IV

Co rano licencjat widział, jak zgarbiona kobieta niesie przed podwórze ciężkie kanki33 z mlekiem. Była to matka Georgette. Rodzina mieszkała w walącej się norze, naprzeciwko ogrodu monsieur Paturota. Roiło się tam od dzieci — brudnych, czarnookich. Czasem gapiły się przez płot na rozgdakane kury. Mąż pomagał przy pracach na zewnątrz — piękny młody człowiek o długich czarnych wąsach. Kobieta była w zaawansowanej ciąży. Jej chuda twarz miała wyraz cierpienia i niezadowolenia, cienkie włosy opadały kosmykami na czoło. Tuż po trzydziestce wyglądała na starą i wyniszczoną.

Pewnego dnia dziecko się urodziło i od razu umarło. To wtedy zaczęły się niepowodzenia państwa Paturotów. Nie chodzi o to, że jakkolwiek mieliby opłakiwać śmierć maleństwa. Nie mieli w sobie krzty współczucia, ale okoliczni mieszkańcy mówili, że matka musiała harować u Paturotów, bo skąpstwo powstrzymało ich przed zatrudnieniem kogoś innego, przez co zmizerniała kobieta przeforsowała się, a dziecko było za słabe, by utrzymać się przy życiu. Brudna twarzyczka Georgette była teraz często zalana łzami, usługiwała z naburmuszoną miną, która nie pasowała do jej dziecięcego wyglądu.

Noworodka pochowano w deszczową niedzielę. Rodzina Paturotów patrzyła zza firanek, jak tamci niosą po wzgórzu białą trumienkę. Świeciła w szarym świetle dnia, na pokrywie położono niezgrabny krzyż upleciony z kwiatów. W ponurym widoku białej trumienki, niesionej ostrożnie w szorstkich dłoniach, było coś przygnębiającego. Gdy chwilę później monsieur Paturot zszedł do furtki, potknął się o coś. Był to wielki bukiet ogrodowych kwiatów, który madame zebrała nad ranem i podarowała biednej rodzinie.

Georgette przestała sprzątać i usługiwać. Nikt nie zajmował się obejściem. Nikt nie dbał o kury. Wszystkich ludzi związanych z domem opanowała wrogość. Chociaż piekarz przynosił jak zwykle chleb, a wóz rzeźnika regularnie przystawał pod drzwiami, zarówno piekarz jak i rzeźnik stali się nieżyczliwi; żądali gotówki, a odchodząc, uśmiechali się z pogardą.

Matka madame musiała doić krowy. Madame zawiązała fartuch i ze zgnębioną miną samodzielnie karmiła kury. Lecz nad rosnącym niezadowoleniem i zaniedbaną oborą monsieur Paturot nadal budował swój pałac. Ten jakby unosił się wśród obłoków nad jego głową. Często niewydojona krowa (teściowej nie starczało czasu) i nieustannie głodne kury (madame tylko z rzadka wiązała fartuch) bezradnie zerkały ku niebu, jak gdyby i one miały widzenie i stamtąd oczekiwały wsparcia.

I tak pewnego dnia pałac runął z nieba na błotniste podwórko, a jego świetliste odłamki zakopały się w brudzie i zniknęły.

Monsieur Paturot wrócił z miasta. Wyglądał na zagubionego. Zataczał się na drodze, a laseczka, zazwyczaj radośnie kręcona w powietrzu, smętnie zwisała z ramienia. Gdy Henry Felb dostrzegł twarz gospodarza, natychmiast zrozumiał, że coś się stało.

Na podwórzu monsieur Paturota otoczyły panie, które szybciutko wyszły przed dom, a on mówił ze wzrokiem rozbieganym po ścianach, jakby z przyzwyczajenia zdejmował miary swego przyszłego pałacu. Spekulacje się nie powiodły. Uprzedzili go inni biznesmeni, mieli ten sam pomysł i już zaczęli działać. Toczące się złote monety pędziły w inną stronę, daleko poza zasięgiem ręki monsieur Paturota.

Nagle się rozpłakał. Patrzył to na teściową, to na żonę, lecz nie znalazłszy w ich twarzach współczucia, na wiotkich nogach poszedł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi.