Nazajutrz, 27 grudnia, dosyć późno, bo około południa, opuściliśmy Paranaguę, gdzie także spotkałem rodziny polskich emigrantów, czekających na okręt, który by ich zawiózł do Blumenau, ponieważ „od kogoś słyszeli, że tam dla Polaków jest dobrze”.

Około godziny trzeciej zerwała się znowu burza201 i to już z nadzwyczajną siłą; fale rzucały okrętem jak piłką. Rozległ się straszny wrzask kobiet i dzieci, które się nie mogły utrzymać nawet w łóżkach. Och, jak się ludzie boją śmierci. Zaprowadziłem rygor i zabroniłem płakać, ostro strofując matki i ojców. Na okręcie wszystko pływało w wodzie, przy czym zdarzały się różne komiczne sytuacje. Podczas tego, gdy graty i pakunki skakały po izbie lub się szybko przesuwały od ściany do ściany, a ludzie trzymali się poręczy, haków, aby nie upaść, naraz skądś spod łóżka wysunęła się drewniana klatka z dwiema małpami i uderzyła o próg drzwi tak silnie, że kilka szczebli pękło. Małpy wydostały się na wolność, skakały po łóżkach, oknach, głowach ludzi! Ktoś odsunął szybę okna i małpy jedna za drugą, poszły hulać po linach, po maszcie. Niemiec, do którego zwierzęta należały, cierpiał właśnie morską chorobę.

Na pokładzie znowu znajdowało się coś około 30 beczek z jajami, linami poprzywiązywanych do haków w ścianach. Ale to nic nie pomogło: beczki powypadały, a potem już do samego Rio de Janeiro ciekła z nich jajecznica. Najwięcej ucierpiał koń, którego w klatce posyłał aptekarz z Paranaguy przyjacielowi swemu do Santos. Biedne zwierzę, przerażone hukiem i powodzią fal, o mało sobie nóg nie połamało, a uległo pokaleczeniu. Był to porządny taniec; dodać należy, iż przebywaliśmy okolice morza bardzo niebezpieczne, pełne skał podwodnych; ocean tedy wystąpił w zupełnym rynsztunku. O ile mogłem, trzymałem się już szrub202 przytwierdzających okno, już różnych poręczy, aby tylko widzieć to morze sine, zapienione, rzucające się wściekle! W oddaleniu widniała naga skała obwinięta w fale oceanu, uwieńczona jego pianą, stała niewzruszona — to Pic de Paranagua! Widać niebezpieczeństwo groziło, skoro około godziny ósmej wieczorem okręt musiał się schronić poza małą wysepkę Avrigo, na której znajduje się latarnia morska, i tam noc przepędziliśmy.

XIV

Chłopi uczą Arabów po polsku. — Przybycie do Iguapé. — Obiad w hotelu. — Jasełka. — Święty w Iguapé. — Uczony golibroda. — Tutaj przynajmniej nie było polskich emigrantów. — Podróż do portu Santos. — Port i miasto Santos — Co tu robią emigranci polscy? — Powrót do Rio de Janeiro. — Propozycja dr. Clearly. — Artykuł o mnie w „Journal de Commercio”. — Jadę do Europy na parowcu Montevideo. — Pan Luiz Guimaraes.

Dwudziestego ósmego grudnia rano morze było dobre; płynęliśmy wzdłuż wybrzeży, dających się z okrętu dosyć dokładnie obserwować: piękne to, malownicze, lecz czysta puszcza, bory i bory okiem nieprzejrzane.

Pomiędzy pasażerami panował teraz duch dobry: Polacy przysiedli się do Arabów i uczyli ich po polsku — można było boki zerwać od śmiechu, a jednak ta nauka miała dobrą metodę: chłop pokazywał rzecz palcem i wymawiał jej nazwisko, Arab powtarzał.

— Ooo, to się nazywa brzuch.

Arabi wykrzykiwali: „rzu!”

Zaraz po południu dojechaliśmy do Iguapé203, mieściny wyglądającej z daleka, pod ciężkimi dachami z palonej gliny, niby żółw ze skorupy. I tutaj parowiec brał ładunek ryżu, więc znowu przystanek. Przez jakiś czas przypatrywałem się stojącemu na kotwicy wielkiemu okrętowi żaglowemu, który się tu widać kiedyś schronił, burzą skołatany: biedny weteran pełno miał szram na sobie! Z połamanymi masztami, pozbawiony żagli, jakiś zardzewiały, sczerniały, zdawał się dumać o życiu, wśród burz przebytym; kiwał się, jakby drzemał, usypiany wspomnieniami.