4. Do Henryka Reeve’a

Genewa, 14 lipca 1830

„Ukochani przez bogów umierają młodo”. Najprawdziwsze to przysłowie, jakie kiedykolwiek słyszałem lub czytałem. Co poczniemy, mój drogi, gdy serce nasze w głębi naszych piersi zamieni się w grudę błota, gdy życie będzie jedynie wegetacją, gdy staniemy się niemal krzakiem ciernistym dzikiej róży lub trzciną na moczarach? Gdyby nam wtedy przynajmniej usłużne przeznaczenie zechciało podać czarę, pełną letejskiego napoju! Ale, na domiar nieszczęścia, pamięć zostanie, kiedy miłości już nie będzie. A jeśli wówczas rzucimy spojrzenie wstecz na upłynione życie, na ten potok, raz oświecony niebieskim ogniem błyskawic nawałnicy, to znów pokryty płatkami róży, unoszącemi się na nim, jak uśmiech na pięknych ustach, co pomyślimy? Co poczniemy? A gdy spostrzeżemy, że ten sam potok tu traci na szybkości, tam na szerokości, że następnie zwalnia coraz bardziej biegu, pleśnieje, staje się zielonkawy, zmniejsza się, zmniejsza, stygnie, zaledwie się porusza, wreszcie ścina się cały lodem, by nigdy już więcej nie zobaczyć ni słońca, ni wiosny, ni róż, ni błyskawic — wówczas gorzko płakać nam przyjdzie, jeśli jeszcze łez nam stanie, ale nie będzie już łez w naszych zagasłych oczach. Jęczeć będziemy, jeśli jęczeć zdołamy, ale nie dobędziemy głosu ze swego osłabłego łona. Padniemy, mój drogi, całym ciężarem starości, nieustraszonej odwagi, którąśmy mieli na ziemi, a miejsce, gdzie padniemy, będzie naszym grobem. Pożyjemy jeszcze przez czas niejakiś, wpatrując się w niebo nad nami, w świat ziemski dokoła, lecz tak, jak to czyni zwierz lub ptak leśny: bez uczucia, bez świadomości, bez zapału. Różę, którąśmy przedtem kochali i ubóstwiali jako godło i symbol, jako znak i zaklęcie czarodziejskie, poddamy wówczas sekcji, by dowiedzieć się liczby jej płatków lub ilości długich linij jej kielicha. Z młodych poetów staniemy się starymi Candolle’ami14. Księżyc, który dawniej przemawiał do naszego serca każdym swym promieniem, stanie się dla nas planetą i, patrząc nań, my, cośmy marzyli o naszej kochance, będziemy myśleli jedynie o ciężkości i o sile odśrodkowej. Tam gdzie widzieliśmy duszę, życie, nie zobaczymy nic prócz materii i wagi. Tam gdzieśmy odczuwali tajemnice i duszę, czuć będziemy jedynie przyciąganie atomów i rozchodzenie się eliptyczne. I tak z władcy nocy, z pocieszyciela serc naszych księżyc stanie się sferoidą, ulegającą z góry obliczonym fazom, pokrytą pyłem, bezwładną masą, utrzymującą się w równowadze. Gwiazda, która błyszczała nad latami naszej młodości spojrzeniem takiej H. lub takiej C.15, świecić będzie nad naszemi pooranemi w zmarszczki czołami, a promienie jej przebiegać będą przestrzeń z szybkością kilkuset milionów mil na 8 minut. Kompas i koło, oto co nas czeka. Miłość i poezja, oto co pozostawimy za sobą. Ale, być może, Bóg nie dopuści do takiej w nas zmiany, być może grób nasz jest już niedaleki i kwiaty już zaczynają wyrastać nad nami.

Oto, mój drogi, myśli, jakie mnie obecnie zaprzątają i które Ci przesyłam. Bodajbyśmy, wyczerpani wielkiemi myślami, konali powoli w objęciach naszych ubóstwianych. Oto życzenia moje jako poety. Lecz czy jako człowiekowi, czy jako Polakowi wolno mi mieć takie pragnienia? Nie, myśleć trzeba o czem innem, i podczas gdy dla Ciebie serce może być światem całym, dla mnie miłość jest tylko piosenką, wygraną na fletni w przerwach między czynnościami życiowemi; a jednak oddałbym wszystko, by miłość była mojem życiem. Nie sądź, mój drogi, by sprawy moje tak źle stały. Nie, ona mnie kocha jeszcze. Dowiesz się o wszystkiem, gdy się spotkamy. A zresztą choćby tak nie było, ona mię kochała. To wystarcza. Myśli, ku mnie zwrócone, zniknąć już nie mogą. Myśl jest nieśmiertelna, i miłość jej, jak i myśli, nieśmiertelna będzie. Podobnież, jeśli C. Cię kochała, musi, nawet wbrew swej woli, kochać Cię na wieki. Wszystkie jej myśli wielkie i podniosłe, jak promienie słońca, wyszły z jej serca i uniosły się ku niebu. Tam je znajdziesz, tam będziesz szczęśliwy. Masz wielką, olbrzymią nade mną przewagę. Królestwo Twoje, jeśli zechcesz, może nie być z tego świata. Moje częściowo przykute jest przez kraj mój do ziemi. Jestem jak wulkan, który pada z nieba, nie mogąc ani doń powrócić, ani ziemi dosięgnąć. Zawisłem w przestrzeni na stalowym łańcuchu, który przeniknął do mego serca, wrzyna się w nie, a może przerwie. Ale, nim to nastąpi, masz we mnie szczerego i oddanego przyjaciela.

Twój Zygmunt Krasiński

5. Do ojca

Genewa, 5 septembra16 1830 r.

Kochany Ojcze!

Odbyłem podróż po Szwajcarii i widziałem okolice, których wpierw się nawet domyślać nie mogłem.

14 aug17. Wyjechaliśmy z panem Jakubowskim z Genewy na statku parowym, na którym był także Mickiewicz i Odyniec. Oni mieli jedną drogą, a my drugą tę samą podróż odbyć, ale, jak to się najczęściej po polsku dzieje, rzeczy już w ostatniej chwili się rozstrzygają. Właśnie przed rozłączeniem się ułożyliśmy razem jechać, do czego najwięcej przyczyniły się nalegania Odyńca. Własna moja chęć także niemało, bo pragnąłem bardzo poznać Mickiewicza bliżej, a teraz, kiedym go poznał, prawdziwie nazywam szczęśliwą tę godzinę, w której na statku parowym zdecydowaliśmy, że razem pojedziemy. Tego dnia nocowaliśmy w Montreux, najpiękniejszej wiosce Szwajcarii nad brzegiem Lemanu, naprzeciwko skał Miellerie, blisko chillońskiego zamku.

15 aug. Wyruszyliśmy rano i wdrapaliśmy się częścią na własnych, częścią na mułowych nogach. Jest to góra, wzniesiona bardzo nad jeziorem genewskiem. Z niej widok był pyszny: całe jezioro błękitne, całe niebo błękitne, wieniec gór wokoło, lekkie żagle na jeziorze, srebrne chmury na niebie i przestrzeń ogromna, uśmiechająca się, ciągnąca się aż do pasma Jura, które zdawało się być zagrodą między ziemią a widnokręgiem, za który już oko przejść nie może.

Dalej idąc, z gór, okrytych sośniną, zstąpiliśmy między wąwozy i, kiedy zabrakło nam pięknych widoków, udaliśmy się do wspomnień i przypomnieliśmy sobie z Odyńcem warszawskie dysputy z Koźmianem, Osińskim, i obiady, na których tak żwawe bywały kłótnie. Droga nam tak przeszła aż do wieczora; nocleg nasz był w Chateau d’Oin, wiosce dość nędznej pomiędzy dwiema skałami.

16 aug. Obudziliśmy się pośród deszczu, bijącego w okna, i nieprzyjemną w malutkich, niewygodnych powozach ciągnęliśmy podróż. Góry daleko więcej są smutne i ponure podczas słoty, niż równiny, bo w górach ogromne masy mgły się gromadzą, a z nich deszcz drobny, ale przenikający kości. A potem w górach zawsze się spodziewamy pięknego widoku, o którym nie myślimy na równinach, i ten piękny widok, wydarty oczom naszym przez mgłę, w smutek wprawia, tak, jak lica pięknej kobiety, welonem zakryte. Ale rozmowy, rozprawy z Odyńcem, wiersze, kontemplowanie Mickiewicza, bo mało bardzo, prawie nic w pierwszych dniach nie mówił, skracały mi nudy niepogodnego dnia.

Nazajutrz, 17 aug., taż sama słota i niepogoda. Przyjechaliśmy do Thun, miasta, sławnego w Szwajcarii dlatego, że co rok tam obóz artylerii się gromadzi. Jest to jakby szkoła wojskowa. Miasto, samo przez się mało znaczące, pełne było podróżnych. Najpiękniejszą tęczę widziałem wieczorem przy zachodzie słońca. Na czarnem tle z chmur, jakby wymalowana, opierała się dwoma końcami na dwóch skałach, jakby most, przez powietrze anielską ręką zarzucony. Zresztą deszcz nie ustawał i wszystkich w spleen wprawiał.

