzniejsza, leksza, a w drugich musi bywać żelaźniejszą, ciętszą. Gdy się rozpada 2 000 lat na szczęty, wolno i poezji stać się orężem rzeczywistym! Wszystko w takich dniach rzeczywistnieje. Sny, ułudy, mglistości uchodzą precz, zostaje się tylko ludzkości grób, a nad grobem Bóg, a na grobie tym klęczący człek, a wokoło hordy szakalów i hien. Miserere mei, Domine635! — Czytałem Chojeckiego — pyszny styl w służbie najtowiańczyńszego radykalizmu. Piekło przyszłego komunizmu, ukryte zręcznie pod zielonością i kwieciem — tyranii, żądza słowem miłości faryzeuszowana wciąż. Styl zaś żywo wybran spod pióra Lud. Blanc w Historii lat 10-ciu. Znakomity pisarz, ale człowiek jaki! Przyszłość odpowie. Myślę, że — nadzwyczaj przewrotny.
Od kilku tygodni zapadłem w ciężką grypę a cięższą jeszcze melancholię. Widzę przed sobą czarną przyszłość nad miarę. Nie wiedzą, co czynią, ludzie. Społeczeństwo przywiodą do odspołecznienia się, cywilizacją do upadku. Skończą tak, jak rzymski świat: on na cezarach, oni, dzisiejsi, na rzeczpospolitach — odwrotny koniec, niemniej koniec zawsze. Nikt swego czasu nie rozumie, nikt nie widzi otchłani, nad którą stoi — wisi na włosku.
W Romie piękne dzieją się rzeczy. Żeby Pius był pojął, że powinien zawsze i wszędzie gwelfem być, nie byłby tego puginału na siebie spuścił do rąk wrogów swoich.
Stało się. Światłokrąg z frygijskich czapek czerwieniał na krużganku kopuły ponad grobem Piotra i pod spodem śpiewał ktoś Te Deum.
Pisz częściej, proszę Cię, mój drogi. Konst. Cię ściska. Ja z serca sił wszystkich również. Kiedy tylko zechcesz, przybądź tu do mnie, Blumen-Haus 10. Nie mogę Ci wypowiedzieć, jak okropną przyszłość, a bliską, już widzę. Gorzkie żale mi prześlesz? Ludzkość i piekło nie czytałem. Cóż to za nowy Bzika bryk?
PS. Niech Bóg broni, jaką korektą cieszy się „Przegląd!” Wszelka myśl potwornieje w takiego druku bezkształcie. Jakżeż chcieć, by w czytelników się wpajała, kiedy wygląda na twarz skancerowaną, bez ócz i nosa! Szczególnie poezja nie znosi takich nadużyć zecerskich. Jeśli Ci Twoje one 3 arkusze podobnie wydrukowano, to dziwnie ludzie będą musieli sądzić o rzeczy. Litera docet, litera nocet636 — jeśli gdzie prawdą, to tu. Mam z grudnia i stycznia Przegląd z sonetami Konstantego. Za głowę się kilka razy brałem, nie mogąc sensu sam zrozumieć. Cóż to za Psalmy, czyje, wyszły w lutym? Prosiłem Augusta, by mi je z Berlina przysłał. Co się tyczy izydorowych papierów, powiem Ci ze wstydem a skruchą, że dotąd nie przejrzane, nie uładnione („ład” źródłosłów), a potem wiesz, że ten biedny a poczciwy Izydor czasem nie jest absolutnym ortodoksa. Ach, ręce opadają, słowo zamiera na ustach, bo przeznaczenia idzie ku nam wszystkim rydwan, najeżon w kosy i noże! Jagiernauta wóz! Nie mów nikomu, żem taki melancholik, bo wielu jest, którzy dopiero śmierć uczują po śmierci!
312. Do Augusta Cieszkowskiego
1849, 20 lutego
Mój drogi Auguście! List Twój wczoraj z 15-go mię doszedł wraz z przesłanemi „Przeglądami”, za które Ci serdecznie dziękuję. Prawda, nieraz łudziliśmy się razem nadzieją przemienienia się, a nie przetworzenia się w zgniliźnie i robactwie! Lecz, jeśli pamiętasz, jam to łudzenie się przejął od Ciebie. Jeszcześ mi je do serca wpychał na termach Karakali, mija temu lat dziesięć, pamiętasz? W głębi serca jednak górą mi zawsze smutne biły przeczucia i, od kiedym na ziemi tej, niewiele dobrego spodziewać się umiałem od promieni słońca. Dopiero, kiedy kazano mi wierzyć, wierzyłem — chciałem wierzyć. Sam sobie rozkazywałem Mimo wszystkie te usiłowania wiekuista ku losom podejrzliwość i druga wiekuista ku naturze ludzkiej, kassandrowe mi słowa sprowadzała na usta. O mój Auguście! Z iluż to kielichów goryczy pić jeszcze musim, nim odejdziem z planety tego? Wszystkie austriackie, frankfurckie kroki itp., pochodzą z głównej przyczyny, że wybrali się iść w królestwo boże, a bez Boga. Chcieli gmach postawić, a wapna nie mieli, tylko cegieł kilka. Słowa Machiawela, które przeczytasz, a które taką prawdą na dziś wszędzie, dowodem, że natura ludzka, że wola ludzka nie odmieniła się od wieków czterech, choć inteligencja się rozszerzyła i wzrosła nauka. My zaś od samego początku wypadków także, jak błędne owce, działaliśmy. Zawierzyliśmy zrazu umizgom demagogicznym — mieliśmy demagogów za ludzi! Naiwne z nas istoty! Tymczasem z tego wszystkiego wypada, że wewnątrz, u siebie, rozspołeczniamy się coraz gorzej. Coraz dalej pokolenia nowe od poprzednich odbiegają. Będzie kiedyś u nas nie już nawet komunizmu społeczna walka między posiadającymi, lecz jeszcze głębiej w rozstrój zapadająca bójka, bójka już w okręgach natury między 40-sto a 20-sto letnimi! Może też między kobietami a mężczyznami — między rodzicami a dziećmi! Jeszcze do tego dojdzie, bo celujemy we wszystkich przesadach! Dii, avertite omen637!
Rzeczpospolita w Romie, we Florencji, papiestwo rozdeptane! Papież powróci za pomocą zewnętrznej przemocy, tak samo jak Rzplta stanęła za pomocą wewnętrznej przemocy. Lecz papiestwo samo czy powróci? Snadź z serca ludów włoskich wyszło na dobre. A taki wiek, taki czas, że w niem jednem jeszcze zaród władzy chował się przed oczyma narodów. Gdy i ten pierwiastek wymarł, a inny, następny, daleko gdzieś jeszcze w mgłach przyszłości, osierocieje ziemia i będzie jedną wielką, rozpasaną anarchią! Bez idei władzy stać nic nie może na tej ziemi — a idea ta zupełnie wyprowadzona z umysłów. Są tylko dorywcze fakta władzy, tj., że, kto pięścią silniejszy, czy z prawic, czy z lewic rodem, rządzi na czas, bije i depta i panuje! Tak samo być musiało po rozejściu się od gmachów niedokonanych wieży babelskiej. Darmo! Bóg sądzi i karze ludzi; nim sąd i kara dopełnione, zórz nie ma nowych. Z drugiej strony także darmo, natura człowiecza jeszcze anielską nie jest; jakiś pierworód zguby i poniżenia tkwi w niej. Dzisiejsza bezwola dowodem. Bezwola zaś wiecznie się przemienia w swawolę, swawola przechodzi w obłąkanie, obłąkanie w zezwierzęcenie — i farewell World zamiast King638, tak, jak stoi w Szekspirze!
Ksawerego639 donieśli do ambasady640, że rozmaite rzeczy robi; wtedy kazano mu wrócić — nie wrócił. Wtedy go odsądzono od żywota cywilnego i skonfiskowano majątek. Naturalnie, że jemu samemu lepiej z tem. Jakieś smutne nad wszelką miarę przeczucia owładają mną, czuję się chory i fizycznie. Masz wielką prawdę, że, gdy zagniję się na jakiem miejscu, zaraz mnie diabli biorą; a tak cierpię wciąż, że w istocie czuję, że lepiej mi było nie urodzić się!
Mój ojciec wczoraj mi pisał tylko słów kilka, że zapadł w grypę mocną, przesyłał mi błogosławieństwo na 19 lutego, na mój 37-my rok — w tym samym dniu i Twój list przybył. Ogromnie więc się duch mój roztroszczył o ojca mego. Żałobne mi tylko widzenia stoją przed oczyma i rozpruwają już i tak rozprute serce! O mój Auguście, módlmy się do niebios, by nam jak najdłużej naszych ojców zachowały, bo, gdy znikną, wtedyć dopiero to poczujem się sierotami!
Wolę kończyć, niż tak ponuro pisać; i Tobie nic dobrego, i mnie też z takiego listu. Bóg Cię obłogosławiaj i prowadź i natchnieniem darz!
Twój do zgonu
Furiis.
Pani D. ciągle w Babilonie — Natalia gdzieś z mężem641 ściganym kryje się, błąka, ucieka po maremmach włoskich. Eliza nieco lepiej na zdrowiu — Władysław642 tędy przejeżdżał do Babilonu, a wraca wkrótce do Turynu. Legion643 przyjęt. On i Breański i Chrzanowski w wielkich łaskach u wnuka panny Krasińskiej644. Ściskam Cię serdecznie. Kiedyż się naprawdę uściskamy?
O Jerzym nic a nic nie słyszę!!!
313. Do Cypriana Norwida
1-go kwietnia [18]49 r.
