18. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 12 czerwca 1831
Kochany Henryku!
Właśnie odebrałem list Twój z d. 6 czerwca i odpowiadam nań natychmiast. Zaprawdę, daleką była ironia od mego serca, gdym Cię prosił, byś mię więcej nie bronił i żeby Ci tego dowieść, ponawiam prośbę.44 Ach, przygotowany jestem na czarę męczarni, która mię czeka, zaledwie w niej umoczyłem wargi. — Lecz wkrótce trzeba będzie nasycać się nią do woli. Moim jedynym puklerzem przeciw rozpaczy jest pogarda dla ludzi i już od dawna zacząłem nimi pogardzać.
Out, out, brief candle45 itd.
Są to bezsprzecznie najpiękniejsze wiersze, jakie stary Will46 kiedykolwiek napisał.
Po cóż mam sam przed sobą to ukrywać? Kariera moja skończona, choć nigdy się nie rozpoczęła. Chyba, że nazywasz karierą pływanie z Vaucherem, fechtunek z Marcelinem, grę w szachy z Duchesnem, rozważanie praw rodu ludzkiego z p. Rovilliod. Trzeba by cudu, aby zmienić moje położenie i znów mię pchnąć na ścieżki tego świata. A nie mam nadziei, by Bóg dokonał cudu dla biednego grzesznika. Jednak nie wierz temu, że powziąłem postanowienie; za wiele we mnie słabości, bym mógł uczynić wybór nieodwołalny. Znasz mię. Nie jestem stworzony do rezygnacji. Nic mię nie kosztują wzloty, choćby mię miały w przepaść rzucić; lecz wytrwałość zarówno w dobrem jak i w złem jest mi w wysokim stopniu trudną. Dlatego też nie wiem, co się stanie, i, by ukryć swą słabość, powtarzam w kółko: „Zdajmy się na los szczęścia!”.
Skrzynecki doznał porażki, lecz podczas bitwy oddziały jego przeszły na Litwę. Nic nie stracono. Odrodzi się Polska w swej piękności i wszystkie jej dzieci radować się będą w promieniach jej świetności, z wyjątkiem jednego, który, osamotniony, zapomniany może, gdy uczuje, że koniec jego się zbliża, weźmie sandały i kij pielgrzyma i podąży nieznany, by ujrzeć raz jeszcze ziemię, gdzie wznosi się mogiła jego matki, lecz nigdy nie wzniesie się mogiła jego ojca. W piękny dzień jesienny słodko mi może będzie jednak umierać, gdy się oprę o kratę grobowca mej matki, tej matki, która, umierając, te tylko powiedziała mi słowa: „Bądź dobrym chrześcijaninem i dobrym Polakiem”. Jak prędko zmieniają się życzenia! Nie tak dawno, jak chciałem umrzeć na szczycie góry, u stóp H. Dziś już pozostała mi może jedynie chwila konania, by stopami dotknąć ojczystej ziemi. Mnie, który, gdyby mi okoliczności sprzyjały, byłbym wstrząsnął kośćmi swoich przodków, krzycząc: „Polsko!” i „Naprzód!”. Lecz niegodnem jest męża litować się nad samym sobą. Przerwijmy więc! Boga tylko o litość proszę, gdyż On jeden jest ponad mną. Co do innych ludzi, to, jeśli czyny moje wobec ich czynów są niczem, myślą moją mogę się wznieść ponad nich, a czas nadejdzie, gdy będziemy bardziej myślą i kontemplacją, niż czynem i ciałem. Zresztą, powiadam Ci, nie zawsze będziesz musiał głos zniżać, moje wymawiając imię.
„I jak zwisające girlandy” itd. jest dobre. Reszta nic godnego uwagi nie zawiera. Przyślij mi „potrójne listy” z długiemi urywkami Twoich poematów. Gdy czytam to, coś napisał, mam uczucie ojca chrzestnego, który trzyma chrześniaka w swych rękach, tak bardzo splotłem duszę moją, myśli moje, uczucia moje z Twojemi. Przewyższasz mię jednak zabarwieniem, które umiesz nadać temu, co piszesz. Tobie wiersze, a mnie proza. Już przez to samo niżej stoję od Ciebie.
A teraz przetłumaczę Ci z polskiego portret lorda Grama, który znajduje się w rękopisie47.
