Budowla okazała się masywna, szara i podupadła. Tak bardzo podupadła, że miało się wrażenie, iż wyraźny kąt, pod którym wybudowano kompleks (i który wyglądał na dwa oddzielne domy, ustawione względem siebie w poprzek), był jedynym powodem, dla którego budynek nie zawalił się dawno temu. Podwórko składało się z wielkiej, brunatnej kałuży nieczystości po drobiu i deszczówki, a dziewczyna, która otworzyła drzwi, była tak brudna, tak czarnooka, tak byle jak okutana, jak tylko można wyobrazić sobie dziewczę ze starej, pół włoskiej Sabaudii. Wieczorem nie zdążył zbytnio wyrobić sobie zdania na temat gospodarzy. Wcześnie poszedł do pokoju i zasnął do jednostajnego plusku deszczu o balkon.
A teraz — ten promienisty poranek!
W tej chwili usłyszał na podwórzu kroki i zaraz dojrzał monsieur Paturota. W dłoni trzymał miarkę. Przyłożył ją do ściany; mrużąc oczy pod słońce, ewidentnie próbował zmierzyć jakąś odległość. Był chudym, a mimo to w pewien sposób imponującym sześćdziesięciolatkiem — ubrany w krótki, biały płaszcz i ciemne spodnie w paski, mógłby się wydać zwykłym francuskim właścicielem ziemskim, gdyby nie para kapci haftowanych w śliczne, czerwone róże, wielki kwiat puszący się w rozerwanej butonierce płaszcza i czapka, szara czapeczka kolarska, odwrócona daszkiem na tył łysej głowy. Szczegóły te nadawały jego fizjonomii wyjątkowo dziwaczny charakter. Gdy podniósł twarz, licencjatowi Felbowi zdało się, że jegomość na dole z tymi białymi bokobrodami, krzaczastymi brwiami, orlim nosem i brązowymi, wąziutkimi oczami przypominał przebiegłego, starego fauna, który właśnie wynurzył się z rozczochranej zieleni ogrodu.
Schodząc na dół chwilę później, licencjat Felb natknął się na madame19. Jeszcze nie uczesała się po nocy; owinęła się zielonym, wełnianym swetrem, spod którego wystawała biała halka, wijąc się wokół chudych nóg. Licencjat Felb musiał z całych sił przywołać obraz ogrodu i jeziora, by nie wrócił impuls z poprzedniego wieczora. Spojrzał na nią i uprzejmie odpowiedział na pytanie, jak mu się spało. Jej oczy miały jakiś mętny kolor. Nie były ani błękitne, ani brązowe, ani szare, jak to zazwyczaj oczy, tylko właśnie mętne jak nieklarowna woda. A jednak było w nich coś uderzającego. Zdumiony patrzył, jak ta wychudzona postać znika, idąc w górę schodów. Jej mąż wspomniał, że ma zaledwie trzydzieści lat. Możliwe! Licencjat Felb spotkał jednak trzydziestolatki o młodszym i szczęśliwszym wyglądzie.
Z wolna przemierzał pokoje na parterze. Idąc tak, miał wrażenie czegoś tajemniczego, które trudno mu było odeprzeć. Być może dlatego, że od dawna nie czuł się tak wolny; nie musiał zerkać na zegarek, by upewnić się, że zdąży na przyjęcie, déjeuner20 czy dîner21 — historyczny kongres na temat katedry w Reims był bowiem wielce wyczerpujący dla młodych Szwedów, i wszyscy oni, gorliwie pilnowani przez udekorowanego profesorowa, podeszli doń bardzo poważnie. Czy może to coś w tych pomieszczeniach? W zapachu starych mebli, w suszonych kwiatach, za pomocą jedwabnych wstążeczek przymocowanych do haczyków, na których wisiały obrazy, albo stojących w smukłych wazonach? Wszystko było staroświeckie, w brzydki sposób, tu i tam kapka nowszej epoki, ale i to pozostawiało niegustowne ślady. Na stoliku leżało kilka mydełek, jakie widuje się w witrynach niektórych perfumerii: w kształcie tancerki z nogą śmiało uniesioną na chmurkę z zakurzonego tiulu, pulchny, różowy amorek o oczach, jakby grzmiały i topniały, uśmiechnięta gwiazda filmowa... Na jednej ścianie wisiał obraz olejny, przedstawiający las i płonący zachód słońca, ale nie był to pejzaż zachęcający licencjata Felba do głębszej zadumy. Na dole, przy ramie, płótno oderwało się, a pod spodem wystawała biała, naga kobieca łydka. Z badawczą ciekawością eksperta sztuki i bezczelnością turysty licencjat Felb zaczął majstrować palcem przy obrazie. I proszę: las z płonącym zachodem słońca zwinął się jak poranna roleta, a pod spodem ukazał się inny obraz, tak nieprzyzwoity, że dzięki tematowi (choć nie wykonaniu) mógłby stać się prawdziwą ozdobą bezpruderyjnego, tajemniczego gabinetu w muzeum, gdzie licencjat przez jakiś czas obejmował stanowisko intendenta.
— Żartowniś! — zachichotał mgr lic. Henry Felb.
Coś zaszeleściło za jego placami; stała tam stara matka madame, spokojna, uśmiechnięta, z dłońmi złożonymi na fartuszku.
— Ładny jest — skinęła. — Monsieur Paturot kupił go we Włoszech.
Po chwili podeszła bliżej i powoli, ostrożnie ściągnęła w dół wierzchni obraz, tak że rama znów przybrała przyzwoity wygląd romantycznego pejzażu. Dłonie staruszki były dość czarne — jakby grzebała w ziemi — ale tak naprawdę miała dystyngowaną twarz; coś w jej sposobie poruszania się zdradzało paryżankę.
— Jest pani z Paryża, madame? — spytał licencjat Felb.