Nie widział jej od paru lat i nie zamierzał ponownie jej zobaczyć. Rozstali się jak dwoje ludzi, którzy mieli się już nie spotkać, a ona nagle pojawia się na schodach hotelu i mija go w towarzystwie innego mężczyzny. Nawet wkłada rękę pod jego ramię.
Nie był w stanie zejść na dół na kolację. Nie mógł spotkać jej w ostrym, elektrycznym świetle. Nie wiedział jeszcze, czy w ogóle może ją spotkać. Co by powiedziała, gdyby się zobaczyli? Jak by wyglądała? Tak dobrze pamiętał rumieniec, jaki rozkwitał na jej bladej twarzy, kiedy przydarzało się coś niespodziewanego.
Ale dziś podczas śniadania przywitali się. Jej stolik znajdował się bardzo blisko jego, przy dużym oknie werandy z widokiem na morze. Dokładnie tak, jak to sobie wyobraził, zaczerwieniła się, lecz rumieniec szybko znikł, przywracając jej bladość.
Odwracał się niecierpliwie, jakby myśli nie dawały mu spokoju, i nagle mimowolnie się roześmiał.
Dlaczego to drobne szczegóły ze wspólnej codzienności zapadają w pamięć tak, że to je jako pierwsze się dostrzega podczas spotkania? Siedząc przy swoim stoliku, tylko czekał aż ona rozbije jajko, a nie — jak wszyscy — odetnie wierzch ostrzem noża. Kiedyś zawsze tak robiła: rozbijała jajko, a potem bardzo ostrożnie odrywała kawałki skorupki palcami. Teraz tak samo! Westchnął z ulgą, jakby przez chwilę obawiał się, że jakoś mogła się zmienić. I jeszcze sposób, w jaki piła kawę. Zazwyczaj nalewała śmietanki, a dopiero później kawy. Przypomniał sobie, jak powiedziała, że zaczęła tak robić dla żartu, a potem po prostu nie przestała, uznawszy, że tak jest smaczniej. Ileż razy się z tego śmiał, ileż razy próbował jej dokuczyć, zapominając o jej nawyku i podając jej gotową kawę... Chwycił gazetę, żeby nie dostrzegła, że ją szpieguje; znad brzegu widział każdy jej ruch. Właśnie wlewała śmietankę.
— Zupełnie jak dawniej — mruknął, zapominając o własnej stygnącej kawie.
Zaraz potem ten drugi podszedł do jej stolika, przystanął i zaczął rozmawiać, jak gdyby miał do tego prawo. Thure Friis szybko przewracał strony gazety.
„Jest przecież za młoda”, pomyślał urażony, „powinna mieć męża, który by ją chronił od takich łobuzów, skoro sama nie potrafi”.
Nagle uderzyła go paradoksalność tej myśli. Przecież to on był — czy powinien być — jej mężem, tymczasem siedzi tu i po kryjomu obserwuje ją znad gazety.
Wstał i ruszył w stronę łaźni, żeby się ubrać. Od niechcenia wodził wzrokiem po kąpiących się paniach. Wtem zatrzymał się. Sonja wchodziła do wody...