Źle Ci w Londynie, biedny przyjacielu? Pomyśl, że to dopiero początek długiej próby i, zamiast słabnąć, zbierz swoje siły! Rozumiem doskonale, że ten świat maszyn, w którym ludzie znaczą nie więcej od belek, musi Ci się wydawać smutnym po świecie piękności i majestatu, który dopiero co opuściłeś.
Jakżeż te wieczory, tańce, dymy, ludność, przypominać Ci muszą w głębi piersi serce, które szuka sobie ujścia, by nie pęknąć pod wpływem tętnienia potężnego życia! Lecz trzymaj się mocno! Ponad mgłą londyńską jest olśniewające i czyste niebo. Niech tam polecą myśli Twoje, jeśli nie mogą tego Twe spojrzenia. Patrząc na ludzi, miotających się na giełdzie, w obu Izbach, w sklepach, uśmiechnij się litośnie, myśląc o skałach, które nie miotają się nigdy i które są wielkie, bo nieruchome.
Niech Cię sny przeniosą z powrotem na Mont Blanc w noc, którąśmy tam razem przepędzili. A jeśli we śnie wpatrywać się będziesz choć w jedną gwiazdę z tych, które błyszczały wtedy nad nami, budząc się, siły odzyskasz. Naprzód, przyjacielu! Spraw, by mocno zadrgały struny Twej liry, a gdy do mnie dojdą ich dźwięki, otoczone szmerem pochwał ludzkich, choćbym na śmiertelnem leżał łożu, podniosę się jeszcze, by uśmiechnąć się do sławy przyjaciela. Oto moja wyższość nad Tobą. Ty nie uśmiechniesz się nigdy do mojej.
Zyg. Kr.
Wyrazy szacunku dla Twojej Matki.
Nic, najzupełniej nic od H.! Napisz prędko coś o niej! To mię do rozpaczy doprowadza. Ma jednak słuszność. Jest to dusza szlachetna. Dotychczas znosiła wszystko. Lecz hańbę?
Bineta od wieków nie widziałem. — Aleksander każe Ci powiedzieć, że postara się zrobić portret jak najprędzej. Często widuję Duchesne’a; wiele między nami podobieństwa, on ma reumatyzm, ja też, on ma pleuryt, ja też, on nie znosi napojów podniecających, ja też. — On ma krótki wzrok, ja też. — Zresztą jest to dobroduszny chłopiec. Ma dosyć rozumu. Mój ból w boku powrócił. Przeklęta historia, to mię tam zaprowadzi, skąd się nie wraca. Żegnaj, żegnaj! Coś o H.! Błagam i proszę.
P. S. Zwracam Ci uwagę, że powinieneś powiedzieć: „Młode lato przytulało się do piersi starej zimy”, a nie stara zima przytulała się do piersi młodego lata, gdyż w ogrodzie młode lato jest dziecięciem w porównaniu z olbrzymią rozciągłością zimy. Nie myśl, że mogłem zapomnieć o kwiatku z Bourdigny. Dostaniesz go w swojem miejscu i swoim czasie.
19. Do Henryka Reeve’a
21 czerwca 1831 r., Genewa
Mój kochany Henryku! Jakże musisz być zimnego i szyderczego usposobienia, jeśli już szyderstwo zjawiło się po przygnębieniu, wywołanem wielkiem miastem Londynem. Ach, wyobrażam sobie, co się dzieje w Twojem sercu. Patrzysz na tych wszystkich ludzi, jak na węgle kamienne, obdarzone ruchem. Amen.
A ja! Czy wiesz, w jakich godzinach mogę jeszcze mówić, że żyję? Oto, gdy samotny piszę w swoim pokoju poemat lub powieść, lub cokolwiek chcesz innego, gdy opisuję szaleństwo człowieka, który ma mnie wyobrażać, gdy staram się zebrać w swej pamięci wspomnienie wszystkich mych wrażeń, wszystkich mych cierpień, wszystkich rozpryśniętych kropel goryczy, by z nich utworzyć czaszę, pełną po brzegi, którą może podam kiedyś ludziom, mówiąc: „Oto co dała mi ziemia i jej mieszkańcy!, gdy staram się odtworzyć Twój charakter, Twoje ruchy, styl Twoich przemówień — gdy Cię przedstawiam z ręką, przyjaźnie wyciągniętą ku nieszczęsnemu, który na wpół tylko Cię rozumie, który z dzikiem upojeniem rozwija w słowach wszystkie swoje męki, który, dostawszy się na jezioro, ucieka w łodzi, to znowu w chacie na Salève zastanawia się w nocy nad światem duchów i opowiada Gramowi o ukazaniu się św. Rozalii. Pogrążam się całą duszą w obraz tego, co mi jeszcze do wycierpienia pozostaje, by duszę zahartować. Pływam energicznie pomiędzy falami goryczy: zalewają mi one usta, oczy, otrząsam się z nich i odrzucam je, ale przyjdzie chwila, gdy mię pochłoną.
