10. Do Henryka Reeve’a
22 stycznia 1831 r., Rzym
Drogi mój Henryku!
List Twój z dnia 11 stycznia 1831 r. dziś odebrałem. Podniósł on trochę mego upadłego ducha i wlał w moje serce kilka kropel balsamu przyjaźni, gdyż widzę, że jesteś jeszcze tem, czem być przyobiecałeś: moim przyjacielem. Trzy dni temu napisałem list do Ciebie, ale nie byłem przy zdrowych zmysłach. Gdy go odbierzesz, spal go i zapomnij, albo raczej schowaj go do jakiejś skrytki jako dowód, do jakich ostateczności dojść może dusza, umęczona bólem.
Chociaż uczucie dzikiej zemsty i myśli moje w tym względzie zupełnie się zmieniły, stanowisko moje pozostało to samo. Słowa, wyczytane przez Ciebie w „Galignani Messenger” są bądź sztuczką człowieka, żywiącego do mnie nienawiść, bądź radą przyjaciela. Nie mogąc wprost pisać do mnie, umieścił ją w dzienniku, by wskazać mi drogę, którą powinienem kroczyć. Ale, komukolwiek słowa te przypisać należy, nie mogę zaprzeczyć, że droga jest najbardziej dla mnie odpowiednia w obecnych okolicznościach. Jestem rzeczywiście jednym z najbogatszych młodzieńców w Polsce, członkiem jednej z najznakomitszych rodzin i walczyć za ojczyznę i zginąć jest jedynym sposobem postępowania, który mi przystoi. W nim jest sława i nadzieja zbawienia wiecznego, poza nim nie masz ani nadziei, ani honoru, ani zbawienia. Jednem słowem, nie ma nic, prócz hańby i przekleństwa. Czuję to głęboko, drogi mój Henryku, i cień smutku pada na moją duszę. Niech Bóg da, bym ja znikł jak najprędzej, bo chcę być tem, czem być powinienem, albo umrzeć bez pociechy. Grób mój nawet niegodny będzie westchnień mężów i łez niewieścich. Co moi przyjaciele, co ona, miłość moja, pomyśli o mnie? Przyjaciele gromkim głosem krzykną do mnie: „Jesteś tchórzem”, a ona zawoła: „Jesteś zdrajcą, bo, gdym pytała: Co stoi między nami, odpowiedziałeś: Ojczyzna moja, a teraz uciekasz z pola, śpisz snem głuchym między gruzami Rzymu, gdy nie czas już medytować nad ruinami, lecz gdy pora zbudować nad nimi gmach nowy, którego fundamentem będą głowy i członki ludzkie, a krew cementem”.
Co odpowiem? Nic, bo jedyną od tego ucieczką jest przebłysk szczęścia, albo wyniosłość, naśmiewająca się z potwarzy i oskarżenia.
Jestem przygwożdżony do Rzymu aż do chwili, gdy mój ojciec napisze mi, żebym przyjechał. Minister odmawia mi paszportów, nie mam zupełnie pieniędzy; jest fizyczną niemożliwością, bym się stąd ruszył. Ale nie tracę nadziei i modlę się do Boga. Modlę się, jedyna to moja ucieczka. Ojciec mój napisze mi wkrótce, żebym się udał do niego. Jest równie dobrym Polakiem, jak ktokolwiek w Polsce, i mężniejszy, niż ktokolwiek z nich. Tak, przyśle mi rozkaz powrotu, a wtedy pojadę.
Niemożliwem jest, by kto inny tak cierpiał, jak ja cierpię.
Nigdy nie opuszczam swego mieszkania, chyba tylko dla odwiedzenia Leach’a. Czytam, a raczej próbuję czytać w swoim samotnym pokoju. Moje oczy, bądź pełne łez, bądź wściekłością wysuszone, nie są w stanie śledzić za czarnemi literami na białym papierze. O, mój drogi Henryku, gdy wiosłowałem z Tobą po błękitnym Lemanie, gdy mówiłem o miłości, nadziei, o przyszłem szczęściu, nigdy nie przypuszczałem, że nadejdzie godzina, w której ujrzę sławę moją splamioną i honor mój stracony, i nie będę mógł zrobić najmniejszego wysiłku, by je odzyskać. Nigdy wówczas, gdy byłem szczęśliwy w miłości, gdy miałem częste przeczucia przyszłej chwały, nie przypuszczałem, że będę zmuszony śnić, gdy inni czuwają, pisać, gdy inni walczą, pić wino, gdy inni krew piją, pozostać w lochu podziemnym, gdy inni wznoszą się ku światłu i wolności. Kiedy opuściłem Genewę, przekleństwo niebios wygnało mię z Szwajcarii. Gdybym został w Genewie, połowa przeszkód, które mię powstrzymują teraz, niczem by dla mnie była. Miłosierny Boże, wejrzyj na mnie i spuść Swój pełen gniewu grom na głowę moją, nie w tak przygnębiający sposób jednak, lecz na polu bitwy, w bratnim szeregu, między grobami mych przodków, w mej własnej, drogiej ojczyźnie. Tam błagam o śmierć, gdy widzieć będę jasną zorzę wolności poprzez ciemne opary męki konania, krzycząc: „Bóg i śmierć wrogom!”. Co moi przyjaciele, co sama H. pomyśli o mnie? Henryku, Henryku, jestem zaprawdę nieszczęśliwy, nędzny i nieszczęśliwy. Los tak zły, jak mój, rzadko się zdarza na ziemi.
Lecz powiedziano, że człowiek nigdy nie powinien zwątpić w opiekę nieba, gdyż Pan jest nad nim: i może za kilka tygodni skończą się moje cierpienia. Wyobraź mnie sobie, gdy wsiadam na swego konia, gdy go spinam, by rzucić się naprzód w szeregi wrogów, gdy wracam okryty chwałą, albo padam nieznany, niezauważony przez nikogo, przebity tysiącem mieczy, ale zawsze wierny wspomnieniom swoich przyjaciół i przyjaciół swojej ukochanej. Harry, ja kocham, kocham ją jeszcze, moją H.!
Sprzeczne uczucia napełniają moją duszę i mogą mię doprowadzić do szaleństw mordercy i wołania, jak Hamlet w chwili, gdy będę pozbawiał innych życia: „Dukat za szczura!”. Odwiedziłeś mój samotny pokój, z którego tak często spoglądałem na słońce zachodzące, między szczytami gór jurajskich i na port w Ecluse. Tam widziałem ją po raz ostatni. Ach, wtedy wszystko było radością, nadzieją, pięknością! Było to w porze wiosennej i, gdy powóz jej wjeżdżał między góry, kwitnące drzewa pochylały nad nim swe gałęzie i roniły wokoło pachnącą rosę. Byłem wtedy szczęśliwy, choć smutny. Byłem szczęśliwy, że mogłem mówić z nią, że czytałem z jej bladawego czoła smutek, który czuła, opuszczając mnie, że spostrzegałem nagle w jej oczach spojrzenia, pełne miłości, błyskawice dla serca kochanka. Ach, był to dzień rozkoszny! Byłem wtedy tak młody! Teraz wydaje mi się, że jestem stary i że wiele lat przeszło od tej godziny miłości. Niech będzie błogosławiona i szczęśliwa! Niech życie, które jest dla mnie ciemnym i ciężkim zmrokiem, będzie dla niej dniem słonecznym! Niech tak będzie dla was, moi przyjaciele, którzy mię kochacie, i dla Ciebie, mój przyjacielu, mój Henryku, który mię tak bardzo kochasz! Zamoyski jest szlachetny i silny sercem. Niech Bóg mu da powodzenie! Jeśli go spotkam, o ile go spotkam, skłonię się przed nim. W tem, co piszę, a może być i w mojej duszy, dużo jest poetycznego uczucia, — on ma to uczucie w czynie. Przyślij mi, proszę Cię, trochę nowych wierszy.
Pisz do mnie w dalszym ciągu do Rzymu, lecz nie pod adresem Torlonii, ale poste restante. Teraz, gdy kończę ten list, nawiedziło mię nagle natchnienie, podobne potężnemu zaklęciu czarodziejskiemu, i zmusza mnie do powiedzenia Ci, drogi Henryku, że jestem jeszcze, jak niegdyś, śmiały i pełen namiętności. Życie moje nie jest skończone, siły moje nie rozpłynęły się we łzach lub westchnieniach, miłość do ojczyzny jeszcze ciągle płonie dumnie w mojem sercu. Miłość moja do niej jest jeszcze ta sama, co dawniej. Z takiemi uczuciami wejdę w szranki, zdobędę powodzenie i w końcu zyskam sobie imię lub stracę wszystko i nie powstanę więcej. Ale w niebie, gdzie rządzi Miłość i Wolność, spotkamy się wszyscy i łzy nasze na tym świecie wydadzą się wówczas zimną rosą wieczorną. Odpisz jak najprędzej!
Żegnaj! Twój do śmierci wierny
Zyg. Kras.
Najserdeczniejsze ukłony dla Twojej Matki.
Ukłony dla Revilliod. Leach dziękuje bardzo za pamięć. Patrz, jaka niepewność panuje w sprawach ludzkich! Gdy się żegnałem z Zamoyskim w Versoix, spodziewałem się, że go spotkam w Polsce, byłem tego pewien. A teraz może go nigdy więcej nie zobaczę. Może zginie, zanim przyjadę. Zwróć na to uwagę, Henryku, i skłoń się przed Panem, bo głupiec tylko ufa i spodziewa się na tym świecie. Jeśli napiszesz do Augusta, uściskaj go mocno ode mnie i powiedz mu, że nigdy nie wypadnie mi z pamięci.
11. Do Henryka Reeve’a
20 lutego, Florencja 1831
Twój ostatni list przybył do Rzymu w chwili, gdy wieczne miasto w dziwnem znajdowało się położeniu.
