I po desce opartej o ścianę komnaty...

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka, jak światłość miesiąca.

Nucąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła:

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą,

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się raną32.

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać; tylko się ukłonił