Oto wyjątek z rękopisu Adama (szaleńca)48.
Za dwa lub trzy tygodnie losy moje wyraźniejszej nabiorą barwy. Dotychczas gwiazda moja była mgławicą, teraz stanie się kometą, która spali... kogo? Nikogo, prócz mnie jednego. Vauché w dobrym humorze. Nie znalazł jeszcze sposobności zdobycia pukla; stanie się to przy pierwszym wieczorze, na który C. zaproszą, gdy będzie ją czesał.
Pisuj do mnie, mój drogi, mój drogi przyjacielu!
A więc, wkrótce wybije godzina decyzji, straszniejsza od chwili śmierci, gdyż decyzję poprzedza walka, wyczerpująca duszę, a śmierć jest jedynie zwycięstwem nad nami. Zapewne, i tu zmagają się nerwy i włókna, lecz cóż to jest w porównaniu ze strunami tej zaczarowanej lutni, którą nosimy w głębi piersi i która zwie się duszą? Która w dniach szczęścia drga doskonale harmonijnemi dźwiękami, a w dniu próby naciągnięta zostaje aż do zerwania lub rozprężona aż do omdlenia? Jeśli ani na jedno, ani na drugie się nie zdobywa, jest niema i głucha jak u Leona Revillioda, lub jest to dusza wielka. Ale nielicznym tylko było dane posiadanie wielkiej duszy; niejednemu znamienitemu mężowi jej brakło. Zobaczymy. Przygotowałem się w milczeniu nocy. Sny moje były przygotowaniem. Ścisnąłem mocno pierś moją pasem cierpień, a teraz oto zagadką, co wpierw rozpryśnie w kawały, pas, czy pierś moja. Jednakże niech się stanie, co się stać musi! Jestem pewien uścisku ręki przyjaciela, jeśli żyć będę, i jednej łzy nad moim grobem, jeśli padnę. Dwa miesiące temu powiedziałbym: dwóch łez, lecz dziś mówię tylko o jednej jedynej, boś ty jeden mi pozostał. Ach gdzież ona, moja H.!
Zyg. Kras.
20. Do Henryka Reeve’a
23 czerwca 1831, Genewa
Mój kochany Henryku!
Przed dwoma dniami pisałem do Ciebie w sprawie H. Dziś odpowiadam na Twój list z d. 17 czerwca49.
O tak! Masz potężną wyobraźnię i ona będzie się z coraz większą siłą wznosiła, aż do chwili, w której będziesz musiał użyć całej mocy, by ją powstrzymać w jej nieokiełzanym locie. Wtedy dojdziesz do najwyższego szczytu, który może osiągnąć poezja u Ciebie. W fragmencie, który mi przysłałeś, nie znajduję nic, co byś zawdzięczał mnie lub wicehrabiemu. Jest to bogaty obraz poetycki, może nieco przeładowany, lecz to nic nie szkodzi, skoro rozpocząłeś od wschodu; zabarwienie wschodnie i dla reszty jest odpowiednie. Doskonale rozumiem całość alegorii. Kobieta, to rewolucja, ale kto to „Ten śmielszy mąż, a później jego towarzysz (za wyniosły, by modlić się modlitwą chrześcijańską)”? (To przypomina templariusza). Ale to symbol. Później dziwne narzędzia. Co to takiego? Potem nie podoba mi się „sztandar na wojnie i symbol wszędzie”. Byłbyś lepiej zrobił, gdybyś był użył zamiast „wszędzie”, czegoś bardziej określonego, skoro już są trzy rzeczy określone: wyłom, cela, wojna. Zresztą zabarwienie tego fragmentu jest dobre, pozostawia w duszy wrażenie cierpienia, a to było Twoim celem. Ciemne zabarwienie całości jest złagodzone przez dwa ostatnie wiersze (jak feniks), gdyż jest w nich jakaś pociecha. „Znak tego, czem było życie” jest doskonałe.