Od schodów Watykanu aż do rozsypujących się w proch ruin pałacu cezarów Strach i Oczekiwanie przechodziły, natrząsając się, między ludźmi. Przerwano wesoły karnawał. Nowo obrany papież usunął się do oddalonych komnat swego pałacu i w nich się zamknął. Żołnierze maszerowali tam i z powrotem. Obywatele, trupio bladzi, zamykali sklepy i wyglądali trwożliwie z wpółprzymkniętych okien. Wszyscy oczekiwali wypadków, tak pospolitych w naszym wieku, ale wypadki te nie następowały. Wiesz, że Włosi są spodleni i najzdolniejsi ze wszystkich narodów do odczuwania szlachetnego uczucia strachu. Stąd jasnem było, że chociaż wszędzie panował spokój, przedwcześnie obawiali się niebezpieczeństwa i zaczynali drżeć ze strachu przed rykiem burzy, mówiąc, że, co prawda burza jeszcze daleko od Rzymu, ale że zbliża się doń codziennie od strony Bolonii. W tych okolicznościach papież i kardynałowie nie umieli znaleźć innej drogi ratunku prócz podniecenia transtewerańczyków37, najokrutniejszego ludu we Włoszech, i skłonienia ich do obrony swej sprawy. I transtewerańczycy, znęceni nadzieją mordu i rabunku przyrzekli, zakasawszy rękawy, bronić rządu swemi sztyletami. Wielkie i ogólne zamieszanie panowało wówczas w Rzymie, kiedyśmy usłyszeli, że transtewerańczycy wołali do przejeżdżającego w powozie papieża: „Nie bój się, ojcze święty, jesteśmy transtewerańczycy!”. Znajduję coś niezmiernie poetycznego w tych kilku słowach. Następnie Jakubowski, który nie jest skrojony na zbyt bohaterską miarę, przyszedł do mnie i prosił, żebyśmy wyjechali. Zrobiłem wszystko, co było w mej mocy, by pozostać w Rzymie, gdyż rodzina Ankwiczów, którą widziałeś w Genewie, bawiła tam wtedy, a ponieważ bardzo byli uprzejmi dla mnie, uważałem za tchórzostwo uciekać przed niebezpieczeństwem, pozostawiając biedne kobiety same i bez pomocy. Przez tydzień traktowałem z pogardą strach, prośby i próby wyjazdu Jakubowskiego i dokładałem starań, by pocieszać tę rodzinę, ale następnie Polacy z Królestwa Polskiego odebrali rozkaz opuszczenia Rzymu. Ponieważ wyszedł od ambasadora, nie było sposobu opierać się dłużej. Leach wyjechał na dwa dni przede mną. Pojechałem za nim w towarzystwie kilku Polaków, a teraz piszę we Florencji koło okna, wychodzącego na Arno. Kampania Rzymska pokryta jest rozbójnikami, a Rzym znajduje się w najstraszniejszem niebezpieczeństwie. Papież posiada moc ducha, jak mi mówiono, ale rząd jego jest bliski upadku. Armia Bolończyków zbliża się ku bramom Rzymu, znaczna część Rzymian połączy się z nimi. Taki jest obecny stan wielkiego miasta, a tam znajduje się Mickiewicz. Nie obawiam się o niego. Wielcy mężowie mają swoje gwiazdy na niebie. Nie wiem, co zrobię. Nie mam wiadomości ani od swego ojca, ani od swych przyjaciół w Polsce.
Przeciwności losu mego rozpoczęły się dla mnie w dwudziestym roku mego życia. Wczoraj skończyłem lat dziewiętnaście. Właśnie rok minął, gdy rozpocząłem u Fabure’a starać się o względy tej, która dużo cierpiała, bo wielkie miała nadzieje. Masz słuszność, Reeve, Twój ostatni list jest okrutny38, przypomniałeś mi rzecz, ku wiecznemu memu wstydowi, prawdziwą. Ale patrz, jak Bóg karze; przez to właśnie, czem zgrzeszyłem, jestem upokorzony. Powiedziałem swej ukochanej kłamstwo, a gdy to kłamstwo moich ust stało się rzeczywistością ramion stu tysięcy ludzi, nie mogę dalej grać tej roli. Gdy nadeszła chwila odpokutowania za uwiedzenie, nie mogę go odkupić i kłamstwo całym ciężarem hańby spada na moje serce. Zawsze dzieje się jednako, tak z poszczególnymi ludźmi, jak i z narodem. To właśnie karze ich, czem grzeszyli. Lecz każda kara ma swój kres, a gdy przejdzie, znowu się jest sobą. Ale zdajesz się sądzić, że chcę oszukać Cię kłamliwemi słowy. Mylisz się, Reeve. Gdy pisałem do Ciebie, byłem jakby w malignie, w pomieszaniu zmysłów, trawiony gorączką, nieszczęśliwy, ze złamanem sercem. O Henryku, Henryku, przeklęty niech będzie dzień, który widział narodziny moje, a błogosławiony niech będzie dzień, który ujrzy śmierć moją.
Zobaczysz wkrótce Leacha w Genewie. Wyjeżdża stąd jutro. Od dwu miesięcy nie mam żadnych wiadomości od H. Wszystkie nieszczęścia naraz spadają na mnie.
Wiersze Twoje są ładne, ale znajduję, że nie mają dość mocy; czuć w nich wpływ Twojej apatii. Zbudź się, zbudź, młody poeto! Pozostaw innym senną obojętność, a Ty wróć do zapędów namiętności!
Nie pisz do mnie do Florencji. Nie wiem, ile dni tu zostanę, ale niedługo. Nie odpowiadaj mi, póki nie odbierzesz następnego listu ode mnie.
Poznałem z Twego ostatniego listu, że straciłem w oczach swego przyjaciela. Dzięki za Twoją szczerość. Lecz nie byłeś nigdy w mojem położeniu i nie możesz ocenić wpływu wypadków na mnie, trosk codziennych, braku nadziei i gwałtownych poruszeń mej duszy. Gdy ktoś czuje, że pasmo jego nieszczęść się rozpoczęło, musi wszystko znieść z rezygnacją, uzbroić się w czynną odwagę, by rzucić się na przeszkody, i w odwagę bierną, by znieść wszystkie męki, spodziewać się drwin od ludzi, wyrzutów od przyjaciół i obelg od rodu ludzkiego, który tak lubi miotać obelgi. Jednem słowem, trzeba opasać biodra i wymawiać co chwilę imię boże, bo ziemia wtedy mało tylko daje pociechy. Kto ją za cel uważa, jest zgubiony, padnie wcześniej lub później; ale, jeśli widzieć w niej jedynie środek, niebezpieczne przejście, które pięknie jest przejść zwycięsko, wtedy jeszcze można znaleźć pociechę i wieczność ukazuje się jak niebo błękitne nad rumowiskami tej doliny łez. Umysł mój stał się nieco ponury; pisuję jeszcze czasami, ale wówczas prawie zawsze są to wariacje na temat jakiejś starej legendy, której wątkiem jest walka człowieka z odwiecznym wrogiem rodzaju ludzkiego.
Zacząłem czytać biblię po angielsku. Wspaniałe! Manfred również stał się moim ulubieńcem. Gdy świat nas odrzuca, musimy szukać czegoś ponad nim, a ja zawsze kochałem świat duchów. Może kiedyś, gdy usłyszysz: „Umarł”, nie będziesz myślał o mnie tego, coś myślał, pisząc swój ostatni list do mnie. List ten wbił się w moje serce; mówiłeś sztyletami. Pozwoliłeś sobie na gorzkie drwiny z człowieka, który jest Twoim najlepszym przyjacielem. Nie kocham Cię za to mniej, drogi Henryku, ale wiesz, że nigdy nie ukrywam swych uczuć.
Jaki diabeł przyniósł C. tylu konkurentów? Jakiś Rosjanin, niechaj go piekło pochłonie, następnie coś z rodzaju bardzo, bardzo brzydkiego, ale dowcipnego, wreszcie Hubert, jak zawsze — a Ty patrzysz na to wszystko z zupełnym spokojem. Nie rozumiem, jak dusza Twoja z tego radować się może. Gdy się znów zobaczymy, pomówimy o tem długo.
Masz słuszność, wspomnienia są czemś rozkosznem. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym nie miał wspomnień. Lecz, jeśli spleen mój dosięga szczytu, przenoszę się do swego ogrodu nad brzegiem Lemanu i jestem szczęśliwy, Henryku, bo jedyny to obraz, który mi łzy wyciska, a łzy, to niebiańskie szczęście! Sądzę, że aniołowie płaczą wiecznie z tkliwej miłości.
Przed opuszczeniem Rzymu byłem w ruinach pałacu cezarów i znalazłem tam kawałek starego, żółtego marmuru, z którego kazałem Ci zrobić sztylet.
Twojej matce moje uszanowanie. Jack39, każe Ci się kłaniać. Żegnaj, żegnaj!
Twój do śmierci
Zyg. Kras.
Może zobaczymy się wkrótce.
12. Do Henryka Reeve’a
4 kwietnia 1831
Mój kochany Henryku!
Zdaje mi się, żeś jeszcze z Genewy nie wyjechał; lecz to nic nie szkodzi, zaczynam swój list, ponieważ już Cię nie zobaczę, zanim wsiądziesz do dyliżansu. A więc słuchaj! Przyłożyłem właśnie wizykatorię40; leży na mej piersi łagodnie, jak włosy kochanki, jest w niej nawet coś miękkiego — lecz to tylko początek, wkrótce poznam, co znaczy ból. A pogoda jest tak wspaniała, niebo jest tak błękitne i ja nie będę mógł jeździć po jeziorze! Trzeba będzie w pokoju zostać i może nawet nie będę mógł dziś dojrzeć Szkieletu, Karlicy i Kuli i wpatrywać się w nie. Lecz na ten świat zostaliśmy rzuceni, by cierpieć, przechodzimy przezeń cierpiąc i jeśli coś nas z tą kulą ziemską wiąże, to właśnie cierpienie. Kocham ziemię tak, jakbym kochał cmentarz rozległy, na którym dokoła grobów rosną kwiaty i drzewa, na którym gdzieniegdzie stoją czarne krzyże wśród akacyj i topoli, na którym trawnik jest bardzo zielony, świeżość bardzo miła, a bardzo rozdzierające wspomnienia.
