Na drzwiach było jego nazwisko. Całe imię i nazwisko. Schyliłam się do metalowej tabliczki i czytałam powoli, z bliska. Oczy mam już słabe.
Otworzyła stara dama. Miała szare włosy i cerę. W oczach smutek. Tak jak w oczach niektórych zwierząt. Ubrana była na czarno. Weszłam do środka. Spytałam o jego żonę. To była ona. Pomyślałam, że to okropne. Przedstawiłam się. Wiedziała, kim jestem, ale sądzę, że i ona nie od razu mnie poznała. Ze szczerą życzliwością zaprosiła mnie dalej.
I tak siedziałam w pokoju pełnym zwiędniętych bukietów, powtykanych w wazony. Czerwone róże, które nawet teraz zachowały zapach. Opadnięte goździki i tulipany. To pewnie po pogrzebie.
Usiadła naprzeciwko mnie przy niewielkim stoliku. Dwie drobne, siwe babcie. Tylko dwie drobne babcie pośród morza zwiędłych kwiatów.
— No więc umarł — powiedziała z westchnieniem.
— To dlatego przyszłam — odparłam. — W końcu byliśmy wszyscy dobrymi przyjaciółmi.
Więcej nie mogłam z siebie wydusić. Poszłam tam z postanowieniem, że będę triumfować nad żoną mojego kochanka — i oto ona. Lecz przecież nie da się triumfować nad drobną staruszką o smutnych oczach.
Rozmawiałyśmy o błahostkach. Róże pachniały. Dłonie miała blade — jak ja.
„Nie wiesz tego”, myślałam. „To mnie kochał. Mnie, tylko mnie. Mieliśmy tajemne miejsce schadzek i drzwi, do których pasowały tylko nasze klucze. Ale oszczędzę cię. Wyglądasz na zmęczoną i starą. Zachowam swą tajemnicę”.
Na stoliku między nami stała jego fotografia. Spojrzałam na nią. Kobieta wzięła do ręki zdjęcie, przeciągnęła po nim palcem, jakby chcąc zetrzeć kurz. Podniosła na mnie oczy i lekko się uśmiechnęła.