I

Więc strach, mówisz, mówił ze mnie,

Gdym przeczuwał, że się w Ciemnie

Zasuwamy, a nie w Zorzę —

I że Lud się zhańbi może!

Prawdę mówisz — pewnym męstwem

Ja się nigdy nie pochlubię —

Ja przed bliźnich drżę męczeństwem —

W otchłań spychać — ja nie lubię —

Gdzie brud ujrzę — wnet mi serce

Jakaś bojaźń chwyta Boża —

Braćmi nie są mi morderce —

Szablę kocham — wstyd mi noża!

Jakbym zląkł się — na stolicy

Z gwiazd i tęcz Bogarodzicy

Widnej w widzeń błyskawicy,

A mówiącej sprośne słowa,

— Sam by zląkł się i Jehowa! —

Tak się lękam i truchleję,

Kiedy w polskie spaść ma dzieje

Mord i srom7!...

Lepszy grom!

Zmartwychwstaje się spod gromu —

Nie zmartwychwstaje spod sromu!

Tyś odważny — ja się boję

Kazirodczych ran!

Bojaźń moją — męstwo twoje

Niech osądzi Pan!

*

Więc gdy padać miały trupy

Twych nieszczęsnych braci —

Gdy z nich mieli zdzierać łupy

Chłopi — Żydzi — Kaci —

Kiedy ziarno, siane w śmieci

Od wersalskich dzieci,

Zdradą miało zejść niemiecką —

Więc i ty, jak dziecko,

W bańce własnych siedząc marzeń,

Nie przeczułeś zdarzeń?

Nie wcieliłeś się w to ciało

Co tak cierpieć miało!

Ach! nie wziąłeś ran — przed ciosem —

W pierś twą magnetycznie —

Aleś jednym wciąż piał głosem

Tylko fantastycznie!

Wzrokeś8 wlepił w twe niebiosa —

Ukraińska kosa

Na nich krzyżem wybawienia —

W koło błyskawice —

Z światła cepy i kłonice —

I wichry z płomienia!

A w otchłaniach, gdzieś ci w dole,

Z przekleństwem na czole

Polska Szlachta — polskie Pany —

Czyściec z świata zwiany,

Jak smętne bałwany,

Czarne fale — siwe piany,

W burzliwą noc! —

Tam Zborowskich9 ścięte głowy10,

Topór i kloc!

Płacz bez końca — zgrzyt echowy —

Miłość — chwała —

Przeszłość cała,

Rozdeptana przez wiek nowy!

*

O mój wieszczu, stój!

Oto jutro rano

Na powstański bój

Polskie Pany wstaną!

Szlachta — której nié ma —

Bohaterściej niźli kiedy

Wyzwie Trój-Olbrzyma!

Lecz z twych niebios spadną wtedy

Twoje tajemnice —

Cepy i kłonice —

Twój, oj! spadnie cud11!

I tych Polski namiestników

Za kilka srebrników

Twój rozsieka Lud!

I strun twoich granie

Zagłuszy wrzask mordu!

I nic nie zostanie

Z twojego akordu! —

*

Bodajbyś, wieszczu, był wieszczył12 prawdziwie!

Bodajbym, zdjęty przerażenia dreszczem,

Był kłamcą tylko — ty natchnionym wieszczem —

I plam nie było na ojczystej niwie!

Bodajby Polska nierozdarta — cała —

Tak jak się czuła dniem przed rzezią jeszcze,

Pieśni twe, wieszczu, uwielbiała wieszcze,

A z moich marnych na gardło się śmiała! —

Bodajbym nawet zapozwan przed sądem

Za potwarz moją na Lud nieskalany,

Co żadnej hańby nie owrzodział trądem,

Usłyszał wyrok: na śmierć lub kajdany!

