Sonja stała przy pomoście, oparta o poręcz. Była zamyślona. Przed chwilą musiała wyjaśnić adoratorowi, że przyszłość jest niczym w porównaniu z niektórymi zwykłymi zdarzeniami, które rozegrały się w kilku pokojach obecnie obrzydliwie przemalowanej kamienicy w pewnym miasteczku.
Gdy nadszedł Thure Friis, uśmiechnęła się. To ten uśmiech nagle go ośmielił. Ale nie powiedział nic z tego, co obmyślił. Stali razem w milczeniu, przyglądali się parowcowi.
— Bardzo się przejmujesz tym, że tak ją przemalowali? — spytał nagle. Mówiąc „ją”, miał na myśli ich starą kamienicę.
— Och nie, to nie ma znaczenia — odparła.
Chwilę później, gdy patrzyli z nabrzeża, jak statek wyrusza w morze, oboje wiedzieli, że przy następnej okazji popłyną do niewielkiego miasteczka po drugiej stronie cieśniny.
Zdarzyło się w pewnym pokoju
W pokoju z wyblakłymi tapetami w wielkie kwiaty i z tapicerowanymi meblami, w wózku inwalidzkim siedziała drobna staruszka. Chociaż wózek oferował wygodne oparcie na miękkich poduszkach, staruszka próbowała od czasu do czasu się podnieść, by siedzieć prosto ze złożonymi rękami. Lecz zaraz opadała do tyłu, a wówczas jej twarz nabierała poirytowanego wyrazu. Była to twarz o okrągłych, pomarszczonych policzkach, bezbarwnych wargach i oczach brązowych jak ziarnka pieprzu. Siwe, rzadkie włosy ktoś zaczesał na wałku.
Stół przy kanapie nakryto białym obrusem, znajdowały się na nim filiżanki do kawy, półmisek z ciasteczkami i tort, na środku którego zielonym lukrem napisano „Witamy”. Staruszka rzucała na stół zadowolone spojrzenia. Z kuchni docierał zapach kawy.
— Ty młoda ździro, chodź tu! — wykrzyknęła stara donośnym, dziecięcym głosikiem.
Młoda ździra pojawiła się w drzwiach. Ona także była stara, ale jej twarz była zmartwiona i szorstka.