Co do broszury o Polsce, to myślę, że tak dla Ciebie, jak i dla tych, którzy Cię będą czytali, lepiej, byś dwa wiersze zamiast jednej broszury napisał, choćby miała być tak dobra, jak wicehrabiego i Sismondiego. „Tu spoczywa naród” oto broszura o Polsce. Jesteś poetą. Pozostaw broszury dziennikarzom i prozaikom. Żądano od Ciebie informacji o Polsce, a więc broszura jest pisana na zamówienie. Będzie licha. Piszesz ją nie dla siebie, tylko dla innych: będzie licha. — Trzeba w nią włożyć i historię, i trochę wyrachowania, trochę rozumowania, a mało natchnienia: będzie licha. Napisz w swoim poemacie dziesięć wierszy o mojej ojczyźnie, a zaręczam Ci, że wejdą prosto do serc ludzkich. Twoja broszura wejdzie prosto między lepkie szczęki robaków. Zaufaj w tym względzie przyjacielowi, który Cię zna. Gdy się jest poetą, nie pisuje się broszur, a jeśli się je pisuje, są liche. Potem zwrócę Ci uwagę, żeś nie powinien się spieszyć z zakończeniem swojego poematu. Czekaj teraz, z dnia na dzień, aż życie stanie Ci się ciężarem, a w stosunku do ciężaru siły Twoje wzrosną. Tysiąc nowych uczuć w duszy Twojej się rozwinie i tysiąc nowych sytuacyj otoczy Cię wężowemi skrętami. Będziesz się wyrywał, Laokoonie, a z walki tej wytrysną iskry, chcę powiedzieć, myśli, nieznane wzloty, coraz potężniejsze, wyolbrzymione, bo otoczony będziesz brzydotą i nikczemnością. Wtedy cała Twoja piękna dusza rozwinie się, w ekstazie rozkoszować się będzie kilku chwilami światła, zatrzęsie się ze zgrozy na widok nizin życia, które często są zbrodnią, zatrzepoce skrzydłami, by dym przebić, unosić się będzie w słońcu, znów we mgłę zapadnie, znów się wzniesie, i znów upadnie, i wzniesie z powrotem. Przejścia od dnia do nocy, od ciemności do światła szybsze i straszniejsze będą, niż dotąd. Dotychczas, Henryku, póki chodziłeś w kółku rodzinnem, byłeś mężem tylko w chwilach poezji. Ale teraz, gdy koło Twoje się rozszerza, gdy jesteś człowiekiem pośród ludzi w ciągłej walce, będziesz ponad ludźmi w swojej poezji. Gdyż być poetą znaczy przesunąć obecną rzeczywistość w przeszłość lub przyszłość, aż do granic ostatecznych możliwości, z tej strony ziemi ku niebu, z tamtej ku piekłu.
Czekaj więc, aż będziesz mógł myśli swe i uczucia nagromadzić w swym poemacie, abyś nie żałował gorzko, żeś o czemś zapomniał, żeś wiele widział, a wyraził mało. Poczekaj, a piramida ta wzniesie się ponad różnicę. Na dnie będą kości i pył starego świata, zrodzone z goryczy Twojej walki, na szczycie lśnić będą barwy jutrzenki i promień, który wymknął się z wieczności, zrodzone z wewnętrznego zwycięstwa oraz Twoich nadziei jako poety i chrześcijanina. Skończyłem, przejdźmy do czego innego.