[...] Od rzezi galicyjskiej serce nie bolało mię tyle — od rzezi galicyjskiej łez tyle nie wyszło mi gwałtem z ócz, co na wieść, z oddali przyleciała. Przegraną pod Nowarą jest przegraną miary i stroju wszelkiego w rzeczach wieku tego. Zwycięstwo 85-letniego Radeckiego (i to figura dziwnie epopeiczna) zasieje najgłębszą, najnieodzowniejszą anarchię umysłową i sercową w Italii. Papieża powrót, konieczny po tem zwycięstwie i koniecznie z niego wynikający, choćby sam papież nie chciał. oddzieli Italię od religii wszelkiej. Są zwycięstwa widome, które bywają niewidzialnemi przegranemi; ci, co cieleśnie wygrywają, moralnie przegrywają — i moralna przegrana, wcisnąwszy się pod ziemię, pali i spopiela ostatnie nitki społeczne, aż wybuchnie wulkanem znów, który ślepo wszystko zmiecie na powierzchni ziemi, bo już nic w sercach ludzkich statecznego, wiernego i pewnego nie zostanie. To, co mówię tyczy się przyszłości. Co do teraźniejszości, wielki to przykład i straszna nauka dla nas — a wątpię, byśmy ją do ducha wzięli. Co na polach Nowary mimo bohaterskich męstw zwaterlowało ostatecznie sardyńskie hufce? Oto ideologia izb turyńskich, demagogia florencka i rzymska, przekonanie w wojsku, że rzeczpospolita z tyłu stoi, a w narodzie, mieszkańcach bojaźń tejże. Mieszkańcy Piemontu wszędzie Austriaków przyjacielsko powitali jako zbawców. Nikt się nie ruszył, nikt nie powstał, a w końcu bitwy rozstrojone i rozsprzęgnięte pułki przeklinają króla; strzelały w palącej się Nowarze do niego i do księcia sabaudzkiego. To do ucieczki zmusiło Karola Albrechta, w którym niezawodnie krył się duch bohaterski, to zmusiło do zawarcia pokoju jego następcę. „Ideologia” nazywam, kiedy chcący ideę wcielić w rzeczywistość niezgrabnemi kształty, niezrozumiałemi i niepojętemi przez naród cały ją oblekają. To są „ideologi”, bo tylko logują, tj. prawią o idei, ale jej nigdy nie przeprowadzą i zwycięstwa jej nie zapewniają. To się stało w Italii, to w Piemoncie. Mazziniści porwali się śmiało, ale nie przeciwko Austrii, tylko przeciwko papieżowi, w-kim książętom i królom. Szło im o dominationem645 dla siebie. Gdyby przeciwko Austrii dla wywalczenia narodowości italskiej, to powinni byli pojąć, że trza nie rozdzielać kraju na fakcje, ale, owszem, jedną iskrą kraj przepalić, a pod kształtami, które zastali — bo nikt przez wewnętrzne rozdarcie siebie samego nie pokona wroga zewnętrznego. Kto wierzy, że to podobieństwem, ten albo zupełnie bez zmysłów, albo faryzeusz absolutny! Cóż więc się stało? Śmiała a bez ojczyzn, mniejszość opanowała wszędzie rządy, nawet w Turynie, deptając po uczuciach i wiarach większości. Większość zachowała się gnuśnie i biernie, bo żadna iskra nie płonęła — dała więc tym kilku opanować stolicę i władzę. Lecz, że nie zrozumiała ich teoryjek i nie kochała się pod tą formą idei, gdy obcy najezdnik przybył, zachowała się również tak samo, tj. biernie i nawet najezdnika przywitała dość łaskawie jako tyrana, co ją uwolni od tyranów. Wojsko to samo szło co i ludność cała — zatem było Waterloo przez dzień jeden, ale nie mogło być wojny i wywalczenia. Mazzini Italię zgubił dla próżnostki swej. — Omnia serviliter pro dominatione646, bo to straszny serwilizm względem pychy własnej swej kraj swój zarznąć na długo. Król sardyński byłby zwyciężył, gdyby w Turynie rzeczpospolita nie czyhała na zwycięstwo — i byłby wtedy zbawił Italię, kto wie, może świat cały! — Teraz wcześniej czy później same kataklizmy i Apokalipsis647 będą!
314. Do Stanisława Koźmiana
17 kwietnia 1849, Baden
Mój drogi! Cóż chcesz — od ciemnego pisania nie odzwyczaisz umysłu ciemno pojmującego, ciemno, nie jasno widzącego obrazy wewnątrz siebie648! Te dwa wiersze zapewne znaczą, że Pan taką rzeczą ukoi świat i przetnie rozstrój, która nagle robakom, myślę, że to znaczy pysznym i bluźniercom, wyzuje pychy i sił — przekona ich, że są głupi! Coś to takiego być musi. — Gorzkie Żale zarazem przeczytał. Śliczne, męskie, wdzięczne wierszowanie. Ustęp, co się zaczyna: „O Panie, ja cię co dzień stokroć błogosławię”, bardzo piękny. Ale czasem powtarzalność jest tej samej myśli przez kilkanaście wierszy — czasem ton raczej kazania, niż liryki. Nie ma poety, któremu się to nie wydarza — lecz na to jest mazanie po ukończeniu. Każdy, kto pisze, nie może od razu wymiarkować miary optycznej dzieła. Jemu się zawsze wydaje, że nie dość wyraził — a tymczasem przewyraził już myśl lub uczucie swe. Obraz w końcu aniołów od nieba po ziemię prześliczny, przypominający obrazy najmodniejsze szkoły włoskiej. Strofa: „Polska mowa ma świetlana” wdzięczna, polotna, skandowna, tryskająca mocno w górę. Co chwila wielkie, nagie prawdy, i wyborne wiersze. Zarzucam tylko pewien gatunek jednostajności, dłuży, powtarzania się — to, com na początku wyrzekł.
Teraz o Trentowskim. Widziawszy się z Tobą przeszłego lipca pod 38, w kilka dni później się z nim obaczyłem. Wtedy czytał mi już ukończoną Przedburzę, w której były cytacje z D. D. i Ost.649 — i zaraz mi mówił: poznałem — to Skapy! Na com niezmiernie mu serio odpowiedział, że się myli, że nie Skapiczne, ale Twoje. Przyjął za factum — i dlatego w Przedburzy, przeczytaj ją od deski do deski, nie znajdziesz nigdzie, by on odnosił swe cytaty do Orła, nigdzie a nigdzie, zawsze mówi: „Wieszcz powiada”; zatem fałszywie Ci mówiono.
Jakżeż nasi republikanie obłudni, mali, podstępni, przekręcający wszystko! Wycinek z „Gazety Poznańskiej” Ci posyłam. Jedno tylko słowo wypuszczone, a to słowo cały sens odmienia. Słowo zaś wypuszczone to słowo: „Demagogów”, następujące po słowach: „pod jarzmo”. Wiesz, warto by do Gazety napisać o tem słówku odezweczkę i zapytać się jej, czy o podobne rzeczy nie skarżą zawsze liberały na jezuitów i doktrynerów. Bez słowa „Demagogów”, wydaje się, jakby Chrzanowski wiedział o konspiracji króla i arystokracji na wydanie wojska w dniu bitwy jarzmu austriackiemu. Lecz ze słowem „Demagogów”, które w liście Chrzanowskiego stoi i przez wszystkie francuskie gazety powtórzonem było, pokazuje się zaraz, że to Rzeczpospolity zgubiły i wojsko na duchu, i ojczyznę na zwycięstwa możności. Udziel tej uwagi mojej bliższym. Z małych szczegółów niech sądzą o obłudzie partii! Król nowy sardyński zakochał się w Chrzanowskim, a wojsko całe go czci i trzyma się jego, jak kotwicy. Chrzan. dziś rządzi Sardynią. Weissenhof zapewne w tych dniach brał szturmem Sobolewskiego, bo Sobolewski był w Genui, a Weissenhof w dywizji Lamarmory. Władysław, 22-go dopiero z Paryża wyruszywszy, przybył już po klęsce650 — więc żyw. Witołd też zdrów — Szemiot też, jedno z spuchniętem gardłem i ręką od krzyczenia i walenia pałaszem w własnych żołnierzy uciekających. Breańskiemu też nic się nie stało. W Paryżu Czerwoni bardzo osłabieni, kiedy pod pozorem Włoch nie wystąpili po czerwcowemu. Jednak wciąż trwają w zamiarze wystąpienia. Co do Ksawerego, fałszem, by pomagał „Peuplowi” ale okpili go najszkaradniej z tą obrzydliwą „Trybuną Ludów”. Ona jego kosztem i kosztami wyrosła, a wyrósłszy, pokazała się jakby siostrą „Peupla” rodzoniuteńką! Co tam za bezecne wciąż artykuły! Przepowiadam jej redaktorom, że kiedyś sami Francuzi się oburzą na cudzoziemców, chcących dom cudzy wywracać, i ich ubiją! Biedny Ksawery! O biedni, biedni wszyscy nasi, którzy zaufali propagandom i demagogom! Rozranią i rozszarpią samych siebie — ojczyznę rozranią i rozszarpią też — i tylko pamięć wielkiego bezeceństwa i szału zostanie. Towiański z Awinionu znów na Górę Ezel się przeniósł. Wciąż twierdzi, że jeszcze nie czas i że wszyscy, co do Włoch poszli, niesłychanych klęsk doznają. O to się z Mickiewiczem poróżnili. Spokój nadzwyczajny ma być jego cechą, jak Mickiewicza nadzwyczajne rozdarcie. Eliza wciąż z małymi w Paryżu — i ja tu wciąż w trosce wielkiej, bo tam cholera się dąsa. Łączę tu 50 funt. sterl. jako część moją do składki na „Przegląd”. Jeśli później nie zbierze się tyle, ile potrzeba, to znów mi napisz, a szczerze mi będzie miło zdać się na coś zacnemu „Przeglądowi”. On jeden zacny na całym obszarze miotanej konwulsjami ziemi naszej. Ściskam Cię z głębi serca, mój drogi Stasiu, i proszę Cię, pisz trochę częściej, pisz trochę dłużej, pisz po staremu. Orp. i Konst. Cię ściskają.
Twój Erof.
315. Do Stanisława Koźmiana
Bern w Szwajcarii, 31-go maja 1849 r.