18 aug. O 9-ej z rana puściliśmy się z Thun po jeziorze tego samego imienia, które jest najbardziej dzikiem w całej Szwajcarii, bo otoczone spadzistemi skałami, poprzerywanemi między sobą, co sprawia, że często temi przerwami wpadają wiatry, sobie przeciwne, i, krzyżując się, burze niebezpieczne wznoszą. A potem te skały są czarne, ostre, rzadko gdzie zielonością obrosłe, kolor wody ciemnozielony. Ogół widoku ponury, osobliwie kiedyśmy płynęli, bo wtenczas mgły wszędzie wokoło wisiały na karkach gór, jedne przeciw drugim biegły, podżegane wichrem, ścierały się z sobą, rozrywały i znów sklejały, by ogromną zasłonę zawiesić między niebem a ziemią.

Po trzygodzinnej przeprawie dostaliśmy się na drugi brzeg, skąd pojechaliśmy powozem do Interlaken. Tu już zaczyna się sławny Oberland, czyli część górzysta kantonu Bern, najrozleglejszego ze wszystkich kantonów. Interlaken jest to ni wieś, ni miasto: składa się z szeregu gospód i leży w pięknej dolinie między jeziorem Thun i jeziorem Brienz. Można powiedzieć, że jest to zupełnie angielska kolonia. Anglicy ogólnie zalewają Szwajcarię tłumami. Dobrze i trafnie to Mickiewicz porównywa do dawnych wypraw krzyżowych, tylko z tą różnicą, że tam był cel religijny, tu światowy, tam bronią pancerz i kopia, tu gwinee i franki, ależ bo tamte w XII, ta w XIX dzieje się wieku. Jedliśmy tego dnia à table d’hote. Podobno to pierwszy czy drugi raz w mojem życiu mi się zdarzyło, i przyznaję, że wielką mam do tego odrazę. Nie lubię twarzy nieznajomych; tyle oczu, a żadne nie zwracają się na mnie z wyrazem przyjaźni, znajomości. Cóż mi po tych ludziach, po większej części nonsensa gadających, rozprawiających o lepszości mięsa, o gatunkach wina, lub też najfałszywiej o polityce! Kilka było Angielek: naród to, który w części swojej żeńskiej miłe ma dla mnie wspomnienia; z daleka każda Angielka przyjemne czyni na mnie wrażenie, z bliska tak mi jest obojętną, jak każda inna jakakolwiek kobieta. Wieczorem siedziałem zamyślony w salonie oberży, pośród kilkunastu osób, pijących herbatę, kiedy zza drzwi sali wzniosły się harmonijne głosy, śpiewające góralskie, helweckie i tyrolskie pieśni. Wyszedłszy, zobaczyłem czterech ślepych, trzymających się za ręce. Przykre i zarazem miłe ich śpiewy robiły na mnie wrażenie. Ci ludzie nieszczęśliwi, na zawsze pozbawieni słońca, jeszcze usiłowali zabawić podobne do siebie istoty, daleko od nich szczęśliwsze, by na chleb zarobić. Wiecznej poświęceni nocy, wzrok utracili, ale zastąpili go głosem; głos melodyjny stał się ich wzrokiem. Zdawało mi się, że widzę człowieka, który, wpadłszy w przepaść, czepia się słabych roślin na jej brzegu z uśmiechem przymilenia na ustach.

19 aug. Niepogoda przymusiła nas siedzieć całe popołudnie w Interlaken. Dla odpędzenia nudy napisałem w tym dniu broszurkę po polsku, której treść wyda się dziwaczną Ojcu. Jest to rozprawa, dowodząca, że dusze osób, przywiązanych do siebie za życia, spotkają się po śmierci. Od czterech miesięcy już mi ciężyło na sercu, bym się z tą myślą wypisał, i ten ciężar zrzuciłem w Interlaken.

20 aug. Z rana przez jezioro Brienz udaliśmy się do pięknej kaskady Giessbach. Spadające jej potoki z wysokiej na 8 000 stóp góry, pięknie, diamentowo się wydawały przy promieniach jasnego słońca, a mnóstwo tęcz, jakoby girlandami z kwiatów wokoło ją opasywało. Poszliśmy na sam wierzch z Mickiewiczem i pamiętam, że z powodu tęczy, która zależy jedynie od położenia oka patrzącego, bardzo pięknie mi mówił o świecie, jakim by się wydał, gdyby w nim człowieka nie było. Jest miejsce w skale, gdzie fale wodospadu tak się w łuk zaginają, spadając z wysokości stu stóp, że można bezpiecznie i bez wielkiego zmoknienia stać pod nimi, a wtenczas, patrząc przez nie na okolicę, zdaje się, że się patrzy przez ruchomą kratę z roztopionego srebra.

Wróciliśmy przez jezioro Brienz do Interlaken; zaraz stamtąd wybraliśmy się do doliny Lauterbrunnen, odległej o milę od Interlaken. U wnijścia do doliny Lauterbrunnen jest ułamek skały, sterczący nad strumieniem, z napisem, w głazie wyrytym, tej treści: „W tem miejscu, podczas niepogodnej nocy jesiennej, baron z Rutli zabił przed trzystu laty własnego brata”. Wrażenie, sprawione tą legendą, nie znika, posuwając się dalej. Owszem, cała dolina zgodnie z nim działa na duszę. Wznoszą się w niej połamane w przepaści ogromy skał, zarosłe borami, szumią zewsząd potoki, huczą wodospady, góry krzyżują się w coraz innych kształtach, każda inaczej swój wieniec z sosen nosi, każda inaczej wyciąga ramiona i piersi wydyma. A nad wszystkiemi wznosi się Jungfrau, sławna Manfredem Byrona i tem, że nikt jeszcze dziewiczych jej śniegów nie dotknął stopą. Cała zdaje się ze srebra ulana, piękna, kształtna, niebotyczna, leci od ziemi, wzbija się w błękity, a uśmiech natury ustawny na jej łonie i skroniach. Zapewne Mont-Blanc jest wzniosłym i wielkim, zapewne na jego czole znać rękę Stwórcy, ale jakoś wyraz jego całości jest mniej powabnym od Jungfrau. On jest bardziej szerokim, wierzchołek jego cięższy, nie tak wysmukły, postawa roślejsza, zda się ciężyć ziemi. A ona jest piękniejszą, kibić ma cieńszą nierównie, śniegi jej srebrniejsze, czoło bardziej zaokrąglone, wszystkie kształty bardziej kobiece, dziewicze. Mont-Blanc (przypuszczając zawsze możność takiego porównania) niezawodnie jest królem alpejskim, a ona królową.

21 aug. Zwiedziliśmy dalsze części Lauterbrunnen, ale nie podobały mi się tyle, co pierwsze. Wróciłem niezmiernie zmęczony do Lauterbrunnen, myśląc, że kuropatwy opinogórskie warte wszystkich gór Szwajcarii. Mickiewicz nieco się ożywił i z nami lepiej zapoznał. O, jakże fałszywe sądy były o nim w Warszawie! Rozległej on jest nauki, umie po polsku, po francusku, po włosku, po niemiecku, po angielsku, po łacinie i po grecku. Doskonale zna politykę europejską, historię, filozofię, matematykę, chemię i fizykę. W literaturze nikt może w Polsce tyle nie ma znajomości. Słysząc go mówiącym, zdaje się, że każdą książkę czytał. Sądy ma bardzo rozsądne, poważne o rzeczach. Smutny zwyczajnie i zamyślony; nieszczęścia już mu zmarszczki na trzydziestoletniem czole wyryły. Zawsze spokojny, cichy, ale znać we wzroku, że rzucona iskra zapali śpiący płomień w piersiach. Wydał mi się ideałem człowieka uczonego i geniuszu pełnego.

Znudzony więc, w oberży lauterbrunneńskiej siedziałem przy oknie z Odyńcem i patrzałem na Jungfrau, kiedy zachodzące żegnało ją słońce różowemi promieniami. Obłok lekki, bursztynowej barwy, prawie przezroczysty, obwijał się koło jej czoła, a razem przezeń błyszczały śniegi jej piersi. Nic równego temu widokowi w snach nie marzyłem. Było coś w tym zachodzie religijnego, boskiego, było coś tak cichego, tak wdzięcznego, że się zdawało co chwila, iż obłok pryśnie i anioł z niego się ukaże. Następnie razem zakwitło czoło alpejskiej dziewicy, chmura się stopiła w błękicie i Jungfrau, cała oblana czerwonością, ukazała się naszym uwielbiającym oczom. Zdawało się, że od wstydu tak się płoni, żegnając się ze swym kochankiem, słońcem, który w kilka chwil później zniknął z nieba, a ona, opuszczona, sama została i pobladła. Przed chwilą jej śniegi były kobiercem ze srebra w róże tkanym, a teraz szerokim, bladym całunem. Ten widok nie wypadnie nigdy ani z mojej, ani z Odyńca pamięci. Myślę, że można by się zakochać w Jungfrau.

22 aug. Wyjechaliśmy z Lauterbrunnen i pośród gęstej mgły przeszliśmy wierzchołek Wengernalp, góry, z której, mówią, że jest widok najpiękniejszy w Szwajcarii, aleśmy nic nie widzieli. Dopiero, kiedyśmy przyszli do doliny Grindelwald, mgła się rozeszła. Jest to dolina dość piękna, zdobna ogromną skałą Wetterhorn i dwoma gleczerami (glaciers18), które aż do równiny się spuszczają — ale w żaden sposób nie może iść w porównanie z Lauterbrunnen.

