Zaraz potem w drzwiach łaźni natknął się na tego drugiego. Miał potężny, kanciasty podbródek i energiczne spojrzenie, wskazujące na to, że przywykł do egzekwowania własnej woli.

Friis w milczeniu przepuścił go w drzwiach.

II

Po południu spotkali się podczas spaceru po lesie. Sonja trzymała błękitną parasolkę, dostrzegł ją z daleka. Kiedyś miała podobną. Zaraz za nią szedł jej kawaler: ten sam, którego tyle razy już widział. Thure natomiast był w towarzystwie dość uroczej, młodej dziewczyny, która nadaremnie starała się domyślić, dlaczego dziś jest taki małomówny.

Wczorajszego wieczora dziewczyna poznała Sonję i teraz przystanęła uprzejmie, by ją przedstawić. Tak doszło do tego, że Thure Friis i Sonja Barck zostali sobie przedstawieni po raz drugi.

Wiedział, że wróciła do panieńskiego nazwiska. Gdy teraz je usłyszał, miał wrażenie, że minione lata gdzieś znikają, a on znów kłania się przed tą młodą dziewczyną, którą niegdyś była. Lecz zaraz, gdy wszyscy razem ruszyli ścieżką, lata ponownie wróciły na swoje miejsce. Wiedział o tym. Trzeba je wliczać, te wszystkie lata, podczas których młoda dziewczyna była jego żoną.

Ona przyglądała mu się z boku. Nie zmienił się, aż po ten maleńki zawijas we włosach, którego nigdy nie udało się gładko ułożyć, nawet wspólnymi siłami. Zdziwiło ją, że był tak do siebie podobny. Zdawało jej się, że ten długi okres, który minął od rozstania, powinien był go odmienić, przynajmniej trochę. Ale gdy tak szedł obok niej, miała wrażenie, że tylko na chwilę zniknął i zaraz znów zajął miejsce obok niej.

Mimowolnie dorównała mu kroku. Uśmiechnęła się. Jakie to proste! Lekko wymachiwał jedną ręką, co dawniej ją denerwowało. Teraz uznała, że robi to raźne, miłe wrażenie. Ale nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłaby powiedzieć. Pozostała dwójka, nie mająca o niczym pojęcia, szła na tyle blisko, że nie mogła zwrócić się do niego per „ty”. Wreszcie się odezwała:

— Mieszka pan w Danii?

Spojrzał na nią, lecz drobny, poważny profil pod słomianym kapeluszem niewiele zdradzał.