— Świeże figi i daktyle są już w sprzedaży! — wymamrotała pod nosem i nałożyła sobie puddingu z dorsza.

Przemalowana kamienica

I

Thure Friis wyciągnął się na piasku i zamknął oczy. Oślepiały go promienie słoneczne, odbijające się od błękitnej powierzchni morza i białej plaży. Woda kołysała się w stronę lądu. Szemrała, łagodnie śpiewała, nuciła, a odgłos ten wypełniał powietrze i rozbijał się o radosny świst jaskółek i głośne poćwierkiwania ptaków z lasku. Cała socjeta duńskiego kurortu zebrała się nad wodą. Nie przejmowali się specjalnie dużą, niekształtną łaźnią. Młode dziewczęta w eleganckich kostiumach i barwnych czepeczkach wbiegały prosto do morza, rozbryzgując je w błyszczący deszcz; inne siedziały na piasku w długich szlafrokach, podczas gdy kawalerowie półleżeli obok i rozmawiali.

Thure Friis należał do tego towarzystwa od dłuższego czasu, a beztroska w dziewczęcym śmiechu i lenistwo trzepoczące w powietrzu zaraziły go. Prawie zapomniał, że po drugiej stronie cieśniny czeka na niego szerokie biurko w nudnym gabinecie, w nudnym mieście. Zdało mu się nawet, że zapomniał o wszystkim, co wiązało się z jego dawnym życiem; nie pamiętał o nim aż do wczorajszego wieczora!

Lekko się odwrócił. Słońce mocno paliło, pod powiekami migały mu czerwone i niebieskie punkciki. Ktoś nieopodal się zaśmiał, w mgnieniu oka wybuchła cała kaskada śmiechu. Ale on nasłuchiwał wody, która wytrwale i jednostajnie uderzała o piach i kamienie.

No tak, wczorajszy wieczór! Szedł od strony wioski do hotelu. Zmierzchało, potykał się o kocie łby ulicy. Od morza bił zapach wodorostów, smoły i soli, który tak uwielbiał, a pomiędzy obłokami przepływającymi po niebie dojrzeć można było duże, migoczące gwiazdy, które to skrywały się, to znów wyglądały, jak gdyby sklepienie nad jego głową było wielkim, kiwającym się parasolem, co pozwalało gwiazdom i chmurom tańczyć coraz szybciej. Był już bardzo blisko hotelu, kiedy otworzyły się jakieś drzwi i nagle na chodnik wylało się światło, a po kocich łbach potoczyło się radosne staccato10 tanecznej melodii. Odruchowo zrobił kilka kroków w cień przy płocie po drugiej stronie ulicy.

Przez drzwi wyszli mężczyzna i kobieta, z wolna go minęli. Rozpoznał mężczyznę. Kilka razy widział go w jadalni, a ona — to Sonja! Jak bardzo baśniowe, jak niewiarygodne się to wydało, była to jednak ona. Nie mógł pomylić tych blond włosów, rysów twarzy, tej sylwetki. Niechcący wykonał gwałtowny ruch, na co ona się odwróciła; nie rozpoznała go w mroku, jakby wystraszona chwyciła towarzysza pod rękę.

Przez moment olbrzymi parasol nieba kręcił się z taką prędkością, że on zatoczył się i oparł o płot. Gdy wrócił na chodnik, tamci zniknęli mu z oczu. Poszedł prosto do swego pokoju i uchylił okno wychodzące na morze. Długo tam stał. Aż w końcu, nieodparcie, wypowiedział dwa słowa, których od bardzo dawna nie używał. Rozśpiewane morze wchłaniało je, po czym znów rzucało w stronę jego okna:

— Moja żona! Moja żona!