— I wtedy — tak monsieur Paturot potrafił zakończyć przemowę, wzruszając przy tym ramionami i wznosząc ręce niczym drżące misy, gotowe na przyjęcie cennych darów — przebudujemy ten zamek. Zimą będziemy mieszkać w Paryżu, a tu uciekać latem dla rekreacji. Paryż, moje panie!
Na samo słowo „Paryż” ich oczy rozbłyskiwały. Czuły się jak wygnańcy w tej małej dziurze, gdzie musiały się przenieść z winy zawikłanych interesów monsieur Paturota. Madame, posiadająca w Paryżu tak wiele zainteresowań, jeśli wierzyć jej matce, i tylu adoratorów, tutaj zobojętniała na wszystko. Jedyne, co ją jeszcze obchodziło, to gra na pianinie. Lecz choć jej palce biegały po klawiszach i umiejętnie wykonywała najtrudniejsze utwory, licencjat Felb nie znajdował w tym żadnej przyjemności. Gra była pusta, bezduszna, równie dobrze mogła pochodzić z pozytywki. W ostatnim roku pani przestała się też malować. Monsieur Paturot skarżył się na to podczas jednego lunchu. Ona, z pytającą miną, odwróciła się do licencjata Felba. Ostatnio często tak robiła.
— Lubię makijaż i puder — powiedział młody licencjat i w zamyśleniu bawił się widelcem. — Z makijażem piękna kobieta staje się jeszcze piękniejsza, a brzydka pięknieje.
— Nieprawdaż? — wykrzyknął ożywiony monsieur Paturot.
Zdążyli dojść do kawy, monsieur nalał każdemu likieru o barwie opalu do maleńkich kieliszków, po czym sobie znaczną ilość bezpośrednio do filiżanki. Rozpoczął opowieść o latach młodości: o Montmartrze26, Montparnassie27, dożynkach w Normandii28, skąd pochodził, a potem znów o Montmartrze i Montparnassie. Oczy mu błyszczały. Bokobrody sterczały z ruchliwego podbródka.
Wszystko tam — od ogrodu i domu po stroje madame i maszynę do pisania monsieur Paturota, która zacinała się przy co trzecim słowie — wskazywało na zbliżający się upadek, tak również erotyzm. Tkwił niczym robak w ich zmysłach, lecz nie znajdował innego ujścia niż w sprośnych historiach monsieur Paturota i na wpół beznadziejnym znudzeniu, na wpół lubieżnie przyczajonej ciekawości. Bardzo nieswojo było licencjatowi patrzeć na to, jak stara matka z zainteresowaniem przysłuchuje się temu wszystkiemu, z uśmieszkiem i czymś niewinnie dziecięcym w spojrzeniu. Jednocześnie kiwała głową na znak potwierdzenia i życiowej mądrości — ona sama miała męża „w tym samym typie” co monsieur Paturot. Nie robiono także tajemnicy z tego, że monsieur przestał dopełniać małżeńskiego obowiązku. Temat stanowił przedmiot wielu żartobliwych aluzji, które nierzadko kończyły się awanturą. Kłócili się często. Stłumiony głos madame i donośny monsieur słychać było o każdej porze dnia, ba, licencjat nieraz budził się w nocy, słysząc poirytowany ton madame, dobiegający z sypialni. Żal rozczarowanej kobiety odbijał się w jej mętnych oczach. Wkrótce to zrozumiał, lecz nie potrafił jej współczuć. Jej mąż był o niebo śmieszniejszy ze swymi genialnymi nadziejami i nieskrywanym egoizmem.
Po lunchu gospodarz wziął go do ogrodu. W jego drżących rękach i rozmigotanych oczach było jakieś podniecenie. Znów rozprawiał o swym wielkim interesie. Negocjowano już z jakimś niemieckim biznesmenem. Transakcja z pewnością się uda, a wtedy monsieur Paturot znów będzie bogatym człowiekiem. Przystanął z rękami po bokach i czapką na karku i z pogardą rozejrzał się po ogrodzie.
— Tarasy, monsieur — powiedział — tarasy jak w starych, prawdziwych francuskich ogrodach pałacowych. Założę je tutaj, o ile w tej marnej mieścinie są jacyś zdatni robotnicy, albo też poślę po architekta z Paryża i ludzi z Włoch. Wykupię całą okolicę, aż do jeziora. Założę rosarium, a tam, gdzie jest najpiękniejszy widok, powstanie klasyczna kolumnada z białego marmuru. Widzi to pan? — Gwałtownie chwycił licencjata za ramię. — Nic pan nie mówi. Proszę sobie wyobrazić marmurową kolumnadę!
Licencjat Felb trochę się wystraszył na widok twarzy tamtego. Nie był to już stary, cwany biznesmen. Zobaczył zagubione oblicze z idiotycznie wytrzeszczonym spojrzeniem. Kolumnada z białego marmuru miała stać się wspaniałym zadośćuczynieniem za wszystko, co w okresie zapaści finansowej musiał znosić ze strony wściekłych ofiar bankructwa i namolnych wierzycieli. Dzięki niej zamknąłby usta swej irytującej, wiecznie niezadowolonej żonie i upokorzył uszczypliwą teściową. Sam będzie się tamtędy przechadzał niczym bóg, podziwiał okazały ogród i rozmigotaną wodę alpejskiego jeziora. Co z tego, że doktor — Jakżeż on się nazywał, ten doktor, co odmładza? Ach, Steinach — to szkop29. Dokument, który miał wszystko umożliwić, też był od szkopów. Zresztą, aptekarz Coué z Nancy30 to również mężczyzna!
Codziennie w fantazji Paturota pojawiało się coś nowego.