I ty w tryumfie stał z harfą twą złotą —

Urągający — i pytał: „A co to?” —

I mnie prowadził aż do rusztowania

Śród przekleństw gminu — co tobie się kłania

I milionowym dziękuje poklaskiem,

Żeś odgadł światła wschód czysty — przed brzaskiem. —

Szlibyśmy oba — i szczęśliwsi oba —

Ty chwałą własną — ja Polski zbawieniem —

Bo i mnie, wieszczu, wciąż śni się ta doba —

Lecz wiem, że wściekłość — nie jest zduchownieniem —

Lecz wiem, że wszelka zwycięstwa godzina

Bić w sercu Boga nad światem zaczyna,

Nim tu narodom na świecie uderzy! —

Więc przed Nim stanąć narody wprzód muszą

Nie z rykiem zwierząt — lecz z anielską duszą —

Lud tylko święty — Królestwo odzierży13!

Przemień go, przemień w Króla i Kapłana —

Lecz zanim jeszcze nie przekrólewszczony,

Nie klękaj przed nim — nie kładź mu korony —

Lecz ufaj w szlachtę polską — i moc Pana! —

*

Ależ wieszczu — boś ty wiary

Dni zaprzeszłych — tyś wieszcz stary!

Cóż o Duchu ci się śni?

Duch twój wiecznie grzmi w twej pieśni

Jak pogański Jowisz jaki —

Lub kataklizm śród natury,

Co świat chwyta na tortury —

To indyjskich bóstw oznaki!

Duchże14 twój — Inkwizytorem?

Lub wandalskich15 dni upiorem,

Co powtórzyć ma do joty

Historycznych kręgów zwroty

I z postępów wynieść tyla16

Tylko tyle co Atyla17?

Duch twój tylkoż myślą czystą,

A nie życiem istnym szczerem?

Tylko rewolucjonistą,

Tylko Robespierrem18?

Filozofią — a bez serca?

Kościotrupem — a bez skóry?

O! tyś ducha jest oszczerca —

Bo go nie znasz — tylko chmury,

Co go kryją, widzisz mgliste,

A nie światło jego czyste,

A nie kształty powietrzniane,

A nie ruchy przefaliste —

Te ci dotąd są nieznane!

*

Ciało jest konserwatorem,

Dusza — wieczną buntownicą —

I do siebie stoją sporem —

Im pogody nie zaświécą —

Im nie ma pokoju —

Odkąd rajski wąż

Pchnął je do rozstroju,

Dusze z ciałmi nad otchłanią

Pasują się i ranią

Bratobójczo wciąż!

Ach! idee — i zwierzęta —

Anielice — i tygrysy!

I w tej walce bywa snadnie,

Że gdy ludzkie rysy

Idea pokładnie19,

Wnet i w Bogu ta poczęta

Oszaleje!

I jej dzieje

Na tej ziemi

Szkaradnemi!

Potok krwi czerwony

Przez wszystkie Ojczyzny!

Gwałty i wścieklizny,

Upadki i zgony.

Wieńce kwitną dziś wawrzynem

Jutro z nich ciernia korony —

Każden starzec-wiek strącony

Przez wiek drugi, co mu synem;

I ojcobójstwami

Ciągnie się i plami

Płynący Czas!

Któż zbawi nas?

Kto z żywiołów kłótni

Z bitwy miejsc i lat

Harmonią wylutni,

Rytmu stworzy świat?

Ten, w kim głębie życia gorą20,

Co nie duszą, w lekkość chorą,

Ani ciałem, w ciężar chorem —

Ten, co trzecim idzie torem —

W kim ciał i dusz wspólny ruch,

Ten, który — tryumfatorem —

Święty Duch!...

Lecz on płynie — a nie skacze,

Lecz on wschodzi — a nie spada —

Ziemia pod nim krwią nie płacze —

On nie woła: „Biada!”

Arcyświata w nim potęgi —

On zapełnia widnokręgi

Niewidzialnie — a błękitem —

Nad niziną i gór szczytem

Równo promienieje. —

Rankiem budzi

Sennych ludzi

Na nadzieję!

I do ciemnej zbieży studni,

By wysrebrzał cień —

Aż się ranek wypołudni

W bieluteńki dzień! —

*