W piękne letnie dni — kiedy obie panie zajmowały się swoimi sprawami, a licencjat Felb, coraz bardziej swobodny, porzucił książki o sztuce, by zająć się wyłącznie urokami przyrody, i wyruszał na długie, samotne wycieczki po jeziorze i górach — stary monsieur Paturot siedział w altance, gdzie trzmiele brzęczały wokół jego łysiny, a oświetlone słońcem liście wina rzucały cienie na ogrodowy stolik, i dalej snuł swoje rozmyślania. Już skończył z ogrodem. Wiedział dokładnie, jak chce wszystko urządzić. Pozostało jedynie wziąć się do roboty. Czas na zabudowania. Już słyszał, jak tynk odpada podczas prac naprawczych, widział farby mieszane w wiadrach malarzy, łowił uchem dziarskie pogwizdywania i energiczne okrzyki w miarę dobrze opłaconych włoskich robotników: „Ohoj! Ohoj!”. Wszędzie ruch i praca — właśnie tak, jak lubił. Sam natomiast doglądał każdego szczegółu, rozdzielał fachowe rady i wskazówki.

Patrzył, jak bydło wspina się po kamienistym wzgórzu. Brzęczały tysiące dzwonków, tworzyły pełną melodię, drgającą w przejrzystym powietrzu.

Na podwórze zajechał lakierowany na czarno ekwipaż31, zaprzęgnięty w dwa konie. Woźnica witał się, wywijając batem. Madame i on wsiedli i w przyjemnym rozkołysaniu ruszyli w drogę; madame w kapeluszu z Paryża i w pantoflach na obcasie. Innego dnia podjechało nowe, duże auto — największe w całym mieście.

Po takich rozmyślaniach przychodził na posiłki z błyszczącymi oczami, rozmarzony, wręcz uprzejmy, choć nieco ironiczny wobec dam i pełen szacunku wobec szwedzkiego licencjata. Od tak dawna martwił się podupadającym domem i monotonnym życiem. Zgorzkniał przez gderliwość żony, teściowa go nienawidziła. Niemniej nadzieja na bogactwo wzniosła go ponad resztę. Nie dostrzegał już pęknięć w ścianie ani plam wilgoci na suficie, nie przejmował się gadaniem żony, nie raniły go szpilki wbijane przez teściową. Z oddali słyszał bowiem, jak sztabki złota — niczym dźwięczna muzyka — uderzają o siebie. Od lat tęsknił za tą melodią, a teraz była coraz bliżej.

III

Madame zaczęła się malować. Gdy wykształcone pod względem kolorystyki oko licencjata Felba po raz pierwszy dostrzegło jej przemienioną twarz, wyczesane brwi, czerwone, płonące usta i różowe policzki, młodzieniec pomyślał, że ta metamorfoza w jakiś sposób wiąże się z fantazjami jej męża, który jakby zaraził cały dom oszalałym pajacowaniem. Lecz tu się Felb mylił, a myśl świadczyła o sympatycznej bezpretensjonalności z jego strony. Madame zaczęła się malować, ponieważ młody Szwed wypowiedział się pozytywnie o makijażu. W Paryżu ciągle się malowała — jak wszystkie jej przyjaciółki. Nie byłaby damą, gdyby w maleńkiej torebce nie nosiła szminki i pudru, a po filiżance kawy w restauracji lub w przerwie w teatrze nie wyciągała lusterka i nie malowała ust; ta słodkawa, pachnąca czerwień, która pozostawiała na wargach pikantny smak i odmładzała ją o kilka lat.

Teraz przypomniała sobie wiele wyrafinowanych sztuczek z paryskich czasów. Poczernione rzęsy powiększały oczy i je rozpromieniały, gdy pociągnęła wąską kreskę z kącików, stawały się owalne w tajemniczy i interesująco uroczy sposób. Róż na policzkach zaokrąglał je do perwersyjnie dziecięcej formy, a z upudrowanego czoła znikały wszystkie zmarszczki i linie, robiąc z kobiety uwodzicielską madonnę, wystudiowaną słodycz i kokieteryjną dziewicę.

Jej matka była zachwycona. Nazywała córkę swą „różą” i „skarbem”, zdobiła ją kwiatami niczym pannę młodą, rzucała jej promienne spojrzenia. Natomiast mąż prawie nie dostrzegł zmiany, był zajęty papierkową robotą; a licencjat Felb, dla którego tak naprawdę powstała ta umalowana wspaniałość, zastanawiał się, czy wcześniej, bez tych krzykliwych kolorów, nie była jednak mniej straszna.

Zarówno dla madame, jak i dla jej męża, nastał tego lata nowy czas. Ich nadzieje i pragnienia, o tak różnych przyczynach i orientacjach, miały tyle wspólnego, że wykiełkowały z myśli wyczerpanych gorzką marnością zniszczonego życia i utraconego majątku. I podczas gdy monsieur na nowo tworzył stary dom i zaniedbany ogród, w przypadku madame próby ożywienia kierowały się do jej wnętrza, do czegoś zwiędłego i pękniętego, co teraz, w pełni lata, zaczęło puchnąć od soków i domagać się kwitnienia. Kwiaty te wyłoniły się pewnego upalnego popołudnia przed zdumionymi i przerażonymi oczami licencjata — i zaraz zwiędły, gdyż nie znalazły uwagi i czułości.

Było to duszne popołudnie, powietrze stało w miejscu. Burzowe chmury, które przez cały dzień wyłaniały się zza gór i rozwiewały, teraz zgromadziły się w groźną, zbitą masę, z której raz po raz wystrzeliwał piorun i odbijał swój zygzak w tafli niespokojnego jeziora.