— Co znowu, proszę pani? — spytała, wycierając ręce w fartuch.
— Czy wreszcie mogę obejrzeć ten tort?
— Po raz dziesiąty? — ucięła tamta, ale bez zniecierpliwienia.
Przybliżyła uroczy tort do wózka.
— No, no — zamruczała staruszka. — Babcia jeszcze się do czegoś nadaje. Ładny! Bardzo ładny! Ale — zmarszczyła brwi — po co ten napis „Witamy”?
— Że też pani jeszcze pyta! Narzeczona małego Paula przyjeżdża dziś z Ameryki, a on chce ją powitać.
— Ple, ple — sarknęła11. — Przecież to tylko dzieci.
To było jej stałe powiedzonko. Dla niej czas toczył się do tyłu, jakby niewidzialna dłoń chwyciła za wózek inwalidzki i przeciągnęła go do przeszłości. Jej dzieci, które teraz się postarzały i miały własne dzieci, nadal były nastolatkami, a gdy zebrało jej się na kaprysy, potrafiła traktować je jak berbecie. Karciła je i całowała bladymi ustami. Widziała, że są dojrzali, ba, już się postarzeli, lecz ona tego nie pojmowała. Żyła w szczęśliwej przestrzeni „dawno temu”. Wnuki najczęściej jej się myliły, nazywała je imionami własnych dzieci. Tak też było z Paulem, podobnym do jej syna, który zmarł. Ale o tym zapomniała. Chętnie wspominała, lecz śmierć i starość dla niej nie istniały.
W jej pokoju czas się zatrzymał, regularne tykanie i głuche uderzenia zegara nie kojarzyły się starej kobiecie z pospiesznymi minutami i godzinami, które zamieniają się w pędzące dni i lata.
Wierna służąca wróciła do kuchni. Ona także należała do świata młodości, zgromadzonego wokół wózka. Dalej była młodą ździrą, którą w sobotnie wieczory należało zamykać na klucz, żeby nie uciekała na potańcówki.