Oto dźwięk trąbki rozlega się na placu Molard. To przechodzą żołnierze. Łzy wściekłości zwilżają mi oczy. Czyż to na Molard powinienem słyszeć szarżę i oglądać blask bagnetów? Liściem jestem słabym i zmiętym, rozbiłem się niezbyt podniosłym wzlotem. Wiatr mnie uniósł, ruiny zatrzymały, a później znów uniosły wiatry. Raz kołysany w pajęczej sieci, to znów schwytany przez ciernie, zeschłem w słabem tchnieniu olbrzymiego huraganu, który dochodzi aż do mnie z bardzo daleka. Trąba powietrzna nie mogła mnie rozedrzeć, lecz zniszczył mnie wicher północny; a potem znasz przecież proszek żółty, lekki, lotny, który w jesieni wytwarzają liście skręcone i rozsypane. Zapisuję Ci się w darze, byś zrobił ze mnie proszek do listu. Jeśli kiedyś w myśli napiszesz imię Henriety, weź ten proszek, by je wysuszyć. Bredzę, przyjacielu. Lecz dozwolonem jest, by bredził ten, który na tym świecie nic nie zrobił. Jakżesz nędznym musi być los człowieka, który, otoczony pożarami, wojnami, morderstwami i rewolucjami, nic nie zrobił! Jestem dotychczas na oceanie marynarzem, który od chwili opuszczenia portu napotyka tylko zgubną ciszę i na sążeń nie posunął się naprzód. „Szczęśliwy, powiedzą ludzie, nie naraża się na niebezpieczeństwo, jak ci, co burzy stawiają czoło”. Tak, lecz czyż w oczach Twoich nie ma znaczenia ta apatia, która w odrętwienie wprawia mózg i pustoszy serce, jakby była rozpaczą? Czyż nie mają znaczenia dla Ciebie palące promienie, które padają prosto na głowę i spalają łono, jednostajność, która otacza go, jak ohydne skręty uśpionego węża, niecierpliwość, którą musi wtłoczyć z powrotem w swą duszę? Daj jej jakieś ujście, a posłuży mu za skrzydła do wzlotu, lecz w nim skuta jest już ołowiem, wiecznym na sercu ołowiem. A białe żagle, opadające bezwładnie, i liny, opuszczające się dokoła niego! A ogromny kadłub okrętu, nieruchomy, ciężki, nie kołyszący się, zawsze stojący na kotwicy, zawsze, zarówno w nocy, jak i we dnie, tak wczoraj, jak i jutro! Daj mu chmury, by je wyzywał, i błyskawice, by je podziwiał, i piorun, by z nim walczył, a wtedy kołysać się będzie, radosny, jak dziecię, na rozhukanych wodach!!
Moja wizykatoria staje się z każdą chwilą bardziej drażniącą, posuwa impertynencję aż do utrudniania mi oddechu. Lecz piszmy dalej!
Już nie wiem, co Ci napisać więcej. Tu koniec mego natchnienia. Więc będę, jak zwykle, trochę o Niej pisał. Lecz cóż powiedzieć znowu? Spróbujmy!... Jedynym moim celem jest dać nowy obraz. A zresztą czuję potrzebę pisania jej imienia. — Henrieto, Henrieto, Henrieto, Henrieto! Czy pamiętasz dziewczynę młodą, żywą, ładną, lekką w tańcu i gonitwie, szybką w swych odpowiedziach, niecierpliwą w żądaniach, ozdobę salonu w dzień balu, zawadę w dzień wistowego wieczoru, świeżą jak kwiecień, z wiecznym uśmiechem na ustach, z radością w oczach, szydzącą ze śmiesznostek, nie przebaczającą nikomu, że się urodził w 17..., a jednak zarazem jakżeż dobrą, uprzejmą, słodką i pełną godności, gdy tego zachodziła potrzeba? Czyż ją pamiętasz? Widzieliśmy ją obaj na wiosnę. Stałeś, gdy przechodziła, ja zaś padłem na kolana i zatrzymałem ją w swawolnym biegu. Goniła zapewne motyla, a spotkała węża. Rozwijałem przed nią skręty swej imaginacji, o błyszczących łuskach, pełzałem u jej kolan, lecz żądłem dosięgłem jej serca i jad mój zatruł uśmiech na jej ustach. Spadł z jej warg, jak płatek róży, nakłuty przez owad. I od tego czasu już się nigdy nie uśmiecha. Czy znasz tę smutną dziewczynę, która w domu swego ojca z przygnębieniem odpowiada na pytanie, nie zapytuje o nic, najzupełniej pozbawiona ciekawości, zaniedbana w stroju, stara się zapomnieć o wdzięku swej młodości, unika spojrzeń, zmienia ciągle przedmiot rozmowy i nigdy nie może znaleźć tego, który by jej odpowiadał — kocha muzykę, a gra rzadko, kocha kwiaty, a kwiatów nigdy nie zbiera. Jedzie stępa na koniu, potem nagle puszcza się pędem, by tak samo nagle się zatrzymać. Czytuje wiersze, częściej płacze, niż mówi, niż czyta, niż śpiewa, jak gdyby każda z jej myśli, zamiast w muzyce, w czynach i słowach się wyrażać, roztapiała się we łzach. Modli się do Boga z goryczą w sercu i obawia się zarazem, by jej modlitwy nie zostały wysłuchane. Roztargniona ponad wszelką miarę, patrząc na morze, mówi o łąkach, haftując kwiat, myśli o grobie, podaje ramię swemu bratu i mówi do niego, jak do obcego. Może u boku obcego mówiłaby do niego, jak do brata. Czy znasz tę dziewczynę? Widząc ją, nie powiedziałbyś nigdy, że była niegdyś bez obaw, bez kłopotów, jak ptak niebieski, bez troski, bez wyrzutów sumienia, jak nowo narodzone dziecię, i świeża, jak źródło na lodowcach, i szczęśliwa, jak poeta w chwilach natchnienia. Rzekłbyś, że nieszczęście szło za nią od kołyski. Wśród łez się zrodziła, w dzieciństwie już same przeżywała troski, w młodości nic prócz cierpień nie zaznała. Nie miała nigdy przyjaciół, by ją pocieszali, nigdy kochanka, który by jej ręką niebo z dołu wskazał. Była kwiatem, zeschłym przed rozkwitem, a zasłona, która zakrywała przed nią rozkosze świata, nie jest jeszcze rozerwana.
A więc nie! Była piękna, kochana, ubóstwiana, miała chwile, w których czuła, co to porywy namiętności, miała rzeczywistość szczęścia, a po niej płomienne marzenia. Słyszała z niejednych ust pochwały. Czuła się królową na ziemi.
I dlaczegoż nie jest już tem, czem była w swych najpiękniejszych dniach? Zbyt łatwo uwierzyła i została oszukaną.
Nic mi nie pozostaje innego, jak tylko imię swe pod tem podpisać. Pisałem list ten tylko dlatego, by Ci pokazać w Brigue, że myślę o Tobie w Genewie. Wracaj prędko! Wypada mi z ręki pióro. Zaczynam okropnie cierpieć. Ukłony dla Aleksandra i Alojzego Lombardów. Bądź zdrów, kochany!
Pali mnie; zaprawdę, to rozżarzony węgiel!
Zyg. Krasiński.
13. Do ojca
1831. Genewa, 14 maja
Kochany Ojcze!
14 maja odebrałem w Genewie list kochanego Papy i oblałem go mojemi łzami — w niepewności dotąd czekałem co dzień na wiadomości od Niego i, co dzień omylony w nadziei, smutniałem bardziej.
Dzięki Bogu, żem wyszedł z tego stanu niepewności. Pyta mnie się Kochany Papa, com robił od 16 decembra. Ten czas przeszedł mi na ciągłej gorączce, na ciągłem oczekiwaniu, na ciągłych boleściach wszelkiego rodzaju.
Rzym, Florencja, Genewa, Mediolan przeszły mi przed oczyma, jak kartki książki, którą się czyta, nie myśląc o niej. Myślałem wciąż o drogiej Polsce i o drogim Ojcu. 25 marca przyjechałem z p. Jakubowskim do Genewy i odtąd tu przebywam, czekając zawsze na listy od Papy.
Teraz, kiedy ten list nadszedł, kiedy w nim czytam wyrażoną wolę Papy, będę prosił o posłuchanie, o uwagę, o pobłażanie synowi, o miłosierdzie, miłość i błogosławieństwo.
Nie może wątpić Kochany Papa, że Go kocham więcej od wszystkich ludzi, żem gotów dla Niego poświęcić wszystkie związki, czego Mu dowód dałem przeszłego roku — ale też nie wątpi mój ojciec, żem jest jego synem, wnukiem biskupa Adama i Polakiem. Pisałem w liście do Królewca do Papy, że nienawidzę ludzi, którzy przeciw Niemu powstali w Warszawie, alem pisał zarazem, że kocham Polskę i że, kiedy Jej sprawa narodową się stanie, nic mnie wstrzymać nie zdoła.
To samo powtarzam dzisiaj.
Nasz wiek jest wiekiem poświęceń i pokuty.
Ofiarę z siebie uczynić jest obowiązkiem świętym, od Boga nakazanym. Odpadły z moich oczu wszystkie złudzenia młodości — nadzieje dni świetnych ziemskiego szczęścia. Nigdy szczęśliwym się nie czułem, od kiedy zapamiętam, że żyję — nie byłem szczęśliwym w kochaniu, w tem, co szczęście młodości dla innych do najwyższego stopnia podnosi, i nadal też sobie żadnego szczęścia nie wróżę, nie rokuję. Wiem również, że chwała, wyżebrana u ludzi, kończy się na krzykach kilku, a potem na niczem. Dawniej marzyłem o niej, teraz już jej sobie nie obiecuję; ale tkwi mi w głębi duszy, żem powinien dokonać świętego obowiązku, od którego nikt na ziemi uwolnić mnie nie może. Są takie obowiązki na świecie, które jedne tylko środkują między stworzeniem a Stwórcą, nie przypuszczając między nich trzeciej osoby. Takim obowiązkiem jest służenie Ojczyźnie.
Drogi Papa mi pisze, bym podróżował, uczył się, kształcił i bywał po towarzystwach. Trudno by to przyszło mi do wykonania w stanie, w którym jestem. Cierpienia wjadły się głęboko w moje serce; nieprzerwaną mam gorączkę; czasem czuję, że mi się mózg przewraca; dni moich i nocy nikomu nie życzę. Czytać, pisać mi nie sposób; ledwo dokończyć mogę zaczętej rozmowy.
A potem, podróżować, włóczyć się między cudzoziemców, kiedy w tamtej stronie Europy mój ojciec nieszczęściami przywalony — moja babka w smutku lat ostatka dociąga — a moi rodacy walczą, by zginąć lub zwyciężyć — jest rzeczą nie tylko niepodobną do uskutecznienia, ale wywołującą co chwila rumieniec wstydu na moje lica.
I któż ze mną zechce pomówić? Kto rękę ścisnąć? Kto się zapoznać, kiedy się dowie, żem Polak, podróżujący dla zabawy i nauki w czasie, kiedy Polacy co dzień giną w Polsce! Takiego stanu znieść nie mogę. Cząstkami umieram co dzień. Przez Boga! Lepiej by było od razu umrzeć i nie męczyć się tyle!
