Licencjat wyglądał przez okno w salonie na ogród. Ten zatapiał się w dziwnym, żółtym świetle. Zdawało się, że drzewa i trawa drżały od powiewu wiatru znad wody, poza tym było spokojnie i nieruchomo. Z okna licencjat dojrzał gospodarza, który w kapciach w różyczki krążył po alejkach, zanurzony w zwyczajowych marzeniach.

Madame grała Chopina32. Mgr lic. Felb przeniósł wzrok z ogrodu na chudą figurę przy fortepianie, a madame, jakby czując to spojrzenie, nagle przerwała grę i usiadła nieruchomo z dłońmi na klawiaturze. Zagryzła wargi, gorące i suche. O tej chwili, kiedy jest z nim zupełnie sama, marzyła co noc; przekręcała się w wielkim łożu, unoszącym się od donośnego chrapania męża. Marzyła o tym, by długa susza jej młodości wreszcie się zakończyła. Ten młody człowiek był dla niej tak uprzejmy. Taki dobry! Żartował i się śmiał. Słuchał, jak gra. I gdy tak siedziała z niejako martwymi dłońmi na czarnych i białych klawiszach, przez myśli przebiegały jej śmiałe przygody. Czytała o takich przygodach w książkach z wyselekcjonowanej biblioteki monsieur Paturota. Przewracała karty powieści z płonącym wstydem — nie z powodu pikantnych i śmiałych opisów w kolejnych soczystych rozdziałach, ale z poczucia pustki we własnym życiu.

Wzdrygnęła się, gdy usłyszała, że Felb podchodzi do fortepianu.

— Dlaczego przestała pani grać? — spytał licencjat życzliwie. Nachylił się nad zeszytem z nutami.

Nie odpowiedziała. Zdziwiony jej milczeniem, spojrzał na nią. I tak jak zdziwił się pierwszego dnia, gdy dłubał przy obrazie z pejzażem i odkrył pod spodem inny, tak teraz zaskoczył go wyraz twarzy madame. Zniknęła zwykła, obojętna mina, na pomalowanych ciemną czerwienią ustach pojawił się uśmiech, którego nie zrozumiał, póki nie podniosła do niego twarzy.

Spod przymrużonych powiek wyślizgnęło się w jego kierunku spojrzenie. Ruchy nieprzywykłych do uśmiechu warg uwierały, usta rozchyliły się, jak gdyby chciały łakomie go ugryźć.

Zdezorientowany Felb chwycił się za czoło.

— Gorąco jest — powiedział.

— Tak, gorąco — szepnęła; zabrzmiało to jak jęknięcie. — Jest bardzo gorąco.

Dłonie, przed chwilą jakby martwe, poruszyły się. Powoli uniosły się do góry. Licencjat nie mógł się wycofać. Zafascynowany, gapił się na uśmiechniętą twarz i unoszące się ku niemu dłonie. Nagle chwyciły go za kark; poczuł, jak kobieta, dysząc, zbliża się do niego. Wyrwał się i rzucił do drzwi. Przez okno wpadł gwałtowny powiew wiatru, firanki zatrzepotały niczym wielkie skrzydła. Zaraz potem zaczęła się burza. I gdy deszcz padał na spragnione rośliny ogrodu, madame nadal nieruchomo siedziała przy fortepianie z suchymi, płonącymi wargami.