Mój drogi! Z Elizą, dziećmi, Wojewodą, Konstantym, Orpiszewskim, Kajsiewiczem, z Baden tuśmy się przenieśli. Lecz, ledwiem tu przybył, dowiedziałem się o srogiem nieszczęściu, spadłem na mnie. Doktor przywołany mi oświadczył, że mam z drugiej strony ciała tak, jak już na jednej, rupturę — że muszę odtąd dubeltowy pas nosić. Tu nie ma takich — posłano do Paryża — więc z 10 dni w łóżku muszę leżeć. Fiat sancta voluntas Dei651, ale pojmiesz, żem w rozpaczy — czuć się kaleką o takiej porze, śród trzęsień i wulkanów! O mój Stanisławie drogi! O mój drogi! Okropnie mi jest! Krótko więc odpisuję na Twój długi, pełny nowin list, dziś tu z Baden mi przysłany: Jeden Ojciec Niebieski wie, co będzie, co się stanie, co wypadnie. Wcześniej czy później Polska będzie, byleby w imię Pana, a nie w imię tych, którzy bluźnią Panu! Pamiętasz, jak się kończy „Dzień Dzisiejszy”?. Umieraniem wieszcza. Ach, podobno sprawdziło się, bo jużci kalectwo śmiercią, bezbytem! Pisz tu do mnie, bo tu pono jeszcze z 15 dni będę — a potem może do Interlaken — może do Cheliusa, gdy będę wiedział, gdzie on to lato przepędzi, a potem do Babilonu, by sprawić sobie zupełnie dobre, pasujące owe sprężyny nieszczęśliwe. Nic nie wiem o zdaniach Tańskiej o Nieboskiej i etc. W takiejem rozpaczy, że już mnie sądy ludzkie nie obchodzą. Może ona i prawdę ma, bo zapewnie gani. Bóg Cię strzeż, drogi Stasiu mój! Konstanty Cię ściska, Wojewoda także.
Twój Z.
316. Do Cypriana Norwida
1-go czerwca 49 r.
[...] Odwieczne to dzieje! Od kiedy świat się burzy i żyje, tacy zdarzali się niegodziwcy i zdarzają się dzisiaj. W tem się najsrożej mijasz z ludzką rzeczywistością, kiedy od jednych wymagasz, by aniołami byli, od drugich zaś niczego, nawet tego by wściekłymi tygrysami nie byli. Jednostronnyś i niesprawiedliwyś. Żyjesz żywotem albo bożym, albo pośmiertnym, ale nie w czasie, nie śród ludzi i z ludźmi. Żyjesz w wieczności. Wszystko, co mówisz, wiecznymi prawdami — zapominasz zaś, że dopiero rozwojem powolnym zdarzeń czasowych wiecznie się tu prawdy wyrabiają. Zaprawdę Ci oświadczam, że 24-go lutego652 nie przybliżyło się, ale oddaliło królestwo boże na świecie tym; to frazes, tylko frazes o niem wpadł w usta brudne i w ręce, spragnione krwi i gwałtu. Z jednej strony gwałt pychy, z drugiej pycha gwałtu świat między się podzieliła. — Ty się spodziewasz tęcz z tego złotych, a tylko ujrzysz krwi strumienie i błota obszary. Strzeż się litości dla niegodziwych, bo to litość sztuczna, bo to wykrzywione uczucia... Dopóki mogę, ostrzegam, a czynię to przez miłość, przyjaźń, przywiązanie — nie myśl zaś, bym chciał z katedry uczyć. Nie dość już młody jestem, bym mógł myśleć, że można czego bądź nauczyć kogo bądź. Doświadczenie tylko, klęska tylko i nieszczęście nauczają, bo przez nie nauczycielem jest Bóg sam!...
Ludzi do głębi znaj — to Ci najwięcej pomoże do urzeczywistnienia cokolwiek dobra w sferach ludzkości. Dopiero zasługą przed Bogiem: ludzi znając, kochać ludzkość! To najwyższy szczyt miłości...
Zgadzam się z Tobą że wszędzie rozdarcie, brud, zło lecz, co do Francji, myślę, że tacy ludzie, jak Changarnier653 są ostatnimi ojczyzny francuskiej, upadającej przez demagogów, zbawicielami. Gdy się dom pali, trzeba ratować — nie czas teoryj robić o chemicznych pierwiastkach ognia...
Miej więcej prostoty, a mniej podejrzliwości i drażliwości — nie myśl o jednych, że są aniołami, czy osobach czy stronnictwach całych, bo takich aniołów nie ma zewnątrz Ciebie, są tylko wewnątrz ideału Twego. — Lecz skądinąd nie posądzaj drugich, że ich celem nie oddać Tobie, co się Tobie należy, to jest: kochania, przyjaźni, szacunku, uznania wszystkich Twoich zalet, przymiotów, zdolności — bo ludzie, choć nie bywają aniołami, nieraz mają serce tkliwe, dobre, chcące ukochać i sprawiedliwość oddać...
[...] Jeśli mi dozwolisz prawdę Ci powiedzieć, staraj się ludziom wyraźniej i jaśniej kłaść w dusze ideę Twą. Trza być bratnim, miłosiernym, kochającym. Jasność zaś w mowie i piśmie jest mowy i pisma bratnią dla ludzi miłością.
Ciemność zaś egoizmem — bo Ty używasz i rozkoszujesz, a ludzie nie używają i nie rozkoszują. Jak arystokrata się z niemi obchodzisz. Tu potrzeba być demokratą. Jedyną tę uwagę Ci tu piszę: światło powinno być sztuki oddechem!...
Wszystkie giętkości, wszystkie skarby, wszystkie żyźnie i morza, i lądy, i błękity leżą utopione w Tobie — ale nie rozcinasz dość wód od lądu, nieba od ziemi. Nie skończenisz dość nieskończoności swej. Brak Ci tej smętności, która zwie się opisaniem i ograniczaniem, a bez której jednak nie odpozna się nigdy duch ludzki w tworze sztuki. Nam, śmiertelnym, trza śmiertelności obok bezmiaru!...
317. Do Augusta Cieszkowskiego
Bern — 1849, 29 lipca
Mój drogi Ty! Rozpacz mię żre i żre, i żre. Stałem się Nabuchodonozorem na łące — biednym!
Eliza znów do newralgii wracała. By ją przerwać, kazał jej doktor do Interlaken na parę dni. Pojechała z Sobolewskim i Wojewodą. Ja nie mogłem nawet tam pojechać. Bandażysta znów z Paryża przyjechał i przymierza mi pasy654, a ja, przymierzając przez kilka godzin na dzień, dostaję napadów nerwowej fiksacji.
Ojciec wciąż a wciąż pisze, że konfiskata, jeśli 1-go oktobra nie stanę655. Otchłań, otchłań, otchłań! Skoro będę mógł, stąd ruszę, zawlokę się do Baden, do Cheliusa, i zaraz Ci doniosę.
Ja myślę, żem już zwariował, tak dalece nerwy mną trzęsą i pogląd mój na świat nienaturalny. Rozpacz i rozpacz, bojaźń o każden krok.
Szklanny człowiek ze mnie. Nie wiem, co się ze mną stało. Ta newralgia mi dała pomieszanie zmysłów.
Pani D. w Spa; ma odwiedzić mię w Heidelbergu i pożegnać.
Myśl, że tej zimy skonam w Warszawie, ugważdża się coraz mocniej w mózg mój.
Ściskam Cię i błogosławię Ci.
Twój Zyg.
318. Do Ludwika Orpiszewskiego
1849, Heidelberg, 23 sept.
Mój drogi! Napisz do Mastaia, że gdyby w tych czasach odebrał memoriał jaki lub akta jakie, tyczące się stanu Czech lub czego innego od Jerzego Lubomirskiego, to go proszę, by uważał to jakby ode mnie samego. Zdaje się, że Czechy wkrótce powiedzą Ś[więte]mu Piotrowi: „Nie służymy więcej!” Protestantyzm i husytyzm je sobie rozbiorą na dwie połowy. Jerzy chce ostrzec o tem głowę Kościoła. Co za nieszczęście! Te wszystkie listy z wyspy Ś-go Ludwika Nr 2656, które wciąż wpadają w ręce gazet niemieckich i bywają ogłaszanemi!!!
Kiedy zacznie ścigać nieszczęście, to już wytchnienia nie da. Ogromnie się troskam o naszego Drogiego657, żeby go czasem pół księżyca nie zdradziło! Jeśli będziesz go mógł widzieć wkrótce lub doń napisać, powiedz mu, że jedyną był, dniem i nocą, myślą moją, gdy Europę porzucał, że wciąż Boga o jego całość błagałem — i że go błagam, jego samego, by się teraz już nie puszczał na żadne dalsze błędy, lecz spokojnie wytchnął, a wiedział, że jeszcze będzie powołan, i to do sroższych trudów i mąk, niż te, co przeszły. Bo świata koleje pójdą parowym pędem.
Coraz więcej będzie bez Boga w sercach, coraz więcej rozruchu na ziemi, coraz więcej i niebezpieczeństwa zatem. Niech tego pewny będzie. Bo, choć na chwilę się wyda, że porządnie, że martwo, że karnie, to wszystko tylko złudzeniem, tylko partii jednej zwycięstwem, a partia tylko na krótko zwycięża. Nie w mocy ni w naturze stronnictwa żadnego na długo zwyciężyć i stale panować. Zatem niech wie, że wkrótce znów się rozkołyszą bałwany, a stokroć niebezpieczniejsze, niż pierwszą razą. Kolor ich będzie całkiem odmienny — z żywej albowiem purpury będą! Wtedy trza będzie, jak w arkę Noego, ratować tonącą zacność w świecie. Wtedy istotnie cnotliwych i silnych rozpocznie się era męczeńska — powiedz mu to wszystko! Niech go utrzymuje w spokoju i nienarażaniu się przez czas — niech go to ochroni nam!
Jedź do Romy — niech Kurlandia do Ciebie przybędzie, a w jakimbądź razie pamiętaj na panią D. — i czasem, wszedłszy do jakiego z kościołów rzymskich, zmów Zdrowaś Maria za mnie!
Twój z Babuina.
Wojewoda658 do Paryża — Gaszyński do Porentruy pojechał, a potem do Aix en Provence.
319. Do Augusta Cieszkowskiego
28 kwietnia, Warszawa, 1850
Mój drogi Auguście! List Twój z 28-go marca, dokończon 15-go kwietnia, odebrałem przed tygodniem, a dotąd nie mogłem się zebrać na odpowiedź, tak mi albowiem źle jest, tak mi brak siły wszelkiej, i coraz bardziej brak. Nie wyobrazisz sobie stanu chorobnego mojego. Tak, jak w Bernie, znów co dzień po kilka nerwowych napadów, a wewnątrz duszy (tj. mózgu) melancholia bez granic.