Ale to są przyczyny mniej więcej egoistyczne — bo można zrobić ofiarę z siebie i wstyd znosić przez poświęcenie. Takiej ofiary podjąć się jestem gotów, choć wiem, co by z niej po kilku miesiącach wynikło: śmierć lub szaleństwo. Lecz nie o to idzie. Wracam teraz do tego, com wzwyż powiedział, do obowiązku świętego, który góruje nad wszystkiemi inszemi i który mnie woła do Polski, między szeregi moich braci.
Teraz nadchodzi dla mnie uroczysta chwila. Zmuszony jestem powiedzieć ojcu, którego kocham i kochałem zawsze nade wszystko, że pójdę przeciw jego woli, że będę się starał do Polski wrócić, że to jedynym od dzisiaj staje się celem wszystkich moich myśli i działań.
Ojcze drogi! Niechaj Bóg mnie sądzi, a Ty nie odmów mi swojego błogosławieństwa!
Pan Jakubowski, któremu to oświadczyłem, powiedział mi, że wszystkiemi sposobami będzie starał się mnie zatrzymać. Szanuję go tem bardziej, bo pełni swój obowiązek — muszę więc wejść w walkę z człowiekiem, który od dwóch lat daje mi dowody przywiązania. Los mój pełen jest goryczy, ale w Bogu ufam; On omylić nie może, bo ma całą wieczność za wydział swej sprawiedliwości.
W tych dniach będę się starał dostać do Paryża, a stamtąd jak najprędzej do Warszawy. Z każdego miejsca, z którego będę mógł, będę pisał do Papy.
Stało się! Czuję jeszcze na twarzy łzy Ojca, żegnającego mnie w Błoniu, serce moje rozdarte ze wszech stron — gdzie się tylko obejrzę, widzę przyszłość czarną.
Jakże mam ten list zakończyć? Cóż mam powiedzieć dalej? Dziwno, że mi pióro nie wypada z ręki!
Na kolanach błagam, wspominając obraz matki mojej, której śmierć po dziesiąty raz obchodziłem miesiąc temu w Genewie, błagam mego Ojca o przebaczenie i błogosławieństwo. — Cierpienia, które sprawię jeszcze, odbiją się w mojej duszy — już ich ciężar dźwigam na sumieniu.
Źle mi jest, o, źle! Kiedy wspominam na Ojca, drżę cały i cofam się przed przedsięwzięciem.
Ale kiedy Polska mi na myśli staje, znowu sił mi przybywa, znowu przypominam sobie, że dzieckiem nieraz przysięgałem przed drogim Papą, że ją zawsze, zawsze kochać będę.
Dotrzymam przysięgi. Błagam o przebaczenie i błogosławieństwo — Bóg w nieskończonem miłosierdziu dozwoli, bym kiedyś to błogosławieństwo u stóp Ojca odebrał.
Ojcze drogi, nie odwróć lica od syna! Wierzę mocno, że robię to, com powinien. Przebacz mi! Ten, co na krzyżu umierał, w chwili zgonu przebaczył mordercom. Proszę o przebaczenie i błogosławieństwo, a niech wielki cień biskupa Adama nade mną skrzydła swej opieki rozciągnie!
Zygmunt Krasiński.
15 maja. Pan Jakubowski zamknął mi wszystkie drogi do wyjazdu...
14. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 20 maja 1830
18 maja. Wróciłem pieszo z Saint-Cergues. Zmordowany, rozbity ze zmęczenia, poszedłem do swego pokoju. Widziałem się z Mickiewiczem i Jakubowskim. Zjadłem obiad, piłem. Byłem podniecony, miałem trochę gorączki, rzuciłem się na łóżko, — to mi dobrze zrobiło; wyciągnąłem się z rozkoszą zmęczenia i zapadłem w głęboki sen. Przed mojemi oczyma przesunęły się wasze twarze, Twoja i Henriety. — Sny miałem mętne, przerywane, bez łączności, a jednak z sobą powiązane. Obudziwszy się, byłem jeszcze na wpół pogrążony w sennem marzeniu i powiedziałem sobie: Oto Reeve stąpa całym swoim ciężarem po mojem sercu. „Henrieto, Henryku, gdzie jesteście? — zawołałem. Gdzież są ci wszyscy, których kochałem?” Od 13 kwietnia zeszłego roku, żadne rozstanie tyle mię nie kosztowało. Ujście Rodanu — potem Saint-Cergues. Oddałem Twoje bileciki.
Zamoyski zabił własną ręką trzech kozaków, którzy chcieli wziąć do niewoli jego pułkownika, i natychmiast został mianowany oficerem. Niech go Bóg błogosławi! Gdy byłem z nim razem, nieraz jednak myślałem, że, jeśli przyjdzie nam imię sobie zdobywać, to ja pierwszy je zdobędę. Myliłem się. Bóg ukarał moją zarozumiałość. Klustine ma się bardzo źle. Dyliżans przeszedł mu przez nogę. Jutro mają mu odjąć wielki palec, już objęty przez gangrenę. Biedny chłopiec! Chciałem dziś jeszcze pisać do Ciebie, by być w jak najściślejszej z Tobą łączności, choć nie jesteś już przy mnie. Dobrej nocy! Padam z senności i znużenia.
19 maja. Wstałem dziś rano jak człowiek, który wstał, by rozpocząć dzień pełen goryczy. Brak mi Ciebie, brak mi Ciebie w całej dobroci Twego serca i w całej rozległości Twego umysłu. I do kogóż teraz pójdę, by ufnie troski swoje powierzyć? Komuż będę mówił o nieśmiertelności, o Bogu, o wieczności? W obydwie ręce ujmę wyrywającą się duszę moją i wtłoczę ją z powrotem, aż do głębi mej piersi. I czem są dla mnie te istoty, przesuwające się przede mną tam i z powrotem? Zaprawdę, gdy się rozejrzę, nie widzę poza Ladarsami nikogo, z kim by mówić można. Oni wiedzą przynajmniej dokładnie, co to barka i żagle. Lecz, wiesz, dziwne mam przeczucie, że Henrieta przyjedzie. Nie wiem, skąd ono przyszło, by siąść na mem sercu, jak ptak obietnicy, lecz mam je i już mię nie opuszcza. A więc będę je żywić, podsycać, powiększać całą mocą mej wyobraźni, bo to jednak jest jeszcze coś: marzyć, okłamywać samego siebie i stopniowo powoli dochodzić do obłędu. Gdy się rozstawałem z H., miałem oparcie w sile mej namiętności. Przedmiot, który nadał pęd mej duszy, znikał w rzeczywistości, lecz pęd był silny i dusza moja drgała od odurzenia, skoro i dziś drga jeszcze. Zresztą było to we wiośnie mego życia. Dostrzegałem wprawdzie w oddali chmury, ich kształty przepowiadały mi wojnę, kłopoty, walkę, zarazę i nieszczęście. Lecz dostrzec nie mogłem tej chmury, która nagle z fałdów burzy się wyłoniła. Jest czarną i siną, jak ów obłok w Farysie, postępuje naprzód wolno, ale pewnie, rozsyła dokoła daleko idące białawe siatki, któremi obejmuje niebo, szerokie pasy mgły zstępują z jej brzegów ku ziemi, nie oślepia mocą błyskawic, uderzeniem jasnego piorunu nie miażdży; zdaje się spać, a jednak posuwa się naprzód, niema, ciężka, ohydna, by zadławić i zadusić — i zadusi. To jest chmura wstydu. Rok już minął, gdy, rozłączając się z H., nie myślałem o tem wcale, i oto dlaczego, tracąc Tę, którą ubóstwiałem, nie traciłem wcale mych sił. Lecz dziś odjazd Twój zupełnie mię przygnębił, gdyż zostawiłeś mnie nie tak, jak ona, w pełni zapału, lecz w rozpaczy, nie potężnego nadzieją, złudzeniami i chwałą, lecz słabego, walczącego jeszcze trochę, jak człowiek, już wpół utopiony, bez pociechy, bez nadziei, samotnego w „spelunce ludzi przyzwoitych”, samotnego wśród wszystkich, przez samego siebie opuszczonego, gdyż już nie chcę zadawać sobie trudu, by się podnieść. Cóż za wiek! Cóż za świat! I jakżeż nędzną istotą jest ten, który te słowa do Ciebie pisze! Twój odjazd, Henryku, dobił mię. Oby stał się dla Ciebie początkiem olśniewającej przyszłości! Mam nadzieję, że któregoś dnia, chwałą okryty, nie zapomnisz jednak o tym, który, zgięty pod ciężarem wstydu, pozostał w cieniu.
19 maja wieczorem. Wróciłem właśnie z jeziora. Zdarzyło mi się coś dziwnego. Przejeżdżałem Eaux-Vives, koło Paquis, żeby odprowadzić Mickiewicza do Klustine’a, popchnąłem łódź nieco dalej, ażeby zobaczyć „altanę mojej ukochanej”. Okropna burza szła spoza Salève. Myślałem, że zdążę wrócić do Eaux-Vives, gdyż pomruki grzmotów były dalekie, lecz omyliłem się. Na środku jeziora zaskoczyła mię burza. Z szybkością tak wielką, do jakiej tylko byłem zdolny, dotarłem prosto do drugiego brzegu i zawinąłem do małej przystani, bardzo smutnej i bardzo czarnej. Nie przypominam sobie wcale, bym ją widział kiedyś przedtem. Wyskoczyłem na brzeg i schroniłem się do pewnego rodzaju budynku, opustoszałego, z otwartemi drzwiami. Grzmiało straszliwie. Schwycił mię strach paniczny, jaki napada mię czasem, chociaż nie jestem z natury tchórzem. Wyobraź sobie, że, patrząc na jezioro, tak ponure tam, gdzie się znajdowałem, przypomniałem sobie sen, o którym Ci mówiłem. Było to prawie to samo miejsce, te same chmury tam, naprzeciw, ten sam wygląd jeziora, ten sam grzmot, te same coraz bardziej zbliżające się błyskawice. Niewypowiedziany lęk schwycił mię za serce i ukląkłem, by wzywać Boga. Przepędziłem pół godziny, oczekując, że zginę od ognia niebieskiego. Co chwila na myśl mi przychodził przeklęty sen. Dziwne, że taki był przypadkowy zbieg snu z miejscem, w którem się znajdowałem, z kształtem chmur i burzą. W końcu, jak widzisz, nie zostałem starty w proch, choć przykre przeżyłem chwile. Jak dziwne bywają stany duszy! Teraz jestem w swoim pokoju, bardzo osłabiony, pot zimny spływa po mem czole. Burza przeszła, wrażenie zostało w duszy. A jednak, mój drogi, ja wcale nie jestem tchórzem.