Moja metafora o suchem sianie jest zła (diablo zła); wymówką moją, że mówi ją obłąkany. Zła wymówka, ale to pozostanie. W chwili, gdy ją rzucałem na papier, rozumiałem ją, dziś już jej nie rozumiem. Mam nadzieję, że cholera nie przyjdzie do Londynu, a jeśli przyjdzie, będziesz przyglądał się, jak umierają bankierzy i maszyniści. Nad Tobą nie będzie miała mocy, gdyż albo się mylę, albo szlachetny cel masz do spełnienia. Skoro go wypełnisz, po wielu latach, wtedy nie tylko cholera, ale nawet brzęczenie muchy w wieczór letni może Cię powalić. — Co do mnie, myślę, że tego lub przyszłego roku na cholerę umrę. Dziwne to przeczucie; jeśli się sprawdzi, przyznasz mi zaszczytny dar widzenia przyszłości i po mojej śmierci możesz mię uczynić członkiem duchowym szanownego bractwa górali szkockich. Co się tyczy stu pobożnych w Londynie, to w istnienie ich bardzo wątpię. Na miejscach, opuszczonych przez Baala i Odyna, wzniesione są maszyny parowe. Wyobraź sobie jezioro Leman jako bożka i Romura jako najwyższego kapłana (Pontifex maximus). Styl Twojego listu zmroził mi serce, nie wiem dlaczego: jest w nim coś błyskotliwego, lecz to prędzej odblask lodu, niż płomienia. C. jest ciągle w Bourdigny. Mamy iść tam w tych dniach z Duchesne’em. On złoży wizytę, a ja tymczasem będę rwał kwiaty. Odebrałem list od Leacha; wybiera się do Londynu. Dałem mu Twój adres. Oto kilka urywków bez związku z manuskryptu Adama50.
Widziałem Chateaubrianda u Sismondi’ego. Z tyłu wygląda jak stary dandys, amator obiadów i przechadzek, zgięty, z laseczką w ręku, którą bije się po butach. Gdy się obróci, widać twarz piękną, nos orli, oczy wyraziste; głowa wspaniała na nędznem ciele, w butonierce biała róża. W tej jednej róży, noszonej przez starca, schroniły się wszystkie fałdy białych chorągwi i wszystkie liście lilij, które przed rokiem pokrywały Francję. Chateaubriand jest — krótko mówiąc — jednym z tych starych poetów, z których wygląda trufla i pudrowana peruka. Nie, to nie Byron; nie jest to urodzony poeta, lecz poeta z wyglądu, ponieważ trzeba być poetą, tak, jak trzeba być krawcem, szewcem, tokarzem itd. Mówiłem wiele o Tobie z p. Smith. Utrzymuje ona, że będziesz bardzo udręczony przez swą rodzinę w Anglii. Czy tajemnica Twoich stryjów w dalszym ciągu jest tajemnicą? Lecz brak mi papieru. Żegnaj, przyjacielu! Obyś mógł znaleźć chwil kilka spokoju wśród burzy życia, by móc lepiej rozpamiętywać chmury niknące i stawić czoło zbliżającym się.
Twój na zawsze
Zygm. Kr.
Ach, zrozumiałem! „Śmielszy mąż” to średnie wieki, jego towarzysz, to wieki następne, aż do rewolucji. Obraz jest wspaniały. Mój Adam nie jest dyletantem, mój kochany, chcę, by był prawdziwym mieszkańcem Bedlamu. Wstyd zdaniem mojem nie jest tylko zupełnym brakiem sławy, lecz trzeba mu dodać jeszcze jakieś działanie (bierne lub ujemne), które pociąga za sobą hańbę. Wtedy mamy doskonały kontrast ze sławą, gdyż i sława jest skrzydłem archanioła, które się porusza w wytryskach światła ponad pospolitą powierzchnię życia; wstyd jest poniżej, bez piór, ohydny, diabelski szkielet. Poza tem rozumiesz doskonale, że Adam nie jest wcale mną, mną i mną, i mną raz jeszcze. Moje „ja” posłużyło mi za punkt wyjścia i posunąłem rzeczywistość moją aż do jej granic ostatecznych. Jak Mitrydates, który w młodości, nie mając powodów do obawy, przyzwyczaił się do trucizny, gdyż przewidywał późniejsze zamachy na swoje życie. Poezja, wyobraźnia, urojenie, odrzucając stopnie przejściowe, dochodzą do celu. Wyrachowanie, rozsądek wchodzą przez wielkie schody. Oto dlaczego często przybywają na górę zdyszane, a znajdują co? Nic lub mało. Żegnaj najukochańszy! Coś o H.! Twoje polecenie będzie spełnione.
Nic, zupełnie nic od H.! Opuściła mnie! Będę skarżył się w goryczy mej duszy.
21. Do Henryka Reeve’a
1831. Genewa, 29 czerwca
Mój kochany Henryku!