Czasem dość mi tylko pióro w rękę wziąć, aby zaraz wpaść w drżączkę i mimowolny płacz — ot i w tej chwili już się trząść zaczynam. Marzy mi się czasem, że mam naprawdę to, coś Ty marzył nieraz, że masz, tj. żywotnych soków niewidzialny upływ. Bo takiego rozkładu całej natury nic innego mi wytłumaczyć nie może. Jedź do Campotertio, mój drogi, odetchnij powietrzem gór, dość się już napiłeś mgieł płaszczyzny. Ja jeśli wyjadę, to dopiero na morskie kąpiele, w auguście. Chciałbym przez Heidelberg do Diepu. Tam ostatni raz w życiu zdrowszym się czuł, potem zapadłem i jużem się nie podźwignął.
Wdzięcznym Ci ogromnie, żeś zapomniał o liście pani Handley. Wszystko, co mogłem, uczyniłem dla niej — więcej nie sposób mi. Szturmuje od roku do mnie wszystkiemi sposoby i drogami — ja zawziąłem się milczeć, bo prócz milczenia nic już dla niej i ku niej mieć nie mogę.
Kiedyś będziesz żałował, żeś nie chciał zwrócić serca ku moim namowom, ale Bóg może Ci zdarzy jeszcze, że uczujesz mięniejącą pod tym względem w sobie duszę. Przeczytaj Felicytę Odyńca659, szczególnie od kartki 142 do 151-szej i od 180 do 188-ej, proszę Cię, przeczytaj! Stanął w poprzek między twierdzącymi, że nigdy, nawet cnotliwym, królestw tu być bożych nie może, a utrzymującymi, że nawet niegodziwym należy się królestwo boże. Dwa te błędy jednostronne zarówno odparł, a natchnieniem i wierszem takim, jak rzadko. Obowiązuję Cię, przeczytaj — ślad skijanizmu660 widny. Tym wiewem tknięty umarł Juliusz w obłąkaniu, p. Edward się z mierności podniósł aż do wzniosłości. — Dziwne ścieżki, dziwne i Pańskie, i szatańskie na tej kuli ziemskiej.
Straszne to zapytanie Piłata: „Co to jest prawda?”. Gdy wiek jaki zginąć ma tak się pyta, a, zapytawszy, ginie! Bóg Cię strzeż i obłogosławiaj.
Twój Furiis
320. Do Kajetana Koźmiana
Warszawa, 29 kwietnia 1850
Czczony, podziwiany, kochany przeze mnie a wciąż łaskawy na mnie Panie!
Odebrałem wiersz, oddałem komu należał661. Odpisać on chciał zaraz, nie mógł, a ja niemoc tę pojmuję, bo sam od roku z górą i co dzień głębiej zapadam, w tem całkiem podobny do wieku i świata tego, który się powoli rozstrajając schodzi w jakieś ciemnice. Piękny to wiersz. Strofy, kończące się temi słowy: „Niechaj truchleją szczęśliwi”, wstrzęsły mną całym od stóp do głowy662. Tkwi w nich niebotyczny hart. Wszystko, co nas dokoła otacza, wszystko, co się dzieje za dni naszych od lat trzech, czyli raczej dwóch i pół, już, zdaje się, działo się w Rzymie, bo doskonale wszystko Tacyt opisał. Słowa jego niektóre stosują się przedziwnie do stronnictw, rozdzierających nasze społeczeństwo. I tak, pewnym można by powtórzyć: Professoria lingua regimen orbis expostulans663. Wszystkim zaś bez różnicy: Conscientiam generis humani aboleri arbitrabantur664, i owo drugie: Omnia serviliter pro dominatione665. Jedni albowiem mają się serviliter ku duchowi złego, ku szatanowi, kuszącemu ich i osiadłemu w nich; z czego wypada, że jedni i drudzy zarówno podłymi są, a ciągle o jeden cel, a tym jest dominatio. Święty Tacyt!
Skoro się na siłach poczuję, dłużej napiszę. Dziś tylko chciałem dowieść tem kilkosłowiem wdzięczności mojej, i prosić o ciągłą łaskę nad najprzywiązańszym bardzo i bardzo schorowanym.
321. Do Kajetana Koźmiana
(Czerwiec, 1850)
Drogi, łaskawy Panie! Nie dzielę wyrażonego w liście, dopiero co odebranym z rąk Jędrzeja, zdania. Przeszłości, ze składni czasu wiekuistej, nikt nie wytrąci, tak jak z Trójcy Bożej żadnej z osób, w niej współistniejących, nikt nie wyruguje. Czas ani na chwileczkę jedną nie okaleczeje dla przypodobania się wrzeszczącym reformatorom, i przeszłość, ta matka wszech teraźniejszości i przyszłości, których sam Bóg jest ojcem, nie tylko, że nie osłabnie w pamięci ludzi, ale mojem zdaniem wyidealizuje się, spięknieje i spotężnieje w ich sumieniu. Z wszelką przeszłością tak bywa: im dalsza, tem urodziwsza; im urodziwsza, tem od serc ludzkich kochańsza. Teraźniejszość jest bólem doskonałym, co chwila doznawanym. Zapomniane zaś bóle przeszłości i nieprzewidziane przyszłości, odejmują, że się tak wyrażę, wszelką cielesność im obu, i tem samem przemieniają się niejako na duchy niebieściejesz, niż jedna była i niż druga będzie. Stąd pochodzi, że obie należą do wieszczów, i że miłość ku nim po duszach ludzkich rozprowadzają wieszcze. Zatem, łaskawy i drogi Panie, nie martw się, ni w żadne nie wpadaj powątpiewanie względem wrażenia, jakie wywrze Czarniecki. Rad bym go widzieć jak najprędzej na świat wyszłym, i wystawiam sobie, że, jak posąg Komandora, przyszedłby ścisnąć kamienną ręką dłoń zbiorowego Don Żuana naszego, to jest młodzieży tegowiecznej. Można by dla zachowania pewnych ugrzecznień i przyzwoitostek, tytuł, powszechnie już znany na naszej ziemi, odmienić, przezwać go na przykład Wojna Szwedzka, lub inaczej, bezimiennie go puścić. Bo szkoda, by mający przyjść na odsiecz garstce cnotliwych i w ojczyźnie rozmiłowanych, a już zewsząd osaczonych, zwlekał przybycie i czekał poranku, kiedy właśnie o samej północy winien napaść pijącego i śpiewającego onego Don Żuana, przy akordach straszliwych, sąd idący zwiastujących, raczej z nocą, niż z porankiem zgodnych. Nadejścia przeszłości w przyszłość zwłóczyć nie należy. Rękopism już u mnie i uważać go będę za gatunek świętości. Skoro odczytam a pokommuję (bo jednej kommy w całym nie znaleźć), dam go do przepisania. Co do litografii koła dawnego znajomych, powiem ojcu memu, za widzeniem się z nim, uwagi łaskawego Pana666. O Hofmanowej przytyki, sądy i przesądy dbać nie warto. Cieszę się, żem jednego losu doznał z drogim Panem pod tym względem, bo i mnie srogo strofuje ta zacna, kwaśna, zasłużona, ale nic się na poezji nie znająca nieboszczka. Guarda e passa667, tak, jak Wirgiliusz w piekle wyraził się do Danta. Ja się nie gryzę tem wcale, a raczej bym ja gryźć się powinien, bo do przyduszenia głosów krytyki nie mam takiego marmuru z Paros, jak Czarniecki. To mi nawodzi na pamięć kilka w myśli ułożonych wierszy, które, w odpowiedzi na odezwę oną pierwszą łaskawego Pana z serca, nie z mózgu, mi trysły, a których nie posłałem, bo wiem sam, że nadzwyczaj mierne. Jednak, ponieważ czuję, że z serca wyszły, tu je pierwszy raz na papier położę:
Czemu, Mistrzu, masz siwiznę,
Stokroć młodszą mej młodości?
Boś za młodu miał ojczyznę,
A ja tylko proch jej kości.
Czemu, Mistrzu, dotąd tleje
Żar ci w piersiach niezrównany?
Boś za młodu znał nadzieje,
A ja tylko zwątpień rany.
Z grobuś nieraz wyjrzał w górę,
Czuł już dreszcze zmartwychwstania —
Jam wciąż patrzał tylko w chmurę,
Która Boga mi przesłania.
Młodość, Mistrzu, jest rzeźbiarką
Co wykuwa żywot cały,
Choć przeminie sama szparko,
Cios jej dłuta wiecznotrwały.
Więc już zwiądłem — gdyś Ty dzielny!
Gdyś żyw jeszcze — mrę nikczemnie,
I nie będę nieśmiertelny!
Ach, szczęśliwszyś Ty ode mnie!
W tych słowach zawarty wszystek smętek mój teraźniejszy. Co dnia mi gorzej. Nie wiem, co się dzieje we mnie, co się stało ze mną. Odszukać siebie samego odnaleźć siebie nie zdołam. Jakaś zasłona rozwisła między mną, jak jestem, a mną, jak się czułem dawniej, i wciąż omackiem targając tę zasłonę, której podnieść nie mogę, tylko paznokcie zostawiam krwawe na jej fałdach, tak przejrzystych, zdawałoby się, jak mgła, a jednak tak ciężkich, jak ołów lub jak granit, z którego głazy grobowe się wyrabiają.
Przepraszam za ten list; czuję, że zawiły, niejasny. Daruj mi, łaskawy i drogi Panie. Syn za powrotem opowie, jak mi trudno nie tylko już pisać, ale nawet mówić. Ten stan chorobny, i on jedynie tylko, był mi przeszkodą do odwiedzin, na które się, jak na wielkie szczęście, gotowałem, a któremi nie mogłem uszczęśliwić siebie, bo czułem, że, przyjechawszy do Piotrowic, byłbym tylko łaskawemu Panu ciężarem. Dzięki za ciągłą pamięć o mnie, i duchową nade mną opiekę. Sercem i na zawsze pozostaję najprzywiązańszym
Zygmunt
322. Do Augusta Cieszkowskiego
19 augusta 1850, Drezno
Mój drogi Auguście! Czekaj na mnie w Ostendzie. Tam do Ciebie przybędę, albowiem Dieppes mi wymazano naumyślnie z prośby o paszport, a paszport przysłano z dołączonym tu liścikiem, który przeczytasz i rozważysz. Sam z niego wyciągniesz wyniki filozoficzne. Za zobaczeniem więcej o tem. Teraz jadę do Cheliusa. Tam zabawię z tydzień. Masz czas mi odpisać do Heidelberga zaraz. Proszę Cię, odpisz i naucz mię: 1-mo, gdzie mam zaraz trafić do Ciebie — 2-do, czy w Blankenburgu nie lepiej, niż w Ostendzie, nie samotniej, nie szerzej, nie wolniej. Podobno tam dobrze ma być. 3-tio, czybyś do Brukseli naprzeciwko mnie nie przybył, bo muszę tam ze dwa dni zabawić dla sprawienia sobie pasów do kąpieli, bo już gonię ostatnim — 4-to, kto w Ostendzie? Ludzi albowiem więcej, niż kiedy bądź, się chronię i strzegę.
