Ale ponieważ dobra żona zauważyła, że jej mąż przyglądał się zbiegłej młodej kobiecie z pewnym zaciekawieniem, dodała uszczypliwie:
— Nie jest szczególnie piękna. Mąż opisywał ją jak jakiś cud urody i młodości, a dla kochanka była niczym bogini.
Anglik milczał. Po chwili powiedział:
— Jeden właśnie ją stracił. To, co się straciło, zawsze jest najpiękniejszym, co się miało. Drugi dopiero co ją zdobył; to, co się zdobyło, musi być wspaniałe. Dlaczego inaczej miałoby się do tego dążyć? To naturalne, że w ich oczach jest pięknością.
— Mówisz, jakbyś się zaraził ceremonialnością Francuzów — powiedziała żona.
A ponieważ byli gotowi, by położyć się do łóżka, zdmuchnęła świeczkę.
Markizat
I
Ktoś zapukał do drzwi? Mgr lic. Henry Felb, młody, obiecujący historyk sztuki ze Sztokholmu, poruszył się niespokojnie w szerokim francuskim łóżku. Promienie słońca, które wpadały przez zepsutą listewkę okiennicy, tworzyły na pociemniałym od starości suficie mlecznobiałą, drgającą plamę.
Ktoś pukał! Znów zapukał! Licencjat Felb wyskoczył z łóżka. Gdy na bosaka podreptał do drzwi, by je odryglować, miał wrażenie, że w tym przygaszonym świetle wygląda w pasiastej piżamie jak więzień. To Georgette, mała służka, przyniosła tacę z pachnącą filiżanką parującej czekolady. Odstawiła ją na szafkę nocną. Licencjat Felb wrócił do przyjemnego łóżka i teraz patrzył, jak dziewczyna podeszła do okna. Odepchnęła okiennice, aż haczyki zaskrzypiały i odbiły się od ściany, następnie otworzyła drzwi balkonowe; i zaraz do środka wpadł jej radosny, dziecinny głos. Gaworzyła do kur na dole. Te gdakały głośno, pośród gwaru kogut podniósł swe triumfujące „kukuryku”. Licencjat Felb przypomniał sobie, że słyszał te odgłosy przed chwilą, jeszcze w półśnie, lecz nie potrafił zrozumieć, skąd dochodzą, zdawało mu się bowiem, że wciąż kołysze się w pociągu z Paryża, a stukot i zgrzyt wagonów dźwięczą mu w uszach. Ktoś zawołał: