Zdawało jej się, że ta błękitna, połyskująca woda, która opływa także keje tamtego miasteczka, sprowadzała tutaj wspomnienia — jakby fale szeptały wprost do jej uszu. Przybyła do kurortu ze względu na Hendersona. Prawie podjęła decyzję, że za niego wyjdzie. Często rozmawiał z nią o przyszłości. Przyszłość należała do niego. Przedstawiał ją śmiałymi ruchami, przekonany, że ta porwie kobietę tak samo jak jego. Ona jedynie się uśmiechała. „Przyszłość?”, pytała w nieobecny, zaciekawiony sposób, jakby nie rozumiała.
Przyszłość? A cóż to takiego? Biała mgiełka w oddali, która umyka każdej żarliwej próbie zarysowania konturów w jej luźnej masie. Natomiast przeszłość nie była mgiełką! Przeszłość wypełniały najwspanialsze rzeczy, które należały do niej — do niej! Znajdowały się tam tak prawdziwe rzeczy jak śniadanie na stole, kwiaty i pokój. Była tam też pewna postać, poruszająca się po pomieszczeniach, były słowa, czule wyszeptane słowa i pieszczoty, jeszcze prawdziwsze pieszczoty!
Wszystko to znaczyło teraz dużo więcej niż energiczna dłoń, rysująca przed nią kontury przyszłości.
IV
Było to niewielkie, trochę dziwaczne kino, jedyne w kurorcie. Ścian niedużej widowni nie pokrywały żadne malowidła. Sufit miał kształt kopuły; para jaskółek pobudowała tam gniazdo. Między aktami, gdy pomieszczenie rozświetlało białe, płowe światło, rozbrzmiewał znajomy świst jaskółczych skrzydeł — dwa ptaki ganiały się tuż nad głowami widzów. Ich cienie tworzyły fantastyczną japońskość na kremowych ścianach, a świst przecinał gęste powietrze niczym nóż.
Orkiestrę mieli tu niewiele wartą. Przy ekranie stał fortepian, na nim palce młodego pianisty produkowały brzęczące hałasy. Od czasu do czasu jazgot zagłuszał sam kinematograf, terkoczący po drugiej stronie pomieszczenia, jakby za maleńkim, kwadratowym otworem umieszczono dziesiątki uli.
A jednak co wieczór do kina schodziły się tłumy. Wcale nie miejscowi, a kuracjusze, którzy, teraz — gdy lato chyliło się ku końcowi, a wieczory stawały się coraz ciemniejsze — w ten sposób spędzali czas. Wyśmiewano młodzieńca przy fortepianie, kiedy wściekły walił w klawisze, drwiono z bzyczenia z kwadratowego otworu, chichotano z głośnych nawoływań chłopca od słodyczy i świstu jaskółek. Ale gdy w pomieszczeniu zapadała ciemność, a na białym ekranie pojawiała się jedna scena za drugą w wymuszonym, nerwowym tempie, dłonie potajemnie szukały się nawzajem i tuliły się jedna w drugiej w krótkiej miłosnej nocy kinowego salonu — do momentu, aż światło znów rozbłysło, a jaskółki ponownie wszczynały radosną zabawę.
Thure Friis i Sonja Barck znaleźli się tam tego samego wieczora, w towarzystwie pana Hendersona i młodej dziewczyny.
Gdy pojawiły się pierwsze obrazy, a potem napisy, Sonja nachyliła się i szepnęła:
— Mam czytać napisy, jak dawniej?