Wyobraź sobie, co mi za figiel kolej wyrządziła w Görlitz. Powóz mój, aż do Drezna zapłacony, przez pomyłkę zostawiła tam i teraz już tu czekam nań od 24 godzin, a nie przybywa, w nim zaś wszystko moje, 30 000 fr. itd., itd. Jeśli mi skradli rzeczy, to nie wiem, co uczynię. To mnie tu, jak ćwiekiem, przybiło. Aerumnarum plenus sum. Chory jestem do tego bardzo. Rana niezagojona, oczy bolą, newralgia itd., itd., i ten liścik do tego. Musisz mię pielęgnować i nie gdyrać, bo już sił nie mam. Piszże zaraz do Heidelberga! Ściskam Cię. Do odozobaczenia, mój najdroższy!
Twój Furiis
Eliza serdecznie Ci się kłania. Już na nogach. Pani D. mocno zachorowała w Karlsbadzie i troszczę się o nią, ale bo też sprudel na serce, to dziwny wymysł.
323. Do Ary Scheffera668
Heidelberg, 30 grudnia 1850
Tylko wielcy twórcy gardzą swemi dziełami. Nie może być inaczej i oto znamię, po którem ich poznaję. Przyczyna tego zjawiska jest zupełnie prosta; jej źródło tkwi w samej istocie wszelkiego tworzenia. Każdy twórca jest ponad i poza swojem dziełem, tak, jak jego dzieło jest ponad i poza publicznością, która je podziwia. Bo gdyby Pan nie był ponad tem, co Pan tworzy, nie mógłby Pan tego stworzyć.
Francesca jest Pańską córką; nie może Pan być kochankiem własnej swej córki. To zupełnie zrozumiałe. Ale niemniej zrozumiałe jest to, że inni kochają ją do szaleństwa. Ideał wieczny, który żyje w Panu i dzięki zrozumieniu którego Pan jest wielkim, nie da się nigdy przenieść na płótno takim, jakim go Pan widzi i jaki stopił się z Pańską duszą. Zawsze jego lepsza część zostanie w Panu. A właśnie to, co zostaje, staje się źródłem pogardy Pańskiej dla tego, co się wyzwala. Gdyż to, co zostaje w Panu, jest to Piękno absolutne, to zaś co się wyzwala, jest pięknem względnem, które dla swego wyzwolenia potrzebuje już pomocy materii, pięknem zawsze boskiem, ale zeszpeconem przez ograniczenie swe w przestrzeni i w czasie.
Za każdym razem, kiedy Pan zetknął się duchem ducha z ideałem i kiedy go Pan pokonał w tej nadziemskiej walce po to, aby dać mu ciało, a potem otulonego w to ciało złożył go Pan na płótno, za każdym razem ci, którzy widzą ten obraz, myślą, że widzą sam ideał, gdyż, mówiąc językiem ludzkim, jest on najlepszem jego odtworzeniem; ale Pan czuje, że ono jest tylko jego więzieniem, jego trumną. My podziwiamy, Pan pogardza! To słuszne. Każdy gra swoją rolę. Tymczasem między nami a Panem unosi się nowe, widome wcielenie niewidzialnego Piękna; nazywamy je „Francescą”, nazywamy je „Moniką”.
I chociaż nie tak doskonałe, jak jego niebiański pierwowzór, jest ono wyższe ponad całą ludzkość i niech mi Pan wierzy, niech Pan niem zbyt nie gardzi, ani zbyt wiele od niego żąda, gdyż koniec końców jest to córka Pańska, pełna dziecięcej miłości, skoro, nie mogąc zaspokoić pragnienia wieczności i absolutu swego ojca, daje mu przynajmniej to, co może, przynosi mu nieśmiertelność na ziemi!
Nie byłbym nigdy rozpoczął tej dyskusji, kochany Panie Scheffer, gdyby mnie Pan nie był wyzwał do niej jednym wyrazem swojego listu, który oznacza coś, jak gdyby cień niewiary w szczerość moich sądów. Ale ja nigdy nic nie odgrywam, a ostatecznie powinien Pan był sam zauważyć, czy mój zachwyt był udany. Mówię to, co czuję. Jedyne arcydzieła tego stulecia, jakie widziałem, to Francesca i Monika.
Pan i Pańska pracownia byliście dla mnie zawsze źródłem ciepła i życia. Moje serce silniej biło na tym świecie tylko w chwilach prawdziwego nieszczęścia lub radości, a być może, że spośród chwil szczęśliwych mego życia najszczęśliwsze są te, które spędziłem pod Pańskim dachem, niby w głębi sanktuarium, daleki od ludzkiego zgiełku, z duszą i oczyma rozjaśnionemi przez to światło pogodne, słodkie i rozkoszne, które koi ból i zwraca wiarę.
Oto szczera prawda. Niech Pan pomyśli: czy nie jest dziwne, że dzieła Pańskie zmuszają do wierzenia, podczas gdy Pan sam wierzy przelotnie i chwiejnie powątpiewając we wszystko, w niebo i ludzi? Ten jeden objaw bardziej, niż każdy inny, powinien Pana przekonać, że jest Piękno w Pańskich dziełach, bo czyż jest inna moc, która mogłaby podobny efekt wywołać?
Eliza zgadza się ze mną w zupełności i czuje się zdruzgotaną Pańską hojnością. Ale nawet, gdyby chodziło o uniknięcie niebezpieczeństwa śmierci pod ciężarem, jeszcze należałoby przyjąć; któż byłby tak szalony, aby odrzucić Ideał? Prosi ona Pana, by jej Pan nie posyłał nic, aż do czasu, zanim osiądzie w Badenie. Skoro tylko opłakany stan mego zdrowia pozwoli mi oddalić się na trzy godziny do Chelliusa, przyjadę tam i zawiadomię Pana o tem natychmiast.
Proszę oświadczyć moje najżywsze i najserdeczniejsze wyrazy swej córce. Mam nadzieję, że pozbędzie się swego kaszlu i że nie zazna w życiu wiele goryczy, jakkolwiek jest ona może jedną z tych wybranych istot, które rodzą się po to, aby cierpieć, w milczeniu ból swój własny znosić i, pocieszając innych, umierać.
Proszę również oświadczyć łaskawie pani Scheffer moje życzenia na rok 1851.
Z. K.
324. Do Br[onisława] Trentowskiego
Heidelberg. 1851, 1-go stycznia
Władza nie z diabła, władza wszelka z Boga jest, bo zniskądindziej pierwiastku jej przejąć nie można, jedno od tego, który wszystko stworzył i w którym wszystko żyje. Lecz, kto bądź na ziemi, czy to król, czy to lud, czy jaki bądź śmiertelny dotąd się jej dorywał, natychmiast zapominał właśnie, że od Boga jest i że z Boga nań spływa, a udawał przed sobą samym i innymi, jakoby w nim leżał jej udzielny zaród — czyli, że on sam w miejscu Boga stawiał się Bogiem, a tem samem wychodził na szatana.
Takie są mojem zdaniem dzieje władzy na świecie: kto się jej dotknie, ten natychmiast jakby rażony piorunem zaślepienia, ale wcale nie przeto, iżby ona nie miała być bożą rzeczą, jedno dlatego, że on jej za takową nie uznaje. Pycha, odwieczny grzech, wszystko zbeszczeszcza: czerwoni jak i czarni, trybuny ludu tak jak arystokraty, monarchowie absolutni tak jak parlamenta, wszyscy w ten sam grzech i toż samo zepsucie wpadali i dotąd wpadają. W istocie, innej władzy i polityki od bożej być na świecie dla serca i rozumu nie może; wszystko zaś, co pod taką nazwą dzieje się i odbywa w historii, jest tylko skażeniem zepsutej ludzkości.
Dla Chrystusa oczywiście, że wszystkie królestwa ziemskie, pogańskie, były niczem; w nim to było, co panuje i czem panuje się wszechświatu, a zarazem to, co absolutnie cierpi i czem się absolutnie cierpi na świecie, od pochodzenia swego bożego odpadłym. Ale szatan tego nie był zbadał w chwili, kiedy go kusił; bo szatan, choć wiele wie, jednak nigdy wszystkiego nie wie i w końcu zawsze ostatecznie się myli, a Boga, od kiedy sam zapragnął nim zostać, już w pełni pojąć nie może. Zresztą zgadzam się na to, coś w poprzednim liście pisał o władcach kasselskich i innych, i na to, co w dzisiaj odebranym mówisz o nieszczęściu powszechnem we wszelkich obecnych stosunkach zewnętrznego świata, i o tej tęsknocie koniecznej, porywającej za dni naszych, jako niegdyś za tebaidowych, duszę znękaną ku zagrobowej uldze i pociesze669.
Teraz własną ręką, teraz sercem, nie rozumem już. Zgadłeś, żem ciągle chory; prawda, do żadnych sił powrócić nie mogę. Tysiąc razy Ci dziękuję, mój drogi Bronisławie, za Twoje życzenia, a Bogu dziękuję za to, że mi Ty tak dobrze życzysz. Eliza zasyła pani Trentowskiej i Tobie na ten rok najszczersze wszelkiego dobra i pomyślności życzenia. Konstanty też swoje łączy. Rad jestem, że Ty z pisma przynajmniej zdrowszym wyglądasz. Przed trzema tygodniami nie będę mógł przenieść się do Baden. Skoro to się stanie napiszę Ci, a wtedy wielką mi będzie radością odzobaczyć Cię i pomówić z Tobą o wielu rzeczach. Między innemi kilka Ci myśli udzielę o bóstwie Chrystusa, tak, jakoś mi kazał.
