— A więc oboje mnie oszukaliście — powiedziała.

Nie zabrzmiało to ani patetycznie, ani smutno. Powiedziała to tak, jak mówi się: „Jaką piękną mamy dziś pogodę”. A gdy zaskoczona popatrzyłam na nią, mówiła dalej:

— Ach, nie sądziłaś, że wiem? Przecież tak dobrze go znałaś. Powiedział mi o tym. Nie wtedy, rzecz jasna, ale potem, gdy do mnie wrócił. Żałował. Ze wszystkiego się wyspowiadał. Wrócił bardziej wrażliwy i uważny.

Zamknęłam oczy. Poczułam się osłabiona, wręcz bliska omdlenia. Poczułam się tak, jak tego dnia, gdy go straciłam. Teraz straciłam go po raz drugi. Moja tajemnica okazała się nie być moją. Jego żona wiedziała o niej od wielu lat. Rozmawiał z nią o mnie, jak kiedyś ze mną rozmawiał o niej. Odsłonięto mnie przed nią. Co mogłam zrobić nie tak, żeby potem w żartach przekazał to żonie? Nie od razu. Dopóki mnie kochał, oszczędził mnie. Lecz gdy przestał mnie kochać, stałam się własnością obojga.

To okrutne. Diabelskie. Wzdrygnęłam się, by powrócić do moich samotnych komnat. Do wspomnień, które mnie pilnowały. Tajemnica, która nie była żadną tajemnicą, wypełniała mi życie.

Spotkałam jej wzrok.

— Teraz cię poznaję — odezwała się ona. — Mówił mi o tym, jak zamykałaś oczy, gdy robiło ci się smutno. Drażniło go to. To dziwne. Człowiek tak mało o sobie wie. Jak często kochanek jest tobą zmęczony. Nie zauważa się tego. Czy kiedykolwiek rozmawiał z tobą o mnie?

W tej chwili nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu, chociaż kąciki ust zaswędziały jak rany, gdy się odezwałam.

— Znałaś go przecież — powiedziałam tak, żeby ją zranić, jak ona właśnie mnie zraniła. — Nie potrafił dochować tajemnic.

I tak siedziałyśmy — dwie drobne, siwe staruszki z jego portretem pośrodku.