23 aug. Z Grindelwaldu udaliśmy się do Meiringen, wsi, leżącej w pięknej dolinie Oberhasli. Droga była trudna, męcząca, nad brzegiem przepaści, kręcąca się pomiędzy górami i skałami. Nie może sobie Ojciec wyobrazić obrzydłego charakteru pospólstwa szwajcarskiego, tak sławionego w całej Europie dla swojej cnoty i prostoty. Wszyscy tylko myślą o zysku, o zarobku; pełno żebraków, dzieci maleńkie, dobrze ubrane, wychodzą na drogi i proszą o jałmużnę; wszelkiemi sposobami starają się oszukać cudzoziemców, wszyscy w tym celu trzymają się za ręce, wszyscy ku temu zamiarowi całemi siłami dążą.

Dolina Oberhasli jest położona między dwoma pasmami gór, nie bardzo wzniosłych, ale ponętnych z miłej zieloności; strumyki szemrzą po murawie, wodospady po skałach się rozbijają, wszędzie drzewa się zielenią i kwitną kwiaty. Tuśmy dla odpocznienia dzień przesiedzieli, podczas którego w porządek ułożyłem Ułamki podróży szwajcarskiej, które chciałbym posłać do Warszawy, ale nie wiem czy pan Józef zechce je wydrukować; będzie z nich wszystkich mała broszurka. Są to opisy na miejscach i pod wpływem miejsca pisane. A propos tego, p. Girard pisał mi, że autor podróży po Szwajcarii saskiej, K., wrócił do Warszawy z zagranicy pod postacią wielkiego fat’a19. To okropna rzecz, że trwa u nas jeszcze ten zwyczaj wracania z Paryża z chustką dobrze zawiązaną i frakiem nowomodnym i niczem więcej; że trwa u nas to srogie przeznaczenie, iż większa część młodzieży naprzód w uniwersytecie nic się nie uczy, tylko krzyczy, a potem, wyjechawszy do niemieckich zamorskich krajów, zamiast żeby europejską postać przybrać i europejską kulturę przyjąć miała, jedynie przyjmuje śmieszności, i stare zdania, i stare zwyczaje. Bo w teraźniejszym wieku już fat’em być się nie godzi: dobrze to było du temps de la régence20. Dodam także inter parenthesim, żem się podczas drogi wyuczył doskonale strzelać z pistoletu, tak, że jabłka w powietrzu rozbijam. Coby powiedziały kuropatwy opinogórskie i bekasy knyszyńskie, gdyby o tem posłyszały!

25 aug. Rano wyszliśmy z Meiringen i przebywszy śliczną dolinę Hasli-in-Grund, wjechaliśmy w dziką okolicę Grimsel. Trudno tę dzikość okropną opisać, ten ponury huk potoków, wydać ten grzmot awalanszów (lawin), co chwila padających między górami, tę samotność miejsc, pełnych przepaści i czarnych otchłani. Tu skały i góry zupełnie inny kształt przybierają, inną wcale mają charakterystykę. W okolicach, już przez nas zwiedzanych, skały po większej części spiczaste, tu zaś są okrągławe i podobne do fal potoku które, z góry spadające, siła jakaś nieznana w głaz zamieniła. Widzieliśmy także tego dnia spadek rzeki Aar, który, jak mówią, piękniejszy daleko od Renu w Schaffhouse. Rzeka cała z ogromnej skały w potrójną, bezdenną przepaść leci z hukiem piorunu, z tęczami wokoło, z kłębami piany, podobna do śniegu. Nocowaliśmy na dzikiej, opuszczonej, żadną trawką ani drzewem nie ocienionej górze Grimsel, wysokiej 6 tysięcy stóp, w nędznej gościnie drewnianej i w najsmutniejszem położeniu.

26 aug. Z trudnością nam przyszło zejść z góry Grimsel, u której stóp odkrywa się z boku największy z gleczerów alpejskich (po Mer de glace Chamounix), z którego Rodan swoje źródło bierze. Tu piłem pierwszą kroplę Rodanu, wychodzącą spod jaskini z lodu. Dalej szliśmy pomiędzy dzikiemi, ponuremi, nagiemi górami, udaliśmy się z wielkiem znużeniem na wierzchołek Furki, po ścieżce zasianej kryształami skalistemi, i stąd mieliśmy pyszny widok na całe pasmo gleczerów Oberlandu. Monotonna droga zawiodła nas do Andermatt, miasteczka, gdzie się kończy Oberland. Przechodziliśmy jeszcze tego dnia obok góry św. Gotharda, po której urwiskach zrobiona droga jest arcydziełem pracy ludzkiej i sztuki. Andermatt jest miasteczkiem, odległem o pół mili od Mostu Diabła, sławionego w tylu opisach. I w rzeczy samej, nigdzie szatan może na ziemi, nie mógłby stosowniejszego wybrać sobie miejsca: jest to most kamienny o sześciu arkadach zstępujących aż do dna przepaści, po której huczy i skacze w białawych falach rzeka Reuss; wokoło wieniec ze skał ostrych i jeżących się urwisk. Trzeba do mostu dochodzić przez jaskinię, czyli raczej galerię, w skale wykutą. Niezawodnie, jeśli anioł ciemności przebywa na ziemi, tam jest tron jego pośród czarnej nocy.

27 aug. Z Andermatt pojechaliśmy już powozem do Altdorf, a stamtąd puściliśmy się jeziorem Walstetten21 i wypłynęliśmy między okolice, pełne wspomnień i pamięci Tella. Tu on zbił jabłko z głowy niemowlęcej syna, tam wyskoczył ze statku Gesslera podczas burzy, i wystawiono w tem miejscu kaplicę, tam znowu na brzegu, w oddali zieleni się wzgórek Grütli, gdzie pierwszy związek przeciw austriackiej przewadze uczyniony. Samo jezioro jest pyszne; zachodzące daleko w niego skały sprawiają, że pływającym po nim coraz nowszy widok się odkrywa. Po kilkugodzinnej żegludze przybyliśmy do portu wsi Brunnen. Tu już wieczorem, przy blasku księżyca, zerwała się okropna burza; świsty wiatru, pukającego do okien, wywołały mnie z pokoju i poszedłem na brzeg wody. Łamały się z sobą wściekle fale, czasem bałwan, odrywając się od środka jeziora, suwał się po modrej przestrzeni z szybkością błyskawicy i rozbijał się po głazach u brzegu. Ruch tak wielkiej masy wody był poważny. Rozpryskiwały się promienie księżyca pomiędzy niesfornemi falami. Miło mi było patrzeć na burzę z brzegów jeziora, myśląc, że tak często w duszy walczą uczucia i jedno drugie rozdziela i szarpie, że promienie światła i religii tak przepadają, giną i łamią się między nimi, jak blask spokojnego księżyca, lecz że to nigdy tak długo nie trwa, bo, im większa burza, tem prędsza cisza. I w rzeczy samej, nazajutrz, kiedym się obudził, niebo już było czyste, wiatr uśpiony, a jeziora tonie zwierciadlane.

28 aug. Z Brunnen wyjechaliśmy, by dostać się do sławnej góry Rigi, z której widok rozciąga się aż daleko za granice Szwajcarii do Włoch i Niemiec, i obejmuje wszystkie pasma gór helweckich z jednej strony, a z drugiej łańcuch Jury. Trzeba nam było do tego przechodzić przez miejsce, gdzie dawniej stało miasteczko Goldau, otoczone czterema wsiami, a gdzie teraz leżą piramidy kamieni, skał stosy, a nad nimi rośnie już trawa i młode krzewią się drzewiny. Już mija lat dwadzieścia22, jak wpośród południa, w dniu pogodnym, wierzchołek góry Rosberg, wznoszącej się nad Goldau, zaczął się poruszać i drżeć cały, a potem cały upadł i pociągnął za sobą część góry. Z ogromnej wysokości walące się skały zawaliły Goldau i wsi cztery. Nie było w ludzkiej mocy odkopać pogniecionych chat i ciał umarłych; leżą one pod nagrobkiem ciężkim z głazów, które im przyrodzenie w swoim gniewie wystawiło. Na przestrzeni mili cała powierzchnia pokryta zwaliskami Rosbergu. Pięćset ludzi pod nimi usnęło snem śmierci. Lecz niezadługo już znowu przyrodzenie uśmiechać się będzie nad własnem spustoszeniem, wkrótce kwiaty, murawa i gaje rozwiną się na pogrobowiskach, i przyszłe pokolenie uprawiać będzie ziemię, ciężącą nad piersiami przeszłego. Opuściwszy tę smutną okolicę, udaliśmy się na wierzchołek Rigi, gdzieśmy mgłę ciemną zastali i cały dzień następujący w gościnie przebyć musieli, tąż mgłą otoczeni.

30 aug. O czwartej z rana obudził mnie dźwięk pasterskiego rogu, oznajmującego wschód słońca na czystem niebie. Wyskoczyłem z łóżka, wybiegłem na wierzch góry, i widok prawie nieziemski, nadprzyrodzony ujrzałem przed sobą. Słońce jeszcze nie ukazało się, ale złote chmury u wschodu czekały na pana. Ocean z mgły zalegał całą przestrzeń, a wierzchołek Rigi zdawał się wyspą nad nim, równie, jak inne wysokich gór szczyty. Pyszny to był obraz! Mgła wisiała niewzruszona między nami a ziemią. Byliśmy nad chmurami, a chmury wydawały się powierzchnią, zbitą ze śniegu i lodu. Lecz, kiedy weszło słońce, ta powierzchnia rozrywać się zaczęła i przez otwory w niej, coraz bardziej się rozsuwające, to przebijał błękit jakiego jeziora, to zieloność jakiej łąki lub lasu. Wreszcie, kiedy mgła zupełnie się rozsypała, ujrzeliśmy krainę wokoło szeroką, rozmaitą, daleką, czternaście jezior, gór tysiące, i Włochy, i Niemcy w oddali. Nacieszywszy się tym widokiem, opuściliśmy Rigi i przez jezioro Walstetten dostaliśmy się do Lucerny.

