— Nie — odparł po chwili. — Mieszkam w miasteczku po drugiej stronie. O, tam — wskazał na cieśninę. — Zresztą to dość urocze miasto — dodał z uśmiechem.
— Ależ proszę opowiedzieć! — poprosiła.
Ponownie starał się upewnić, czy ona żartuje czy nie, lecz nie raczyła odwrócić do niego twarzy. Wtem zrozumiał. Pragnęła dowiedzieć się czegoś o mieście, o ich mieście... Od dawna tam nie była. Za plecami słyszał kroki i rozmowę tamtej dwójki, ale pomyślał sobie, że ten kanciasty mężczyzna, chyba Henderson, jeszcze ich nie słyszy.
— Dawniej było piękniejsze — powiedział. — Ostatnimi laty wybudowali wielkie kamienice wokół ryneczku, który kiedyś był prawdziwą idyllą. Szkoda! Ale — dodał pospiesznie, jak gdyby chciał ją pocieszyć — w zamian gdzie indziej wyburzyli domy. Naprzeciwko mojego okna stała stara ruina. Teraz jej już nie ma, za to wyglądam na uroczy skwer.
— Pewnie podwyższyli czynsz? — spytała nieco zmartwiona.
Uśmiechnął się wręcz frywolnie.
— O, w rzeczy samej! — rzekł.
„Ach, moja mała!”, pomyślał wzruszony, „gdybyś widziała, jak prowadziłem spis wydatków, od kiedy wyjechałaś!”.
Przypomniał sobie, jak przeglądała ich rachunki, jak — mądralińska — liczyła i dodawała, marszcząc przy tym czoło i przygryzając ołówek, a gdy brakowało jakiejś sumy, z niezadowoloną miną dopisywała „różne” tym swoim porządnym, okrągłych pismem.
— Całą kamienicę pomalowali na żółto, z zielonymi futrynami okien — dodał.