— Ach tak — odparła krótko, tonem, który wydał mu się oficjalny.

Głośno się zaśmiał. Wyraźnie nie podobało jej się to przemalowanie. Westchnął. Nie mógł sobie przypomnieć więcej nadzwyczajnych rzeczy, które wydarzyły się w mieście, a pan Henderson zaraz się wtrąci.

Parasolka rzucała na jej twarz niebieskawy odcień. Wiedział o tym, choć na nią nie patrzył. To światło, które nadawało jej oczom tajemniczego blasku, kiedyś go zachwyciło. Było to również pod koniec lata. Lecz wtedy lata, które teraz minęły, rozciągały się przed nimi, a nie za nimi; nie mieli pojęcia, co te lata z sobą przyniosą.

Nie, nie mógł już dłużej na nią nie patrzeć. Lekko się uśmiechała. Drażniło go, że sprawiała wrażenie niewzruszonej. Czyżby jedyne, co obudziło jej ciekawość, to ten stary dom, który przemalowano? Irytowało go także, że Henderson deptał mu po piętach. Dawniej nie byłoby żadnego Hendersona. Teraz ich dogonił.

— Mieliśmy przecież iść na molo — spojrzał na Sonję z wyrzutem.

— Ach, tak! — wykrzyknęła. — Musimy się tu rozejść, panie Friis.

Wokół jej oczu krążył niebieskawy połysk; promyk słońca, który przedarł się przez bukowe listowie, zadrżał niespokojnie na jej białej sukience.

— Do zobaczenia — powiedziała, podając rękę byłemu mężowi, a Thure Friis wziął słowa pożegnania za obietnicę.

III

Spotykali się codziennie. Nie dało się tego uniknąć, ponieważ żadne z nich nie wyjechało, a kurort był bardzo mały. Poza tym żadne z nich nie chciało wyjeżdżać! Coś ich w tym miejscu trzymało. To coś oboje zajmowało równie żywo. Wiązało ich myśli, rozśmieszało podczas zwykłej rozmowy. To ich wspomnienia, ich wspólna własność.