Lucerna jest miastem mniejszem, ale weselszem od Genewy; kościołów katolickich dwa, a bardzo lubię katolickie kościoły po dawnem ich niewidzeniu. Jest w Lucernie sławny pomnik, wystawiony pamięci Szwajcarów, którzy zginęli 10-go augusta23. Jest to w skale wykuty lew ogromny, konający nad zdruzgotanemi broni pękami podług modelu Thorwaldsena. Skała stoi nad stawem wśród pięknego ogrodu, a żołnierz stary, który był w tej rozprawie, mieszka przy pomniku i pokazuje go ciekawym.

31 aug. Wyjechaliśmy z Lucerny i już równiną odbywaliśmy podróż.

1-go septembra stanęliśmy w Bernie. Nazajutrz byliśmy rano u pana Seweryna24, który nas bardzo grzecznie przyjął i zaprosił na obiad. Po obiedzie oddał nam nasze paszporty i pożegnaliśmy go. Pani Sewerynowa bardzo przyjemna osoba. Następnie, nie zatrzymując się nigdzie, wróciliśmy prosto przez Lozannę do Genewy. Tu zastałem listy od pana Girarda, które w głęboki smutek mnie wprawiły, ale czekam listu od kochanego Ojca, a wtenczas odpiszę.

Ogółem podróż ta przyjemną mnie była, a towarzystwo Mickiewicza niezmiernie pożyteczne. Nauczyłem się od niego zimniej, piękniej, bezstronniej rzeczy tego świata uważać; wielu przesądów, uprzedzeń i fałszywych wyobrażeń się pozbyłem, i niezawodnie to wpływ dobry i szlachetny. Wróciliśmy z p. Jakubowskim do dawnej pensji naszej. Miałem teraz polować trochę, ale za smutny na to jestem. Zamknę się w pokoju i będę czytał i uczył się. Żegnam kochanego Ojca i polecam się Jego sercu.

Zygmunt Krasiński.

6. Do ojca

22 oktobra25 1830 r.

[...] Mickiewicz siedział jeszcze dosyć długo w Genewie i często go widywałem. Rozmowy, z nim miane, oświeciły mnie w wielu względach co do literatury i filozofii. Niechaj Ojciec wierzy, że to nie stronność26, ale prawda, co powiadam: jest to człowiek zupełnie na równi z europejską cywilizacją, umiejący dziwnie dobrze godzić realność suchą życia z najwznioślejszemi pomysłami poezji i filozofii idealnej, mający najczystsze zamiary i chęci, a razem obszernego umysłu, sięgającego do wszystkich nauk i sztuk, wybornego sądu o rzeczach politycznych i scjentyficznych, rozsądku niezachwianego w rzeczach codziennych, spokojnego, cichego charakteru; widać, że przeszedł przez szkołę nieszczęścia. Zupełnie mi wyperswadował, że szumność jest głupstwem tak w działaniu, jak w mowach, jak w pisaniu, że prawda i prawda tylko może być piękną i ponętną w naszym wieku, że wszystkie ozdóbki, kwiatki stylu są niczem, kiedy myśli nie ma, że wszystko na tej myśli polega, i że, chcąc być czemś teraz, trzeba uczyć się, i uczyć, i uczyć, i prawdy wszędzie szukać, nie dając się ułudzić przez błyskotki, które świecą przez czas jakiś, jak robaczki na trawie w maju, a potem gasną na wieki. Spotkanie się z nim wiele mi dobra przyniosło.

Przed dwoma tygodniami wyjechał stąd, i prawdziwie było smutnem i rozczulającem widzieć, kiedy się żegnał z Odyńcem. Myśl, że może już nigdy się nie zobaczą, rzucała barwę boleści na tę chwilę. Ściskali się długo, Odyniec ze łzami w oczach, Mickiewicz ze stalszą postawą, ale z twarzą, na której znać było najgłębszy smutek. Tak się rozjechali, i Odyniec żałował go, jak gdyby kochanki. Jest on dotąd tutaj i co dzień się widujemy...

W tym momencie właśnie jest u mnie z Reevem i rozbierają dosyć żwawo talent Byrona i Moora. Reeve bardzo przywiązał się do mnie.

Zygmunt Krasiński.

7. Do Henryka Reeve’a

Florencja, 18 listopada 1830

Drogi Henryku!

Mam gorączkę, nieomal popadam w malignę, ale sił mi nie brak, jestem pełen życia, nie mogę powiedzieć, szczęścia, gdyż sprzeczność uczuć moich miota mną gwałtownie: w tej chwili gotów byłbym działać, pisać, bić się, wsiąść na okręt, narazić się na rozbicie, jednem słowem poruszać się prędko i równo po drodze życia. Nie sądź, że to Włochy wywarły na mnie ten wpływ, galerie tutejsze i Wenery Medycejskie, gdyż wszystkiego tego nienawidzę. Stało się to za sprawą H. Wyobraź sobie, że, przybywszy tutaj przedwczoraj, zastałem od niej dwa listy na poczcie we Florencji. A listy te zdolne są odjąć rozum człowiekowi, nawet jeśli go już uprzednio nie postradał. Valga me Dios27. Prosi mię o przebaczenie za list, który mi napisała, i tysiąc razy zapewnia mię o swojem przywiązaniu bez granic. Powtarzam Ci, mój drogi, że jestem w stanie gorączki, w chwili przełomu i oto dlatego ostrzegam Cię byś się nie zdziwił, jeśli list ten będzie zawierał rzeczy bez związku lub coś podobnego do obłąkania. Ciągnę dalej moje opowiadanie, sądzę bowiem, że Cię zajmie z powodu Twojej dla mnie miłości. Oto jej własne słowa: „Wtedy, gdym Ci pisała, byłam najnieszczęśliwszą z istot; ach, Krasiński, drogi Krasiński, jakże śmiem Cię tak nazywać, póki mi nie przebaczysz? Wiem jedynie, że byłeś mi drogi i zawsze nim będziesz. O nieba! Więcej pisać nie mogę, głowa moja płonie, nie jestem ani dość silna, ani dość zrównoważona, by pisać dalej. Jeśli powiesz, żeś mi przebaczył, aniołowie w niebie szeptać będą te błogosławione dźwięki” itp.

Pierwszy list jest z 19 października, drugi z 28.

Drugi po francusku; pisze mi w nim, że zazdrość jest straszną namiętnością, że wyobraziła sobie, iż kocham inną, sądząc z tonu listów, które do niej pisałem podczas mej podróży po Szwajcarii, i że była na wpół obłąkana, że dotąd jest nieprzytomna, że jest jednocześnie szczęśliwa i nieszczęśliwa, a w końcu, że mię zawsze kocha i że mię prosi, bym jej natychmiast odpisał i przebaczył. Możesz sobie wyobrazić, jakie wrażenie zrobiło na mnie coś tak nieoczekiwanego. Po przybyciu do Florencji i podczas całej prawie swej podróży byłem w podnieceniu bezustannem. Czegoś się spodziewałem, ale nigdy tego wszystkiego, a jeśli „to” na myśl mi przychodziło i było przeczuciem, odtrącałem je natychmiast, jako przypuszczenie fantastyczne i nieuzasadnione. Wzburzenie moje dosięgło szczytu w chwili przybycia mego do Florencji. Trzeba było czekać do następnego dnia na otwarcie poczty, co podwoiło mą niepewność i niepokoje. W końcu otrzymałem rano te dwa listy i, szczerze powiedziawszy, mój drogi, czuję wyraźnie, że jednak nie jestem przy zdrowych zmysłach. Odpowiedziałem naturalnie natychmiast, udzielając przebaczenia i pisząc, że nie przestałem kochać i że zawsze kochałem, ale jednocześnie oświadczyłem, bardziej stanowczo niż kiedykolwiek dawniej, że nigdy nie zostanę jej mężem, że trzeba, by inny służył jej za przewodnika i opiekuna; że ja przyjacielem jej tylko być mogę, przyjacielem, który bronić jej będzie kosztem życia i mienia, jeśli zajdzie potrzeba, do którego zawsze będzie mogła się zwrócić po pociechę, i pomoc, i przywiązanie, i że aż do czasu, póki się nie zdecyduje na wybór człowieka, mającego za mnie odegrać rolę, której ja wypełnić nie mogę, ośmielę się pisywać do niej w sposób dawny, gdyż kocham, gdyż ubóstwiam ją zawsze, ale że, gdy już wyboru dokona, będę pisywał do niej jedynie jako przyjaciel i że przyjaźń ta, słodka i czuła, jak uczucie brata i siostry, przetrwa życie całe, i że po śmierci odzyskam swoje prawa. Ach, drogi Henryku, jeśli to wszystko napisałem, to jedynie pod przymusem obowiązku, gdyż kocham ją gwałtowniej, niż kiedykolwiek, i tak słodko by mi było nie rozwiewać tego złudzenia, rozpocząć znowu piękne dni miłości, która mi tyle szczęścia dała, przyjąć ją, błagającą o moje przebaczenie, przyjąć ją, mówię, całym pędem najbardziej egzaltowanej i najgorętszej namiętności. Ale cóż robić? Musiałem jej odjąć nawet cień nadziei. Napisałem jej nawet, że na wiosnę nie przyjadę do Anglii.