20 maja. Widziałem Aleksandra Lombarda, który mi powiedział, że postara się zrobić dla Ciebie portret C. i przysłać Ci go, skoro tylko będzie miał czas na to. Rozmówiłem się z nim w sprawie włosów; powiedział mi, że to będzie trudne, lecz pomyśli o tem. Aleksander jest naprawdę dobrym chłopcem. Gdy się go bliżej zna, widzi się, że ma duszę, że dusza ta, chcąc się wydostać, dławi go, lecz że jest zrobiona z materiału, który drapie go w gardle i płucach, gdy rozwija tam swe fałdy.
Mickiewicz jedzie jutro do Paryża. Zobaczysz go tam z pewnością. Uczyń mi tę przyjemność i, jeśli możesz, pomów z nim trochę o mnie. Ciekaw jestem, co powie. Głęboko pogrążony jestem w spleenie, nie mogę pisać, natchnienia mi brak, nadziei brak, życia brak. Być pewnego rodzaju trupem, jedzącym, pijącym, śpiącym, jakież to piękne! Cholera-morbus czyni spustoszenia w Warszawie. Prawdopodobnie nie ujrzę już tych, których tam zostawiłem. Sam zostanę na ziemi. Jakże pociągająca perspektywa! Lecz musimy się poddać losowi i błogosławić imię Boże.
Od powrotu nie widziałem Bineta41. W Chateaubriandzie znalazłem rzecz doskonałą. Mówi on, że ludzie, których Bóg posyła, by ród ludzki pokarać, niewielkie tylko napotykają zapory i że w czasach, w których się ukazują, ludy i królowie są rażeni głupotą i nie ma ludzi genialnych, by stanęli im na drodze i dali opór ich pustoszeniu; oni zaś sami mało mają talentu, lecz wszystko im służy, nawet ich błędy i zbrodnie. Przeciwnie, wielki mąż, którego Bóg zsyła dla zbawienia ludzkości, jest zawsze wielkim geniuszem, lecz środki jego są słabe, zasoby żadne. Na każdym kroku napotyka okropne zapory. Walka jego jest długa, trudna i pełna poświęcenia. Oto są oznaki, przez które zbawca różni się od bicza bożego. Myśl tę cała historia potwierdza, i jest ona bardzo piękna. Lecz wicehrabia nie wyciąga z niej następującego wniosku: mianowicie, należy do porządku tego świata, że każdy człowiek, którego misją jest zbawiać i naprawiać, powtarza sobą męki i poświęcenia swego pierwowzoru, Zbawcy, który umarł na krzyżu, bo na tej ziemi nie ma nic wielkiego, pięknego, dobrego bez chrześcijańskiego poświęcenia, bez bólów i cierpień. Kto chce bronić narodu uciśnionego, powinien z góry sobie powiedzieć: „Weźmy żałobną szatę, krwią moją będzie splamiona, a gdy zmęczony siądę na drodze swojej, by odpocząć chwilkę, jedyną ochłodą będzie mi czara goryczy”.
Mam nadzieję, że matka Twoja ma się dobrze i nie jest zbyt zmęczona podróżą. Bądź tak dobry i wyraź jej moje jak najszczersze uszanowanie.
A więc, Henryku, jestem sam, sam, sam, sam, sam, sam w Genewie! Można być zupełnie samotnym wśród ludzi, sunąć poprzez ulice ku jezioru, płynąć w łódce przez kilka godzin dziennie, potem wracać tą samą drogą do swego pokoju o purpurowych firankach. Tam palić pod wieczór przy blasku dwóch świec, męczyć się, jak w lochu, i, jak więzień, ręce mieć związane, chudnąć po trochu, jedząc jednakowoż ciastka od du Tilleula — jedyną to pociechą w tem życiu — podziwiać wszystkich ludzi, przechodzących przez Molard, ponieważ są wyższego wzrostu, zazdrościć losu księciu Hohenlohe-Oehringen, lordowi Eglinton, rozmawiać niekiedy ze starym, nie mniej jednak energicznym Jackym, liczyć z lękiem ostatnie tchnienia poezji, zamierającej w łonie, rozprawiać czasem z pannami Revilliod o prawach i przeznaczeniu rodu ludzkiego, kłaniać się, przechodząc, p. Vistaz i brać lekcje dobrego tonu w jego sklepie, skakać w Paquis przez mur, najeżony potłuczonemi butelkami, mówić tonem wyższości z Izaakiem, synem Antoniego, otrzymywać na wieczory zaproszenia, któremi się ozdabia swoje lustro, pisać głupstwa, marzyć o szaleństwach i poddawać się miłej niepewności, czy skończę karierę swą szaleństwem, czy też zgłupieniem, to znaczy, czy stanę się zbiegiem z Bedlam, z błędnym wzrokiem, z pianą na ustach, ze zbolałem łonem i z myślami, zderzającemi się boleśnie w głowie, jak w furii, czy też nieszkodliwym obywatelem kawiarń i oberż, palącym spokojnie fajkę, podziwiającym kółka, które tworzy dym koło fajki, czytającym to tu, to tam anons o zapasach gimnastycznych, afisz teatralny, odezwę i pijącym lemoniadę w filiżankach od ponczu, schodzącym krok za krokiem do trumny sosnowej, ładnie polakierowanej i mocno zabitej, świeżej pierwszego dnia, zbrukanej gliną nazajutrz, zgniłej po sześciu tygodniach i stającej się prochem lotnym a cuchnącym po trzech miesiącach itd., itd.
Żegnaj, kocham Cię bardzo. Kochaj mię zawsze i pisuj do mnie!
Zygm. Kr.
Nic od H.! To męka, tortura! Choć udaję błazna, mam jeszcze serce, i serce to miłością ku niej płonie.
15. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 26 maja 1831
Właśnie odebrałem Twój list i odpowiadam Ci natychmiast, ażeby Cię jeszcze złapać w Paryżu przed 31-ym. Dziękuję Ci bardzo, mój kochany, za Twoje wiersze. Jedyny zarzut, który im czynię, to ten, że pobudziły mię do płaczu i że czuję jeszcze łzy w oczach, przez nie wyciśnięte. To ostatnie porównanie do króla w Izraelu jest doskonałe. Lecz to czyni mię może stronnym sędzią, że je czuję tak głęboko, jak gdybym je sam napisał. Dzięki za nie! Może kiedyś będę powtarzał te wiersze, będę się ich uczył na pamięć i wtedy powiedzą: „Jest to wytwór wyobraźni poetyckiej”. Prawdziwe nieszczęście i rzeczywistość uważać będą za marzenie. Kochany, cierpienia moje przekazuję Twej poezji. Ale co dziwne: wtedy, gdy pisałeś ten utwór, wtedy, gdy Ty, jako poeta, obejmowałeś tysiąc myśli i uczuć w kilku wierszach, ja, niezdolny do władania rytmem, układałem coś na ten sam temat w prozie, czego dotąd nie skończyłem. Nic dziwnego, żeśmy na ten sam temat pisali, lecz dziwne, że to samo zabarwienie, które panuje w Twoim ułamku, przenika również w całości mój utwór. Osądzisz sam. Jest to krótkie opowiadanie. Działanie rozpoczyna się w porcie Villeneuve. Opis statku parowego „Winkelried”, który gotuje się do odjazdu. Opis kapitana Romura, jego atletycznego i szczerego wyglądu, jego dziwnego ubioru, szorstkiego obejścia i twardego głosu. Potem przybywają podróżni w barkach i następuje odjazd. Zaledwie statek wyruszył, spostrzeżono zbliżającą się lekką barkę, a w niej cudzoziemca, który, spóźniwszy się, przynagla ludzi u wioseł. Kapitan nie chce się zatrzymać, gdyż ma rozkaz wyruszenia punkt o dziewiątej; ani sekundy później, ani sekundy wcześniej. Barka jest o 30 kroków od „Winkelrieda”, który się oddala. Cudzoziemiec wskakuje na tył barki, wyrywa kotwicę i rozwikławszy ją z pierścieni łańcucha, długiego na kilkadziesiąt łokci, rzuca ją z siłą na sznury, łączące łódź ratunkową „Winkelrieda” z jego tylnym pokładem. Kotwica spada między liny, zahacza się o nie, w ten sposób cudzoziemiec zbliża się do statku. Kapitan wydaje rozkaz zatrzymania się. Cudzoziemiec wskakuje na statek i przedstawia swój paszport kapitanowi. Na to Romur tytułuje go milordem. Wszystko to jest przeplatane widokami jeziora, pagórków Montreux, skał la Meillerie. Potem następuje opis cudzoziemca: wysoki, blady, oczy niebieskie, niedbały w obejściu, kładzie się na ławie, medytuje, ziewa. Upał się wzmaga, pasażerowie schodzą do salonów. Romur przychodzi, paląc, obejrzeć cudzoziemca, który się obraca i zapytuje go: „Jak głęboko zanurza się »Winkelried«”? „Na 16 i pół, milordzie”. — „A więc rozedrze się on szeroko o kamień w Saint Gingolphe” mówi młodzieniec z uśmiechem, pełnym zimnej krwi i ironii. Romur chwyta się za głowę, pędzi do steru, zmienia kierunek okrętu, przepływając w odległości dwóch stóp od rafy skalnej. Jego zdziwienie z tego powodu, że młody lord tak dobrze zna jezioro. Henryk Gram (lord) porzuca swoją niedbałą pozę i, rzucając spojrzenie wspomnień na brzegi i na góry, rozpoczyna rozmowę z Romurem i zapytuje go o nowiny z Genewy. Powoli Romur poznaje dawnego znajomego młodzieńca, który przepędził pierwsze lata swej młodości w Genewie. Z Genewy wyjechał pod innem nazwiskiem, zdaje się Henryka Burnley’a, później został lordem Gram wskutek śmierci dalekiego krewnego. Charakter młodzieńca jest ten sam, co w „Willi lorda Byrona” — jednem słowem, to Ty. — Potem wypytuje Romura o wiadomości, dotyczące przyjaciela, którego nazwisko mówi mu cicho do ucha, gdyż na pokładzie pełno pasażerów, dokoła pełno ciekawych. Jedzie do Genewy, by go ujrzeć znowu. Następują wspomnienia przyjaźni, młodości. Romur mu opowiada, że ten przyjaciel jest w Genewie, lecz oszalał. Następuje opis jego szaleństwa, cała rozmowa o tem w kabinie Romura; na sznurze fuzje, obcęgi, narzędzia, torby, pistolety, topory, młoty itd. Potem Lozanna przerywa rozmowę. Potem nastąpi burza: barka żaglowa tonie między Jeantoux i la Savoie. Lord Gram ocala człowieka, który był w barce: to jego przyjaciel, który przybył prawie zemdlony do portu w Molard. Ten przyjaciel wyrwie się z jego objęć, by uciec. Poszukiwania, uczynione wspólnie z kapitanem, z początku bezowocne. Spotkanie, rozmowa, obłęd, wstyd, ojczyzna, różne sytuacje, stany duszy często zmienne, potem akcja się rozwija, w końcu szaleniec popadnie w stan apatycznego spokoju, powróci do przytomności, by zobaczyć, że jest w przepaści i że z jej głębi powinien zwrócić swe spojrzenie tylko ku niebu. — W jesienny wieczór powóz wyjeżdża z bramy Rive. Lord Gram jest w nim ze swoim przyjacielem. Powóz potoczy się w kierunku Alp Walijskich. Potem nieszczęsny szaleniec zostaje księdzem w klasztorze. Opis luków sklepionych klasztoru na górze. Scena wyświęcenia na księdza. W środku nawy gromnica, odblask czerwonawy. Lord Gram w niszy. Nazajutrz ma odjechać. Po ceremonii przyjaciel jego usuwa się do swojej celi. Rano znajdują go wydającego ostatnie tchnienie z gorączki, konanie, śmiertelne łoże, pożegnanie lorda Grama z przyjacielem. — Koniec.
