— Poszedłem do bufetu — powiada jeden z naszych — mówię jej: brojtu27, dała, a jakem chciał śpeku28, ona ani rusz. Cholera kraj taki!
Możecie sobie wyobrazić, że mi ciężko bardzo robić notaty, bo emigranci są podejrzliwi, pytają zaraz, czy się aby nie ich opisuje. Żal mi nawet oszukiwać tych ludzi, dobrych bardzo, tylko nieświadomych i nieszczęśliwych. Jeden ze Słowaków podprowadza mi swoją żonę i powiada:
— Heska gajdzicka? Co?
Plują strasznie na rzeczy, na ciebie, a co gorsza, zamykają ciągle szczelnie okna.
O jedenastej w nocy przybywamy do Bremy, gdzie się głównie łapie emigrantów, lecz to opiszę wam następnie, aby nie rozwlekać felietonu.
Brema, 28 października [18]90 r.
II. Biwaki w Bremie
Po ulicach Bremy, w pobliżu dworca kolei o każdej godzinie można spotkać gromady chłopów z babami i dziećmi; jak zauważyłem, kupują głównie naczynia blaszane na wodę i na mleko, co widać jest tu tak powszechne, że się spotyka sklepy z napisem „Blechwaaren für Auswanderer”29. Niemcy przystają na ulicach lub gapią się z okien, mówiąc:
— Sieh, Brasilianer aus Polen.30
Wymieniam tu niektóre hotele, raczej gospody, gdzie jest pełno emigrantów, mieszczących się w jednej izbie po kilkunastu, a gdy duża, to i — kilkudziesięciu: hotel Stadt Minden na rogu Sögestr i Lindenstraße, hotel zum Emigrant-Conradesa, hotel Stadt-Göttingen, gdzie są głównie emigranci z guberni kowieńskiej. Ci w moich oczach opluli przekupkę, która za 10 fenigów31 sprzedała 5 małych jabłuszek. Na Breitenweg mieszka 50 ludzi z guberni płockiej, kaliskiej, warszawskiej u gospodarza Meyera; uskarżali się przede mną, że wydali pieniądze na kolej, a teraz są głodni i pytali: „Co, panie, robić?”. Prócz tego, pełno ich jest w gospodach Auf der Brake, w hotelu Stadt Warschau, u Günthera itd. Obchodzę te duszne i cuchnące przytuliska, o ile mi tylko czas całego dnia pozwala.