Pod Filistynów dumał kolumnami.

Na czoło jego nieruchome, dumne

Nagły cień opadł, jak całun na trumnę,

Twarz blada strasznie zaczęła się mroczyć;

Rzekłbyś, że wieczór, co już z niebios spadał,

Naprzód na jego oblicze osiadał

I stamtąd dalej miał swój cień roztoczyć.

Po prawej stronie już pustej ulicy

Stał drugi człowiek — nie był to podróżny,

Zdał się być dawnym mieszkańcem stolicy;