O zamiarach Austrii zajęcia południowych Niemiec na teraz jeszcze wątpię. Rosji polityką jest radzić jej szały, by ją, pomagając jej, tą pomocą rozkruszyć. Później wszystko się zdarzyć może. Ale też i Bóg nadbiega, Bóg niedaleki już! Zobaczysz, jeszcze czasu trocha, niech źli będą jeszcze gorszymi, niech z Polski nie zostanie już prawie nic, a w tem Nic wychyli się ramię boże, trzymające grom. Czemu już w każdej chwili gotówem wierzyć, to rozbestwieniu chłopstwa i rzezi. Ściskam Cię serdecznie.
Twój
325. Do Stanisława Małachowskiego
1851 Heidelberg, 13 stycznia
Drogi mój! Proszę Cię, zaraz odbierz pięćset franków od Thurneyssena, i z tych trzysta franków zaraz poszlij zupełnie anonyme, w kopercie listowej, 96. rue de St. Lazare Norwidowi Kamilowi Cyprianowi, i każ tak wręczyć, by na pewno odebrał, dwieście zaś pozostałych schowaj na rachunek tego, com Ci już i co Ci dalej jeszcze będę winien. Znów mi gorzej i bardzo znacznie gorzej. Changarnier upadł, ale się zemści. Synowiec670 dowiódł energii, ale to wszystko odmętem, spieszącym ku roztrzaskaniu się własnemu. Ściskam Cię najserdeczniej.
Twój
326. Do Bronisława Trentowskiego
Heidelberg. 1851, 21 stycznia
Dzięki Ci za Twój ostatni list. Zawszem w równym stanie; pas z newralgicznych srogich boleści ściska mię i, jak pierścień, przesuwa się od głów do stóp, to katując głowę, twarz, szyję, to znów piersi i żołądek, to znów nogi! Przez cztery dni niedawno wciąż tak cierpiałem, żem aż ryczał. Szczęśliwszyś ode mnie, bo do żadnej pracy umysłowej nie mogę przystąpić, natychmiast zawrót i ból obalają mnie. Skoro do Baden się przenieść będę mógł (na co dotąd Chelius nie zezwala), zaraz Ci doniosę, a wtedy się odzobaczym i pomówim. Teraz nawet i pomówić bym nie był zdolny.
We Francji jeszcze się tą razą wszystko na gadaninie skończy, ale prezydent o krok jeden, a duży, bliższy cesarstwa, po zrzuceniu Changarniera, który nie cesarza, ale rejentki pożądał.
Wprowadzenie nowych ceł w Królestwie, wymierzone szczególniej przeciwko rolnictwu, zatem właścicielom, więc szlachcie. Najsroższy demagog inaczej by nie działał, jak car; nauczył się od nich, oni znów teraz się od niego wyuczą, i tak circulus vitiosus671 wszetecznej nauki się ustanawia! Sed et his dabit Deus finem! Speravi in Te et non confundar672.
Ściskam Cię z głębi i serca i ducha.
327. Do Bronisława Trentowskiego
Heidelberg, 1851, 18 lutego
Nie odpisałem Ci zaraz, bom był chory okropnie. Kiedy chcesz tylko przybądź do mnie i meksykańskich bogów. Do Baden nie mogę się teraz jeszcze przenieść, chyba w kwietniu, więc jeśli masz czas i chęć, to, kiedy zechcesz, przykolej do Heidelberga! Wszystko nad miarę smutnem. W Królestwie coraz bliżej do ostatecznego ciosu: rozpoczynają się prześladowania greko-unitów pozostałych tam, chcą ich popchnąć torem litewskich; klerowi katolickiemu odbierają fundusze i na jurgieltników rządu przemieniają. Zgoła, co rewolucja gdzie indziej, u nas to despotyzm robi, to jest: zrywa z wszelkiem podaniem i wysadza społeczeństwo na punkt, z którego nic mu nie pozostanie innego, jak rzucić się głową naprzód w otchłań i nicestwo. Ściskam Cię z głębi serca.
Twój
Czajkowskiego zbisurmanienie mocno mnie gryzie, a to jeszcze mocniej, że to rzadko kogo u nas gryzie. W tem Czajkowskiego przykład niecny, że odtąd posłuży wielu obłudnikom i niegodziwcom za wymówkę, gdy będą per fas et nefas673 brnęli, udając, że służą tem ojczyźnie. Hipokryzja patriotyzmu tak gubi ojczyzny, jak religijna religią. Służyć można na świecie sprawie jakiejś tylko zacnością, cnotą, szlachetnością, inaczej sprawę się samą gubi. Dopóki nie pojmiem tego prawa, dopóty darmo się będziem miotali. By owładnąć naturą rzeczy, trzeba nią według jej własnego, wiekuistego prawa owładać.
328. Do Stanisława Koźmiana
Heidelberg, 1851, 25-go lutego
Drogi mój! Pytasz o Norwida. Nie mogę Ci lepiej wytłumaczyć stanu jego umysłowego, jak przesłaniem tu przyłączonego pęku listów, o których odesłanie Cię proszę, skoro je przeczytasz. Choć tylko do Augusta674 adresowane, pisane są one i do mnie. Obaczysz, co za fochy, złości, napady, wyrzuty, obelgi. Biedny to, arcy-biedny chłopiec, na ciele rozchorowany ogromnie, a na duszy też nie pomału. Mickiewicz niedawno go ukąsił ironiczną pochwałą, a mój Norwid się od tego dnia wściekł. Jam mu wraz z Augustem radził, by nie tak ciemno pisał. Zawsześmy się starali pomóc, o ile mogliśmy, jego osobie. Prawda, że na druki jego poematów nie dawaliśmy. Czekaliśmy albowiem czegoś jasnego, zrozumiałego, tak dla publiczności, jak dla dobra samegoż autora — bo co mu za korzyść, gdy czytelnicy nic a nic nie potrafią pojąć? Ja pierwszy prawie nigdy nic nie rozumiem, a jeśli co zrozumiem, to krwawą pracą. Takiej zaś poezja nie dozwala! Dobrze Heglowi tak Logikę pisać. Otóż rozwściekł się na nas obu, żeśmy tej jesieni szczerą prawdę mu powiedzieli, prosząc o jasność, prosząc serdecznie, tkliwie i dając mu przy tem dowody najistotniejszej przyjaźni. Teraz ja nigdy nie napiszę — ale będę się starał anonyme, jak dawniej, mu pomagać, bo powtarzam: biedny, arcy-biedny, tem biedniejszy, że czasami do kłamstwa się udaje, tak znakomitego, jak owo, żem mu radził drukiem dzieła swe ogłosić. Z Ad. Potockim nie dotrzymał umowy, wziąwszy za pismo przedpłatę. Na umorzenie zaś tego długu, gdy zrywał kontrakt, posłał mu 3 rysunki piękne, ale z takiemi warunkami, że po 3 latach zwróci mu je Adam, a tymczasem zawiesi w Akademii — trzyletni albowiem prąd estetycznej piękności, z onych trzech arcydzieł spływający przez lat 3 na Krakowian, dług jego całkowicie umorzy! Biedny, powtarzam, biedny! Zachowaj to wszystko dla siebie, ale wiedz, co się święci!
Piszę dziś sam, bo Konstanty ogromnym zdjęty katarem. Oczy moje nieco lepiej. Za to kość pacierzowa ogromnie rozbolała i, jak u Ciebie, tył mózgu, tak, że chodzić już nic nie zdołam, bo po 30-tu krokach przytomność tracę. I tak pozawczoraj mój służący mię wyniósł z ulicy i poniósł przez wschody do pokoju. Po 3, 4 godzin takich konań miewam bez przerwy — i złudzenie śmierci doskonałem jest. Lecz mówmy o czem innem!
Roma pchnęła w samo serce Anglię — to niezawodnem. Anglia, nim runie, postara się Romę na łup oddać mazzinistom — bo Anglicy, to morscy Moskale. Wtedy lękam się, by schizma się nie podsunęła z ofiarą pomocy przeciw wspólnemu wrogowi i Romie nie zadała tem okropniejszego ciosu. Pytasz, co się w Rzymie dzieje. Hieronim pod H. jest przewładą ut cadaver675 — słucha go. H. zaś na Makrynę się rozżarł i niepomału ją prześladuje, co wielkie rodzi we widzach zgorszenie. Brat zaś... namawia go ciągle do powrotu i pracuje koło amnestii dlań. Czy ten na to przystał, o tem nic a nic nie wiem. Wiem tylko, że tam źle, kwaśno, miernie i niezgodnie idą rzeczy! Papież zaś zawsze lubi Makrynę i nią się opiekuje. Skądinąd przewładnie działają i panują Buteniew i mały Esterhazik. Pani Odescalchi w Neapolu na zimę całą. (Wszystko to, co powyżej, także sobie zachowaj!). Pisał do mnie niedawno synowiec piusowy i zaręczał, że doskonale wiedzą o wszystkich dążeniach schizmy, że pilne tam oko mają, ale że zwykłym obyczajem leniwo działają, co osobliwie pochodzi z przymierza ścisłego obu dwójgłowych orłów. Dworzec676 mię doszedł i „Przegląd” też; za obietnicę nowego dzięki Ci. Już mi kończyć trza — zawroty — serce w węzeł się zapina, konam. — Ale jeszcze coś. Arago677 w tych dniach w Paryżu wyrzekł: Ou c’est moi qui suis fou ou c’est la lune qui s’approche visiblement de la terre678. Oto zmiana dekoracji będzie na scenie, na której dramat losów człowieczych się odbywa. Trybuny izby zamilkły, ukazy ścichły, bram cytadel, przy świetle takiego księżyca by już nie strzegł nikt!
Ściskam Cię z serca.
Norwidia zaraz mi odeślij.
329. Do Stanisława Małachowskiego
16 marca 1851, Heidelberg
Mój drogi Vado! Prawdęś wyrzekł o Norwidzie, takim jest. Gdyby nie był w biedzie i niedostatku i chorobie, odwróciłbym się od niego, ale często mi na myśl przychodzi, że, gdybym był w jego położeniu, jak on, może bym wpadł w rozpacz i przeklinanie na czem świat stoi, bo i bez tego jużem w melancholii i z nerwów rozbitych co chwila w rozpacz zapadam. Dziś szczególnie mi źle okropnie, a o samobójstwie nasuwają mi się myśli, bez dołożenia się żadnego woli. Instynkt jakiś rozstrojonego organizmu sfałszowany. Nie uwierzysz, mój drogi, co ja od lat dwóch wewnątrz siebie cierpię, w głębi ducha, w samej głębi; znać, nerwy mózgowe chore, ale z tem wszelki ból cielesny w porównaniu niczem, żartem, owszem, dobrodziejstwem! Widoku ludzi znosić nie mogę, czuję się jak zwierzem dzikim, chciałbym uciec, uciec, nie wiem gdzie, a, chcąc tak uciekać, nie ruszam się ze stołka i z pokoju nie wychodzę! Każda zmiana pogody, by najleksza, już mi duszę rozćwiertowywa, na koło wplata. Czasami zdaje mi się, że zwariuję, lub jeszcze gorzej. Apage, Satana679! wtedy wołam ostatkiem przytomności. Ah, tak żyć, jak od dwóch lat żyję, to w istocie nie warto!
