— Czy zechcesz...? Nie uważasz...? Czy nie moglibyśmy...?

Każda równie idiotyczna! Sonja na pewno zrozumie, ale mu nie pomoże. Zresztą to do niej niepodobne. Nie, musi sobie poradzić sam.

Najgorsze, że podejrzewał, iż tamten o kanciastym podbródku chodzi i żongluje tymi samymi zdaniami:

— Czy zechcesz...? Nie uważasz...? Czy nie moglibyśmy...?

Gdyby tylko ci dwaj mężczyźni spojrzeli na siebie, słowa przecięłyby się w powietrzu.

A Sonja się uśmiechała.

Tańczyła z Thurem Friisem w sali balowej hotelu. Chodzili po plaży, a Sonja zbierała muszelki; jej jasna sukienka miękko falowała za każdym razem, gdy się schyliła. Spacerowali po lesie. Lecz wciąż pojawiał się pan Henderson. Friis go znienawidził.

Były piękne, ciepłe dni. Morze i niebo stapiały się w błękit z błękitem, słońce rzucało na wszystko żółty i biały blask.

Pewnego przedpołudnia Thure Friis zszedł do przystani. Po drodze spotkał pana Hendersona. Wyglądał na tak zasmuconego, że Friis po raz pierwszy poczuł do niego życzliwość, a jednocześnie wypełnił się radością.

„Czy zechcesz...? Nie uważasz...? Czy nie moglibyśmy...?”, śpiewało w nim. Zdawało mu się, że słowa nabierają kształtów i żeglują niczym małe jachty na niebieskim morzu.