Biedna Henrieta, odnawia w liście przysięgę, złożoną w niedzielę wielkanocną. Szczerze mówiąc, mój drogi, muszę Ci się zwierzyć, że wydaje mi się, jakby była trochę pomieszana na umyśle. Od czasu jej listu z Lucerny, gdzie mówi: „Zostanę starą panną dla Ciebie”, wciąż mi się to wydawało. Toby było straszne, okropne. A któż by był tego sprawcą, kto, jeśli nie ja, ja sam? Zaprawdę, dość żartów i egzaltacji! Jestem nieszczęśliwy i unieszczęśliwiam tych, których kocham, mówiłem Ci to wiele razy. Biedna moja H! Przypominasz sobie, jak była świeża, wesoła i radosna? A teraz? Nie mówmy o tem! Jestem na drodze, prowadzącej prosto do potępienia.

A teraz, gdy Ci już doniosłem, mój drogi, o wszystkiem, co się spraw moich tyczy, przyjm szczere i otwarte zapewnienie przywiązania i wdzięczności, którem Ci winien za czuły sposób, w jaki w chwili rozstania dowiodłeś mi swojej przyjaźni. Jestem wrogiem tyrad o przyjaźni, ale, drogi mój, powiem Ci tylko kilka słów: jestem Twoim przyjacielem na śmierć i życie.

Nie będę Ci opisywał mej podróży włoskiej, bo dotychczas nic nie widziałem prócz katedry i teatru w Mediolanie, a następnie opery w Bolonii. Nic mię nie interesowało ani nie podniecało, podczas gdy zbliżałem się do Florencji. Siedziałem w powozie zagłębiony między zwątpieniem a niepewnością, i ciągle myślałem o Niej. Po przyjeździe doznałem tak silnego wstrząśnienia, że Wenus Medycejska, sądzę, słabe na mnie zrobi wrażenie, gdyż dusza moja jest w płomieniach. Głaz starożytny, dobrze rzeźbiony, ale martwy i zachowujący wyraz jednej jedynej myśli, nic do tego dodać nie zdoła. Zresztą rozumuję tak, nie zobaczywszy jej jeszcze. Teraz jedną tylko rzecz pragnąłbym widzieć: morze. Podczas całej mojej podróży miałem spleen, w przerwach widziałem przelotnie niebo włoskie i nic więcej.

Uściskaj ode mnie serdecznie Zamoyskiego28 i powiedz mu, że jestem bardziej szalony, niż kiedykolwiek, zresztą, szalony czy zdrowy na umyśle, nie mniej kocham i napiszę do niego z Rzymu, jak sam mnie o to prosił. Czy miał wiadomości od Odyńca z Paryża? Mickiewicz jest już w Rzymie. Ankwiczowie, bawiący we Florencji, każą mu się kłaniać. Leach przed dwoma tygodniami pojechał do Neapolu, 1-go grudnia będzie w Rzymie, gdzie zamierza zimę ze mną spędzić. Zdaje mi się, że jest zakochany w Wenerze Medycejskiej. Złóż moje uszanowanie Matce Swojej i podziękuj jej w mojem imieniu za całą życzliwość, którą mi okazała.

Im częściej zmieniam miejsca pobytu, im dalej posuwam się w życie, tem bardziej się przekonywam, mój drogi, że jest ono środkiem uszlachetnienia człowieka za pomocą cierpień, ale jednocześnie czemś ciężkiem i tragicznem. Dokąd zajdę w końcu, przechodząc od wzruszenia do wzruszenia, od męki do męki? Z jednej strony ubóstwiający mię ojciec, ambitne mając dla mnie plany, którego miłości poświęcić muszę to, co mam najdroższego; z drugiej kobieta młoda, żywa, niegdyś pełna wesołości, którą wpędziłem do labiryntu, pokazując jedynie niejasne pozagrobowe nadzieje, do labiryntu męczących myśli, straszliwych pożądań, które nigdy zaspokojone być nie mogą, potężnych namiętności, które, o ile trwać będą, skrócą jej życie lub rzucą na nie cień czarny, niczem nie dający się usunąć.

Wracam ciągle do tej samej myśli: na cóż mi było sprowadzać ją z jej własnej drogi, by ją pchnąć na moją, gdzie sądziła, że będzie mogła rwać róże, a gdzie znalazła jedynie łzy, gorycz i ciernie? Ale, gdy chcę rozumować o tych rzeczach, zawsze mówię bezrozumnie, bo czuję tu więcej, niż obejmuję rozumem, a czuję, że nie mogłem uniknąć zrobienia tego, co zrobiłem, powiedzenia, co powiedziałem, napisania co napisałem. Na miły Bóg! Jeśli przeznaczenie umieściło na końcu mej drogi przepaść, chętnie czy niechętnie będę musiał się w nią stoczyć. Trochę później, trochę wcześniej, zależnie, być może, od mojej ostrożności, ale zawsze trzeba będzie w końcu zrobić salto mortale. Otwieram duszę swoją przed Tobą, Reevie, i w serce Twoje składam całe swoje zaufanie, bo wiem, że będzie dla Ciebie święte. Jak Ci pisałem, jestem w stanie przełomu moralnego i przesilenia fizycznego: palony gorączką, trawiony wyrzutami sumienia, miotany dziwną wesołością. Ale nie mam już nadziei — oto czego mi brak i co czyni moje położenie tak piekielnem i łamie moją energię. Bo jakaż nadzieja mogła mi pozostać? Wieczności? Tę nadzieję mam jeszcze. Ale, czy Ci wyznać? Nie wystarcza mi zupełnie! A jednak powinna mi wystarczyć.

Żegnaj, żegnaj! Otrzymasz za parę tygodni wiadomości ode mnie z Rzymu, jeśli mnie przedtem diabli nie wezmą, o czem się dowiesz wówczas z gazet, które nie omieszkają opisać mego pogrzebu.

Zyg. Krasiński.

P. S. Ani słowa o tem nikomu.

8. Do Henryka Reeve’a

9 grudnia, Roma, Piazza di Spagna Nr 26

Mój kochany!

Dziś, dnia dziewiątego grudnia, list Twój otrzymałem i wierzaj mi, Henryku, uczynił mię szczęśliwym na chwil kilka, a i to już wiele w tej plecionce nieszczęść i zniechęcenia, którą umówiono się nazywać życiem ludzkiem. Dzięki Ci, mój drogi, sto razy dzięki za Twoją stałą przyjaźń. Bądź pewien, że Ci ją w sercu swem odwzajemniam. Farys jest bardzo dobrze przetłumaczony, a nawet w paru miejscach, bardziej w języku angielskim, niż we francuskim, do oryginału się zbliża. Mickiewicz jest na wsi i powróci dopiero za dwa dni; ponieważ nie mogę opanować swej niecierpliwej chęci pisania do Ciebie, w liście Ci opowiem, co sądzi o tłumaczeniu zdania in dubio. Jest to huragan, który, widząc przybywającego jeźdzca, bierze go za wiatr, za jednego ze swych młodszych braci. Zdaje mu się, że jeździec jest wiatrem i dlatego przypuszcza, że każdy wiatr jest jednym z huraganów, jego braci.

Strofki Twoje, napisane dla C. po wieczorze u Lombardów29, są takie, jakie być powinny — pełne uczucia, które Cię wtedy ożywiało i bez wątpienia piękne są te dwa wiersze: Though the blast which has used them has vanished for ever30 itd.

Rzeczywiście, wiersze to niezwykle piękne.

W tych dniach w myślach moich taki zapanował chaos, że może z trudnością tylko rozwikłasz to, co Ci chcę napisać. Lecz jednostki, tak jak i narody, mają swoje dni upadku i ciężkiego strapienia. Podniecająca mię we Florencji gorączka ustąpiła, o ile tyczy się to tylko szybszego krążenia krwi w żyłach, lecz nie opuściła mej duszy. Jedyne chwile spokoju odczuwałem, wpatrując się w Wenus Medycejską, gdyż jest to piękność doskonała, a piękność, z marmuru, czy też z ciała i kości, jest zawsze ukojeniem w godzinach męki, jak dla Saula harfa Dawida w chwilach obłąkania, a jednocześnie jest też podnietą w godzinach apatii.

Lecz poza temi krótkiemi chwilami uczuwam kolejno i ogień płomienia, spalającego mi serce na popiół, i zimno stali, która wnika do najczulszego miejsca tegoż serca. Wiesz, kochany Henryku, (gdybym mógł być do Ciebie przywiązany, dla jakiej innej, nie tej jedynie przyczyny, że Cię kocham, najważniejszą byłaby ta, że się nazywasz Henryk; wielką bowiem przyjemność uczuwam, pisząc to imię), że szczególniej w podróży skłonny jestem do ponurego smutku i zamyślenia. Droga moja z Florencji, którą opuściłem 26 listopada, do Rzymu, dokąd przybyłem przed 30-tym, była dla mnie pewnego rodzaju pogrzebem za życia. Przejeżdżaliśmy przez kraj nagi i jałowy, gdzieniegdzie pokryty budynkami, rozpadającemi się w ruinę, lub pochylonemi ku ziemi, posiany włoskiem żebractwem, żywą ruiną na martwych gruzach siedzącą.

I tylko to tyle chwalone niebo roztaczało się w górze, lecz rzadko wznosiłem oczy by na nie spoglądać. Przypominasz sobie z pewnością, że

Yet it was not that nature had shede o’er the scene31 itd.