Ojciec pisze, że w początku maja przybędzie na kilka dni do Badenu. Sołtan dziękuje Ci i wszystkim znajomym za pamięć; za trzy tygodnie pojedzie do Paryża, księcia i przyjaciół odwiedzić, jak mówi, raz jeszcze przed śmiercią. Choć pięćdziesiąty dziewiąty rok mu dodzwania, dzielny, prosty, smukły, zdrów jeszcze.
Ściskam Cię z całej siły duszy mojej, bardzo smutnej, a wdzięcznej Ci serdecznie, że ją pocieszasz i chcesz dźwigać. Chwała Bogu, że Twoja grypa zaczyna się zmniejszać.
Twój
330. Do Stanisława Koźmiana
Heidelberg, 1851, 23-go marca
Mój drogi! Mniejsza o to, gdyby Norwid był tylko wariatem i kapryśnikiem, ale on przy tem wygląda mi na arcy-wyrachowanego komedianta śród wybryków swoich. Wszyscy ludzie, lubiący udawać wielkie namiętności a mający za jedyną w istocie próżność tylko, są takowymi. Pozór — szaleństwo, głąb — rachuba. Do tego jest to najniewdzięczniejszy z ludzi. Jaki był mnie, tak jest lub będzie bratu Twemu niewdzięcznikiem, bo z pisma Twego się domyślam, że własnym nakładem brat Twój jego poemata, te dwa, drukuje — wszak tak? Cave hominem680!
Dziękuję Ci tysiąkroć za „Przegląd”. W Dwóch Ideałach brat Twój zanadto się uniósł potępieniem na Mickiewicza, łaską na Erofa681. Bądź co bądź, Mickiewicz jest, był i pozostanie największym poetą polskim i słowiańskim! Prawda, „improwizacją” pchnął młode pokolenie w drogę straszną, uczepił je do wiszoru, wiszącego nad samą otchłanią, i ono tam odtąd, z bluźnierstwem na ustach, a podrygami nóg w próżni, zwisie się trzyma. Prawda, lecz to po części i wina pokolenia, które na odwrót pszczołom, wysysa same jady, a wszelki miód nietknięt zostawia. Co to za spiż koryncki wiersz p. Adama! Nikt nigdy nie wyrówna tej odwieczności wiersza, która cechą jego. Należało więc wspomnieć i o zasługach i o wielkości. Mniej byłoby jednostronnem, a prawda zyskuje zawsze na niejednostronności! Co do Erofa, tak się sam czuje znikczemniałym, że dziwi się i admiruje, gdy znajdzie gdzie o sobie wspomnienie. Zawsze mu się z początku wydaje: „Być nie może, co to?” itd., itd. Ah, taki stan umysłu twórczym nie jest.
Co do Generała, coraz bardziej się przekonywam, że poeci i pisarze straszliwie do kobiet i dzieci są podobni. Miłość własna bez granic. Wiesz — zaczynam niemi (nie osobami ich, ale naturą ich) pogardzać. Gorzkie to, ale tak jest. Jakieś tam błazeństwo leży, którem podszyte najwyższe natchnienia — chyba na pamiątkę pulvis es et in pulverem682 etc., etc. Mickiewicz, Lamartyn, Słowacki, Norwid, a teraz ten gniew... i za co? za krytykę, mojem zdaniem, i najsumienniejszą i najpochlebniejszą! Delirant683. Ah, bo to straszna rzecz być kochankiem idealnej piękności. Jak się w niej zakochasz, znieść nie możesz zarzutu, żeś jej szat nie dotknął. W każdej chwili chciałbyś o sobie samym, w sobie samym, wiedzieć, że ona Twoją!
Anglią gromem, rzuconym z Watykanu, rozdarł papież i przyłożył się do jej ruiny; boć i Anglia, drogi mój, kiedyś się rozwali! Co za szaleństwo popełnił biskup z Chartres przeciw arcybiskupowi paryskiemu! W kościół wprowadził rozryw taki sam, jaki istnieje w izbie. Tego jeszcze brak było. Wreszcie sama stronniczość przezeń przemawia. Od orędzia arcybiskupa rzadko co wznioślejszego czytałem.
Erof niedawno mi mówił, że przysłałby Ci kilka zgłosek do „Przeglądu” — at, głupstwo, nic, nic — ale że go zawsze przeraża zecer wasz. Pomyłki albowiem takowe i tak liczne sprawiają wrażenie podobne do tego, jakie wywrzeć musi twarz bez nosa lub uszu. W tem koniecznie winniście się poprawić. Teraz o Twego stryja zaczynam się bać, bo Czarnieckiego skończył. Wyjątek, co był w „Przeglądzie”, o Szembeku i Kmiciance, śliczny. Mógłbyś mi tu przesłać dyliżansem czy koleją raczej egzemplarz jeden Dnia Dzisiejszego Twego i Ostatniego, edycji paryskiej, bo już w Paryżu nie ma. Powinien byś także kilkadziesiąt ich odesłać Królikowskiemu684, który na żądanie musi odpowiadać: „Nie ma — są u autora wszystkie”. O „Przegląd” też następny upominam się. Daruj, że Cię tak nudami obarczam, ale do kogóż mi się udawać? Pisuj też nieco częściej! 15-go kwietnia przenaszam się do Badenu. Pułkownik tu do mnie, zacny i poczciwy, aż z malborskiego nadjechał — i bawi jeszcze kilka dni — potem Paryż odwiedzić chce. Konstantego krytyką zanadto nie zmartwcie, bo i on łacno dotkliwy. Jednak prawda przede wszystkiem — lecz obok prawdy niech i przyjaźń będzie. Rzewuskiemu oddaliście, co mu się należy — i to jeszcze z wielką w wyrażeniu miłością. To duch, z błota lepion. Dziwi mnie, że talentu nie ma do poezji. Ściskam Cię z głębi duszy.
Twój Heidelberski
Gaszyński posłał Ci śliczny jeden krótko-wiersz o wygnańcu, co widzi na progu siostrę i żonę czyjąś. Wydrukujże go!
331. Do Stanisława Małachowskiego
6 kwietnia, Heidelberg, 1851
Drogi mój! Nie odpisałem zaraz na Twój list długi z trzydziestego pierwszego, bom nie mógł; znów na oczy przez te dni byłem zapadł, a dyktować nie cierpię. Choroba mi folgi dać nie chce, i melancholia, i całe ciało w strzykaniach, a oczy ostro dokuczają i błędnie widzą.
Co, myślisz, nastąpi w maju, czy jaki czerwiec? Gazety na żałobny ton pieją, pociesza mnie tylko Dembińskiego przybyt, bo znana rzecz, że, ilekroć rewolucja w Paryżu, to jego nie ma. Tak się zawsze trafiało. Za parę tygodni przenoszę się do Badenu.
Smutek Czajki685 po niewczasie, trzeba było być smutnym wprzód; poginiem przez takie mądrości po szkodzie. Przykład, przezeń dany, jest jednym z najfatalniejszych dla pokoleń polskich, i tak coraz mniej zasad i wiar mających. Trapistostwo Norwida tyle warte, co islamizm Czajki: pozowanie, teatralność, pycha, próżność, a w końcu otchłań, zgotowana i aktorom sztuki, i teatrowi całemu, i patrzącej publiczności.
Nie mogę dalej dla iskier przed oczyma. Ściskam Cię serdecznie. Ojciec kazał Ci się kłaniać serdecznie.
Twój
332. Do Stanisława Koźmiana
1851. Heidelberg. 22-go kwietnia
Alleluja, Resurrexit — i mój biedny Adzio także, z łaski bożej, w tych dniach, z snu śmierci, w którym leżał przez pięć dni i nocy wciąż, zmartwychwstał i ocalony jest! Bóg a po Bogu Chelius go wzbudził, nie odstąpiwszy ni dniem, ni nocą przez godzin 96. Było to Schleim-Fieber686 to samo, na com był stracił już przed laty Danielewicza, co się rzuciła na mózg i zapalenie sprawiła. Nadziei już żadnej nie upatrywano. Mogłem już na oczy rozpoznawać i widzieć rękę śmierci, wyciągniętą, podsuwającą się coraz bliżej po dziecko moje. Wtem Cheliusowi przyszedł pomysł genialny. Ciągłą, bezprzerwną uwagą odkrył był, że ta gorączka anormalnie się objawia, co drugą noc napad silniejszy przypuszczając, a zatem przybierając na się niewłaściwe sobie piętno feber przestających. Dał mu chiny. Na zwykłe zapalenie mózgu byłby dobił takim lekiem, lecz tu przeciął zaród złego i zbawił. Przeszedłem przez otchłanie bolu nieopisanego, a wiesz, śród tego bólu bólów, gdziem szukał pociechy i kto mi jej dostarczył? Oto „Przegląd”. Zdziwisz się. Słuchaj!
Pamiętasz wyjątek z Rulina Piotrowskiego687, zgon okropny, włosom na każdej głowie ludzkiej nakazujący wstawać, przeora Sieroczyńskiego? Niedawno ja i Eliza byliśmy przeczytali, a struchleli, czytając. Otóż, kiedy te dni straszne przyszły na nas, kiedyśmy ujrzeli ową kochaną i przedziwnie śliczną główkę, tonącą w snu wiekuistego głębie, kiedy już sercom naszym zabrakło nadziei wszelkiej, spojrzeliśmy na się w milczeniu rozpaczy, a z jedną, tą samą myślą w sercu, i po długich milczeniach zobopólnych wreście ta myśl nam z ust buchnęła: „Jeśli taka wola boża, niechże wraca ptaszęciem bożem do nieba. Może, gdyby wyżył, przyszłoby na niego kiedyś gnić po więzieniach lub błąkać się po Sybirze, może by to ciałko nadobne i szlachetne knut rozdarł, a tak tylko się ziemia lekko go dotknie. Dziś ducha wyzionie — jutro ogląda niebiosa — a nigdy już, nigdy nie legnie, jak przor Sieroczyński pod 7000-ma kijów za to, że ukochał Boga, bliźnich i Polskę”. Taką ulgą, taką to, mości panie, w drugiej 19-go wieku połowie, ujmują sobie rozpaczy rodzice polscy, gdy im najśliczniejsze, najczystsze, najprzedziwniejsze dziecie umiera! Takiem to żelazem rozpalonem oszukują ranę bezdenną, która ich zabija, wypalając ją sobie na piersiach. O nieszczęśliwe plemie! A może nieszczęśliwsi ci, którzy ono plemie do takich pociech przywiedli niesłychanych, zbrodni wiekowym ciągiem.