Czyż to nie to samo zabarwienie, rozprowadzone szerzej, że tak powiem rozcieńczone, jak od Give me thy hand, my friend... aż do tego pięknego wiersza: Till the full streamlet of thy heart grew dry And thy brow feverish42.
Napiszesz mi, co o tem myślisz. Jeśli Ci nie przysyłam kwiatu z Bourdigny, to tylko dlatego, najdroższy, że nie mam 5 franków na wynajęcie konia i że chcę, byś list ten otrzymał w Paryżu. Lecz pierwszy list, który Ci do Anglii napiszę, będzie skromnym grobem, w którym zostanie pochowany młodziutki i słodki kwiat z jej ogrodu. Co się tyczy włosów, to mam nadzieję, że mieć je będziesz. Namówiłem Vauchera, by zastąpił jej zwykłego fryzjera za pierwszym razem, gdy się będzie czesała i by jej obciął jeden pukiel włosów w największej dyskrecji. — Vaucher myśli, że to dla mnie i słowa o tem nikomu nie powie. Butelka szampana wyrówna mój rachunek z nim i na jej dnie będzie pochowana tajemnica. Co do mnie, jestem bardzo nieszczęśliwy. Wszyscy mię opuszczają. Ona nie pisze do mnie. „Za parę dni napiszę do Ciebie”. Czyżby to było szyderstwo? Ten łańcuszek, czyż był znakiem pożegnania, a nie zakładem miłości? Cóż myślisz? Co robić? Kocham ją zawsze silnie. Każdy dzień, który nadzieję moją zawodzi, zwiększa moje przywiązanie. Czasem powracam do przeczucia, że przybędzie do Genewy, lecz najczęściej przypuszczam, że ma mnie dosyć, że już słyszeć nie chce o istocie poniżonej, słabej, spodlonej, bez energii, imienia, przyszłości, o tym, który jej mówił wiele o sławie, a zakończył tem, że jej mówił o wstydzie, który, pyszny w dniach swej namiętności, poniżał się w godzinie nieszczęścia, który w końcu oszukał ją na wszelkie sposoby, udawał przed nią bohatera, a stał się muchą — a, jeśli głos urojonego bohatera pociągał, jest rzeczą naturalną, że brzęczenie prawdziwej muchy tylko nudzi i nie może nic innego wywołać prócz niechęci i obrzydzenia. Lecz nie powinna była wybierać tej właśnie chwili, by zadać cios ostateczny. Dlaczegóż nie uczyniła tego, gdy byłem potężnym i mocnym, gdy widnokrąg mój jeszcze nie był zacieśniony, gdy mogłem górę bólu unieść i nie mieć zdruzgotanych piersi. Lecz zapomnieć o mnie teraz, kiedy już nic nie mam na ziemi, kiedy żyję z dnia na dzień, to okrutne! — Och, może o mnie jeszcze nie zapomniała! Gdyby była o mnie zapomniała wtedy, gdy jadłem mięso i piłem wino, byłoby to znośne, lecz teraz, gdy żywię się jarzynami i piję wodę... Zobaczysz, mój drogi, stanę się wkrótce błaznem w rodzaju Lintnera. Jednak, jeśli możesz się czegoś o niej dowiedzieć, uczyń to, mój drogi, a będę miał jeszcze jedno błogosławieństwo dla Ciebie. Uczyń to i napisz o tem w pierwszym liście, który mi przyślesz z Londynu. Gdzie ona jest? Czy zdrowa? Czy chora? Kocham ją z całego serca, albo raczej wszystkiemi serca mojego strzępami, bo serce moje diabelnie rozpadło się w łachmany. Roget był listem Twoim bardzo wzruszony i żałuje, że Cię nie widział przed Twoim odjazdem. Powiem Binetowi to, co mi poleciłeś. Przepędziłem z nim wieczór i wieleśmy o Tobie mówili. Duchesne często do mnie przychodzi, wiosłuje dosyć dobrze i korzystam z jego usług na jeziorze. Nie umie jeszcze dobrze rozpinać żagli, lecz i to przyjdzie. Robię obroty bez końca, dni i noce na jeziorze przepędzam, podczas pogody, deszczu i burzy. Nabawiam się kataru, moknąc, i pozbywam się go, moknąc jeszcze bardziej. Czyś widział Mickiewicza? Wyjechał stąd w sobotę 21. Jutro minie 10 dni od Saint-Cergues. I żałowałem i cierpiałem, że nie będę Cię widział rok cały.
Więc, mój kochany Henryku, jesteśmy obaj na tej ziemi, rozdzieleni, daleko jeden od drugiego. Niechaj Cię marzenia młodości często do Genewy przenoszą i niechaj wtedy znajdę w nich swoje miejsce. Sił nie trać! Powiedz do spleenu: „Nie pójdę dalej” i niechaj akordy Twej liry wstecz go odpędzą! Obserwuj zwierzęta, zwane ludźmi, wejdź głęboko w ich serca, tak, jakbyś wchodził do sali w Morgue, i pokładaj ufność w Bogu chrześcijan, w Słowie obłoków. Niechaj jego promienie złotem opaszą ciało Twoje, natchną Twoją duszę i rozleją dokoła Ciebie atmosferę spokoju, kontemplacji, zachwycenia, ażebyś w dniach przeciwności mógł walczyć z siłą męczennika i zapałem natchnionego. Dla mnie to rzeczy skończone na ziemi. Już ostatnie westchnienia poezji liczę w swem łonie. Odchodzi, jak przyszła, niewidzialna, nie do zatrzymania. Może unosiła się nad moją kołyską, lecz nie będzie świecić dokoła mojej mogiły. Gdy zstąpię do grobu, już od dawna nie będzie jej wokoło mnie, gdyż czuję, że mam jeszcze krew i płuca, lecz natchnienie gaśnie, stanę się jakimś Szczerbininem lub Saint-Ange, lub innym owadem tego szlachetnego gatunku.
Więc, jeśli nie słabniesz, jeśli mię kochasz zawsze, uczynisz cud. Żegnaj, pamiętaj o tym, który Cię tak silnie kocha! Parę słów o H. przez litość, może mię to wskrzesi! Żegnaj! Żegnaj! Pisz do mnie!
Zygm. Kr.
16. Do Henryka Reeve’a
28 maja 1831, Genewa
Ach! Przyjacielu mój, zatopiłeś mi sztylet prosto, prosto w serce43. Wiesz, czem jest dla mnie otrzymanie listu, który mię podnieca. „Bramy zbawienia”, powiadasz. A jeśli zamkną się na zawsze, cóż to ma za znaczenie dla świata, dla liczby niezliczonych stworów, albo dla szczegółów stworzenia? Voucher, perukarz, nic na tem nie straci, Polska nic nie straci; któż więc straci? Ja. A czem ja jestem. Niczem. Czem będę? Odrobiną prochu, z którego wyrośnie pokrzywa, jeśli wolisz, stokrotka lub roślina skrytopłciowa.
Wiem, mój przyjacielu, w Paryżu moje zbawienie. Jeśli tam nie pojadę, będę zgubiony. Morawski dobrze mówi, że dzień każdy jest wiecznością. Od jednej małej wieczności krocząc do drugiej, posuwamy się ku wielkiej — a tam... w tem sęk. Lecz raz jeszcze głosu mojego posłuchaj, głosu tego, którego niegdyś słuchać lubiłeś. Sam jestem, zewsząd zapory, znikąd pomocy. Ojciec mój, jak piszesz, umiera w płaczu, syn może umrzeć wśród zgrzytania zębów. Czyś Ty się zastanowił nad tem, co napisałeś do mnie, że mam się dać uwięzić? Czyż sądzisz, że byłbym zdolny dorzucić kamień do stosu, z którego kamienowano mojego ojca? Chcesz więc, bym poprzez Francję rozwłóczył hańbę tego, który tam niegdyś tyle sławy uzyskał? Chcesz, bym ja, bohater z żandarmami, wyczytał w dwa dni później w gazecie hańbiące wyzwiska, otaczające imię ojca mojego, przeplatane z rzadka pochwałami dla mnie? Mówię śmiało, lecz tylko Henrykowi Reeve, a nikomu innemu na tym świecie: ojciec mój bardzo zawinił, strasznie, nie moją jednak jest rzeczą żądać od niego zdania sprawy. Polska będzie wolna i wielka, ja będę nędzny i wzgardzony — wiem o tem. Od chwili, gdyś wyjechał, przyszłość moją zmierzyłem w spokoju, ujrzałem na końcu swej drogi grób bez napisu, zadrżałem, lecz przyjąłem. Ofiara jest wielka, nie będzie miała na ziemi rozgłosu, lecz rozbrzmiewać będzie w niebie, u stóp tronu Syna Człowieczego.