A gdy tego brakło mi najzupełniej, posuwałem się ciągle, ciągle bardziej smutny ku kresowi mej podróży. Gdybym był przybył do Rzymu przed rokiem lub dwoma, jakżeż byłaby uleciała wyobraźnia moja, młoda jeszcze, w przestrzeń, by wznieść się na kopułę św. Piotra, okrążyć dokoła obeliski egipskie, siąść na szczycie Panteonu, a potem, lot swój zniżywszy do grobów Cezara i Scypiona, spaść na arenę Koloseum i wznieść się z powrotem w pełni świeżości i dziewictwa w stronę Kapitolu, kroczyć ścieżką, którą kroczyli bohaterowie, śpiący teraz pod nim, sami, sławę swoją mając za nagrobek, a ruiny świata całego za mogiłę. Lecz w r. 1830 było inaczej. Z obojętnością zbliżałem się do wiecznego miasta. Pierwsze pytanie, jakie zadałem po przejściu przez bramę zwycięzców świata, było: „Czy jest tu dobra gospoda?”. Silne bowiem wzruszenia, mój drogi, postarzają duszę tak, jak silne wstrząśnienia ciało. — Lecz przeznaczonem było, że coś w Rzymie dość będzie miało siły, by mię rzucić w przepaść zwątpień i wszystkie struny mej duszy aż do zerwania rozstroić.

Znalazłem u Mickiewicza dzieło słynnego Lemmennais’go o religii katolickiej, religii mych ojców, dla której poza kilku próżnemi znakami krzyża od dawna nic nie miałem. Przeczytałem je, i kochany Henryku, zobaczyłem przepaść, otwierającą się przed mojemi stopami. Wieczność, tak ogromna, wielka, Bóg mściciel, myśli płoche, przemienione w zbrodnie w moralnym porządku, i te męczarnie okropne, kary za owe zbrodnie — to wszystko mię wzburzyło. I wszystko tak dobrze złączone, powiązane ze sobą, zgadzające się ze sobą, dowiedzione bez możliwości zarzutów. Tak, tak wznosi się kościół katolicki na granitowej skale; otoczony świetnością i wielkością, jest podobny do Filipa II na hiszpańskim tronie, surowy, samotny, nieubłagany, mściciel jedyny. Tortury i męczarnie dla tych, którzy go nie czczą, błogie szczęście dla tych, którzy cześć mu oddają. A ten dogmat straszliwy: poza mną nie ma „zbawienia”, jest wyryty na jego koronie, połyskującej od niebiańskich promieni i ognia piekieł. Kochany Henryku, zadrżałem, zbladłem, lecz nie uwierzyłem; lękam się i padam na kolana, lecz uwierzyć nie mogę. — Jedyną, lecz nie do pokonania przeszkodą, która się wznosi między mną, a katolicyzmem, jest właśnie ten dogmat: „poza mną nie ma zbawienia”. A więc ta, którą kochałem i kocham, nie będzie zbawioną? Biedna dziewczyna! Nieszczęśliwa na tej ziemi, potępiona w wieczności. Nie! Królowa mych snów, kochanka mojego serca, jest czysta i słodka i będzie zbawiona! Boże Dobroci, biorę Cię za świadka! Tak, ona nie może być wiecznie nieszczęśliwa dlatego, że urodziła się chrześcijanką, lecz nie katoliczką. Oh, tak, tak! Nie umrze śmiercią upadłych aniołów.

From the heretic girl of my soul shal I fly32 itd.

Natychmiast po przeczytaniu tej książki byłem w stanie, trudnym do opisania. Miałem w sobie dużo szaleństwa i nieco rozpaczy. Widziałem wszędzie dokoła siebie ruiny, zagładę, przyjaciół moich, potępionych na zawsze, kochankę moją, straconą dla mnie na ziemi i w niebie; potem zdawało mi się, że i ja sam staczam się ze stopnia na stopień, ciągle niżej, ciągle prędzej: jak gdyby zaciężyło nade mną przekleństwo boże. Lecz ona, ona, ukochana moja, miłość moja, rozdzierała mi serce, gdyż doszedłem do miejsca, w którem należało wybrać między moją H. i moim Bogiem.

Takie były pierwsze skutki tej książki, lecz po trochu uspokoiłem się; walczyłem z piekłem myśli, znalazłem ukojenie, powiedziawszy sobie, że Ten, który rzekł do jawnogrzesznicy: „Idź, niewiasto, i nie grzesz więcej”, nie zwróciłby swego nieubłaganego gniewu przeciwko tej, która jest tak dobrą na ziemi i tak mię kocha. Lecz z tych dwóch silnych wstrząśnień, doświadczonych we Florencji i w Rzymie, coś jednak w umyśle moim zostało, coś, jakby posiew obłędu. Zobaczysz, drogi Henryku, czy to nie wzrośnie z czasem. Przeczytaj jednak Lammennais’go Obojętność w sprawach wiary i powiedz mi, co myślisz o tem. Lecz przede wszystkiem zaklinam Cię, jeśli mię kochasz, czytaj Schlegla Historię literatury w dwóch tomach. Przeczytaj, wiem, że będzie to z korzyścią dla Ciebie. Teraz skoro Ci już tyle powiedziałem o sobie, muszę zacząć mówić Ci o Tobie.

Jesteś nieszczęśliwy. Wyczytałem to w Twoim liście. Chociaż chciałbyś zapomnieć i zasnąć, musisz czuwać i cierpieć. Takie jest nasze przeznaczenie. Niech się dzieje wola boża! Lecz nie mogę zrozumieć lodowatej obojętności C; chociaż przypuszczam, że, gdyby się teraz do Ciebie przywiązała, to sprawiłoby Ci to tylko przelotną, nie zaś namiętną radość. Był czas, gdy, królem będąc ziemi, byłbyś złożył u jej stóp koronę, albo też, królem będąc poezji, lirę byś złamał na jej żądanie. Ale czas ten minął; kochasz ją jeszcze, lecz, gdyby Cię teraz zaczęła kochać, nie cierpiałbyś jej może. Jako przyjaciel Twój, drogi Henryku, muszę Ci prawdę powiedzieć. Nie sądzę już, by C. mogła Ci dać szczęście. Gdyby była odpowiedziała na Twoje pierwsze spojrzenie spojrzeniem miłości, wtedy byłbyś szczęśliwy przez pewien czas i prawie Bogiem na ziemi. Lecz czułeś, a ołtarz był dla Ciebie z marmuru. Zrobiłeś więcej: przywiązałeś się do tego marmuru (uczyniłbym to samo) i wszystkiemi swojemi marzeniami, całą duszą otoczyłeś zimny i nieczuły kamień. Stopniowo przyzwyczaiłeś się do tego, że zupełnie nie odpowiadano na Twoje westchnienia i na Twoje łzy. Twoja dusza, Twoje serce dość były wielkie, by wystarczyć sobie. Byłeś przed swoim posągiem Pigmalionem, lecz bogowie byli głusi na Twoje wołania i nie ożywili go. A teraz, gdyby nagle stanął przed Tobą, pełen życia i miłości, wierzaj mi, zimne byś nań rzucił spojrzenie; bo Henryku, kochałeś imię, a nie rzecz samą, marmur, a nie kobietę. Kochałeś, bo byłeś skłonny do miłości, jak każde serce wzniosłe i piękne. Lecz C. zupełnie nie kochałeś, tylko w niej powszechną duszę miłości. Oto dlaczego miło mi, i mam jeszcze nadzieję, że dla Twojego serca przeznaczone są dni wesela. — Tak, Henryku, ujrzysz ją, jak anioła, ku Tobie schodzącą, tę, którą ześle Ci Bóg, by upiększyć kilka chwil, byś nie mógł powiedzieć w ostatniej swej godzinie: „Nie żyłem wcale”. Tak, poczujesz jeszcze bicie swego serca, ujrzawszy z dala fałdy jej przejrzystej sukni. Zbliżysz się, do nóg jej padniesz, a ona Cię obsypie błogosławieństwami i uśmiechami. Będziesz musiał jeszcze walczyć, jak ja, jak ja, męczarnie i niepewności znosić i, jak ja wreszcie, to szczęśliwy, to nieszczęśliwy będziesz. Pamiętaj! Ale po cóż mi cośkolwiek przypominać człowiekowi, który mi ukazywał drogę cnoty, kiedy nie tak dawno temu byłem bliski zboczenia z niej? Ach, wierz mym przeczuciom, piękne Cię dni oczekują, ale dni, spędzone z kobietą, godną człowieka i poety.

Lecz porzućmy te obrazy, gdyż mózg mój się zaciemnia. Postaram się opisać Ci to, co widziałem w Rzymie. — Rzym, „miasto duszy”, jak mówi Byron. Od dziesięciu dni jestem w Rzymie. Widziałem tylko Św. Piotra i Koloseum, gdyż, żeby oglądać, trzeba się czuć dobrze, a ja się czuję źle.

Kościół Św. Piotra jest arcydziełem, stworzonem przez ludzi. Wszystko w nim harmonijne i proporcjonalne. Niezmierzone bogactwa nie są nagromadzone nieporządnie, lecz tworzą całość prostą, surową, wielką. Ale, gdybym był Turkiem, tak samo bym ją podziwiał, jak będąc chrześcijaninem, gdyż, wszedłszy tam, uczułem kunszt ludzki, lecz nie obecność boską.

Co innego Koloseum.