Teraz przechodzę do Klaczki.
1° — 49 roku z Bernu pisałem do Norwida, który mi jakieś po 13 czerwca dziecinne deklamacje przeciwko Changarnierowi był przesłał za to, że śmiał rozpędzić czerwonych i zmusić Rollina do wyskoku przez okno — że powinien się uważać za szczęsnego, iż w mieście, gdzie go mogą co dzień obedrzeć i powiesić, dowodzi taki dzielny generał, jak Changarnier. 50 roku, na jesieni, ktoś mi pokazał list od Klaczki, w którym stało, że ja pisał do Norwida „o świętym i kochanym jenerale Changarnier” — i za to autor listu darzył mnie przezwiskiem renegata. Wzruszyłem ramionami, widząc, żem wpadł pomiędzy komeraże dwojga dzieci rozumnych, ale dzieci. — 2° — Gdym z Dieppe przybył na jesień do Paryża, znudzony wiecznemi skargami, rozsiewanemi na mnie przez Klaczkę, jakobym go był chciał obrazić w Heidelbergu listem, w którym stało wyrażenie, że naród hebrajski jest jednym z najarystokratyczniejszych w dziejach świata — (co tu dziwnego, co tu fałszywego? naród, co wydał Dawida, Proroków, Machabeuszów, a w końcu Jezusa Chrystusa) prosiłem Augusta, by go zaprosił na rozmowę ze mną, chciałem go albowiem szczerze z błędu wyprowadzić, a tem umniejszyć skwaśniałej duszy — kwasu. Wtedy Klaczko, znów jak dziecko znarowione, kazał mi odpowiedzieć, że się nie chce widzieć ze mną. Pomyślałem: dziecko — i o tem komuś wspomniałem. Ten ktoś, to słysząc, wyszedłszy ode mnie, spotkał owego Jabłonowskiego, z którym żył ściśle, i, obrażony na Klaczkę, zaczął Jabłonowskiemu mówić: „Strzeż się Klaczki, bo to intrygant”. Wróciwszy zaś nazajutrz do mnie, chwalił mi się z tego — a ja wtedy owszem zacząłem mu przedstawiać, że nigdy niczem Klaczko na imie intryganta nie zasłużył i że to, co uczynił w stosunku do mnie, raczej burdą, niż intrygą. Jabłonowskiego zaś nigdy w życiu na oczym nie oglądał. — 3° — Przyjętym ani nieprzyjętym nie mógł być od Augusta, bo, co dzień do niego o tej samej godzinie z rana przychodząc, prosto z korytarza w jego drzwi wchodził — i tak raz, wszedłszy, mnie zastał. August rzekł tylko: Pan Klaczko. Ja natychmiast się zerwałem i, przystąpiwszy doń, rzekłem: „Kiedy pan do mnie w Heidelbergu 1847 r. pisałeś jak do proroka, pojmiesz pan, że, nie poczuwając się do żadnych proroctw, nie mogłem się z panem widzieć. Ja nie mogłem, a pan zaś tu w Paryżu, gdym ja znów pragnął, nie chciałeś. Zatem kwita między nami. A teraz szczerej prawdy słuchaj! Panu się zdaje, że pan masz do mnie pretensję i urazę — wręcz przeciwnie jest, bo ja ją raczej do pana powinien bym mieć, wszędzie albowiem pan rozgłasza, żem panu kamieniem odrzucił za chleb, odpowiedział ironią za tkliwe uczucie. Gdybym tak był postąpił, byłbym podłym. Zatem pan mnie wszędzie oskarżasz o podłość. To niedobrze i niesłusznie. Pisząc do pana pochlebnie o pańskim narodzie, sądziłem, że najwyższą panu pociechę przyniosę, i nie mogłem się spodziewać, że pan to za ironią poczytasz. Gdyby na przykład p. Thiers, dziś niecierpiący Polaków, napisał do mnie coś pochlebnego o Polszcze, czy pan myślisz, że ja bym to za obelgę i szyderstwo uważał? Wcale nie. Owszem, miałbym to w dumie mej narodowej za chwilę sprawiedliwości w panu Thiersie, a skądinąd za grzeczność dla siebie osobistą od niego. Jeśli pan w moim liście tego nie uczuł zaraz, i na opak sens zamierzony przejąłeś, to chyba z winy mego stylu pochodzi — możem ciemno się wyraził. Zatem miałbyś tylko prawo chodzić po świecie i mówić: Jaki głupi pan Z. K. — ale nigdy nic innego — rozumiesz pan? Nic innego. Do niczego innego prawa nie masz. Zatem ufam, że po takiem szczerem i otwartem wytłomaczeniu pan już nadal skarg swych na mnie rozwodzić nie będziesz. Obowiązuję nawet pana do tego. Pan sam czuć musisz, że już nie masz prawa żadnego mię w tym względzie ścigać”. —
Tu ścisnąłem mu rękę. Przez cały czas pomieszany milczał, potem coś przebąknął, obietnicę, że już nigdy nie będzie wspominał gorzko o liście moim, i oświadczenie, że mi wierzy — ukłonił się najuprzejmiej, najpoddanniej — i wyszedł. Co zaś prawdą, to to, żem prawie w ataku nerwowym był, gdym doń przemawiał, bo trza wiedzieć, że w one czasy pokąpielowe rozstrojenie nerwów moich było doszło do stopnia niesłychanego. Słów zaś: „Pan mię w Heidelbergu nie przyjąłeś, ja mam teraz prawo nie żądać pańskiej znajomości!” — słowo honoru Ci daję, że nigdy ich do mnie ni na początku, ni w środku, ni w końcu nie wyrzekł. Fałsz najabsolutniejszy! Teraz masz prawdę najzupełniejszą, a po jej wypisaniu, z głębi serca mu przebaczam, i raczej żal mi jego, niż gniew mi nań. Sam siebie rozdziera — nie chce wierzyć w serce drugich. Gdyby był uwierzył mojemu, może bym był mu przyniósł cokolwiek ulgi. Mam go za charakter daleko wyższy od Norwidowego i inteligencją daleko potężniejszą — ale żre go robak zawiści i ten drugi, który w naszym wieku wmawia we wszystkich, którzy nie od razu urodzili się potentatami lub Rotszyldami, że nimi gardzą i że im drudzy co chwila pragną ubliżyć. Brak w tem godności, a właśnie tem, zda im się, że jej dostępują. Biedni i bardzo biedni!
Już nie mogę dalej. Ściskam Cię z głębi serca i wiem, że się uradujesz wieścią, iż wyszedłem za Boga opieką z toni nieszczęścia. Raz Ci jeszcze dziękuję za pociechę, wyssaną z „Przeglądu”. Odpisz mi jeszcze tu, bo, nim do sił wróci Adzio, nie zdołam się przenieść do Badenu. Jak wyjdą rozszerzone Dwa ideały, przyszlesz mi je, a Erof, skoro dokona, prześle Ci do „Przeglądu”. Powiedz mi nawet, czy można by czem pomóc Klaczce? Na Twoje ręce bym przesłał.
333. Do Stanisława Małachowskiego
25 kwietnia, Heidelberg, 1851
Mój drogi! Taka gospoda nas pełna, że się lękam, by nie wylała nami przez okna na ulicę. Cierpię wciąż tak, że sobie rady nie mogę dać i wszystko mi niemiłem, i melancholia, zwykle, gdy czaszka, oczy i zęby rwą, ustępująca, tą razą nie chce ustąpić. W dwóchem więc piekłach, jednem wewnętrznem, drugiem zewnętrznem. Powiadam Ci, drogi Wojewodo, źle ze mną, nic mnie wyrwać nie może z ciągłej, bezprzerwnej, bez odetchnień boleści czy ciała, czy ducha, a każde nowe wstrząśnienie, spadające na taki stan, zaraz go pogarsza, to samo sprawuje, co piorun, na nowo uderzeniem rozpalający przepalone już zgliszcza. Wszelka dyskusja, wszelka rozmowa mię zabijają, widok wielu ludzi, nagromadzonych razem, wprawuje mię w rozdraźń szaloną; chciałbym jamy, nory, jaskini wiecznie ciemnej, i tam przy lampie jednej marzeń jakich, lepszych, niż to, co dać może rzeczywistość obrzydliwa świata, pozostawać! Przy tem każda, by ga zaraz na łożu Prokrusta i tortury nienajlepsza zmiana pogody już mnie rozciąsłychane zadaje. Cierpliwości mi już nie stawa. Od dwóch lat przemarniałem się wszystek od stóp do głów, od serca do rozumu, cierpieniem.
Od Wielkiej Księżnej688 dziś jeszcze list miałem z Manheimu, ale ani słówka o mojej prośbie, Twojej wizie. Co tu począć? Jeszcze poczekam nieco, a później rozpocznę z Cheliusem targ o wpuszczenie Cię bez wizy ze Strasburga. Widzisz, wściekłość mię porywa, kiedy od dni trzech pod oknami widzę przechadzającego się trzydzieści razy na dzień Prawdzica Hr. Bialskiego, któregom ani odwiedzin, ani odezw, ani listów nie chciał przyjąć i który, jak na zwierzynę, dybie na mnie, a pomyślę, że Tobie wizy nie dają.
Tak to na świecie; ma Bialski, dostanie i Darasz, a Małachowskiemu odmówią. I ci ludzie chcą stać i trwać przy tak bezdennem głupstwie.
Ściskam Cię z głębi duszy.
Scapa
Na gwałt kufry mi szlij. Sołtana uściskaj.