I jakżeż chcesz, bym do Paryża jechał? Przejść nocą granicę, owszem, pieniędzy pożyczyć, owszem. Oszukać Jacky? Dobrze. Lecz to się kończy gorszącem i rozgłośnem zajściem, a na to mówię: nie.
W Genewie będę oczekiwał odpowiedzi ojca. Jeśli będzie zadawalająca, jadę, jeśli nie, jadę także, gdyż wtedy obowiązki moje, choć nie całkiem jeszcze przekreślone, lżejsze będą. Poza tem myśl o mnie, co chcesz, mów o mnie, że brak mej duszy energii, że mówię a działać nie umiem wcale, że jestem słaby, niezdecydowany. Dobrze. Bądź tak, jak ja, nieszczęśliwy i wtedy mię osądź! Skończyły się sny moje o sławie. O szczęściu marzyłem, zawiodło mię szczęście. O sławie, sława się rozwiała. Jeśli niebo snem jest tylko, przynajmniej będzie ostatnim. Przyjacielu, nie staraj się więcej mnie bronić, ani podtrzymywać mojej dobrej sławy! Nie żądam od Ciebie, byś, gdy Ci powiedzą, że jestem nędznikiem, odpowiedział „Nie”. Lecz myśl tak tylko, to będzie dosyć dla mnie. Wszyscy mają słuszność i Ty także. Gubię się. Każdy dzień miniony jest jednym stopniem więcej, prowadzącym do przepaści, jedną literą więcej imienia mojego, przemienionego w ołów. Gangrena podnosi się ku sercu. Gdy tam dojdzie, jeden znak krzyża, pożegnanie dla Ciebie, dla Niej, dla dwóch lub trzech osób więcej, potem milczenie i śmierć. Przyjacielu, pozwól działać prześladowaniu, nie walcz z potwarzą, zamknij głęboko w swem sercu przyjaźń, którą odczuwasz dla mnie! Jeśli ją zdradzisz wyrazem twarzy swojej, będziesz skompromitowany. Zanoś cichaczem na pocztę listy, które pisujesz do mnie, zmieniaj charakter swego pisma! Niechaj nikt nie będzie mógł podejrzewać, że Henryk Reeve utrzymuje stosunki z Zygmuntem Krasińskim. Czy rozumiesz ten stan potępienia, gdy ręka drży, kreśląc własne imię, gdy dreszcz czujesz, czytając swój podpis? Nieraz drżałem, czytając jakieś imię: Twoje lub F. Lecz inne to było drżenie. Ze wstydem się cofam przed imieniem swojem, z radości drżałem wobec imienia mojej kochanki, mojego przyjaciela. W obu wypadkach drżałem; przeciwieństwa się spotykają.
Nie masz zupełnie powodu do wyrzucania sobie, żeś mię nie zabrał ze sobą. Nie byłbym nigdy się zgodził, by matkę Twoją w fałszywe i niemiłe postawić położenie. Odtąd udzielam rumieńca mego czoła każdemu, kto się zbliży do mnie. Mam w sobie jad, przenikliwszy nad jad skorpiona. Skorpion zabija od jednego razu, ja zaś żyję i umieram co dnia. Być nieszczęśliwym jest niczem, lecz mieć przyjaciela takiego, jak Ty i pomyśleć, że mną wzgardzi, to straszne.
Myśl ta siły mi odbiera. Jest to ostatni stopień poniżenia; padnę przez nie martwy na posadzkę, jeśli nie znajdziesz na nie środka. Lecz jedna godzina wszystko może zmienić, a wtedy dowiedzą się, kim jestem. Jeśli godzina ta nigdy nie nadejdzie, nie dowiedzą się nigdy, jedynie robaki w grobie wiedzieć będą, i Ty może, mój Henryku. Nie wiem, jakie to zabarwienie miłości, tkliwości kobiecej przymieszało się do mojej przyjaźni dla Ciebie. — Chętnie myślę o Tobie, jak o mojej H... to niezwykłe. Lecz wszystko dokoła mnie niezwykłe jest. Czuję, że mógłbym być czemś, a jestem niczem, widocznie będę niczem, aż do nadejścia wieczności. Tam odzyskuje się znów prawa, stracone na ziemi. Czuję jeszcze, że mam przyjaciół i widzę, że nadeszła chwila ich utraty. Jednem słowem, jestem na brzegu przepaści. Walczę, jak we śnie, potem w nią się stoczę, lecz to już nie będzie, jak we śnie: to będzie rzeczywistością. Przynajmniej podczas dni niepewności, które między moją przyszłością a konaniem płyną, nie zapominaj o mnie, pisuj do mnie codziennie! Wspomnij, że poprzez pierś moją widziałeś niekiedy szlachetne serce; jeśli los i ludzie są przeciwko mnie, Ty przynajmniej zostań bezstronnym, a jeśli los mię podniesie, powinieneś cieszyć się ze mną. Jeśli w końcu wszystko jest dla mnie na zawsze stracone, imię, sława, ojciec, ojczyzna, jeszcze musi pozostać między nami coś wspólnego, ostatnie ogniwo błyszczącego niegdyś łańcucha. Choćby to była tylko myśl o Chamonix i wspomnienia łez w Saint-Cergues. Żegnaj! Kto ma jeszcze przyjaciela na ziemi, może podnieść czoło i na wagę położyć duszę potężną i podniosłą, która go kocha, mimo obelg tysiąca i smutnej prawdy.
Twój do śmierci
Zygm. Kr.
Zaklinam Cię, coś o H!
17. Do Henryka Reeve’a
9 czerwca 1831, Genewa
Mój kochany lordzie Gram!
Właśnie odebrałem list Twój z Calais. Oto odpowiedź ogólna na wszystko i szczegółowa na każdą rzecz z osobna. Z pewnością mi nie wpadło nawet na myśl, by z Waszą Wysokością współzawodniczyć w wiadomościach topograficznych jeziora (jestem tylko Jego pokornym uczniem) ani też w umiejętności matematyki. Powiem Ci: że zmieniłem 16 stóp na 9½, co zaś do skały w Saint-Gingolphe oraz innych tego rodzaju bredni, to jest dozwolonem, by amator, który chce całość uczynić prawdopodobną i poetyczną, nie trzymał się ścisłej prawdy, gdyż w takim razie dla mnie pióro musiałoby się zamienić w sondę z ołowiem, z którą poszedłbym zmierzyć głębokość Lemanu. Tu zaś moim celem było dać trochę życia akcji i całości i pokazać czytelnikowi Jezioro Genewskie z jego zachwycającemi brzegami, potem krajobraz burzą zaciemnić, złagodzić wrażenie ku końcowi ciszą letniego wieczoru, który po przejściu burzy ukazuje się w swej olśniewającej zieloności ponad górami Jurajskiemi. By uniknąć jednostajności, wprowadzam postać wymienionego Romura i marynarza Grégoire, wreszcie lorda Gram, który jest punktem środkowym. — Wobec tego nie ma znaczenia, gdzie znajduje się kamień z Saint-Gingolphe lub czy taka lub inna jest głębokość w tem miejscu. — Poeta widzi tylko błękitną powierzchnię Lemanu i zaludnia ją istotami, zrodzonemi w swojej wyobraźni, głębokość zaś jeziora zostawia pstrągom łososiowym. Teraz, ponieważ mówimy o tym przedmiocie, ciągnę dalej. Rozdział pierwszy kończy się przybyciem „Winkelrieda” do Genewy. Pasażerowie oddalają się niechętnie, zatrzymując się na brzegu, by dowiedzieć się, kim jest osobnik, wyratowany spośród fal przez lorda Grama. Ale Romur każe obrócić statek tyłem ku Genewie, i wymienieni pasażerowie nie widzą nic prócz marynarzy, znikających wśród żagli i masztów. Potem milczenie. Odchodzą niezadowoleni, bo niczego dowiedzieć się nie mogli. Rozdział drugi rozpoczyna się w salonie „Winkelrieda”, o późnej godzinie w nocy, to jest o 10-tej przypuszczam. Obraz następujący: Lord Gram siedzi przy swoim przyjacielu, który śpi. Romur stoi ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma, proponując szlachetnemu lordowi szklankę ponczu. Odmowa. Potem Romur odchodzi. Przebudzenie (człowiek nazywa się Adam). Zrywa się z łoża i, zobaczywszy kogoś przy sobie, pierwszym ruchem zsuwa długie włosy na czoło, by niemi twarz nakryć. Następuje rozmowa. Lord Gram próbuje mu przypomnieć Henryka Burnley’a. On zaś odpowiada: „Henryk jest to imię z kalendarza, Burnley jest to nazwa wielkiej wyspy na oceanie. Powtórzył mi raz, że chciałem dłoń jego uścisnąć. Wiesz, że, choć przestałem być człowiekiem, nie spadłem do rzędu psów gończych, które liżą rękę, gdy je obito”. Wtedy Gram chce w inny sposób wywołać jego wspomnienie. „Może imię Marii Shelley jest Ci znane”. Uśmiecha się, jak dziecię, które nie wie, czemu się śmieje, i odpowiada: „Dnia jednego, jednego z dwunastu miesięcy, które rok tworzą, spostrzegłem ją w alei drzew lipowych. Aptekarze zbierali kwiaty, opadłe z gałęzi. Wiatr dął silnie. Przechadzałem się z kim innym, a jej suknia (Marii Shelley) podnosiła się do góry, i ten inny rzekł do mnie: »Jaką grubą ma nogę«. Spójrz”, dodaje Adam, silnie ramię wyciągając: „A więc tak go uderzyłem i stoczył się w dół z pagórka; lecz dziś już bym tego nie uczynił. — Ja nie mam już prawa uderzyć człowieka, który mi wyrządza krzywdę”. Jedynym sposobem powstrzymania tych bredni jest walc Webera, który lord Gram śpiewa. — Wtedy Adam zbliża się do niego z wyciągniętemi ramionami, jak człowiek, idący w ciemnościach; łzy zaczynają spływać z jego oczu i, patrząc na jezioro poprzez uchylone okno, krzyczy: „Ostatnia myśl Webera! śpiewałem ją na tych falach. Tony pogrążyły się w dół, a teraz po długiem milczeniu powracają ku mnie z głębi wód”. — Potem poznaje lorda Grama i zaklina go, by mu pozwolił odejść, gdyż hańba czepia się wszystkiego, co go otacza. Gram mu odpowiada, że go ocalił w chwili, gdy miał utonąć. — Wściekłość i szał wracają, krzyczy: „Bądź przeklęty za to! Jak dobrze ginąć podczas burzy. Ludzie nic na falach napisać nie mogą, a na grobie kładą: Tu spoczywa, a potem historię długą, w dwóch zamkniętą słowach: hańba na początku i hańba na końcu. Gdy przejdziesz obok, pomyśl: to moje dzieło. Któż ci nakazał mieszać się do sprawy mojej z falami. Dzień był naznaczony. Fale mi obiecały, że mię pochłoną. Długo prosiłem. Mój kochany panie, odtąd pozostaw mię w spokoju! Którędy się stąd wychodzi?”