Przy pięknem i jasnem świetle księżyca wszedłem pod te arkady, które tyle widziały pokoleń, ponad któremi zaciężył lud królujący w dniach swej potęgi i które nie zwaliły się pod ciężarem ni ludzi, ni czasu. Księżyc stał jeszcze nisko na widnokręgu, wnętrze budynku było ciemne — starałem się wzrokiem swoim przebić ciemności. Serce moje biło, gdyż czułem się bliskim starożytnych czasów. Pogrążyłem się we wspomnieniach. Powoli promienie zaczęły przenikać poprzez szczeliny murów, poprzez aleje portyków i dziwnem było patrzeć, jak załamywały się w kątach, na kapitelach i kolumnach.

W kilku miejscach igrały znów z bluszczem, który zastąpił purpurę i jedwab cyrku. Wszedłem na pierwsze piętro, potem na drugie; wszędzie było ciemno i czarno. Znów się zatrzymałem i oddałem się głębokiemu dumaniu. Nade mną było niebieskie niebo, gwiazdami włoskiemi posiane, poniżej przepaść o całej wysokości Koloseum. Wspomnienia za wspomnieniami biegły ku mnie i wyobraźnia moja stopniowo się unosiła. Im wyraźniej występowały przedmioty dokoła mnie tem bardziej się przenosiłem do czasów, których już nie ma, a jednak żyją w ludzkiej pamięci. Zdawało mi się, że słyszę zmieszane odgłosy: krzyk przenikliwy gladiatora, później oklaski całego ludu, szmery pochwalne następowały po wściekłych wrzaskach, ryki lwów i tygrysów, a potem wśród tego wszystkiego muzyka greckiej fletni i dźwięki trąbki wojskowej. — Nagle jęki się podniosły i zapadły w ciszę, czułem że nie podniosą się więcej. Wtem szczęk mieczów i sztyletów starożytnych rozległ się pod sklepieniami, a potem zdawało mi się, że słyszę to tu, to tam upadek ciała, pokrytego pancerzem, lub staczanie się puklerza na piasek, a później znowu jakby szmer wielu wolno spływających strumieni i uczułem zapach krwi. Lecz ponad temi wszystkiemi krzykami i całym hałasem, panował jeden głos, choć cichy był i drżący. Unosił się pełen harmonii w powietrzu. Rzekłbyś: hymn nadziei, a jednak na zawsze miały się zamknąć wargi, z których wychodził. Można by powiedzieć: hymn śmierci, który śpiewa dziewica chrześcijańska przed połączeniem się z Bogiem.

W tej chwili księżyc ukazał się na murach Koloseum, jak gdyby wychodził z kępy bluszczu, opadającego w festonach ze szczytu budynku.

And thou didst shine rolling moon upon33 itd.

Kolumny, arkady, portyki, ławki cezarów, senatorów, ludu ukazały się blade i rozwalone. Arena wystąpiła z ciemności. Pośrodku krzyż się wznosił z czarnego drzewa. Krzyż ten wart dla mnie katedry mediolańskiej i kościoła Św. Piotra. On to przed wielu wiekami prześladowany był w tem miejscu, gdy Koloseum przedstawiało całą wielkość tych, którzy je wznieśli. I krzyż ten od czasu dni krwi i żałoby nie zmienił wcale swego wyglądu, nie jest ozdobami przybrany, i dziś stoi tam, gdzie go niegdyś nogami deptano, a pyszne Koloseum, które spoglądało z dumą na jego poniżenie, rozsypuje się w proch dokoła niego. Lecz nie zdaje się on chełpić swym tryumfem. W milczeniu wyciąga czarne ramiona ku dwom stronom budynku, jakby rzucał cień pokoju i błogosławieństwa na ziemię, w której śpią prześladowcy i prześladowani.

Kto w Chrystusa nie wierzy, niech w piękną noc idzie do Koloseum, a jeśli tam nie padnie na kolana przed symbolem wiary, człowiek ten, mówię z góry, nie ma duszy ni serca. Jest mniej, niż człowiekiem, jako duch od Boga pochodzący, jest więcej niż człowiekiem, jako duch złego.

Myśli te w większej części są wzięte z fragmentu polskiego, który napisałem o Koloseum. Posyłam Ci je, jako dług za Farysa, i pocieszam się nadzieją, że, jeśliby Cię miały znudzić jako utwór literacki, zainteresują Cię jednak jako utwór przyjaciela. Napisałem także przed kilku dniami opowieść o Angliku, który umarł z miłości dla Wenery Medycejskiej, i starałem się ująć rozwój jego namiętności w formę pamiętnika, który pisze dla swych przyjaciół przed śmiercią. Pisane po polsku. Myślę zebrać w ten sposób kilka nowel o Italii i wydać razem pod nazwą Fragmentów włoskich. Przepiszę dla Ciebie, a właściwie przełożę motto, które naprzód już ułożyłem dla tej niezmiernie przyjemnej książki.

„Noc piękna błyszczała ponad moją głową, słyszałem z daleka muzykę Rossiniego nad grobem Scypiona. Pomyślałem o szklankach herbaty, o wieczorach, wydawanych na szczycie Kapitolu. Anglicy patrzą przez szkła na ruiny Koloseum. Tańczy się walca tam, gdzie pierwszy Brutus zabijał swoje dzieci, a drugi ojca, i dokoła obelisków, sprowadzonych z Egiptu, sprzedaje się na targu kapustę. Są to rzeczy śmieszne, lecz ja uczułem smutek. Dlaczego? Nie wiem, gdyż należało się śmiać.

Takie są całe Włochy. Może taka właśnie równowaga jest potrzebna na świecie, by czynić rzeczy śmieszne i bawić się tam, gdzie niegdyś zdarzały się wielkie cnoty i wielkie zbrodnie. Niemniej jednak, gorzko jest temu, który nie rozumie najwyższego ładu tego świata i podnieść się ku niemu nie umie. Tak, gorzkie to — np. muzyka buffo na grobie Scypiona i sprzedaż kapusty na forum...”.

Jak Ci się to motto podoba?

A teraz żegnaj mi, kochany Henryku! Uszanowania dla Twojej Matki. Nigdy nie zapomnę o dobroci, którą mi okazała. Ucałuj Zamoyskiego z całego serca. Bądź zdrów et sis memor mei ultinam34! Pamiętaj o chwilach, razem spędzonych!

Good bye, my dear, and answer as soon as possible35. Żegnaj, kochany, i odpisz natychmiast!

Zygm. Kr.

9 grudnia. Roma, Piazza di Spagna Nr 26

Możesz adresować, jak Ci się podoba, poste restante, albo do banku Torlonii.

10 grudnia. Leach36 jeszcze nie przyjechał. Ponieważ poczta dziś już nie odchodzi, dodam tutaj słów kilka. — Piszesz mi, że utwory Twoje nie będą teraz wydane w Londynie, gdyż na porządku dziennym jest tylko polityka. To źle. Trzeba, byś koniecznie starał się wydać je teraz, gdyż później będzie to stracone. Dobra i piękna rzecz przestaje być piękną i dobrą, gdy nie jest zrobiona we właściwej porze. Dla autora czem prędzej, tem lepiej. Kochany Henryku, oto dlaczego Ci radzę wydać jak można najszybciej i przede wszystkiem nie oddawać się próżniactwu, lecz pisać i myśleć ciągle i ciągle przyglądać się ludziom poza sobą, a duszy swej w sobie. Przywiąż się wszystkiemi swojemi siłami do religii chrześcijańskiej, gdyż jest to teraz dla Ciebie droga przyszłości, i na tej właśnie drodze będziesz nowym i oryginalnym. Przy tem, kto jest z Bogiem, z tym jest Bóg. Wątpliwości i zagadki już miały Byrona i byłoby szaleństwem iść w jego ślady, gdyż nikt mu nie dorówna. Lecz dziś, mój drogi, poeta powinien silnie zaznaczyć zagadkę życia, jak Szekspir, i dać wytrysnąć z niej nadziei, jak Calderon. — Zaklinam Cię czytaj Schlegla!

12 grudnia. Mickiewicz przeczytał tłumaczenie Farysa i uważa, że jest bardzo harmonijne i dobre, tylko gdzieniegdzie trochę niedokładne. Każe Ci powinszować. Zdaje mi się, żeś powinien poprosić Zamoyskiego, by Ci dosłownie przełożył Farysa z polskiego, a potem jedną lub dwie zmiany poczynić w miejscu, w którem mowa jest o obłoku; np. na końcu usunąć wyraz „pogrzeb”, gdyż jest przeciwny duchowi całości. Zresztą, mój drogi, Farys dowodzi Twojej zadziwiającej łatwości pięknego wierszowania, jeśli mogłeś tak dobrze przetłumaczyć na język angielski ohydne francuskie tłumaczenie. Co do mnie, znajduję tak, jak i Mickiewicz, że najlepiej udał się początek, a potem ustęp, w którym mówisz o zasypanej w pustyni karawanie. Dobrze zrobisz, posyłając to jak najprędzej do „Monthly Magazine”.

Jeśli chcesz, drogi, rozpocząć pisanie Polskich melodyj, to napisz, co chcesz wiedzieć o charakterze narodowym i o historii, wypowiedz, „jak mówi Tristram”, swe wątpliwości i podejrzenia, a będzie dla mnie największą przyjemnością o tem wszystkiem Ci napisać, ażeby pieśni, które poświęcisz wielkiemu i nieszczęśliwemu narodowi, były godne Ciebie i nosiły charakter narodowy. Zresztą jestem bardzo smutny, osamotniony i źle mi bardzo. Ach, gdy pomyślę o brzegach Lemanu, dałbym wszystko za to, by być tam jeszcze. Czy pamiętasz rozmowę naszą, którą mieliśmy, idąc strzelać do Etoles d’Hubert? Teraz o to samo obawiać się należy.