Właśnie odebrałem list Twój z dnia 21 czerwca51. Wzbudził we mnie wiele uczuć.
A więc to August, August pisał do Ciebie! — I na polu bitwy pamięta on jeszcze o nędzniku, zanikającym w Szwajcarii! — Dumny jestem z tego. Musiałem niegdyś silne wrażenie wywrzeć na jego sercu, jeśli dziś jeszcze waży się imię moje wymawiać i mówić o mnie, lecz może jest to już po raz ostatni. Boże miłosierny, do czegóż zostałem doprowadzony? — On tak wysoko stoi nade mną! Jak orzeł unosi się nade mną. Życzę mu sławy, szczęścia i kocham go serdecznie. Okoliczności tworzą człowieka: ludzie są niczem, ponieważ są tylko ludźmi. Co ci przyszło do głowy, gdy pisałeś: „On jest wojownikiem, a ja próżniakiem”. Oto zaprawdę człowiek, który się skarży, jak szaleniec. Najpiękniejsza przyszłość otwiera się przed Tobą; życie geniusza, pełne walki. Staniesz się przedmiotem ludzkiego podziwu: czegoż Ci trzeba więcej, istoto nienasycona? Na śmiertelnem łożu będziesz mógł powiedzieć: żyłem. Czegoż żądasz więcej? Ach, gdybym ja tę samą miał nadzieję, jakżeż byłbym potężny i silny!
Broszura Twoja prawdopodobnie jest dobra, moje zdanie o niej było błędne — koniec jest dobry, nie za dużo ognia, ani też lodu, jak przystoi w broszurze politycznej: lecz powtarzam Ci: poetą jesteś, nie politykiem.
Zabawna rzecz; każdy z nas zrobił z kogoś autora, ja z Couteau, Ty z Augusta. Nie myśl, że chciałbym przez to w najmniejszym stopniu czynić porównania. Wiersze Twoje są bardzo harmonijne i przyjemne: „Wspomnienie uświęca”, a potem „Bo kochać jest większem szczęściem” itd., to dwa doskonałe wiersze. Całemu utworowi można by może zarzucić trochę miękkości, brak energii, lecz to jest zupełnie zależne od Twojego celu i od chwili, w której pisałeś. O tem sądzić nie mogę, gdyż nie byłem z Tobą. Słusznie, że uczyniła na Tobie wrażenie śmierć Dybicza, a mówi się przecież, że Bóg cudów nie czyni. Dlaczegoż ten wielki i wyniosły wódz nie padł na polu chwały? — Dlaczego hańba towarzyszyła ostatnim jego chwilom? Zanurzył się w łoże puchowe, by nie powstać z niego więcej. — Za czasów Sennacheriba powiedzieliby ludzie: „Oto ręka Boga Sprawiedliwego”, teraz stu się przyczyn szuka i mędrkuje. Nienawidzę rozumowania! Ono to spowodowało upadek ludzkości z pięknego Edenu do stóp Kaukazu, Alp i Pireneji, tam, gdzie się szatan przechadza. Oto czem jest rozum! Jest to rzecz martwa; jeśli można tak powiedzieć, jest materią duszy. Zasypiam, jak człowiek pijany, budzę się, jak człowiek, który chce się upić. Dni moje przesuwają się, jak obłoki po niebie, nie zostawiając na niem śladów, lecz głębokie ślady na samych sobie, gdyż wychodzą z gór jurajskich jako zwarta masa światłości i przychodzą jako łachmany i ciemność nad Mont Blanc. Dobrze, dobrze, nie wszystko jeszcze stracone, gdy można zjeść skrzydełko kury i zrobić wycieczkę do Pomier. Wiesz, przepaści są jedną z piękności przyrody. Jakżeż spokojny sen tam w dole, dokąd się dostaje skruszonym, jak ciastko. Od pewnego czasu zatrzymuję się przed każdą przepaścią, rozkoszą jest dla mnie w nie spoglądać; czuję, że mogę skończyć z ludźmi i ze sobą samym. Lecz to się nie stanie, jestem chrześcijaninem. Myśl jednak, że to by się stać mogło, sprawia mi ulgę. To jak ogród H., choć H. w nim nie ma. Żegnaj! Odpisz zaraz!
Zyg. Kr.