. Lord Gram mówi mu, by go zatrzymać. — „Mam dla ciebie list od Marii Shelley”. — „Ach, panie, czyż pan jesteś z poczty? Ileż on kosztuje? Nie mam zupełnie pieniędzy przy sobie”. A potem krzyczy z rozpaczą: „Nie, ja nie mogę listów odbierać. Omyliłeś się. Wszyscy ze mną zerwali. Sam zostałem wśród ludzi. Promień sponad gór jurajskich, dawniej, gdy uciekał, prześlizgując się poprzez obłoki, przychodził porozmawiać ze mną, a teraz drogę zmienia i woli w jeziorze się utopić, niż zbliżyć do mnie. Dzieci, te naiwne małe zwierzątka, uciekają przede mną. Dumny jestem. Nie chcesz mię, szukać Cię nie będę. A zresztą nie mogę odpisać. — Nie mam pieczęci. Nie wiesz, cudzoziemcze, co mię spotkało. Sala była kirem obita: trumna pośrodku, ponad nią herby lazurowe, srebrne i złote. — Herold wszedł z toporem. Raz, dwa, trzy. Patrz jakie szczątki, dokoła wieka trumny. Pozbierali je, w proch roztarli i rozrzucili na cztery wiatry”. Potem są inne wyrazy: np. „A co do Marii Shelley, powiedz jej, że dobrze zrobi, jeżeli spali moje listy i popioły, na proszek roztarte, wsypie do szklanki z herbatą. Niech je wieczorem wypije, później spać się położy, a gdy się obudzi, już mnie nie będzie w jej duszy. Walczyłem ze swym losem, dzień po dniu, krok za krokiem, lecz to był półbóg, a jam tylko człowiek. Wiem, że ludzie mówią: jest szaleńcem. Może to prawda. Lecz niech przecierpią połowę tego, co ja przecierpiałem, a zobaczymy, czy zostanie im dość siły do szaleństwa. Nie, zdechną z bólu i pójdą gnić do grobu. Henryku, ja jeszcze gnić nie zacząłem”. Potem w innem miejscu. „Dwie wczoraj jaskółki latały! — Dokąd lecicie?. — »Ja na północ«. — Druga rzekła: »Ja na południe«. Coś trzymały w dziobkach. »Co trzymacie?« »To imię twoje, które stało się suchem sianem«”. Potem w innem miejscu, kiedy chcą posłać po lekarza. — „Ah, ah! Wielu już lekarzy próbowało na mnie swej sztuki i cóż mi pomogli, mrugając oczami, potrząsając głową i szepcąc? — Ah! — Ah! — lekarza! Kochany panie, czyż wskrzesi on tych, którzy zginęli beze mnie i pośle ich znów na pole bitwy, bym z nimi razem rzucił się na wroga? Czyż posiada on proszek, by plamę zetrzeć? Gdy przyjdzie, powiedz mu ode mnie, by szkielety pociągnął za kości, nic nie czują. Niech idzie odwiedzać suchotników i tych, którzy mają reumatyzmy, gorączki, palpitacje, fluksje. Niech idzie oczy zamykać tym, którzy odchodzą z tego świata, otwierać je tym, którzy nań przychodzą, lecz ode mnie niech będzie z dala. — Ciało mam zdrowe, oczy kruka, a zęby moje wydają, gdy zgrzytam, czysty dźwięk. Sześciu ludzi mógłbym zdusić w swych ramionach. Był czas, kiedy byłbym zdusił dwunastu wrogów. Lecz skrzyżowano mi ramiona na piersiach, mówiąc: poczekaj! Włosy moje nie zaczęły jeszcze wypadać”. Przyglądając się falom, które na brzeg się rzucają: „Myślę często, żebym je wyprzedził w biegu. Tylko dusza moja cierpi na wspomnienia, a na to nie ma lekarza. Jest tylko dno jeziora”. Ostatnia tyrada. „Opowiem, dlaczego oszalałem. Sam przechadzałem się w nocy — księżyc świecił na niebie, jak słońce bez promieni. Milczenie. Wiatru nie ma. Tylko niekiedy lekki szmer myszy, nie, to nie myszy, to szczur wodny, a dalej rybka porusza się gwałtownie w wodzie. Mój anioł stróż mi się ukazał, skrzydłem o lipę się oparł, drugiem o topolę i rzekł mi: Adamie, życie twoje skończone, gdyż żyć, jak ty żyjesz, znaczy nie żyć wcale. Jest to raczej śmierć z dodatkiem kilku wrażeń, jak np.: jedzenia, picia, kaszlu. Nic Ci nie pozostało. Rada moja jest, byś szaleńcem został. Idź w opustoszałą okolicę, pomiędzy ruiny starego świata gór, do stawu wody, gnijącej pod bladem niebem, a potem pomyśl o tem, czem jesteś. Nie obracaj oczu twoich naprzód, by uniknąć przeszłości, nie odwracaj oczu twoich wstecz, by uniknąć przyszłości. Zbierz wszystkie swoje cierpienia w jedną wielką myśl, aż Ci się ukaże podobna do upiora. Wtedy nie cofaj się, nie mdlej, lecz patrz z nieruchomo utkwionym wzrokiem, a ja Ci przyrzekam w nagrodę, że myśl ta przywiąże się do twojego mózgu i staniesz się szaleńcem”.
Drugi rozdział kończy się ucieczką nocną Adama w barce do miasta. Do tego miejsca doszedłem i dalej nie postąpiłem. Przepraszam, że Cię nudziłem tak długo. Ponieważ nie umiem pisać wierszy, chcę, by całość tej rzeczy zostawiała czytelnika pod wrażeniem poematu, podczas gdy szczegóły jej są powieścią. Twój sen zawiera ważną myśl moralną, jest w nim wyobraźnia i błyskotliwe złudzenie i rzeczywistość poetycka. Kostnica w Glies jest prozą. Zupa Lombarda to początek złudzeń życiowych i ich koniec. Listów nie odebrałem. Przez litość, napisz mi coś o H.! Skąd do diabła masz włosy C.? Nikomu o tem ani słowa nie pisnę. Lecz jeśli będę mógł, przyślę Ci drugie wydanie, które, sądzę, będzie poprawniejsze.
Już to, co mi piszesz o swoich Tytanach, dowodzi, że w nich rozwinąłeś skręty swojej potężnej wyobraźni. Przyślij mi ten ułamek, jeśli się to da uskutecznić. Jestem bardzo ciekawy, będę udawał krytyka. „Powiedzieli, że nie mogę się modlić” jest bardzo piękne. Jeśli całość się udała, to powinien to być Twój najlepszy utwór, ponieważ jest to Twoja najpotężniejsza koncepcja. Co do krzyża, poznaję wpływ wicehrabiego, ode mnie przejęty. Ja także napisałem coś podobnego dla manuskryptu Adama; ale o tem w następnym numerze. Czytałeś, Henryku, mój list, posłany do Londynu. Jestem trochę mniej podniecony, lecz ciągle jeszcze niezmiernie nieszczęśliwy. W Polsce wszystko idzie dobrze. Niech będzie błogosławione imię Pańskie! Czyś widział Mickiewicza? Sara była wyjazdem Twoim zrozpaczona. Coś więc tam jednak kryło się poza ładną buzią młodej dziewczyny. Nigdy nie trzeba sądzić z pozorów. Widziałem Klustine’a. Byłem przy nim przez trzy godziny. To szlachetny charakter, który się gubi. Blady, cierpiący, zgrzytający z bólu zębami, rozciągnięty na swojem posłaniu, zaprzecza boskości Zbawiciela i pogrąża się całą duszą w Hobbesie i Helwecjuszu. Ma odwagę, piękne uczucia, lecz mało poezji i serca. Rozumie całego Byrona, lecz lepiej Don Juana, niż Oblężenie Koryntu. Przez pychę zdobędzie się na wszystkie najwznioślejsze poświęcenia. Jest to jeden z tych ludzi, którzy przy sposobności stają się cnotliwymi szatanami.
Duchesne gra ze mną w szachy codziennie, regularnie od 10–12 w nocy. Daję mu mata za każdym razem, lecz powraca bardziej wściekły do ataku i, jeszcze pobity, ustawia z powrotem swoje szachy i gra znów, wymyślając systemy przeciw pobijaniu swoich koni i swojej królowej.
Czytającemu ten list może się wydawać, że zostałem obserwatorem, że mam dobry humor, że jestem mniej więcej obojętny na to, co się dzieje dokoła mnie. — Lecz tak nie jest i nigdy nie będzie. Czuję to silnie, życie moje i młodość przechodzą, jak żaba, podskakująca w błocie. Kobieta cofnie się ze wstrętem i minie ją. Mężczyzna, jeśli ją zauważy, rozdepcze nogą. Z kimżeż żyłem, odkąd opuściłem Polskę? Poza H., która mi była błyskawicą, poza Tobą, który stałeś się dla mnie błyskawicą, z jakimiż to ludźmi stykałem się bezustannie? Karolina C. jest uroczą. Byłem z nią na jeziorze; jest to jedyna genewianka, która nie pochodzi ze „spelunki przyzwoitych ludzi”. — Lecz brat jej, Claparède, lecz itd... Nigdy bym nie skończył, — gdybym wszystko chciał powiedzieć. Oczekuję odpowiedzi od swojego ojca. Gdy nadejdzie, dowiesz się o losie przyjaciela. Żegnaj, kochany Henryku, żegnaj! Kocham Cię z zabarwieniem mojego przywiązania do H. Cóż mógłbym więcej powiedzieć? Zresztą wiem, że wiesz, iż Cię kocham. Żegnaj, żegnaj! Ach, gdybym mógł raz jeszcze w życiu do serca Cię przycisnąć, choćbyś miał poczuć tylko szczątki tego serca, które niegdyś znałeś, gdy było całe płomienne z początku, a później zwiędłe!
Zygm. Kr.