zdjąłem koszulę, przez chwilę przyglądałem się

jej brudnemu kołnierzykowi, zostałem w podkoszulku.

Ogolony, wróciłem do stolika; tam przy resztce kawy

wymieniliśmy z Beatą Zużewicz jeszcze kilka złośliwości,

zresztą coraz drobniejszych, wreszcie wyszliśmy na stopa,

długo nas nikt nie zabierał, aż w końcu zauważyłem,

że nie mam na sobie koszuli, nie było jej też w plecaku,

wróciłem do tego baru, w łazience też jej nie było;

— Jemand mußte mitnehmen1 — powiedziała pani bufetowa.

Wróciłem z niczym, a wtedy czymś tkliwie niezapomnianym