Żegnaj i pamiętaj o mnie jeszcze!

Ucałuj Zamojskiego ode mnie!

9. Do Henryka Reeve’a

22 grudnia 1830 r., Rzym

Mój drogi!

18 grudnia. Poranek świta. Czy pamiętasz ostatni wiersz, któryś mi napisał? Tak, poranek świta, ale obecnie nie wiemy, czy to jest przedświt nowego życia, czy błysk, który się pojawia, gdy jakiemuś narodowi grozi niezwłoczna zagłada. Dręczą mię wielkie obawy. Gazety są pełne słów ciemnych. Bogu niech będą tysiączne dzięki! Zapewniano mnie, że ojciec mój uszedł niebezpieczeństwom 29 listopada i przesłał cesarzowi prośbę o dymisję. Lecz co będzie dalej? Czy umrzemy, czy też wzniesiemy się spośród narodów umarłych, staczających się do grobu Czasu, gdzie winy i błędy są napisem grobowym? Allah jest wielki, mówią niewierni, i to jest prawdą. Żadna siła ludzka, ni pomoc nic dla nas zrobić nie mogą w tej beznadziejnej sprawie, ale ten sam Bóg, który powiedział: „Niech się stanie światło” i pojawiło się światło, może powiedzieć teraz: „Niech będzie Polska” i stanie się Polska olbrzymią i wolną. Napisz mi natychmiast, co Zamoyski czynić zamierza. Jestem w największej niepewności. Odpisz mi bardzo prędko, bo każdy dzień może zmienić moje położenie i pchnąć mię na pola krwi i śmierci. Przypomnij sobie teraz naszą rozmowę, gdy, jadąc konno wkoło dworu w C., opowiadałem Ci bajkę, którą później opowiedziałem H. Teraz proroctwo się spełniło i losem moim jest, być może, spełnienie drugiej części przepowiedni, która brzmiała, że umrę. Masz słuszność, utrzymując, że jest związek w sprawach ludzkich, bo, gdy byłem nad brzegami błękitnego Lemanu, nawiedziło mnie natchnienie i przewidziałem, pełen bólu, osiem miesięcy wcześniej to, co teraz stać się musi.

20 grudnia. Jestem bardzo zadowolony z przyjazdu Leacha, który przybył tu dwa tygodnie temu, bo, jeśli nagle przyjdzie wyruszyć mi w drogę, dam mu coś dla H., coś, mówię, jako moją ostatnią wolę, moje ostatnie pożegnanie tej, którą najbardziej kochałem na ziemi i której może nigdy więcej nie zobaczę: bo, gdzie tysiące giną, szaleństwem byłoby sądzić, że uniknę śmierci, chyba, że Bóg dokona dla mnie cudu. Henryku drogi, możesz być pewien, że dobroci, którą mi okazywałeś, nigdy nie zapomnę i że otrzymasz wiadomości ode mnie za każdym razem, gdy będzie można Ci je przesłać. Ty jednak musisz w dalszym ciągu adresować listy do mnie do Rzymu, gdyż muszę tu pozostać, póki nie otrzymam pewnych instrukcyj od swego ojca. Przebacz, że piszę tak nędzną angielszczyzną, ale jestem teraz zaniepokojony i wzburzony gorączką mózgu i czoła, a wolę pisać raczej po angielsku, niż po francusku, chociaż list ten, posłany stąd do Genewy, nie zostanie otwarty, sądzę, i na pewno dojdzie do Twoich rąk. Powiedz Augustowi Z., że mu radzę poczekać czas krótki w Genewie, póki nie otrzyma listu od swego ojca, i że w każdym razie proszę go, by mi natychmiast napisał, co zamierza czynić. Gdybym mógł, pojechałbym do niego i z nim pozostał. W dodatku muszę Ci napisać, że jestem w dziwnem i trudnem położeniu. Za dużo na to składa się przyczyn, bym Ci je mógł w tym liście objaśnić, ale, jeśli pamiętasz naszą rozmowę na ten temat, zrozumiesz w zupełności piekielną sytuację, w której się znajduję. Wydaje mi się zawsze, że los, grożący śmiercią, zawisł nad moją głową, jak miecz Damoklesa. Niech Bóg da, żeby został usunięty albo żeby spadł prędko, oh, prędko, bo życie w męce, to początek piekła na ziemi. Widzisz, mój drogi, czem jestem: moja miłość jest nieszczęśliwa. Kochałem i kocham jeszcze, lecz ta, którą kocham, nigdy pierścienia mego nosić nie będzie. Należę do jednej z najznakomitszych rodzin mego kraju, a jednak rodacy moi mię nienawidzą. Dni sławy mego ojca przeszły, a teraz...

Ach, wszystko jest męką i bólem dla mnie: kocham kobietę — nie jest dla mnie; kocham moją ojczyznę — ona odpycha mię; kocham sławę — a sława jest ciemna i niepewna. Niczego na ziemi się już nie spodziewam, Bóg jest moją jedyną ucieczką. Ludzie mię opuścili, a ten który mię kocha, jest zbyt daleko, by dzielić moją rozpacz lub ukoić ją łzami. Henryku, drogi Henryku, jestem pewien, że słyszysz, jak Polacy w Genewie codziennie odsądzają mię od czci i wiary. Tylko w Mickiewiczu i Zamoyskim mam przyjaciół, inni są, jak szatani, na śladach swego łupu. O Boże, wielki Boże moich ojców, śpiących w swych grobach, broń i chroń mię przed nimi! Nie urodziłem się do znoszenia pychy bliźnich moich — na krzyż święty! — przypadło mi w udziale dość siły duszy i mocy serca, by ich raczej deptać, niż dać się deptać przez nich. Lecz któż zdoła walczyć z losem swoim? Próżno człowiek sądzi, że rzucony jest w świat samotnie. Tajemna konieczność kieruje jego wszystkiemi krokami; ten, kto pada, paść musi, temu, kto osiąga wielkość i sławę, tak przeznaczone było. Od kolebki do grobu szatan bez litości, nieustannie bądź powstrzymuje nas od niebezpieczeństw, bądź pcha nas na ich spotkanie. Lecz co ja piszę? Jestem szalony i pomieszany. Bóg jest wyłącznie dobrocią i łaską: jeden człowiek musi być poświęcony dla dobra narodu, dla dobra rodu ludzkiego. Ofiara chrześcijańska jest podstawą wszystkich wielkich wydarzeń na tym świecie z łez i z gliny. Bo czemże jest świat? Gliną, zmieszaną ze łzami, i niczem więcej. Ah, gdzież się podziały dni szczęśliwe dni, spędzone w ogrodzie nad brzegiem Lemanu, dni, spędzone w górach, noc, spędzona w Salauches pod niebem tak czystem, że niepodobieństwem było myśleć pod takiem niebem o kłamliwości ludzkiej! Wszystko przeszło, znikło, zbladło, a ja jeszcze żyję, jak statek rozbity, którego towarzysze zginęli, a on sam pozostał po przejściu burzy. Moje myśli, życzenia, nadzieje, jeśli mam jakieś nadzieje, dziwnie zmącone i zaciemnione zostały przez obecne nieszczęścia. Chyba zbyteczne Ci powtarzać, że trzy fale mojego życia zwróciły się teraz przeciwko mnie. Miłość moja: toczące się fale morza są między nami, ojczyzna niesprawiedliwe na mnie rzuciła przekleństwo, sława moja, gdzież ona? Na piasku lub falach pisana. Może umrę, jak Keats. I to samo epitafium: „Którego imię napisane było na wodzie”, napiszą i mnie. A mimo wszystko powtarzam, że urodziłem się, aby ojczyzny swej bronić, gdyż kocham ją namiętną miłością patrioty i łono moje płonie, gdy słyszę wymówione jej imię. Urodziłem się do miłości. Wiesz, jak kochałem. Urodziłem się do sławy, gdyż krew moja jest jak strumień lawy, a serce moje nie biło trwożnie nigdy, chyba, gdy czuło zbliżanie się istot wyższego rzędu. Ludzie nigdy nie wzbudzali strachu w mojej duszy, a ryk dział zawsze był muzyką w moich uszach. Henryku, jakaż być musi rozpacz moja, gdy widzę bieg życia swego przedwcześnie skończony, rękę swą powstrzymaną od miecza, imię swe hańbione i lżone wszędzie, tylko nie w mojej obecności, bo wiedzą dobrze, że gniewu mego lekceważyć nie można. Zginę tak samotny, opuszczony, wzgardzony, nieszczęśliwy! Znałem jedynie przebłyski miłości, imię mojej ojczyzny było tylko dźwiękiem, a sława słowem pustem. Gdyby okoliczności były inne, nigdy bym czegoś podobnego nie napisał.

Okropne musi być moje położenie, gdy takie słowa wychodzą spod mojego pióra. Nie umiem ani kłamać, ani udawać. Bądź tak dobry i pokaż ten list Zamoyskiemu; napisany jest dla Was obu. Poproś go w mojem imieniu, by mię, jak dawniej, kochał. Miłość niewielu ludzi, którzy mię znają, ostatni to, jaki mi pozostał, klejnot ze skarbu miłości, ojczyzny i sławy, skarbu, który zawsze w marzeniach mej młodości stał przy mnie, a który teraz usuwa się ode mnie w zdarzeniach okropnej i nieubłaganej rzeczywistości.

Twój wierny aż do śmierci

Z. K.

Ukłony dla Twojej Matki.