— Georgette! Georgette!
Mała szybko wybiegła.
Skrzypiało skrzydło drzwi balkonowych. Światło, odbite od szyby, skakało po pokoju zajączkami; to bawiło się na wysokim kominku, na którym pasterz i pasterka kłaniali się sobie z gracją, to znów rozbłysło na czerwonym pluszu oparcia kanapy, a w końcu poczołgało się po parkiecie, gdzie szczeliny wytyczały na podłodze szerokie, czarne pasy.
Licencjat Felb popijał brązową, gęstą czekoladę małymi, pospiesznymi łykami. W chwili, gdy napój zsuwał się po przełyku, po całym ciele rozchodziło się poczucie szczęścia i zadowolenia. Niemożliwe, by tylko brązowy płyn o delikatnym posmaku dymu kuchennego i tłuszczu wywołał to uczucie. To raczej powietrze rozchodzące się po pokoju, widok zielonych gałązek uczepionych poręczy balkonu, a także nadzwyczaj przyjemne wrażenie, że ma się za sobą długą, przespaną noc. W końcu mężczyzna wstał i podszedł do balkonowej poręczy, a widok zachwycił go tak, że przez dłuższą chwilę nawet nie przyszło mu do głowy, iż powinien się ubrać.
Z niewielkiego żwirowego placyku, otoczonego żelaznym ogrodzeniem, kilka nierównych, szarych stopni prowadziło do ogrodu — był to staromodny, podupadły ogród, a w nim altanki, łuki winorośli i rabatki pełne kwiatów, zasianych tak, że jeden na drugim wyrosły na zuchwałą, wielobarwną bujność, która groziła wdarciem się na ścieżki i trawniki. Była to feeria świetlistych refleksów, cieni, roztańczonych plamek słońca na alejkach i tysiąca odcieni zieleni: od leciuteńkiej, jedwabistej w źdźbłach trawy po ciemną, błyszczącą na drzewach owocowych i niemal niebieskawą winorośli. Poniżej ogrodu, opadającego ku zakurzonej szosie, zza wysokich topól balsamicznych migotała woda alpejskiego jeziora. Poranna bryza z wolna rozwiała mgiełkę. Ta uniosła się niczym stado białych ptaków, zostawiając powierzchnię wody błękitną i błyszczącą, przecudnie wielki klejnot, absolutnie godny otaczających go górskich szczytów.
W nagłym uniesieniu licencjat Felb postanowił zostać w tym zachwycającym miejscu. Poprzedniego wieczora równie gwałtownie zdecydował się wrócić do Paryża następnym pociągiem, motywując to tym, że „Markizat” (tak nazywała się ta prosta willa) przy pierwszych oględzinach okazał się mieć niewiele wspólnego z tym, jak entuzjastycznie opisywał ją monsieur16 Edmond Paturot. Monsieur Edmond Paturot był według wszelkiego prawdopodobieństwa, a także według własnych, wielokrotnych zapewnień, szczęśliwym i zamożnych właścicielem „Chateau Les Marquisats” nad słynnym alpejskim jeziorem. Licencjat Henry Felb spotkał go pewnego wieczora w Paryżu w towarzystwie wieloletniego członka kolonii szwedzkiej, dziś nieco zubożałego biznesmena, zajmującego się agenturą i akcjami. Rozmowa zeszła na zbliżające się lato, monsieur Paturot opisał przyjemny górski klimat Sabaudii17, wychwalając przy tym własną posiadłość, która zdała się być starym, historycznym majątkiem. Nagle podekscytowany zawołał do licencjata:
— Proszę mnie odwiedzić! Zamieszkać u mnie w „Markizacie”! Panie będą zachwycone!
Po wielu wahaniach i niezliczonych namowach licencjat Felb postanowił przyjąć zaproszenie. W charakterze uduchowionego krytyka „Dziennika Estetycznego” i wykwalifikowanego docenta szkoły wyższej przyjechał do Francji na kongres, gdzie młodzi szwedzcy historycy sztuki zamierzali zbadać — przez ich udekorowanego profesora nazwane błogosławionymi — skutki bombardowania katedry w Reims18. Teraz Felb uznał, że przyjemnie będzie się ochłodzić i przejrzeć zgromadzony materiał. Późną nocą, kiedy wracał do domu przez gorączkowe, rozmigotane światłami bulwary w towarzystwie nieco upitego Szweda, próbował dowiedzieć się więcej o swym przyszłym gospodarzu, ale tamten tylko się śmiał i powiedział:
— Pan licencjat spróbuje! Nie znam jego domu. To oryginalny typ, dawniej robiłem z nim interesy. — Po czym znów się roześmiał.
Licencjat Felb pojechał do Sabaudii. To moment, gdy dotarł tam poprzedniego wieczoru, wprawił go w nastrój, który dopiero nad ranem się zarumienił. Już gdy wysiadł z pociągu, zaczął padać deszcz. Jakiś śniady chłopiec, którego po niego wysłano, wskazał na gospodarstwo położone na szczycie długiego, kamienistego wzgórza, dziesięć minut za miastem. Alpy zakrywała szara mgła, na tafli jeziora nie było połysku. Kapało z drzew po obu stronach ścieżki. W końcu stanął przed wychwalanym „Markizatem” monsieur Paturota.